Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2015

Zwycięstwo albo śmierć. Recenzja książki

Wywalcz Jej wolność lub zgiń [1]

Liczba trzysta w historii jest niezwykle ważna, przynajmniej moim zdaniem. Trzystu dzielnych Spartan, na czele z królem Leonidasem, zginęło w chwalebnej bitwie pod Termopilami w 480 r.p.n.e, do dziś będąc sztandarowym przykładem wielkiej odwagi, męstwa i patriotyzmu, a także wierności zasadom. Poświęcenia życia dla czegoś, co jest od niego ważniejsze. Kto ich nie podziwia? W przełęczy stoi pomnik, zbudowany w XIX wieku, a pewne krwawe filmidło (tudzież komiks) sprawiło, że nieugięci Spartanie rozpalili nawet umysły tych, którym z historią nie po drodze, chyba że ktoś nie lubi latających odciętych głów albo zwraca uwagę na wyrzeźbione sylwetki aktorów. Tak, nawet ja wiele razy nie mogłam spać, zafascynowana tymi, którzy tak nisko i tak wysoko cenili swoje życie, że zmusili wroga, by do ich ojczyzny – dosłownie – przeszedł po ich trupach. 
 
Było też trzystu innych śmiałków. W ich ojczyźnie panoszył się wróg ze swastyką i czarnym orłem, a w najpiękniejsze miasta skalały swoją obecnością takie potwory jak Hans Frank czy Ludwig Fischer. Może w rodzinie mieli oficerów, których Rosjanie rozstrzelali w Katyniu, może kogoś pochodzenia żydowskiego, kogo zabrano do getta, skąd była już prosta droga do komór gazowych i pieców krematoryjnych w Auschwitz. Z pewnością ich rodziny – matki, żony, narzeczone, dzieci, mężowie (bo pośród nich była jedna kobieta, Elżbieta Zawadzka) – cierpiały głód i żyły w strachu przed godziną policyjną i łapankami, gdzieś na boku trudniąc się szmuglem żywności czy pomagając ludziom z ruchu oporu, a może nawet chodząc do tajnej szkoły. Oni jednak zostawili to wszystko za sobą, zrywając wszystkie kontakty, zmieniając tożsamość i samych siebie, bo ponad tęsknotą za bliskimi było coś więcej – miłość do ojczyzny. Mimo że w Anglii mieli wszystko, ze spokojem włącznie, tęsknili za swoim biednym krajem, chcieli tam wracać, walczyć, nawet ze świadomością, że większość z nich zginie. W kołnierzu, zaszyta, uwierała także kapsułka z trucizną: mieli ją rozgryźć w razie przesłuchiwań. Honorowe samobójstwo, by nikogo nie wydać i nie być narażonym na nieludzkie tortury. Bo nie byli to zwykli żołnierze – to elitarna grupa trzystu szesnastu komandosów, jakich nie powstydziliby się w Delta Force. Nazywano ich cichociemnymi. 
 
Jak już wiecie, nie oglądam dużo telewizji, a jeśli mam zamiar wyjątkowo włączyć owo gadające pudło, zwykle zapominam. To wraz ze skrajną bezmyślnością fabuł polskich – i nie tylko – seriali, jest powodem, dla którego nie potrafię oglądać czegokolwiek w miarę systematycznie. Od każdej reguły jest jednak wyjątek – a jest nim Czas Honoru, opowieść o czwórce przyjaciół, cichociemnych właśnie. Ich losy i ładna oprawa serialu bardzo mnie zafascynowały i zainteresowałam się bliżej tym razem prawdziwymi cichociemnymi. Traf chciał, że w księgarniach pojawiła się ta pozycja i już domyślacie się, że nie mogłam się powstrzymać - takim sposobem znalazła się w moich przyklejających się do papieru łapkach. Zaczęłam czytać tego samego dnia i choć wraz z doświadczeniem w niezwykle trudnej materii książek popularnonaukowych i monografii przybyło kilka refleksji, muszę przyznać, że lekturę tę wspominam bardzo miło. Dlaczego? O tym poniżej. 
 
Autor swoją pracę zaczyna od szczegółowego przedstawienia kulis powołania formacji i trudnych początków, szkicując ówczesną, niezwykle trudną, sytuację rządu polskiego i Polaków w ogóle, na tle bezwzględnej, wojennej polityki. Przedstawia sylwetki założycieli – oficerów Jana Górskiego i Macieja Kalenkiewicza oraz to, co doprowadziło do powstania tej organizacji w takim charakterze, w jakim znamy ją z popularnych przedstawień – jak się okazuje, była to wypadkowa pomysłów, osobowości, zbiegów okoliczności i posunięć politycznych, co pisarz stara się wyjaśnić w miarę przystępnie i dość skrótowo, nie wgłębiając się w specjalistyczne szczegóły. Następnie, w jednym z chyba najbardziej fascynujących rozdziałów, opisuje szkolenie, jakie musieli przechodzić kandydaci na komandosów. Było to z pewnością niełatwe, bo z około tysiąca kandydatów, zostało tylko trzystu szesnastu – przyszli cichociemni uczyli się technik szpiegowskich, szyfrowania, podrabiania dokumentów, a nawet podstaw psychologii, niezbędnych do oszukiwania Niemców. Największe wrażenie robi jednak Małpi Gaj, czyli coś w rodzaju parku linowego bez zabezpieczeń, a także próbne skakanie spadochronowe ze specjalnej wieży, przy czym złamania i skręcenia kończyn były normą; czytelnik śledzi losy kilku najbardziej znanych cichociemnych, w tym – między innymi - wspominanego wyżej Kalenkiewicza i porucznika Jana Piwnika, niewątpliwie prawdziwą legendę tej formacji. To ich śladami podąża Autor, niestrudzenie kreśląc szerszy kontekst wojennych zdarzeń i ukazując okupowaną Warszawę i Kresy, gdzie rozwinięto za wielką pomocą cichociemnych organizację Wachlarz (nazywaną od promienistego układu konkretnych placówek ruchu oporu od centrali w stolicy), robotę niezwykle koronkową i dlatego przedwcześnie zniszczoną. Na ostatnich kartach Autor wspomina dużo o akcji Burza i powstaniu warszawskim, będących dla kilku bohaterów tłem ich śmierci. Z trzystu cichociemnych zginęło bowiem stu dwunastu – a pisarz oddaje im hołd w Zakończeniu, prawdziwie beletrystycznym piórem oddając uczucia pułkownika Hartmana. 
 
Nie należy traktować tej pozycji jak podręcznika, czy kompendium wiedzy, tym bardziej w tematach, które są tylko tłem. Wachlarz, powstanie, wojna między Niemcami i Rosjanami, getto, sytuacja polityczna – wszystko zostało nakreślone na tyle dobrze i sprawnie, że historyczny laik łatwo zrozumie, a historyk nie będzie miał zastrzeżeń do uogólnień; jest to jednak tylko tło do losów bohaterów i całej formacji cichociemnych, kontekst, w jaki zostały wpisane losy jednostek. Bo to nie jest książka o wojnie, to jest książka o losach poszczególnych ludzi, których działania i wybory w pewien sposób wpływają na jej bieg. Opowieść, która przeciętnemu, ale zainteresowanemu tematem czytelnikowi przybliży sylwetki tamtych ludzi, może skłoni do dalszych poszukiwań. I wydaje mi się, że właśnie w taki sposób powinna być odbierana przez czytelników, a także sprawiedliwie oceniona (jakkolwiek ocena takiej książki sprawia wiele trudności, szczególnie że wydaje się pozycją niezaadresowaną do tych, którzy chcą zgłębić temat jeszcze bardziej). 
 
Rzeczą, którą należy przede wszystkim pochwalić, jest wydanie. Okładka w jakichś tam sposób nawiązuje do tematu, a kolory są raczej przygnębiające niż jaskrawe. Na tle pomarańczowego, zachodzącego słońca, widzimy czarną sylwetkę z karabinem, a obok leży coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się kamieniem, ale tak naprawdę jest spadochronem (można to łatwo wywnioskować po linkach i charakterystycznym kształcie). Na ponurym niebie wyżej, mniej więcej niedaleko chmurki, twarz owego cichociemnego została powiększona: to Jan Piwnik, z ręką na karabinie i, jeśli się uważnie przyjrzymy, bardzo poważną miną. Nad nim widzimy jeszcze maksymę cichociemnych, przytoczoną przeze mnie na początku recenzji, a na dole, na czarnej części, widnieje biały tytuł i, co mi się bardzo spodobało, nazwisko Autora znacznie mniejszą czcionką. Blurb może zachęcający nie jest, ale same pierwsze słowa, jak magnes przyciągają każdego chociaż trochę zainteresowanego historią i tematyką książki. Całościowo wydanie jest bardzo dobre: twarda okładka, ciężki, żółty papier, ładna, wygodna czcionka, a także – co stanowi kwintesencję publikacji historycznych – wkładka ze zdjęciami. Jest tam dużo fotografii przedstawiających przygotowania cichociemnych do walki w Polsce w Largo House i Audley End oraz zdjęć portretowych, grupowych, które ilustrują treść książki i pozwalają spojrzeć w twarz – uwierzcie, to bardzo niezwykłe uczucie – bohaterom opowieści, którzy nie byli przecież postaciami fikcyjnymi. Dla wygody czytelnika wszystkie fotografie są ponumerowane, tak, że bez problemu można zorientować się tam, gdzie na stronie pojawia się więcej niż dwie; ich rozmiar jest przyzwoity i pozwalający dostrzec szczegóły, mimo licznych niedoskonałości, które nie da się już usunąć. Na końcu książki zamieszczono wygodny indeks, bardzo zresztą dokładny, a na początku spis treści i dramatis presonae, a właściwie krótkie biogramy, gdzie Autor, chcąc zapewne ułatwić czytelnikowi zgłębianie treści i uporządkowanie faktów o najważniejszych postaciach, zgromadził podstawowe informacje, wraz z ciekawostkami, o których nie wspomina w tekście właściwym. To bardzo wygodne, szczególnie dla osób rzadko mających styczność z tego typu pozycjami. Zresztą, to jedna z tych książek, które po prostu miło się trzyma w ręku, narkotycznie wąchając zapach farby drukarskiej, która obiecuje ciekawą, pełną emocji lekturę... 
 
Książka jest bardzo wiarygodnym, choć niepełnym, źródłem wiedzy, posiada bowiem system przypisów, niezbyt zresztą przeszkadzający w czytaniu, a na końcu Autor przedstawił liczącą niemal dwie strony bibliografię, zawierającą pozycje tylko wybrane (!), wśród których przeważają kanoniczne raczej opracowania i licznie wspomnienia cichociemnych, którym udało się przeżyć (co doskonale odzwierciedla charakter książki); znajdziemy tam także kilka ciekawych linków, z których Autor korzystał, między którymi na szczęście nie ma Wikipedii. Odzwierciedla to ogrom pracy Autora, którą bardzo doceniam i szanuję, bo naprawdę rzadko można spotkać popularnonaukową pracę historyczną bogatą w wiarygodne źródła. Na człowieku takim jak ja, który z zadowoleniem leni się całymi dniami, robi to naprawdę wielkie wrażenie. 
 
Język, jakim posługuje się pisarz, jest lekki i bardzo przystępny. Właściwie brakuje w nim trudnych terminów historycznych, pisarz właściwie używa kolokwializmów, a komunikatywny styl sprawia, że każdy daje radę nawet wtedy, kiedy Autor jednym tchem wymienia pseudonimy (co nie jest łatwe z uwagi na ich częste zmiany, nawet przez głównych bohaterów) i wcześniej nieznane nazwiska. Narracja jest wartka, czasami można nawet odnieść wrażenie, że czyta się smakowitą powieść wojenną, czy lekko fabularyzowaną biografię ze starannie nakreślonym tłem polityczno-społecznym. W Prologu i Zakończeniu, mających formę krótkiej impresji czy miniaturki (kilka następnych znajdziemy w środku) Autor z wykwintem prawdziwego twórcy - a nie zajmującego historyka - kreśli przed czytelnikiem przesycone emocjami obrazy, będące jakby prozatorskim obramowaniem całej historii, jednocześnie nadające wszystkim formę znacznie lżejszą. Niewątpliwie jest to także sprytna pułapka na potencjalnego czytelnika, który, zafascynowany dynamicznym wstępem, kupi pozycję. Tak czy inaczej, polskiej beletrystyce historycznej nie stałoby się nic złego, wręcz przeciwnie, gdyby Autor zabrał się za powieści historyczne. Może nie byłyby one wysokokaloryczne, takie, jakie lubię, ale przypuszczam, że rozrywka byłaby przednia. 
 
Chociaż nie mogę się książki nachwalić, muszę przyznać, że jest to tylko opowieść. Lekka, z nieszkodliwymi uogólnianiem tematu, faktami będącymi właściwie oczywistością dla każdego historycznego pasjonaty. Pozycja nudna dla tych, którzy mieli już okazję czytać coś o cichociemnych, albo zbyt popularna – nie ma tu szczegółów technicznych broni, konkretów, cytatów i przypisów na całą stronę, a narracja utrzymana jest raczej w konwencji melancholijno-romantycznej, co niezbyt pasuje do pozycji fachowej, niewątpliwą wadą jest też to, że Autor poprzestał na najważniejszych postaciach polskich komandosów. Łatwiej przecież napisać o tych, którzy są powszechnie znani, niż o tych zadawać sobie trud w odgrzebywaniu i odkurzaniu zapomnianych nazwisk i pseudonimów. Oczywiście, nic nie mam przeciw Piwnikowi, Kaszyńskiemu, Plichowi czy Januszkiewiczowi, bardzo ich zresztą lubię, myślę jednak, że przypomnienie ludzi zapomnianych, którzy czasami dokonali jakiegoś bohaterskiego czynu, jest rzeczą bardzo szlachetną, a także bardzo chwytliwą, również wśród innych historyków i dużej części zwykłych ludzi, takich jak ja, którzy chcą wyjść poza krąg wciąż tych samych nazwisk. Jeśli mówimy o wciąż tych samych nazwiskach, trzeba wspomnieć o niezrozumiałym dla mnie braku Elżbiety Zawadzkiej, kobiety-cichociemnej przecież, której losy są niemniej interesujące. Cóż, może Autor chciał uniknąć taniej sensacji i uwielbienia wszelkiej maści feministek, może też uznał, że to materiał na kolejną, oddzielną książkę? Cóż, mam taką nadzieję. Wadą jest także ułożenie treści – historie poszczególnych postaci są ze sobą nieco wymieszane, przez co trudno, przede wszystkim osobom miej zorientowanym i nieuważnym, wszystko ogarnąć i połączyć w logiczną całość. I chociaż jakiś podział jest - w części pierwszej opisane są początki i szkolenie; w części drugiej akcje; a w trzeciej epilogi wszystkich historii i zakończenia wątków – uważam to za rzecz bardzo niedoskonałą. Najlepiej byłoby, gdyby książkę podzielić na kilka lub kilkanaście oddzielnych historii, każda dotycząca innego bohatera, z częścią wstępną, poświęconą zasadom szkolenia i początkom organizacji; dzięki temu cel książki, dotyczący tematu-rzeki, stałby się jaśniejszy – luźny zbiór opowieści o cichociemnych to coś innego niż pozycja, której temat i cel są niedokładnie sprecyzowane, prawdopodobnie przez bałagan. Co ciekawe jednak, zauważyłam to dopiero po tym, jak przeczytałam książkę; podczas przewracania z cichym szelestem kart mało brakowało mi do szczęścia. Tfu! Co ja mówię! Może i jestem zbyt wrażliwa, ale kilka rzeczy sprawiło, że oczy zaczęły szczypać – ale nie od zmęczenia – a serce zamarło ze smutku. I to chyba w tej pozycji, w przeciwieństwie do wielu innych pozycji typowo historycznych, jest bardzo ważne. 
 
Polacy XXI-wieku mówią – co zresztą wynika z badań – że w razie zagrożenia wybraliby emigrację na Zachód, małodusznie uciekając od zagrożonego kraju. To zupełnie przeciwnie do cichociemnych, których pragnieniem była walka z okupantem, mimo wielkiego ryzyka i ceny, jaką było zerwanie z najbliższymi (w obawie przed tzw. odpowiedzialnością zbiorową). Ba! Takie poświęcenie mało komu mieści się w głowie, chociaż każdy podziwia króla Leodnidasa i jego trzystu Spartan, a także wielu im podobnych, także cichociemnych, których dewiza zresztą bardzo (i niepokojąco) przypominała słynne z tarczą, albo na tarczy. Po lekturze tej lub innej pozycji na ten temat – lekturze potrzebnej każdemu – pozostaje, może niektórym, nieśmiałe, w gruncie rzeczy straszne, prytanie może ja też..? i – z pewnością – słodko-gorzka, pełna podziwu refleksja o ludziach, po których trupach – dosłownie - wróg musiał przejść, by zdobyć rzecz najcenniejszą: dom. Ojczyznę.

[1] Dewiza formacji cichociemnych, powieszona w świetlicy w ośrodku szkoleniowym komandosów w Audley End.

Tytuł: „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”
Autor: Kacper Śledziński
Moja ocena: 6,5/10

wtorek, 7 lipca 2015

Moja słodka zjawa. Recenzja książki



Nigdy w żaden sposób nie obchodziłam Halloween i nie tylko z powodu chodzenia po domach czy mieszkaniach, ale szczerze mówiąc, nie kręcą mnie maski czarownic, diabłów czy duchów, jakoś tak odległe od stylistyki Karnawału, z którą zawsze mi się kojarzyły. Zresztą, to, że uwielbiam mitologię celtycką nie oznacza, że mam naprawdę odprawiać obrzędy kojarzące się z ich świętem. Dla mnie dobrą zabawę w Halloween oznacza ciekawy, przeczytany horror. Staram się wtedy wyjść poza klasykę (Stephen King i Jack Ketchum) i poszukać czegoś nowego, inspirującego i maksymalnie strasznego – czasami po prostu zdrowo się trochę postraszyć i przy okazji poszerzyć swoje literackie horyzonty, sięgając po rzeczy, na które wcześniej nie miałabym albo czasu albo po prostu chęci. To taka moja mała tradycja Halloweenowa, może ukłon w kierunku samego święta, może po prostu fakt, że ponura, jesienna pogoda, ciemne noce i zbliżające się Zaduszki zachęcają do sięgnięcia po naprawdę mroczne rejony dark wave, metalu i muzyki gotyckiej jako soundtrack do prawdziwie strasznego horroru (przez co rozumiem horror a nie paranormal romance z dziewczyną, upadłymi aniołami czy wampirami). 

Jeśli chodzi o horror, jestem zatwardziałą konserwatystką. Duchy, klątwy, wampiry, diabły, opętania i inne rzeczy są dla mnie najbardziej ciekawe, mimo że często narzekam na schematyczność – w tych tematach można naprawdę wiele nowego napisać. Takie tematy wydają się też pewnym straszakiem, którego czasami potrzebuję: niezwykle kreatywny pomysł z Carrie bardzo mnie zainteresował, jednak nie przeraził, tak jak powinien to robić; duchy zaś, byty dość kontrowersyjne, niewątpliwie przerażające i bardzo fascynujące, sprawiają zwykle, że po kręgosłupie przechodzą ciarki, jednak człowiek chce jeszcze więcej. Tak było i tym razem – ledwo zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis, już byłam pewna, że Halloween z przyjemnością spędzę w towarzystwie – chciałoby się powiedzieć – Krwawej Anny, której duch będzie prześlizgiwał się po ścianach mojego pokoju. Czy to był dobry wybór? 

Tezeusz Cassio Lowood jest łowcą duchów, zabijającym te problematyczne, szkodzące żywym zjawy. Ten niebezpiecznyy zawód odziedziczył po ojcu, który został zabity przez pewnego ducha, wciąż przebywającego na wolności i - jak obawia się matka Tezeusza – tropiącego chłopaka. On ma jednak inne zadanie, równie trudne do wykonania: w pewnym małym miasteczku grasuje straszliwy duch młodej dziewczyny w skrwawionej, białej sukience, uwięziony w jej rodzinnym domu, który rozrywa na strzępy wszystkich, którzy się tam dostaną. Misja jest podwójnie niebezpieczna, bo na karku bohater czuje oddech swojego największego wroga, równie nieżywego co sprytnego, którego misją jest zgładzenie Tezeusza, jak zrobił to z jego ojcem. Szanse na jednoznacznie dobre zakończenie powieści maleją, ale za to wzrastają na nietuzinkową fabułę i kilka makabrycznych momentów, myśli sobie przeciętny, taki jak ja, czytelnik. Ale czy na pewno?

Żeby nie było tak mrocznie i pogrzebowo przez cały ten tekst, zajmijmy się na początku okładką książki, niewątpliwe rzucającą się w oko, choć może jednak niezbyt straszną, co od początku mogło mnie ostrzec przed zawartością. Każdy jednak musi przyznać, że przyjemnie jest na nią po prostu popatrzyć: mieszanka widmowej bieli, szarości, rozmytego niebieskiego z czerwienią i czernią wygląda bardzo estetycznie i pociągająco; szczerze mówiąc, najbardziej podoba mi się czarna koronka u dołu, obok paska, na którym wydrukowano imię i nazwisko Autorki. Chociaż to może było niepotrzebne, bo element ten nie ma większego związku z historią, wygląda to bardzo dziewczęco i jakoś tak skojarzyło mi się z subkulturą gotycką; warto wspomnieć, że w wydaniu oryginalnym tego nie ma – to taki drobny pomysł wydawcy polskiego, jak widać. Reszta nie jest już taka zaskakująca, aczkolwiek bardzo podoba mi się postać głównej bohaterki, otoczona jakimiś widmowymi obłokami, z rozwianymi włosami i w swojej poplamionej krwią sukience. W tle jest jej dom, tradycyjnie już ujęty pomiędzy nagimi drzewami, na którym siedzi kruk (jesteś zaskoczony, panie Poe?) i nocnym niebem pełnymi chmur i plam księżycowego światła. Dobrze, że w oknach domu nie palą się żadne światła, bo wtedy wyglądałoby, że książka jest klasycznym przedstawicielem horroru klasy D, a przynajmniej okładką, która próbuje straszyć czytelnika gotycką czcionką i żarówkami w pokojach jakiegoś tajemniczego zamczyska (chociaż horrorem mojego dzieciństwa są zdecydowanie samozapalające się światła). Odrzuca może trochę tytuł, napisany wyraźną, krwistoczerwoną czcionką, która jakoś nie pasuje do ponurej reszty i wygląda jak skopiowany skądś slogan reklamowy czy tytuł filmu, przynajmniej tak mi się dziwnie skojarzyło. Na samej górze mamy jeszcze krótką recenzję jakiegoś amerykańskiego magazynu, co raczej mnie nie zachęciło do przeczytania książki bardziej niż okładka czy blurb – który niemal nigdy nie mówi dokładnie, o czym jest książka. No właśnie. W tym jest cały problem. 

Wciąż zastanawiam się, czy jest to bardziej horror czy paranormal romance i od którego z tych gatunków się zaczęło. Może to mroczniejsza odmiana gatunku o miłości istoty nadprzyrodzonej do zwykłego człowieka, a może to horror z elementami – bardzo obszernymi jednak – romansu? Raczej to pierwsze, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i, raczej w negatywnym sensie, Autorka zaskarbiła sobie moje uznanie tymi nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, których, czytając pierwszą, lepszą część książki, nikt by się nie spodziewał. Bo cokolwiek się tam dzieje, duch Anny na serio rozrywa ludzi i zachowuje się tak, jak na porządnego upiora przystało, łącznie z czarnymi żyłami, krwią i całym korowodem zjaw pomordowanych przez nią, którzy przychodzą, by pokazać, w jaki sposób zginęli. Strona po stronie pisarka zamienia powieść w ckliwy romans o dwóch kochankach, którzy niczym Romeo i Julia nie mogą ze sobą być, ponieważ jedno z nich jest duchem ze zdjętą właśnie klątwą, a drugie mordercą duchów i człowiekiem. Powiedzcie, skąd ja to znam? Co prawda, Autorka próbuje uratować sytuację i wplata tam wątek innej, jeszcze bardziej niebezpiecznej i sprytnej zjawy, ale to już nie jest to – klimat oświetlonego tajemniczym, białym światłem domu, pełnego pomordowanych i widmowej, straszliwej morderczyni; napięcie związane z tajemnicą, jaką otoczona jest klątwa Anny oraz to, czego świadkiem jest Tezeusz (wybaczcie, nazywanie go imieniem z greckiej mitologii jest silniejsze ode mnie) znika i zostajemy z tekstem, który musimy zmęczyć do końca – byłam w tak tragicznej sytuacji, że postanowiłam przeczytać książkę w jeden wieczór, by nic nie stracić z halloweenowego klimatu, więc zamiast odłożyć męczącą lekturę na następny dzień i zacząć się czymś bardziej konstruktywnym, przemęczyłam się do końca. O ile początek jest przemyślany, naprawdę ponury i obfitujący w ciekawe zdarzenia, zbudowany z wyczuciem i według pewnego rytmu, to wraz z zbliżaniem do końca akcja staje się coraz bardziej nieprzemyślana, chaotyczna, skrótowa i pozbawiona przede wszystkim klimatu, odpowiedniego dla horrorów ciężaru (nie brakuje tego nawet Wichrowym Wzgórzom, powieści będącej stricte horrorem, ale przecież nie rasowym straszakiem!) i napięcia, co sprawia, że nawet kiedy bohaterowie przygotowują się do ostatecznej rozprawy z prześladowcą rodziny głównego bohatera czytelnik nie czuje nic, oprócz rozkosznego uczucia zmęczeniem lekturą i powstrzymywaniem się przed ziewaniem. Równie dobrze mogłaby być to zwykła przygodówka czy cokolwiek innego, bo kiedy Anna, dziwnym zbiegiem okoliczności bardziej ludzka niż zjawowa, walczy z antagonistą, można poczuć tak doskonałą obojętność jak podczas kilometrowych opisów przyrody w Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, że nawet najmroczniejsza, podprogowa muzyka nie pomoże. Widać, że Autorka siliła się na pisanie kolejnych akapitów, może znudzona historią, może wypalona, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – cierpiąca na brak weny twórczej i rozdmuchane ego pisarzy, którzy twierdzą, że książka o dwustu czy stu stronach jest z założenia zła. Sama historia Anny, wzbogacona kilkoma pobocznymi, może równie ponurymi wątkami w zupełności wystarczyłaby mi do szczęścia, a wepchnięcie do jednej książki dwóch zupełnie różnych historii nie było dobrym pomysłem, szczególnie, że – delikatnie mówiąc – nie wszystko udało się pisarce na tyle, by przyznać, że choć niepotrzebnie to zrobiła, to jednak wyszło jej to doskonale. 

Sam pomysł na powieść nie jest ciekawy – wiele (żeby nie powiedzieć, że za wiele) jest na rynku powieści o łowcach demonów, duchów, ufoludków i innych stworzeń, którzy ostatecznie zakochują się w tych, których mają zabić, by miało mnie to chociaż trochę szokowało czy interesowało, chociaż z Tezeuszem, Anną i kilkoma innymi postaciami udałoby się zrobić coś innego, ciekawego, Autorka jednak – czy to ze strachu, czy też z braku lepszych pomysłów, postanowiła iść na łatwiznę i wypełnić wcześniejsze schematy swoimi słowami. Bo nawet temat samych duchów nie jest tu ujęty interesująco; ot, ostatecznie duchy  o rosyjskich nazwiskach (przypadek?) zabijają i w innych horrorach w jeszcze bardziej upiorne sposoby, a sama kreacja tych istot, mimo wymyślania naprawdę skomplikowanych rzeczy jak kilka osób w jednym duchu czy dziwna, wciąż jeszcze niewyjaśniona cielesność tych bytów – najlepszy przykład to oczywiście pocałunek – które pisarka traktuje jak oczywistą oczywistość i nie próbuje nawet w jakikolwiek sposób tłumaczyć. Mimo tego było kilka doskonałych sytuacji, w których mogła wykazać się kreatywnością, jednak tego nie zrobiła, niszcząc wszystko co było dobrze zaczęte, łącznie z klątwą Anny (która okazała się być niczym ciekawym i wartym całego napięcia, ale za to bardzo w stylu hollywoodzkich straszaków i mrocznych opowieści o patologicznych rodzinach) i wątkiem tego straszliwego ducha; jedno i drugie okazało się niewypałem w stylu kryminałów, w których morderstwa są inne niż zwykle, ale motyw naciągany i trywialny; dowodzi to tylko o braku pomysłów u Autorki, ciągnięciem książki tam, gdzie już dawno powinna się skończyć. A przepaść między potencjałem wymyślonych przez pisarkę bohaterów i efektem końcowym jest ogromna – to tak, jakbym kupiła sobie superkomputer do pisania moich nikomu niepotrzebnych recenzji. Czyli, przyznacie, że marnotrawstwo wielkie. 

Język, jakim powieść została napisana, nie wyróżnia się niczym wśród innych tego rodzaju książek – Autorka ma styl bardzo prosty, językowo dość ubogi, jednak dość płynny, by napisać książkę bez większych zgrzytów. Z pewnością niezbyt radzi sobie z dynamiką akcji, przez co ciężko czyta się te fragmenty, szukając tych bardziej kameralnych partii w tekście, napisanych z większą płynnością i polotem, zwykle jednak przepełnione są one romantyczną ckliwością i sentymentalizmem (vide: pocałunek; wciąż nie może pomieścić mi się w głowie jak można pocałować ducha nawet jeśli Autorka twierdzi, że w pewnym momencie Anna bardziej przypominała człowieka… cóż ) tylko czasami i na początku epatującymi grozą, na co przecież czekałam. Jak wspominałam już wcześniej, styl pisarki nie odznacza się niczym ciekawym, nie można tu znaleźć jakiejś ciekawych konstrukcji, barkowych zapętleń, malowniczych opisów, ciekawych metafor czy pięknych sformułowaniem, samym swoim brzmieniem sprawiającym, że na skórze człowieka pojawiają się ciarki. Na początku nie jest to dużym minusem, jednak kiedy akcja przestaje być ciekawa, na wierzch jak czerwie wyłażą potknięcia językowe czy to tłumacza czy Autorki, dysharmonie i problem z szybką akcją, co jest bardzo powszechne u początkujących czy słabych pisarzy i co bardzo męczy czytelnika. Pisarka nie chciała – czy nie mogła zauważyć – że kiedy akcja powieści powoli się rozchodzi, może to wszystko zatuszować pięknym stylem, porwać czytelników czy porządnie ich przestraszyć, tak, żeby z bijącym sercem czytali dalej, zapominając o niedostatkach fabuły. Przecież to horror ludzie, czy mi się tak wydawało, przestępstwem jest nudzić i nie bać się, szczególnie że właśnie mija nam idealny do tego halloweenowy wieczór. Autorka mogła się trochę postarać, chociaż na tyle, by czytelnikowi przyjemnie się czytało, zamiast potykać się o jedno z wielu słów, niszczących harmonię i swoistą melodię książki. 

Bohaterowie nie wyróżniają się niczym ciekawym, więcej, żadną, nieciekawą nawet cechą charakteru – można by powiedzieć, że w tej kwestii papier jest poganiany przez papier, bo postacie z pewnością nie należą do najciekawszych. Ba! Nie wyróżniają się niczym, jeśli już to chyba tą doskonałą papierowatością, zupełną bezpłciowością. Sytuację na początku ratuje Anna, bo będąc złym, obciążonym klątwą duchem rozrywającym ludzi, ale z biegiem czasu, kiedy okazuje się, że słodka zjawa dziewczyny w białej sukience nie robiła tego, bo chciała, tylko że musiała, postacie stają się czarno-białe i zupełnie nieciekawe. Dobry Tezeusz, przywracający spokój świata żywych od mszczących się za swoją śmierć duchów, Anna która wzbudza w głównym bohaterze zupełnie inne uczucia czy strach lub zawodowe zainteresowanie, sympatyczna, nieco ekscentryczna matka i serdeczni przyjaciele z miasteczka contra sprytny duch mordercy ojca głównego bohatera, makabrycznie wyglądający oraz o wielkiej mocy, jednoznacznie zły, bez żadnych odcieni. Zresztą i tak jest postacią bardziej plastyczną niż główny bohater i nieszczęsna Anna, postać dość ciekawa tylko na początku, potem coraz bledsza, z coraz mniejszą ilością cech, wreszcie będąca tylko cieniem własnego cienia, jeśli duch w ogóle rzuca cień, do czego nie mam zupełnej pewności, szczerze mówiąc. Oczywiście w zakończeniu pisarka przeszła samą siebie, każąc dziewczynie zdobyć się na bardzo, ale to bardzo altruistyczny postępek, który sprawił, że zjawa stała się wcieleniem dobra, a paranormal romance przeważył nad horrorem. Cóż, przecież głównych bohater, Tezeusz, też nie jest lepszy, chociaż w zawodach na fajtłapowatość i brak domyślności mógłby być najlepszy. Gdybym ja była na jego miejscu bez wątpienia sprawdziłabym, skąd biorą się dziwne sny. Każdy by chyba sprawdził, bo to przecież bardzo niebezpieczny zawód taki morderca duchów, o czym Tezeusz musiał się przekonać się nie raz. To, że ma fajną, zjawową dziewczynę, nie znaczy, że jest bezpieczny czy coś, wręcz przeciwnie. Naprawdę! Poza tym bohater nie wyróżnia się niczym ciekawym, a może się wyróżnia tym, że jest najmniej pozbawioną charakteru postacią w całej książce. W każdym razie coś takiego. To całkowita porażka, zważywszy, że pisarka narrację prowadzi z jego punktu widzenia (że też udało jej się to udało!; mówiłam, że ma talent, tylko jest leniwa) i jest to główna postać książki, której osobowość pisarka powinna najmocniej i najbardziej ciekawie rozbudować, zamiast tworzyć najbardziej papierową i nieciekawą postać. Gorsza od niego jest chyba tylko Bella z równie straszliwej sagi  Zmierzch, a to już jest – jak wiecie – zupełne mistrzostwo świata. 

Książka, po dzisiejszym i wczorajszym małym odświeżeniu zdaje się być jeszcze gorsza niż wcześniej, może dlatego, że jednak klimat Halloween trochę zadziałał na pozytywniejszy odbiór powieści, a może dlatego, że od tego czasu zdążyłam przeczytać mnóstwo o wiele lepszych horrorów i podobnych nieco do tego gatunku powieści, jak moje kochane Wichrowe Wzgórza a niemal zupełnie – jak możecie wywnioskować obserwując kolejne recenzje na blogu – zarzuciłam czytanie paranormal romance i marnych dystopii, dzięki czemu jest teraz o wiele mniej negatywnych recenzji niż przedtem (zauważyliście to, mam nadzieję) Mniejsza ilość polukrowanych dziewczątek o niezwykłej urodzie i nadnaturalnych zdolnościach, które biegają sobie to tu to tam z ślicznymi chłoptasiami podziałała na mnie orzeźwiająco, więc książka trafiła nieco na zły czas. A tamto Halloween? Cóż, wyjątkowo nie byłam zadowolona, więc ze smutku wypiłam mnóstwo truskawkowego kompotu, zostawiając w piwnicy zapasy bardzo uszczuplone, a tym razem, nauczona doświadczeniem, sięgnę z pewnością po jakiś pewny straszak, bo eksperymentować aż strach, bardziej niż czytać tę książkę o duchach pod maską klątwy kryjących tak wiele różu, że aż mdli, zamiast wywoływać dreszcze przechodzące po kręgosłupie. I oczywiście nudy. Wszechogarniającej, straszliwej nudy, będącej uczuciem tak potwornym, że chowają się przed nią wszystkie duchy-mordercy i dla której z pewnością nie warto jest czytać tę powieść.

Tytuł: „Anna we krwi”
Autor: Kendare Blake
Moja ocena: 1/10

czwartek, 7 maja 2015

McDonaldowy humor. Recenzja książki

Są tacy pisarze, którzy tworami swojej wyobraźni łączą pokolenia, o których rodzice, bez cienia niepewności i bez westchnień w stylu co oni dzisiaj czytają, mogą porozmawiać ze swoimi latoroślami, bo sami, gdy byli młodzi, czytali te książki. Oczywiście, należą do nich wszyscy ci poważni autorzy powieści pozytywistycznych, których przerabia się w szkole i inne lektury szkolne, ale nie tylko. Ci, którzy piszą od niemal połowy XX wieku i udało im się do dzisiaj utrzymać na czytelniczej powieści, kolejnymi książkami tylko budując swoją markę, z pewnością znani są przez naszych rodzicieli, choćby tylko ze słyszenia. Co prawda to racja, jak to mówi gimbazjalna brać, że PRL nie lubił młodzieżowych obyczajówek, a one jego (kupienie w PRL-u książki graniczyło z cudem, a i tak najchętniej drukowano to, co panowie towarzysze uznali za pomocne w umacnianiu swojej władzy), a dawne konwenanse, przestrzegane przezcież w tamtych latach ściślej, nie wszystkim pozwalały na czytanie o dziewczynach, które zakochiwały się w chłopakach. Mimo tego takie powstawały – bardziej lub mniej staroświeckie – i trzymały się na tyle mocno, że zapewniły sobie nieśmiertelną sławę.

Autorka najpopularniejszej chyba w tamtych czasach serii, która, z powodzeniem, kontynuowana była przez całe lata 90., aż do początków nowego tysiąclecia, powróciła. Czy to chęć sprawdzenia, co u wszystkich bohaterów słychać, czy też wyrzuty sumienia, że pozostawiła tą historię bez jakiegoś konkretnego zakończenia, a może nadzieja na zarobek i odcinanie kuponów od raczej niezawodnej marki, jaką sobie wyrobiła, ale w końcu ukazała się jej nowa powieść, kontynuująca rodzinną sagę Borejków, ich znajomych i nowych postaci, które wkraczają w ich życie – rozpoczynająca nowe wątki, ciągnąca stare, dająca pisarce argument do ciągnięcia historii przez, co najmniej, dwa następne tomy. I choć wiedziałam, że w ciepły, rodzinny klimat mieszkania na Roosevelta w Poznaniu wkroczyła Współczesność, a moi ulubieni bohaterowie wkroczyli w dorosłość, natomiast ze śmiercią tych starszych, niestety, trzeba będzie się powoli godzić, z radością zaczęłam czytać świeżutką, jeszcze pachnącą księgarnią powieść i połknęłam ją tak jak resztę serii.

Poprzednie osiemnaście tomów było zapisem wzlotów i upadków Autorki, saga nie była artystycznie równa, jak każdy, zresztą, długaśny cykl. Na początku pisarka penetrowała różne rzeczy, próbowała, bawiła się, eksperymentowała, zanim znalazła konwencję, jaka okazała się najlepsza do opowiedzenia rodowej historii Borejków, tak rozległej, że mogłabym zrobić ich szczegółowe drzewo genealogiczne, łącznie z datami narodzin większości członków. Coś zaczęło się psuć przy Czarnej polewce i Sprężynie, szczytowych formach talentu Autorki, dorównującym Kwiatowi kalafiora i świątecznej Noelce. Widać było, że najlepszymi tomami serii, pisarka chce zakończyć przygodę z tym, co przecież było jej sztandarowym dziełem. Ryzykowne, ale, moim skromnym zdaniem, dobre posunięcie, niestety, zaostrzające apetyt czytelników na dalsze tomy i pisarki na nowy sukces. Zresztą, każdy lubi okrągłe liczby, na przykład dwadzieścia, szczególnie kiedy jest się ich blisko. Kilka lat po tym, kiedy przestałam zaglądać na stronę Autorki, czekając na jakąkolwiek zapowiedź o nowej powieści i pogodziłam sobie, że cykl został definytywnie skończony, a pisarka przechodzi na zasłużoną emeryturę, pisarka postanowiła jednak ciągnąć wszystko dalej, wrócić do stworzonego przez siebie świata, do porzuconych przez siebie bohaterów, a wszystko, jak zapowiada się, do trzydziestki tomów. Bardzo ambitne marzenia, podziwiam za determinację, naprawdę.

Ignacy Grzegorz Stryba, młody intelektualista i syn Gabrieli, nurzający się, jak autorka tego bloga, w wysublimowanych lekturach i łacińskiej, harmonijniej mowie, ma problem. Otóż w jego świat wpadł nagły dysonans, mający kształt Magdy, córki znanej nam z poprzednich tomów Janki Krechowicz (wnuczki legendarnego już profesora Dmuchawca), dziewczyny o krągłych kształtach i fryzurze kojarzącej się jedzeniem, a konkretnie mówiąc, z klopsikami. Ponieważ wcześniej dziewczyny i kobiety znał tylko z książek, a ideałem była zapewne Helena Trojańska, bezpretensjonalna Magda, fanka fast foodów z popularnej amerykańskiej restauracji, już od początku niepokoi chłopaka, a i tak już od początku czuć ten magnetyzm. Szybko okazuje się także, że dziewczyna przeżyła jeden już zawód miłosny, więc nie tak łatwo da się oplątać nieporadnymi sidłami miłości Ignasia, z której pewnie sam nie do końca zdaje sobie sprawę. Jednak czy ta dziewczyna jest dobrym wyborem dla chłopaka? Tymczasem Laura wreszcie się ustatkowała – z westchnieniem ulgi przyjęłam wiadomość, że, chociaż w atmosferze rozgardiaszu, wreszcie wyszła za mąż za Adama, co tylko potwierdza to stare mądre przysłowie, że przeciwieństwa lubią się przyciągać. Chociaż nigdy nie lubiłam lalusiowatego polonisty, mam nadzieję na to, że małżeństwo, w przeciwieństwie do tego matki Laury, będzie szczęśliwe. Życzę jej wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, co świadczy tylko o tym, że przez tyle tomów serii nauczyłam się traktować bohaterów nie jak postacie, jakie wymyśliła Autorka, ale jak zwykłych, normalnych ludzi, moich znajomych.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co w pełni zasługuje na plus. Ten przytulny, zakurzony klimat mieszkania na Roosevelta? Ciepłe, trochę nierzeczywiste postacie bohaterów, rodzina z prawdziwymi wartościami? A może rysunki? Tak, rysunki Autorki zdecydowanie zasługują na plus i to duży. Czarno-białe, klimatyczne, z pewną, staranną, miękką kreską, wiernie przestawiające opisywanych bohaterów. Chociaż nie ma ich tu dużo, to jednak stanowią spory smaczek i pięknie urozmaicają książkę, sprawiając, że powieść wydaje się jeszcze bardziej swojska i ciepła. Czasami biorę sobie tę książkę – tak jak inne pozycje z cyklu – i przeglądam, tylko dlatego, by podziwiać ilustracje i wpatrywać się we wciąż jeszcze dobrze narysowane, sympatyczne twarze bohaterów.

To naprawdę osobliwe uczucie tak obrzucać błotem jeden z najlepszych cyklów powieści obyczajowych w ogóle, ale jestem recenzentką i nic nie jest mi obce, nawet to. Cóż, zaczynamy. Bohaterowie, stara drużyna z Roosevelta, są tacy, jak byli wcześniej, przynajmniej na pozór. Zakurzony, stary już Borejko i jego pełna energii żona, Melania, tkwiący w kurzu starych książek i łacińskich maksym, jednak ich charakter, ta niepowtarzalność, iskierka życia, którą te postacie w sobie miały, a mądry uśmiech pana Borejki, z którym słuchał domowych kłótni i wygłaszał słowa starożytnych Rzymian, jest już tylko słowem na papierze, bez tego ciepła wokół serducha, jakie zawsze towarzyszyło mi przy czytaniu o tym. Jest też Laura, chociaż w mniejszej, niestety, dawce niż zazwyczaj i jakaś taka mdła… Cała jej dzikość, oryginalność i ledwo wyczuwalny smutek gdzieś zniknęła, zostawiając spokojną dziewczynę, jaką Laura nigdy nie zgodziłaby się być, jakby Autorka sądziła, że ślub wysysa z człowieka cały charakter, zostawiając potulną istotkę. Jak można tak psuć jedną z najlepszych postaci w całym cyklu? Takie same odczucia wywołuje u mnie Ida Pałys, gdzieś w tle świecąca swoją rudą fryzurą i swoimi opowieściami o przeprowadzonych operacjach (przynajmniej tak było w poprzednich tomach, co wspominam z niejakim sentymentem) – chociaż z postaci z charakterem zmienia się coraz bardziej w komediowego stworka, a jej cechy powoli zamazują się pod komediową, tylko na pozór nowoczesną, jak pewnie myśli Autorka, konwencją, w jaką, niestety, skręca cały cykl. Gabriela stała się natomiast płaczącą nad całym światem intelektualistką, pełną dziwnego chłodu i dziwnej oschłości, która chyba jest mutacją jej zdrowego rozsądku; najgorsze jest to, że całe ciepło, jakie ją zwykle otaczało, to całe poczucie bezpieczeństwa, wyczarowane za pomocą słów, zniknęło. Rozwiało się. A ja mogę tylko płakać.

Powieść skupia się jednak na latoroślach dynastii Borejków, co staje się dość powtarzalne i nudne, mimo że zrozumiałe jest, że Jeżycejada jest serią dla nastolatków i nikt nie będzie od pisarki wymagał opisywania rozterek dorosłych członków rodziny. Jednak brakuje historii znajomych Borejków, takich jak za dawnych czasów Belle, Aurelii, Kreski, Bebe i innych, jakoś przecież związanych z historią tej pisarka zbyt mocno skupia się na Józinku, Łusi i Ignasiu, co skutkuje pewną powtarzalnością. Bo jeśli w Sprężynie bawiło mnie to, jak Łusia poprawiała członków rodziny, tutaj czuję znużenie; jeśli wcześniej bawiły mnie pierwsze uczucia tak różnych od siebie kuzynów, tutaj mam tego dość, szczególnie że pisarka nie dodała niczego nowego, popełniając autoplagiat. Żeby chodziło tylko o powtarzalność. Ale cechy Ignasia, które wcześniej harmonijnie wpasowywały się w słodko-gorzką całość, tutaj zostały komicznie wyolbrzymione, niemal do karykatury, więc ostatecznie nie wiedziałam, czy płakać, czy się śmiać, bo jego zaloty do Madzi zostały przedstawione boleśnie schematycznie i bez polotu. Sama Madzia nie ma magii starych bohaterek. Jej skłonność do jedzenia fast foodów jest przereklamowana i zupełnie nieciekawa, tak samo, jak jej cechy charakteru, których nie posiada i poprzednia historia miłosna, zalatująca wręcz tanim sentymentalizmem. Autorka próbowała stworzyć postać nowoczesnej nastolatki z problemami różnego rodzaju, w dodatku zachowując swoją starą magię, ale ponieważ nie można trzymać kilku srok za ogon, wszystko się posypało i Magdusia wyszła nijaka, szara i głupia, pozbawiona błysku geniuszu, tak przecież charakterystycznego dla tej Autorki.

Fabuła jest bardzo pospolita. Nie ma w niej zaskoczeń ze Sprężyny, oryginalności Noelki czy hipnotyzującej mocy Brulionu Bebe B. Słowem, jest pozbawiona wszystkich dawnych cech poznańskich opowieści, by przekształcać się w ciężkawą, typową powieść dla nastolatek. Nawet nieprzewidywalne, dość infantylne i groteskowe, zwroty akcji i (pozornie) śmieszne żarty pisarki nie są w stanie nadać powieści dawnej lekkości – wręcz przeciwnie – fabuła ciągle zgrzyta, a Autorka z zaciętymi zębami i uśmiechem na ustach skleja ją z niepasujących fragmentów. Momentami dzieje się tyle, że człowiek nie może nadążyć, momentami nie dzieje się nic, poza tym, że bohaterowie siedzą przy stole i prowadzą rozmowy, które tutaj nie są już rozmowami dawnych Borejków, więc nie są ciekawe czy wciągające. Zresztą, o czym można mówić, skoro pisarka stara się fabułę swojej powieści jak najbardziej skrócić, uprościć, tak jak to robi wiele Autorów, szczególnie tu myślę o paranormal romance. Nie, nie ma tu aniołów albo złośliwych trolli, które podmieniły mi wydanie, ale rozwiązania fabularne są tak głupie, albo przewidywalne, a wszystko skupia się wokół historii miłosnej Madzi, w czym przypomina inteligencję rodem z opowieści o niezwykłej dziewczynie i jeszcze bardziej niezwykłym chłopaku. Wątki poboczne też niezbyt, bo rodzina Borejków przewija się przez historię Magdaleny i poza drobnymi nawiązaniami do, niestety, ugłaskanego Tygrysa i potomków profesora Dmuchawca, który tutaj już umarł (z nim umarła prawdziwa Jeżycejada, przynajmniej na razie), co owocuje dość nieudaną, zupełnie pozbawioną klimatu sceną w jego pokoju z Aurelią, jakąś dziwną i odmienioną, jak wszystko tutaj. Pojawia się też Pyziak, zapewne dlatego, że Laura wyszła za mąż, ale pojawiał się on już wcześniej, więc tu jest zupełnie zbędny, szczególnie że potulnie posłużył Autorce jako zapychacz w miejsce, gdzie nie miała co już wstawić, a chciała jakoś tam wydłużyć fabułę i zwiększyć objętość książki. Poza tym akcja kręci się wokół fast foodów nowej bohaterki i nieumiejętnym zalotom Ignasia, przy czym wszystko jest niezwykle przewidywalne, łącznie z zakończeniem i zupełnie nieprawdopodobna, sztuczna jakby Autorce skończyły się pomysły na z życia wzięte sytuacje i zakończenia. Niestety, moim zdaniem wskazuje to tylko na to, że pisarka postanowiła napisać książkę, nie mając przedtem sprecyzowanego w szczegółach pomysłu czy zarysu, to znaczy, nie mając pomysłu w ogóle, już o chęciach nie mówiąc.

Niechętnie, ale się zgodzę, że pisarka nie zapominała o żadnym ze wcześniej stworzonych elementów, nie ma więc żadnych nieścisłości. Autorka kontynuuje swoją powieść tam, gdzie ją przerwała kilka lat wcześniej, pociągając za wszystkie urwane wątki i w jakiś sposób kontynuując je. Nie ma więc, na szczęście, żadnych zgrzytów w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, co mnie bardzo cieszy i udowadnia, że tak źle nie jest, skoro pisarka przejrzała wcześniej wszystkie swoje zapiski i odtworzyła stworzony przez siebie na papierze świat.

Język zawsze u pisarki był jednym z atutów pisarki. Zaklinał rzeczywistość Poznania, malując przed naszymi oczami jego magiczną wersję. Jeśli pisarka opisywała zimę, w pewien sposób było ją czuć – nie była to też zwykła, brudna zima, ale zima z błyszczącym śniegiem, chrzęszczącym pod nogami i ażurowymi gwiazdami padającymi z nieba, zima wypełniona magią świąt, ciepłych, rodzinnych. Jeśli pisarka umieszczała swoją akcję w Nowy Rok, czuć było to napięcie, jakie nam towarzyszy w odliczaniu do dwunastej i tą dziwną, przepojoną nadzieją radość, kiedy na niebie pojawiają się fajerwerki, a my, rocznikowo, jesteśmy o rok starsi i stoimy przed wielką Niewiadomą, która może nam przynieść wielkie szczęście. Tutaj tak nie jest – styl Autorki zgubił się pomiędzy nawiasikami, drobnymi żarcikami i usilnym staraniem się bycia nowoczesną i bardziej przystępną, zachowując przy tym swój stary, niepowtarzalny, czarujący język. Jednak przy pustych bohaterach i nudnych, niezaskakujących historiach wygląda to fatalnie, szczególnie że postacie nie mają do powiedzenia nic ciekawego, poza niezgrabnymi, stricte nowoczesnymi żartami i zbyt sentymentalnymi kwestiami (albo wygłaszają kwestie znane z poprzednich tomów cyklu); większość, co napisze Autorka, jest więc pustosłowiem. Tak samo opisy – nie są już magicznymi ramkami oplatającymi rzeczywistość, tylko dziwnym, nowoczesnym zapewne, pośpiesznym szczebiotem, paplaniną nastolatki, a przynajmniej tym, co pisarka uważa za słodką paplaninę. W tym wszystkim gubią się, nieliczne już zresztą, ładne porównania Autorki i nieśmiertelne łacińskie maksymy pana Borejki, razem z klimatem zakurzonego, pełnego książek mieszkania rodziny, przesyconego prawdziwym ciepłem, za to dając tylko wnętrze McDonalda, oferujące wszystko i szybko. Magia więc bezpowrotnie znika, zostawiając tylko, owszem, technicznie bardzo sprawny, slang z powieści dla nastolatek, napisany przez osobę, która za wszelką cenę chce się odmłodzić i dogonić o wiele młodsze przeciwniczki (zupełnie jak Madonna, tyle że uważam, że na płycie Rebel Heart niemal jej się to udało), co jest dość żałosne, bo czasu do dni popularności, na przykład, Opium w Rosole nie da się już cofnąć, a teraz wiek się nie liczy, jedynie pomysły i umiejętność przyciągnięcia czytelników.

Okładka, delikatnie mówiąc, do najlepszych nie należy. Przedstawiona na niej Magdusia, ze swoją klopsikowatą fryzurką i kluczykami, które są motywem przewodnim książki, zwieszającymi się skądś tam, wygląda niezbyt gustownie. Obrazek na okładce, będący właściwie od zawsze mocną stroną powieści pisarki, tym razem zawiódł. Magda w ogóle nie jest sympatyczna, za to jej twarz przypomina jakąś maskę i to w dodatku źle zrobioną, bo nieco przekrzywioną i nieco zakrytą przez tę okropną czerwoną chustkę. Wiem, że znów się czepiam, ale Magda nie wygląda porządnie i sympatycznie, wręcz przeciwnie, nie mówiąc o tym, że nie ma tego czegoś, co było w poprzednich wizerunkach bohaterek kolejnych tomów cyklu. Wolę sobie popatrzeć na tył, gdzie sukienka ślubna Laury wisi sobie w próżni obok choinki i pomyśleć o moich niespełnionych nadziejach dotyczących kolejnego spotkania z cudną parą, jaką jest Adam i Tygrys (kocham Czarną Polewkę i Sprężynę niedorzeczną, szaloną miłością, więc aż strach pomyśleć, że tom następny jest niezwykle słaby) kiedyś byli i cieszyć się w sercu, że jedna z ulubionych bohaterek całej Jeżycejady znalazła w końcu stabilizację (i skończyła jako Dobra Laura, choć w to nie wierzę). Cóż. Nawet z tym pisarka się postarała, umieszczając na okładce dość niesympatyczne oblicze, na nie najlepszym obrazku.

Na początku byłam zszokowana, a teraz jestem po prostu rozczarowana. I chyba już pogodzona, że czasy Jeżycejady mijają, że, być może, po Sprężynie Autorka nie wyda kolejnej powieści tak dobrej powieści, na siłę doklejając jeszcze dziesięć, dwanaście lepszych albo gorszych gniotów. Szkoda w sumie, bo przecież współczesność, pierwsza dekada XXI wieku, w której tkwimy, nie musi być wytłumaczeniem dla słabych książek pisarek, które z takim powodzeniem tworzyły wcześniej. Prawda, że żyjemy w pośpiechu i chcemy mieć więcej i szybciej, ale McDonald nie jest symbolem naszej epoki, a stary świat, świat starych Borejków, został zepchnięty do lamusa, ale nie odszedł. Nie widzę więc w problemu w mieszaniu tego starszego świata z tym nowszym, w eleganckich proporcjach i przy zachowaniu starej maniery. Nie widzę potrzeby unowocześniania czegoś na siłę, zmieniania proporcji, tam, gdzie osiągnięto harmonię. Nie widzę też ciągnięcia czegoś, co dla większości zostało już definitywnie skończone, zamknięte; nie ma sensu wskrzeszać i odmładzać czegoś, co powinno zostać w nienaruszonej, starej postaci, doklejać nowych elementów do całości. To tak, jakby oblepiać stare pomniki krzykliwymi reklamami, zupełnie bezsensu. Ba! Gdyby pisarka postanowiła nie burzyć tego, co jest już zbudowane, a nie zanurzać wszystko w nowoczesnym sosie, przyprawiać solą prostego, nieskomplikowanego jakimiś trudnymi problemami i emocjami życia, piec tak, by pozbawić magii, a na końcu podać w opakowaniu nieśmiesznego humoru i nieciekawych historii miłosnych rodem z McDonalda.

Tytuł: „McDusia”
Autor: Małgorzata Musierowicz
Moja ocena: 1,5/10 

wtorek, 31 marca 2015

Księżna Daisy, Hitler i schizofrenia. Recenzja książki

Wałbrzych to jedno z najciekawszych miejsc w Polsce. Byliście tam? Zniszczone miasteczko, bardzo nieciekawe i zamek. Ale jaki zamek! Mieszkała tam tajemnicza księżna Daisy von Pless, niemiecko-angielska arystokratka, która posiadała drogocenne perły i którą pochowano w nieznanym dotąd miejscu. Wypędzili ją hitlerowcy, przeznaczając zamek dla Führera, a bliską kopalnię na sieć tajemniczych, wciąż niezbadanych bunkrów. Te korytarze, kopane przez żydowskich więźniów z obozu Gross-Rosen, stanowią wciąż nierozwiązaną zagadkę, na której temat (jak na temat każdej mrocznej, zagadkowej zagadki) powstaje wiele, czasem bardzo fantastycznych teorii. Fabryka broni atomowej (to, moim zdaniem, najbardziej prawdopodobna teoria), którą ten nieobliczalny psychopata od swastyk i mordowania podludzi chciał zniszczyć Anglię? A może coś zupełnie nieprawdopodobnego – transporter w czasie i przestrzeni niczym z filmów i powieści SF Rafała Kosika. Lub – również dość możliwe – laboratoria, gdzie bestie pokroju doktora Mengele prowadziły badania nad nadczłowiekiem? Cokolwiek by tam nie było, jest to miejsce ponure i tajemnicze. Mroczne. Jakby to, co tam się działo, wciąż nie odeszło, zła energia i wspomnienia wciąż wirowały w powietrzu, zarażając kolejne osoby, wchodząc w ich mózgi, w ich myśli, tak głęboko, żeby myśleli, że to są ich własne? Chociaż może nie – w innych miastach dzieje się tyle samo zła. Jednak nie można wykluczyć, że atmosfera w Wałbrzychu jest zła, zepsuta. I że to doskonała sceneria dla ludzkich dramatów i ludzkiego mroku, który tutaj zyskuje jeszcze ciemniejszych odcieni.

Do tego miasta przyjeżdża Alicja Tabor, dziennikarka, osoba niezbyt szczęśliwa, pełna złych wspomnień i sądów na swój temat (samo nazywanie się Niedobitkiem o czymś świadczy). Zwabiły ją porwania dzieci, które zginęły bez wieści, ale także własne, niekoniecznie wesołe wspomnienia. Przyjeżdża, by policzyć się z duchami przeszłości – duchem siostry, Ewy, którą kochała i która popełniła samobójstwo i duchem ojca, z wykształcenia historyka, który zatracił się poszukiwaniami skarbu księżnej Daisy – jej słynnych pereł – dzięki czemu, jak obiecywał, rodzina miała się stać bogatsza i szczęśliwsza. By się pogodzić z matką, poznać jej historię, zrozumieć, dlaczego teraz jest taka, jaka jest (a jest z nią bardzo, ale to bardzo źle). Podczas swojego pobytu przeżyje wiele rzeczy, które można by spodziewać się po tym miejscu, rzeczy nie tylko mrocznych i tajemniczych, ale także fantastycznych, niemal jak z horroru czy lepszej, mającej ambicje, grozy. Zetknie się z podłością ludzkiego życia, marną egzystencją, zakłamaniem, fanatyzmem, ulotnym uczuciem i wspomnieniami, których nie chciałaby mieć, a także historiami, których tak naprawdę nie chciałaby znać. Trudność polega też na tym, że świat Alicji z każdym dniem przypomina coraz bardziej groźny, pozbawiony logiki sen, z którego przecież nie można się obudzić.

Największą zaletą książki jest jej nastrój, atmosfera. Ciężki, gęsty, mroczny. Przytłaczający, ale jednocześnie hipnotyzujący, zmuszający czytelnika, by dalej się zagłębiał, pogrążając się jeszcze bardziej. Owijający się wokół człowieka jak mrok, kiedy wejdzie się w cichą, bezgwiezdną noc do ciemnego pokoju. Odważę się powiedzieć nawet, że bardzo schizofreniczny, a nawet to jest dobre określenie, bo choroby psychicznej tu dużo. Jakby dla przeciwwagi mamy opisy egzystencji ludzi z tych ze zrujnowanych domów, żyjących dość prymitywnie i biednie, podle, można by powiedzieć, bo bez godności. No i tę paplaninę z Internetów, przywodzącą na myśl onetowskie komentarze pod co bardziej ekscytującymi wiadomościami i recenzjami (chociaż, żeby być szczerą, dodam, że momentami Autorka przedobrzyła). Razem tworzy to mieszankę z granicy schizofrenicznych horrorów, rasowych powieści gotyckich i eksperymentalnych pozycji zafascynowanych ohydą, którym niedaleko już do turpizmu. A nad tym wszystkim unosi się mgła depresji, fatalizmu, dekadencji i pogardy dla ludzi małych, pragnących stać się kimś więcej, przyprawiona gęstym, gryzącym dymem papierosów, zapachem brudnych, zaniedbanych dzieci i pewnymi niebezpiecznymi istotami, które balansują na cienkiej granicy między jawą a chorą wyobraźnią – prawdą a kłamstwem.

Język momentami nie radzi sobie z tematem, styl Autorki, niestety, czasem grzęźnie. To pułapka barokowego stylu, szukania plastycznych porównań do wszystkiego, co opisuje. Chociaż z osobistym wątkiem Alicji – tego rodem z horroru, zahaczającego momentami, przynajmniej takie miałam wrażenie, o wysmakowane dark fantasy czy przynajmniej ambitną grozę, pisarka radzi sobie wyśmienicie, opisy ludzkich podłości, mieszkań z włączonymi wiecznie telewizorami lub tanimi bibelotami są już słabe, bardzo przeciętne. O rzeczach prostych, a wręcz prostackich, trzeba pisać prosto, a czasem nawet prostacko, przynajmniej taka jest moja opinia na temat. O ile większe wrażenie robi powiedzenie wprost, że ktoś miał brudne, śmierdzące nogi niż roztkliwianie się nad stopami w kolorze cytryny czy czymś w tym rodzaju. Jakby tego nie było dość, z wątkiem trzecim – nagłym wybuchem fanatyzmu w mieście, zapoczątkowanym przez pewnego górnika, a rozpowszechnionym przez pewnego podejrzanego typa o nazwisku Łabędź, jest bardzo słabo. Pomijając, że ów wątek został przyklejony na siłę, jakby w ostatniej chwili, zupełnie bez polotu wiążąc się gdzieś tam z porwaniami dwóch niechcianych dzieci, bo o tym więcej napiszę później, pisarka gdzieś zagubiła swój styl, zanurzając się w zwykłych, nierobiących na mnie większego wrażenia, zdań, idąc, tak mi się wydaje, na łatwiznę. Nie winię Autorkę, po prostu czasami zdarza się, że ktoś potrafi jedną rzecz robić świetnie, a druga zupełnie nie wychodzi. Tak samo jest z pisarką. Po mistrzowsku umie pisać o mroku, otaczającym samotnego człowieka, wspomnieniach opadających na niego czarnym strumieniem, o potworach kryjących się w głębi człowieka, o tajemnicach mrocznego zamku Książ i Wałbrzycha, o chorobie i śmierci, więc moim skromnym zdaniem powinna pisać tylko o tym. Słowa w wątku Alicji bowiem budują, poza nastrojem, niezwykle plastyczne obrazy, wspomnienie budzi wspomnienie, wszystkie pojawiają się na zasadzie rosyjskiej matrioszki. Umiejętnie wykorzystane środki sprawiają, że świat z opowieści Ewy staje się niemal tak samo realistyczny, jak ponura ulica, wizje wirują szaleńczo na stronach powieści, jednocześnie tworząc wolno poruszany do przodu, doskonale działający mechanizm. Jednocześnie pisarka zanurza w tym wszystkim realny świat, motając go w sieć słów i sprawiając, że staje się on tak samo odrealniony, jak historia Ewy o księżej Daisy.

Dialogi – one zasługują na oddzielny akapit. Pisarka, jak na jej talent przystało, nie poprzestaje na zwykłych dialogach, jakie znamy z innych powieści. W tej materii bardziej przypomina Ulissesa Joyce'a, tę iście eksperymentalną książkę dla zupełnych maniaków, którą, z braku przecinków, czyta się bardzo wolno. Czyta się? Mam wrażenie, że na świecie mało kto w ogóle wie, o czym to jest. No ale to dygresja. Pisarka, aby bardziej upodobnić książkowe rozmowy do tych prawdziwych, potocznych dialogów, czasami łączy klika słów, a czasami dzieli je tam, gdzie zwykła logika zabrania tego robić. Próbuję traktować wszystkich pisarzy równo, ale po prostu trzeba przyznać, że dla innego pisarza taki odważny zabieg byłby po prostu samobójstwem, w dodatku tragicznym. Chylę więc czoła przed umiejętnościami pisarki, bo, ja, na przykład, nie odważyłabym się na to.

Okładka jest – można by powiedzieć – dość zwyczajna. Ciemna sylwetka w kapturze na tle ciemnobłękitnego, wieczornego nieba, z tytułem napisanym ładną, pochyłą czcionką. Chociaż całość wygląda naprawdę dobrze, moim zdaniem jest nie do końca odpowiednia, bo raczej przywołuje, przynajmniej u mnie, skojarzenia z poetyckim zachodzącym niebem niż z mrokiem, jakim spowita jest ta książka. Trzeba jednak przyznać, że do tytułu odpowiednia, więc zbytnio nie narzekam. Z drugiej strony okładki jest opis, z którego – między innymi – wynika, że Autorka lubi, a przynajmniej czytała Władcę Pierścieni Tolkiena, co sprawiło, że polubiłam ją, a także sięgnęłam po powieść. Niezły chwyt, szczególnie jak na fanów tej książki, naprawdę.

Moją ulubioną bohaterką, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, jest siostra Alicji – Ewa. Mimo że formalnie, że tak brzydko powiem, leży i rozkłada się w grobie, została bardzo dokładnie przedstawiona, szczególnie przez jej żyjącą siostrę i chłopaka – Dawida, z którym łączyła ją nieszczęśliwa miłość. To na niej skupia się cały mrok powieści, jakby wszystkie zło, przez lata zamieszkujące zamek, tunele i miasto, skryło się w jej ciele, albo ona je przyciągała. Raczej to drugie, z uwagi na to, co nieszczęsna dziewczyna przeżyła. Doprowadziło to do powolnej, coraz cięższej choroby psychicznej, ale ta, jak pokazuje Autorka, jest czymś więcej i Ewa o tym wie. To złe istoty z jej wyobraźni to śmierć i jeszcze jedna sprawa, która zniszczyła życie, doprowadziła do samobójstwa. Dziewczyna we wspomnieniach Alicji (vel Niedobitka vel Wielbłądki) jest wciąż żywa, ze swą niezwykle barwną wyobraźnią i tragiczną śmiercią I wraca do niej – w liście z przeszłości, umieszczonym w jednej z książek, które lubiły kiedyś razem czytać (pomysł tak wyświechtany, że aż szkoda, no ale cóż). Ewa jest postacią wielowymiarową i świetnie skonstruowaną. Autorka przedstawia ją z niezwykłą wrażliwością, zrozumieniem, jednocześnie nie przemilcza żadnego z tragicznych wydarzeń w jej życiu, ani żadnego objawu choroby, co jest dość okrutne. Pisarkę, a trzeba to dodać, należy pochwalić za ciekawą, wręcz fascynującą postać ukochanego Ewy – Dawida, a także stworzenie jego ciekawej historii.

Postać głównej bohaterki nie jest już taka ciekawa, chociaż na wielu portalach zauważono, że pisarka kreuje Alicję na swoje alter ego (anagram nazwiska Tabor – Bator). To przytłoczona życiem kobieta z wieloma upiornymi wspomnieniami, które gonią ją i dopadają wszędzie tam, gdzie jeździ. Nie ma rodziny, liczy tylko na przygodny, smutny seks za nic z mężczyznami spotkanymi, na przykład, w supermarkecie. Później jest także jedną z niewielu racjonalnie myślących, obrończynią sprawiedliwości i tak dalej, ale to w tej drugiej części, do której będę się czepiać i przez którą, już teraz zapowiadam, w ostatecznym rozrachunku odpadnie całkiem dużo punktów. Ja jednak jej nie lubię, nie ma w sobie nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, pociągnąć, zaintrygować. Alicja, będąc narratorką, a więc najważniejszą postacią książki, ginie pod malowniczością postaci swojej siostry, a także zostaje usunięta w cień przez, niestety, inne, gorzej skonstruowane postacie.

Więc zaczynamy (cóż, przyznaję się, że zacieram ręce z satysfakcji). W książce pojawia się także ilościowo dość duża grupka bohaterów pozostałych, tydzień po przeczytaniu książki nieidentyfikowalnych z imienia, no, oprócz ichmości Łabędzia, których rysy rozmyły się, albo nie została umiejętnie pokazana. Chłopak, a właściwie mężczyzna, z którego ramionach Alicja przez jakiś czas szuka pocieszenia i, oczywiście seksu, tajemniczy i pociągający, który przyjeżdża do Wałbrzycha z tajemniczą misją to całkiem niezła postać, jednak pisarka poświęciła mu za mało miejsca, by cokolwiek o nim więcej powiedzieć. Jest jeszcze przyjaciel Alicji z dzieciństwa, który, jak to teraz bywa, jest dziewczyną. Jednak ta niezwykle ciekawa postać pojawia się tylko na chwilę, by zaraz zniknąć i pozostawić po sobie nie tylko niedosyt, ale i wrażenie niedopracowania, także w kwestiach relacji z główną bohaterką (vide scena, w której Alicja zostaje poczęstowana przez nią – niego – ciasteczkami z marihuaną i potem budzi się w swoim domu, co nie robi na niej żadnego wrażenia). Nie mam nic przeciwko absurdalnym, ciekawym postaciom, ani rzeczom wyjętym jak z szalonych snów, ale tylko wtedy, kiedy są one dopracowane. A tutaj do dopracowania jeszcze trochę brakuje. Miałam apetyt na więcej, czytając także o babci Patryka, a także o tamtej kobiecie od dwóch dzieci, które zaginęły. Można by dodać jeszcze kilka fragmentów, kilka szczegółów, przynajmniej takie jest moje marzenie, ale, niestety, nie wszyscy nie mogą mieć tego, co chcą. Takie jest życie, niestety.

Pomysł był ciekawy, jak wszystkie pomysły o wracaniu do swoich koszmarnych wspomnień z dzieciństwa, na stare śmieci. I tu znów na pierwszy plan wysuwa się historia Ewy – muszę przyznać, ze wcześniej nie czytałam niczego podobnego, pełnego tak zaskakujących zwrotów akcji i cieszących oko szczególików – szczególnie dobrze napisane i zaskakujące są te utrzymane w konwencji horroru, albo przynajmniej grozy. Tak było z historią porwanych dzieci, ale ostatecznie zaskoczyła mnie tylko historia Patryka. Reszta zakończyła się bez pomysłu, bardzo schematycznie i bardzo nijako, jakby Autorka, zaczynając pisać ten wątek, liczyła na ciekawe zakończenie, które przyjdzie jej do głowy podczas pisania, a ponieważ nie przyszło, zakończyła to byle jak. Wepchniętego na siłę wątku politycznego nie komentuję, bo może nie byłoby tak źle, gdyby pisarka wysiliła się i spróbowała nieco wyważyć swoje osądy. Bo nawet to, co działo się pod słynnym krzyżem na Krakowskim Przedmieściu nie było tak radykalne, nie mówiąc o kontrowersyjnych, katolickich mediach. Uważam, że czasami jednak trzeba posłuchać starożytnych, którzy mądrze prawią, że złoty środek jest niezbędny. No ale religijność Polaków, kontrowersje i inne rzeczy to temat na inną, osobną książkę, a nie na płaski, niezbyt trzymający się kupy, płaski wątek w książce, która, moim zdaniem, powinna być o czym innym. Albo przynajmniej na początku była.

Fabuła, akcja jest najsłabszą stroną książki. O ile początkowe, zapętlone wspomnienia Alicji mają w sobie charakterystyczną logikę mrocznego snu , to fragmenty od miejsca, w którym Alicja i jej przyjaciel, w czasie zimy, postanawiają kochać się w lesie, tracą wszystko, co było w powieści dobre, łącznie z jakąkolwiek logiką. Pisarka po prostu chciała złapać za dużo srok za ogon – i pogodzenie się Alicji z przeszłością, i mroczny, nierzeczywisty klimat, i spotkanie z matką, i zakończyć jakoś efektownie wątek porwanych dzieci, i skrytykować, aczkolwiek dość nieumiejętnie, wydarzenia w naszym kochanym kraju nad Wisłą – szczególnie myślę o reakcji pewnych środowisk na katastrofę pod Smoleńskiem już niedługo 5. rocznica, jak ten czas leci...). A ponieważ łapanie wszystkiego na raz nie udaje się nigdy, z każdą następną kartą historia sypie się w piękną ruinę. Wydarzenia na rynku nabierają tempa, z każdą chwilą stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, od tego, co Autorka ma zamiar krytykować, nawet od irracjonalnego snu. Finał historii porwanych dzieci przypomina zmoczony fajerwerk, który nie jest już w stanie wybuchnąć. A w tym wszystkim rozmywają się wspomnienia głównej bohaterki, będące przecież największym atutem. Język, który tak wspaniale opisywał mrok, tutaj świeci tylko absurdalną pustką, czasami będąc tylko nadmuchanym opakowaniem. Być może tak miało być – dziwnie, absurdalnie, na granicy jawy, wspomnień i chorych snów. Jednak pisarka nadmiernie wszystko komplikuje, dodatkowo plącze i sama się wpędza w mieliznę, z której próbuje, już nadaremnie, wyjść na końcu książki, sklecić słoik z rozbitych części, serwując nam sentymentalne zakończenie, po którym miałam wrażenie, że skończyłam inną książkę, niż zaczęłam. Wielka przykrość, naprawdę. Niech już od początku będzie źle, niech nas powieść nie zwodzi świetnym początkiem, żeby później rozczarować zakończeniem i środkiem. Albo, najlepiej byłoby, żeby z każdą stroną była coraz bardziej zachwycająca, z coraz bardziej porywającą fabułą. Eh! Marzenia! Komu się spełniają w stu procentach?

Książka ta została nagrodzona najbardziej prestiżową polską nagrodą literacką, Nike (był to jeden z powodów, dla których zainteresowałam się tą powieścią). Widać, że komisja wybierająca najlepsze utwory ma zupełnie inny gust niż ja, bądź jestem głupia i nie potrafię rozpoznać diamentu leżącego przede mną. Bądź też z tymi nagrodami coś jest nie tak, kto wie. Ja na pewno nie wybrałabym tej książki, chociaż na początku zanosiło się na to. Zbyt dużo błędów jak na mój wybredny, dziwny gust. Te kwestie polityczne, którym brakuje wyważenia, nie mówiąc już o wplataniu tego w coś, co powinno być mroczną, polską wersją W poszukiwaniu straconego czasu. I wciąż jednak, jak dla mnie, za mało księżnej Daisy, Hitlera oraz tego, co najlepiej zapowiadało się tutaj, czyli Ewy i jej schizofrenii.

Tytuł: „Ciemno, prawie noc”
Autor: Joanna Bator
Moja ocena: 6/10


czwartek, 12 marca 2015

Szkoda czasu. Recenzja książki

Bardzo chciałabym potrafić przenosić się w czasie i to z wielu różnych powodów. Po pierwsze, mimo że bez laptopa, tabletu, odtwarzacza MP3 i kilku innych gadżetów nie mogę żyć, czasami czuję się bardzo niedzisiejsza. Może to wina książek, ale mimo starań nie potrafię znaleźć większego sensu w słuchaniu radiowego popu dla przyjemności, grania w niektóre gry komputerowe, nie mówiąc o posiadaniu chłopaka w gimnazjum bądź w podstawówce. Po drugie, dużo ciekawych osób, które chciałabym poznać, umarło dawno temu, a nie mam (na szczęście) daru nekromancji ani też nie zamierzam wywoływać ich duchów, bo w to akurat nie wierzę. Do tych osób zaliczają się Napoleon Bonaparte, niektórzy z polskich królów i książąt, a także Joanna d'Arc i Maria Stuart. Po trzecie, chciałabym zobaczyć rzeczy, które, niestety, przestały istnieć tak jak wiszące ogrody Semiramidy czy posąg Zeusa w Olimpii. Albo Forum Romanum. Zabawnie byłoby, gdyby okazało się, że wszyscy historycy nie mieliby racji co do wyglądu budowli na rzymskim rynku, prawda?

Co do podróży do przyszłości –jeśli, sądząc po tym, co dzieje się teraz na świecie, jakaś przyszłość czeka ten świat – nie mam na nią zbytniej ochoty, nawet jeśli kusi ona coraz ciekawszymi wynalazkami. Chociaż znam wiele optymistycznych wizji, sama jestem raczej realistką, co, szczerze mówiąc, oznacza, że jestem pesymistką. Zresztą, jak pisałam wyżej, jestem osobą dość staroświecką i wycofaną, by żyć we wciąż przyspieszającym świecie (a może zbyt leniwą, ha?). Cóż.

Chyba nie tylko ja mam takie marzenia, o czym świadczy ilość książek o podróżach w czasie, na Wehikule Czasu Wellsa zaczynając, a kończąc na pospolitych paranormalnych romansach, tym razem o dwójce ludzi podróżujących w czasie lub o dwójce ukochanych (jakie to romantyczne! Zaraz przytulę tego pieczonego kurczaka, którego miałam dziś na obiad) rozdzielnych przez rwącą rzekę czasu lub też Tego Złego, a raczej Tego Zazdrosnego, grasującego po historii jak dziki zwierz, którego bohaterowie próbują powstrzymać. Dopuszczalny jest jeszcze motyw kochanka z, dajmy na to, z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku i jego nowoczesnej kochanki, którzy rozpaczliwie próbują być razem, na przekór wszystkim i wszystkiemu. Ojej. Przepraszam najmocniej kochaną publiczność. Jeszcze nie napisałam, jakiej książki będzie dotyczyć recenzja, a już zdradziłam większość fabuły. Wybaczycie i będziecie czytać dalej?

Michele (przez jedno „l”) to zwykła dziewczyna z XXI wieku. Jej matka jest z jakiegoś bogatego rodu, który się jej wyparł, a sama Michele uczy się (oczywiście) bardzo dobrze, ma dwie przyjaciółki i pisze piosenki. A także śni o nieprzyzwoicie przystojnym chłoptasiu, który nie istnieje. Pewnego pięknego dnia do szkoły dziewczyny przyjeżdżają policjanci, żeby przekazać jej iście hiobową wieść – matka zginęła w wypadku. I co teraz? Dziewczyna, choć bardzo chce, nie może zostać zaadoptowana przez rodziców swojej najlepszej przyjaciółki i musi przenieść się do swojej jedynej rodzinny, jaka jej została – nadzianych dziadka i babki, spadkobierców jednego z największych rodów w Ameryce. Przez wiele czasu nie utrzymywali kontaktu z córką i wnuczką, tylko dlatego, że matka dziewczynki w swoich młodych i grzesznych czasach uciekła z jakimś młodym, biednym fizykiem, który następnie uciekł od żony i małej córeczki w bliżej nieokreślone miejsce, pozostawiając im tylko tajemniczy wisiorek z kluczykiem. Kiedy przyjeżdża do wrednych, sztywnych dziadków, egzystujących w warunkach, o jakich wcześniej dziewczyna mogła tylko pomarzyć, okazuje się, że dzięki kluczykowi i dziennikowi jednej z przodkiń, może przemieszczać się w czasie. Zgodnie czy niezgodnie z jakimiś prawami fizyki, wymyślonymi przez Autorkę czy też nie, naszą bohaterkę nie widzą wszystkie osoby, tylko wybrane, przy czym nie wiemy, dlaczego akurat te. W przeszłości nasza piękna, dzielna bohaterka pomaga jednej z nich, Clarze, zaadoptowanej z sierocińca, przełamać niechęć przybranej rodziny, a Lily zacząć karierę w muzyczną w jazzie, wtedy zupełnie niepopieranym przez arystokrację i uważanym za muzykę dla czarnych, że tak nieprzystojnie określę czarnoskórych (ale właśnie wtedy tak myślano). Jednak – bo to wszystko by poniektórych zanudziło, mamy romans między arystokratycznym Phillipem a naszą bohaterką. Ponieważ Michele słynie z pisania piosenek, w czym prześciga znacznie Się Furler i Agnieszkę Osiecką razem wzięte, a Phillip jest muzykiem (co, ponownie, nie jest akceptowane przez jego konserwatywnych rodziców), piszą razem inteligentną piosenkę, wcześniej wspólnie tańcząc na balu maskowym. I tak zaczyna się straszliwy w skutkach romans, jak słusznie domyślamy się, pełen dramatycznych zwrotów, o których opowiada ta książka, jak i następna, i następna, bo Autorka rozwija swój pomysł na kilka, stosunkowo cienkich, tomów.
Wiecie, co podobało mi się najbardziej? Wydanie. Nie chodzi o ten marny duplikat na okładce, ale o środek. Dobry papier i zdobienia na rogach stron, których kompletowanie było znacznie ciekawsze od tego, co kryły inne znaczki na stronie, zwane literami. W każdym razie przynajmniej było otwierać książkę, a to już jakieś osiągnięcie.

Okładka – chociaż jak wspominałam już wyżej – jest duplikatem innej, nie jest tragiczna. Smutna, lalkowata dziewczyna w XVIII/XIX -wiecznej sukience z gorsetem na tle zegara z rzymskimi cyframi. Trochę kojarzy mi się z jakimś blogiem, na którym nastolatka opisuje wymyśloną przez siebie historię. Hm. Skojarzenie na tyle trafne, że pisarka na razie faktycznie pisze jak nastolatka. Okładka, w każdym razie, nie przyciąga wzroku na sklepowej półce, ale kiedy weźmie się w ją w rękę, miło popatrzeć, bo przecież nie ma tragicznie dużo różu, ani niczego, co sprawiałoby, że książka graficznie odrzuca.

Decyzja, co jest lepsze – bohaterowie, styl pisarki czy fabuła – jest wbrew pozorom bardzo trudna. Dlatego zaczniemy od tego, co jest mniej bolesne – czyli stylu. Bo przecież nowicjuszy, debiutantów literackich nie można oceniać tak surowo jak starych wyjadaczy. Bo Autorka ma styl charakteryzujący właśnie debiutantkę, która, na dodatek, wielkich zdolności literackich nie ma i raczej mieć ich nie będzie. Przynajmniej w opinii Kylie Krytyka Literackiego, jednego z wcieleń Kylie Grafomanki, która pewnego razu przeczytała książkę i pokręciła swoim niezbyt urodziwym nosem. Szczerze mówiąc, styl książki dziwnie kojarzy mi się z grafomańskimi wypracowaniami w później podstawówce u zdolniejszych, późnym gimnazjum i wczesnym liceum u tych, którym zależy tylko na dobrych ocenach, a utworom ich nie można zarzucić nic oprócz polotu (tak nawiasem, moje wypociny też chyba nie mają polotu, ale co tam). Wszystko jest wypchane z emocji, proste, niemal toporne i technicznie sterylne. W miejscach, kiedy Autorka próbuje nadać swojej pisaninie znamiona autentyzmu tudzież emocji rodem z filmów, w których przy epickiej muzyce możemy obserwować średniowieczne bitwy, wychodzi jej co najmniej śmiesznie. A przecież romans, który przedstawia w swojej powieści, zgodnie z wymogami gatunku, powinien nieść dużo emocji. Czasami, chyba nieświadomie, sama wszystko psuje, bo kiedy emocje dochodzą do zenitu, Michele mówi „Łał!” i wszystko opada. Często Autorka popada także w nadmierną, dziennikarską opisowość, w której poza faktami nie ma nic. By zakończyć w miarę możliwości optymistycznie tę część, dodam, że było na tyle dobrze, że dało się przeczytać od deski do deski, co jest niezwykłym plusem i niejaką motywacją dla Autorki na przyszłość.

O opisach naturalnie nie będę wspominać, bo oprócz informacji jak z przeciętnego przewodnika na temat domu Windsorów, dostajemy tylko równie drętwe opisy ukochanego Michele, kolejnego przystojnego, idealnego, męskiego bóstwa. Nie ma to być jakieś dzieło sztuki, ale powieść dzięki temu zyskuje, przynajmniej moim zdaniem, na kolorycie, staje się ciekawsza, autentyczna i żywa. Jednak wnioskując ze stanu aktualnego, Autorka, jeśli chodzi o opisy, ma jeszcze przed sobą długą, pełną wyzwań i wybojów drogę. Ciekawe tylko, czy będzie jej się chciało ją przejść, a tym samym zyskać w moich wrednych oczach.

Trzeba podkreślić, że miałam nadzieję, że gdy bohaterka będzie podróżować do 1910, pisarka opisze ciekawie czasy, w których Michele się znalazła. Niestety, nie dowiedziałam się niczego, czego już wcześniej nie wiedziałam. Autorka pisze to, co dla każdego, jeśli chodzi o tę epokę, jest mniej lub bardziej oczywiste i, przede wszystkim, bezpieczne. Co prawda, na końcu zachęca swoich czytelników do przejrzenia książek, którymi sama się inspirowała, ale poza serią o Ameryce, Wielkiego Gatsby'ego, kilku książek o tym, co działo się Ameryce podczas II Wojny Światowej, a także te dotyczące Einsteina i jego teorii na temat podróży w czasie. Nie twierdzę, że pisarka ich nie czytała, ale przeczytać książkę a ożywić za jej pomocą świat własnej to dwie rzeczy. Zresztą, choć sama lubię powieść F. Scotta Fitzgeralda, nie jest to na pewno pełne źródło mówiące o Szalonych Latach Dwudziestych.

Trzeba także, niestety, przyznać, że pomysł czuć odgrzewaniem. Podróże w czasie, rozdzielenie czasami i miejscami, inne czasy i cały ten problem z czasem. Ile jest na rynku powieści różniących się tylko trochę albo nieróżniących się w ogóle? Rzeczy, które tutaj mogłyby być oryginalne, zostały połknięte przez ten powtarzalny motyw miłosny, który, w niemal takiej samej postaci, zaczyna w końcu irytować. No i nie mówiąc o tym, co, przypuszczalnie, będzie działo się w części drugiej, którą zamierzam przeczytać tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, czy mam rację. Przewiduję więc, że w jakiś sposób Phillip znajdzie drogę do ukochanej, ale na przeszkodzie do spełnienia ich miłości stanie ktoś lub coś. Ciekawe, czy mam rację.

Bohaterowie tej książki, moi kochani. Będzie mniej niż mam ochotę napisać, bo jednak Teksańska masakra piłą maszynową to nie jest mój ulubiony horror. Z drugiej strony trochę mi żal Michele, która wypłakała tysiąc i jedno wiadro łez za swoją kochaną matką i której wiarę w świat przywrócił Phillip i ta niezwykle wybitna piosenka. Nie, to był sarkazm. Michele nie okazuje żadnych emocji, a swoją fascynację czymś potrafi zmieścić tylko w jednym, niezwykle głębokim słowie - „Łał”. Przypomina mi lalkę, niezwykle piękną i taką, w jakiej może zakochać się każdy mężczyzna, ale tylko lalkę (tylko nie uśmiechajcie się dwuznacznie bądź obleśnie, wszystkie podteksty są niezamierzone). Jak na główną bohaterkę, droga Autorko, Michele jest zbyt płaska i papierowa. Zbyt? Chyba nie można być bardziej płaskim i papierowym, skoro już się takim jest, ale porzućmy te moje idiotyczne, językowe dywagacje. Każdy wie, o co mi chodzi, prawda? A ponieważ nie jest to książka o opisach, jak Nad Niemnem Orzeszkowej, to znaczy, że pisarka się, delikatnie mówiąc, nie wysiliła, albo nie potrafi konstruować pełnowymiarowych postaci. Raczej, w tym przypadku, dwie rzeczy naraz. To się samo tyczy drugiej osoby, o której mamy w tej powieści najwięcej – Phillipie. Ów młodzieniec tylko na początku uważa, że jego piękna, niewidoczna dla innych dziewczyna kłamie, mówiąc, że pochodzi z przyszłości, a koncepcji ciężkiego przypadku schizofrenii nawet nie rozważa. Kilka rozdziałów później pyta, jak wygląda świat nowoczesny, przy czym on również oddaje hołd dzisiejszej cywilizacji i jest za postępem. Nie wiem, jak bym się zachowała w takiej sytuacji, ale jedno jest pewne – nie wierzyłabym zjawie, której nikt oprócz mnie nie widzi, a już na pewno bym się nie zakochiwała. Szczególnie że Phillip jest nieco jak Edward z mojego ukochanego Zmierzchu – nowoczesna Michele, zapominając o trupie swojej biednej matki, prowokuje biednego chłopaka, któremu rodzicie od najmłodszych lat wmawiali, że pewne rzeczy można robić dopiero po ślubie. W każdym razie, chociaż widać, że Autorka miała mnóstwo pomysłów, wyszło z głównych bohaterów, co wyszło. Czyli nic.

Postacie drugoplanowe są tylko papierowym, nudnym tłem. Imionami, nazwiskami, chociaż niektóre, tak jak Clara czy Lily, przy większym doświadczeniu, ale i dbałości Autorki miałaby się szansę rozwinąć w coś naprawdę ciekawego, oryginalnego. Jednak nie dziwi mnie takie marnowanie szans. Wielu, niestety, innych pisarzy robi podobnie. Nieodwołalnie płaskie i pozbawione nawet podstawowych cech, jakimi charakteryzują się przedstawiciele gatunku homo sapiens, są dziadkowie głównej bohaterki, którzy potrafią tylko sztywno się zachowywać, przytulać wnuczkę i zachować się jak roboty zaprogramowane na Surowych Dziadków, Którzy W Głębi Serca Chcą Dobrze Dla Wnucząt. Znam ten typ. Niemal tak samo popularny jak ciepła, pełna mądrości życiowej babcia i jej ciasteczka. Resztę przodków poznajemy tylko z imion i nazwisk, tak samo jak przyjaciółki Michele z czasów, kiedy mieszkała ze swoją mamą, chodziła do szkoły i tylko śniła o przystojniaku, z którym będzie tańczyć na balu. O matce i późniejszej przyjaciółce już oczywiście nie mówię, bo powiedzieć o nich, że ich osobowość jest podobna do osobowości postaci z gry The Sims 1 to jak powiedzieć o osobie ważącej dwieście kilogramów, że jest nieco otyła. Nawet zapominałam ich imion. Przyjaciółka nazywała się Cassie? Tak. No, dobrze, pamiętam ich imiona, ale nie jestem w stanie o nich więcej powiedzieć.

I co na podsumowanie tych wynurzeń? Tak jak w tytule – szkoda czasu. Możemy go spożytkować na, chociażby, czytanie książek czy oglądanie filmu, które mogą niemal naprawdę przenieść nas w przeszłość czy w przyszłość. Bo czy kolejna książka, której recenzję za pół roku będę czytać ze zdumieniem, że w ogóle taką książkę czytałam, jest warta uciekającego życia? No wiem, że popadam w rejony mdłego sentymentalizmu czy też deklaracji potencjalnych samobójców, że nic nie ma sensu, ale wiadomo, że są tysiące innych książek, lepszych, które warto przeczytać, przeżyć i zapamiętać, a może też wpisać na listę naszych ulubionych. W każdym razie ja mam jakiś z tego pożytek – kolejna książka obsmarowana błotkiem jak się patrzy. No ale nawet i ja muszę kiedyś umyć ręce po tej osobliwej zabawie i stwierdzić, że w sumie szkoda było mojego czasu. I Autorki, niestety, również.

Autor: Aleskandra Monir
Tytuł: „Poza Czasem”
Moja ocena: 1/10