Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aphrodite. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aphrodite. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Post niskich lotów.

Nie miałam ostatnio pomysłów na posta, a tak samą lalkę pokazać? Bez "pitu pitu"? Jakoś nie uchodzi... Co zrobić jednak, jak pomysłu na pisanie nie ma? Trzeba poszukać! Wyjść z domu! Trzeba się rozglądać, bo pomysły na posty mogą nisko latać. Zwłaszcza o tej porze roku.
Zachciało mi się chlebka dyniowego. Pewnie od myślenia zgłodniałam. Trzeba było się udać do sklepu dla biedaków.
Mój błąd, że na zakupy wybrałam się w sobotę. Mój błąd, że w słoneczny dzień ubrałam kurtkę.
Mój błąd, że od razu nie poszłam do warzywniaka...

No to wyglądało to tak:

Stoję w kilometrowej kolejce.
Przede mną- nasi sąsiedzi zza granicy: wąsaty kozak, troje dzieci obciętych na "zaczarowany ołówek" i babuszka w futrze z szynszyli. Zachowują się spokojnie, ale mają dwa wózki wypełnione po brzegi. Za mną- 100% polaka w polaku. Skarpety w sandałach, koszulka "żonobijka", wąsy jak u morsa. W ręku flaszka i chipsy "dla syna". Sok pod owłosioną pachą. Ugh... ja bym tego nie piła...
Wózki "kresowiaków" pomału pustoszeją. "Mors" sapie coraz głośniej, pić mu się chce. No i "kraj jego okradajo! Ojcowizne wynoszo!"
Wykładam na ladę kolejno: dwie bagietki czosnkowe, granat, tic-taki i dynię.
Pani na kasie kasuje leniwie.
- Pyk!- pojechała bagietka.
- Pyk!- druga sunie w ślad za pierwszą.
- Pyk!- granat potoczył się po ladzie.
- Pyk!- drażetki są moje!
- Pyk!- trzy kilo cukierków w czekoladzie zajęło miejsce na rachunku.
- Cukierków nie chcę- mówię do ekspedientki z uśmiechem.
- To po co je pani brała!?!- wybucha nagle tamta.
Nie zrozumiałam dowcipu.
- Nie, wcale nie brałam cukierków- pokazuję palcem na kasę, gdzie jak byk czekoladowe smakołyki widnieją i straszą mnie ceną.
- Proszę pokazać torbę- słyszę i nie wierzę - mogła je pani do torby schować, ja tu nie mogę wszystkich pilnować!
- Że co?! Że jak?! Łodefak?! Babo, co ty wciągasz?! Daj mi trochę!- chciałam krzyczeć, ale się powstrzymałam.
Zrozumiałam, że z maszyną na kasie nie wygram.
Uśmiechnęłam się jak najbardziej szeroko i szczerze. Żal mi było jedynie "Morsa" i innych ludzi w kolejce.
Demon oszalał.
- Cztery rzeczy- powiedziałam pokazując na ladę- DWIE bagietki, w JEDNEJ torbie. GRANAT. TIK TAKI i D-Y-N-I-A- ostatnie słowo przeliterowałam. Zdjęłam plecak. Teatralnie zajrzałam do środka i mówię- PLECAK, a w plecaku.... O NIE! Lalka! Zeżarła mi trzy kilo cukierków czekoladowych!
Niestety byłam mocno wkurzona, więc trochę urwało mi od impetu.
- Czyli co? Wycofać to muszę?- spytała kasjerka flegmatycznie, niewzruszona.
- Acha!- prychnęłam tylko.
Sprzedawczyni wykonała telefon, przyleciała jakaś druga, wycofały cukierki i się zaczęło: "Heleeeeenaaa!! Jaki jest kod na dynię? Po nie wiem?"
"A 666 próbowałaś?!"
"Taaaaak, ale to na rybę jest!"
"A to nieeee wiem!"
W końcu znalazł się ktoś kompetentny- kierownik ponoć. Kod podano, wstukano na klawiaturę i... BAM!
... trzy kilo cukierków w czekoladzie!
{Fanfary!!!}
- Weźmie pani tę dynię i jebnie kierownikowi- poradził "Mors" po tym, jak się poddałam i zostawiłam zakupy na ladzie. Żałuję, że nie skorzystałam z jego propozycji.

W sumie, potem przestałam się dziwić temu otępieniu ekspedientki. Mój kumpel, który pracuje na kasie, w innym supermarkecie, mówił mi, że obojętność i wyłączenie mózgu, to jedyna droga do zachowania zdrowego rozsądku. Bo, jak  mi tłumaczył, można ocipieć, gdy klientka przynosi wyrwany wieszak z ekspozycji i domaga się jego sprzedaży, bo jakiś dowcipniś przykleił do niego kod kreskowy od pomidorów...

Dynię kupiłam pod domem.
Chlebek upiekłam i pożarłam wraz z Maślakiem.

Macie przepis:

Chlebek dyniowy:

Kolor porn! Food porn! Porn, porn, porn!


Składniki: 300 g miąższu dyni, 4 łyżki wody, 500 g mąki, 1 opakowanie suchych drożdży (7 g), 2 łyżki płynnego miodu, 3 łyżki mleka, 1 łyżka soli, 100 ml oleju, szczypta cynamonu
Suche składniki (czyli mąkę, drożdże, cynamon i sól) mieszamy w misce, w której będziemy wyrabiać ciasto. (Ja ułatwiam sobie życie i najpierw mieszam mikserem z założonymi "świderkami", więc micha niech będzie dość szeroka).
Dynię obieramy i kroimy w kawałki. Wrzucamy do garnka, wlewamy cztery łyżki wody i dusimy aż będzie miękka i da się bez problemu rozgnieść widelcem na mus. 
Do takiej uduszonej dyni dodajemy miód (najlepiej płynny, ale w gorącej dyni i gęsty się rozpuści) olej i na końcu mleko. Mieszamy i ucieramy na gładką masę. Przy okazji lekko studzimy.
Wlewamy mus dyniowy do mąki i mikserem zaczynamy wyrabiać. Najpierw na wolnych obrotach, potem można szybciej. Ale i tak, finalnie, trzeba chlebek zagnieść ręką, bo ciastro drożdżowe lubi być głaskane i klepane.
Wyrobione ciasto odkładamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Niech odpocznie sobie z 40 minut. A my ten czas wykorzystajmy do nagrzania piekarnika.
Wyrośnięte ciasto przekładamy do blaszki. I pieczemy przez 45 minut w temperaturze 200 stopni.
Wiem, że to niezdrowo, ale my pożeramy je jeszcze ciepłe!
Chlebek nie wyrasta bardzo wysoki, bo jest ciężki, ale za to cudownie się klei.
W razie co, to ja uczyłam się go robić z tego przepisu: przepis na chlebek dyniowy, ale piekłam to ciasto już tyle razy, że przepis zmodyfikowałam tak, by pasował pod moją rękę.
Fotek nie mam.
Nie zdążyłam ;)

No dobra... kłamałam (to jest ten tytułowy żart niskich lotów)- powiedziałam kasjerce, że w mojej torbie siedzi żądny krwi (cukierków czekoladowych) gremlin a nie lalka...

Przepraszam, za wprowadzenie w błąd!

Ale gdyby była to lalka, to na bank byłaby to:



Oczywiście zakupiłam moją lalkę, bez tej narośli w postaci Kena i bez ceratowych portek. Dzięki temu mogę się cieszyć piękną lalką, którą mogłam się bawić do woli!


A raczej mogłabym gdyby nie jej "defekt".
Jak?!? No jak można dać lalce łapy od Model Muse, sztywne jak kije, z dłońmi jak wiosła i nogi od fashki (albo pivotal, ja tam nie rozróżniam), które rozjeżdżają jej się we wszystkie strony?!

Ech... Mattelu, Mattelu...
Kiedyś się pogniewamy!


Zwykle, kiedy widuję tę lalkę, to ma ona drapieżną i rockową stylizację. A ja odnalazłam w Harley delikatną, jesienną duszę i, w swej lekkiej wersji przemawia ona do mnie bardziej, niż ta z zamysłu fabrycznego.


A kuku!

Reumatyzm wykręcił mi ręce!!!




Próbuję stać, ale tylko udaję!









Nogi się pode mną uginają!

Padam na pysk!


Harley to kolejna moja lalka, która ma mold Aphrodite.
Podobnie jak np.: Klimt Barbie


"Klimtka" ma odwrotną "chorobę"- ruchome ręce i sztywne nogi. Tę wersję bardziej lubię!

Ps: niech ktoś powie pani od "Rozmów w Toku", że ja chętnie z nią porozmawiam! Zgodzę się na wszystko, byleby dali mi taką zajebistą perukę i sztuczne okulary! Nawet opowiem, że zbieram lalki, bo nie stać mnie na kanapę!
Oprócz lalek zbieram też martwe gołębie z dachu, może załapię się na inny odcinek? 
Ja chcę do TV!!

wtorek, 28 stycznia 2014

Mistrzyni oszczędności i okazji.

Wiatr hulający po moim portfelu boleśnie uświadomił mi, że jest koniec miesiąca. W tym roku postanowiłam lepiej gospodarować domowym budżetem i planować wydatki z wyprzedzeniem, ale i tym razem nie zaskoczyłam siebie, i w dziedzinie oszczędzania ponoszę sromotną porażkę.
Zazwyczaj nie robię postanowień noworocznych, a jeśli już to takie, których jestem w stanie dotrzymać np.: zgrubnę, będę się częściej upijać, znowu nie pójdę na siłownie, będę jeszcze bardziej wredna dla sąsiadów, ale w tym roku, za namową bliskiej koleżanki i z nią na spółkę, podjęłam jedno: "Do pierwszego dnia wiosny- ŻADNYCH LALEK!"
Dlaczego do dwudziestego pierwszego marca? Ano dlatego, że tak to jest post, dłużej, to byłaby głodówka zagrażająca życiu! Wiosna, świat budzi się do życia... Czyż może istnieć lepsza, bardziej symboliczna data?
Stosowne postanowienie spisałyśmy w formie umowy, brzmiącej jednako dla obu stron, ale po kilku dniach pojawiły się do niej aneksy. Najpierw mnie się przypomniało, że na urodziny zazwyczaj dostaję od MamyM kasę, za którą ona każe mi kupić sobie lalkę! Przecież nie mogę zrobić przykrości Teściowej!? Potem koleżanka (zwana dalej: K) zadzwoniła z przerażeniem, że zapomniała, że lalkę na Ebayu licytuje, a co jeśli wygra? Potem szybko dopisywałyśmy kolejne wyjątki, na przykład:
- Taaaaka okazja była!
- Baba na allegro, nie wiedziała co sprzedaje!
- Klimt Barbie w szmateksie po trzydzieści złotych mięli!!
- A, bo taka ładna była...
- Z nudów mi się kliknęło...
- Kupiłam dziecku lalkę, ale ona się nie bawiła, to zostawiłam sobie!
I tak, zupełnie bez mojego udziału, stan konta niebezpiecznie zbliżał się do debetu, a ja miałam zabukowaną wizytę w mordowni, to jest u dentysty.
Może ktoś z Was pamięta, jak bardzo cenię sobie wizyty w tym przybytku rozkoszy, a jak nie to zapraszam tutaj. W każdym razie, wizytę miałam zaplanowaną, w dodatku pierwszą (nie licząc przeglądu) u nowej pani stomatolog (poprzednia poszła na emeryturę- za bardzo trzęsły się jej już ręce wzrok już nie ten...). Nie wiedząc, co mnie czeka, siedziałam w pracy, starałam się skupić i nerwowo odliczałam minuty do wyroku.
Z nudów, a może i stresu, ale zupełnie przypadkowo weszłam na allegro. Przejrzałam kilka stron. Nic ciekawego...
Następne kilka...
Jest!
Ciekawa...
Niebanalna...
Sympatyczna...
Całkiem tania, choć i tak za droga.
Napisałam maila do K. podrzuciłam link. Pożaliłam się. Aukcję dodałam do obserwowanych.
K. znała mój ból, bo sama się na nią zasadziła. Połączyłyśmy nasz żal w jedną pieśń żałobną, spowodowaną brakiem środków (ja) i brakiem wymówki (K.) I powróciłyśmy, każda do swoich zajęć.
Wizytę miałam umówioną na szesnastą. O piętnastej dzwoni mój telefon- numer zastrzeżony. Mimowolnie przypomniałam sobie poprzednią rozmowę z "anonimowym numerem":
- Halo?
- Witam!!! Nazywam się XYZ, dzwonię z firmy "Krzak", czy mam przyjemność rozmawiać z Panią Królik?
- Nie ma pan przyjemności rozmawiać ze mną i nie będzie pan miał,tak samo jak nie mają tej przyjemności inni przedstawiciele tej firmy, którzy do mnie dzwonią.
- Ależ pani przesadza! Ma pani taki miły głos!
- Ale naprawdę jestem straszną jędzą i jeśli się pan teraz nie rozłączysz, to gwarantuję, że zepsuję panu dzień i zrobię to z dziką rozkoszą, tak jak zrobiłam z innymi, którzy dzwonili do mnie z tą samą "okazją" co pan dzwoni!
Facet, o dziwo zrozumiał...
Odebrałam więc tajemniczy telefon i okazało się, że nikt nie chce mi sprzedać magicznych garnków, a jedynie pani dentystka pragnie zajrzeć mi do paszczy, nieco wcześniej i wobec tego pyta, czy mogłabym w miarę szybko posadzić kuper na fotelu.
Mogłam.
W gabinecie wykonano mi zdjęcie rentgenowskie, na którym ząb pokazał prawdziwe oblicze i dawno wykonane leczenie kanałowe, o którym jakoś zapomniałam. Czyli, mówiąc językiem ludu prostego- ząb kaput! W króliczym pysku ostał się jeno trup, marna zewnętrzna powłoka zęba, pokryta cementem dentystycznym, który się wykruszył i wymagał zaszpachlowania ubytku.
Zwykle nie pozwalam się dotknąć dentyście, bez znieczulenia, uprzedzenia, że gryzę, kopię i rzucam klątwy. Zażądania drinka z wódki i soku, ale bez soku, i kogoś, kto mnie potrzyma za rękę. "Nowej" pani Zębolog, też się tym oberwało, ale ta jednak wysłuchała mojej tyrady z czarującym uśmiechem i uświadomiła mi, że skoro ząb jest: muerto, dead, tot, mort- zdechły, to da się go ryć bez znieczulenia, lub choć spróbować to zrobić w ten sposób.
Przez chwilę mój mózg był trupem jak ten ząb, ale zaraz potem przyszły te sensowne myśli, które mnie zawsze przerażają ( może to był wyimaginowany dźwięk zaoszczędzonego piniążka?)- "Dzieciaka urodziłam, tatuaż zrobiłam (dwa razy), depiluję woskiem różne partie ciała, które niekoniecznie są nogami...Czy dam radę wytrzymać trochę bólu?"
Odpowiedź była jedna:



- O-o...
- Niech zgadnę: przed nami ogromny wodospad?
- Fakt.
- Na dole skały jak brzytwy?
- Nie inaczej.
- Dawaj go!!!*


Z gabinetu wyszłam na miękkich nogach i z trzęsącymi się rękami, ale jakoś wystukałam SMSa do K: "Nie wzięłam znieczulenia, kupię lalkę. Jebnę o tym posta."
Co też niniejszym uczyniłam.

Oczywiście, tamta lalka jeszcze nie wie, że już jest moja, za to dzisiaj zaprezentuję Wam:

Klimt Barbie z 2011 roku


Nie lubię mówić za ile kupiłam daną lakę, zwykle dlatego, że nie chcę żeby moja mama się dowiedziała, ale teraz się chwalę: 30 złotych! W lumpku!
Tyle wygrać!

Oczywiście lalka nieco przeszła i trochę się to na niej odbiło, ale biorąc pod uwagę, że kiedyś zakupiłam sobie pannę Klimt i tamta niestety zaginęła, a ja poprzysięgłam, że drugi raz za nią płacić nie będę, to czuję się tak, jakbym ją w prezencie dostała.

Taki tam spam zdjęciowy z wykorzystaniem, zakupionych okazyjnie, lampek:









Kiecka, która paczy!





Klimt przybyła do mnie z jeszcze bardziej awangardową fryzurą, niż jej firmowa. Przywrócenie jej do świetności, nie było aż tak trudne, a pomógł mi w tym, mój nowy, najlepszy przyjaciel, do włosów lalkowych:

 Żel do stylizacji w sprayu, marki Joanna.

Jest to świetny eliksir, który nie dość, że trzyma włosy w takim położeniu, w jakim nam się zamarzy, to jeszcze wysycha szybko, nie zostawia ekstremalnie twardej skorupy, wypłukuje się błyskawicznie i nie klei się! Kupta bo warto!

Mogło by się wydawać, że to koniec zabawy z panną Gucią.
Nic bardziej mylnego!
Zanim Gucia odzyskała swoją złotą kieckę i szaleństwo w oku, zwyczajnie, jak normalna dziewczyna, wyszła na spacer, podziwiać śnieg.


- Chyba znowu zacznie padać.



- Zimno mi, zarzuć jakąś czapką!


- Tak lepiej!


Ciekawostek wcale nie koniec:

Klimt nosi dumnie mold Aphrodite. Ten sam mold ma Świnka:


A przecież Gucia wcale nie wygląda świnkowato...

I to już koniec ciekawostek ;)

* screen i cały, polski tekst, pochodzi z, chyba najbardziej niedocenionej, bajki Disneya- Nowe Szaty Króla. Jeśli ktoś nie oglądał, to MUSI nadrobić!!