Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pivotal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pivotal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Opowieści podarowane: Każdy facet powinien mieć swojego Ziutka!

Zasadniczo tym postem chciałabym zacząć pewien cykl historii i opisywać w nim rzeczy, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, ale są warte uwiecznienia. Nie raz pokazałam, że w moim przypadku "cykl", to jeden post właściwy i trzy posty tłumaczenia, dlaczego nie ma kontynuacji, więc nie przyzwyczajajcie się zbytnio.
"Opowieści podarowane" to historie które zasłyszałam od kogoś i choć wydają się nieprawdopodobne, to wiem, że zdarzyły się naprawdę i grzechem jest ich nie zapisać.

Lubię słuchać ludzi. Uwielbiam wręcz. W autobusach przysłuchuję się bezładnej paplaninie, próbując wyłowić pojedyncze zdania, "strzygę" uszami w kolejce do lekarza i na poczcie. Mam coś takiego w twarzy, że ludzie sami przychodzą i mi się zwierzają.
Co prawda, czasem trafiają się historie zwyczajnie niesmaczne, jak na przykład opowieść o zanikających cyckach, czy paskudnych chorobach. Czasem jednak trafia się taka perełka, że aż nie wierzę. I cieszę się, że ją mam!

- Każdy facet powinien mieć swojego Ziutka!- rzuciła kiedyś przy piwie wspólna koleżanka moja i Małżona. "Ziutka" czyli przyjaciela płci męskiej. Gotowego oddać życie za kumpla. Oddanego i wiernego. Historia może zatrzeć jego imię, wygląd czy pochodzenie, ale pamięć o czynach pozostanie na zawsze zapisana na kartach dziejów i opowiedziana "ludziom dla nauki". Małżon swojego "Ziutka" poznał jeszcze w liceum. Ich miłość wzajemna przetrwała lata szkolne i studia. I nawet mnie. Razem grają w planszówki, na Xboxie i jeżdżą na gokartach. Kiedyś byłam diablo zazdrosna, ale przeszło mi, gdy urodził się Maślak. Dzisiaj traktuję "Ziutka", jak nieszkodliwe zwierzątko domowe, które nie umie kroić chleba prosto, wyżera Nutellę łyżką ze słoika i jest w stanie zjeść KAŻĄ ilość pieczonych ziemniaków. Sądzę, że ich miłość dopiero się rozkręca i jeszcze wiele przed nimi. Tym bardziej, że "Ziutkowi" dopiero co urodziła się córka i nie może poświęcać Małżonowi tyle czasu, co kiedyś, choć bardzo się stara, by przyjaciel nie czuł się przezeń porzucony. Nie ma tego złego, jeszcze nad kołyską Młodej postanowiliśmy, że Maślak się z nią ożeni i w ten sposób staniemy się jedną, wielką rodziną! A jak nie zechce?- Nie ma takiej opcji! ;)
Mój szef też ma "Ziutka". Ich przyjaźń jest najpiękniejszą i najtrwalszą męską przyjaźnią, jaką kiedykolwiek widziałam. Są parą idealną, doskonale dobraną i niesamowicie pokraczną. Jeden jest wielki jak niedźwiedź, obdarzony męskim aksamitnym głosem i bujną czupryną w kolorze słomy. Drugi jest mały, niepozorny, cichy jak mysz i łysawy. Znają się chyba od piaskownicy i są bardziej braćmi, niż zrodzeni z jednej matki dzieci. Szef i "Ziutek", czyli Florian dorastali na jednej dzielnicy, chodzili do jednej szkoły i spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Kiedyś, gdy już byli w wieku prawie dorosłym, pojechali większą grupą na biwak nad Zalew Wiślany. Wzięli piwo, wzięli panny, wzięli gitary i namioty. Wzięli i się pochleli. Jak to nastolatki, bez opieki rodziców. Szef mój (wówczas dwumetrowy dryblas, o płomiennym oku i dandysowskim loku) dostał kosza od panny, na której chciał wywrzeć ogromne wrażenie, za pomocą swojej gry na gitarze i z żalu postanowił... się utopić. Tak, postanowił skrócić swoje męki miłosne, w odmętach zalewu. Wiem, głupie to, nie mnie to oceniać, ciągle pamiętam, jak pokręcone są umysły nastolatków.
Najpierw siedział przy ognisku, nabzdyczony jak indyk przed świętami. Potem trochę poklął, a potem oświadczył, że ma złamane serce i idzie ze sobą skończyć. I poszedł w stronę wody. Nie umiał wtedy pływać i nie rzucił się w fale. Po prostu szedł przed siebie. Zalew Wiślany, ma to do siebie, że średnia jego głębokość to 2,7m. W praktyce oznacza to, że wchodzi się do wody, idzie i idzie, a woda sięga do kolan. Miejscami trafiają się połacie mułu i roślinności, ale nie ma fal, nie ma podwodnych prądów i tego typu niespodzianek. Owszem, da się tam utopić (jak i w wannie) ale wymaga to albo totalnego braku wyobraźni, albo wyjątkowego pecha.
I tak sobie szedł i szedł, ten mój szef, aż wytrzeźwiał i stwierdził, że panna nie jest warta ani dramatycznego zgonu, ani nawet zapalenia płuc. Postanowił wrócić. Mówił, że nie było go godzinę, może dwie.
Kiedy doszedł do obozowiska, okazało się, że wszyscy poszli spać. Wszyscy poza wiernym Florianem, który siedział przy ledwie tlącym się ognisku, walczył z prawym butem, który nie chciał trzymać się na lewej nodze i żałośnie zawodził:
- Jaaaaaaaaaareeeek! Nie idź się topić! Jaaaaarek, ja Cię uratuję! Przyjacielu drogi! Nie idź!!! Jaaaaarek!- po ostatnim, rozpaczliwym okrzyku, Florian spróbował wstać, ale w pijackim amoku zaplątał się we własne nogi i padł obok ogniska.
Niedoszły topielec pozbierał swojego kumpla z ziemi, a ten nadal zapewniał, że idzie go uratować, tylko buta ubierze. Nie przekonało go nawet to, że "topielec" stoi przed nim żywy, choć mokry i zziębnięty. Przekonało odebranie butów i męski kuksaniec. Wtedy Florian uwierzył i po raz kolejny wygłosił deklarację psiej wierności.
Na moje nieszczęście widuję Floriana dość często, a wyobraźnia uparcie podsuwa mi jego obraz- siedzącego przy ognisku i walczącego i opornym obuwiem. I Szefa, który próbował się utopić w wodzie do kolan...

Nie przepadam za Zalewem Wiślanym jako miejscem wypoczynku. Woda jest za płytka, komarów za dużo...
Nie da się jednak ukryć, że miejscem do fotografowania jest zacnym:


I to właśnie tam, przed moim urlopem, zabrałam Popkę:




Popka jest dość rzadko spotykaną lalką o ciele pivotal, a w swej "rodzinnej formie" wyglądała tak:


Gold Label

Moja lalka dotarła do mnie jedynie z pierścionkiem i w butach, ale ani jedna ani druga część garderoby mi się nie spodobała na tyle, by ją na dłużej zatrzymać.
Sama lalka też jest urody dość dyskusyjnej i wzbudza mieszane uczucia w ludziach, którzy ją oglądają na żywo.
Ja ją lubię.
Jest chuda jak anorektyczka. Ma słitaśny dziobek i fryzurę na pazia. Jej szponami można by grabić grządki.
Jest tak cudownie, karykaturalnie przerysowana, że nie mogę uznać jej za brzydką.
















Duh!




Minnie Mouse rozpacza nad chudością lalki, która ją nosi!

Muszę ze smutkiem stwierdzić porażkę na tle ustawiana lalek do fotek. Zazdroszczę ludziom, którzy nawet z klocka drewna, jakim jest np model muse, umieją wykrzesać życie. Jak widać na powyższych fotkach, ja nie umiem tego zrobić nawet z lalką mobilną. Moją zmorą jest ustawianie lalek tak, by nie wyglądały, jak wystrugane z mydła. Popkę udało mi się wbić w piasek, ale jak nie mam takiej pomocy...
Ech!


I jeszcze na zamknięcie tematu "Ziutka":

Wszyscy w pracy myśleliśmy, że już wiemy wszystko o uczuciu łączącym Szefa i Floriana.
Myliliśmy się.

Niedawno Florian wpadł w interesach.
Posiedział, pogadał, kawę wypił.
Szef odprowadził go do samochodu, upewnił się, że przyjaciel zapiął pasy, i że żadna cegła mu na głowę nie spadnie. Potem poszedł do kuchni, by zza szyby, dyskretnie obserwować wyjazd pojazdu przez bramę.
Wyobraźcie sobie reakcję moją i kolegi, gdy nagle usłyszeliśmy dochodzącą z pomieszczenia pieśń:

"... Floooooooooooooooooooorian!
You don't have to wear that dress tonight!
Floooooooooooooooooooorian!..."

Zupełnie w rytm piosenki dobiegającej z radia:


Moja mina- bezcenna!
Komentarz kolegi- jeszcze bardziej:
- A ty, czy masz takiego przyjaciela, któremu śpiewasz pieśni pożegnalne?

A wy macie?

*Florian oczywiście nazywa się inaczej, ale podobnie