Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

Co nie jest winą pisarki. Recenzja książki



W społeczeństwie – przynajmniej w większości - pozostał pewien bardzo szkodliwy mit, sięgający jeszcze średniowiecznych stosów z czarownicami a także teorii Hitlera o czystości rasowej. Zresztą wiele w nim także zwykłego, ludzkiego strachu przed czymś niewytłumaczalnym i wyglądającym dość strasznie, na tyle, że wywołuje obawę przed zarażeniem (mimo że jest to niemożliwe). Chodzi mi o choroby psychiczne – niewątpliwie gorsze od najbardziej sprytnego nowotwora, a może i nawet eboli. Choroby, o których opowiada się przyciszonym głosem, jakby zaraz któraś z nich miała zaatakować nas, niczym zaraza cholery lub czegoś podobnie ohydnego. I te szpitale psychiatryczne! Nam, książkomaniakom, przypominają się sceny z rozmaitych horrorów, w których duchy zmarłych pensjonariuszy przychodzą się mścić za krzywdy doznane za życia, bo przecież osoby psychicznie chore też mają jakieś uczucia. Na szczęście nie każdy z nas zna osoby ze schizofrenią, jakąś koszmarną psychozą czy choćby dwubiegunową afektywną (mówiąc nawiasem, na coś były chore takie sławy jak Mark Twain, Kurt Cobain czy Ludwig van Beethoven); wielu z nas zna tylko te schorzenia z opowiadań innych ludzi i internetów, chociaż lepiej dla naszego zdrowia będzie, kiedy nie będziemy za wiele na ten temat wiedzieć. Jednak są i schorzenia powszechne, nazywane już chorobami cywilizacyjnymi, dotykające co roku wiele tysięcy ludzi, szczególnie na globie zachodnim. Nerwica, anoreksja, bulimia… a przede wszystkim zabójcza depresja. Nazywana przez wielu inną odmianą raka, bardzo niebezpieczna i powodująca wiele cierpień nie tylko u chorego, ale i całej jego rodziny. 

Może pojawić się u każdego – osoby starszej, dorosłego, nastolatka; ostatnio mówi się także o depresji u małych dzieci i niemowlaków (!). Charakteryzuje się przede wszystkim obniżeniem nastroju, zaniedbywaniem się i wszystkiego, co wcześniej było interesujące lub ważne, nadmierną sennością lub jej całkowitym brakiem i w ekstremalnych przypadkach myślami samobójczymi, próbami zabicia się, które nierzadko kończą się śmiercią. To najlepiej obrazuje, czym jest depresja; wielu z wam zapewne ciężko sobie wyobrazić, jak wielki musi być ból człowieka, u którego znika instynkt samozachowawczy i który pragnie przerwać życie, które tak wielu chciałoby zatrzymać i o które niektórzy walczą do końca. Wydaje się jednak, że nie jest to trudna do wyleczenia choroba – w ekstremalnych wypadkach wystarczą odpowiednie tabletki (przeciwdepresyjne, psychotopropy; również te oparte na słynnym już licie) czy terapia. Łatwo jednak mówić, bo to jedna z tych chorób, które ciężko zdiagnozować, a nawet zauważyć – osoby chore na depresję często są radosne, pełne energii i zapału, śmielsze nawet od tych zdrowych, bardzo impulsywne; przynajmniej na pokaz, dla znajomych. Zresztą wyżej wspomniane tabletki nie zawsze działają, a i nie wszyscy chorzy chcą je brać – łatwo bowiem ulec złudzeniu, że jest się wystarczająco zdrowym, by nie kontynuować terapii; że wszystko będzie dobrze, nawet bez pomocy chemii. Niestety, skutki takich działań mogą być opłakane. Jeśli w dodatku szuka się pomocy i oparcia w Internecie, ale zamiast na bloga Kylie czy strony z poradami wchodzi się na fora dla chorych tworzone przez innych chorych. W których, tak jak na analogicznych stronach dla anorektyczek, depresja nie jest traktowana jako choroba, ale stan umysłu, który nie wymaga leczenia. I tu zaczyna się największy dramat. 

Przyjaciółka Cody Reynolds, Meg, wyjechała na prestiżowe studnia i popełniła samobójstwo. Tak naprawdę nikt nie wiedział, dlaczego. Meg była energiczną dziewczyną, wesołą, pełną uroku osobistego i wygadaną, w przeciwieństwie do zamkniętej w sobie Cody. Dziewczyna postanawia więc sprawdzić, co kryje się za okrutną, ale wyglądającą na bardzo przemyślaną śmiercią przyjaciółki. To, co okryje, zmieni jej całe życie, opinię na temat Meg, a także sprawi, że Cody pozna ciemniejszą stronę samej siebie, stronę, o której posiadanie nigdy się nie podejrzewała. No i – bez tego żadna nowoczesna książka dla młodzieży nie byłaby kompletna – Cody pozna miłość swojego życia, a przynajmniej faceta, w którym zakochuje się ze wzajemnością. Jaka tajemnica kryje się za śmiercią Meg? Czy bohaterka udźwignie ciężar prawdy? I czy przebaczy przyjaciółce, pogodzi się z tym, co się stało?  

Temat chwytliwy, trzeba to przyznać. To również powód, dla którego w ogóle sięgnęłam po książkę, mimo że należy do powieści młodzieżowych, których zazwyczaj nie trawię. Będzie o samobójstwie, pomyślałam (kierowana dziwnym dla mojej wrażliwej natury upodobaniem do makabresek i medycznych wątków rodem z Dr.House’a, który zresztą jest jednym z moich ulubionych seriali), może nie będzie tyle przygryzania wargi, romantycznych dialogów między zakochanymi i innych mdłych, sentymentalnych elementów. Zresztą w tym okresie potrzeba mi było coś niezbyt ambitnego, lekkiego, dość krótkiego i w ogóle, choćby od autorki Zostań, jeśli kochasz, pozycji, którą wpisałam na swoją prywatną czarną listę. Poza tym nie wypada odmawiać pani bibliotekarce, jeśli ma się uprzywilejowaną pozycję w bibliotece. Ostatecznie powieści młodzieżowe są tym rodzajem (zazwyczaj) złych książek, które wyrządzają mojej psychice najmniejsze szkody. Jeśli mi się nie spodoba – pomyślałam, otwierając książkę na pierwszej stronie i wygodnie rozsiadając się z kubkiem kakao na tapczanie – przynajmniej będę miała materiał na negatywną recenzję na bloga. Zawsze jakaś korzyść, prawda? 

Niewątpliwym plusem pozycji jest sam pomysł, który – co ciekawe – zainspirowała rzeczywistość. Autorka w posłowiu, zatytułowanym tradycyjnie jako Podziękowania i zawierającym listę ludzi, którzy są współwinni powstania powieści, wspomina o dziewczynie, która stała się inspiracją do powstania postaci Meg, użyczając jej swojej historii. Pisarka jednak rozszerza pomysł o wątek internetowy, bardzo ciekawy i, jak na płaskie powieści dla nastolatek, dość błyskotliwy. Bo chociaż o nastoletnich samobójstwach dla  napisano wiele (pozostaje zastanowić się, ile w tych książkach grania na ludzkiej fascynacji makabrą, czyimś nieszczęściem, chęci wzbudzenia sensacji czy zarobienia, a ile prawdziwej chęci pokazania prawdy, a przynajmniej sportretowania tego – i owszem – ciekawego zjawiska jak samobójstwa nastolatków, którego przyczyny wciąż nie są do końca poznane, a przynajmniej mało spopularyzowane) to jeszcze o takim ujęciu nie słyszałam. Oczywiście należą się za to brawa, choćby dlatego, że dzisiaj, w dobie gloryfikacji Internetu – szczególnie wśród młodzieży – trzeba mówić o zagrożeniach, jakie za sobą niesie (i przy okazji dementować mity o depresji) ale mówić bez moralizowania, którego młode pokolenie nie lubi. Najlepiej właśnie w stosunkowo lekkiej konwencji powieści. Na czym zyskuje również sama powieść, bo dzięki temu fabuła tej książki mocno pozytywnie wyróżnia się na tle innych opowiastek dla nastolatek, pełnych nierealnie naiwnych scenariuszy i złamanych serc, które urastają do rangi jakiejś apokalipsy. Dzięki temu książkę czytało się – przynajmniej powierzchownie – bez tego bólu i nawet z przyjemnością; o dziwo, książkę także streściłam mamie, podczas gdy inne, o tematyce bardziej romantycznej, chowałam po zakamarkach pokoju, żeby uniknąć zarzutów, że psuję sobie gust i napycham łepetynę miłostkami, które niczego nowego mnie nie nauczą. Tak, sama również byłam w pewnym momencie bardzo zaintrygowana fabułą i naprawdę niepokoiłam się, co będzie dalej. Aż sama byłam zdziwiona, szczególnie że dalej już tak kolorowo nie jest. 

Mogłabym przecież przyczepić się do fabuły, na którą pomysł przed chwilą tak wychwalałam. Świetny pomysł został częściowo zniszczony przez nieumiejętne – a może i specjalne – złe rozłożenie akcentów i wplecienie nieudolnego, przewidywalnego od pierwszej rozmowy bohaterów wątku miłosnego, który właściwie nie pełni żadnej funkcji w książce, plącząc się tylko i ciągnąc się gorzej od makaronu spaghetti czy starego sera do pizzy. W dodatku jest bardzo powtarzalny, bo w poprzedniej, czytanej przeze mnie książce pisarki główna bohaterka również zakochała się w zniewalająco przystojnym gitarzyście lokalnego rockowego bandu. Czy mam przez to rozumieć, że to pisarka ma słabość do przystojnych rockmanów bez koszulek, czy też myśli, że to ideał każdej dziewczyny? Mniejsza z tym, ale wątek miłosny skuteczne zniechęcał mnie do książki i spowalniał akcję, kiedy coś zaczynało się dziać, a w dodatku fabularnie odstawał od wszystkiego, o czym była książka, przez co wszystko wspaniale rozłaziło się na boki i rozklejało, co irytowało mnie na tyle, że nie chciało się wracać do powieści. Największą jednak wadą był fakt rozładowywania emocji – kiedy nieznacznie wrastało napięcie, a Cody pisała z tajemniczym mordercą na forach dla samobójców, jednocześnie zaglądając do wnętrza siebie i mierząc się ze swoim mrokiem, niczym w niezłych amerykańskich kryminałach, przychodził taki Ben i Autorka zaczynała wmawiać czytelnikowi, że między tym dwojgiem jest chemia, której i tak nie czułam. Zupełnie jak we wspomnianych wyżej kryminałach amerykańskich, kiedy w oczekiwaniu na mordercę policjant robi słodkie oczy do potencjalnej ofiary i rozmyśla nad strategią flirtu. Bardzo to fajne, prawda? No, może tylko dla fanów gatunku, ale przecież to nie polega na kupowaniu miłośników romansów dorobionymi na siłę wątkami. To samo można powiedzieć o zakończeniu, typowo happy-endingowym i sprawiającym, że książka staje się mokrym fajerwerkiem – niby wszystko miało być fajnie, ale tak właściwie nic z tego nie wynika. Zresztą całość niszczą także postacie z typowych książek dla młodzieży jak nieodpowiedzialna matka Cody czy znajomi Meg z akademika, co zapewne ma służyć rozrzedzeniu dusznej, pełnej napięcia atmosfery wątku głównego (w przypadku gdyby ktoś nie wytrzymał nerwowo). Ale pewnie i rozciągnięciu opowieści do standardów książkowych, co miało przecież miejsce w przypadku poprzedniej opowieści Autorki. Tylko po co? Żeby się lepiej sprzedawało? Ja tam wolałabym krócej, ale lepiej. I trochę bardziej ambitniej w warstwie fabularnej, bo poza wątkiem tajemniczej śmierci Meg (która zresztą taka wydaje się przez jakieś czterdzieści początkowych stron książki) wszystko jest zupełnie takie samo jak innych romansidłach dla nastolatek; co więcej, większość zdarzeń można z łatwością przewidzieć. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jeden ciekawy pomysł – jeszcze z kulejącym wykonaniem – nie sprawia, że książka jest dobra. Niestety. 

Czy nie przypominacie sobie coś, patrząc na okładkę? Jeśli tak, to brawo. Jesteście bardzo spostrzegawczy. Dla mnie, już od pierwszego spojrzenia ta okładka była podejrzana, a ponieważ słynę z opóźnionego zapłonu, dopiero później zauważyłam to, co jest przecież oczywiste: okładka została wystylizowana na bliźniaczkę tej do Zostań, jeśli kochasz. Przypadek? Nie sądzę. Naprawdę. Chociaż tamta była okładką filmową, Wydawca wpadł na genialny pomysł stylizacji okładek innych pozycji Autorki, zupełnie niezwiązanych z tamtą. Żeby czytelnik, spragniony posiadania wszystkich książki pisarki, miał wszystkie pozycje w podobnych okładkach, co – przyznaję – ładnie wygląda na półkach? He. A może chodziło o to, że myśląc, że nowa pozycja przypomina tamtą, czytelnik skusi na kupno tej? E, lepiej w to nie wnikać, bo na zarabianiu pieniędzy nie znam się tak dobrze jak marnowaniu ich w księgarni, trzeba jednak powiedzieć, że ta zdecydowanie nie jest taka ładna i pomysłowa jak tamta (jak to bywa zwykle z podróbkami naśladowania czegoś innego). Znów mamy białe tło i układankę na nim, z czego większość zajmuje – jak się domyślam – twarz Meg, a reszta ukazuje różne sceny i fragmenty książki. Mamy więc tam fragment jakiegoś maila (to list wysłany przed samobójstwem dziewczyny, jak możemy się domyślić po przybliżeniu), samotna, smutna dziewczyna w kącie, która ma zapewne obrazować depresję Meg, a w rzeczywistości kojarzy mi się z tymi wszystkimi głupimi informatorami na poczekalni u psychologa, pełnymi bzdur na temat tej choroby (nie wierzcie temu, depresja tak nie wygląda). Jest też także zdjęcie dwóch nastolatek, coś na kształt selfie z nieśmiertelnym dzióbkiem, kojarzące się z kolei z wszystkimi reklamami Butiku, modelkami z Instagrama czy innymi miejscami, w których ludzie myślą, że tak właśnie wygląda nastoletnia przyjaźń. Oprócz tego jest jeszcze tam taka ładna róża, ale nie wiem, co ona tam robi i jakaś kałuża czy coś, w czym pływają zeschłe liście. Może to jakieś symbole nieskończoności, życia, śmierci i tak dalej, których nie potrafię rozszyfrować? Bardzo możliwe. Oprócz tego wszystkiego jest jeszcze kawałek jakiegoś przystojnego chłopaka w lusterku, a konkretnie jego magnetyczne spojrzenie, na widok którego majki każdej dziewczyny powinny spaść same. Przesadzam? I to bardzo, bo to nie pierwsze i zapewne nie ostatnie takie spojrzenie na okładce książki młodzieżowej, nie ma w nic ciekawego. W każdym razie pod układanką i napisem informującym, że Autorka napisała jeszcze dwie inne książki, które warto byłoby przeczytać, widnieje tytuł. Faceci się może na tym nie znają, ale ja nie mam wątpliwości – faktura napisu przypomina szminkę. Różową. Wow, tylko dlaczego kojarzy mi się z tym teledyskiem disco polo, w którym dziewczyny piszą szminką na lustrze swoje imiona (daj spokój Kylie, po co się przyznajesz, że oglądasz teledyski disco polo?) albo w innych podobnych rzeczach, kiedy kobieta chce znaczyć swoją obecność. W kontekście samobójstwa pomysł dość makabryczny, ale frapujący, nie powiem. Poza tym u góry – tym razem dużymi literami – wydrukowano nazwisko pisarki. Mimo tego okładka jednak jest dość niepozorna wśród tych wszystkich dzikich kolorów w dziale z powieściami młodzieżowymi; oryginalnością specjalnie się też nie wyróżnia, a patrząc na nią nie odczuwamy żadnych silnych emocji, ani dobrych ani złych. Może tylko ci, którym podobały się poprzednie książki pisarki, ubrane w podobne okładki, sięgną z chęcią po pozycję i wyłowią ją wzrokiem w nawale innych. Ale na mnie to by nie podziałałoby. 

Nie podziałałoby nie tylko ze względów, o których pisałam wyżej, ale także przez bohaterów książki. Postacie, które ciężko byłoby zaakceptować nawet wtedy, kiedy formalnie byłyby dobrze skonstruowane, a przecież tak nie jest. Może to też z mojej strony zmęczenie materiału i znudzenie niemal takimi samymi bohaterkami we wszystkich tych książkach, ale naprawdę. Cody, będąca przecież narratorką, prezentuje jeden z tych klasycznych już archetypów dziewcząt z takich książek dla młodzieży: twarda, nauczona przez życie, szorstka w rozmowach, ale w momencie, kiedy spotyka fajnego, przystojnego gitarzystę i tak miękną jej nogi, aż w końcu poddaje się czarowi Prawdziwej Miłości i cała jej wcześniejsza szorstkość znika. To nawet jest kopia tego archetypu, bo mam dziwne wrażenie, że głównej bohaterce Autorka poświęciła najmniej czasu. Cody wydaje się postacią po prostu niedopracowaną, nudną, znikającą w tłumie nieco lepiej zarysowanych postaci w powieści (jeśli w tym przypadku możemy w ogóle mówić o jakimkolwiek dopracowaniu), nawet Bena i – oczywiście – Meg. Nawet lepsza, bo bardziej irytująca, wydaje się matka dziewczyny. Tricia okazała się moją faworytką, jeśli chodzi o poziom techniczny postaci tej książki, bo – może niechcący – pisarka sprawiła, że spotykająca się wciąż z różnymi mężczyznami młoda kobieta, nie potrafiąca posługiwać się jakimś bardziej zaawansowanym od najprostszego telefonu komórkowego sprzętem jest niezwykle żywa i prawdziwa. Choć oczywiście nie chciałabym mieć takiej matki; te całe young adult uwielbia babrać się w patologii, czemu dowodzi także scena, w której Cody postanawia odwiedzić swojego ojca (zadziwiająco podobna do tej w nieszczęsnym Hopeless, chociaż mniej brzemienna w skutki). Nie wiem, czy poświęcić trochę miejsca Meg, w końcu od początku jest martwa, ale jej duch (może nie dosłownie) wciąż unosi się nad próbującą rozwikłać jej śmierć Cody, a bohaterka miejscami mówi czytelnikowi więcej o Meg niż o sobie. Oczywiście w samych superlatywach, opisując ją jako osobę wygadaną i szczęśliwą. I pisarce wychodzi to naprawdę nieźle, bo naprawdę każe przez chwilę czytelnikowi wierzyć, że Meg była właśnie taka, jaką ją opisała przyjaciółka, że nie mogła popełnić samobójstwa. To naprawdę zasługiwałoby na pochwałę, tylko gdyby Autorka w tej kwestii nie inspirowała się tak bardzo rzeczywistością, a konkretnie owym przypadkiem dziewczyny, której pamięci poświęciła książkę. Rozumiem potrzebę inspiracji, ale takie dosłowne potraktowanie rzeczywistości w książce obniża mój szacunek dla pisarza, który albo nie umiał, albo się bał, albo mu się nie chciało. To w końcu czym jest powieść – reportażem o śmierci dziewczyny czy autorskim dziełem? No niech mi pani nie wmawia, że dziełem autorskim. Wtedy takiego czegoś by tu nie było, droga pani pisarko. Pozostałe postacie już dawno wyleciały mi z głowy równie szybko, jak tam wleciały – były papierowe, archetypiczne, nudne, podobne do siebie i bez jakiegokolwiek życia, czyli dokładnie takie same jak wielu innych powieściach dla nastolatek. Po jakimś tam wysiłku umysłowym kojarzę narajanego kolesia nieco w klimatach rasta i jakąś Alice (?). Zresztą nieważne. Za dużo przeczytałam tych książek i teraz wszystko mi się zlewa. Moja wina, moja bardzo wielka wina. 

No i teraz przechodzimy do najlepszego. Francuzi mówią na to cremé de la cremé, Polacy wisienka na torcie. Chodzi mi tu o styl Autorki, sposób, w jaki książka została napisana. Krótkie, jakby urwane zdania i niezwykle bogate słownictwo w nich wykorzystane… Nic, tylko czytać. Naprawdę. A każde takie zdanie, kiedy czuje się, że po przecinku dobrze by było dopisać coś jeszcze, to jakby wyrywany ząb. Boli. Człowiek szuka wzrokiem dalszej jego części, przyzwyczajony do wspaniałych, długich zdań, jakie sam pisze na co dzień (he, he) i innych gąsienic, a tu kropka. Koniec. Na początku paradoksalnie ciężko się czytało, chociaż chodzi tu tylko o to, żeby połknąć książkę w czasie kilku godzin, później z bólem musiałam to zaakceptować. I ciężko jednak potraktować to jako styl pisarki, bo to raczej takie pisanie, żeby każdy zrozumiał, a nie żeby ładnie wyglądało i było artystycznie. Tak samo ciężko ocenić zasób słownictwa naszej pisarki, bo trudno w ogóle o czymś takim mówić. Ile trudnych, barwnych słów mogła upchnąć w takie krótkie zdania żeby to jakoś zrozumiale brzmiało? Zresztą na tę kwestię należy spuścić zasłonę milczenia, bo słownictwo pisarki jest bardzo ubogie i ledwo wyrabia z nadawaniem opisywanym wydarzeniom takiej plastyki, żeby można było sobie cokolwiek wyobrazić, nie mówiąc o osiąganiu jakiegoś większego efektu artystycznego czy coś w tym rodzaju. Tak w ogóle o czym jak mówię? Czy w przypadku takiej literatury można mówić o artyzmie? Ha, ha. Znów wyjdzie na to, że oceniam te książki niewłaściwą miarą, godną największych arcydzieł albo nie rozumiem celu takiego gatunku. Ale ja przecież wiem o co chodzi w takiej literaturze – ma być na tyle przyjemnie, żeby się zrelaksować, przeczytać i zapomnieć. Tyle że w tym wypadku temat trochę nie tego, a i przecież jak można się zrelaksować, kiedy bolą zęby? Czytanie po to, żeby zapomnieć nie ma największego sensu, przynajmniej dla mnie. Cóż. I tak wychodzi na to, że nawet na kolejny produkt popkulturowy książka jest za słaba. Takie życie. 

Chciałoby się napisać, że kolejna książka dla młodzieży to kolejne wielkie rozczarowanie. Ale tak nie jest, bo ja wiedziałam, że się rozczaruję. Ot, kobieca intuicja. Nie liczyłam przecież na wiele, może poza tematem samobójstwa, które jest – niestety – tematem, który trzeba poruszać często i w kontekście delikatnego przekonywania nastolatków, że jednak nie warto (chociaż i tak po te książki sięgną przeważnie ludzie, którzy spragnieni są makabry bądź romansu, jak zwykle będącego gdzieś na marginesie opowieści). Rozczarowanie więc nie było bolesne, może tylko trochę oburzenia wywołało we mnie użycie historii tej nieszczęsnej dziewczyny. Dość długo po przeczytaniu, jeszcze przed tym, jak zasiadłam przed komputerem by oddać się dość zapomnianej już czynności pisania recenzji (he) przyszła mi do głowy oczywista refleksja – po co mi to było? Ten czas poświęcony na czytanie i pisanie recenzji, kiedy i tak zapomnę fabułę książki, robiąc miejsce w mózgu na coś fajniejszego, na przykład inną książkę na ten sam temat. No po co? W sumie po nic, bo nawet samobójstw i smutku wszędzie jest za dużo. A książka nie zachwyca optymizmem ani czymś odkrywczym. O skłanianiu do refleksji czy jakimś morale lepiej już nie mówiąc. Bo ostatecznie uwagi, żeby brać regularnie prochy na depresję nie zmienią nic a nic w postrzeganiu chorych przez innych ludzi, ani nie uratują nastoletnich samobójców (a może podziałają na niektórych odwrotnie). Bo czytelników mniej wrażliwych na błędy Autorki – do których nie należę – bardziej zapewne zainteresują losy głównej bohaterki i jej chłopaka, którzy mają przed sobą całe życie, niż Meg, której w grobie już nic nie może pomóc. I to, wyjątkowo, nie jest – niestety – winą pisarki. 

Tytuł: „Byłam tu”
Autor: Gayle Forman
Moja ocena: 1/10

środa, 30 grudnia 2015

I tak nie boję się spać. Recenzja książki




Bez wstydu przyznaję, że jeśli chodzi o fizykę, to nie ogarniam tego jeszcze bardziej od matematyki. Jakieś prawa, zjawiska fotoelektryczne, definicje i najgorsze – wzory, które nijak nie potrafię zastosować w praktyce. Jednak wydaje mi się, że mimo wszystko odkryłam nowy rodzaj przyciągania grawitacyjnego: przyciąganie łóżka i kocu będące wprost proporcjonalne do niewyspania i pogody. Nie wiem jak wy, ale ja to czuję już z odległości dwóch, trzech kilometrów. Ba! Z każdej odległości. Kiedy w końcu moje marzenie się spełni i okryję się po nos w kocyku, do wymęczonego mózgu, który często płata mi wkurzające figle, przychodzi refleksja o tym, że jednak sen to najlepsza rzecz jaka mogła mi się przydarzyć w życiu i chciałabym spać w nieskończoność, co zresztą w moim przypadku nie jest aż tak nieprawdopodobne, bo w weekendy i wolniejsze dni wstaję o trzynastej i jestem taka wyspana, że aż zmęczona. Różnica jest taka, że dociera do mnie, że najlepiej byłoby, żeby moje życzenie się nie spełniło. Bo choć sen jest bardzo dobry dla zdrowia i samopoczucia człowieka (wiąże się to nie tylko z magazynowaniem energii, ale i z lepszym funkcjonowaniem układu odpornościowego, co bardzo by mi się przydało) nie od dziś wiadomo, że jest bardzo podobny do śmierci nie tylko dlatego, że śpiący przypomina czasem zmarłego. Można także umrzeć we śnie i nikt tego nie zauważy, ale jest także objawem różnych nieciekawych chorób, na depresji zaczynając a kończąc na ukąszeniu przez afrykańską muchę tse-tse. Najbardziej jednak śmierć przypomina śpiączka: niezwykle głęboki sen, tak głęboki, że czasem wzbudzenie nie jest możliwe. Stan coma, zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy światami, pomiędzy wszystkim. Niektóre osoby, które w końcu się obudziły, opisują doznania podobne do śmierci klinicznej, inne wspominają, że były świadome wszystkiego, co dzieje się wokół. Jeszcze gorzej, gdy nie jest to śpiączka wywołana przez leki, czyli farmakologiczna, ale ta wywołana chorobą albo wypadkiem, określana w specjalnej skali Glasgow. Jeśli w ogóle da się kogoś z niej obudzić i w jakiś sposób zregenerować zniszczone neurony to zwykle życie dla tego człowieka zaczyna się od nowa. Od nauki czytania, pisania, poznawania swoich bliskich. Nie, nie. Już wolałabym cierpieć na bezsenność i lunatykować niż tak zasnąć. Brr. 
 
Nigdy nie zostanę lekarzem, ale temat śpiączki jest bardzo intrygujący, tak samo jak wszystkie inne dziwne stany świadomości człowieka, których się boimy, ale które nas bardzo interesują (dlatego, że ich się boimy). Co się dzieje z takim człowiekiem, kiedy dla nas jest właściwie trupem podłączonym do respiratora? Czy po śmierci mózgowej istnienie człowieka przenosi się do jakiegoś innego poziomu? Te pytania zahaczają o ważką tematykę, która dla wszelkiej maści pisarzy jest pożywką dla wyobraźni i rzeczą, na której temat można napisać niejedną książkę. Bo tak naprawdę stać może się wszystko i żaden profesorek nie będzie potem pisał w recenzji, że to nie jest realne. Pomysłów zatem jest dużo, bardzo różnorodnych, mniej lub bardziej udanych, w tym najlepsza powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk - Druga szansa, której gęsty, mroczny klimat i ciekawie zbudowany świat zapadły mi w pamięć mimo warsztatowych braków Autorki. Jednak do opowieści o śpiączce pasuje nie tylko stylistyka horroru – można także napisać opowieść bardziej lekką, może skręcając w stronę rozważań nad sensem życia (jakkolwiek kiczowato to brzmi) i innych poważnych tematów, podanych w formie przemyślanej. Tak by temat został zrozumiany i przez przeciętnego nastolatka z gimbazy i dorosłego, który nie ma czasu i ochoty zaprzątać sobie głowy filozoficznymi tematami; jednocześnie trzeba wszystko umiejętnie wyważyć, bo do kiczu i przesadnego sentymentalizmu droga prosta i szeroka. No ale pisarze wciąż próbują jakoś opowiedzieć o tym młodzieży i dorosłym, opisać w możliwie najlepszy sposób. Udaje się różnie, ale weźmy pod mikroskop ten konkretny okaz. 

Mia ma rodzinę z rockandrollową przeszłością, przystojnego chłopaka i oryginalną pasję – wiolonczelę. Mimo to jej życie nie jest proste – jest po prostu w miarę spokojnym życiem dorastającej, normalnej dziewczyny z różnymi problemami. Wszystko rozsypuje się pewnego tragicznego dnia i od tego czasu nic nie będzie takie samo. Oddzielona od swojego ciała, które zapadło w śpiączkę, Mia będzie musiała zdecydować się czy poddać się i odejść w bliżej nieokreślone zaświaty lub stoczyć batalię o kontynuowanie swojego życia. A wybór jest bardzo trudny, szczególnie w sytuacji wewnętrznego rozdarcia, tęsknoty, ale też nadziei. Nadziei? Jedyną nadzieją Mii jest jej ukochany, Adam. Podczas podejmowania decyzji bohaterka wspomina całe swoje dotychczasowe życie, dzięki czemu czytelnik poznaje ją bliżej i zaczyna rozumieć kontekst całej historii. Jaką decyzję, w konfrontacji tego co przeżyła, podejmie Mia? I czy powrót do życia będzie możliwy? 

Temat ciężki, trzeba przyznać. Rozdarcie bohaterki między życiem a śmiercią wymaga zadania w książce fundamentalnych pytań, które bezrefleksyjnej większości ludzi z grona odbiorców powieści – nastolatków-  nie są na tyle bliskie, by cokolwiek z książki zrozumieć. Autorka miała więc dwa rozwiązania: albo opuścić te kwestie, albo też zaprezentować je w prosty sposób. Ponieważ pisanie tego rodzaju powieści z pominięciem tych spraw byłoby bezsensowne, pisarka musiała znacznie uprościć swoje rozważania na temat życia, śmierci i miłości. I tego najbardziej obawiałam się sięgając po powieść – co zrobię, gdy zabrnę w czytaniu za daleko, a zewsząd napadną na mnie ckliwe opisy, wyznania miłości i inne rzeczy, powszechnie określanym kiczem i tanim sentymentalizmem. Ja naprawdę nie mam zdrowia na takie rzeczy, a z rzucania książkami o ścianę wyrosłam już dawno. Uspokoiła mnie tylko niewielka objętość książki, w razie czego męka nie będzie się przedłużać w nieskończoność, a po całej traumie pozostanie tylko kolejna negatywna recenzja i lekki uszczerbek na zdrowiu, który szybko zagoi się lepszymi książkami. Albo, kto wie, wyniosę z tej książki coś dobrego? Lubię bardzo, kiedy coś pozytywnie zaskakuje, szczególnie jeśli chodzi o literaturę dla młodzieży, o której ogólnie nie mam dobrego zdania. 

Jak zwykle w takich przypadkach mam dylemat, od czego zacząć. Okładka? Hm, do złudzenia przypomina plakat filmowy tegoż dzieła literackiego, chociaż sam w sobie jest dość oryginalny. To coś w rodzaju układanki, składającej się na portret głównej bohaterki, której niektóre fragmenty czy też nie pasują czy też nie zostały odwrócone na drugą stronę. Przedstawiają jednak fragmenty życia Mii, będące scenami z filmu (przy jednej z nich dodano tylko pompatyczny napis Żyj dla miłości; oh jej, ale to romantyczne): u góry dwie sceny ze szpitala, sympatyczny obrazek z Adamem, a poniżej wiolonczela z grającą na niej ręką Mii; jeszcze niżej scena z wypadku (no dobra, miało być bez spojlerów, ale to nie moja wina tylko okładki… po co zdradzają najciekawsze rzeczy na samym początku?), a na końcu jeszcze rodzice Mii, którzy uśmiechają się i wyglądają bardzo sympatycznie. Pomijając kwestię spojlerów całość wygląda całkiem pomysłowo, intrygująco i elegancko. Nie ma niczego za dużo, nie zapaciano niepotrzebnymi kolorami bo wszystko oprawiono w białą ramkę, a napisy ograniczono do tytułu, imienia i nazwiska Autorki i krótkiej informacji o tym, że film w kinach. Całość, choć nie przyciąga wzroku w księgarniach i bibliotekach, prezentuje się wyjątkowo skromnie ale intrygująco – na mnie podziałał brak krzykliwych i nadmiernie pozytywnych recenzji i lapidarny opis, po którym pomyślałam, że to coś dla mnie. Nie można też odmówić aktorce na okładce głębi zamyślonego, dramatycznego spojrzenia, którym przyciąga wzrok oglądającego na tyle, że chce się sprawdzić, coś się za nim kryje. 

A kryje się za nim przede wszystkim fabuła, która jest nią tylko teoretycznie. Bo większość zawartości tej pozycji wypełniona czymś, co w teorii literatury nazywa się retrospekcją. Właściwa akcja to tylko krótkie scenki podczas dwudziestu czterech godzin po wypadku z perspektywy Mii, która wyszła ze swojego pogrążonego w śpiączce ciała i krąży po szpitalu medytując nad tym, czy powinna żyć dalej i przypomina sobie całe swoje życie w przydługich fragmentach części drugiej, przypominającej wycinki z jakiejś innej książki czy opowieści. To głównie historia o związku Mii z Adamem, wokalistą i gitarzystą lokalnego zespołu rockowego z obszernymi dygresjami na temat rodziców dziewczyny, przyjaciółki i wszystkiego, co Autorce wydało się ważne (czytaj: pozwalające na nadmuchanie kilkunastostronicowego opowiadania do rozmiarów krótkiej powieści). Co więcej, w historii miłości dwóch głównych bohaterów nie ma nic nadzwyczajnego, może poza tytułami starych hitów amerykańskiego rocka i punku, które pisarka cytuje w nadziei, że dzięki temu książka będzie lepsza od tych wszystkich powiastek, w których nastolatki słuchają Jennifer Lopez i starej Miley Cyrus na swoich różowych iPodach. Ot, dziewczyna i chłopak chodzą do tej samej szkoły, on zaprasza ją na koncert ulubionego muzyka klasycznego, pojawia się seks i cała reszta, w końcu dochodzą zgrzyty i tak od nowa. Nuda. A odskocznią od tego jest równie nijaka historyjka pałętania się po szpitalnych korytarzach, jakby na siłę doczepiona do rozwlekłego romansidła. Mam żyć czy nie mam? Z całego serca życzyłam Mii śmierci w bólach i w ogóle, bo ile można słuchać jej marudzenia i smutania się. Smutania, bo jak inaczej można się smucić bez emocji, bez angażowania czytelnika, bez czegokolwiek prawdziwego. I jeszcze te pseudo-filozoficzne mądrości o życiu i śmierci brzmiące jak dewizy wyjęte z mózgu Paula Coelho podczas tropikalnych wakacji za pieniądze czytelników jego książek. Albo popowych balladek z podkręconym na audio-tune nieciekawym i ckliwym głosikiem Seleny Gomez czy innego Pitbulla. I potem jeszcze dziwiłam się, jak można tak krótką i z założenia lekką książeczkę czytać tak długo! Przy tym wszystkim całość jest boleśnie nieprawdopodobna. Już przemilczmy prawdopodobieństwo nastolatki grającej na wiolonczeli i słuchającej Beethovena, bo jestem żywym dowodem na to, że dziwni ludzie nie są wymarłym gatunkiem, ale ta punkowa gwiazdka, która przyszła do szpitala specjalnie dla pogrążonej w śpiączce dziewczyny gościa, którego kapela będzie grała support na jej koncercie… No nie wiem, czy to jest możliwe nawet w światku punkowców. Zresztą tego typu akcje zawsze wydają mi się wyjęte z bajek, bo wątpię, czy w normalnym, prawdziwym świecie takie akcje by przeszły i to z wielu różnych powodów. Ba, gdyby tylko to, ale sam pomysł prowadzenia narracji z punktu widzenia Mii, która – nie oszukujmy się – wyszła ze swojego ciała i nie jest widoczna dla innych ludzi. Ten mało odkrywczy motyw jakoś nie łączy się bardziej przyziemną resztą. Przecież pamiętacie te wszystkie moje narzekania, że po prostu nie da się połączyć tych dwóch rzeczy w równych proporcjach, przynajmniej jeśli nie jesteś jakimś noblistą czy innym mistrzem. Zresztą gdyby Autorka pokusiła się o jakieś kreatywne rozwinięcie tego wątku: jakieś tajemnice związane z życiem po życiu, jakiś przystojniak w roli anioła (jak to było w mało popularnym już paranormal romance) czy coś w tym stylu. Dysproporcje między wątkiem bardziej realistycznym a paranormalnym nie były takie duże, a pisarka nie dziwiłaby się również, dlaczego książka wyszła taka cienka. No ale wtedy nie byłoby tej całej filozoficzno-mądrościowej otoczki, życiowej mądrości i wzruszającej historii szczeniackiej miłości tak wielkiej, że budzi ze śpiączki i sprawia, że chce się żyć, mimo że bez prawie nikogo bliskiego. Pisarka przecież nie pozwoli swoim rozbrykanym pomysłom zmniejszyć głębokiego przesłania swojego dzieła, prawda? 

Pod ciężarem tego niezwykle ważnego przesłania dla czytelników uginają się także postacie. Szczególnie Mia, która – z racji, że jest narratorką i główną bohaterką książki – powinna być postacią najbardziej rozbudowaną i najciekawszą. Cóż, zapamiętałam tylko fakt, że bardzo lubi kawę (tak jak ja), bo więcej cech to ona chyba nie ma. Albo są tak źle pokazane czy wykrzywione, że trudno cokolwiek na ich temat powiedzieć (poczucie, że jest się – oh! – innym od swojej rodziny nie jest cechą, przynajmniej dla mnie). Dziewczyna jest mdła, nijaka, nudna i przy tym bardzo irytująca, nawet jak na bohaterkę powieści dla młodzieży. Przede wszystkim pisarka chciała w nią wcisnąć za dużo cech naraz i to starając się aż za bardzo; tak, żeby była – w jej mniemaniu – zwykłą nastolatką, ale i delikatną, introwertyczną wiolonczelistką, prawdziwym muzykiem. Co za dużo to niezdrowo, szczególnie że orłem w tworzeniu ciekawych, dobrych postaci Autorka nie jest. Brak tu również tej iskry, która ożywiłaby postać, sprawiła, że chciałoby się jeszcze dłużej pobyć z Mią, a nawet może współczuć jej dramatowi, ale za to dużo bylejakości, bo kiedy pisarka stworzyła bohaterce dużo cech, zapomniała je złożyć w całość w taki sposób, żeby nie było zapychania dziur irytującymi zachowaniami dziewczyny, przygryzaniem wargi (tak charakterystycznym dla bohaterek powieści dla nastolatek, że aż boli) i wydumanymi problemami, szczególnie dotyczącymi prestiżowej szkoły muzycznej a przyszłością swojego związku (mogła z nim nie iść do łóżka) przez co wiele razy modliłam się o jej śmierć. Śmierć długą i bolesną razem z jej chłopakiem, bo on też pozostawia wiele do życzenia. Nie, oczywiście, nie mam nic przeciwko gitarzystom w ogóle, bo bez nich nie byłoby mnóstwa genialnych piosenek, ale większość autorek powiastek dla młodych dam nie powinno się brać za stwarzanie wiarygodnych postaci męskich. Faceci w ich wykonaniu – tak jak mniej więcej tutaj – to tylko bosko wyrzeźbione ciało, lekki zarost i mnóstwo testosteronu. Głównym zadaniem takich osobników jest całowanie dziewczyny (żeby tylko!) i powtarzanie jej, jaka jest piękna. Może i Adam nie ma klaty i kaloryfera, ale ma wszystko inne i nic poza tym, a przynajmniej ciężko powiedzieć, bo tak jak jego ukochana jest postacią rozmytą i pozbawioną jakichkolwiek konkretnych cech. No może poza dziwną delikatnością, która kilka razy Autorce wyszła całkiem nieźle jak na nią. Ta wrażliwość z muzyką rockową jakoś nie koresponduje, że tak ładnie powiem, ale szczególnie na początku były szanse, że z chłopaka coś będzie, tylko co może być z czegokolwiek w takiej krótkiej powieści, w której pisarce trudno zdecydować się, czy pisać fantasy czy powieść obyczajową. A może romans? 

Pomiędzy tym wszystkim fruwają sobie postaci drugoplanowe – rodzice dziewczyny, jej przyjaciółka, brat i znajomi rodziny oraz dziadkowie. Są to postacie psychologicznie zaledwie naszkicowane, a fabularnie tylko kilka razy wspomniane i zupełnie nieprzekonywujące. Przede wszystkim dlatego, że Autorka nawet nie próbuje nadawać ich jakichkolwiek cech, myśląc pewnie, że problem sam rozwiąże się w dialogach i partiach narracyjnych. Problem w tym, że nawet to jest niewykonalne przy takich gabarytach, jeszcze kiedy – nie oszukujmy się – dostajemy tylko ubogie zarysy fabuły. Nie ma zatem miejsca i warunków na zwykłe postacie, które można byłoby nazwać postaciami, nie mówiąc już o ludziach, których pisarka rozpaczliwie próbuje kreować na oryginalnych, jak przyjaciółkę Mii. Z bohaterki, która chyba miała nadawać zbytnio ugrzecznionej i bezbarwnej powieści odrobinę szaleństwa, wyszło coś, co przypomina stwora złożonego z fragmentów różnych pomysłów, które w ogóle do siebie nie pasują. A właściwie, jak wszystko w tej książce, szkic stwora. W głębokim tle tego wszystkiego unoszą się jeszcze postacie rodziny Mii i znajomych, których znamy tylko z imion, a w najlepszym razie wygłaszają krótkie, bezbarwne partie w jednej czy dwóch scenach. Lepiej więc, gdyby w ogóle ich tam nie było, bo tak naprawdę ani Mii, ani pisarce nie są potrzebni do szczęścia, świadczą tylko o tym, że Autorka chciała swoją opowieść jak najbardziej nadmuchać. Jakie to zresztą dziwne! Z jednej strony pisarka robi wszystko, żeby nudne, niepotrzebne i rozbudowane retrospekcje ciągnęły się jak najdłużej, bo materiału starcza na niezbyt długie opowiadanie, a z drugiej narzekam, że brakuje miejsca na dobre charakterystyki bohaterów. Coś z tą powieścią jest nie tak i to od momentu, kiedy pomysł na jej napisanie zrodził się w umyśle pisarki. 

A może po prostu miejsce jest, tylko nie – paradoksalnie – dla bohaterów; Autorce chodziło o pisanie książki samo w sobie, nie ważne, że z słabo naszkicowanymi postaciami i niewystarczającą fabułą? Wyrzucanie z siebie słów może być w pewien sposób terapeutyczne (czego przykładem jest moja pisanina). Ale mówię tu o pisaniu do szuflady czy wrzucaniem swoich tekstów na internetowy śmietnik, jak robię to ja. Nie każdy chce czytać twoje wypociny, jeśli piszesz w dodatku bez większego sensu i z zamiarami bynajmniej bardzo przyziemnymi (bo w jakim innym celu pisarka rozbudowała owe, banalne przecież, opowiadanie do rozmiarów powieści wraz z jej kontynuacją?). Zresztą nawet bez tych zamiarów talenty pisarki wypadają mało imponująco. Nie ma bogatego słownictwa, w jakikolwiek sposób odkrywczego, bądź chociaż plastycznego stylu, który sprawiałby, że czytałoby się z zainteresowaniem albo szczątkowym chociaż zaangażowaniem. Zdania są proste, toporne, ledwie poprawnie zbudowane, czasami pełne przekombinowanych metafor, szczególnie jeśli chodzi o opisy uczuć bohaterów, których zresztą jest jak na lekarstwo; zresztą nawet bez tych rozpaczliwych prób dosięgnięcia najlepszym, a przynajmniej przeciętnym  pisarzom z jakimś tam warsztatem, wszystko jest sztuczne i pachnie tanim efekciarstwem na kilometr. Stylu pisarki nie ratuje nawet epatowanie nazwami starych kapel rockowych i punkowych, tudzież tytułami ich piosenek, bo razem z infantylnym językiem i nijakością całej reszty wychodzi jeszcze bardziej sztucznie. Nie wiem zresztą, co pisarka chciała przez to osiągnąć, bo to zupełnie nie było potrzebne, przynajmniej tak myślę. Jeśli Autorka chciała pochwalić się swoim gustem muzycznym to mogła przecież zrobić to chociażby na jakiejś stronie internetowej poświęconej swoim książkom (choć przykładu ze Stephenie Meyer, która jest znana z udostępniania prawie całej dyskografii Muse), a jeśli przypodobać nastolatkom, to pomysł również nietrafiony, bo stereotypowy metal, emo czy rockman po powieść tę nie sięgnie, w przeciwieństwie do kolejnej dziewczyny Justina Biebera, której te nazwy nic nie mówią. Dialogi również pozostawiają wiele do życzenia – swoim zwyczajem tylko dodam, że są boleśnie mechaniczne, pozbawione wszelkich uczuć i bardzo proste (by nie rzec prostackie), a w dodatku często naładowane ową filozofią, co sprawia tylko, że tani sentymentalizm wzrasta do poziomu krytycznego. Nie wspominam oczywiście o dialogach pomiędzy Mią a jej ukochanym Adamem, bo żeby o tym napisać potrzebowałabym znacznie więcej zdrowia… chociaż te fragmenty, w których zaczyna między nimi się coś psuć, bardzo mi się podobały. Znacznie poprawiły mi humor, bo przynajmniej się uśmiałam. I choć wiem, że nie takie emocje to powinno u mnie wzbudzić, to przynajmniej tekst chociaż na chwilę przestał być dla mnie kompletnie obojętny i nudny. A to już jakieś osiągnięcie, prawda? Jedyną zaletą tego wszystkiego było to, że bardzo szybko się czytało, a w połączeniu z objętością, książki starczało tylko na kilka godzin. Ba, nawet nie na jedno popołudnie. Mimo że mam dziwne uczucie, że tak mało czasu poświęconego książce sprawia, że ciężko w ogóle coś o książce napisać (mimo mojego naturalnego słowotoku, który podwaja się jeszcze przy wszystkich tych książkowych koszmarkach) i jakoś ją ocenić. Gdybym miała ambicję być kimś więcej niż jedną z przeciętnych, nijakich blogerek z blogosfery przecież niszowej, która kariery nigdy nie zrobi, przeczytałabym powieść jeszcze raz, dla gruntowniejszego zapoznania się ze wszystkimi błędami popełnionymi przez Autorkę. Ale żal mi tych kilku następnych godzin spędzonych z Mią i jej problemami – mogę wtedy zrobić coś bardziej wartościowego, na przykład uciąć sobie drzemkę, bo tego nigdy za dużo. 

Co za dużo, to niezdrowo– mówi mądre polskie przysłowie. Czyżby nawet taka dawka przygód Mii i jej kochasia była dla mnie niezdrowa? Bardzo możliwe, chociaż ta książka zadała mi najmniej tortur, jeśli miałabym porównywać do innych, podobnych powiastek. Ale nie współczujcie mi, bo najbardziej przykre jest to, że dalej nie wiem, co z tą śpiączką i stanem zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. No tak, oczywiście, filozofia była i to jaka, ale każda czytelnika takich książek – w tym ja, bo już trochę tego w życiu było – doskonale wie, że miłość zwycięża śmierć, warto żyć dla miłości i takie tam (szczególnie że tą miłością jest gitarzysta). Ale poza tym nic godnego uwagi, a nawet tej recenzji i czasu na nią poświęconego. Bo powieść nawet nie sprawiła, że zaczęłam się bać się śpiączki, wypadku samochodowego, czy snu – wręcz przeciwnie: z radością i ulgą odłożyłam książkę na bok, włączyłam kochaną Lisę Gerrard, która zawsze pomaga mi zasnąć i okryłam się kocykiem. O książce przypomniałam sobie – z pewnym wysiłkiem – dopiero teraz, kiedy muszę (właściwie nie muszę… ale chcę) pisać recenzję, ale po skończeniu tego tekstu nie pozostanie mi nic innego jak zupełnie wyrzucić sobie opowiastkę z głowy, zapełniając wolne miejsce w mózgu bitami znacznie bardziej potrzebnych informacji. I dobrze. Bo książka jak najbardziej zasługuje.

Tytuł: „Zostań, jeśli kochasz”
Autor: Gayle Forman
Moja ocena: 0,5/10

wtorek, 22 grudnia 2015

Kochanie, masz mózg we włosach. Recenzja książki



Może się to wyda dziwne, ale nie lubię lekkoduchów i tych, którzy widzą świat przez różowe okulary. I to nie dlatego, że skręca mnie na widok różowego, bo to zupełnie inna historia, czy mam zamiar zostać emo (Mama by się przeraziła). Myślę, że to wina moich życiowych doświadczeń i znajomości tego, co w życiu człowieka może spotkać. Jest pewien limit traumatycznych zdarzeń, po przekroczeniu którego optymizm staje się irytujący. Zresztą wokół nas jest wystarczająco dużo dramatów innych ludzi, wobec których nie możemy być obojętni, by w końcu tych największych optymistów dopadło przeświadczenie, że tak naprawdę nie zawsze (a raczej prawie nigdy) szklanka jest do połowy pełna. Ale takim znów pesymistą nie jestem, a przynajmniej staram się nie być; staram się zachowywać złoty środek, tak jak starożytni stoicy i postępować według słynnego angielskiego hasła keep calm and carry on. Świat wydaje mi się wtedy umiarkowanie dobry i umiarkowanie zły, co sprawia, że nie czuję się dobrze. 

W sztuce tak nie jest, bo częściej możemy przeczytać, obejrzeć czy posłuchać rzeczy smutnych, wręcz depresyjnych. I to nie tylko dlatego, że ludzie lubią czytać o nieszczęśliwej miłości, chorobach psychicznych, tragediach, wojnach i innych sprawach tego rodzaju. Po prostu takie rzeczy się lepiej pisze i trudnej jest coś sknocić. Sprawdza się to często w muzyce, gdzie łatwiej w kicz popaść śpiewając teen pop albo pop rock i produkując radiowe bangery niż kiedy jesteś songwriterem albo zajmujesz się szeroko pojętą alternatywą. Tak samo w książkach: wiele tych opowiadających o życiu w sposób entuzjastycznie optymistyczny trąci kiczem, a wiele z tych smutnych staje się arcydziełami. Trudniej jest pisać o miłości spełnionej, szczęśliwej unikając cukierkowatości niż ciekawie i głęboko opisać tą nieszczęśliwą. Ciężko w ogóle jest napisać coś, co każdy strawi i jednocześnie być naiwnym, śmiesznym i przesłodzonym. Trudno jest napisać coś lekkiego, zabawnego, ale nie kiczowatego. Świadczą o tym góry zabawnych i ciepłych powieścidełek dla kobiet i młodzieży, których okładki, często utrzymane w ciepłych barwach (najczęściej intensywnym różu, od którego skręca mnie w żołądku), piętrzą się na półkach księgarni i bibliotek i wyprowadzają mnie z równowagi. Szczególnie te powieści dla nastolatek. Kiedyś je czytałam, ale tylko dlatego, że będąc chora i leżąc w łóżku nie miałam nic lepszego do roboty i na nic innego sił. Po kilku tytułach zaczęło mnie niebezpiecznie mdlić. W takiej jednej książce było więcej lukru i czekolady niż na całym talerzu pączków mojej babci, które aż lepią się do rąk. Od tamtego jakoś nie miałam ochoty na takie pozycje, odkrywając wielu ciekawych Autorów, którzy nie mieli z tym problemów, co sprawiło, że ja nie miałam kulinarnych skojarzeń i mogłam czytać w zupełnym spokoju. 

Ponownie pozycjami dla młodszego czytelnika zainteresowałam się niedawno, kiedy zaczęła się ta cała moda na new adult. To gatunek – przynajmniej z założenia – bliższy życiu niż te wszystkie powiastki o bogatych nastolatkach, ciągnące się jak Moda na Sukces (tak, Pamiętniku Księżniczki, do ciebie piję). Miłość, traumy z przeszłości, odkupienie, przebaczenie, zemsta. Takie rzeczy się w życiu zdarzają, zdarzają się wokół młodych czytelników, którzy – tak sobie myślałam – pozbędą się różowych okularów i zaczną patrzeć na ten świat realistycznie, może z gorzką refleksją. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, pełnymi ekscytacji dorównującej mojej fazie na Władcę Pierścieni i nabożnej czci, z jaką traktuję tylko wszystko związane z historią, musiałam się przekonać się, czy moje nadzieje się spełnią. Zresztą byłam też ciekawa, jak zwykle (a ciekawość to pierwszy stopień do piekła). Sięgnęłam po losowo wybrany tytuł. Porażka. Drugą pozycją była pierwsza część losów niejakich Tessy i Hardina, również porażka. Pomyślałam, że za trzecim razem musi się udać, bo to przecież trzeci raz. Chciałam także sprawdzić, czy popularne przysłowie mówi prawdę. Bo dlaczego nie? 

Sky jest raczej zwykłą nastolatką chociaż nie posiada konta na Facebooku ani telefonu komórkowego. Ma przyjaciółkę, Six i przybraną mamę a także popsutą reputację. Jej przyjaciółka bowiem nie należy do cnotliwych, a nocami do pokoju Sky wchodzą mężczyźni, którzy obściskują się z naszą bohaterką. Ale tylko obściskują, bo dziewczyna nie pozwala na więcej – całusy i pieszczoty dają jej miłe odrętwienie, ale na pewno nie podniecenie. Dlaczego? Dziewczyna nie wie. Pewnego razu w dziwnych okolicznościach spotyka Deana Holdera, bardzo przystojnego i tajemniczego chłopaka, z którym szybko zaczyna łączyć ją coś więcej. Jednak okazuje się, że rozwijający związek budzi wiele demonów z przeszłości, które Sky przypomina sobie dopiero teraz. To będzie najpiękniejszy, ale także najgorszy okres w jej życiu – bo zapewne każdy z nas wolałby żyć w nieświadomości i spokoju, bez straszliwej prawdy o sobie i tym, co zostało wyparte przez świadomość. Ale każdy z nas, kto stracił nadzieję, chciałby poczuć to szczęście, gdy pewnego dnia ją odzyskuje, prawda? 

Trochę wbrew sobie, ale by stało się zadość sprawiedliwości, muszę podkreślić zalety powieści. Przede wszystkim to kilka ciekawych i kreatywnych pomysłów, które Autorce z całą pewnością się udały. Mówię tu przede wszystkim o wieloznaczności angielskiego tytułu i wynikających z tego konsekwencji. Jedno słowo – a właściwie dwa – a cała gama znaczeń, które nie raz zaskoczą czytelnika. Po drugie nawiązania gatunkowe do kryminału, co prawda tego bardzo popularnego i z niskiej półki, ale zawsze to jakieś novum. Nutka sensacji zdecydowanie pomogła fabule książki nie utykać w mieliznach i sentymentalnych zapętleniach, skutecznie też wprowadza napięcie, które sprawia, że czytelnik nie nudzi się i nie męczy tak bardzo, jak w przypadku, gdyby tego nie było, a przede wszystkim nadaje książce nieco świeżości. Przecież jeszcze nigdy nie spotkałam się z pozycją dla nastolatek, w której byłoby tyle krwi, flaków i dramatów (nie dziwię się więc, że niektórym może zniszczyć psychikę). Literatura dla młodzieży jest tak skostniała w niezbyt ciekawych schematach, że każdy, chociaż najmniejszy, ciekawy i autorski pomysł zasługuje choćby na przelotną uwagę i odnotowanie. Szczególnie że dalej już tak różowo nie będzie. 

Wydanie książki jest niepozorne i zwykłe, oczywiście oprócz okładki. To ten rodzaj okładek, który moja Mama uznałaby za obsceniczny (oni wyglądają jak nadzy albo są, prawda?) a wiele nastolatek za interesujący. Na pierwszy szaro-czarne zdjęcie wydaje się surowe, a nawet trochę mroczne. Widzimy na nim przede wszystkim męską – owłosioną – rękę z wielkim tatuażem będącym jednocześnie tytułem książki. Dalej jest głowa dziewczyny, z zamkniętymi oczami i wyrazem ulgi na twarzy; domyślamy się, że chłopak obejmuje ją, a ona przytula się do jego piersi (romantyczne!). Całość została ujęta w ciekawym, dość tajemniczym na pierwszy rzut oka kadrze, co bardzo przyciąga uwagę w księgarniach, szczególnie kiedy ustawi się książkę na widocznym miejscu w dziale dla młodzieży. Jednak po dłuższym przyglądaniu się pod różnymi kątami w celu napisania tego akapitu, uznałam, że jest w tym coś, co mi się nie podoba. Wydaje mi się, że to jest jakaś sztuczność, jak w – czy to przypadek – utrzymanej w podobnej kolorystyce okładce ostatniej płyty Madonny, na której niemłoda już gwiazda prezentuje jędrną skórę bez zmarszczek. Brakuje naturalności, jakby ktoś wiedział, że taka a nie inna okładka spodoba się młodym odbiorcom, zwróci uwagę pewnego grona osób, które zazwyczaj czytają tego rodzaju opowieści (czyli nie do mnie). Być może dlatego – mimo że uwielbiam minimalistyczne okładki – nie mogę się przekonać się do tej. Poza tym wydaje się za bardzo sterylna i estetyczna, niepotrzebnie wygładzona. Lepiej wygląda po drugiej stronie, chociaż grzbiet i tylna okładka utrzymane są w kolorze różowym – ten straszny kolor został jednak przybrudzony i na grzbiecie ozdobiony tytułem, napisanym wymyślną czcionką, co sprawia, że całość wygląda ładnie i dziewczęco, ale i – co jest wielkim plusem – elegancko. Jakbym zobaczyła książkę od tyłu, może i zainteresowałaby mnie bardziej. W środku jest przeciętnie. Dobry papier, raczej zwyczajna czcionka, zero bardziej spektakularnych rozwiązań graficznych i mnóstwo recenzji na pierwszych kilku stronach. Oczywiście bardzo pozytywnych. Nie wiem, co Wydawca chciał tym udowodnić, ale na mnie podziałało raczej negatywnie, bo zwykle im bardziej reklamowana książka, tym większe kwiatki otrzymuję. 

Jeśli jesteśmy przy kwiatkach, to uprzedzam, że zaraz w tej recenzji rosnąć będą wielkie drzewa, bo narzekania będzie niemało. Zacznijmy może od języka pisarki, ponieważ zjawisko blogowych opowiadań jest mi – z różnych powodów – bardzo bliskie. A styl Autorki jest właśnie jakby żywcem z nich wyjęty, oczywiście w wersji poprawionej przez sztab redaktorów: prosty, komunikatywny, szybki w czytaniu i leksykalnie wołający o pomstę do Boga. Na pierwszy rzut oka całość wygląda jak efekt pracy i ćwiczeń osoby mało utalentowanej i bez polotu, ale ambitnej i z pewnym pomysłem, jednak po dłuższym obcowaniu z książką pod tym ujawnia się niestrawna dawka taniego sentymentalizmu i jeszcze tańszych pomysłów. Narracja jest bardzo płaska, pozbawiona wszelkich emocji (co w kontekście treści książki wydaje się dość dziwne) i nużąca swoim ślimaczym tempem, nawet wtedy, kiedy dzieje się wiele i to w dodatku rzeczy bardzo dramatycznych. A jeśli już jakieś są, to najczęściej te dotyczące niezwykłej, niesamowitej, wielkiej miłości Sky i Holdera, które mają przejmować czytelniczki dreszczami rozkoszy, a w istocie warsztatowym poziomem nie dorównują nawet średniej podobnych opisów w innych tego typu książkach, nie mówiąc o tej prawdziwszej, z założenia lepszej literaturze, gdzie Autorzy raczej nie przypominają egzaltowanych pensjonarek piszących o doznaniach erotycznych siedemnastolatek i – o zgrozo – trafiających w gust XXI-wiecznej młodzieży. Dobrze chociaż, że dysponując tak ubogim językiem, niemal żywcem przeniesionym z wielu przeciętnych internetowych blogów, pisarka nie sili się na artyzm, który potęgowałby tylko wrażenie kiczu. Dość, że całość wydaje się bardzo naiwna i prostsza od budowy cepa, a dialogi nie powalają (a wręcz przeciwnie). Nawet w tych momentach, kiedy teoretycznie powinno być mnóstwo emocji, a to wszystko powinno się kryć się w dialogach, bohaterowie mówią jak nakręcone roboty albo kiepscy aktorzy w jakimś podrzędnym filmidle, a sama treść ich rozmów z powodu swojej nieskładności i naiwności jest charakterystyczna dla tego rodzaju książek i raczej niemożliwa do odtworzenia w rzeczywistości. Chyba że w ostatnich czasach zaniedbałam trochę kontakty z mentalną gimbazą i ludzkimi pokemonami, przez co już nie wiem, jak tacy ludzie się wyrażają. E, to również dość niemożliwe, bo nic w ponurej rzeczywistości nie jest takie różowe, nawet język. 

Ogromną wadą książki jest to, co zasygnalizowałam już powyżej, a teraz powiem bez owijania w bawełnę: tu nie ma nic realistycznego. No dobra, prawie nic. Takie rzeczy jak w rodzinie Sky zdarzają się naprawdę i niestety bardzo często, ale poza tym nawet gdybym stanęła rzęsach nie znalazłabym niczego innego. A i to, co przeżyła bohaterka nie brzmi jakoś realistycznie – drastyczności i cierpienia w jej losie aż do przesady, zresztą całość została odmalowana jakoś kiczowato i krzywo, jakby pośród tych wszystkich okropnych krzywd zagubiły się prawdziwe, intensywne emocje. Zupełnie jak w tych przeładowanych nieszczęśliwymi wypadkami serialach, których twórcy liczą na to, że widz będzie oglądał kolejne odcinki niepokojąc się o bohatera i nie zauważył, że ilość nieszczęścia przekroczyła poziom realizmu, melodramatu i w ogóle wszystkiego. Bo nie wystarczyłoby dużo, nawet katastrofa mniejszych rozmiarów, żeby czytelnikowi rozszarpać serce i już nigdy nie skleić. Co więcej, do tego nie potrzeba jakiś zaawansowanych umiejętności pisarskich czy niezwykle bogatego słownictwa. Tylko dawki logicznego, zwykłego myślenia, żeby nie namotać za dużo. Poza tym można znaleźć tu jeszcze dużo innych kwiatków, które psułyby jakąkolwiek powagę, jeśli taką udałoby się Autorce stworzyć. Choćby to prowadzenie samochodu, co jest już w książkach młodzieżowych tradycją i powodem wielu wypadków samochodowych – chłopak prowadzi samochód, głaszcząc swoją dziewczynę po nogach/miejscach intymnych, całując ją i Bóg wie co jeszcze, a jednocześnie daje gaz do dechy i nie powoduje żadnej kraksy. Mówię wam, kiedy z jakichś powodów cierpię na bezsenność, zastanawiam się, jak to możliwe. Albo to wszystko – co jest motywem wyjętym z gorących harlequinów – co dotyczy seksu. Wszędzie, zawsze, niemal w każdych okolicznościach, bo inaczej będziemy przez pięć stron czytali o fantazjach bohaterki. Ani jedno, ani drugie nie jest ciekawe, już o estetyce nie mówiąc – kilka scen zbudziło mój niesmak swoją nieodpowiedniością; tam, gdzie powinno być trochę odpoczynku, pustej przestrzeni na wzięcie oddechu po (przynajmniej teoretycznie) dramatycznych scenach, pisarka funduje niezwykle głębokie opisy miłości naszych bohaterów. Czasami aż dziw, że mieli na to siły, ochotę i brak przyzwoitości, a może nawet uszanowania czyjeś śmierci. A może to ja jestem taka staroświecka? Cóż, jeśli teraz takie rzeczy są normą, to już wolę być taka, jaka jestem. A co mi konkretnie chodzi? Cóż, przeczytajcie i się dowiedzcie. O owych dramach Sky elektroniką lepiej już nie wspominam, bo rozumiem, że można nie mieć w domu komputera z Internetem czy telefonu komórkowego, ale żeby nie wiedzieć czym jest SMS czy jak się go wysyła… W tych czasach trudno znaleźć takiego człowieka, naprawdę, chyba że przez całe życie nie wychodzi się z domu, albo jest się tak… Dobra, lepiej już nie kończę. Chyba wiecie, o co mi chodzi. Gdzieś wyżej chwaliłam Autorkę za kilka oryginalnych pomysłów, jakie udało się w jakiś sposób wepchnąć w skostniały schemat tego typu powieści, ale trzeba także przyznać, że miejscami przesadziła, chociaż – z drugiej strony – owe ciągłe erotyczne myśli nastoletnich, często jeszcze niepełnoletnich bohaterów, wypełniają każdą książkę tego gatunku, to nic oryginalnego. Tak samo jak wiele innych elementów w powieści, jak tempo zakochiwania się bohaterów, problemy szkolne, najlepsza przyjaciółka czy nawet sekwencja poszczególnych zdarzeń. Sprawia to, że czytając, mamy to samo wrażenie kiedy słuchamy kolejnej popowej, boleśnie wtórnej płyty - irytujące deja vu i ziewanie, szczególnie że tempo rozwija się dopiero przy końcu, czyli wtedy, kiedy już dawno straciłam nadzieję, że coś z tej książki będzie. Ba! I nawet wtedy z grubsza wiedziałam, co się stanie, bo pisarka nie próbowała trików w stylu Cobena; już na początku kilka rzeczy zapaliło lampkę w mojej głowie i potem tylko uśmiechałam się, kiedy wszystko było tak, jak przewidziałam. I nie potrzeba do tego żadnego tarota czy magicznych kuli, ale nieco zwykłego użycia tego pofałdowanego organu, który mamy w głowach. 

Teraz się dopiero zacznie, bo muszę napisać o bohaterach. Mój Boże, aż sama się boję. Przełączam muzykę na jakąś delikatną piosenkę Enyi, która ma moc uspakajania mnie, żebym w tym amoku nie rozwaliła sobie klawiatury, bo doprawdy szkoda jej na coś takiego. Pisanie tekstów recenzjopodobnych wymaga też odpowiedniego wyważenia słów i możliwego ograniczania swoich emocji, co w moim przypadku jest raczej niemożliwe. Ale po kolei. Główna bohaterka – Sky. Tak naprawdę nie wiem, co o niej myśleć, jest taka nijaka. Ani nie wkurza jak większość panienek z tego typu książek, ani zaskakująco ciekawa. Po prostu sobie jest, przygryzając co chwilę wargę, myśląc o swoim przystojnym chłopaku i przeżywając na nowo wszystkie etapy swojej traumatycznej historii, przy czym żadna z tych trzech rzeczy nie wyszła Autorce przekonywująco. Dziewczyna jest nijaka, pusta, bez ciekawszych, głębszych emocji i starannego rysunku psychologicznego (jak może być ciekawy, skoro w ogóle go tam nie ma), nie mówiąc o jakiś charakterystycznych cechach, dzięki którym zapamiętałabym ją na dłużej, albo chociaż przeżywała jej historię i było mi jej naprawdę żal. Okazuje się, że ja na tę książkę postać ta była niezwykle ciekawa i rozbudowana, bo dalej jest tylko gorzej. I tak, mówię tu o owym Holderze. Jest tak typowy, że boli. Z mięśniami brzucha na których widok każdej heteroseksualnej dziewczynie miękną nogi, z dziarą i nieskończonymi pokładami testosteronu, o szczęściu do szybkiego znajdywania tej jedynej (niezbyt cnotliwej zresztą) jakiego niejeden stary kawaler mógłby pozazdrościć. Ale to tylko czepianie się, bo typowe nie musi oznaczać, że coś jest złe - typowy polski rosół może być smaczny albo nadawać się tylko do wylania. Ten jest akurat zły. Głównie dlatego, że poza pięknym ciałem Holder nie ma nic, a jego mózg składa się tylko i wyłącznie z pięknie wyrzeźbionych mięśni. Nie posiada również żadnych ciekawych cech charakteru (poza niemęskim nawykiem patrzenia na gwiazdy… jakie to romantyczne!), rysów i na tyle rozbudowanej psychiki, bym mogła powiedzieć coś więcej, chociaż wskazać to, co Autorce nie wyszło. Ale pisać o czymś, co w ogóle nie istnieje? Tego nawet Salomon nie potrafi. Bardziej niepokojąca za to jest drugoplanowa postać przyjaciółki Sky – istota o imieniu Six, posiadająca opinię – za przeproszeniem -  puszczalskiej. Można i tak, bo postać ta jest wyzbyta wszystkich możliwych cech ludzkich i nie można skategoryzować ją do książkowych bohaterów w ogóle, a przez większą część egzystuje gdzieś na marginesie w postaci SMS-ów; o wiele gorsze jest jednak to, że aspekt jej rozwiązłości został pokazany w sposób zabawny, wręcz sympatyczny. Jakby problem dziewczyn, które nocami wpuszczają chłopaków do pokoju we wiadomych celach (sic!) można było traktować z przymrużeniem oka. Tak wiem, jestem staroświecka, ale literatura, nawet ta popularna, zwykle miała aspekt dydaktyczny. Jeśli to ma być nauka przez bardzo popularną (by nie rzec dość prostacką) rozrywkę, to ja dziękuję za takie coś. Naprawdę. Gdzieś w tle pojawiają się jeszcze postacie opiekunki Sky, osoby bardzo liberalnej w wychowaniu, ale zakazującej posiadania telefonu (to podejrzane, prawda?) i ojca Sky, którego dość groteskowy wątek wprawił mnie w dobry humor, co, jak podejrzewam, było sprzeczne z intencjami Autorki. O ile jeszcze twórcy większości nudnych kryminalnych czytadeł starają się uwiarygodnić tego rodzaju sprawy, pisarka myślała, że wystarczy tylko coś tam napisać, by wszystko było cacy. Ba! Ten wątek wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobny i prymitywny od romansu głównych bohaterów. Czyli już lepiej nie wspominać o tym więcej. 

Najlepiej w ogóle nie wspominać więcej o tej książce. Kiedy o niej myślę, ogarnia mnie pewnego rodzaju zażenowanie. Nie chodzi o to, że przyznaję się do czytania czegoś takiego, albo że mimo wszystko chciałabym mieć chłopaka takiego jak Holder (nie martwcie się, nie jest w moim typie) czy mam coś do poniekąd szczeniackiej miłości dwojga bohaterów. Po prostu jestem zażenowana jej niskim poziomem i tym, że w końcu dałam się namówić na jej przeczytanie. Że uwierzyłam w dobre opinie o tej książce. A także trochę rozczarowana, bo to nie jest to, czego oczekiwałabym po dobrej książce o rozterkach młodych ludzi i tym, co ich spotyka. A nawet o tej pierwszej miłości. Cóż, to nie jest nawet gulity pleasure, które w połączeniu z pysznym espresso z pianką relaksuje po nerwowym dniu; uważam, że nawet książka napisana w takim celu powinna mieścić się w jakiś kryteriach estetyki i dobrego smaku (inna sprawa czy takie tematy mogą być używane w książkach z założenia mających być dobrą rozrywką). Jaka to rozrywka, kiedy ktoś czuje się zniesmaczony? No chyba że robi się to dla perwersyjnej przyjemności, ale do tego trzeba mieć dużo zdrowia, jak dla wszystkich ludzi, którzy mają mózgi we włosach a nie tam, gdzie powinny być, czyli w głowie.

Tytuł: „Hopeless”
Autor: Coleen Hoover
Moja ocena: 0,5/10

poniedziałek, 30 listopada 2015

Zdeformowane obrazy. Recenzja książki



Każdy z nas potrafić wymienić przykłady dzieł, które na początku były odrzucane przez publiczność i krytykę, a potem okazały się hitem bądź przełomowym arcydziełem. Jeden najsławniejszych przykładów to oczywiście seria powieści o Harrym Potterze, z początku odrzucanych przez wszystkich potencjalnych wydawców. Jak bardzo pomylono się, sądząc, że saga powieści fantasy dla młodzieży nie odniesie sukcesu! Joanne Rowling i tak miała szczęście, bo wszystko to stało się za jej życia, więc śmiało może teraz odrywać kupony od swojej niesłabnącej popularności, pławić się w luksusach i cieszyć się swoim sukcesem. Gorzej, kiedy autora wrzucą do grobu – często tego zbiorowego, dla biednych – a dopiero później odkryją jego dzieła na nowo, zachwycając się jego genialnością, kunsztem i nowatorską myślą, która wytyczyła następcom nową ścieżkę odkryć, pomysłów a publiczności nowe doznania w zakresie sztuki. Ciężko wtedy, poza wybudowaniem przyzwoitego nagrobka, w jakikolwiek sposób wynagrodzić to autorowi albo jakoś go przeprosić (zresztą wątpię, czy nowy grób będzie go w jakikolwiek sposób obchodził). Poza tym powstanie kolejna plama na honorze krytyków, którzy nie rozumiejąc dzieła i jego twórcy, a nie chcąc tego po sobie dać poznać, zawyrokowali, że to jest złe. Tak samo jak przeciętni ludzie, tacy jak my, którzy po trochu zazdrościmy tym, którzy wydają się w czymś od nas lepsi, ale też po prostu rozumiemy tylko rzeczy należące do najbardziej przyziemnej popkultury. I samy nie wiemy, co tracimy – powyższy przykład potwierdza, że często nie chciane dzieła ostatecznie tworzą naszą kulturę, warunkują przemiany i ostatecznie trafiają do szkolnych podręczników, kształtując nasze gusta. 

O dziwo najwięcej takich przypadków zdarza się w malarstwie. Może dlatego, że książki czytają wyłącznie wybrańcy z IQ na pewnym poziomie, które w większości przypadków pozwala na większe otwarcie się na nowe rozwiązania, a może po prostu krytycy nie są tak bardzo skostniali i nie tak bardzo podążają za sztywnymi schematami (a może dlatego, że krytykiem literackim może być byle blogerka, taka jak ja) i akademickimi pojęciami. W muzyce zdarza się to czasami, ale na szczęście łatwiej się poznać na czyimś talencie, zresztą teraz reklamowanie muzyki jest nieograniczone; dla chcącego nic trudnego. Malarstwo chyba bardzo szybko ewoluuje, twórcom szybko nudzą się poszczególne kierunki, wielu z nich ma swój własny, niepowtarzalny styl, swój kierunek. A krytycy, przynajmniej do pierwszej połowy dwudziestego wieku, z uporem zamykali się w akademiach, wśród nagich bogiń, zefirów, rubensowskich kształtów, Prometeuszy i różnych części ciała dyskretnie zasłoniętych listkami. A na dziewiętnastowiecznych ulicach marzł taki Vincent van Gogh, twórca psychodelicznych gwiazd i pulsujących pomarańczom słoneczników, uznany po swojej tajemniczej śmierci za geniusza i mistrza. W Paryżu natomiast przymierał głodem Claude Monet, znany każdemu z reprodukowanego nawet w podręcznikach obrazu Impresja. Wschód słońca (a właściwie został tak złośliwie nazwany przez krytyków), od którego swoją nazwę wziął impresjonizm. Niewtajemniczonym należy powiedzieć, że kierunek ten charakteryzował się przewagą w ukazywaniu ruchu, zmienności i przeplataniu się barw, a malarstwo ma ukazywać przede wszystkim emocje towarzyszące danej chwili i chwilowe zmiany światła, tak jak w innym obrazie twórcy, gdzie portretował tę samą budowlę w trzech porach dnia, za każdym razem malując ją na inne kolory, w miarę jak słońce przemieszczało się wschodu na zachód; staranny rysunek nie ma dużego znaczenia, artystę interesuje rzeczywistość trwająca tylko przez chwilę, skomplikowany miraż barw. Rzecz ciekawa, na pewno bardzo innowacyjna, ciekawa i do przyjęcia przez opinię społeczną, która przyczajona była do starannych dzieł akademickich i szlachetnych tematów, jakie podejmowali artyści. Monet więc, jak powiedzieliśmy już wyżej, bogaty nie był. Wręcz przeciwnie. Ale to, co dla niego było okrutną prozą życia czyni jego życiorys ciekawym dla przeciętnego czytelnika, szczególnie tego, który sam w życiu nic takiego nie zaznał. Szczególnie że to jedna z tych wybitnych postaci, o których każdy mówi z szacunkiem i docenia. No i to malarz – a ci, wiadomo, z reguły mieli ciekawe życie. 

Jak zresztą sugeruje tytuł, Autorka bardziej niż na przełomowych poczynaniach artystycznych Moneta skupiła się na jego życiu prywatnym, a konkretnie na historii związku z Camille Doncieux. I nic w tym dziwnego, bo to historia niemal jak z tych wszystkich starych romansów o nieszczęśliwej miłości – on jest biedny, ale utalentowany; ona pochodzi z szlacheckiej rodziny i jest bardzo piękna. Pozuje mu do obrazu, potem rozpoczyna się romans, który przeistacza się prawdziwą miłość. Miłość trudną, bo nie ma happy endu – rodzina Camille odwraca się od niej, na świecie pojawiają się kolejne dzieci pary a w końcu wybucha wojna z Niemcami Ottona von Bismarcka i mimo że Monet ucieka z żoną do Paryża to wojenna trauma będzie prześladowała ich jeszcze długo. Miłość tragiczną, bo zakończenie nie należy do tych szczęśliwych, nawet w połowie. Ale przede wszystkim miłość przesyconą sztuką – tak mocno, że po poznaniu historii Moneta i jego wielkiej miłości zupełnie inaczej patrzy się na wiele obrazów w twórczości malarza, nie tylko te tematycznie związane z Camille, chociaż takich można znaleźć naprawdę wiele. Wydaje mi się, że dzieła staną się dla odbiorcy bardziej żywe, kiedy pozna emocje artysty. A ta historia teoretycznie umożliwia nam to. Przynajmniej teoretycznie. 

Na okładce powieści umieszczono obraz Claude’a Moneta, czego zapewne domyślaliście już wtedy, kiedy zaczynaliście czytać ten tekst. Rzeczywiście, grafik nie musiał się męczyć, bo obraz sam w sobie jest bardzo ładny i idealnie pasuje na okładkę ze względu na swoją lekkość i przyciąganie wzroku o wiele bardziej skutecznie niż te wszystkie romansidła z kwiatami i domkami. Ja również nie czepiam się do niczego, bo ciężko krytykować dzieło uznanego mistrza, a i na tego typu malarstwie znam się tylko tyle, ile udało mi się nauczyć w szkole czyli niewiele. Zaznaczyć jednak trzeba, że Wydawnictwo postąpiło bardzo rozsądnie w kwestii pozostałych elementów okładki – ani elegancko napisany tytuł, ani imię i nazwisko Autorki, umieszczone na wąskim, żółtym pasku nie zasłaniają na tyle obrazu na okładce na tyle, by oznaczało to profanację albo chociaż całość nie wyglądała estetycznie. Przy tym całość nie wygląda minimalistycznie, co raczej w tym przypadku nie byłoby najlepszym pomysłem, a akurat ten obraz celnie oddaje zamierzoną przez pisarkę treść książki i – według mojej nieomylnej intuicji – istotę związku Claude’a i Camille. Tak czy siak, po prostu miło patrzy się na białą spódnicę kobiety z parasolką, stojącej pośród falującej na niewidzialnym wietrze. Aż chciałoby się zobaczyć, co kryje się pod okładką, prawda? 

Chociaż czytelnicy lubiący dramatyczne zwroty akcji pewnie będą rozczarowani i do książki nie wrócą po kilku stronach. Bo to nie jest książka, w której dużo się dzieje i wynika to raczej z formuły powieści, co jestem w stanie jak najbardziej zaakceptować. Jednak jeśli nie ma dramatycznych zwrotów akcji i skomplikowanych intryg, interesująca powinna być perspektywa opisywanych zdarzeń a może jakiś motyw, przewijający się przez całą powieść. W tym przypadku to było malarstwo - życie i uczucia Claude’a, a także jego środkiem ekspresji. Bo maluje głównie emocje. Jednak Autorka nie wykorzystała tego motywu tak, jak – myślę – byłoby to potrzebne, a przynajmniej tak, by uczynić powieść ciekawszą. Wybrała łatwiejszą, nudniejszą drogę i w ostatecznym rozrachunku Camille było więcej niż malowania, co przyczyniało się do wydłużenia opisów miłosnych rozterek bohaterów i skracania tych, które dotyczyły sztuki. To bardzo spłaszcza książkę i sprawia, że jest to dość prosta opowiastka o malarzu i jego muzie, oparta na odwiecznych schematach niewybrednych romansideł. Jeszcze żeby zarysowała relację między tymi w dwojga w jakiś ciekawy sposób, w ten sposób tworząc coś w rodzaju powieści psychologicznej, ale pisarka nawet z tego rezygnuje. Efekt jest więc taki, że otrzymujemy dłużącą się opowiastkę, z której przez długi czas nic nie wynika, a kolejne kłótnie pary i koleje ich życia są męczące i nudne bez wyraźnego tła psychologicznego. Autorka zresztą do ostatniej strony nie wiedziała, co tak naprawdę pisze i niezgrabnie balansowała między powieścią biograficzną malarza i opisanym wyżej romansem – na początku dostajemy rozdział czy dwa z wczesnej młodości Moneta, jeszcze za życia matki i rozwoju jego malarskich zainteresowań, dowiadujemy się o jego relacji z ojcem oraz jesteśmy świadkami pewnego incydentu, kiedy na przyjęciu wymknął się kuzynką. Następnie pisarka raczy nas opowieścią o pierwszych miesiącach w Paryżu (i kolejnym romansie), by wątek Camille zacząć dopiero na stronie pięćdziesiątej, kiedy mój cały entuzjazm wygasł. Całość kończy się w środku życia malarza, w sposób bardzo rozmyty i chyba Autorka ma tego świadomość, bo co jakiś czas umieszcza w książce interludia, w którym Monet jest już stary, maluje ów słynny obraz z liliami i wspomina Camille. Chociaż to urozmaica fabułę, to samo w sobie nie ma sensu – owe fragmenty są krótkie i zwykle wyrwane z kontekstu. Nie, nie chodzi mi o to, że panuje chaos; w niektórych pozycjach chaos jest zamierzony przez pisarza, ale jest w nim jakaś metoda – tu natomiast konceptu nie ma żadnego. I nawet nieskutecznie odrywa od panującej w powieści płaskości, schematycznego myślenia i jak najprostszych rozwiązań, które prowadzą do prostego, nijakiego romansidła, które niczym nie wyróżnia się spośród wielu innych. 

Jest to także zasługa bohaterów, postaci mdłych i nudnych. Przede wszystkim Autorka nie miała na nich pomysłu, który uczyniłby z nich prawdziwych, pełnowymiarowych ludzi. Zamiast tego posługuje się wytartymi schematami, które nawet nie wypełnia własnym mięsem. Bohaterowie nie mają osobowości, nie mówiąc o tej właściwej najciekawszym postaciom w literaturze iskry życia; ich charaktery to niezbyt udana mieszanka tradycyjnych cech w takim wypadku i tego, co niektórzy uważają za geniusz wielkich artystów. Dziwi i wkurza mnie to tym bardziej, że pisarka czytała jakieś książki o Monecie, jakieś napisane przez specjalistów biografie, w których – jak przypuszczam – zawarte były chociaż pobieżne opisy osobowości malarza. Wystarczyło tylko na podstawie tego wykreować choćby przeciętny portret malarza, nic przy tym nie wymyślając, jeśli to było dla Autorki zbyt trudne (swoją drogą jak można napisać książkę i jeszcze ją wydać, jeśli się wie, że z słabo się radzi z kreacją bohaterów). Wtedy może nie byłabym taka zła, a każdą stronę przewracała z ciężkim westchnieniem znudzenia ale też ulgi, że do końca pozostało już mniej stron. I nie dlatego, że Claude Monet w tej powieści nie ma w sobie cech geniusza, jakim niewątpliwie był, reaguje jak kawał drewna i jest zaledwie niestarannym, węglowym szkicem, narysowanym na kolanie w rozpędzonym aucie; jego psychika wywołuje alergię u każdego zwolennika autentyzmu w książkach. Bardziej dlatego, że jego zachowania są nieracjonalne (nawet na artystę), ciężkie do zrozumienia z punktu widzenia powieściowej logiki, w czym uwidaczniają się poważne techniczne braki pisarki i skrajne kombinatorstwo, prowadzące do oddalenia się opowieści od jakiejkolwiek naturalności. I w ostateczności jest nużące. No bo ile błędów naraz można popełnić? Postać Camille, w której Autorka miała duże pole do popisu, bo nie pozostało po niej niemal nic poza obrazami Moneta, wyszła również źle, nijako i boleśnie płasko. Niezbyt cnotliwa, wyzwolona ślicznotka z dobrego domu, obdarzona za to wszystkimi innymi zaletami – anielską cierpliwością tudzież salomonową mądrością, która pomaga Claude’owi przezwyciężyć twórcze kryzysy, ponadprzeciętnymi marzeniami o napisaniu powieści dorównującej Gregorges Sand (też mi autorytet - znana dziś głównie ze związku z Fryderykiem Chopinem pisarka z pewnością nie zyskała nieśmiertelności jak inni francuscy twórcy z jej epoki, co też świadczy o jakości jej dzieł). Jedyne rysy, jakie pojawiają się na jej anielskiej sylwetce to symptomy choroby, więc ostatecznie można to przebaczyć. Przynajmniej tak twierdzi Autorka, bo mnie w ogóle Camille nie przekonuje; więcej, bardzo mnie denerwuje. I dużo w tym winy topornej budowy postaci i ogólnych braków warsztatowych, ale i postmodernistycznej brutalności i dosłowności, która nie pasuje do tej – z założenia – staroświeckiej, delikatnej opowieści, przesyconej emocjonalnym malarstwem i wielkim uczuciem, które sprawiło, że dziewczyna ze społecznych wyżyn poślubiła człowieka praktycznie bez perspektyw. Ukazać to w taki sposób, żeby czytelnik zrozumiał. Bo po lekturze tej książki, kiedy wydawałoby się, że powinnam wiedzieć wszystko na temat tej dwójki, wciąż ta kwestia jest dla mnie bardzo niezrozumiała. 

Jeszcze gorzej jest z przyjaciółmi Moneta. Na początku ucieszyłam się, bo z kart książki popłynęły nazwiska wszystkich wspaniałych impresjonistów, ale potem moja mina robiła się coraz rzadsza. Poszczególne postacie różniły się od siebie tylko tym, że inaczej się nazwały. Wszyscy malowali, żartowali, przymierali głodem i wchodzili w różne relacje z głównymi bohaterami. Nuda. Nikt nie wyróżniał się niczym ciekawym – jak na malarza przecież przystało – chyba że miałabym pogrupować ich pod względem denerwowania mnie. Ale raczej tego nie zrobię, dlatego że ze znudzenia przestałam zawracać sobie głowę, czy kwestię tę wypowiedział Renoir czy Manet, bo w pewnym momencie przestało to być dla mnie ważne. Wybaczcie, wielcy malarze. Ale nie mnie, bo ja miałam jak najlepsze chęci, tylko tej Autorce. Zasługujecie na o wiele lepsze kreacje, na ukazanie was w sposób, który zapadnie w pamięć, na o wiele więcej ekspresji, najlepiej takiej, jaką widać w waszych obrazach! Wielką, ale zmarnowaną szansą była rodzina Camille – w wielu złych książkach bywa tak, że czarne charaktery budzą w czytelniku jakieś emocje, a i są ciekawej zbudowane, wyraźnie i ciekawie naszkicowane.  W tym przypadku siostra i rodzice naszej kochanej Camille, którzy tutaj pełnią rolę tych złych, przeciwnych wielkiej miłości, po prostu sam są. Bez lepszych lub gorszych szkiców, bez żadnych, najmniejszych cech. Pojawiają się tylko po to, by wygłosić parę słów i zniknąć z kart książki, robiąc na czytelniku – przynajmniej na mnie – wrażenie mniejsze niż ci wszyscy anonimowi Niemcy, którzy zdobyli Paryż i zabili jednego z przyjaciół Moneta. Ale nie oto w tej książce chodzi. Zdaje się, że chodzi za to o Alice, drugą żonę malarza, której Autorka próbowała wykreować na pełną ciepła, mądrą dojrzałą kobietę, tworząc tym samym kolejny koszmarek. I to jeszcze taki, że palce na klawiaturze omdlewają i nie chce się męczyć tego tekstu – będącego podobno recenzją – najlepiej będzie wiec, jak przejdziemy dalej. 

Przeglądając książkę po raz pierwszy, miałam nadzieję, że została napisana jak przystało na powieść o malarzu. Czyli pięknym, potoczystym językiem, z ponadprzeciętną ilością opisów. Jak zwykle miałam nadzieję, że to jakaś mało popularna mistrzyni pióra, która potrafi przenosić obraz na wyraz. Albo ktoś, kto się stara napisać coś dobrze. Bo przecież doceniam dobre chęci, nawet jeśli rezultaty są słabe. Jednak z każdą stroną traciłam i nadzieję, i ochotę na czytanie tego dalej. I to z kilku powodów. Po pierwsze, wspomniana już wyżej charakterystyczna dla współczesnej, postmodernistycznej prozy brutalność i dosłowność, pod piórem słabych twórców nabierająca niesmacznego prymitywizmu; ani jedno, ani drugie nie pasuje do tematu tej powieści. Postmodernizm raczej psuje delikatny, staroświecki klimat opowieści i zresztą nie pasuje do epoki – może to konserwatywne, ale uważam, że o każdej epoce najlepiej jest pisać jej językiem, operując tamtym zbiorem pojęć. Zresztą co ja mówię o postmodernizmie! I nie narzucam komukolwiek – w tym Autorce – mojego widzimisię; po prostu mi to tam zupełnie nie pasuje i uwiera jak metka przy bluzce. I to nie jest wina mojego gustu, bo pisarka po prostu ma niewielki zapas słownictwa, nawet jak na powieść współczesną, a plastyczny w gruncie rzeczy język współczesny w jej wykonaniu jest toporny i kulawy, nie mówiąc już o jakiejkolwiek stylizacji, plastycznych opisów obrazów, czy szansy na poczucie tego wielkiego uczucia między bohaterami, o którym pisali na okładce (a którego nie czułam). Co więcej, w tekście nie ma żadnych ciekawych pomysłów na narrację i sposób opowiedzenia historii, która rozwija się w sposób przewidywalny i nudny, a językowa monotonia sprawia, że zasypia się jeszcze bardziej, co w sumie jest dziwne, bo nie od dzisiaj wiadomo, że przy straszliwych zgrzytach spać nie można, a złe książki spędzają mi sen z powiek (dlatego wciąż jestem zmęczona). Kto wie, może sen jest lepszy, bo od naiwnych wyrażeń, pomieszanych z tymi mocno niewyszukanymi i tymi prostych, znanych z wielu innych pozycji oraz dialogów czytanych jakby przez odpowiednio zaprogramowane androidy głowa szybko zaczyna boleć; zresztą nikt nie zasługuje na taką torturę. No i jeszcze ta wyglądająca zza każdego zdania pewność swoich umiejętności, udawane zabiegi językowe i sztuczność. Dużo sztuczności i naiwności. Może to pisała jakaś XXI- wieczna pensjonarka? Nie, to tylko kolejne tanie romansidło w historyczno-artystycznym płaszczyku i opakowane w ładną okładkę, profanującą zresztą lekki, ulotny i niezwykły obraz Moneta. Kiedy byłoby tu coś niezłego, a przynajmniej przeciętnego, napisałabym szkoda. Ale napiszę niestety. To słowo mogłoby być tak naprawdę całą moją recenzją, bez tych wszystkich dłużyzn. 

W pewien sposób podziwiam kreatywność twórczyń romansów – znajdą je wszędzie i zawsze. Nieważne, czy w prehistorii czy w przyszłości. I nie byłoby w tym nic złego, bo romans to też gatunek i jak się chce, można pisać je w bardzo inteligentny i ciekawy sposób, co udowodniły między innymi Jane Austen czy siostry Brontë. Ale można też robić to nijako i na jedno kopyto, powtarzając wciąż te same motywy i powołując do niby-życia podobne do siebie postacie, za każdym razem polewając całość innym sosem i doprawiając inną przyprawą, zmieniając tylko imiona i elementy scenografii. Można. Przecież gdyby tego nikt nie czytał, takie książki już by nie powstawały, a kolejne autorki nie mnożyły się jak grzyby po deszczu. Gorzej jednak, kiedy idee tego gatunku przenosić na tematy wcześniej zarezerwowane dla innych konwencji i bardziej ambitnych twórców. Wtedy pojawia się nieznośne uczucie, że potencjał historii został zmarnowany, ciekawe perspektywy straszliwie spłaszczone do jednowymiarowej, irytującej bajki. Jeśli to zupełnie fikcja to jeszcze pół biedy, ale jeśli to historia na poły prawdziwa jak ta ból w moim sercu rośnie i nie chodzi tu bynajmniej o brak kontaktu Autorki z rzeczywistością, o której pisze. Płaczę raczej nad tym, co tak źle i płasko zostało opisane – w tym przypadku o płótnach Moneta, ulotnych, delikatnych, pełnych emocji i pasji – i jakby sprofanowane i bardzo zdeformowane. Przynajmniej dla mnie, nie tylko dlatego, że mam sentyment do tych obrazów i bardzo je lubię. Bo jak uczcić arcydzieło to tylko arcydziełem. Jak nakreślić piórem (a raczej komputerem) portrety osób wielkich i zmarłych to tylko tak, by po przeczytaniu nie wzbudzały w nas niechęci i szybko znikały z naszego życia razem z wieloma innymi książkami, które zostają wyparte dla zdrowia mózgu. Bo mam nadzieję, że z tą książką właśnie tak się stanie.

Tytuł: „Claude i Camille”
Autor: Stephenie Cowell
Moja ocena: 0,5/10