Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo WAB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo WAB. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Wybory ostateczne. Recenzja książki

Nie ma sprawiedliwości. Nawet sąd, pysznie przesiadujący pod znakami bogini Temidy, tej z zasłoniętymi oczami, mieczem i wagą, wydający wyroki z wysokości autorytetu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, nie jest sprawiedliwy. Nie mówiąc już o poślednich prokuratorach, posępnie ziewających za biurkiem, policjantach i agentach FBI, CIA, Mossadu i czego tam jeszcze. Żeby była sprawiedliwość, trzeba znać serce człowieka, jego wszystkie motywacje i myśli. My czymś takim nie dysponujemy i raczej nie ma szans, aby się tak stało. Chociaż niektórzy sprawiedliwości pragną, szukają i potrzebują. Próbują ją nawet wymierzać, w różny sposób. Są ludzie, którzy sądzą, że morderców trzeba potraktować krzesłem elektrycznym, lub, ewentualnie, zamknąć w izolowanych więzieniach. I dobrze. Istnieją również ludzie, którzy uważają, że innych morderców trzeba zabijać, a innych, podobnych, ostrzegać. Ludzie ci zabijają nielegalnie innych ludzi, sami stając się mordercami innych morderców, ale robiąc to w całkiem szlachetnej sprawie. I kto teraz ma rację? Każdy, kto ma jakieś tam sumienie i, tak zwane, poczucie sprawiedliwości, poplącze się. A ponieważ winny, w sumie, okazuje się dość niewinny, trzeba poszukać innego winowajcy, bo człowiek tak ma. Więc na kogo obraca się nasz wzrok? Na świat, na to, że jest tak to wszystko głupio urządzone, że wszyscy, zupełnie wszyscy są ludźmi, nikt nie jest do końca szlachetny. A ponieważ złoszczenie się na świat można porównać do walki z wiatrakami, pozostaje nam tylko gniew, czysty gniew. Gniew na wszystko. Gniew, który w pewnym momencie stawia człowieka pod ścianą, zmusza do wyborów ostatecznych, patrząc powierzchownie, moralnie niezbyt dobrych, mówiąc oględnie. Gniew, który pokazuje, że różnice między mordercą a ścigającym są kruche i płynne. Niebezpiecznie trudne do rozdzielenia.

Teodor Szacki jest postacią, która na pierwszy rzut oka wydaje się nieciekawa. Monochromatyczny, zdaje się, przedwcześnie posiwiały, kolejny nudny prokurator patrzący, podczas wizyty w szkole, surowo na licealistów, jak ważniak, który zapomniał o swojej młodości, gnijąc za biurkiem. No i z nieciekawym życiem – zbuntowaną córką, szesnastoletnią Heleną, marudzącą, niemal przez cały czas obrażoną partnerką i wredną byłą żoną. Ze wszystkimi trzema kobietami nie może sobie dać rady, ucieka więc do swojego biura, gdzie czeka na niego równie nudny asesor, gadający wciąż, że coś było logicznym wyborem, jak jakiś sztywny nudziarz od matematyki, który kiedyś dawno w podstawówce był na półrocznym zastępstwie. Praca też nieciekawa – oprócz dzieciaków, irytującej szefowej są jeszcze wynurzenia kobiet, które ze swoimi domowymi problemami przychodzą do niego, jąkają się i same nie wiedzą, czego chcą. A to wszystko w mieście, porządnej polskiej mieścinie, w której, jeśli coś nie jest zbudowane z czerwonej, pruskiej cegły, jest budowlą z PRL-u, socrealistycznym koszmarkiem (a jeśli nie jest jednym i drugim, oznacza to, że jest obwieszoną reklamami galerą handlową, albo Biedronką/Lidlem/ lub innym supermarketem w wesołych, kiczowatych barwach). Już nie mówiąc o typowej, zimowej, polskiej pogodzie XXI – wieku: mżawce, deszczyku, mokrym śniegu czy czymś podobnym, co jeszcze bardziej oszpeca krajobraz. Pewnego razu, jako prokurator, musi uczestniczyć w rutynowym wydostaniu szkieletu jakiegoś Niemca, spoczywającego w pokoju wiecznym od II Wojny Światowej, a przynajmniej tak sądzą wszyscy po wstępnym obejrzeniu kości. Jednak podczas procedur okazuje się, że szkielet kryje historię straszliwszą, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a Szacki angażuje się w śledztwo, powoli okrywając prawdę. Prawdę okrutną i niszczącą, która ostatecznie zmusi prokuratora do wyborów ostatecznych. Cóż z tego, jeśli każdy wybór prowadzi do tego samego losu, na który Szacki, jako człowiek, jest skazany? Cokolwiek zrobi, tak jak w antycznej greckiej tragedii, prowadzi do potwierdzenia prawdy o skomplikowanym, tragicznym ludzkim Losie.

Autor pokazuje, że literatura kryminalna to coś więcej niż tylko zabójstwa jakiegoś psychopaty i seksowna agentka FBI czy straszy, uzależniony od alkoholu policjant na tropie. W miarę rozwoju powieści pisarz stawia coraz więcej niewygodnych pytań, na które daje odpowiedzi budzące jeszcze więcej wątpliwości, ukazując problem z wielu stron, a tym samym zmazując granicę między ofiarami a katami. Temat przemocy domowej, tak strasznie wyświechtany przez powieści o zbrodniach, nabiera tu wymiaru głębszego, niejednoznacznego, wspartego mocno o analizę ludzkiej psychiki. Robi to z filozoficznym zacięciem, nie przemilczając niczego, wręcz eksponując słabości swoich bohaterów. To jest chyba największą zaletą powieści, nawet większą, niż nieprzewidywalna fabuła. Bo tu chodzi o coś więcej niż zaspokojenie niskich potrzeb człowieka, tych, które lubią oglądać czyjeś nieszczęście, czyjąś okrutną śmierć. Wręcz przeciwnie – powiedziałabym, że pisarz igra sobie z naszym poczuciem sprawiedliwości, chęcią wymierzenia kary dla przestępcy, satysfakcji, kiedy morderca zostanie ujęty i wsadzony za kratki, stawiając pytanie, na które zapewne każdy boi się odpowiedzieć. Łamie z niezwykłą brawurą i w doskonałym stylu nasze stereotypy, kto jest katem, a kto ofiarą, a może winę ponoszą wszyscy? Może ty jesteś winny za to, że nie reagujesz, kiedy sąsiad bije swoje dziecko, kiedy ktoś w szkole stara się ukryć siniaki? Nie zadaje tych pytań wprost, nawet nic nie sugeruje, ale każdy może to instynktownie wyczuć.

Autor zastanawia się też nad pojęciem sprawiedliwość , głębiej niż wszyscy pisarze, których powieści czytałam przedtem, pokazując istotę prozy kryminalnej, zadając podstawowe dla tego gatunku pytania. I, swoim zwyczajem, nie daje odpowiedzi, pokazując mnóstwo wątpliwości, interpretacji. Kto w tym wypadku był naprawdę sprawiedliwy? Stróż prawa? Morderca? Ofiara? Kat? A może nikt – jesteśmy uwikłani w Los, tajemnicze fatum, determinuje nasze życie, a także nasze zwykłe, ludzkie emocje, rzeczy, które tworzą nasz mały świat. Pytanie godne filozofa, ja nim nie jestem, ale za to powieści, które prowokują do pytań albo spojrzenia na problem inaczej, uwielbiam. I nie tylko dlatego, że to jest wyznacznikiem dobrej książki, ale także dlatego, że dzięki temu mogę spojrzeć na świat inaczej, a każde takie spojrzenie sprawia, że staję się kimś więcej. Że staję się mądrzejsza...? No dobrze, może to ostatnie nie, bo jestem blondynką, a więc wiecie.

Z tym wszystkim, co napisałam powyżej, wiąże się też fabuła. Nieprzewidywalne zwroty akcji, złośliwe udowadnianie przez pisarza, że choć myśleliśmy, że wiemy wszystko, tak naprawdę nie wiemy nic i wszystkie nasze przypuszczenia okazały się bez sensu; ma umiejętność tworzenia ze szczątków schematycznych kryminalnych czytadeł czegoś nowego, zaskakującego, świeżego. W powieści nie ma nikogo, kto mógłby być wytypowany przez nas jako morderca, a przynajmniej jest to bardzo trudne i, ostatecznie, bardzo zaskakujące. Jest, co prawda szalony psycholog od profilów przestępców, jest ponury, nieco dziwny prokurator, porwanie przez mordercę i kilka innych, doskonale znanych wątków, jednak rozwięcie tych pomysłów wzbudziłoby na pewno podziw i zazdrość innych autorów powieści kryminalnych, ogrzewających się w ciepłym ogniu schematów i kalek, a czytelników zmusza do przerzucania rytmicznie kolejnych stron powieści i kręcenia ze zdziwieniem głową, przynajmniej ja tak się zachowywałam, bez żalu patrząc na inne obowiązki, o których zapomniałam. Pisarz jednak nie przesadza z szybką akcją, akcenty rozłożone są równomiernie, przychodzi czas na wyciszenie, zadumę, sceny domowe, kiedy pisarz ukazuje trudne kontakty Szackiego z rodziną, a najbardziej widowiskowe zwroty akcji są gruntownie przygotowane, dzięki czemu nie ma miejsca na gwałtowność, poczucie chaosu i niedopowiedzenia. Każdy wątek jest dostatecznie rozwinięty, dzięki czemu dostajemy dobry pogląd na sytuację, nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. Zdarzają się także elementy humorystyczne, dzięki czemu przepastny mrok powieści zostaje nieco rozjaśniony, a ciężar pomniejszony. Dzięki temu fabuła ma swój rytm, tworzy jakąś uporządkowaną, bardzo przemyślaną i starannie zmontowaną harmonijną całość, dzięki czemu czyta się sprawnie i lekko, nawet wtedy, kiedy fabuła staje się mroczna, aż nie do wytrzymania.

Pomysł nie należy do nowych – wręcz przeciwnie. Temat przemocy w domu, jako że często obfitujący, nawet po latach, o ofiary śmiertelne, jest jednym z tych, które pisarze piszący kryminały wręcz uwielbiają. Jest też na czasie, bo wciąż stanowi tak naprawdę poważny problem społeczny. Oczywiście, nie mówiąc o skrajnych wypadkach, bo o tych słyszy się w telewizyjnych "Wiadomościach", w każdym mieście są ludzie, którzy piją, a potem wyzywają i biją swoją rodzinę i nikt opócz sąsiadów – albo nawet oni – nie wiedzą, a ofiary często się same do tego nie przyznają, bo przecież to wstyd. To, co sprawia, że książka staje się oryginalna, to nowe, pełniejsze i bardzo głębokie spojrzenie na problem – już nie takie schematyczne, tylko bardzo ludzkie, bardzo wiarygodne i bardziej ponure i niepokojące niż niektóre najkoszmarniejsze inne kryminały, w których pijący ojciec jest jednoznaczną, psychopatyczną bestią. Pisarz, snując swoją historię, nadając jej głębszego sensu, udowodniania, że żywsze spojrzenie na dany temat sprawia, że książka – tak naprawdę podobna do innych – staje się dobrą, bardzo oryginalną powieścią, którą czyta się z rosnącą ciekawością, nawet jeśli zagadnienie zna się na wylot.

Bohaterów nie jest wielu, a niektórych, niestety, nie mogę wam zaprezentować, bo wygadałabym wiele z akcji tej powieści, a może, niechcący, wyjawiłabym zagadkę, którą musicie przecież rozwiązać sami, podczas czytania tej powieści. W każdym razie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że spora większość z nich to postacie bardzo ciekawe, przypominające te, które znamy na co dzień, pełnokrwiste. Teodor Szacki – główny bohater jest postacią, która nudnego, przeciętnego urzędnika przypomina tylko z wierzchu – wewnątrz dzieje się wiele. Zaplątany w trudny związek z partnerką, Żeńką, osobą energiczną i szybką, niezbyt zadowoloną z wszystkiego, co robi Teodor, ale także bezsilny wobec coraz bardziej komplikujących się stosunków z Heleną, jego nastoletnią córką, wciąż ze wspomnieniami byłej żony, matki Heleny. To prawda, że gdzieś w głębi, pod białą koszulą i czarnym garniturem, tli się gniew, gniew na nijaki, bezbarwny świat, na żyjących w nim ludzi, na samego siebie, że nie może być jeszcze lepszym człowiekiem i wreszcie na to, że od tego wszystkiego nie ma ucieczki. Zwykle skrywa jednak to uczucie pod służbistością, nijakością i kwaśnym uśmieszkiem wrednego, przeciętnego urzędnika polskiego wymiaru sprawiedliwości, w rzeczywistości bezdusznej maszyny. Szacki to postać psychicznie skomplikowana, szlachetna i nieszlachetna zarazem, pełna zalet i wad, dążąca do upragnionych ideałów, które, jak na końcu się okazuje, są nieosiągalne. Budzi też niejednoznaczne uczucia – sympatię, pogardę, rozczarowanie, zrozumienie, współczucie. Rozpoznajemy w nim siebie, bo dylematy, które przeżywa, są znane wszystkim nam, wszyscy – mniej lub bardziej – je mamy. Autor starannie i wiarygodnie oddaje uczucia bohatera, uwadniając, że jego postać jest gruntownie przemyślana, ciekawa i ale także zaczyna żyć własnym życiem, wymykając się pisarzowi spod kontroli. Dzięki dobremu warsztatowi pisarskiemu Autor charakteryzuje swojego bohatera przez akcję, jakby od niechcenia pokazując jego cechy – te mniej lub bardziej istotne dla fabuły powieści.

Z bohaterów drugoplanowych Helena, córka Szackiego, błyszczy najjaśniej. To portret zwykłej nastolatki, opętanej dietami, wyglądem i spotkaniami z koleżankami, jednak nie takiej, która zamiast mózgu ma różowy plusz (przepraszam, jeśli kogoś uraziłam). W głębi samotna, szukająca kontaktu z ojcem, jednak niemogąca go zrozumieć, nie tylko dlatego, że mówi innym językiem niż ojciec, ale także dlatego, że oboje tak naprawdę uciekają od siebie, chroniąc własne światy. Jak każda nastolatka, Helena pod pewnością siebie ukrywa zagubienie sytuacją, w jakiej się znalazła, brakiem matki i obecnością obcej kobiety w domu. Dziewczyna zrozumie to wszystko dopiero później, kiedy okoliczności zmuszą ją do podsumowania swojego życia. Z drugiej strony, Helena to młoda, bardzo inteligentna kobieta, niezależna i przebojowa, umiejąca sobie jakoś tam poradzić w każdych okolicznościach. Jednak i tak nie można dużo o niej napisać – zgodnie z prawidłami powieściowymi i przymusem zachowania zamierzonej harmonii, dziewczynę poznajemy z punktu widzenia jej ojca, którego podejście do córki jest specyficzne, nacechowane pewnym rodzajem lęku i bólu.

Postacie epizodyczne są tylko zarysowane, na tyle szczegółowo, żebym nie musiała pisać, że są pozbawione charakteru. Pisarz obdarza je tyloma cechami, by postaci te wyróżniały się czymś, co nie jest imieniem i nazwiskiem, jak czyni się to w wielu książkach. Wiele z nich jest stworzonych w tonacji humorystyczno-poważnej, jak patolog Frankenstein i jego pomocnica. Tu bywa już gorzej, bo zupełnie nie rozumiem szefowej Szackiego, która jest jednym z niewielu denerwujących mnie rzeczy w tej książce.

Mówią, że mężczyźni piszą inaczej niż kobiety i to jest, w uogólnieniu, prawda. Kobiety są bardziej delikatne, zwracają uwagę na grę świateł, ulotne emocje, klimat, barokowość języka nasyconą licznymi metaforami. Mężczyźni, przynajmniej większość, bo od wszystkich zasad są wyjątki, robią to konkretnie i minimalistycznie, a dla niektórych jest to kopanie grobu, bo żołnierskie, urywane zdania przy objętości osiemset stron stają się męczące (tak, panie Martin, do pana piję). Jednak tylko talenty, przy słownym minimalizmie, wyciągnąć dostatecznie wiele uczuć, nadać historii drugie, jeszcze bardziej pogmatwane dno. Tak jest w tym przypadku – styl Autora jest oszczędny, prosty i potoczny, czasami wręcz prostacki, by oddać nijakość polskiej rzeczywistości i uczuć człowieka, który odczuwa głównie znużenie i pogardę, na przemian z gniewem. Znajduje to też odzwierciedlenie w krótkim, beznamiętnym omówieniu najważniejszych wiadomości z kraju i ze świata, otwierający każdy rozdział, a te, jak wiadomo, są ponure (książka była pisana na początku działalności Euromajdanu na Ukrainie, a uwierzcie mi, beznamiętne i krótkie opowiedzenie tego, co tam się dzieje, robi naprawdę duże wrażenie), co w połączeniu z krótkim komunikatem o pogodzie – złej albo bardzo złej – daje ogólny obraz beznadziejności i bezsensu świata. Pisarz używa porównań to tylko do opisania tylko czegoś, co nie istnieje, na przykład uczuć, starannie jednak opisując momenty bardziej otrute, na szczęście nie epatując sensualnymi opisami jak słynnym Pachnidle. Proza ma swój rytm, jest harmonijna, potoczysta, niemal hipnotyzująca i bardzo plastyczna, mimo małej ilości słów, jakie Autor używa – znaczy to, że wie, jakie słowo będzie w dane miejsce pasowało najlepiej, opisywało to, co u innego pisarza całe zdanie. Taka konwencja chyba najbardziej tu pasuje, bo Autor nie musi się męczyć z przekleństwie wielu pisarzy, jakim jest stopniowaniem napięcia w akcji (powszechnie wiadomo, że kończenie rozdziału w najciekawszym, najbardziej zaskakującym czytelnika miejscu jest najtańszą sztuczką, stosowaną niemal w każdej książce), bo robi to za niego cisza między słowami.

Cisza między słowami. Powieść jest wyciszona, nie ma w niej dużo miejsca na spazmatyczny płacz, co najwyżej na głuchy odłogs uderzenia. Minimalistyczny język sprawia, powieść jest mieszaniną ponurych ulic, wciąż padającego deszczu i ponurego dramatu rozgrywającego się między Biedronką, socrealistycznymi koszmarkami a pruskimi budowlami z czerwonej cegły, czasami jakimś miejscem rozświetlonym tylko małą lampką, z zarysami ginącymi w mroku. Wiem, przygnębiające, ale książka, która autentycznie przygnębia, nie może być zła.

Okładka mnie niezmiernie irytuje. Choć białe, pocięte pasy, jakby skutek tytułowego gniewu, nie są złe, ale nie mają chyba nic wspólnego z opowiedzianą historią. W tyle książka jest neonowo czerwona, co w zamiarze grafika miało zapewne kontrastować z ponurym przodem, ozdobionym u góry szarym jeziorem czy może niezbyt zachwycającym olsztyńskim widoczkiem, i przywodzić na myśl krew, a może tytułowy gniew. Mówiąc zupełnie subiektywnie, wolałabym okładkę całą ponurą, bo ta czerwień gryzie mnie w oczy, a i w powieści krwi nie uświadczysz – bohaterowie preferują inne, bezkrwawe, ale za to okrutniejsze metody. Obiektywnie – książka obleczona jest w kilka szarych kolorów i jeden bardzo rzucający się w oczy, co nieco rozmywa zamierzony kontrast i tworzy zupełnie nieprzyjemną mieszankę. Marzę o czarnej okładce, zupełnie czarnej, z imieniem i nazwiskiem pisarza i wielkim, krwistoczerwonym tytułem. Ale cóż, moje marzenia spełniają się mało kiedy, więc mogę sobie trochę pogderać, pomarzyć i ostatecznie zostać z szaroburą, ni to czarną, ni to czerwoną okładką, która mistrzostwem na pewno nie jest.

Jest taki moment w życiu, który przychodzi bardzo gwałtownie, albo i nie, zmuszając nas do wyborów ostatecznych, które zaważą na naszym dalszym życiu. Nigdy nie wiemy, kiedy taki moment nadejdzie, nigdy nie wiemy, jak się zachowamy, bo nawet najlepiej przygotowany scenariusz jest bezsilny wobec emocji. Te kilka sekund albo kilka godzin, zważą na naszym losie, zrujnują wszystko, w co wierzymy, kim byliśmy do tej pory, ale także sprawdzą nas, nasze wartości i siłę naszego uczucia do rzeczy, które, jak twierdziliśmy wcześniej, kochaliśmy. A może nad nami wisi fatum, w ten sposób kończąc wszystko, by zaczęło się coś innego, prowadzącego do następnych etapów naszego losu? Czy do tego miejsca zaprowadziły nas mniej lub bardziej świadome wybory, dokonywane przez lata? I jak się z tym uporać, pogodzić się ze świadomością, że nie jesteśmy tam, gdzie byliśmy wcześniej, że otwierają się przed nami zupełnie inne możliwości niż w miejscu, w którym byliśmy przed chwilą? Z tym że jesteśmy innymi ludźmi, naznaczonymi bólem czy wspomnieniami, które nie chcą od nas odejść? Czy kontynuować nową drogę, czując, że to jest to, czy zrobić desperacki krok w tył, płacąc każdą cenę za kierowanie się starymi wartościami? Który tych wyborów jest logiczny?

Tytuł: „Gniew”
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Moja ocena: 7,5/10



sobota, 11 kwietnia 2015

Zwykłe życie. Recenzja książki

Rzeźbiarz, muzyk, pisarz i malarz to zawody, które teraz wykonuje każdy, kto chce, nie tak jak było dawniej – tylko wybrani, najlepsi. Wystarczy dłużej przysiedzieć fałdy, mieć cierpliwość i chcieć osiągnąć dany cel. I najważniejsze – mieć pomysł, kreatywność, by zostać zauważonym i docenionym. Wyróżniać się czymś albo nawet być pionierem. Teraz, w czasach kontrastów, jesteśmy zalewani jednocześnie Wciąż Tym Samym, ale zdarzają się także powiewy nowości, które, jeśli osiągną odpowiedni rozgłos, stają się pożywką dla naśladowców. Jednak próbę czasu wytrzymują tylko te najlepsze, najoryginalniejsze i najciekawsze – za jakieś sto lat mało kto będzie pamiętał o Amandzie Hocking (pamięta jeszcze ktoś tę panią od trylogii Trylle?), ale Suzanne Collins ma szansę przeżycia. Mało kto kojarzy, kim była Maria Rodziewiczówna, ale Nabokova od słynnej Lolity znają chyba nawet ci, dla których książki nie są pasją. W malarstwie z poprzedniego wieku znamy przede wszystkim Pabla Picassa od zdeformowanych kształtów i – przynajmniej ja – tego skończonego dziwaka Salvadora Dali od niepokojących Płonącej żyrafy i kultowych już rozwałkowanych zegarków z Trwałości pamięci. Z dziedziny muzyki klasycznej warto wspomnieć chorujących na chorobę dwubiegunową Beethovena i Cobaina, a także genialną Lisę Gerrard owiniętą eterycznym mrokiem. Są lub byli, inni, wybitni, często niezrozumiani, podziwami przez grono szaraków, prawdziwi nadludzie Nietzschego. Tym ludziom chyba więcej można, bo są artystami. Prawdziwymi.

Większość z nich żyła tak, jak tworzyła. E.A Poe zginął tajemniczą śmiercią, Agatha Christie zniknęła gdzieś na jakiś czas, Dali włożył na głowę okrągłe akwarium, po czym nie mógł go zdjąć, a Picasso, Mickiewicz i Mozart mieli mnóstwo kobiet (co skończyło się fatalnie, przynajmniej dla tego trzeciego i prawdopodobnie Mickiewicza też). Syn Beksińskiego, tego od strasznych, dziwnych obrazów, popełnił samobójstwo, bo kochał śmierć. Przykłady można mnożyć – wy na pewno podalibyście inne, ale nie odchodzące od mojej teorii. I tak staram się pomijać geniuszów naukowych, takiego Einsteina na przykład, albo matematyka Johna Nasha, ciepiącego na schizofrenię – przykładów w dziedzinach takich jak fizyka czy matematyka jest jeszcze więcej, tyle że nie starczyłoby miejsca, a to przecież nie jest moim celem.

Zdarzali się także pisarze nieprzeciętnego formatu, którzy na stałe zapisali się w historii literatury, a jednak ich nazwisk nie umieszcza się z sensacyjnymi plotkami, wyciągniętymi z mniej lub bardziej kontrowersyjnych źródeł, które tonem przypominają plotkarskie gazety o ludziach popkultury. Dlaczego? Ano dlatego, że ich życie było zwyczajne, przypominało życiorysy wielu innych ludzi, oczywiście pomijając pisanie książek, malowanie, układanie nut na pięciolinii czy rzeźbienie i nie ma tam nic nadzwyczajnego. Takich też było wielu, czasami niemal tak samo wybitych, jak ci, których zachowanie jest dla niektórych kontrowersyjne. Właśnie takim pisarzem był Henryk Sienkiewicz.

Henryk Sienkiewicz, autor chyba najbardziej poczytnych polskich powieści historycznych, zmora prześladująca uczniów od późnych klas podstawówki i polski Noblista. Henryk Sienkiewicz, twórca, wespół z Mickiewiczem, Słowackim i kilku innymi, polskiej mitologii narodowej. Henryk Sienkiewicz, jeden z najpopularniejszych, w swoim czasie, Polaków za Pacyfikiem. Henryk Sienkiewicz podróżnik, dziennikarz, pozytywista, niezły historyk i - wreszcie – Henryk Sienkiewicz, człowiek. Przedstawiam go wam i proszę o brawa.

Autor jednej z największych powieści religijnych nie może być jednak postrzegany jako gorszy od tamtych, bo Autor książki udowadnia, że Henryś to postać zlożona i ciekawa. Był typem pracusia, nie przestał nawet pisać, kiedy ukochana żona umierała na gruźlicę. Zresztą, żony miał trzy, wszystkie Marie. Jedna uciekła z miejsca, gdzie spędzali miesiąc miodowy, kiedy oznajmił jej, że nie jest patriotką, bo woli wszystko, co francuskie. Miał ze swoją ukochaną trójkę dzieci, raczej zero bękartów, bo chociaż za Heleną Modrzejewską (to ta, która wzruszyła mieszkańców USA recytacją polskiego alfabetu, genialna aktorka) pojechał aż do Ameryki, jego miłość do niej była platoniczna, a i tak miał zbyt wielu konkurentów, w tym męża aktorki. Za czasów szkolnych uczył się przeciętnie, najlepiej szły mu polski i historia, matematyka średnio. Mimo tego umiał doskonale niemiecki, łacinę i angielski, do Quo Vadis męczył Platona w oryginale. Dość krytycznie wypowiadał się o swoich książkach, rozgłos raczej go męczył, niż cieszył, bo nie miał w sobie nic z medialnego gwiazdora, chociaż łatwo ulegał prośbom czytelników – po histerycznych reakcjach panien, czytających w gazecie Ogniem i mieczem i ostatecznie, niestety, nie zabił Skrzetuskiego, nie mówiąc o tym, co działo się wtedy, kiedy Ligia siedziała w więzieniu, a jej narzeczony, zupełnie nie po chrześcijańsku, planował samobójstwo (dobra, żartuję... ale Skrzetuski, Winicjusz i Ligia powinni umrzeć, zamiast biednego Wołodyjowskiego, to fakt). Był sumienny – zawsze pisał na zapas, by wyprzedzać publikacje w gazetach, a o sobie mówił w kategoriach rzemieślnika. Jaki skromny. A Nobla to dostał.

Niewątpliwie największą zaletą książki jest jej ciekawy układ – specyficzne połączenie kalendarium, biografii i reportażu, co jest chyba najlepszą metodą na przedstawienie czyjegoś rozległego życia w chronologiczny i metodyczny sposób, stosując jak najmniej sztuczek edytorskich, odnośników i innych niepotrzebnych szczegółów. Akapity są od siebie oddzielone sporą interlinią, pierwsze dwa słowa są umieszczone ponad resztą, co ułatwia odszukanie interesującego fragmentu, a całość jest podzielona według dat i uporządkowana ściśle chronologicznie. A co znajdziemy w tekście? Poza słowami samego Autora snującego swoją opowieść o pisarzu w sposób niespieszny, a zarazem syntetyczny, mamy tu długie fragmenty listów wysyłanych przez Sienkiewicza i tych, które dostawał, wyjątki z różnych pamiętników, artykułów i recenzji, opatrzone komentarzem biografa i pasujące do tego, o czym właśnie czytamy. Oprócz życiorysu dużo miejsca zostało poświęcone charakterystyce twórczości pisarza, szczególnie jej elementów, bo przecież ta jest nierozerwalnie złączona z podróżami Sienkiewicza, jego zainteresowaniami i osobowością. Dzięki temu nie trzeba sięgać do innych opracowań, by mieć jak najbardziej szeroki obraz na opisywaną postać.

Styl Autora trąca myszką i w tym wypadku jest to zaleta, opowieść w języku specjalistycznym, albo luźnym, popularnonaukowym, zepsułaby cały starodawny klimat (nie zapominajmy, że Heniek żył w głównie w XIX wieku...). Język Autora jest jednak klarowny, potoczysty, czyta się dobrze i lekko i, mimo że nie mamy do czynienia z powieścią, w pewien sposób mamy tu do czynienia z plastyką charakterystyczną dla literatury pięknej, a przez trudny do zakwestionowania obiektywizm, przebija nutka sympatii do opisywanej postaci. Autor jednak nie wprowadza, jak ja w moich recenzjach, długaśnych dygresji na tematy poboczne, rozbudowanych wstępów, płakania nad rozlanym mlekiem, wybrzydzania czego się da i tego wszystkiego, przez co moje teksty mierzą sobie po kilka metrów. Panuje tu niemiecki porządek, językowa precyzyjność, synteza, ale jednak nie skrótowość. Wszystko jest starannie dopracowane, każde słowo osądu dobrze przemyślane i maksymalnie obiektywne. Nie musimy więc połykać ton niepotrzebnych informacji, a także powtarzać często niesprawiedliwych, subiektywnych osądów.

Indeks osób jest bardzo rozbudowany, chyba już nie można było bardziej ułatwić wyszukiwania konkretnych postaci, w różny sposób mających wpływ na życie Sienkiewicza albo jakoś z nim związanych. Ku mojej uldze na końcu książki Autor podaje wykaz źródeł, z których korzystał, przy okazji wyjaśniając skróty używane w tekście. Wyglądają one na wiarygodne, bardziej naukowe pozycje i te jak najbardziej oryginalne – listy pisarza i egzemplarze dziewiętnastowiecznych gazet, w których Sienkiewicz publikował swoje teksty, mogę więc spać spokojnie, że nikt nie próbuje mnie oszukać, a także błędy zostały zredukowane do minimum. Zdjęcia zostały wyselekcjonowane, Autor zdecydował się opublikować tylko te najciekawsze, bezpośrednio związane z tekstem, ale nie zawsze te należące do pisarza. Możemy przyjrzeć się twarzom ukochanej żony, dzieci, przyjaciół i rodziny pisarza. Doskonale uzupełniają tekst, dając nam jakieś bardziej precyzyjne wyobrażenie.

Na uwagę zasługuje także wydanie, takie, jakie spodziewałam się po tym wydawnictwie. Wierzchnia, papierowa okładka ma zieloną barwę nawiązującą do serii i zdjęcie pisarza, na wewnętrznej wytłoczono nazwisko Sienkiewicza złotymi literami, co, muszę przyznać, budzi moje sentymentalne skojarzenia ze starymi książkami należącymi do mamy, papier, na jakim ją wydrukowano, jest gruby, zdjęcia natomiast najwyższej możliwej jakości. Jest minimalizm, elegancja i jakość, co razem tworzy niezwykle wytrzymałą książkę, którą aż chce się wziąść do ręki i zacząć czytać.

Błędy? Rzeczy, które mi się nie podobały? Mogę tu wspomnieć o streszczeniach książek pisarza, bo Autor relacjonuje, jakie fragmenty, jakich powieści Sienkiewicz pisał w danym czasie i to jest, moim zdaniem, nieco rozbudowane. Z jednej strony spojlery, ale z drugiej strony po biografię tę, jak po każdą inną, sięgną tylko fani pisarza i nim zainteresowani, którzy, tak jak ja, znają fabułę jego powieści. Może się wtedy wydać dość nużące, a bardziej niecierpliwy czytelnik pominie te fragmenty lub odłoży książkę, tym samym nie zaznając przyjemności poznania życia tego pisarza, już o przeczytaniu dobrej książki nie mówiąc.

Fani elektryzujących plotek z gatunku poznawania szczegółów kolejnych romansów danego pisarza czy innego artysty będą sądzić, że lektura nie jest warta poznania, jednakże jestem ciekawa opinii tych, dla których Sienkiewicz był szkolnym katem, a jego książki torturą. Dla mnie to była odmiana i zaskoczenie – żywot jednego z najbardziej znanych za granicą Polaków, niezaprzeczalnie jednego z najlepszych polskich pisarzy i nieśmiertelnego artysty, okazał się zupełnie zwyczajny – podróżował, pracował, wychowywał dzieci i na końcu zmarł, nie doczekawszy końca I Wojny Światowej i powstania II Rzeczpospolitej. Jednak nawet najzwyklejsze życie skrywa w sobie wiele różnych odcieni, a najzwyklejszy człowiek może się okazać o wiele bardziej skomplikowany, niż nam się wydawało, a odkryć to można tylko przez zagłębianie tematu, w czym na pewno pomoże na książka.

Autor: Jerzy Szczublewski
Tytuł: „Sienkiewicz. Żywot pisarza”
Moja ocena: 7/10

wtorek, 31 marca 2015

Księżna Daisy, Hitler i schizofrenia. Recenzja książki

Wałbrzych to jedno z najciekawszych miejsc w Polsce. Byliście tam? Zniszczone miasteczko, bardzo nieciekawe i zamek. Ale jaki zamek! Mieszkała tam tajemnicza księżna Daisy von Pless, niemiecko-angielska arystokratka, która posiadała drogocenne perły i którą pochowano w nieznanym dotąd miejscu. Wypędzili ją hitlerowcy, przeznaczając zamek dla Führera, a bliską kopalnię na sieć tajemniczych, wciąż niezbadanych bunkrów. Te korytarze, kopane przez żydowskich więźniów z obozu Gross-Rosen, stanowią wciąż nierozwiązaną zagadkę, na której temat (jak na temat każdej mrocznej, zagadkowej zagadki) powstaje wiele, czasem bardzo fantastycznych teorii. Fabryka broni atomowej (to, moim zdaniem, najbardziej prawdopodobna teoria), którą ten nieobliczalny psychopata od swastyk i mordowania podludzi chciał zniszczyć Anglię? A może coś zupełnie nieprawdopodobnego – transporter w czasie i przestrzeni niczym z filmów i powieści SF Rafała Kosika. Lub – również dość możliwe – laboratoria, gdzie bestie pokroju doktora Mengele prowadziły badania nad nadczłowiekiem? Cokolwiek by tam nie było, jest to miejsce ponure i tajemnicze. Mroczne. Jakby to, co tam się działo, wciąż nie odeszło, zła energia i wspomnienia wciąż wirowały w powietrzu, zarażając kolejne osoby, wchodząc w ich mózgi, w ich myśli, tak głęboko, żeby myśleli, że to są ich własne? Chociaż może nie – w innych miastach dzieje się tyle samo zła. Jednak nie można wykluczyć, że atmosfera w Wałbrzychu jest zła, zepsuta. I że to doskonała sceneria dla ludzkich dramatów i ludzkiego mroku, który tutaj zyskuje jeszcze ciemniejszych odcieni.

Do tego miasta przyjeżdża Alicja Tabor, dziennikarka, osoba niezbyt szczęśliwa, pełna złych wspomnień i sądów na swój temat (samo nazywanie się Niedobitkiem o czymś świadczy). Zwabiły ją porwania dzieci, które zginęły bez wieści, ale także własne, niekoniecznie wesołe wspomnienia. Przyjeżdża, by policzyć się z duchami przeszłości – duchem siostry, Ewy, którą kochała i która popełniła samobójstwo i duchem ojca, z wykształcenia historyka, który zatracił się poszukiwaniami skarbu księżnej Daisy – jej słynnych pereł – dzięki czemu, jak obiecywał, rodzina miała się stać bogatsza i szczęśliwsza. By się pogodzić z matką, poznać jej historię, zrozumieć, dlaczego teraz jest taka, jaka jest (a jest z nią bardzo, ale to bardzo źle). Podczas swojego pobytu przeżyje wiele rzeczy, które można by spodziewać się po tym miejscu, rzeczy nie tylko mrocznych i tajemniczych, ale także fantastycznych, niemal jak z horroru czy lepszej, mającej ambicje, grozy. Zetknie się z podłością ludzkiego życia, marną egzystencją, zakłamaniem, fanatyzmem, ulotnym uczuciem i wspomnieniami, których nie chciałaby mieć, a także historiami, których tak naprawdę nie chciałaby znać. Trudność polega też na tym, że świat Alicji z każdym dniem przypomina coraz bardziej groźny, pozbawiony logiki sen, z którego przecież nie można się obudzić.

Największą zaletą książki jest jej nastrój, atmosfera. Ciężki, gęsty, mroczny. Przytłaczający, ale jednocześnie hipnotyzujący, zmuszający czytelnika, by dalej się zagłębiał, pogrążając się jeszcze bardziej. Owijający się wokół człowieka jak mrok, kiedy wejdzie się w cichą, bezgwiezdną noc do ciemnego pokoju. Odważę się powiedzieć nawet, że bardzo schizofreniczny, a nawet to jest dobre określenie, bo choroby psychicznej tu dużo. Jakby dla przeciwwagi mamy opisy egzystencji ludzi z tych ze zrujnowanych domów, żyjących dość prymitywnie i biednie, podle, można by powiedzieć, bo bez godności. No i tę paplaninę z Internetów, przywodzącą na myśl onetowskie komentarze pod co bardziej ekscytującymi wiadomościami i recenzjami (chociaż, żeby być szczerą, dodam, że momentami Autorka przedobrzyła). Razem tworzy to mieszankę z granicy schizofrenicznych horrorów, rasowych powieści gotyckich i eksperymentalnych pozycji zafascynowanych ohydą, którym niedaleko już do turpizmu. A nad tym wszystkim unosi się mgła depresji, fatalizmu, dekadencji i pogardy dla ludzi małych, pragnących stać się kimś więcej, przyprawiona gęstym, gryzącym dymem papierosów, zapachem brudnych, zaniedbanych dzieci i pewnymi niebezpiecznymi istotami, które balansują na cienkiej granicy między jawą a chorą wyobraźnią – prawdą a kłamstwem.

Język momentami nie radzi sobie z tematem, styl Autorki, niestety, czasem grzęźnie. To pułapka barokowego stylu, szukania plastycznych porównań do wszystkiego, co opisuje. Chociaż z osobistym wątkiem Alicji – tego rodem z horroru, zahaczającego momentami, przynajmniej takie miałam wrażenie, o wysmakowane dark fantasy czy przynajmniej ambitną grozę, pisarka radzi sobie wyśmienicie, opisy ludzkich podłości, mieszkań z włączonymi wiecznie telewizorami lub tanimi bibelotami są już słabe, bardzo przeciętne. O rzeczach prostych, a wręcz prostackich, trzeba pisać prosto, a czasem nawet prostacko, przynajmniej taka jest moja opinia na temat. O ile większe wrażenie robi powiedzenie wprost, że ktoś miał brudne, śmierdzące nogi niż roztkliwianie się nad stopami w kolorze cytryny czy czymś w tym rodzaju. Jakby tego nie było dość, z wątkiem trzecim – nagłym wybuchem fanatyzmu w mieście, zapoczątkowanym przez pewnego górnika, a rozpowszechnionym przez pewnego podejrzanego typa o nazwisku Łabędź, jest bardzo słabo. Pomijając, że ów wątek został przyklejony na siłę, jakby w ostatniej chwili, zupełnie bez polotu wiążąc się gdzieś tam z porwaniami dwóch niechcianych dzieci, bo o tym więcej napiszę później, pisarka gdzieś zagubiła swój styl, zanurzając się w zwykłych, nierobiących na mnie większego wrażenia, zdań, idąc, tak mi się wydaje, na łatwiznę. Nie winię Autorkę, po prostu czasami zdarza się, że ktoś potrafi jedną rzecz robić świetnie, a druga zupełnie nie wychodzi. Tak samo jest z pisarką. Po mistrzowsku umie pisać o mroku, otaczającym samotnego człowieka, wspomnieniach opadających na niego czarnym strumieniem, o potworach kryjących się w głębi człowieka, o tajemnicach mrocznego zamku Książ i Wałbrzycha, o chorobie i śmierci, więc moim skromnym zdaniem powinna pisać tylko o tym. Słowa w wątku Alicji bowiem budują, poza nastrojem, niezwykle plastyczne obrazy, wspomnienie budzi wspomnienie, wszystkie pojawiają się na zasadzie rosyjskiej matrioszki. Umiejętnie wykorzystane środki sprawiają, że świat z opowieści Ewy staje się niemal tak samo realistyczny, jak ponura ulica, wizje wirują szaleńczo na stronach powieści, jednocześnie tworząc wolno poruszany do przodu, doskonale działający mechanizm. Jednocześnie pisarka zanurza w tym wszystkim realny świat, motając go w sieć słów i sprawiając, że staje się on tak samo odrealniony, jak historia Ewy o księżej Daisy.

Dialogi – one zasługują na oddzielny akapit. Pisarka, jak na jej talent przystało, nie poprzestaje na zwykłych dialogach, jakie znamy z innych powieści. W tej materii bardziej przypomina Ulissesa Joyce'a, tę iście eksperymentalną książkę dla zupełnych maniaków, którą, z braku przecinków, czyta się bardzo wolno. Czyta się? Mam wrażenie, że na świecie mało kto w ogóle wie, o czym to jest. No ale to dygresja. Pisarka, aby bardziej upodobnić książkowe rozmowy do tych prawdziwych, potocznych dialogów, czasami łączy klika słów, a czasami dzieli je tam, gdzie zwykła logika zabrania tego robić. Próbuję traktować wszystkich pisarzy równo, ale po prostu trzeba przyznać, że dla innego pisarza taki odważny zabieg byłby po prostu samobójstwem, w dodatku tragicznym. Chylę więc czoła przed umiejętnościami pisarki, bo, ja, na przykład, nie odważyłabym się na to.

Okładka jest – można by powiedzieć – dość zwyczajna. Ciemna sylwetka w kapturze na tle ciemnobłękitnego, wieczornego nieba, z tytułem napisanym ładną, pochyłą czcionką. Chociaż całość wygląda naprawdę dobrze, moim zdaniem jest nie do końca odpowiednia, bo raczej przywołuje, przynajmniej u mnie, skojarzenia z poetyckim zachodzącym niebem niż z mrokiem, jakim spowita jest ta książka. Trzeba jednak przyznać, że do tytułu odpowiednia, więc zbytnio nie narzekam. Z drugiej strony okładki jest opis, z którego – między innymi – wynika, że Autorka lubi, a przynajmniej czytała Władcę Pierścieni Tolkiena, co sprawiło, że polubiłam ją, a także sięgnęłam po powieść. Niezły chwyt, szczególnie jak na fanów tej książki, naprawdę.

Moją ulubioną bohaterką, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, jest siostra Alicji – Ewa. Mimo że formalnie, że tak brzydko powiem, leży i rozkłada się w grobie, została bardzo dokładnie przedstawiona, szczególnie przez jej żyjącą siostrę i chłopaka – Dawida, z którym łączyła ją nieszczęśliwa miłość. To na niej skupia się cały mrok powieści, jakby wszystkie zło, przez lata zamieszkujące zamek, tunele i miasto, skryło się w jej ciele, albo ona je przyciągała. Raczej to drugie, z uwagi na to, co nieszczęsna dziewczyna przeżyła. Doprowadziło to do powolnej, coraz cięższej choroby psychicznej, ale ta, jak pokazuje Autorka, jest czymś więcej i Ewa o tym wie. To złe istoty z jej wyobraźni to śmierć i jeszcze jedna sprawa, która zniszczyła życie, doprowadziła do samobójstwa. Dziewczyna we wspomnieniach Alicji (vel Niedobitka vel Wielbłądki) jest wciąż żywa, ze swą niezwykle barwną wyobraźnią i tragiczną śmiercią I wraca do niej – w liście z przeszłości, umieszczonym w jednej z książek, które lubiły kiedyś razem czytać (pomysł tak wyświechtany, że aż szkoda, no ale cóż). Ewa jest postacią wielowymiarową i świetnie skonstruowaną. Autorka przedstawia ją z niezwykłą wrażliwością, zrozumieniem, jednocześnie nie przemilcza żadnego z tragicznych wydarzeń w jej życiu, ani żadnego objawu choroby, co jest dość okrutne. Pisarkę, a trzeba to dodać, należy pochwalić za ciekawą, wręcz fascynującą postać ukochanego Ewy – Dawida, a także stworzenie jego ciekawej historii.

Postać głównej bohaterki nie jest już taka ciekawa, chociaż na wielu portalach zauważono, że pisarka kreuje Alicję na swoje alter ego (anagram nazwiska Tabor – Bator). To przytłoczona życiem kobieta z wieloma upiornymi wspomnieniami, które gonią ją i dopadają wszędzie tam, gdzie jeździ. Nie ma rodziny, liczy tylko na przygodny, smutny seks za nic z mężczyznami spotkanymi, na przykład, w supermarkecie. Później jest także jedną z niewielu racjonalnie myślących, obrończynią sprawiedliwości i tak dalej, ale to w tej drugiej części, do której będę się czepiać i przez którą, już teraz zapowiadam, w ostatecznym rozrachunku odpadnie całkiem dużo punktów. Ja jednak jej nie lubię, nie ma w sobie nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, pociągnąć, zaintrygować. Alicja, będąc narratorką, a więc najważniejszą postacią książki, ginie pod malowniczością postaci swojej siostry, a także zostaje usunięta w cień przez, niestety, inne, gorzej skonstruowane postacie.

Więc zaczynamy (cóż, przyznaję się, że zacieram ręce z satysfakcji). W książce pojawia się także ilościowo dość duża grupka bohaterów pozostałych, tydzień po przeczytaniu książki nieidentyfikowalnych z imienia, no, oprócz ichmości Łabędzia, których rysy rozmyły się, albo nie została umiejętnie pokazana. Chłopak, a właściwie mężczyzna, z którego ramionach Alicja przez jakiś czas szuka pocieszenia i, oczywiście seksu, tajemniczy i pociągający, który przyjeżdża do Wałbrzycha z tajemniczą misją to całkiem niezła postać, jednak pisarka poświęciła mu za mało miejsca, by cokolwiek o nim więcej powiedzieć. Jest jeszcze przyjaciel Alicji z dzieciństwa, który, jak to teraz bywa, jest dziewczyną. Jednak ta niezwykle ciekawa postać pojawia się tylko na chwilę, by zaraz zniknąć i pozostawić po sobie nie tylko niedosyt, ale i wrażenie niedopracowania, także w kwestiach relacji z główną bohaterką (vide scena, w której Alicja zostaje poczęstowana przez nią – niego – ciasteczkami z marihuaną i potem budzi się w swoim domu, co nie robi na niej żadnego wrażenia). Nie mam nic przeciwko absurdalnym, ciekawym postaciom, ani rzeczom wyjętym jak z szalonych snów, ale tylko wtedy, kiedy są one dopracowane. A tutaj do dopracowania jeszcze trochę brakuje. Miałam apetyt na więcej, czytając także o babci Patryka, a także o tamtej kobiecie od dwóch dzieci, które zaginęły. Można by dodać jeszcze kilka fragmentów, kilka szczegółów, przynajmniej takie jest moje marzenie, ale, niestety, nie wszyscy nie mogą mieć tego, co chcą. Takie jest życie, niestety.

Pomysł był ciekawy, jak wszystkie pomysły o wracaniu do swoich koszmarnych wspomnień z dzieciństwa, na stare śmieci. I tu znów na pierwszy plan wysuwa się historia Ewy – muszę przyznać, ze wcześniej nie czytałam niczego podobnego, pełnego tak zaskakujących zwrotów akcji i cieszących oko szczególików – szczególnie dobrze napisane i zaskakujące są te utrzymane w konwencji horroru, albo przynajmniej grozy. Tak było z historią porwanych dzieci, ale ostatecznie zaskoczyła mnie tylko historia Patryka. Reszta zakończyła się bez pomysłu, bardzo schematycznie i bardzo nijako, jakby Autorka, zaczynając pisać ten wątek, liczyła na ciekawe zakończenie, które przyjdzie jej do głowy podczas pisania, a ponieważ nie przyszło, zakończyła to byle jak. Wepchniętego na siłę wątku politycznego nie komentuję, bo może nie byłoby tak źle, gdyby pisarka wysiliła się i spróbowała nieco wyważyć swoje osądy. Bo nawet to, co działo się pod słynnym krzyżem na Krakowskim Przedmieściu nie było tak radykalne, nie mówiąc o kontrowersyjnych, katolickich mediach. Uważam, że czasami jednak trzeba posłuchać starożytnych, którzy mądrze prawią, że złoty środek jest niezbędny. No ale religijność Polaków, kontrowersje i inne rzeczy to temat na inną, osobną książkę, a nie na płaski, niezbyt trzymający się kupy, płaski wątek w książce, która, moim zdaniem, powinna być o czym innym. Albo przynajmniej na początku była.

Fabuła, akcja jest najsłabszą stroną książki. O ile początkowe, zapętlone wspomnienia Alicji mają w sobie charakterystyczną logikę mrocznego snu , to fragmenty od miejsca, w którym Alicja i jej przyjaciel, w czasie zimy, postanawiają kochać się w lesie, tracą wszystko, co było w powieści dobre, łącznie z jakąkolwiek logiką. Pisarka po prostu chciała złapać za dużo srok za ogon – i pogodzenie się Alicji z przeszłością, i mroczny, nierzeczywisty klimat, i spotkanie z matką, i zakończyć jakoś efektownie wątek porwanych dzieci, i skrytykować, aczkolwiek dość nieumiejętnie, wydarzenia w naszym kochanym kraju nad Wisłą – szczególnie myślę o reakcji pewnych środowisk na katastrofę pod Smoleńskiem już niedługo 5. rocznica, jak ten czas leci...). A ponieważ łapanie wszystkiego na raz nie udaje się nigdy, z każdą następną kartą historia sypie się w piękną ruinę. Wydarzenia na rynku nabierają tempa, z każdą chwilą stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, od tego, co Autorka ma zamiar krytykować, nawet od irracjonalnego snu. Finał historii porwanych dzieci przypomina zmoczony fajerwerk, który nie jest już w stanie wybuchnąć. A w tym wszystkim rozmywają się wspomnienia głównej bohaterki, będące przecież największym atutem. Język, który tak wspaniale opisywał mrok, tutaj świeci tylko absurdalną pustką, czasami będąc tylko nadmuchanym opakowaniem. Być może tak miało być – dziwnie, absurdalnie, na granicy jawy, wspomnień i chorych snów. Jednak pisarka nadmiernie wszystko komplikuje, dodatkowo plącze i sama się wpędza w mieliznę, z której próbuje, już nadaremnie, wyjść na końcu książki, sklecić słoik z rozbitych części, serwując nam sentymentalne zakończenie, po którym miałam wrażenie, że skończyłam inną książkę, niż zaczęłam. Wielka przykrość, naprawdę. Niech już od początku będzie źle, niech nas powieść nie zwodzi świetnym początkiem, żeby później rozczarować zakończeniem i środkiem. Albo, najlepiej byłoby, żeby z każdą stroną była coraz bardziej zachwycająca, z coraz bardziej porywającą fabułą. Eh! Marzenia! Komu się spełniają w stu procentach?

Książka ta została nagrodzona najbardziej prestiżową polską nagrodą literacką, Nike (był to jeden z powodów, dla których zainteresowałam się tą powieścią). Widać, że komisja wybierająca najlepsze utwory ma zupełnie inny gust niż ja, bądź jestem głupia i nie potrafię rozpoznać diamentu leżącego przede mną. Bądź też z tymi nagrodami coś jest nie tak, kto wie. Ja na pewno nie wybrałabym tej książki, chociaż na początku zanosiło się na to. Zbyt dużo błędów jak na mój wybredny, dziwny gust. Te kwestie polityczne, którym brakuje wyważenia, nie mówiąc już o wplataniu tego w coś, co powinno być mroczną, polską wersją W poszukiwaniu straconego czasu. I wciąż jednak, jak dla mnie, za mało księżnej Daisy, Hitlera oraz tego, co najlepiej zapowiadało się tutaj, czyli Ewy i jej schizofrenii.

Tytuł: „Ciemno, prawie noc”
Autor: Joanna Bator
Moja ocena: 6/10


czwartek, 5 czerwca 2014

I jak tu kochać polskie wilki. Recenzja książki

Lubię książki młodych pisarzy, debiutantów, szczególnie tych, których debiuty nie są jakimś wielkim wydarzeniem w świecie literatury. Tacy, którzy wydają swoje powieści w niepopularnych wydawnictwach, w formie e-booków, które w naszej ojczyźnie są jeszcze niepopularne. Często w ten sposób można odkryć jakąś wyjątkową perełkę literatury, kogoś, kto wtłoczy nową krew w polską literaturę, zarówno tą popularną jak i tą wysokoartystyczną. Bo o ile w tej drugiej od czasu do czasu dzieje się coś ciekawego, to ta pierwsza jest bardzo skostniała. Poza Sapciem, Kosikiem, Pilipiukiem, Komudą (ciekawa, oryginalna fantastyka jest u nas na bardzo wysokim poziomie) i kilkoma pisarkami prozy obyczajowej, które czasami mają jakiś tam pomysł. Oprócz tego jest jeszcze Grochola, która według mnie straciła na znaczeniu po „Nigdy w życiu” i „Ja wam pokażę”, a reszta z grubsza pisze o tym samym. Dlatego właśnie lubię wyszukiwać młodzież, tą zbuntowaną (dajcie mi spokój z Masłowską, kobieta ciężko pracuje, żeby zarobić na kawałek chleba, ale artystką wielkiego formatu nie jest), która pisze o tym, co myśli i nie pisze po to, by mieć co dzieciom na talerz włożyć.

Natrafiłam ostatnio na taką jedną. Jej późniejsze książki widziałam w Empiku, ale wydawało mi się, że już to czytałam co najmniej z tysiąc razy, więc postanowiłam dorwać się do debiutu. Debiut jest również opowieścią raczej na motywach tych stosów powieści gatunku paranormal romance, ale postanowiłam, dla dobra sprawy, przeczytać. Wciąż, głupia, mam nadzieję, że w tym gatunku coś zmieni się na lepsze. A może już tej nadziei nie mam?

Margo Cook z Nowego Jorku przeprowadza się do zadupia, jakim jest Wolftown. Już na wstępie zaczynają ją nękać koszmary, poznaje dziewczynę, która staje się jej przyjaciółką i tajemniczego chłopaka, w którym się zakochuje, chociaż, jak każda postać z takiej książki, oszukuje się, że nic do niego nie czuje. Max ubiera się na czarno, jeździ motorem i słucha metalu, jak jego zamknięta paczka. Pewnego dnia okazuje się jednak, że jest bardzo zakochany w Margo, a ona w nim. Rozpoczyna się romans, który jednak nie ma przyszłości – Max okazuje się... tysiąc książek dla tego stworzenia, które odgadnie, kim był ukochany głównej bohaterki. Wampir? Niestety. Upadły anioł? Też nie. Demon? Tak mi przykro. Elf (nie mam nic przeciwko elfom, ale jedyne, które lubię, mieszkają w Nieśmiertelnych Krainach, Rivendell i Mrocznej Puszczy więc..). Pudło. Tak, został tylko wilkołak. Max jest wilkołakiem, tak jak inne „metale” z jego paczki. Okazuje się, a właściwie wykrywa to Ivette, przyjaciółka Margo, że w tym paluchy maczali lekarze z Instytutu, który znajduje się miasteczku. Max, jego kumpel i Margo idą tam, ale wpadają w pułapkę i w nagrodę Margo zostaje również zmieniona w wilkołaczycę. Problem w tym, że wszystko kończy się dobrze. Ta dam!

Cieszę się, że przeczytałam tę książkę. Naprawdę się cieszę. Rzadko można obcować z grafomanią w czystej postaci, szczerze mówiąc. Z tą niewinną, dziecinną naiwnością, która nie spotkała się jeszcze z okrucieństwem tego świata. Tych nieskalanych marzeń piętnastolatki z przeciętnymi ocenami w szkole, która pewnego dnia odkryła, że umie pisać i że wilkołaki to najseksowniejsi chłopacy pod słońcem (a może pod księżycem, kto wie?). Tej radosnej, pierwszej twórczości, której nie niszczy kanon, twarde zasady gramatyki, stylistyki i innych skostniałych nauk. Tej bezgranicznej wiedzy przeciętnej gimnazjalistki, która dokonała niezwykłego okrycia nazywając strzelbę karabinem.

Nie, dobra. Tylko sarkazm ćwiczę. Tak książka mnie po prostu powaliła i pokazała, że moje bazgroły nie są takie złe, jakby się mogło wydawać. Ale teraz przejdźmy do szczegółów.

Plusy? Jejuniu, pomyślmy, ale to bardzo trudne, jeszcze trudniejsze niż przy Zmierzchu, a tam nie spałam chyba z trzy noce zanim wymyśliłam coś naciąganego. Dlatego ten akapit będzie taki krótki, bo w końcu zdecydowałam się nie napisać nic. Zamiast tego na chwilę przerwę pisanie tej emocjonującej recenzji i pójdę płakać z żalu nad gustem osób, które widzą w tej powieści same pozytywy.
Język i styl, proszę państwa. Jak z jakiegoś onetowskiego bloga dziesięciolatki, która opisuje swoje życie, albo z tych FF o One Direction, które, niestety, zaśmiecają także blogspota. Dobrze, że jeszcze błędów ortograficznych nie było. Chaotyczność, powtarzanie tych samych konstrukcji językowych, toporność, nieporadność językowa, nielogiczności, luki.. Gdybym była nauczycielką polskiego i owa dziewczynka oddałaby mi to jako swoje wypracowanie, dałabym jej nadciągną tróję. Cała książka pisana takim stylem to już koszmarek. Czy tu w ogóle można mówić o stylu? Rozczaruję Autorkę: nie. Aha, patrzcie, przypomniało mi się. Coś było w stylu, że Margo nie słucha metalu tylko hard rocka. Sorry, ja słucham jednego i drugiego, więc mogę powiedzieć, że wielkiej różnicy między tymi gatunkami nie ma. W ogólne rzadko jest. Czasami, fakt, hard rock wydaje się być lżejszy od metalu, ale najczęściej się zlewają (No i było wspomniane Evanescence. Dlaczego, ja się pytam, o tym pięknym zespole wspominają tylko w takich słabych książkach? Co się tyczy The Calling, podejrzewam, że sięgnę po ten zespół, kiedy zapomnę o tej książce).

Czy nie widzicie czerwonych krost na moich palcach? Mam alergię na punkcie seksownych wilkołaków. Wampirów. Amerykańskich szkół. Brr. I jeszcze wszystkiego, co w oczywistym skojarzeniem z sagą pani Meyer. A Autorka tej książeczki przypadkiem wszystko przepisała. Oj, nie ładnie ściągać od starszych od siebie, nie ładnie. Już od pierwszej strony wiedziałam, że oryginalne to na pewno nie będzie, ale żeby aż tak! Cóż, kreatywności żadnej. Żadnej. Tu nawet nie można mówić o jakiejkolwiek kreatywności. Diabli ją wzięli, zanim Autorka się urodziła. Wiem, że to przykre, ale do mnie nie miejcie pretensji. Ogólnie prowadzenie akcji i wątków idzie Autorce, delikatnie mówiąc, niezbyt dobrze: wszystko się rwie, zapada, jest prowadzone z trudem, jakby na siłę. W dodatku jest bardzo, ale to bardzo infantylne. Nie ma ani budowania napięcia, ani scen, które zapadają w pamięć, ani fajerwerków. Nie ma nic. Bo o ile w Zmierzchu było zero, tu jest mniej niż zero. Jak w tej piosence – mniej niż zero.

Postacie.. Margo – niedorozwinięta trzpiotka. Max – impotent. Ivette – lepiej już nie mówić. Reszta to takie duchy latające sobie po drugim planie, którym pisarka nadała tylko imiona. Rodzice? Hmm.. Lilly z genialnego „Pamiętnika Księżniczki” również miała rodziców psychiatrów czy diabeł wie kogo. Oczywiste skojarzenie, Autorka czytała tę książkę na bank, mamy więc kolejną kalkę. Słowem, żeby nie robić polskiej, wielkiej pisarce zbyt wiele przykrości, powiem, że zmarły dwa lata temu kot mojej ciotki ma teraz więcej osobowości niż bohaterowie tej książki.

Co by tu jeszcze zmieszać z błotem? A, okładka. Po pierwsze Margo nigdy tak nie wyglądała, nie ma żadnej takiej sceny w książce. Po drugie, obrazeczek jest bardzo kiczowaty i śmierdzi na kilometr Photoshopem i jeszcze osobą, która potrafi obsługiwać się nim tylko w stopniu podstawowym. Gdyby patrzyła na okładkę, nigdy bym tej książki do ręki nie wzięła. Nigdy. Kicz jak z jarmarku, ni to mroczne, ni symboliczne (tak jak owo słynne jabłko na okładce powieści Stefci Meyer). No chyba, że Autorka sama zaprojektowała okładkę, w takim razie należą się jej brawa. Jak na nią to wcale nieźle.

Zastanawiam się, czy w ogóle pisać jakieś podsumowanie. Wszystko już powiedziałam wyżej, albo prostu nie chce mi się więcej pisać na ten temat. Zwaliło mnie to z nóg, wbiło w ziemię, oczywiście w negatywnym znaczeniu. Dawno już nie czytałam czegoś gorszego, szczerze mówiąc. Mam więc nadzieję, że już nie dziwicie się tak bardzo, gdy oświadczam światu, że nie lubię polskiej literatury. Jak się ma amerykańska, angielska i tak dalej, tak się ma, ale takie rzeczy po prostu by nie przeszły, bo każdy Autor musi przynajmniej znać jakoś język, w którym pisze. A u nas to wszystko po znajomości. Ciocia czy wujek w wydawnictwie i Autorka może cieszyć się pieniędzmi, mimo że to co pisze jest beznadziejnie. Delikatnie mówiąc. Dlatego czuję taką odrazę do nowoczesnych polskich książek, szczególnie tych z „dobrych” wydawnictw, już nie mówiąc o literaturze skierowanej do nastolatków. Dlatego tak bardzo nie lubię polskich wilków, wilkołaków i innych stworzeń.

Tytuł: „Wilki”
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Moja ocena: 0/10