Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lipca 2014

Gębę mi odjęło

W czwartek byłam w Dublinie na chirurgii szczękowej na operacji. Nasz szpital został zalany, kilka oddziałów zamknięto i z tego powodu podpisano umowę z prywatnym szpitalem w stolicy na wykonywanie tych zabiegów, na które czekają pacjenci z naszego hrabstwa.
Wydawało mi się to wszystko przesadą, nawet chciałam zdecydować się na powtórną próbę usunięcia korzenia przez miejscowego dentystę, ale okazało się, ze to jednak był dobry pomysł, poczekać.
Ale od początku.
Najpierw była konsultacja, konieczna ich zdaniem. Wydane pieniądze na podróż, stracony dzień, ale co tam, ich to nie interesuje. Trudno.
Potem stawiłam się na umówiony termin. Myślała, że usiądę sobie na fotelu dentystycznym i pan doktor mi zrobić bzyt piłką do usuwania przyrośniętych korzeni i będzie po wszystkim. Wishful thinking - chciałabym.
Zamiast tego wręczyli mi gajerek i kazali się do gaci rozebrać.
Pytam, czy na pewno wiedzą, ze ja z zębem, bo żeby zęba na golasa?
Ale oni, że tak, bo ja na główną salę operacyjną idę.


Wdzianko całkiem takie, jak Nicholsona w 'Lepiej późno niż później', kiedy to paraduje nawalony po zastrzykach, po korytarzu szpitalnym z gołym tyłkiem. Wyobraziłam sobie tę scenę i podstawiłam zamiast niego, siebie, obrazek mnie tak rozśmieszył, że kiedy weszła pielęgniarka, była niezwykle zdziwiona, ze się zaśmiewam, zamiast umierać ze strachu. Prawda jest taka, że ja tak mam, jak się bardzo boję, zaczynam dostawać głupawki i mi śmieszno jest.
Daaawno temu, kiedy byłam w szpitalu w celu usunięcia kamieni wraz z woreczkiem żółciowym, przysłali do mnie psychiatrę, bo siedziałam na łóżku chwilę przed operacją, machałam nogami i zaśmiewałam się z tego, ze w tym durnym operacyjnym czepku wyglądam jak traktorzysta z PGR. W ogóle mi wesoło było, co wydało się bardzo podejrzane i postanowili mnie skonsultować z odpowiednim ciałem medycznym. Ciało orzekło, że wszystko ok, po prostu taka samoobrona i wydalo mnie pod nóż.
I tym razem poszłam pod piłę, odwołania nie było.
Najpierw pan doktor, niezwykle przystojny facet z klasą, myślał, że to będzie kaszka z mlekiem, odesłał dwie panie z obsługi sali, coś tam pogrzebał i go zdziwko chapło, że nie poszło łatwo.
No to bardziej pogrzebał i nadal nic.
Potem straszył tego korzenia, że jak się nie zdecyduje, to będzie musiał użyć piły, ale korzeń nic sobie z tego nie robił. No i użyto sprzętu ciężkiego.
Powiem tak, najpierw byłam przerażona, potem mi było wesoło, a na sali jakbym to nie ja tam leżała. Aż mnie facet pytał, czy ja mu tam przypadkiem nie usypiam.
A to moje zdolności medytacyjne, które mi się włączają w takich chwilach. Szkoda, ze nie zawsze w stresie, tylko w takich spektakularnych sytuacjach, że mi sprzętem ostrym po kościach w gębie jeżdżą.
W każdym razie udało się, po godzinie pacjent zaopatrzony poszedł do sali pooperacyjnej. Pojechałam właściwie, na leżąco.
Po  kolejnych 60 minutach, pojechałam do sali i mi zapodali herbatę i tosta. Myślałam, że nic nie będę jeść, ale wtranżoliłam jednak, bo przed zabiegiem miałam nic nie jeść od siódmej rano, a to była już prawie szesnasta. Głodna byłam.
Wypuścili mnie gdzieś o piątej, w trasie do domu byliśmy już po 40 minutach, ale bardzo to był zly moment na wyjazd z Dublina, bo korki, ludzie pracę skończyli. A na dodatek na autostradzie spaliła się ciężarówka i była tylko jedna nitka czynna, jechaliśmy wiele kilometrów na jedynce, posuwając się o metr na minutę. Zamiast niecałych 4 godzin jazdy do domu, jechaliśmy ponad 5. A ja już bez znieczulenia i na tabletkach, które mi nie za bardzo pomogły.
O matulu, jak ja się umęczyłam.
Na drugi dzień masakra, ból, walka z jego opanowaniem, dużo mi dały rady udzielone przez znajomych na fejsie, w każdym razie przeżyłam i dzisiaj już lepiej.
Chociaż nadal boli, ale już wiem, jak to opanować.
Na pocieszenie dostałam pocztą książkę, wcześniej zamówiona i ręcami Kaliny dostarczoną autorowi do podpisania, własnie doszła, kiedy najbardziej chlipałam we własny mankiet, że już nie daję rady znieść tego bólu. Perfect timing. Uśmiechnęła mnie.


Oprócz tego dotarły pocieszajki w postaci ebooków od znajomych, och Wy wiecie, jak oderwać moją uwagę od trudnych spraw.
Zebrałam obowiązkowy zestaw rekonwalescenta i udałam się na łóżko, żeby oddać się całą sobą chorowaniu, a raczej dochodzeniu do siebie. I to jest jedyna dobra strona bycia niedysponowanym.


piątek, 6 czerwca 2014

Byłam tam, gdzie było to, o co chodzi

Piszecie, że mieliście zadyszkę oczu czytając poprzedni wpis. Kochani, to jeszcze było spokojne targowanie. Niedziela i poniedziałek to była dopiero jazda.
Zacznę od tego, że wysiadł mi żołądek. A wszystko przez to, co miało się dopiero zadziać we wtorek, dlatego zjechałam do Warszawy, targi, chociaż chciałabym, żeby były głównym powodem przyjazdu, niestety były tylko fantastycznym dodatkiem. Taki bonus za cały ten stres, co mnie czekał.
W takich razach prawie zawsze mam objawy psychosomatyczne, różne, tym razem po prostu straszne bóle żołądka. Narastały od soboty, w niedzielę się nasiliły.
A piszę to wszystko, żeby wam uświadomić, jak targi i wszystkie spotkania były dla mnie wielką radością, gigantycznym kopem endorfin, skoro mimo wszystko, miałam naprawdę ubaw i pokonywałam tę niedogodność. Ale też nie sama, i tu pewnie mój anioł stróż zadziałał. Nie mógł mi pomóc w sposób namacalny, to mi zesłał Kazaszę, wspaniałą kobietę, którą poznałam w sieci za sprawą jej bloga o Kazachstanie. Przyszła na targi w niedzielę podpisać książkę, dosięgła mnie wiadomością na FB i udało nam się umówić. Zastała mnie na płycie głównej, siedzącą przy kubku herbaty, i tu mała dygresja - czy te kawy i herbaty na targach musiały być takie wstrętne? Woda to, czy gatunek produktu podstawowego, nie wiem. No więc siedzę nad tą udającą herbatę cieczą i mnie aż telepie, bo mi ten żołądek dokucza. Upał też, bo nie zwyczajna jestem, a w Warszawie w tym czasie średnio 30 stopni. Na zewnątrz gorąco, ja z dreszczami, musiałam włączyć cały zespół motywacyjno-optymistyczny, jakim dysponowałam, zeby się nie rozpłakać. Do tego słabo mi było.
Na to wszystko przychodzi Dorota i mi po kilku minutach rozmowy serwuje listek leku na moje dolegliwości. No powiedzcie sami, ile osób nosi w torebce tabletki akurat na to?
Anioł nie kobieta.
Do tego piękna, interesująca, wspaniała rozmówczyni. Oj, ja to mam szczęście do ludzi.
Niestety musiała uciekać, nie nagadałam się, będę odczuwać niedosyt już zawsze.
I tak mi się pięknie-nie pięknie zaczął ten dzień, który okazał się jednak bardzo, ale to bardzo udany.
W niedzielę nie byłam na targach za długo, a wszystko przez to, że wybierałyśmy się na spotkanie z cyklu Bagaże kultury do Teatru Żydowskiego. Zaczynało się to o 15, więc odpowiednio wcześniej trzeba było się przemieścić. Zdążyłam tylko pomachać z daleka kilku osobom, odwiedzić Agnieszkę na stoisku Europress Polska, gdzie niezmiennie byłam zadziwiona ilością tytułów prasy zagranicznej (w językach obcych), a najbardziej tym, że można kupić magazyn kulinarny Jamiego Oliviera na bieżąco, pojedyncze numery, a u nas tylko prenumerata. No, ale ja to wszystko mam u siebie pod ręką na co dzień, najważniejsze były znowu rozmowy, spotkania i świetne dziewczyny, które z 'moją' Agnieszką w te targi pracowały. Nigdy mi nie dosyć fajnych ludzi wokół.

Zajrzałyśmy to tu, to tam i pognałyśmy z Kaliną na plac Grzybowski. Nigdy nie zapomnę tej drogi, bo dojechałyśmy tramwajem do Nowego Światu, a potem cięłyśmy przez Świętokrzyską w remoncie, stąd kluczyłyśmy między blaszanymi płotami, musiałyśmy się cofać, bo nie raz wylądowałyśmy w 'ślepej uliczce' tego labiryntu. Upał-nagrzana blacha-żołądek-słabość ciała to była straszna mieszanka. Kiedy już dotarłyśmy do teatru, czułam się jakby to był jakiś cud świata klimatyzowany. No i mogłam wreszcie usiąść.
Ale wcześniej zachwyciłam się piękną kamienicą vis a vis teatru. Czy na zdjęciu widać, że tam są portrety na budynku?


Powiększyłam zdjęcie kosztem jakości, żebyście dojrzeli.

Spotkanie bardzo ciekawe, bezczelnie zapożyczę zdjęcie od Kaliny z jej bloga, bo nie mam takiego fajnego


Tyrmand to dla mnie niezwykle ciekawa postać. Wiele się o nim ostatnio mówi i pisze, ale tym razem było trochę inaczej, gdyż obecna na scenie była Barbara Hoff, sama w sobie ciekawa postać, a tu na dodatek żona Tyrmanda i o tej części swojego życiorysu, o nim właśnie, mówiła niezwykle ciekawie. Próbowała obalić niektóre mity z nim związane, trochę krytykowała Urbanka za jego książkę o Tyrmandzie, nie czytałam jeszcze, więc nie wiem, czy to po prostu żałość na to, że on dotknął czegoś kontrowersyjnego, co przez bliskich jest postrzegane inaczej, czy faktycznie Urbanek się tam nie popisał. Muszę to skonfrontować.
Polecam wam ten cykl spotkań, było ich już 10, a w nowym sezonie będą następne. Prowadzi je zawsze pieczołowicie przygotowany Remigiusz Grzela.
Nie miałam czasu podyskutować o tym spotkaniu z Kaliną i jej mamą, która się z nami wybrała, bo już musiałam biec do Polskiego Radia RDC na spotkanie z Teresą Drozdą w audycji Strefa Kultury, którą prowadzi w każdą sobotę i niedzielę.
Bałam się, że nie przedrę się na czas przez miasto, bo w okolicach 18, tak jak moje wejście na antenę, miał się skończyć mecz na stadionie Legii. Spodziewano się zablokowanych ulic, tłumu kibiców, wolałam nie ryzykować niedotarcia do studia.
Podawałam link do podcastu, czyli nagrania tej audycji, które jest do odsłuchania na stronie internetowej, na Facebooku, ale podam i tu, bo wiem, że mam czytelniczki bloga, które nie zaglądają w ogóle na portale społecznościowe.
http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-hrabal-wolek-teatr-w-barach-mlecznych-i-ciekawe-lektury/
z list trzeba wybrać suwaczek drugi od dołu.
Zaproszenie do tej audycji to dla mnie wielka radość, bo bardzo sobie ją cenię i słucham co tydzień, jeśli to tylko możliwe. A jak nie na żywo, to zawsze odsłuchuję nagranych rozmów.
Z powodu wcześniejszego przybycia miałam czas odetchnąć, posiedzieć z kawą w pięknistym, słonecznym w kolorach, pokoju do tego przeznaczonym


Sama audycja - co tu dużo mówić, siebie oceniać jest trudno, ale rozmowa z Teresą to zawsze sama przyjemność, kiedy rozmówca nie pozostaje obojętny, nie jest rozkojarzony, kiedy rezonuje podczas wymiany zdań, to wszystko idzie gładko. Miłe doświadczenie, świetna atmosfera.
No i siedziałam w tym samym fotelu, co Jan Wołek. Może metodą kropelkową, dotykową, siedzeniową czy jakkolwiek, przyswoiłam trochę jego wrażliwości i mądrości :-)

Z Myśliwieckiej (Papryczko! tam jest stoisko Trójkowe w korytarzu, cóż za gadżety) odebrała mnie Agnieszka, wracała z targów i mnie zgarnęła, żeby zabrać mnie do siebie, do Wołomina. A tam znowu rozmowy, pyszne sushi (pierwszy raz jadłam je nie z surową rybą, a w tempurze).  Jednym zdaniem to, co pamięta się całe życie, takie spotkania są bezcenne.
A w poniedziałek to się dopiero działo :-)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

I co dalej? I co dalej?

To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy  z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)

Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.


Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.

Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)


Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.

Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji  - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.

Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział.  Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.



No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.


sobota, 31 maja 2014

Powoli, nie na raz, przecież się nie rozerwę

Dostaję pytania o relację z wyjazdu, jak było, jak było? Ano było, lepiej niż mogłam sobie wyobrazić, niż mogłam w ogóle oczekiwać, chociaż czasem myślałam, że się nie uda, bo warszawskie odległości mogą człowieka wykończyć.
Ale od początku. Relację podzielę na tę tu, codzienną o życiu, o moich obserwacjach i na książkową na blogu Notatki Coolturalne (pierwsza w sobotę późną porą).


W piątek, pierwszy dzień mojego pobytu, taki oto obrazek zobaczyłam z balkonu przyjaciółki. Drzewa, jej kwiaty i słońce, ale niestety co za tym idzie skwar niemożebny. A ja do tego nie nawykłam. Od kilkunastu lat mieszkam w klimacie umiarkowanym, raczej mokro, to nic nowego, ale czy wiecie, że ja prawie kurtki nie noszę? Muszę mieć coś od wiatru, od deszczu, ale żadne tam kapoty i kozaki. Bo u nas nie ma upałów w lecie, ale też mrozu w zimie. W każdym razie rzadko kiedy.

Wyszykowałyśmy się, makijaże te sprawy, od razu mnie szlag trafił, że nie udało mi się w żaden sposób kupić tego płynu utrwalającego makijaż na długie godziny, przydałoby się w takich warunkach, a do tego wiedziałam przecież, że nie wrócimy do domu koleżanki aż do późna.
No, ale to szczegół, trzeba być twardym jak Wanda Wasilewska. Wyszłam na ten upał i próbowałam za wszelką cenę zwolnić oddech, myśląc, że to pomoże w obniżeniu temperatury. Nie wiem, jak to wymyśliłam. Szczególnie, że od razu rozpoczęłyśmy rajd, najpierw do tramwaju jednego, potem do drugiego, a po 40 minutach jazdy musiałyśmy jeszcze przejść po placu rozgrzanym jak patelnia, na stadion.


Tam biegałyśmy jak w amoku, o czym już więcej na książkowym blogu może jutro. A wieczorem, według wcześniej przygotowanego planu, wizyta w Faktycznym domu kultury na promocji książki Lesia Beleya i Łukasza Saturczaka o Polakach mieszkających na Ukrainie i Ukraińcach mieszkających w Polsce - pt. Symetria asymetryczna. Magda nas poinformowała o tym spotkaniu i całe szczęście, bo dzięki temu wydostałyśmy się z książko-poju, otrząsnęłyśmy z tego obłędu ogarniającego czytelnika na widok papieru zadrukowanego i wykończonego okładką i zmieniły perspektywę. Od razu lżej było oddychać.
Co nie zmienia faktu, że zapomnieć było trudno, bo targałyśmy siaty z tomiszczami, oczywiście nie podobają mi się książki lekkie jak piórko, z Prószyńskiego na przykład, ale jak już, to grube, papier kredowy, okładki z kamienia, jednym słowem ciężkie mam zainteresowania, jak mawiali pracownicy męża, wnosząc kartony z książkami na 3 piętro podczas przeprowadzki.
Tak się umęczyłyśmy, że jak zobaczyłam Mariusza Szczygła czekającego przy drzwiach, to nawet się nie za bardzo zdziwiłam, co nie zmienia faktu, że zatkawszy mnie z lekka. Tyle miałam do powiedzenia, ale mi ustami nie wyszło.
Stałam wytrzeszczając oczy, a jak już, to jakieś głupoty mi do łba przyszły.
Potem już nie było okazji, więc pozostało mi czekać do soboty, do spotkania z nim na targach.

O samym spotkaniu będzie na blogu kulturalnym, tutaj przejdę dalej, do tego co po.
A mianowicie końcówka dnia była nieplanowana w sensie miejsca, a okazała się niezwykle trafiona.
Na spotkanie do klubu przyszła Karola, moja i męża chrześnica, a zaraz po chciałyśmy jeszcze gdzieś usiąść i wynalazłyśmy, nie bez trudu, bo to jednak początek weekendu, a w Warszawie, jak to we wszystkich stolicach świata, kryzysu nie ma i stolik znaleźć trudno, świetną miejscówkę na rogu Foksal i Nowego Światu w Cavie.


Jak widać Karola zaniżała średnią, czyli ratowała nasz stolik przed etykietą - stare kobiety wysiadują :-)
Rozmowy w nadchodzącym zmroku, pyszna sałatka z łososiem, piwo z różnymi sokami (uwaliłam się nie powiem), pogoda jak drut, a w tle rozmowy przy innych stolikach, przechodzący ludzie - to lubię najbardziej. Tak mogłabym spędzić całe życie, aż mnie to przeraża. Uważam się za osobę pracowita, ale to chyba jednak jedna wielka ściema, gdyby była możliwość, siedziałabym na dupie tam cały czas. Byle mieć dostęp do sieci, może laptopa ze sobą, podglądać, pisać, omnomnom.
Karola otworzyła mi oczy na kilka spraw, na to jak myślą teraz młodzi ludzie, jakie mają poglądy na związki, na partnerów, niby z córką o tym często rozmawiam, ale trzeba było jednak jakiegoś potwierdzenia, rozszerzenia spektrum, bo jednak ona ma inne spojrzenie z powodu braku stałego związku.
Siedziałam tam z tak wielkim poczuciem radości i absolutnie idealnie szczęśliwej chwili, że nawet nie umiem tego opisać. Wszystko było tego wieczoru idealne, pogoda, miejsce, jedzenie i nawet to piwo, chociaż nie moje ulubione.
Wcześniej targi, spotkanie. Kocham to moje pustkowie, ale teraz myślę, że zdecydowanie za rzadko go opuszczam na rzecz takich własnie chwil.




sobota, 5 kwietnia 2014

Syn na wybiegu, ja w łóżku, niech to szlag

Pisałam już na moich Notatkach Coolturalnych, ale i tu dodam, bo wiem, że nie każdy z Was tam zagląda, że mnie wirus tak skutecznie położył, że jak nadpobudliwy kochanek ciągnie mnie codziennie do łóżka tak wcześnie (czasem zaraz po pracy), że ani nie piszę, ani nie czytam, ani oglądam, ani ani.
Co to za cholerstwo? Gorączki nie mam, ale gardło, ucho, oko łzawi, ogólnie rozbicie. Stres otwiera furtkę dla takich dziwnych wirusowych zajęć terenu, czuję się jak poligon wojskowy, gdzie walczy ten wirus z moim organizmem i nie wiem, co z tego wyniknie. Do lekarza nie poszłam, bo co mu powiem, że mnie wszystko boli?
Nic to, funkcjonować staram się normalnie, do pracy chodzę, nawet na tłumaczenia pojechałam, ale nic więcej, przekraczam próg domu, rzucam torbę, ewentualne zakupy i padam trupem.
W zeszły piątek miałam wyjście do teatru, o czym piszę TU, nie będę się powtarzać.
Przed spektaklem poszłyśmy z Gosią i Iwoną do chińskiej restauracji, gdzie oczywiście, takie moje szczęście, dostałam surową kaczkę i musiałam ją oddać, a jak przyszło zamówić co innego, nie było już na nic czasu poza kurczakiem słodko kwaśnym. Z głodu zjadałam, nie było innego wyjścia, ale wizytę uznaję za nieudane. Nie wrócę już do tej restauracji.
Mimo to wesoło było, bo jak towarzystwo fajne, to jedzenie jest już problemem, czy też przyjemnością drugiej kategorii. Przecież nawet najlepsze jedzenie nie pokryłoby na przykład przykrości z nieudanego towarzystwa, więc z dwojga złego lepsze już to pierwsze.
Za to sztuka była świetna i głównie o tym pamiętam, kiedy myślę o tym dniu.

W czwartek odbywał się u nas pokaz mody, gdzie chodził po wybiegu mój syn. Myślałam, że będzie się potykał i trzymał sztywno i dziwnie, w końcu modelem nie jest, ale wypadł świetnie. Wszyscy chłopcy, jego koledzy, ponieważ nie mają napięcia na to, żeby się szczególnie pięknie pokazać, wyszli na luzie, żartowali, robili sobie grupowe selfie jak na Oskarach i włożyli w te swoje wyjścia dużo humoru i swobody.


Nie mam za dużo zdjęć, bo mi lampy w pysk waliły i nie mogłam niczego sensownego zrobić, potem będę miała ze szkoły więcej. Mam dwa filmiki, ale 'na leżąco', bo je kręciłam w pionie, a teraz w komputerze mam w poziomie, a nie wiem, jak to przekręcić, chyba się nie da.
Kiedy syn wyszedł na wybieg w garniturze, serce mi stanęło, uświadomiłam sobie boleśnie, że z niego już duży facet, coraz mniej mały Wojtuś, cholera, cholera.

O ludzie, idę sobie, bo mi łeb rozsadza. Powinnam włosy umyć, ale chyba nie ustoję. Włączyłam sobie Strefę Kultury w RDC i słucham. Fajna muzyczka, o książkach teraz mówić będą, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.


piątek, 17 stycznia 2014

Apdejt czyli jak tam sprawy, jak tam zlewy

Gdzieś mi wcięło pasek. Nie taki od spodni, ale nawigacyjny blogspotowy i to tylko w przeglądarce Chrome, bo widzę, że Mozilla Firefox wyświetla, ale z kolei tam jakieś reklamy mi się zaczęły na szczycie ładować, więc zrezygnowałam z używania. Macie na to jakąś radę?

A poza tym wiele się działo, takie doły zaliczałam, że szok.
Najpierw zmarł mój znajomy, który był jedną z pierwszych osób, z jakimi się tu zetknęłam. Ok, stary lekuchno było, ale bez przesady, jak na nasze warunki, w końcu to nie średniowiecze, młodzieniaszek.
Dużo palił, ale poza tym w normie, no dobra - nie jadł i kawę lubił w dużych ilościach, to go pewnie, cuzamen do kupy, zabiło. No i rak, ale nie tylko on. Nie rzucaliśmy się sobie na szyję co tydzień, ale smutno wiedzieć, że go już nie ma.

Miałam krótki wyjazd do Polski, ale zanim jeden wieczór w Dublinie. Tam wymieniłam książkę w Easonie, ale mój palec połamaniec u nogi, nie dał mi nic więcej podziałać, więc kawa i Yamamori najpierw, a potem spotkanie z blogerami irlandzkimi. Sławek to zorganizował, przyklasnęło wielu, ale koniec końców było nas kilka osób. No i dobrze, bo i tak nie da się pogadać ze wszystkimi, szczególnie, że to było na kręglach. Miałam zamiar skopać im tyłki, ale nieczynna stopa to uniemożliwiła, tak więc udałam się tam w celach gadatliwych, to umiem najlepiej.
Po grze udaliśmy się do domu jednego z blogerów, takie spotkania lubię najbardziej, bo można pogadać i posłuchać muzyki, jaką się lubi, a nie jakieś łomoty. Tym razem Peter grał na gitarze do wtóru naszym rozmowom, więc w ogóle czad. Jak za studenckich czasów.

No, a rano wylot do Polski. Stres do kwadratu stresem poganiał, aż doszło do takiego momentu, że myślałam, że wylewu dostanę. Poważnie. Siedziałam na krześle, rozmawiałam z panią pewną urzędniczką i myślałam sobie, żywcem tego na klatę nie wezmę, nie zdzierżę, to już za dużo.
Okazało się, że człowiek to jednak silna bestia nie do zabicia, żyję. Sprawy mamy pokomplikowane są jeszcze bardziej niż były, jakbym nie prostowała, wychodzi odwrotnie albo z czasem znowu się skręca, co najmniej jak włosy prostowane, co w wilgoci w pierścienie się zwijają. Ten efekt jojo jest taki, ze za każdym razem coraz trudniej. Albo sił już nie staje.

Za to nadal kuśtykam i to mnie martwi. Wrociłam wczoraj w nocy, próbowałam prześwietlić nogę dzisiaj, ale mi się nie udało.

Jak zwykle, kiedy mi jest ciężko na duszy, wynajduję sobie piosenki afirmacyjne. Dzisiaj podczas sprzątania słuchałam radia zamiast audiobooka, bo mi się zapodziała gdzieś mp3jka
Ten utwór poniższy usłyszałam w Starbucks podczas kupowania kawy i głupio mi było spytać, co to i kto to, a strasznie mi się podoba - Pharrell Williams Happy - tytuł adekwatny do potrzeb


Kiedy to leci nie mogę przestać kręcić i potrząsać oraz obracać każdą częścią ciała oddzielnie, budzi się we mnie czarna krew.
A jak człowiek się tak wygina i podryguje, to chyba się coś wytwarza, endorfiny chyba nie, bo to za mały wysiłek, a moze? W każdym razie jakoś lżej się robi. Muszę poszukać tego wykonawcy na Spotify.

A tę drugą usłyszałam dziś po raz pierwszy i się do mnie przykleiła na cały dzień.


Zapomniałabym opowiedzieć, o mojej drodze do bramki na lotnisku, z tym połamanym palcem zdecydowałam się poprosić o podwózkę. I oni mnie sru na wózek inwalidzki. Najgorsze doświadczenie lokomocyjne w moim życiu. Pcha facet ten wózek, wszyscy się na mnie gapią, a jak czuję się jak w samochodzie jadącym bez mojej kontroli, bo nie mam kierownicy. Okropne, myślałam, że ludzi rozjedziemy. A potem mnie wysadził i podjechał taki mały samochodzik jak na polu golfowym i pognaliśmy rączo do bramki, wszystkiego kilka minut radochy. Oczywiście wzbudza człowiek zainteresowanie, kiedy tak 'z fasonem wozem' podjeżdża, podczas, kiedy reszta się wlokła kilometrami na nogach, ale cóż, ból zwyciężył wstyd.
Ale do samolotu wózkiem i czym tam, sama nie wiem, jak oni to robią - dźwigiem? - nie dałam się już wsadzić. Kuśtykałam dzielnie, a potem przespałam cały lot, jak nigdy.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

IKEA - wyczerpałam limit zakupo-godzin i sklepo-kilometrów na rok (księgarni to nie dotyczy)

Na blogu Notatki Coolturalne opisałam moje marzenie o fotelu i jak to się stało, że wreszcie mogłam go sobie kupić, więc nie będę się tu powtarzać.
Chciałabym natomiast więcej napisać o moim doświadczeniu zakupowym w IKEI, ciekawa jestem Waszej opinii, czy Wy też tak macie?
To, że nie ma tam okien, poza najwyższym piętrem w kafejce, to wszyscy wiemy, a jak nie ma okien, trudno się zorientować, jak upływa czas. Nawet jeśli człowiek wie plus minus po co przyszedł, chce to załatwić szybko i bezboleśnie, i tak nigdy nie ma tak, żeby to trwało chwilę.
Nie bywam w IKEI często, bo w Irlandii mamy jeden sklep w Dublinie, drugi jest w Belfaście, po stronie północnej. Do obu mam mniej więcej tyle samo, czyli coś ze 4 godziny. Drogi w Irlandii są słabe, a już z Donegalu do centralnej części szczególnie, nie ma mowy o wyskoczeniu od tak sobie, żeby połazić i zobaczyć, czy czegoś nie przecenili.

Bywam w tym sklepie może raz w roku. Asortyment nie zmienia się tam znowu tak szybko, żeby bywać częściej, domu nie urządzam namiętnie, więc nie ma potrzeby.
Tym razem celem był fotel. Sprawdziłam, czy mają na stanie, okazało się, że są 4 i pojechaliśmy.
Po kilku godzinach jazdy przyjemnie było zasiąść do kawy i irlandzkiego śniadania. To jest dla nas wielka uczta, bo nie jadamy go zbyt często ze względu na kalorie. To w IKEI jest akurat dobrego rozmiaru, nie za duże, nie za małe, dobrze przyrządzone. Jedynym minusem była kawa i herbata - obie wyjątkowo wstrętne, z tym, że kawa biła na łeb wszystkie inne podłe w smaku, które zdarzyło mi się kiedyś wypić. Jak na tę jakość, droga. No, ale nie na kawę tam pojechałam.

Zaczęliśmy od show room, bo mąż ma koncepcję na wymianę kilku rzeczy w kuchni i gdzieś tam jeszcze i mnie przeciągnął przez całość. Znalazłam tam fajne poduszki do fotela, zapisałam lokalizację w sklepie i nazwę. Potem spodobał nam się wieszak do łazienki, znowu to samo - notatki, gdzie go znaleźć. I jeszcze raz ta sama operacja z półką, która wisiała w zaaranżowanym pokoju.
Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest tam, gdzie obiecywał napis na etykiecie.
Pracuje tam dużo osób, ale zaskakująco mało mogą pomóc. Pytasz, odsyłają cię do innej osoby do innego komputera, a jak już myślisz, że jesteś w ogródku i witasz się z gąską, to się okazuje, że Zosia gąski może i pasła, ale ta bajka jest o Kasi, co gąski zgubiła. Tam, gdzie przedmiot powinien być, okazywało się, że go nie ma wcale w sensie skończył się (to w komputerze tego nie widzieli?), albo leży gdzie indziej, ale gdzie, to może tamta pani, o w tym żółtym (oni wszyscy na żółto, daaa) mi powie.
Jak dotarłam do alejki 5 stanowisko 46, to się okazało, ze mogę podziwiać wielką pustą przestrzeń. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy o sobocie, tłumach i sklepo-kilometrach oraz zakupo-godzinach nie do zmierzenia, a nie o małym przytulnym grajdołku z disajnerskimi przedmiotami..
Ale spoko, po fotel przyjechałam, nie będę się przecież denerwować, kiedy realizuję osobiste marzenie ostatnich lat.
Na liście w internecie napisano, że foteli ma być w tym kolorze na półce 4. Dochodzimy do regału, alejka 9 stanowisko 45 oczywizda na samym końcu, a tam stoi jeden. Pytam przechodzącego pana z obsługi, czy jeszcze gdzieś mają więcej (z myślą o tej półce, co jej w alejce 5 nie było), ale dostaję odpowiedź, że cokolwiek leży na regałach, to leży, a jak nie leży, to nie ma.
To ja się pytam, gdzie znajdują się te pozostałe 3 fotele, co są nadal na stanie dzisiaj, bo jeden kupiłam? Gdzie jest półka, co być powinna i jej nie ma?
Nie wiedzieć dlaczego, zaczęłam sobie nucić pod nosem piosenkę kabaretu Mumio

Jak to... jak to się stało
Że mi wypiłaś moje kakao
Przecież to mój kubeczek
To mój kubeczek z wiewiórką jest

Mąż jak zobaczył karton z fotelem, to go na-ten-tychmiast szlag trafił, bo ja go zapewniałam, ze to wszystko jest flat pack (widziałam miesiąc temu na własne oczy, nawet się zastanawiałyśmy z córką, jak ten fotel złożymy). Ale to chyba był ten casus, że my oglądałyśmy kilka kartonów na raz i one się zazębiały, a prawda taka, że fotel jest tam w całości, czyli karton jest w literę L, pod kątem prostym zgięty i wieeeeelki.

Zrobił się problem, bo to oznaczało, że bagażnik będzie otwarty, a to znowu oznaczało konieczność zakupy taśmy trzymającej to wszystko w kupie, a wiedzieliśmy, że takowa taśma jest, bo widzieliśmy taką żółtą, ale się okazało, że ta żółta należy do pracowników Ikei, a do kupienia jest czarna, ale przy kasie 22 na półce. Tam nie było, nie wiedziałam nawet gdzie szukać, ale chociaż kręciło się tam kilku panów, nikt nie polazł popatrzeć ze mną, a to rzut beretem był, tylko mi machali palcem przed nosem, w którym kierunku mam iść. Oni im chyba w instrukcji obsługi klienta zastrzegli, ze nie mają za bardzo pomagać, bo jak nie to na bruk. No bo jak wyjaśnić, że na każdym piętrze pracownicy tylko machają rękami w kierunku nieokreślonym, dupy nie ruszą i odsyłają jeden do drugiego?

Mąż już był na skraju wyczerpania nerwowego. Młody chłopak nawet szukał tej taśmy, ale koniec końców odesłał nas do obsługi klienta, która była po drugiej stronie lustra tej magicznej krainy, czyli po zapłaceniu, mieliśmy się tam udać.
Przy kasie okazało się, że wzięliśmy dwie rzeczy z półki, które były tzw display, czyli wystawką, a powinniśmy wziąć zapakowane. Pytam, czy mi ktoś to może jakoś skrótami przynieść, a on, że nie, że muszę wrócić (przypominam, że mowa o sklepo-kilometrach). Ręce mi opadły. Po ten garnek bym nie szła, ale taśma, okazało się w obsłudze klienta, też jest gdzieś w bebechach tego sklepu-potwora
- jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzieeeee - nucę dla uspokojenia nerwów.
Wywiozłam męża wraz z kartonem "potworem ostro zgiętym" i drugim koszem z poduszkami i różnymi dziwnymi rzeczami średnio potrzebnymi, ale taka łopatka to mi się przyda, bo tania, do samochodu na parking, a sama w te pędy z powrotem do sklepu na poszukiwanie taśmy o imieniu Maja-gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie.
Młodzian pokazał mi skrót, żebym nie gnała tak całkiem przez wszystkie działy, takie tajemne szare drzwi, ale się pogubiłam i kiedy spytałam kobiety po drodze, ta zaprzeczyła, że takowe w ogóle istnieją. Głupia krowa, a młodziana od razu pokochałam, kiedy jednak znalazłam te drzwi i okazało się, że zaoszczędziłam przynajmniej z 15 minut, jak nie więcej. Tam miałam więcej szczęścia, bo pierwszy raz znalazłam młodą dziewczynę, która zostawiła jakieś kartony i mnie zaprowadziła do miejsca, gdzie taśmy leżą (sama bym ich w życiu nie znalazła!!!), byłam gotowa ją pod kolana z wdzięczności chwycić.
Po drodze w locie chwyciłam te dwa przedmioty czyli garnek i doniczkę, co były zapakowane tym razem, a nie z wystawy (chociaż taki burdel tam na półkach, że trudno się zorientować, co i jak) i już normalną drogą wróciłam do kas. Gnałam jak rączy koń, przedtem skrótem weszłam, a i tak mi to pól godziny zajęło. Mąż mnie zabije - śpiewałam przy kasie, dla spokojności oczywiście :-)

Wracaliśmy zapakowani jak na tym filmie reklamowym sprzed lat, gdzie w trakcie wyprzedaży ludzie wyjeżdżają z Ikei zapakowani tak wysoko, że pod mostem nie mogą przejechać. Tyle, że my wystawaliśmy z tyłu :-)
Na stronie internetowej jest wielki napis SALE i o ludziach, co mają Ikea Family kartę, że taniej. Nie wiem, co to za wyprzedaż, bo tam mało co było taniej, jakaś pościel, co i tak jej nikt nie chce i serwetki. Nie wiem też, po co ta karta, bo nic nie skorzystałam na tym, że jestem w 'rodzinie Ikei', a jak spytałam przy kasie, po co ja właściwie to mam (jak to po co, twoje dane podstępem od Ciebie wyciągnęli, głupia babo - mówiły oczy męża), odpowiedź była taka, że niby wiem, ale nie wiem. Produkty są oznaczone i mam je taniej i te z wyprzedaży też, ale ani tych produktów, ani tych taniej, jakoś nie widziałam, albo słabo oznaczone, albo się w ten 'nawias' nie łapię.

Wiem, IKEA to sklep z dosyć dobrymi towarami za niewielką cenę i za to trzeba jakoś 'zapłacić', ale żeby tak całkiem żadnej pomocy i slogany prawie bez pokrycia, albo pokrywające się z potrzebami setnej klientów, to chyba lekka przesada. A może ja tam za rzadko bywam, żeby to dobrodziejstwo ocenić, zauważyć?
Zadowolona jestem z fotela, z łopatek do smażenia, doniczki, garnka i poduszki też, ale zakupy tam to jak pobyt w armii cudzoziemskiej - maszeruj albo giń.


sobota, 16 listopada 2013

Najwyraźniej moje przyciąganie dotyczy robót domowych

Sobota. Czytam wpisy znajomych na FB, mają ciekawe życie, restauracje, zakupy, wybierają się do kina na Papuszę, wyjazdy na jakieś spotkania, emocje, a ja jak co tydzień sprzątanie, pranie, prasowanie, wypolerowanie kabiny prysznicowej, potem mycie łba, bo rano w niedzielę zaiwaniam do biblioteki...
Fajnie, nie mogę się skarżyć, ale czasem mi jakoś tak serce łka, że to takie rutynowe, co tydzień to samo, że takie fajne życie kawiarniano-lanczowe, które lubię i zawsze lubiłam, mnie omija.
Każda sytuacja ma swoje plusy i minusy, mieszkanie na odludziu też, ale czasem po prostu taki wkruw człowieka ogarnia i żal.
Momentami tylko.
W czwartek za to miałam emocje do kwadratu, haha. Takie wiejskie.
Najpierw wylądowałam w pracy i dowiedziałam się, że jeśli czuję się na siłach, moze bym poprowadziła samochód przewożący ludzi, taki nasz służbowy. Jechaliśmy do miasteczka ok pół godziny jazdy od naszego, na próbę przedstawienia świątecznego. Nasi pensjonariusze biorą w nim udział i co tydzień jeździmy na te przygotowania. Zawsze towarzyszyłam im jako asystent, ale pierwszy raz miałam ich przewozić.
Nie mam odwagi siadać za kierownicę obcego samochodu i jechać, tak ad hoc. Nie jest to w mojej naturze, bo nie lubię zmian, a do tego wiadomo, w takim obcym aucie to nie wiadomo, gdzie co jest, inaczej wszystko poustawiane, a tu trzeba jeszcze kilka osób przewieźć takim większym, to już w ogóle. ale z jakiegoś powodu, dla mnie niezrozumiałego, bez żadnego wahania powiedziałam, że nie ma sprawy.
I zapakowałam moje mordy kochane i powiozłam z sukcesem na tę próbę.
A tam się wyskakaliśmy, naśmialiśmy, śpiewy były i tańce :-)
Zaraz jak wróciłam, odstawiłam samochód do domu dla męża i wsiadłam do samochodu koleżanki, gdzie na mnie już czekała cała ekipa babeczek z poprzedniej pracy i pognałyśmy, tym razem godzinę jazdy w jedną stronę, na 'a wake' czyli czuwanie w domu zmarłej (z nią w trumnie w roli głównej), gdyż zmarła matka kobiety, która też z nami pracowała. Gdybym nie pojechała, to by było wieeelkie faux pa.
Tam wiadomo, herbata, kawa, ciastko, porozmawiać o zmarłej, pocieszyć tych, co pozostali, nie jest to łatwe, przynajmniej dla mnie, ale czułam się pewniej wsparta obecnością reszty dziewczyn.
W samochodzie, w jedną i w drugą stronę, było wiele gadania, wymiany informacji, ploteczki, wiadomo, trzeba wiedzieć, czy obcych w mieście nie ma.
Jak tylko przyjechałam do domu, w biegu zjadłam zupę i do samochodu, godzina jazdy w jedną stronę, tym razem inną, zawieźć Wojtka na trening koszykówki, a my z mężem do kina na Gravity czyli przyciąganie ziemskie. Coś trzeba robić, kiedy on biega z piłką.
Film po prostu fenomenalny, czułam się jakbym tam była, w kosmosie dryfowała w skafandrze, bo to było 3D. Sandra Bullock dała radę, a nie było to łatwe, bo jednak sama musiała unieść ten film. Boski George Clooney też był, ale tylko przez chwilę. Muzyki prawie nie słychać, taka 'niewidoczna' jest, bo w przestrzeni kosmicznej jest cicho, i tylko ta kobieta. Co za wspaniały pomysł!
Koniecznie na niego idźcie, jeśli będziecie mieli okazję.


Nawet jak tylko trailer oglądam, to przestaję oddychać. Polecam z całego serca.

A w weekend już spokój, sprzątanie, pranie ... najwidoczniej to przyciągam najbardziej :-)
Zwariować można

poniedziałek, 4 listopada 2013

Fotel nad przepaścią, a w hotelu goło i wesoło

No to jestem z powrotem. Tęskniłam. Myślę, że już się w miarę wyrobiłam i postaram się dzisiaj uzupełnić historię wyjazdu, a potem przejdę do spraw bieżących.
Nie wiem, dlaczego się tłumaczę. Może dlatego, że czytaliśmy ostatnio moje stare pamiętniki, które prowadziłam odkąd miałam 11 lat i tam też ciągle pisałam, że przepraszam, że nie piszę systematycznie. Syn się głośno zdziwił, na to córka wytłumaczyła mu, że nie ma w tym logiki, z jakiegoś powodu człowiek czuje się w obowiązku tłumaczyć pamiętnikowi, dlaczego nie pisze.
Jeśli ktoś tu zajrzał ostatnio, wiecie, że na Notatkach Coolturalnych są wpisy, Tu i Tu, które rozpoczynają historię mojego pobytu w Polsce. Dzisiaj podzielę wpisy na osobiste - bardziej 'nie-książkowe' i o samym festiwalu. Jeden tu wpisuję, drugi tam. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się o moich przygodach medialno-bankietowych, zapraszam na blog książkowy.

Nie mogłam uwierzyć, że ledwie wylądowałam w Warszawie, a tyle się wydarzyło, głównie w sferze emocji, w głowie, bo ja wszystko jakoś tak sensorycznie odbieram, nadwrażliwość okrutna, cieszę się jak dziecko, jakbym wszystkiego pierwszy raz doświadczała. Zresztą nie jest to takie dalekie od prawdy, może i mieszkałam w stolicy, ale nie było wtedy wielu miejsc, klimatycznych kawiarenek, teatrów, więc były to faktycznie dziewicze wrażenia.
Warszawa się zmienia, niby to wszyscy wiedzą, ale dla kogoś, kto wydeptywał tam ścieżki lata całe i wyjechał, a teraz wraca i próbuje odnaleźć siebie - młodszą, szaloną, piękną i smukłą - co jest oczywiście średnio możliwe (piszę średnio, bo w głowie dzieją się rzeczy, które naukowcom się nie śniły), ta zmiana jest uderzająca. Moja Warszawa końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych prawie nie istnieje. Wyszłyśmy z Dorotą i Anią z Dedalusa, patrzyłam oszołomiona na Chmielną, dla mnie Rutkowskiego (chociaż w ramach buntu nazywaliśmy ją Chmielną :-), na Szpitalną, gdzie chadzałam do Laurenta strzyc włosy, a zaraz obok na przepyszną wątróbkę z buraczkami przygotowywaną przez dwie panie w barze obiadowym, teraz pewnie powiedzielibyśmy 'lanczówce'. Na rogu była kawiarnia Kaktusowa bodajże, a teraz jakaś przeraźliwa z wyglądu sieciówka. Wszystko płynie.
W piątek wyjazd do Siedlec na Festiwal Literatury Kobiecej Pióro i Pazur. Z samego ranka umówiona byłam z Anią, pojechałyśmy jej samochodem. Już sama droga to wiele wspomnień, włącznie z tym pierwszym, nocnym przejazdem znad morza na Podlasie, gdzie czekało na nas wynajęte mieszkanie, nowe życie. Dawno to było.
Wydawałoby się, że jechałyśmy niespiesznie, chociaż zapewne Ania trzymała tempo, jako pasażer miałam komfort niepilnowania licznika i drogi. Tym bardziej odczułam szalone przyspieszenie, które zaraz po przyjeździe nastąpiło. Ledwo zameldowałyśmy się w hotelu, już musiałam lecieć do dentysty. Jeśli ktoś chciałby poznać osobę, która potrafi bezkonkurencyjnie schrzanić sobie miłe chwile, to zapraszam do mnie. Wymyśliłam, że zęba naprawię w czasie krótkiego pobytu w Polsce. Długa historia, przyjaciółka dentystka zachorowała, przyjąć mnie nie mogła, posłała do kolegi naprzeciwko szpitala na Starowiejskiej. Fajna klinika, przemiła obsługa, dentysta również też, ale co z tego, skoro dla mnie takie wizyty zawsze kończą się stresem, bólem i informacją, że nie da rady, a przynajmniej nie tak w krótkim czasie. I tym razem nie było inaczej. W każdym razie pan zrobił takie fiku miku (oszczędzę Wam szczegółów, chociaż mnie korci, żeby się tu wywnętrzyć i poskarżyć na swoją niedolę), że wyszłam od niego już nie taka sama. Obolała czyli. I to się wcale nie miało zmienić w dniach kolejnych.
Po wyjściu plan był taki, żeby dotrzeć do hotelu (przypominam, że pęcherze na nogach, bo nowe buty itd), więc powolutku, zamiatając noga, spacerkiem turysty, przeszłam przez centrum do hotelu. Nowe sklepy, nowe miejsca, jedynie ulica Bohaterów Getta jakby wyjęta z moich wspomnień, zupełnie niezmieniona, nawet stary sklep z lampami i kantor w tym samym miejscu. Fajnie, wreszcie coś znajomego. Zakupy drobne, ale radujące każdą babkę, jakiś krem, lakier do paznokci, gazetka, książka, sam mniód.
Hotel. Nazywa się Janusz, od imienia właściciela. Nowoczesny wygląd, ale atmosfera rodem z małych, familiarnych hotelików europejskich, co uważam za idealne połączenie. Nie jestem osobą światową. Jeżdżę wprawdzie po Europie byłam w Stanach, mieszkam zagranicą, ale nie stać mnie na wypasione hotele, rzadko się w nich zatrzymuję. Ale jak już, cieszę się jak dziecko nowym piórnikiem. Ania pojechała zwiedzać, miałam więc komfort kąpania się i łażenia w gaciach po pokoju, spokojnego suszenia włosów (powiedzmy, bo te suszarki przybite gwoździem do ściany nie są łatwe w użyciu), pogrzebania w walizce, wywalenia wszystkiego na wszelkie powierzchnie płaskie, jakie tam były pod ręką. Włączyłam sobie telewizor, szukałam TVN24, co uświadomiło mi moje uzależnienie od wiadomości, znalazłam TVP Info, tyż piknie. Pogoda jak drut, słońce niesamowite, po prostu żyć nie umierać. Gdyby to nie było ryzykowne dla wszystkich trzech pięter hotelu, o łóżku nie wspomnę, skakałabym po nim jak Meryl Streep w Mamma Mia.
Wyszykowałam się jakoś, bo wiecie, w amoku radosnym zorganizowanie się wcale nie jest takie łatwe i wynurzyłam się z pokoju w celu obiadowania. A potem miały być spotkania, na co cieszyłam się bardzo.
Tylko ten ząb. Why me? Wszystko we mnie krzyczało. Czekałam na ten wyjazd od lutego, tak się cieszyłam, a teraz posuwałam po mieście z rozwierconą dziurą i poczuciem, że 'mnie się krzywda dzieje panie Popiołek'.
Poza tym po raz pierwszy odczułam przepaść pokoleniową na fotelu. Gdzie indziej już mi się zdarzało, ale na fotelu dentystycznym jeszcze nie. Otóż przyjmował mnie bardzo młody człowiek. Niewątpliwie nowocześnie wykształcony, kompetentny i w ogóle 'miszczu', ale co on wie o ... dawnych praktykach? Nic. A jak nie wie, nie zrozumie dlaczego stare baby boją się dentysty i chcą znieczulenie. Dlaczego myślą, że się da coś zrobić, bo jak człowiek lata tyle lat na księżyc, to dlaczego nie da się zęba wyleczyć tak, jak sobie tego wyobrażają? Że kiedyś ortodonta to była osoba, która głównie wyrywała zęby, żeby zrobić miejsce, moje przednie, które urosły jeden na drugi po prostu mi spiłowali, nałożyli koncajsy i git. I takie tam kombatanckie wspominki. Pan na 'styropianie nie spał, nie wie, w czym rzecz.
Za to onieśmiela, bo mówi mądre rzeczy, które od razu oznaczają, że cokolwiek ma się w gębie, jest nie w porządku. Tam wyrwać, tam zrobić, tam za głęboko, tam za szeroko, Jezusie!!! A ja cały czas do dentysty latam! Do tego jakaś nowa maniera się narodziła, jak u fryzjera, że cokolwiek zrobił dentysta poprzedni, jest do niczego. Nie tak wprost, ale wiecie, mowa ciała i półsłówka robią swoje.
Stres i jeszcze raz stres.
Pan zrobił co mógł. Widział mnie jeszcze kolejnego dnia, specjalnie wcześniej przyszedł, ładnie z jego strony i w ogóle mi pomógł, nie jego wina, że mi się przez lata wyrobiły kompleksy dentystyczne i nie umiem się tego wyzbyć.
Na drugą, równoleglą część zapraszam do Notatek Coolturalnych
Powoli wygrzebuję się z tych zaległości wrażeniowych :-)

piątek, 6 września 2013

Łyso, ale ujutnie

Siedzę sobie w pokoju z muzyczką jazzową Dave'a Grusina i jest mi jak w niebie. Wczoraj sobie to puściłam, Pozytywne wibracje 4 + książka, cóż więcej, jeśli chodzi o przyjemności oczywiście, człowiekowi potrzeba do życia? Tak mi się ta płyta spodobała, znowu, że jej słucham non stop.
Taki lekki jazz, wokalizy jak z 07 zgłoś się, przypomina mi to dawne, bezpieczne, bo dziecięce czasy.

Mąż nadal wyjechany. Ciągle wiszę na telefonie, a to piszę smsy, a to dzwonimy, trudno nam się oderwać, odciąć, zresztą nie chcemy. Jednak nie da się żyć na dłuższą metę bez człowieka, z którym człowiek spędza każdy dzień od ponad ćwierć wieku. Nie bez kozery mówi się na męża/żonę druga połówka.

Ogród obrodził jak szalony, mieliśmy w tym roku idealny balans dni suchych i słonecznych z dniami mokrymi, sałata jest bezkonkurencyjna, pięknie pomarszczona, zieloniutka jakby ją kto farbą pomalował, jutro zdjęcie zrobię. Sałacie, haha. Mężowi poślę, będzie się siostrze chwalił.

W październiku zaczynam pracę na pół etatu w ośrodku dziennym dla dorosłych z niedostatkami w sferze umysłowej. Boję się, a jednocześnie jestem ciekawa. Jest też kilka osób na wózkach, upośledzonych kompleksowo. W takim ośrodku dziennym trzeba ich zająć różnymi aktywnościami rozwijającymi, czy po prostu żeby mieli coś z życia. Wychodzi się na kręgle, do kawiarni, na miejscu przychodzą muzycy, yoga jest, będę asystentką opiekunów. To praca, która na pewno będzie dla mnie wyzwaniem, ale też i wielką satysfakcją, jeśli się w tym odnajdę. Mam nadzieję, że tak, na razie jestem w panice. Szkoda, że to tylko połówka, bo pieniędzy wielkich nie będzie z tego, ale może kiedyś, jak się sprawy lepiej będą w kraju miały i będą mieli budżet na to, dostanę cały?
Jeśli nie chcę wyjechać z tego regionu, a nie chcę, bo mam tu dom i nawet siły brak na kolejne zmiany, muszę szukać nowych możliwości, a nie tego, co mi się marzy. Takie życie.

Jutro syna wiozę na imprezę urodzinową do kolegi. Będę sama wieczór i pół niedzieli, ale w niedzielę otwieram bibliotekę po wakacjach, więc już tak nie desperuję. Chociaż mam urodziny w niedzielę i jakoś tak łyso siedzieć samemu w ten dzień :-(
Samemu w sensie w domu bez rodzinnego rozgardiaszu, urodzinowego śniadania itp.
Trudno się mówi, duża jestem, przecież rozumiem. Ale łyso jest.

czwartek, 4 lipca 2013

Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią

Siedzę i oglądam sobie Kobrę z Cybulskim. Czarno-biała, wszystko dzieje się w jednym pomieszczeniu, uwielbiam. Zestarzała się z wyglądu, ale poza tym to nie. Nadal ciekawa i napięcie trzyma. Aż dziw.
Moje dzieci są nad morzem u rodziny. Na plażę pojechali do Darłówka. Po wylegiwaniu się na słońcu zamarzyli sobie o rybie z frytkami i surówką, tak jak dawniej rodzinnie jadaliśmy. Ryba nad morzem smakuje zupełnie inaczej. Poszli więc, zamówili, ceny oczywiście podane za 100g, dopiero po zważeniu wiadomo, ile człowiek zapłaci. Jakie było ich zdziwienie, kiedy za dwie porcje zapłacili 75zł. Córka mówi, że najgorsze to, że ani standard tej smażalni, ani sama ryba, nawet frytki, które trudno spieprzyć, sami przyznacie, nie były dobre, nawet do średnich było hen hen. W każdym razie nie było warto tyle zapłacić w takich warunkach i za to, co dostali do jedzenia. Szkoda mi ich, bo dla nas takie rzeczy to spełnienie marzeń letnich, czekali długo na taki wypad po wspomnienia.
Muszę spytać, czy jedli lody maczane w gorącej czekoladzie, zawsze lubili. Ta czekolada na lodach zastyga w cieniutką skorupkę, pyszne są.

Właśnie dostałam wiadomość, że córka z synem pojechali na rowerach do sklepu, syn nagle zahamował i córka wpadła na niego, rozwaliła kolano. To już taka nasza rodzinna tradycja, że dzieci mają jakieś wpadki-wypadki na wakacjach, hyhy. Jak nie jedno, to drugie. Pewne rzeczy są u nas niezmienne :-)

piątek, 25 stycznia 2013

Drobne błogosławieństwa nie-codzienności

Niektórzy ludzie mówią, że życie wirtualne nie jest dobre, że nie zastąpi życia w realu, że ma skutki uboczne, które prowadzą do zaburzeń nawet i różnych problemów - na przykład zdziczenia.
Może i tak, jesli ktoś nie zachowa zdrowego balansu między tym, co w sieci, a tym, co za oknem.
Mówią też, że nie można nawiązać prawdziwej przyjaźni przez internet, że to są tylko erzace i nic nie znaczące 'związki'. Mówię o znajomościach, nie miłostkach i flirtowaniu, na ten temat nie mam wiedzy, bo jak byłam na etapie randek, to internetu nie było, przynajmniej nie u nas i nie powszechny, a teraz to ja już nie szukam takich emocji. Natomiast strasznie jestem łasa na poznawanie nowych ludzi, na rozmowy z interesującymi osobami, nie mam tego tutaj za często, bo niewielu takich, a każdy zajęty i zapracowany. Spotkania w bibliotece co tydzień są wspaniałe, czasem w tygodniu z kimś się spotkam, ale dziewczyny mają małe dzieci, są tym zaabsorbowane, ja im tylko przeszkadzam.
Dzięki temu, że mam dostęp do internetu, mogę rozmawiać z Wami, kiedy tylko mam ochotę. Poprzez ten blog, ale też Skype czy Facebook.
Nieprawdą jest, że nie da się poznać ludzi via sieć. Przekonałam się o tym nie raz, na przykład w zeszłym roku podczas spotkań na targach czy poza, ale też całkiem niedawno podczas pierwszego, nieformalnego zjazdu blogerów piszących w Irlandii.
Blogi Polaków tu piszących podczytuję, ale autorów nigdy nie spotkałam. Widać wystarczy znać jednego, ale właściwego hyhy. Dowiedziałam się od Piotra o tym spotkaniu,oceniłam sytuację czasowo-finansową i stwierdziłam, ze mogę sobie pozwolić na taki wyjazd do Dublina.
Jedno Wam mogę powiedzieć, że ludzie są dokładnie tacy, jak ich blogi. Jeśli czytacie kogoś, bo Wam wyjątkowo pasuje, podzielacie poglądy, lubicie atmosferę, po spotkaniu okazuje się, że jakbyście się znali wieki, nic nie zaskakuje lub niewiele, a i to na plus. Niesamowite.
Ten wieczór był przemiły. Przegadany, o ile się dało, bo muzyka wyła większość czasu, pełen niespodzianek, bo blogerzy stawili się ze swoimi połówkami, więc znani - nieznani się spotkali. Nowe znajomości, wymiana energii, myśli - uwielbiam to.
Wcześniej tego samego dnia spotkałam się z jeszcze jedną koleżanką fejsbukową, powtórzę się jeśli powiem, ale muszę, że nagadać się nie mogłyśmy, wspaniały to był czas.

Na drugi dzień odwiedziłam jeszcze przyjaciółkę  mieszkającą niedaleko Dublina. Zawsze jedziemy tam całą ekipą - ja, córka, jeszcze-nie-zięć, ich dwa koty i kuweta. Cała wyprawa. A potem jest jak w wielkiej włoskiej rodzinie, śmiechy, rozmowy w kilku językach, bo tym razem byli przedstawiciele j.polskiego, angielskiego i rosyjskiego, picie, jedzenie, gwar. Czy ja nie jestem szczęściara, że takich ludzi na swojej drodze spotykam?

Los poskąpił mi siostry, rodzeństwa w ogóle. Mam wprawdzie brata przyrodniego, ale nie mieliśmy ze sobą kontaktu lata całe, a teraz tylko telefoniczny. A tu przyjaciółka jak siostra, w świecie takich kilka. Czy to nie jest błogosławieństwo?

wtorek, 15 stycznia 2013

Koniec ciszy w eterze

Zamilkłam na trochę, wyjechana byłam. Córka mnie do siebie zaprosiła, w związku ze spotkaniem blogerów w Dublinie, żebym u niej pobyła cały weekend. Mark pracuje jak dziki, bo kończy jakiś projekt, który trwał ponad dwa lata, a nas trochę dotknął syndrom nowego roku i doła po-świątecznego, to się umówiłyśmy na babski weekend. W sumie to nas ten dół nie zdążył dotyczyć, bo wiedziałyśmy jeszcze w grudniu, że przyjadę, to miałyśmy na co czekać.
Zamiast w sobotę, zjechałam do stolicy w piątek, tak mnie dziecko namawiało na wyjście do kina na Les Miserables (wrażenia TU)
Raniutko mąż zawiózł mnie na przystanek autobusu. Najpierw jechałam godzinę do większego miasta, a tam przesiadka. Pierwszy etap odbywa się malutkim busikiem, który mnie zawsze dobija, rzuca nim na wszystkie strony, ani poczytać, ani nic. Poza słuchaniem audiobooka, który sobie przygotowałam, ale nie naładowałam mp3, więc martwiłam się, ze mi wysiądzie zanim zdążę 'Irenę' dosłuchać do końca, było takie realne zagrożenie. Empotrójka nie wysiadła, ale za to ja usiadłam w najgorszym miejscu w autobusie, co jest już nową świecką tradycją, jak i moje nieudane zamawianie dań w restauracji. Mało mi się buty nie stopiły, bo pod nogami miałam grzejnik, ten dawał na całego, już nie mówiąc, ze nóg nie miałam gdzie trzymać. Jak mi się udało przesiąść i nie stracić zębów przy tym miotaniu się busa, to mi zimno było, bo nagle odpadło intensywne źródło ciepła. Cieszyłam się na ten duży autobus, bo tam wifi, więc tablet, który pożyczyłam będzie działał. Nic z tego, podstawili starego grata jakiegoś, najmniej nowoczesnego z możliwych. Nic to, miałam filmy na tym tablecie, między innymi ostatni odcinek Daleko od szosy, bo przegapiłam w TV. Ludzie, jak ja się w tym autobusie zbuczałam, wiochę taką odwaliłam, ze smarkaniem w chusteczki, najpierw w rękaw, bo ich naleźć nie mogłam, gila sobie na czole maznęłam, obraz nędzy i rozpaczy. Wszyscy wokół się na mnie gapili.
Pięć godzin trwa podróż, ale mnie to wcale nie przeraża, bo to pięć godzin dla siebie, kiedy czytałam, słuchałam książki, zdrzemnęłam się nawet, obejrzałam półtora filmu, tę szosę i Moskwa Ja lublju ciebia. Laba. Jak dojechałam to już się działo. Nie wiem, skąd miałam taki pomysł kiedyś,że pojadę z samą torebką tylko. Skończyło się na malutkiej walizce ciężkiej jak cholera, bo buty, bo książki, bo coś tam. Do tego wypchana torba, bo kolejne książki, tablet, i całe ustrojstwo i śmieci, potrzebne kobiecie na już. Moja torebka to jest historia świata w pięciu rozdziałach.
Musiałam z tą walizką kamieni dojść do córki, jakoś się doprowadzić po tym płaczu do używalności wzrokowej, poszłyśmy 'na miasto', ale o tym może już jutro czy pojutrze.

wtorek, 18 grudnia 2012

Nie mogę wymyślić tytułu, bo słucham świątecznego jazzu i jakoś mi się mózg rozleniwił

Siedzę wcinam kulki Baileys, na które pozwalam sobie raz w roku z okazji przedświątecznych posiedzeń organizacyjnych i się cieszę, że się jednak zmobilizowałam i zrobiłam te zakupy, a to, co mnie tutaj czeka, to same owoce, warzywa i jakieś drobiazgi. Z gminy wróciłam wczoraj bardzo późno. Syna nie było, pojechał na jakieś występy w konkursie i wygrał, co mi zakomunikował przez telefon, siedząc w KFC z koleżkami. Godzinę jazdy od domu, czyli też w trasie. Mąż w pracy, bo nie poszedł na Christmas Party, ja odmówiłam kategorycznie, bo kasy brak, nie będę płacić za jakieś indyki i suche puddingi na deser, a samemu mu się nie chciało. No to musiał wziąć późną zmianę w sobotę i wyjątkowo pracować też w niedzielę. Zrobiło mi się szkoda psa, ze tak sam cały dzień, więc jak tylko postawiłam siaty, coś na stojąco przekąsiłam, przebrałam się i psa na smycz, żeby się wybiegał.
Lubię chodzić z nim po ciemku, słucham sobie audibooka, on truchta obok, fajnie jest. Byle nie padało.
Zatrzymałam się na chwilę, bo córka zatelefonowała. Kiedy ruszyłam, poczułam ostry ból w lewej łydce. Nie mogłam kroku zrobić. Myślałam, że może skurcz. Zaczęłam nogą kręcić, naciągać mięśnie, jak się później okazało, sprawę jeszcze pogorszyłam. Trudno mi było iść, a byłam w połowie drogi, więc czy do przodu, czy wracać, jeden pies (sorry Franiu). W jedną i drugą stronę pod górę. Tyż do kitu.
Jakoś dokulałam do domu. Myślałam, ze przestanie boleć, ale nie, całą noc i od rana dziś chodzić prawie nie mogłam. Siedzieć też nie, bo miałam wrażenie, ze nacisk od spodu pogarsza sprawę. Ubzdurałam sobie, że mam zator albo oderwie mi się zakrzep, bo to od spodu, tam gdzie się żylaki robią, i umrę.
O trzeciej pojechałam do lekarza i okazało się, że musiałam uszkodzić mięsień, bo wykonałam nagły ruch, a nie byłam rozgrzana i tak to się skończyło.
Czyli dobrze, że sobie wszystko kupiłam, bo już bym teraz tak łatwo do gminy nie pojechała.

Spotkała mnie niezwykła niespodzianka. Rodzice w szkole, gdzie prowadzę bibliotekę, zebrali się na prezent dla mnie. Bardzo się wzruszyłam. Nawet nie potrafię o tym napisać, bo wszystko co bym powiedział, byłoby truizmem.

Odliczam dni do przyjazdu córki. Syn jutro ostatni dzień w szkole. Będziemy świętować, oglądać razem House'a, może i Frasiera, a już na pewno jego świąteczne epizody. W niedzielę akcja gotowanie, mam nadzieję, że do tego czasu noga wydobrzeje. Jestem trochę czasowo do tyłu, w środę dopiero ulepię uszka i pierogi z kapustą. Mąż już ruskie zmontował. Kochany jest.

Tak sie skarżyłam, że w zeszłym roku dostałam tylko dwie kartki, w tym roku za to mam ich dużo. Wystawiłam na kominku i się cieszę. Niektóre ręcznie robione, a jedna namalowana przez córkę blogowej koleżanki. Kate wysłała nawet dwie i do tego opłatek poświęcony w Knock. Jeszcze inna jeden opłateczek do podziału w Wigilijny wieczór. Tak się wzruszam nad nimi, za każdym razem, kiedy je oglądam. Hania wysłała piękny stroik malunieńki, wisi nad komputerem i jak tylko pomyślę o zamartwianiu się, to mi nie wychodzi, bo od razu się uśmiecham do niego.


Tyle wokół dobra, że aż mnie to dziwi, cały czas myślę, że mi się nie należy, że nie zasłużyłam.
Tym bardziej trzeba w nowym roku myśleć o tym, jak być lepszym dla innych i dla siebie.
Muszę się jakoś zmusić do systematycznego ruchu, zaczęłam motywację od słuchania książki Łukasza Grassa. Jak tylko polazłam się ruszać, to mi nogę odjęło, haha. Sport to zdrowie (?)
Nic to, najwazniejsze, że w szpitalu nie wylądowałam.

czwartek, 25 października 2012

Coś się kończy, coś zaczyna, raz jest duże, a raz małe

Najbardziej widzę, że córkę mam już dorosłą, kiedy przychodzą takie dni jak teraz, czyli długi weekend, u nas tzw. bank holiday, potem Halloween, a ona nie może przyjechać, bo pracuje. Skończyły się przerwy szkolne, zaczęło prawdziwe, dorosłe życie.
Sobota, trzynastego, ale kto by się tym przejmował, była wyjątkowo ładna, bezdeszczowa i słoneczna, nawet ciepła, jak na środek października. Jak na zamówienie na jej graduation, czyli uroczyste wręczenie dyplomów, które odbyło się w imponującej Katedrze św. Patryka w Dublinie. Każdy z absolwentów nosił togę i biret, odpowiednie kolorystycznie, dla każdego kierunku inne.



Katedra ma bardzo podniosły klimat, do tego wszyscy ubrani w togi, do tego wykładowcy w paradzie przy akompaniamencie odpowiedniej na tę chwilę pieśni, ubrani też odpowiednio  do sprawowanej funkcji, to wszystko nas tak wzruszyło, że nie tylko ja tym razem, ale i mąż, mieliśmy łzy w oczach.

(to tylko głowna nawa, są jeszcze dwie po lewej i po prawej, piękna ta Katedra)



Udało się załatwić bilet dla Marka, partnera córki, strasznie się ucieszyłam, bo niby miały być tylko dwa zaproszenia na absolwenta, ale może ktoś nie odebrał i dali? Mark bardzo jej pomógł w tym ostatnim roku, w pisaniu pracy (nie w sensie treści, ale sprawdzenie gramatyki, pisowni, czy myśli są czytelne), ale też i samą obecnością, że było z kim przedyskutować temat, wiadomo, jak się go porządnie obgada na głos, to wiele rzeczy się w głowie odpowiednio układa.  Szkoda by było, gdyby nie mógł być z nami w ten dzień, tym bardziej, że całe studia Michaliny mieszkali razem i on jest tak samo dla niej ważny, jak my.

Bardzo byłam z niej dumna, z jej dyplomów, na które zapracowała przecież sama, a i utrzymywała się na studiach też z bardzo niewielką pomocą naszą, raczej sama i stypendium.

Potem był poczęstunek w Collegu, piękna pogoda wygnała nas na zewnątrz, tam odpiliśmy kawę i wciągnęliśmy kanapeczki, tak tylko, żeby przetrwać do obiadu do szóstej (a my w drodze od szóstej rano, bo dojechać do Dublina musieliśmy). Potem wizyta we włoskiej kafejce/bistro Taste  Food Company
A tam pyszna kawa kokosowa, do tego tiramisu i bezowo-truskawkowy deser, jedzone wspólnie z jednego pucharka. Pychoty i miła atmosfera, a do tego spotkaliśmy Anię, córki koleżankę. Fajnych ma ona przyjaciół, lubię się z nimi spotykać.

Wieczór to wizyta w restauracji na uroczystym obiedzie. Michalina ją wybrała, niedaleko Grafton Street, uwielbiam tę część miasta, bo jest taka pełna życia, wokół sklepy, kafejki, ludzie w ogródkach, bo ciepło, śmieją się, nawołują, tu nie widać recesji, nic a nic.
Może w stolicy jej nie ma?

Wydawałoby się, że już wystarczy atrakcji na jeden dzień, ale po obiado-kolacji wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do przyjaciół na resztę wieczoru, spanie i cały kolejny dzień. Wiadomo jak to jest, nagadać się nie można. Wszystko byłoby super, gdyby ostatecznie nie dopadła mnie w nocy grypa jelitowa, co mnie zatrzymało w niewielkim pomieszczeniu na całą noc. Przemarsze wraz z miską w te i we wte, zdawały się nie mieć końca. Już dawno nie byłam tak chora. Okropne. A w poniedziałek miałam lot i dodatkowo martwiłam się, że nie wydobrzeję. W każdym razie jakoś przetrwałam, nawet obiad pod wieczór zjadłam. Straszne tak się pochorować, do tego u kogoś, wiadomo. Dobrze, że byłam z mężem, to on czynił honory gościa, a ja odespałam noc, aż do przyjazdu dzieci do drugiej.
Ale było wesoło, zjechały moje dzieci, były też córki przyjaciół, plus pies i koty domowe, plus koty wizytujące, czyli parka mojej córki (dzieci jednego z kotów gospodarzy) - uwielbiam takie zjazdy. Nie wiem, jak Iza, bo ona biedna sama w kuchni, nie dała sobie pomóc, ja to nie za bardzo, bo mnie patrzenie na jedzenie ruszało, ale mąż ani córka też się tam nie udzielali, bo by im Iza nie dała; zawsze mam w takich razach wyrzuty sumienia.
Wieczorem oglądaliśmy skok Baumgartnera, dla mnie szalenie wzruszające i szokujące. Ja bym nie skoczyła. Obserwowanie go, jak się wznosi, jak potem skacze, nie dość, że mi serce poruszyło, to i refleksyjnie nastroiło. Ziemia taka mała, nasze sprawy takie małe, kłopoty niewidoczne, wszystko zależy od perspektywy i punktu wzniesienia ponad. Dosłownie i w przenośni.


piątek, 19 października 2012

Rozleciałam się, zaraz wracam

Wróciłam, tydzień mnie nie było, a jakby wieczność całą. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Cieszę się, że już jestem w domu, podróżowanie jest bardzo męczące. Szczególnie wtedy, kiedy nie są to wyjazdy dla przyjemności. Tym razem rzeczy miłe mieszały się z trudnymi, pełne spektrum emocji i wrażeń. Kiedyś uważałam, że najważniejsze, żeby się coś działo, a teraz myślę, że najlepiej, kiedy nic się nie dzieje, kiedy jest totalny spokój i cisza. Mogłabym być guru ruchu slow.

Powoli pewnie będę umieszczać tu reminiscencje z ostatniego tygodnia, ale dzisiaj tylko zgłaszam się do apelu, melduję, że nic mi nie jest i będę znowu pisać, niech no ja się tylko połapię w swoich myślach. Rozstroiłam się tak skutecznie, że zupełnie nie umiem się pozbierać. Wobec niektórych spraw prezentuję taki brak odporności, że aż mnie to przeraża. I dziwi jednoczesnie.

A w Polsce polska złota jesień. Zapomniałam już, jak bardzo lubię tę porę roku. Podoba mi się, że Irlandczycy nie desperują z powodu nadejścia pory 'ciemnej, włącznie z zimą. Uważają, że skoro mają tyle czasu dni długie i ciepło, dla odmiany fajnie mieć dni krótkie, ogień w kominku i dużo czasu na książki i grę w karty, bo to daje wytchnienie po zwariowanym letnim czasie. Częstokroć tutaj pracuje się dużo ciężej w lecie, więc ma to swoje uzasadnienie. Tak czy tak, nauczyłam się tu czerpać zadowolenie ze zmian pór roku, jedynie nie umiem cieszyć się z silnych wiatrów, zimowych sztormów, które nas co roku nawiedzają.

Strasznie się pochorowałam w tej Polsce. Jak zwykle na tle psychosomatycznym, najpierw odjęło mi nogi, potem babskie sprawy, chociaż nie powinno się to zdarzyć, a teraz mi toksyny wszystkimi porami wychodzą. Obraz nędzy i rozpaczy. Idę się zakopać pod kołdrą.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Egzekucja odłożona, ale nie odwołana, za to ryb ci u nas dostatek

Wstałam raniutko, umyłam łeb, najadłam się gotowa na głodowanie kilku dniowe, no dobra, jednodniowe, ale jednak. Pojechałam z duszą na ramieniu i lekko rozluźnionymi ze strachu kiszkami na wizytę do dentysty i co? Nico. Mało nie zeszłam byłam na fotelu oczekując ekstrakcji, znieczulenie dostałam, ale nie zadziałało. Mam zapalenie i ono jeszcze nie zeszło na tyle, żeby się znieczulić wystarczająco do wyrywania zęba. Moja pani dentystka powiedziała, że nie będzie rwać, ustaliła wizytę w przyszlym tygodniu i tyle mnie widzieli.
Pół dnia z drętwą gębą chodziłam, wszystko straciło czucie, tylko nie dziąsło naokoło zęba. No ja zwariuję, znowu czekanie, nerwy, aż mnie to już śmieszy, bo w końcu stara baba jestem i nie powinnam już tak panikować.

Wczoraj syn i mąż byli na rybach i przywieźli prawie trzydzieści, a podobno drugie tyle oddali komuś tam. Ale mieli połów.  Moje ukochane makrele prosto z morza. Mniam




Na koniec dnia wiadomość świetlista, córka ma szanse, na razie takie malutkie, ale jednak, na zatrudnienie. Nie będę Was szczegółami zanudzać, ale już tak całkiem za nic pracować nie będzie, a może z czasem i dostanie etat. Jakbym wiedziala, ze to pomoze, to bym sobie dała tego zęba na żywca wyrwać.

Panika odłożona, ale jeszcze o tym usłyszycie, nie upiecze Wam się, hehe.

wtorek, 26 czerwca 2012

Leków jak na lekarstwo, a erzace-farmaceuci to już smutna norma

Jednym z problemów mieszkania zagranicą jest fakt, że się człowiek nie może przyzwyczaić do leków i różnych suplementów sprzedawanych na miejscu, wciąż zachwala działanie i cudotwórcze możliwości różnych syropów na kaszel, tabletek na cerę, a polskie leki z bożej apteki i herbatki ziołowe to już w ogóle niezastąpione są. I pewnie tak jest w wielu przypadkach.
I ja jestem niewolnicą przyzwyczajeń. Nie stronię od nowości, na przykład takie leki homeopatyczne całkiem do mnie przemawiają, ale jak przyjdzie co do czego, czyli leczenia samego siebie hehe, to sięgam po najbardziej sprawdzone sposoby, od lat te same. Słusznie czy nie, to już inasza inszość, ale tak jest i nic na to nie poradzę. Pełno jest nowoczesnych leków na rozwolnienie na przykład, a ja węgiel i tak lubię mieć na podorędziu, kiedy zaczyna się sezon na grypę żołądkową w Irlandii.
W pierwszych latach ciągałam całą bożą i diabelską (bo koncerny farmaceutyczne coraz bardziej mi się jawią jako diabelskie nasienie) aptekę do Irlandii. Teraz już mniej tego, ale i tak przywlokłam jakieś suplementy diety przy odchudzaniu i na włosy i cerę. Czy to działa, nie mam pojęcia, ale w głowie mi jakoś lepiej, ze COŚ robię.
Niedawno zaczęły działać apteki internetowe, tutaj z polskimi lekami, i w kraju jak widzę też. Jak się zapatrujecie na takie zakupy, czy kupujecie w sieci leki (oczywiście mowa o aptekach, a nie o dziwnych substancjach z rąk prywatnych), czy nadal tylko tradycyjnie u pani magister?
A swoją drogą te panie magister to chyba coraz gorzej uczone. Kiedyś można było naprawdę poradę dostać, ale ostatnimi czasy młodzież za ladą króluje, a oni nie tylko nie wiedzą, co poradzić, ale nawet nie mają pojęcia, co sprzedają.
Ja mam taki zawsze kłopot w Polsce, to jest psychosomatyczne ze stresu, że mi najdalej po trzech dniach zaczynają puchnąć nogi (do rozmiarów niewyobrażalnych) i muszę brać leki na pozbycie się wody z organizmu, bo ją ewidentnie zatrzymuję.  Trzy apteki zaliczyłam zanim dowiedziałam się o specyfiku, żeby nie herbata ziołowa, bo nie miałam warunków jej przygotowywać, który mi pomoże, ziołowym do tego. Wszędzie on jest dostępny, nic to ani drogiego, ani wyjątkowego, ale narybek farmaceutyczny pozostawiony na włościach w aptece, wielkie oczy robił (połączone z gapowatym wyrazem twarzy i zupełnym brakiem jakiegoś odruchu, żeby gdzieś zajrzeć, podpytać), kiedy pytałam o poradę i pomoc. A przecież byłam w mieście odwiedzanym przez rzesze turystów i można się spodziewać takich pacjentów, czy klientów jak ja. Ech, degrengolada tego zawodu czy niedouczenie? Pamiętam jeszcze pana Kazia, zaprzyjaźnionego aptekarza, który na wszelkie bolączki miał odpowiedź, czy to zamiast lekarza, czy zanim się do niego człowiek dostał. A teraz? Szkoda gadać.Jak trafiłam na bardziej doświadczoną 'aptekarkę', to mnie próbowała na drogi specyfik naciągnąć, a wcześniej lekarka mamy powiedziała - tylko nie daj sobie wcisnąć x, poproś o y. Zdziwiona była, gdy spytałam, czy y za 3.80 nie będzie miał takiego samego działania, jak to drugie (za 22 zł).
Pomyślałam, że w takiej sytuacji korzystanie z apteki internetowej to wcale nie taki głupi pomysł, bo faktor ludzki nie jest już taki jak dawniej, to i wcale potrzebny nie jest.
Oczywiście mowa o lekach nie na receptę, bo to już całkiem inna historia.

niedziela, 20 maja 2012

Jak to wszystko poukładać? Spróbuję

Nie potrafię sobie tego wszystkiego poukładać tak, zeby Wam sensownie opisać, jakie mną emocje targały i dlaczego.
Po pierwsze sprawa mamy. Nie będę wchodziła w szczegóły, bo kogo to obchodzi, powiem tylko, że ledwo sobie dawałam psychicznie radę. Kondycja mamy, psychiczna, podyktowana jest jej stanem po udarze. Nie bardzo dawałam sobie radę z jej wybuchami złości i agresji, nie mogąc z nią logicznie rozmawiać, a jedynie mogąc unikać tych ataków jak się da. Kiedy już następowały, a przeważnie było to wtedy, kiedy jednym słowem próbowała mi wytłumaczyć coś, czego za Chiny nie mogłam pojąć, bo za tym jednym kryła się historia cała zrozumiała tylko dla niej jednej, nie miałam innego wyjścia jak przeczekiwać, chować się gdzieś w kącie. Trudne bardzo.
Ratowało mnie to, że przeważnie wieczorem (ale nie codziennie) miałam spotkania z przyjaciółmi czy znajomymi, zawsze przemiłe i ciekawe, często zakrapiane. Nie piję zwykle, ale wtedy pozwalałam sobie na kieliszek czy dwa wina, żeby jakoś odreagować. Poza tym w miłym towarzystwie, przy wspaniałym jedzonku, nie ma to jak napitek właściwy.

Jesli idzie o moje odchudzanie, nie zarzuciłam - odmówiłam sobie polskich ciast i wspaniałych cukierasków, ciasteczek i innych obiektów pożądania. Znajomi gotują wspaniale i nie było ziemniaków czy chleba w nadmiarze, natomiast pieczone mięsa, różne indyjskie dania, grillowane mięso z sałatkami, a i owszem. Najpierw u Doroty, a potem u Mileny, po raz pierwszy i drugi w życiu zjadłam oliwki i strasznie w nich zagustowałam. Nie wiem, jak to się stało, ale mi zasmakowały. Rukola z ziarnami słonecznika, suszonymi pomidorami, odrobiną oliwek (Dorota ratuj, co tam jeszcze było?), jest przepyszna. U Hani za to jadłam takie dziwy z kuchni orientalnej, że szok. Natychmiast przestaję wymieniać, bo jeszcze kogoś ominę, a to by było niesprawiedliwe, a pamięć jednak jest zawodna.
No więc w ciągu dnia napięcie do granic wytrzymałości. W tym czasie w Polsce odbywały się nabożeństwa majowe i chodziłam do kościoła, prosić o cierpliwość, mądrość, poza tym modlitwa dawała mi ukojenie, powtarzana jak mantra działała jak medytacja. Pomogło. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, a także z rodziną męża (mojej już nie mam, oprócz mamy),  dawały siłę do przebrnięcia przez kolejny dzień. Niesamowite jak człowiek człowiekowi może pomóc, nawet o tym nie wiedząc.

Koszalin, moje rodzinne miasto. Wydawałoby się, że nie zmienił się wcale, a jednak tak. Oczywiście poznaję w nim to miasto, które mnie 'nosiło', kiedy byłam tu w szkole, ale rozbudowane jednak, jaśniejące, z nowymi sklepami (na miejsce starych, szkoda czasem), jak to pewnie wszędzie, stare miesza się z nowym, miasto żyje. Wzruszenie. Najpierw kiedy poszłam do Katedry, gdzie byłam u I Komunii. Potem, kiedy mijałam moje liceum, do którego uwielbiałam chodzić. Nie odważyłam się pójść zobaczyć mojego rodzinnego domu, od kilku lat w innych rękach. Bałam się, że mi serce pęknie. No i cmentarz. Tam sobie i popłakałam,  porozmawiałam z prababcią, babcią i tatą, poczułam się jak w rodzinie. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak nie sama byłam, chociaż przecież wiem, ze oni nie żyją. Może mi pomagają? Nie wiem, ale faktycznie dużo rzeczy udało mi się załatwić, wszystko szło jak z płatka, a nie powinno. W sensie takim, że tam, gdzie spodziewałam się przeszkód, coś się takiego zawsze zadziało, że udawało się zdążyć, dodzwonić, uzyskać podpis, dojechać itp. Trzy razy znalazłam na swojej drodze pióro. Moja prababcia zwykłą mawiać, że jak znajdziesz pióro, znaczy twój Anioł Stróż je zgubił, jest w pobliżu. Jedno znalazłam w Koszalinie, jedno w Siedlcach, jedno w Warszawie, zawsze wtedy coś mi się udawało, a było blisko, żeby nie. Mówcie, co chcecie, ale kurczę, ten Anioł musiał być obok.



Na koniec pobytu, kiedy już wszystko wydawało się zamknięte i dopięte, zadzwonili ze szpitala w Irlandii, że mąż ma się stawić tamtego wieczora na oddział, bo mogą go przyjąć na planowa operację, na którą czekał rok, ze względu na to, że ktoś inny musiał zrezygnować (gorączka czy coś). I sto telefonów, załatwianie mężowi wolnego, potem co z synem, co z psem, kto pojedzie, kto wróci. Dzięki znajomym udało się to jakoś dograć, dzieckiem mi się zajęli, psem nawet (a Franio jak wiecie trudny jest do okiełznania), nawet mi Gosia diagnozę postawiła, dlaczego ten mój Jack Russel taki niesforny i dała kilka rad, jak go spacyfikować. Czyli 2w1, pomoc i porada. No, czyż ja nie mam szczęścia do ludzi?

Już w pociągu do Warszawy, nocnym, sypialnym, miałam szczęście, że nikt nie dokupił biletu i byłam sama w przedziale. Rozmawiałam przez telefon kilka godzin, a to ktoś zadzwonił do mnie, a to ja do, polska komórka, irlandzka komórka, kiedy wreszcie przestałam odbierać i wydzwaniać, już mnie bolały uszy, ręka, gardło, język i w ogóle wszystko, usłyszałam za ścianą (one w pociągach w końcu bardzo cienkie) - o Boże, wreszcie przestała gadać - ktoś westchnął z ulgą, haha. I miał rację. Ale to nie ploty były, a ustalanie planu na kolejne dni, bo przede mną były trzy dni pobytu w Raju, jak mi się wtedy wydawało i słusznie. Najpierw spotkania w Siedlcach, a potem Targi Książki w Warszawie zakończone wizytą u przyjaciółki w stolicy. Ale o tym, to już następnym razem.

piątek, 27 kwietnia 2012

Ryba podstępnie zaatakaowała twaróg, a horror walizowy trwa

Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha.
Przyjechali do mnie w zeszłym tygodniu, ponad 3 godziny w samochodzie się tłukli. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, na pewno korespondencyjnie jakoś, Kate czyta moje felietony i się odezwała, chyba mailowo. W każdym razie od słowa do słowa, dwa lata temu pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, a w tym roku była powtórka. Jak zwykle - Kaśka ja Cię zabiję - wjechała do domu z ciastem i siatami, a tam same produkty dla 'biednych' odchudzaczy, czyli przyprawy różniste Fit Up Kamisu, z błonnikiem, kiełkami itp, do tego dodatki do mleka, maca, ciemna czekolada, ryżowe i owsiane ciasteczka, dżem bez cukru dla łakomczucha, czego tam nie było. Ciasto natomiast buraczane, przepyszne. Kate przepis miałaś wysłać!
[dygresja - chudnę!!!! Cały czas trzymam się wytycznych z książki Makarowskiej, i po kilogramie, powolutku gubię kilogramy. Niesamowite. Nie pamiętam, kiedy jadłam ziemniaki i mi ich nie brakuje. Ryżu i makaronu też prawie nie jadam, a jeśli to ciemne. Chleb tylko rano na śniadanie, ciemny. Wszystko to, co mi przeszkadzało powoli przestaje byc dla mnie ważne, zmienia się styl żywienia na stałe, to cud - koniec dygresji]
Pojechaliśmy na plażę, trochę pozwiedzać z okien samochodu, ale najważniejszy punkt programu to jednak pogaduchy, wymiana myśli, energii.
Oczywiście nie obyło się bez utrudnień, bo u mnie zawsze musi być i śmieszno, i straszno. Akurat w ten dzień musiałam wyskoczyć do szkoły Wojtka na spotkanie z nauczycielami po ogloszeniu wyników próbnego egzaminu Junior Cert. Godzina, ponad nawet, z tego spotkania stracona. Mąż mnie godnie zastępował. Dzięki Kate i Cezarowi za wizytę.
No, ale to już przeszłość, niestety. Teraz w sypialni leży częściowo spakowana waliza i mnie straszy. Terror walizowy normalnie. Nienawidzę tego widoku, nie w takich okolicznościach. Sciągam uprane ciuchy, szykuję do prasowania i segreguję do zabrania, ale wszystko we mnie krzyczy, że nie chcę jechać.
Jednocześnie wiem, ze się nakręcam sama, że nie jest tak źle, ale wiecie jak to jest - w ciemnym pokoju wszystko straszy, nawet nasza ukochana lalka zamienia się potwora. No i ja tak mam, zgasiłam światło w głowie i się boję. Tego, co tam zastanę, decyzji, które będę musiała podjąć, mojego poczucia klęski jako córki, wyrzutów sumienia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i faktycznym stanem rzeczy. Tak, mną też rządzą stereotypy, chciałabym żeby było tak, jak u Mostowiaków, ale nie jest to możliwe.
Teraz czuję wyrzuty, a jak mama zacznie na mnie krzyczeć, to się będę kulić w sobie i liczyć do dziesięciu. Kalms już spakowany, mam nadzieję, że pomoże
Teraz wyglądam tak

 (uwielbiam 'paczizmy')

Głowę mam już gdzieś hen na wysokościach w samolocie, lęk też bierze górę i nawet fakt, że na końcu mam wspaniałe spotkania, że w rodzinnym mieście też mam ukochanych przyjaciół i ciekawych znajomych, których spieszę się zobaczyć, nie pomaga. No cóż. Muszę poszukać włącznika światła, oswoić strachy. To, co nie znane, zawsze gorzej wygląda.
Ciekawe ile jeszcze 'małych katastrof' sobie tutaj zgotuję, czego zapomnę? Na dobry początek tej masakry sowicie doprawiłam poranny twarożek, który miał mi poprawić humor, przyprawą naturalną do ... ryb. Mężowi się nie przyznam. Zjadłam i teraz mi się rybą odbija, haha. A na obiad ... ryba. Potwory z morza atakują.
Jutro olimpiada szkół polonijnych w Dublinie, gdzie zgodziłam się pisać test z angielskiego. W swoim stanie ducha dostanę chyba ze 20%, oto przepis na popis.
Wieczorem córka zaprosiła mnie do japońskiej restauracji, mojej ukochanej Yamamori. Ja to mam szczęście.
Kochane dziewczyny i kochane chłopaki - nie będzie mnie dwa tygodnie. Nie sądzę, żebym miała dojście do komputera na tyle, żebym mogła tu pisać, komentować czy Was czytać. Zajrzę jeszcze wieczorem zobaczyć, czy są jakieś komentarze, a potem wio.
Mam nadzieję, że na mnie tu zaczekacie i nie 'wszystek umrę'.
Trzymajcie kciuki.