Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Kot w śmietanie. Recenzja książki



Zdecydowanie nie należę do łasuchów – kiedy byłam mała problem jedzenia pożywnych kaszek spędzał sen z powiek mojej Mamy. Jeszcze kilka lat temu moje fochy wkurzały niejednego kelnera w eleganckich restauracjach, a moich znajomych i rodzinę w zakłopotanie wprawiały porcje jedzenia zostawione na moim talerzu. Z wiekiem jednak stałam się mądrzejsza (mam przynajmniej taką nadzieję), nie marnuję jedzenia, nakładając sobie małe porcje. Zrozumiałam, że podczas gdy wyrzucamy psu lub innym zwierzętom jakieś jedzenie, gdzieś na świecie dziecko umiera z głodu. Straszna to świadomość. I ta nie dająca spokoju myśl, co to byłoby, gdybym to właśnie ja była na miejscu tamtego człowieka. To, że z zasady nie potrzebuję dużo jedzenia nie znaczy, że czułabym się dobrze nie mając w ustach nic od kilku dni. Co prawda człowiek umiera szybciej od braku wody, ale śmierć z głodu jest długa i straszliwa. Szczególnie kiedy ma się świadomość, że gdzieś tam na świecie ludzie umierają z przejedzenia, wyrzucają mnóstwo dobrych rzeczy. Oczywiście nie wspominam o prawdziwej i mentalnej gimbazie, która wrzuca dobre kanapki do toalet i pisuarów (przyczyniając się tym samym do częstych awarii) oraz koszów na śmieci. Jednak z drugiej strony taka wiedza może też być marzeniem – dziecko wychowane w slumsach ma jakąś szansę na życie w świecie, w którym zabijającego szybko głód fast fooda można kupić za kilka euro. I chociaż dziecko to – czy dorosły – mieszka w skleconym byle jak domku w fawelach czy na afrykańskiej pustyni. Gorzej jest w czasie wojny, tym bardziej, że nowoczesne sposoby walki często niszczą zapasy poczynione przez cywilów i magazyny, niekiedy celowo. Głód zaczyna zaglądać w oczy, stając się największym wrogiem… 

Takim konfliktem była największa dotychczasowa wojna – II Wojna Światowa. W przeciwieństwie do poprzednich konfliktów, prowadzonych dla osiągnięcia konkretnych celów politycznych, wojna była wcielaniem w życie dwóch chorych idei – komunizmu i nazizmu, a Hitlerowi i Stalinowi marzyło się panowanie nad światem. To był konflikt o wiele bardziej okrutny niż poprzednie. Na ulicach obleganego przez Niemców Leningradu zdarzały się przypadki kanibalizmu. Pracujący na Syberii w straszliwych warunkach ludzie otrzymywali tylko talerz cienkiej zupy i kawał chleba; tak samo amerykańscy i australijscy jeńcy Japonii. Oni mieli jednak na tyle dobrze, że psi kawałek chleba otrzymywali dla siebie i mogli go zjeść (o ile ktoś im nie ukradł) nie martwiąc się o przygotowywanie jedzenia ze składników, których nie było i wyżywienie innych osób, na przykład dzieci, które same jedzenia nie zdobędą. O to musiały się martwić gospodynie w innych krajach, jak na przykład w Generalnym Gubernatorstwie, utworzonym na zajętych przez hitlerowców terytoriach polskich. Niemcy z jasnych przyczyn dążyli do wyniszczenia naszego kraju, ograniczali więc przydziały pokarmu do niezbędnych podstaw, jednocześnie zmuszając do ciężkiej pracy. A nikt nie chciał przecież umrzeć; pragnienie życia i obiektywny brak szans zmuszały do sprytu i korzystania ze wszystkich dostępnych i niedostępnych środków, stwarzania czegoś z niczego jak Salomon. A to, jak głosi stare porzekadło, Polak potrafi.

Dowód na to znajdziemy w tej książce – historycznej opowieści o kuchni i jedzeniu w czasach okupacji niemieckiej. Autorka, skupiając się na mieszkańcach wielkich miast, a w szczególności Warszawie, w kilku rozdziałach opisuje panujące tam warunki i sposoby zapobiegania powszechnemu głodowi, jaki powoli zaczynał zaglądać w oczy mieszkańcom Generalnej Guberni. Na samym kartkowym chlebie, słusznie nazywanym dźwiękowcem (chodziło oczywiście o sensacje żołądkowe i związany z tym efekt dźwiękowy) i marmoladzie, która konsystencją i barwą przypominała bardziej masę z utartych buraków i brukwi człowiek nie wyżyje – szczególnie że codzienna dawka dla dorosłego, pracującego ciężko mężczyzny była za mała i trzeba było się jakoś ratować. Tak więc w następnych rozdziałach Autorka pisze o szmuglu czyli przemycaniu żywności ze wsi do miasta i, ponieważ za ten proceder groziły duże kary, technikach ukrywania cennych towarów przed Niemcami. Nie będę tu wyjawiać dużo, żeby nie psuć potencjalnym Czytelnikom zaskoczenia, jakie ich czeka podczas lektury – zdradzę tylko, że Niemcy bali się chorób zakaźnych, wymyślano więc wiele kreatywnych sposób przenoszenia mięsa, ale nie tylko. W każdym razie gwarantuję wielokrotne zbieranie szczęki z podłogi, pomieszane z oczywistym podziwem dla naszych utalentowanych przodków. W kolejnych rozdziałach opisuje także kwitnący czarny rynek i sposoby działania rekinów pokątnego biznesu, którzy – jak się okazuje – tworzyli niemalże przedsiębiorstwa zajmujące się kupowaniem i transportem zakazanych przez okupanta towarów, co bardzo się opłacało i było bardzo potrzebne – bez nich nie działaby kawiarnie, o których traktuje następny rozdział. Bo choć najbardziej luksusowe lokale były zarezerwowane dla Niemców, to Polacy też potrafili urządzić sobie niezłą restaurację. Na przykład taką, w której kelnerkami były przedwojenne gwiazdy, a czas spędzony na piciu erzacu kawy umilał głos Mieczysława Fogga. Nie brzmi przyjemnie? Ba, może na dzisiejsze standardy, ale w tamtych czasach nie każdy mógł sobie pozwolić na coś takiego – większość oszczędzała to, co miała, z niepokojem licząc pozostałe pajdy chleba i ziemniaki, głowiąc się, jak zastąpić podstawowe, ale niedostępne produkty czymś innym i jeszcze przy tym zaoszczędzić. Taką codziennością zajmują się kolejne rozdziały: Autorka z okupacyjnych podręczników dla gospodyń wyławia ciekawe, praktyczne rady dotyczące gotowania kawy z żołędzi (smakowała drzewem) i herbaty ze skórek jabłek; wyrabiania chleba z kartoflami i z mąki żołędziowej; a także pichcenia tortu z fasoli czy piernik z marchwi (mniam). Wspomina także o technikach oszczędzania na gazu, czyli gotowaniu wieżowemu i o tym, jakie korzyści wynikały z hodowli królików w łazience czy kozy w piwnicy, a także o szerokich zastosowaniach spasionych gołębi miejskich. Finalną i chyba najbardziej drastyczną częścią jest opowieść o gotowaniu dla obrońców Warszawy podczas Powstania, chociaż i tu nie braknie weselszych akcentów takich jak tytułowy kot, którego zjadł generał Tadeusz Bór-Komorowski (i który był ponoć smaczny), to całość kończy się dość ponurym akcentem i morałem. A ty, wydaje się pytać Autorka, kończąc opowieść słowami pewnej kobiety, która przeżyła piekło wojny, cieszysz się z tego, co masz na talerzu? 

Ciekawym dodatkiem do całości jest kilkadziesiąt przepisów zaczerpniętych z okupacyjnych książek kucharskich, które możemy wypróbować i ugotować coś innego dla siebie bądź rodziny. Zresztą myślę, że dla celów edukacyjnych również – wielu z nas, ludzi posiadających cokolwiek ponadprzeciętnie rozwiniętą wyobraźnią, nie potrafi dokładnie zrekonstruować tamtej rzeczywistości, w której zwykłe kartofle były droższe od złota, a zrywając pomidory na porzuconym polu można było zginąć. Może te smaki coś nam uświadomią, dodadzą książce kilku nowych znaczeń. Ale przede wszystkim ekscentrycznym smakoszom i kucharzom-amatorom (bo są to dania proste i szybkie w przygotowaniu) dostarczą wielu ciekawych wrażeń – ze swojej strony z czystym sumieniem mogę polecić ciasto piernikowe z marchwią i chleb z kartoflami. Naprawdę mniam

Książka została wydana bardzo estetycznie i ładnie, zarówno jeśli chodzi o wnętrze jak i okładkę. Twarda oprawa, ze zdjęciem dużej rodziny jedzącej i pijącej coś z termosu na przykrytym kamieniu pośród gruzów (domyślam się, że to zdewastowana Warszawa) przyciąga wzrok i intryguje, szczególnie że sterylną biel okładki i śladową czerń połączono z zielonym napisem i paskiem. Nie ma dużo haseł reklamowych, a blurb został wydrukowany oszczędną czcionką bez irytujących i krzykliwych recenzji (czytaj: reklam). Podobnie jest w środku: średniej wielkości przyjemna na wzroku czcionka, z graficznie wyróżnionymi cytatami, a na początku każdego rozdziału sympatyczny obrazek z kucharką, może trochę za optymistyczny, ale i tak nieźle pasujący. Całość przetykana jest zdjęciami, ilustrującymi wybrane fragmenty tekstu; interesujące były w szczególności fragmenty gazet i okładki książek, zapewne unikatowe i dlatego ciekawe. Z resztą miałam jednak kłopot i to całkiem duży. Ponieważ wzrok mam jeszcze niezły, przyglądając się jednej z nich zauważyłam, że fotografia bardziej przypomina rysunek, a potem dowiedziałam się, że opracowaniem ilustracji zajęła się firma graficzna. Ilustracji? To wygląda jak wyostrzanie konturów albo inny efekt GIMP-a czy Photoshopa, no – ewentualnie – zwykła ilustracja. Ale umieszczanie tychże w książce popularnonaukowej, stricte historycznej według mnie nieco mija się z celem. Zresztą pozostawienie pewnego rozmycia, jakichś elementów niewyraźnych to ocalenie czasu w zdjęciu, magicznie zatrzymanego w niewyraźnych czarno-białych plamach; edycja tego sprawia, że pozycja ma mniej autentyzmu niż powinna. Zresztą owe zdjęcio-rysunki nic nie zyskały na wyrazistości, wręcz przeciwnie – dla odmiany wszystko jest szare i gładkie jak twarze na szkolnych zdjęciach (również edytowane), przez co całość wygląda jak jakieś dzieło sztuki współczesnej, taka tam sztuka dla sztuki, a nie zdjęcie w porządnej książce historycznej, w której powinno być widać jak najwięcej, bo przecież takie funkcje ma pełnić ma tu zdjęcie. Albo tylko moje dziwne poglądy. Zresztą nieważne.  

Oprócz tekstu głównego i przepisów, ozdabianych zdjęciami z epoki, do książki dołączono dwa indeksy – z nazwiskami osób występujących w pozycji i nazw okupacyjnych dań, dzięki czemu korzystanie z książki jest wygodne, a całość zaczyna przypominać okupacyjny podręcznik przetrwania. Po krótkim tekście od Autorki, w którym wyjaśnia czym nie jest napisana przez nią książka (nie sądzę jednak, że cofnę swoje zarzuty o ograniczanie pozycji do tak wąskiego zakresu tematu jak gastronomiczne perypetie inteligencji Krakowa i Warszawy), następuje bibliografia. Chociaż jest to tylko wybrany spis użytych źródeł i brak przypisów bardzo mnie zmartwił, wszystko zostało estetycznie pogrupowanie, a wymienione przez Autorkę pozycje wydawały się w większości wiarygodne i profesjonalne. Dużo tu także źródeł mówionych, co decyduje o dodatkowej, dokumentarnej wartości książki. I chociaż wciąż nie mogę zrozumieć braku przypisów, biorąc pod uwagę inne czytane przeze mnie popularne pozycje historyczne, pozycja ta jest utrzymana na dobrym poziomie. Przynajmniej na takim, że mogę czytać bez strachu, że podane przez Autorkę informacje są w logiczny i historyczny sposób prawidłowe. 

Autorka ma to coś, co nazywamy lekkim piórem, które pozwala na przekazanie informacji w sposób prosty i przystępny dla każdego Czytelnika. Jej styl jest lekki, nieskomplikowany, jednocześnie konkretny i z pewnością nie minimalistyczny. Tam, gdzie można pisze ze swadą, wplatając subtelne żarty, ale tam, gdzie należy być poważnym – a wiele jest takich momentów – stara się zachować powagę, na szczęście trzymając się daleko od zbędnej patetyczności, z jaką wielu pisze bohaterskich czynach Polaków podczas II Wojny Światowej i nie tylko.  Myślę, że to najlepszy sposób na opisanie tego typu historii – proste słowa obrazują najlepiej dramat i najdokładniej przekazują emocje. Całość jest utrzymana w tonacji lekkiej, tak, że czyta się bardzo szybko i przyjemnie, czasami aż za bardzo. Na ogół z książki tchnął lekkostrawny optymizm (może poza rozdziałem o Powstaniu, ale to tylko subiektywne wrażenie) opierający się na przeświadczeniu, że Polacy potrafią poradzić sobie w każdej sytuacji; optymizm bardzo sympatyczny, ale po dłuższym czasie dość nużący, nieco może naciągnięty i nieszczery. Mimo wielu pomysłów i rozwiązań scenariusze przedstawione przez Autorkę nie zawsze się sprawdzały – przecież inaczej wszystko wygląda w praktyce, a nie każdemu wiodło się w czasie okupacji na tyle dobrze, by trafić na karty tej książki. Lekkość jest też wadą pod innym względem. Otóż kiedy odłożyłam książkę na bok, miałam wrażenie, że skończyło się, zanim naprawdę rozpoczęło. Już z łatwością zaczynałam wyobrażać sobie obiad powstańca warszawskiego czy smak żołędziowej kawy, kiedy zorientowałam się, że właściwie skończyłam czytać. To było naprawdę przykre uczucie, trochę jak to, kiedy dostajemy do przeczytania tylko fragment jakiejś książki albo wersję demo jakiegoś programu. A zapowiadało się tak dobrze! Jestem w stanie zrozumieć, że – tak samo jak portal Ciekawostki Historyczne, którego współredaktorką jest Autorka – książka jest adresowana do szerokiego grona odbiorców, dla których specjalistyczny język historii jest zbyt skomplikowany i ciężki, ale w takim razie można było się jeszcze rozpisać. Naprawdę, w tym przypadku nawet dwieście stronic więcej nie zaszkodziłoby. A nawet przeciwnie. 

Miałoby to także wiele innych plusów – na przykład to, że Autorka potraktowałaby temat bardziej szczegółowo. I to nie tylko dlatego, że w historii detale są bardzo ważne (i bardzo mnie pasjonują), ubogacając portret wybranej epoki. Szczególnie, że nie jest to przekrojowa monografia czy książka dla ludzi, którzy nie wiedzą, kim był Adolf Hitler, ale pozycja skupiająca się na wąskim zagadnieniu, rzadko przecież poruszanym i niesprawiedliwie spychanym na margines, który jest jednak bardzo ciekawy. Ograniczenie informacji do samej Warszawy i – momentami – Krakowa jest dość nieprofesjonalne (cóż, w takim razie Autorka mogła napisać, że chodzi jej tylko o te miasta), bo ciężko jest generalizować jeśli mamy do czynienia z zjawiskiem tak złożonym. Zresztą trudno jest mówić nawet o generalizowaniu, bo Autorka dotyka tylko niektórych problemów, przedstawiając je w bardzo ogólnych zarysach i w sposób możliwie uproszczony, przez co pomija wiele ciekawych aspektów, które podczas czytania bardzo mnie zainteresowały, ale i zdenerwowały swoim brakiem. Jakieś szczegóły dotyczące czarnego rynku i powody, dla których pomimo częstych nalotów policji niemieckiej miejsca te wciąż kwitły? Produkcja erzaców, jak na przykład jajek w proszku, syntetycznych galaretek i innych dóbr, które Autorka określiła dosadnym słowem sugerującym coś, czego nie da się zjeść? Zresztą błędem samym w sobie było ograniczać książkę do Warszawy i Krakowa – we Lwowie, na przykład, leżącym już na rubieżach Rzeczpospolitej z pewnością wszystko wyglądało inaczej. A na wsi, o której wspomniano tu tylko jako o zapleczu jedzenia dla miasta? Chciałabym dowiedzieć się na przykład o sposobach na ukrywanie takich zwierząt jak krowy przed Niemcami; czuję wręcz, że byłoby to bardzo ciekawe i, lekko opisane przez Autorkę, w pewien sposób nawet zabawne. Ale tutaj takich informacji nie otrzymujemy. Zamiast tego zostajemy zasypani dość niekonkretnymi informacjami o tym, co warszawiacy jedli w święta, jakby to nie była rzecz, którą można omówić w jednym akapicie, zostawiając miejsce choćby na sprawy wymienione wyżej przeze mnie. I choć powinnam być wyrozumiała, bo to dopiero książkowy debiut Autorki, przyzwyczajonej do krótkich artykułów na tematy ważkie, to chociaż na okładce powinni napisać, że to nie pierwsza książka o gastronomicznym aspekcie okupacji, ale pierwszy popularnonaukowy szkic. Wtedy może podeszłabym do lektury inaczej, a po skończeniu czytania nie byłabym taka … głodna. 

CiekawostkiHistoryczne.pl to specyficzny, autorski portal. Chociaż redaktorami są historycy, do opisywanych spraw podchodzą na luzie, może czasami aż za bardzo. Treść artykułów stanowią historyczne ploty (przyznaję, że bardzo do lubię, bo konstruowanie coraz bardziej skomplikowanych drzew genologicznych królów, ich żon i metres jest bardzo ciekawe, zresztą alkowiane problemy i podboje koronowanych głów nigdy nie przestaną smakować pikantnym skandalem), anegdoty i sprawy marginalne, często pomijane w poważnych pozycjach albo po prostu ciężkie do zweryfikowania pomówienia. Prawdziwego historyka przyprawiłoby to o stan przedzawałowy albo i gorzej, ale dla zwykłych laików strona może być ciekawa, a tych, którzy zawsze uważali, że historia to rzędy dat i wojny, z pewnością zaciekawi opowieściami z przeszłości i w przyszłości, kto wie, sięgnie po poważniejsze opracowania. Tak samo jest z książkami pisanymi przez Autorów portalu i nie tylko, szczególnie jeśli chodzi o serię, która ukazuje się z logiem strony: kompletna, dobra technicznie książka historyczna to nie jest, ale zawsze można spróbować, bo może to będzie nasza furtka do pasjonującego świata historii. Wstęp, który pokaże nam, że dawniej działy się takie same rzeczy jak teraz; dzięki któremu niemal namacalnie poznamy walkę o jedzenie, która – na szczęście – jest nam z doświadczenia nieznana. I posmakujemy wybornego kota w śmietanie, danie, które jeszcze nie zagościło (mam nadzieję) na naszych stołach, ale według generała Bór-Komorowskiego jest bardzo pożywne i dobre.

Tytuł: „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”
Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Moja ocena: 5,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Katarzynie z wydawnictwa ZNAK

czwartek, 12 listopada 2015

Na starych fotografiach. Recenzja książki



Pudełko ze zdjęciami… Jest ciemnogranatowe, na rogach wzmocnione złotymi blaszkami, ze skóry, a może z czegoś podobnego. Pachnie strychem, starymi ubraniami i lawendą; zdjęcia się porozrzucane, niektóre w bardzo złym stanie. Odgrzebane w zakamarkach strychu, których nie odwiedza nikt poza pająkami i myszami, schowane może przez babcię albo mamę, zapomniane. Całkiem niesłusznie, bo kryje w sobie inny, odrębny świat. Świat, który przeminął, pełen ludzi, którzy nie żyją. Ich twarze uważnie patrzą ze zdjęć, żywe w kombinacjach czerni i bieli, światła i cienia. Zgniecenia pod różnymi kątami tworzą na ich twarzach zmarszczki. Młodzi, roześmiani, a przynajmniej uśmiechnięci. Czasem sztywni. Ładni i brzydcy, chudzi i grubi, wciąż jednak dość nierealni, bo delikatny, coraz bardziej kruchy papier nie zastąpi ciepłego ciała. Ścieram kurz z wieczka, zdjęcia ostrożnie kładę na stole. Kilka z nich spada, wirują w powietrzu, lekkie jak piórka czy śnieg. Coraz lżejsze, bo choć papier żyje dłużej od człowieka, to kiedyś też zniszczy się, a fotografia wyblaknie. Najpierw umrze jednak pamięć. Po kilkudziesięciu latach od śmierci matki jej młoda, roześmiana twarz stanie się obca, a młody mężczyzna w mundurze nie będzie już dziadkiem, ale jakimś przystojnym żołnierzem, którego wojenne losy są nieznane. Zdjęcia bez podpisu umrą najwcześniej, później czas przyjdzie na te, kiedy niewyraźne i czasami mało czytelne pismo wyblaknie, schowa się pod plamami wilgoci, rozlanej sto lat temu herbaty, słońca. Zresztą kim była Maria? Przyjaciółką, koleżanką, kuzynką? A z kim na tamtym zdjęciu stoi umarły dawno wujek? Umierają kolejne osoby, które pamiętają, do historii przechodzą i nasze zdjęcia. 

Jednak to właśnie ci zapomniani ludzie stworzyli nas, ukształtowali naszą osobowość i świat. Ich losy w pewien sposób determinują nasze, choć najczęściej nawet o tym nie wiemy. Zwykle jednak taki stan rzeczy nam nie przeszkadza – od małego mamy tyle tożsamości i wiedzy o przodkach, że wystarcza nam na całe życie. Nie zagłębiamy się w szczegóły z wielu podwodów, z których najważniejszym jest oczywiście nasz cenny czas i trud, jaki musimy podjąć, mimo że nie zawsze wynik jest współmierny do starań. Szczegóły zresztą nie zawsze są bezpieczne i wygodne – lepiej nie wiedzieć, że ukochana babcia podczas drugiej wojny domowej wydała Żyda, którego ukrywała inna polska rodzina, oczywiście pomijając wszystkie motywy. Czasami – tak jak jest w moim przypadku – znajomość szczegółów zmienia diametralnie pogląd o rodzinie, rozszerza perspektywy. Bo choć wiedza o jakiś przyrodnich braciach i siostrach, tajemnicach i kończących się katastrofalnie romansach nie jest może koniecznie potrzebna, ale pozwala lepiej poznać przodków, których kawałek noszę w sobie. Ale to także hobby, pasjonujące i niewdzięczne, jak wszystkie nauki pomocnicze historii – drzewo rozrasta się we wszystkich kierunkach, pojawiają się jacyś nieznani wcześniej kuzyni tam, gdzie myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, a przodkowie odkrywają swoje twarze i tajemnice, w żaden sposób nie potrafiąc zahamować mojej ciekawości. Ale i tak wcześniej, kiedy byłam zbyt młoda by zrozumieć ideę drzewa genologicznego, a większość historii rodzinnych nie była na moje ucho, wiedziałam, skąd pochodzą moi przodkowie i nie musiałam martwić się o swoją przynależność i tożsamość; byłam nawet dumna ze swojej krwi. Z psychologicznego punktu widzenia była to najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać: osoby, które od najmłodszych lat czują się związane ze swoją rodziną i bezpieczne, unikają w późniejszych latach poważnych komplikacji osobowościowych. Gorzej z tymi, którzy nie zaznali tego uczucia; których dzieciństwo było traumatyczne lub naznaczone strachem przed najbliższymi, których zachowań nie mogli zrozumieć, ale podświadomie wiedzieli, że muszą mieć źródło w przeszłości. W dorosłość wkraczają z tym strachem, szukają prawdziwej miłości i jak największego poczucia stabilizacji, uciekają w toksyczne związki i, chociaż są świadomi, że najlepszym lekarstwem byłaby konfrontacja z przeszłością, uciekają bojąc się tego niż własnego lęku. Wolą się bać wspomnień z dzieciństwa niż tego, co nosili w sobie najbliżsi. 

W takiej sytuacji znajduje się bohaterka książki, Łucja Sowińska. To młoda lekarz psychiatra i neurochirurg, która jednak nie potrafi poradzić sobie ze swoją własną przeszłością. Matka kobiety, Wiktoria, miała przypadek ciężkiej schizofrenii paranoidalnej, ojciec był nałogowym hazardzistą i pijakiem, a babka – choć kochała wnuczkę – tajemniczo po nocach płakała. Łucja dorastała zatem w lęku przed demonami swoich bliskich, kryjąc się na ulicach brzydkiej wtedy warszawskiej Pragi, jednak trauma pozostaje, tak samo jak tajemnicza skrzynia pełna tajemniczych pamiątek pozostałych po rodzinie. Kobieta nie chce jej otworzyć, ale do czasu. Pewnego razu na jej oddział przywożą brutalnie pobitego mężczyznę, który po wzbudzeniu ze śpiączki oznajmia Łucji, że jest łudząco podobna do pewnego portretu. Kiedy okazuje się, że ma rację, bohaterka stanie przed koniecznością otworzenia tajemniczego kufra i zmierzenia się z mroczną, niezbyt zrozumiałą historią swojej rodziny, tragicznie splecioną z tragicznymi losami Polski i Europy w okresie Wielkiej Emigracji i II Wojny Światowej. A ponieważ jej los splecie się z historiami kilku innych osób, nie wszystko w jej życiu ułoży się tak, jakby tego pragnęła. 

Uwielbiam sagi rodzinne, co na pewno ma związek z moimi genologicznymi zainteresowaniami. Śledzenie perypetii jakiejś rodziny na tle ważnych przemian wizerunku świata, problemy i konflikty pozostawiające swój ślad w następnych pokoleniach, które na ogół – w pozycjach mniej ambitnych – dokonują rozliczenia z przeszłością i mogą odetchnąć z ulgą, albo w dramatyczny sposób próbują dotrzeć do prawdy o sobie samych, odkrywając koszmary, które w jakiś sposób zniszczą ich dotychczasowe życie albo nic w nim nie zmienią (w tych bardziej ambitnych) to przyjemność, ale przede wszystkim to mądra lekcja i głęboka refleksja na ludzkim losem. Refleksja bardzo bliska każdemu z nas, ale jednocześnie bardzo uniwersalna; bardzo często możemy także utożsamiać się bohaterami, ich lękami, wątpliwościami i radościami, tak jak oni każdego dnia zmagamy się różnorakimi trudnościami, bo życie nie jest proste, na każdym miejscu spotykamy trudności i przeszkody – nie tylko te codzienne, ale także te wynikłe z zakrętów historii i jej kaprysów. Nie jest przecież przypadkiem, że wiele Autorek – tych rodzimych i tych pochodzących z zagranicy – bardzo interesuje się okresem II Wojny Światowej, która wniosła zamęt do bardziej lub mniej uporządkowanego życia rodzinnego i czasami zmusiła do wyborów ostatecznych, które położyły się cieniem na losach wszystkich członków rodziny, także tych, którzy urodzili się później. Ten wątek staje się jeszcze wyraźniejszy w literaturze polskiej – nasza historia jest bardzo bolesna, a ponieważ historia dotyczy ludzkich losów, te niemal zawsze naznaczone były tragedią, która dosięgała następne pokolenia, zwykle tego nieświadome, kształtując ich psychikę i osobowość. Bo to ludzie i ich wnętrze, oddziałujące na innych wokół jest – według mnie – najważniejszą rzeczą w tych opowieściach, ich reakcje na wydarzenia jak na przykład wojna czy dziedzictwo przodków, które tkwi w nim właściwie od urodzenia. I właściwie to ostatnie – obiecane przez blurb – zachęciło mnie do sięgnięcia po tę książkę. 

Muszę przyznać, że okładka, mimo swojego różowego koloru, spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Zresztą nie jest to wściekły róż przyozdobiony różowym brokatem, jak w tych starych powieściach obyczajowych dla nastolatek (teraz mieszają róż z czernią, co wygląda równie tandetnie), ale bardzo ciemny, niemal purpurowy. Takim kolorem zostały podświetlone praskie kamienice, może ze zdjęcia przedwojennego, może z współczesnego, co daje wrażenie nieco widmowe i intrygujące zarazem. Na ich tle odcina się biały zarys kobiecej głowy, może ze starego portretu lub fotografii, w którym – zaskoczenie – umieszczono fragment listu. Widać, że papier jest stary, zażółcony, a pismo ładne, wyraźne z zawijasami; da się przeczytać słowa, które przyciągają wzrok. Co jest tam o Paryżu, Czartoryskich, Żydach i nie wygląda na pierwszy lepszy darmowy stock z Internetu, z jakich często korzystają wydawnictwa ale nie chcą się przyznać. Ma to jakiś związek z treścią książki? Jeśli tak, to pachnie jakimiś tajemnicy, pomyślałam przyglądając się książce jeszcze raz przed zabraniem się do czytania. Kurczę, Wydawnictwo wie jak zaciekawić Czytelnika, przynajmniej taką typową dziwaczkę jak ja. Tuż poniżej owej intrygującej sylwetki, na ciemnym (brązowym? fioletowym? czarnym?) pasku, można przeczytać tytuł pozycji, wydrukowany białą czcionką; poczyniłam błyskotliwe skojarzenie, że podobna czcionka znajduje się na poprzedniej książce Autorki, którą zareklamowano na ostatniej stronie pozycji. Zaskoczyło to mnie bardzo pozytywnie, a w moim zrytym książkami mózgu pojawiło się marzenie o stworzeniu kolekcji i przyjemna wizualizacja obu powieści na moich półkach, szczególnie że skromny z pozoru grzbiet – wyróżniając się swoim różem i ciekawą czcionką – wygląda naprawdę ładnie. Do tego wszystkiego pasuje intensywnie różowy grzbiet z białymi napisami i zdjęciem Autorki – jest klasycznie i prosto, ale dzięki temu udało się uniknąć najgorszego, jeśli chodzi o używanie koloru różowego w okładkach: kiczu. Nie chciałam jednak dłużej się nad tym zastanawiać i przejrzałam całą książkę, z zaskoczeniem odkrywając umieszczone wewnątrz zdjęcia i ładną, przyjemną w czytaniu czcionkę, która nadawała intrygującego charakteru całej pozycji. Krój ładny, a absolutne novum w powieści – przynajmniej dla mnie – czyli zdjęcia sprawiały, że byłam ciekawa treści książki, a kiedy zobaczyłabym ją w księgarni, z pewnością nie minęłabym ją obojętnie. 

Właśnie, zdjęcia. Ciekawa jestem, skąd Autorka je wytrzasnęła. Kupowała na Allegro, jak autor Fotoplastykonu, Jacek Dehnel? Skoro tak, to podziwiam zaangażowanie, bo dopasowanie fragmentów gazet i fotografii tak, by pasowały do koncepcji musiało być żmudne. Podejrzewam jednak, że zebrała dostępne materiały i z nich składała historię Łucji i jej rodziny, a dzięki skrywającymi się za czarno-białymi zdjęciami ludziom wymyślała bohaterów i ich historie, a także – co stanowi trzon opowieści – ich tajemnice. W każdym razie umieszczanie tych fotografii w książce, łącznie z gazetami i odkrytymi przez bohaterkę dokumentami było bardzo oryginalnym, intrygującym pomysłem, dzięki któremu zawartość rodzinnego kufra Łucji jest dostępna także dla Czytelnika. Chociaż, z drugiej strony, więcej jest wycinków gazet i niż ludzkich twarzy, a szczególnie mało portretów. Żebyście sobie nie pomyśleli, że jakaś dziwna jestem i jako fan historii nie lubię starych gazet, ale to przecież nie monografia, w której Autor stara się pokazać wiele rzeczy na zdjęciach, to powieść narracyjna, w której przedstawiamy sylwetki ludzi, jeszcze tak fascynujących jak ci, których pisarka przedstawiła w swojej opowieści. Oczywiście, nie konkretnie z tego powodu było mi tak przykro, bo przeczytałam tyle fascynujących rzeczy, w której nie było narysowanej ni kreski, ale skoro od początku pisarka skutecznie rozpala ciekawość Czytelnika i obiecuje mu niezwykłą atrakcję w postaci zdjęć bohaterów, to powinna się trzymać się do końca, prawda? Sam pomysł jednak bardzo ciekawy i udany, wzbogacający percepcję czytającego, ale jednocześnie, w pewien sposób, ograniczający jego wyobraźnię. Zresztą można potraktować to jako pewien eksperyment, rodzaj komiksu, sprawdzić, czy w takiej konwencji miło jest nam się poruszać; możemy sprawdzić to chociażby czytając opis bohatera w tekście, a potem oglądając zdjęcie i sprawdzając, czy nasze wyobrażenia były podobne. Mogą wyjść ciekawe rzeczy, albo – tak jak mi – nic. Tyle że nie wiem, czy to dobrze, czy też nie. 

W miarę czytania okazało się jednak, że mam większe zastrzeżenia do bohaterów, nie mające nic wspólnego z ich wyglądem na zdjęciach. W największym skrócie chodzi o to, że mieli więcej cech wspólnych z marmurowymi posągami niż z rzeczywistymi ludźmi, o jakich – przynajmniej moim skromnym zdaniem – powinna traktować powieść. Może nie żywymi w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale realistycznych, namacalnych, takich, których problemy autentycznie zaczęły obchodzić Czytelnika. W tym przypadku to tylko marzenie. Bo taka Łucja Sowińska. Pomijając fakt, że w literaturze popularnej jest na pęczki seksuologów, którzy nie potrafią poradzić sobie ze swoim związkiem, policjantów, którzy w domu mają patologię albo sami uzależnieni są od używek, no i pań doktor, które obawiają się, że coś z nimi nie tak, bo rodzina. Już o paranoiczkach bojących się objaw choroby psychicznej rodziców czytałam tyle, że mam tego dość. A tu kolejny, szablonowy przykład. Łucję w dodatku nękają niezwykłe i podejrzane (z uwagi na występowanie w jej rodzinie przypadków schizofrenii) koszmary pełne rodzinnych tajemnic, demony z przeszłości i strach z dzieciństwa, a także głęboki lęk przed odkopaniem rodzinnych sekretów. Tak sobie zresztą myślę, czy lekarz neurochirurg może być jednocześnie psychiatrą, co Autorka kilka razy sugerowała i dochodzę do wniosku, że nie. Błąd logiczny? Może. Oczywiście w wiek bohaterki nie wnikam, bo smutno robi mi się na myśl wniosków, do jakich bym doszła. Nikogo też nie oskarżam, chociaż jako humanistka nie mam ochoty wypowiadać się na temat fizyki kwantowej, żeby nie popełnić takich głupich błędów. W każdym razie Łucja, jak każda porządna bohaterka, ma poranione uczuciowo serce, co jednak nie jest tak wielkim problemem jak mogłoby się wydawać – atrakcyjna pani doktor ma wielu adoratorów, którzy poświęcą dla niej wszystko, nawet swoje życie i pozwolą jej łamać ich serca ile tylko chce. To takie typowe. I jeszcze ta rosnąca liczba przyjaciół wprost proporcjonalnie do przyrastania ilości kłopotów. Ja tego już zupełnie nie rozumiem. W zwykłym życiu z wielkim trudem utrzymujesz wokół siebie grupkę znajomych i przyjaciół, przy udawaniu, że nie jest się zrzędą i skrajnym mizantropem, a ta czaruje każdego od tak. No kurde, to zupełnie nie fair. I przede wszystkim jakoś tak mocno nierzeczywiście, nawet jak na powieść, która w założenia wykorzystuje wątki paranormalne. To byłoby dziwne nawet na Marsie w najbardziej odjechanym SF, a co dopiero w tego typu powieści. 

Ten zarzut można także wykorzystać przy ocenianiu innych postaci – przede wszystkim kochasiów Łucji i jej przyjaciółki Magdy. Zarówno Łukasz jak i Władysław charakteryzują się nieuzasadnioną miłością do Łucji i zaawansowaną bezbarwnością (poza tym, że obaj są ludźmi wykształconymi, z bardzo wysokim IQ i sprawiają wrażenie wymuskanych dżentelmenów, przynajmniej tak myślę). Nie mają żadnych cech, o których mogłabym napisać szerzej; moje emocje odnośnie ich postaci nie są również ciekawe, bo chyba każdy wie, że irytacja fajnym uczuciem nie jest. Zresztą dziwi mnie to, bo na wątek miłosny Autorka poświęciła dużą partię książki, miała więc szansę na intrygujące rozbudowanie postaci, pogłębienie ich charakterów, przynajmniej do minimum, dodanie im iskry życia, czy po chociaż nakreślenie ich ciekawego portretu. Żeby chociaż było widać, że się starała, próbowała w tej kwestii zrobić coś wtórnego, cokolwiek, nawet wspomnieć o nawykach żywieniowych, włożyć w usta jakiś śmieszny żart, dodać jakąś prawdziwą, znaną z autopsji cechę, niekoniecznie nawet zaletę. Wbrew pozorom postacie same się nie stworzą, a napastowanie byłej żony swojego brata i niedwuznaczne narzucanie się nie czyni z bohatera drugiego Romeo czy pana Darcy’ego, naprawdę. To nie jest miłe uczucie dla czytelnika, kiedy bohaterka zachwyca się facetem, który podrywa ją na dziwny obraz i na dobrą sprawę robi z to przyczyn niewyjaśnionych – ów przystojniak jest tylko imieniem i nazwiskiem na kartce papieru, bez żadnych cech, dzięki którym zapamiętaliśmy go na kilka dni po zakończeniu lektury; postać tak papierową i pustą, że aż boli. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest ruda Magda – najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki, której wątek był równie nieśmieszny co dziecinny. No bo żeby to była jakaś kreskówka dla dzieci albo jedna z tych głupich komedii, ale to przecież – teoretycznie oczywiście – poważna książka dla dorosłego czytelnika, obfitująca w tragiczne zdarzenia, konflikty i romantyczną miłość, pełną bólu i cierpienia. Oczywiście, bohaterka ma pełne prawo posiadania zakręconej i szalonej przyjaciółki, ale przecież nawet ja nie doszłam do takiego poziomu dziwności i – módlcie się za mnie, wszyscy bogowie olimpijscy – nigdy nie dojdę. Zresztą chyba nie muszę opisywać tego bolesnego uczucia, kiedy rzecz należącą do kategorii nieśmiesznych kawałów ktoś traktuje całkiem poważnie. Na szczęście, Autorka zlitowała się nad nami i postać Magdy pojawia się wystarczająco rzadko i jest niedostatecznie zarysowana, by wywoływać taką irytację w czytelniku, by zniechęci się do książki zupełnie. Na szczęście. Jeszcze więcej trochę Magdy, jeszcze więcej trochę bezcelowego absurdu i załamanie nerwowe w moim życiu stałoby się faktem. 

Nie chwal dnia przed zachodem – nawet nie wiecie, jak wielką to okazało się prawdą. Po kilku pierwszych stronach, kiedy czytałam książkę jeszcze z prawdziwym zaciekawieniem, myślałam, że język Autorki będzie rzeczą, którą będę wychwalać najbardziej. Ba! Spodziewałam się, że będzie szybko i lekko, a książka stanie się historyczną rozrywką, odpoczynkiem od lektur cięższych, bardziej wymagających. Coś zaczęło się psuć już na początku, kiedy opisany został sen bohaterki. Bardzo nie lubię opisywania snów, szczególnie tych pisarzy, którzy nie są Marquezem czy innym mistrzem rozumiejącym logikę snu. To było zaledwie preludium. Autorka, uważając się za wielką literatkę, sięgnęła po frazy i styl zaczerpnięty z innych wielkich powieści. Z każdej strony książki bucha artyzm, prawdziwe emocje, epicko nakreślone obrazy; słowem styl pisarki dosięga literackich wyżyn. Tylko dlaczego wszystko wydaje się dość pretensjonalne? Nieszczere? Płytkie? Wydumane? Za słowami nie ukrywają się żadne emocje, dobre wyrażenia (zapożyczone często od innych) giną w gąszczu słabej prozy, z trudem składanych zdań, którym dobrze zrobiłby zabieg odwrotny do zaprezentowanego czyli lekki, nieskomplikowany styl, proste emocje – chociaż może wtedy zganiłabym Autorkę za wielką prostotę, z całością byłoby o wiele lepiej. Może wtedy książka nie miałaby tego rysu epickości, śmiertelnej powagi, może scena erotyczna nie prześcignęłaby wszystkiego, co dotychczas na ten temat napisano, może stany psychiczne bohaterki nie byłyby wtedy tak bardzo wiarygodne. Tylko dlaczego to wszystko brzmi bardzo fałszywie? Dlaczego te kwieciste wyrażenia wydają się pochodzić z tych arcyciekawych pamiętniczków egzaltowanych pensjonarek albo kobiet, które można nazwać tym mianem? Kolejną wadą stylu pisarki jest szczegółowe opisywanie kolejnych czynności bohaterki. Czy Autorka chciała w ten sposób sprawić, że jej książka będzie dłuższa? Bo chyba nie uważa ona, że tak jest dobrze? W każdym poradniku dla początkujących pisarzy napisane jest, że tak po prostu się nie robi – bohater wchodzi do pomieszczenia, a nie wkłada klucz, przekręca go, naciska klamkę i zdejmuje buty lub nie; dłużyzny obejmowały także inne, znaczne partie tekstu jak wędrówka po Pradze, której skutkami był tylko sen, jeszcze więcej stron i jeszcze więcej użalania się nad Łucją. W tym miejscu Autorka mogłaby zrobić coś, żeby bohaterowie bardziej przypominali zwykłych śmiertelników, przynajmniej taka jest moja sugestia. Ponieważ umiem czytać i żyję jakiś czas na tym świecie, myślę, że instrukcja jak przechodzić po pasach jest mi niepotrzebna. Zresztą podobno ta książka traktuje o czymś innym, znacznie bardziej interesującym niż – na przykład – gotowanie Łucji i inne tym podobne sprawy. 

Na torcie musi być wisienka, bo bez niej nie byłoby przecież tak fajnie. Ową wisienką u mnie będzie fabuła pozycji. Przede wszystkim jeszcze raz zaznaczę – o czym pisałam w znacznie starszych tekstach – nie lubię połączeń powieści obyczajowej czy też sagi rodzinnej z fantastyką. Oczywiście, wspaniale jest, kiedy te dwie płaszczyzny przenikają się nawzajem, tworząc oryginalną mieszankę, ale myślę, że tylko w wypadku, kiedy cały świat przedstawiony jest przesiąknięty magią, a nie tylko życie jednego z bohaterów, z czym do czynienia mamy i tym razem. Autorka, bez szkody dla powieści, mogłaby przebaczyć sobie te wszystkie magiczne naleciałości i opowieści o spirytystach, którzy toczyli magiczne pojedynki jak w Harrym Potterze jak i owego fizyka, który zajmował się czwartym wymiarem, już o duchu Marianny nie mówię (pomijam milczeniem legendy o białej damie w tamtej wieży, bo nie mam ochoty zastanawiać się nad owym weselem, w którym pan młody i świadek bez określonego powodu powiesili się tam… czy to już horror czy jeszcze farsa?), bo zostało przedstawione to na tyle nieprawdopodobnie, że trudno w to uwierzyć i to nie tylko pod względem językowym. Powieść została nieprzemyślana, do tego stopnia, że z nagromadzenia sensacyjnych faktów i nadnaturalnych zdarzeń nic tak naprawdę nie wynika, bo poszukiwania Łucji kończą się nie dojściem do jakiejś prawdy o zagadkowej Mariannie, ale napisaniem książki, chociaż wcześniej byliśmy świadkami wielu zaskakujących zdarzeń, sugerujących, że zakończenie będzie zapierało dech w piersiach i przede wszystkim wyjaśni chociaż parę kwestii, których byliśmy ciekawi. Ja to naprawdę rozumiem i myślę, że niedopowiedzenia są dobre, ale żeby były takie duże? Przecież w końcu nie wiemy niemal tyle, co na początku, pomijając pokrętne wytłumaczenia konfliktu między babką a jej siostrą, no i kwestię żydowską, bardzo w powieści szeroko ujętą. I myślę, że nie przypadkowo, bo – choć nie będę o nic Autorki oskarżać, a do klimatów antyżydowskich bardzo mi daleko, tak samo jak do bronienia tych parszywych polskich jednostek, które wolały wydać Żyda niż ryzykować dla niego życie  – pisarka chciała być lekko kontrowersyjna. Nie tylko Marianna, której postać dominuje całą książkę, ma dużo wspólnego z Żydami – resztę rodziny Łucji możemy podzielić na tych, którzy mieli korzenie żydowskie i tych, którzy owych Żydów nienawidzili. Ba, to dotyczy nawet matki, którą w stanach schizofrenicznych nawiedzali Żydzi i opiekunki małej Łucji, która była owocem romansu pewnego Żyda. I te praskie kapliczki z Maryją. W snach bohaterki płaczą, mają gwiazdy Dawida na płaszczach, a w rzeczywistości prześladują Łucję na każdym praskim podwórku, we wspomnieniach jej i innych. Przypadek? Może to próba podjęcia kontrowersyjnego tematu? Wszak pachnie tu aluzjami do osławionego polskiego antysemityzmu… Porzućmy jednak te ważkie kwestie i skupmy się na ważniejszych rzeczach, przede wszystkim na nieścisłościach i tego typu kłopotach. A zdarza się ich dużo, właściwie dzieją się przez większą część książki. Poza drobnymi, wywołującymi tylko złośliwy, krzywy uśmieszek (vide choćby godziny pracy Łucji jako lekarza w początkowych rozdziałach), to tajemnicza choroba bohaterki zaparła mi dech w piersiach, oczywiście w sensie negatywnym. I nie mówię tu dezorientacji, jaką u mnie wywołał ten pomysł, czytaniu po kilka razy tych samych linijek tekstu w poszukiwaniu jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia, ale o zupełnej nielogiczności tego konceptu. Co? Jak? Dlaczego? Może ktoś mi to wytłumaczyć? Nie mam w rodzinie – niestety – lekarza, więc nie mogę pokusić się o taką weryfikację. Na chłopski rozum jednak, całość nie ma żadnych zrozumiałych podstaw, zarówno fabularnych, psychologicznych jak i medycznych. Zresztą większość czyta się tak, jakby Autorka chciała umieścić fabułę książki na Marsie, a na Ziemię zdecydowała się w ostatniej chwili. Z całym szacunkiem, ale tak właśnie się czułam przez znaczną większość tej książki. 

Trochę mi szkoda, że prawie wszystko poszło nie tak. Szkoda, że nie można napisać tego od nowa, bo na kilku dobrych pomysłach Autorki dałoby się zbudować ciekawą rzecz. Trochę szkoda, że historia z niezłym potencjałem za jakiś czas stanie się jedną z wielu książek na mojej półce, której fabuły ani bohaterów nie pamiętam. Na pewno bowiem pisarka włożyła w powieść dużo pracy, a szkoda, że nie zaowocowało to czymś dobrym, a przynajmniej rozrywką, zanurzeniu się w świat jakichś bohaterów i ich rodziny. Trochę szkoda, że tajemnica kobiety z obrazu nie wyjaśniła się tak naprawdę. Trochę szkoda… kiedy miałabym to wszystko pisać, najprawdopodobniej zapisałabym kolejne pięć stron. A tyle nie potrzeba. W ogóle o tej książce nie potrzeba było tyle pisać – ten czas, przeznaczony na pisanie i czytanie mogłam poświęcić innym zainteresowaniom, może właśnie szukaniem swoich przodków, szukaniem swoich korzeni, poznawania rodzinnej i swojej historii. O tyle lepszej od czytania tej książki, że prawdziwej, swojskich i pozbawionej całej tej pompatycznej narracji i błędów, chociaż tak samo pełnej  wspomnień i ludzkich losów, zaklętych w uśmiechach na starych fotografiach.

Tytuł: „Twarz z lustra”
Autor: Elżbieta Wichrowska
Moja ocena: 1/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MG

sobota, 24 października 2015

Baśnie z życia wzięte. Recenzja książki



Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być bajkową królewną. Miały piękne suknie, tańczyły na balach nie brakowało im niczego, a jeśli w ich życiu zdarzyła się jakaś tragedia, zawsze na końcu pojawiał się przystojny królewicz lub rycerz a wraz z nim happy ever after czyli nieśmiertelne „ żyli długo i szczęśliwie”. Ponieważ od zawsze miałam historyczne ciągoty, fascynowały mnie zamki, flagi powiewające na flankach, złota korona na skroniach króla, zbroje, miecze i świat o wiele bardziej kolorowy niż ten za oknami. Wychował mnie więc Disney z najstarszą wersją Królewny Śnieżki i Kopciuszkiem w żółtej sukni, usypiały historie o arabskiej księżniczce, która nigdy nie płakała, ziarnku grochu, Dziadku do Orzechów i Elizie, której braci w pięknej opowieści Andersena przemieniono w łabędzie. Chciałam być którąś z nich, żyć w zaczarowanym świecie pełnym dzielnych rycerzy i bogatych książąt, nieustannie rozglądających się za małżonką również wśród tajemniczych panienek, które zostawiły swój pantofelek uciekając z balu. Życie zrewidowało i to głupie przecież pragnienie, nie tylko dlatego, że na świecie jest już niewiele księżniczek w starym tego słowa znaczeniu, a i one wychodzą zwykle za biznesmenów, którzy nie mają już nic wspólnego z rycerzami w błyszczących zbrojach, a dzisiejsi książęta paradują w firmowych garniturach i krawatach, a chociaż są nie mniej bogaci, często w różny sposób muszą zarabiać na swoje utrzymanie, a dolary wpłacają do banku. Później, kiedy zaczęłam się na dobre interesować historią, okazało się, że prawdziwe królowe, królewny i księżniczki nie miały tak lekko, jak przedstawia się to w baśniach. Często ich życie w zupełności nie przypominało żadnej z nich. Wręcz przeciwnie! Polityczne, aranżowane małżeństwa z niekiedy starymi królami, niepewne losy na oddalonych od domu dworach, śmierć przy porodzie, zapomnienie, szaleństwo, akceptowanie metresy, kochanek i bękartów, czasem znoszenie szaleństwa męża, stawianie czoła dworskim intrygom i szpiegom… I jeszcze ta odpowiedzialność, bo królowa ma istotny wpływ na losy państwa – choć w większości przypadków nie dopuszczano kobiet do polityki, to właśnie królowa rodziła potomka, mającego zapewnić ciągłość dynastii. Tym, że przy porodzie przypadkiem umarła, mało sentymentalny i słabo przywiązany do swojej żony król niekoniecznie się przejmował – zawsze przecież mógł ożenić się jeszcze raz. Przy czymś takim wszystkie klejony i suknie, jakie miała na wyposażeniu królowa traciły swoje znaczenie, prawda? 

Okazuje się jednak, że życie ma i tak dużo wspólnego z baśniami. Albo – żeby było poprawnie – baśnie mają dużo wspólnego z rzeczywistością; pokazują bowiem archetypy ludzkiego losu i ludzkich charakterów, generalizują więc to, co często przeżywamy i o czym piszemy w książkach. Są ludzie źli i dobrzy; lisy i kruki, złe macochy i wróżki, nadzy cesarzowie oraz tacy, którzy chcą słuchać śpiewu słowika, świniopasy, przebiegłe królowe, Czerwone Kapturki i Baby-Jagi (czasami pojawi się jakiś książę na białym koniu, jednak zatrzymanie go na dłużej jest już znacznie trudniejsze, bo uroda nie zawsze idzie w parze z inteligencją czy – co gorsze – charakterem) Z pewnością po dłuższym zastanowieniu potrafilibyśmy wskazać takie osoby i w naszym otoczeniu. Czasami zdarza się też, że bajkowe scenariusze – do których czasami należą niezwykłe przypadki i spełnienie się głęboko skrywanych marzeń – w pewnym stopniu są obecne i w naszym życiu, oplecionym szczelnie przez pajęczynę trudnej rzeczywistości i bujania w obłokach podczas czytania kolejnej dość bezmyślnej opowiastki z happy endem. I nie tylko w naszym. Ponieważ losy ludzkie są takie same w każdej epoce, a zmienia się tylko wystrój i rekwizyty, w niektórych biografiach naszych przodków, znanych i nieznanych, fragmenty baśni były obecne. Tylko nie zawsze te dobre, bo wielu podzielało los Dziewczynki z Zapałkami czy stawało się czarnym charakterem. I nie zawsze z tym dobrym zakończeniem, bo mówi się, że życie z zasady nie zna takich. No ale nie zmienia to faktu, że baśnie są obecne wszędzie. Nawet w historii, uważanej przez wszystkich za rzecz nudną i nieżyciową. 

Z takiego założenia wyszła Autorka tej książki, prowadząca w sieci bloga Kobiety i historia, która do historii, a ściślej mówiąc biografii znanych kobiet, podeszła z baśniowego punktu wiedzenia. Zabieg to ciekawy, wcześniej jeszcze przeze mnie nie spotkany, miałam więc nadzieję na coś nowego, świeżego, a może i przełomowego. Blogerzy, przynajmniej ci lepsi, to kreatywni ludzie, pomyślałam, ciesząc się, że istnieją jeszcze tacy zapaleńcy, którzy w nowatorski sposób chcą pokazywać, że historia nie jest listą dat, nazwisk i pojęć, ale życiem i jego nauczycielką. Kto wie, może to właśnie ta książka, jak dla mnie Poczet Jagiellonów dla dzieci kiedyś dawno, będzie tą, od której zacznie swoją niekończącą się przygodę z najbardziej fascynującą dziedziną nauki? A może choć trochę podniesie świadomość historyczną w naszym kraju, zachęci kogoś chociaż do spojrzenia na ten szkolny przedmiot łaskawszym okiem czy zmobilizuje do sięgnięcia bo znacznie bardziej szczegółową biografię wybranej postaci? Mając takie nadzieje, bałam się konfrontacji z rzeczywistością bardziej, niż możecie to sobie wyobrażać. 

Prawda jest taka, że chociaż długo przed wydaniem książki o blogu Kobiety i historia stało się dość głośno i zostałam o nim poinformowana, nigdy on mnie specjalnie nie interesował. Nie dlatego, że podejście do tematu nie było ciekawe, co przecież bardzo sobie cenię, ale jakoś nie mogę się przekonać do większości blogosfery historycznej. Alergicznie reaguję na błędy, które są wiele bardziej oczywiste i podstawowe niż te, które można spotkać na Wikipedii. I nie tylko dlatego, że nie mam zaufania do źródeł, które nie posiadają długich wykazów bibliografii (bo nie mam, ale nie w tym rzecz), ale po prostu znudziło mnie pisanie długaśnych komentarzy, na które i tak nikt nie odpisywał, bo choć bloger nie musi być alfą i omegą, to jeśli jego strona jest pewnego rodzaju firmą, musi posiadać jakieś kompetencje, czyli przynajmniej przeczytać kilka książek na poważnie. A przynajmniej ja to tak traktuję – nie lubię kogoś oszukiwać, przynajmniej w ten sposób. Tak więc teraz, kiedy pozycja trafiła w moje łapki, weszłam na stronę Autorki, nie chciało mi się zbytnio rewidować treści postów, których przecież było wcale dużo. Zmartwiły mnie tylko gabaryty książki i – sprawdzam to na początku – bibliografia. Zwykle wychodzę jednak z założenia, że nadzieja umiera ostatnia i, jako że pewnego dnia miałam dość wolnego czasu, zabrałam się za lekturę, mimo wszystko licząc na coś ciekawego, a przynajmniej na mile spędzony czas, w którym będzie czas  na kolejną podróż do przeszłości – do czasów mojego dzieciństwa, kiedy ubierałam się w sukienki mamy i dorośle upinałam włosy, jak i do wieków pełnych królowych, królewien i księżnych, ich sukien, karoc oraz politycznych intryg, które nieraz przekreślały ich szczęście. 

Ale żeby było bardziej optymistycznie, Autorka pogrupowała ich postacie według baśniowych scenariuszy. Są historyczne Kopciuszki, Śpiące Królewny, Królewny na Ziarnku Grochu, Królewny Śnieżki i – co zapewne jest najbardziej ciekawe – Piękne i Bestie. Snuje więc historie o Elżbiecie Rakuszance, która była bardzo brzydka, ale i tak stała się ukochaną żoną przystojnego Kazimierza Jagiellończyka oraz matką królów, o Zofii Chotek, zwykłej hrabiance, która została żoną arcyksięcia, o Czarnej Halszce i jej toksycznej matce oraz o księciu Konstantym Pawłowiczu i jego polskiej żonie, Joannie Grudzińskiej. Nie brakuje także takich sław jak Bona, Barbara Radziwiłłówna, Maria Tudor (znana jako Krwawa Mary nieszczęśliwa królowa Anglii jest postacią, której zawsze współczuję, cieszę się więc, że Autorka, w odróżnieniu od wielu innych zajmujących się tą tematyką w sposób hobbystyczny osób traktuje ją sprawiedliwie i z wyrozumiałością), cesarzowa Sissi, Joanna Szalona czy lady Jane Grey. Blogerka opowiada również o postaciach mniej znanych, dość niepopularnych, albo zapomnianych: Anna Lenowens, Stefania Klotylda Koburg czy Sydonia von Borck, niejako odświeżając ich sylwetki i, kto wie, może przywracając ogólnej świadomości historycznej. I bardzo dobrze, bo szczerze mówiąc wolę poczytać o nieszczęściach córki Sobieskiego czy przekleństwie, jaki na ród Gryfitów rzekomo rzuciła piękna i odtrącona Sydonia, niż po raz setny przypominać sobie oklepaną historię miłości Zygmunta Augusta i Radziwiłłówny, która fascynująca była kilka lat temu, a o której wspomina każda bardziej popularna książka o historii Polski (zresztą to bardzo, ale to bardzo pesymistyczna opowieść). Jak większość na kartach tej pozycji, muszę zauważyć – tylko kilka z nich kończy się jeśli nie bajkowym happy endem to przynajmniej jakimś pozytywnym, przynoszącym nadzieję akcentem. Przez to całość ma mniej baśniowy akcent, niż można było się spodziewać - cała ta bajkowość jest tylko opakowaniem, w którym Autorka przemyca prawdziwe życie ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. 

Jest coś, co w książce bardzo mi się podoba, a czym szeroko Autorka napisała we wstępie. Chodzi o dostrzeżenie konieczności pisania i opowiadania o historii inaczej niż robi się to w szkole oraz większości pozycji popularnonaukowych i przeznaczonych dla profesjonalnych historyków. O poszukanie jakiegoś klucza, którym można otworzyć furtkę do świata historii dla każdego, nawet osoby, która wcześniej uważała, że kłótnie królów, papieży i niekończące się wojny, w których było pełno bitew niedaleko miejscowości o czasami trudnych do wymówienia nazwach. Bo przecież, jak pisze Autorka, problem nie polega na tym, że ludzie nie są zainteresowani historią, tylko zwykłe spojrzenie na tą dziedzinę nauki sprawia, że wielu – niesłusznie – uznaje, że to bardzo nudne. A później już trudno zmienić swoje zdanie. Blogerka postanowiła więc to zmienić, odwołując się do naszych najgłębszych wspomnień i sentymentów, wpisać w baśniowe scenariusze historie prawdziwych, żyjących kobiet, minimalizować ilość dat, nazw miejsc i nazwisk, tak, by uczynić lekturę książki prostszą i bardziej przyjemną, a jednocześnie zaciekawić czytelnika, zaintrygować, zaczarować i zahipnotyzować magią historią. Może ktoś potem postanowi przeczytać coś innego, może bardziej skomplikowanego, a potem zostanie miłośnikiem historii? Kiedy przeczytałam Wstęp do pozycji, pod niektórymi stwierdzeniami Autorki chciałam podpisać się wszystkimi czterema  łapkami i pełna nadziei czytałam dalej, licząc może nie na jakieś rewelacje i sensacyjne ciekawostki, ale na dobrą lekturę, odmienne od mojego spojrzenie, które z pewnością mnie czegoś tam nauczy. 

Największą zaletą pozycji jest język, pasujący do luźnej konwencji, jaką przyjęła Autorka, choć czasami jej krótkie, mało rozbudowane zdania drażniły mnie i sprawiały, że czytanie nie było niezbyt płynne. Dzięki temu jednak książkę czyta się właściwie błyskawicznie, pożera za jednym razem, niemal przepływając wzrokiem po stronach. Styl zresztą odkrywa tożsamość: mimo że każdy z nas jest inny, pewne cechy wskazują na blogera. Wiecie, subiektywność wypowiedzi, charakterystyczna narracja, luz i elementy typowo dziennikarskie, które są obecne we wszystkich dobrych tekstach blogerskich. No i długość rozdziałów, odpowiadająca przyzwoitemu postowi (nie, moje są nieprzyzwoite), ale na książkę za krótka, przez co ma się wrażenie, że tekst przecieka między palcami, a dana opowieść kończy się zanim dostatecznie oswoimy się z daną bohaterką. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo Autorka nie traci dystansu właściwego skromnym blogerom, a i tekst w tym stylu jest znacznie lżejszy i łatwiejszy w przekazie, szczególnie dla tych, którzy są przyzwyczajeni do tego typu prostego języka. Nie można jednak Autorce odmówić bogatego słownictwa i dobrego warsztatu, którego delikatne niedociągnięcia tuszuje pasją opowiadania i przeżywaniem opisywanych wydarzeń, a także – co, myślę, było najważniejsze – umiejętność zaciekawienia czytelnika (każdy dobry bloger powinien coś takiego mieć, ale lepiej nie rozpisuję się na ten temat, bo ja nie posiadam takiego daru od losu), zaintrygowania go i zmuszenia do inicjatywy. Bo tu potrzeba dość własnej kreatywności – bez tego książka będzie jak ciastko bez nadzienia. Do zaprezentowanych przez Autorkę scenariuszy można bowiem dopisywać własne przykłady według wzorów, wymyślać inne baśniowe wzory postaci, albo po prostu poszukać innych, które nie zostały przedstawione w książce, a zasługują na większą uwagę. Ostatecznie na świecie żyło już tyle ludzi, że znajdzie się jeszcze wiele innych ciekawych przykładów – na przykład – złych macoch. Wystarczy uważnie szukać… 

Czytając miałam bowiem często wrażenie niedosytu  Bo poza wymienionymi (niewieloma) przykładami mniej znanych bohaterek Autorka sięgała po oklepane historie i odsmażane wielokrotnie kotlety: Bona, Barbara Radziwiłłówna, Joanna Szalona, Maria Tudor (Elżbieta też pojawiła się w kilku miejscach) oraz siostry Jagiellonki: Anna, Katarzyna i Zofia. Może wiele osób nie wie o takich postaciach, ale o nich poczytać można w innych, równie nowatorskich opracowaniach. Nie są to zresztą najciekawsze historie, bo o ile Katarzyna Jagiellonka, więziona z mężem przez cztery lata w wieży przez Eryka Szalonego, to ciężko tyle samo napisać o jej siostrze Zofii, której życiorys był mało skomplikowany i w gruncie rzeczy – poza kilkoma szczegółami – niezbyt interesujący, przynajmniej dla kogoś piszącego tego rodzaju książkę. Ten rozdział Autorka mogła zastąpić czymś innym, mniej znanym. Na przykład historią królowej Melisandy i króla Fulka d’Anjou, który urodą nie grzeszył, więc nadawałby się idealnie na książkową bestię (tyle że opowieść nie skończyłaby się dobrze, bo spory małżeńskie doprowadziły niemal do wojny domowej). Albo o występnych żonach synów Filipa Pięknego, chociaż te trudno byłoby dopasować do jakiejś kategorii. A w starożytności nie było królowych? Taka chociażby Kleopatra, albo Nefretete, to najprostsze zresztą przykłady. Semiramida. Albo nieszczęsna pierwsza żona Nerona, Oktawia. W roli Kopciuszka doskonale czułaby się Rokosana, ukochana żona sułtana Sulejmana Wspaniałego, która – jak plotka głosi – była słowiańską branką i niewolnicą. Eh, tomy można pisać. Wystarczy poszperać, znaleźć w sobie dawkę oryginalności i kreatywności, chęć opowiadania o czymś innym niż wszyscy. Bo myślę, że prawdziwy romans z Bliskiego Wschodu działa na wyobraźnię odbiory bardziej niż Bona-trucicielka; przynajmniej tak mi się wydaje. 

Z drugiej jednak strony przytoczone wyżej przykłady wymagają większego nakładu pracy i czegoś więcej niż podstawowych wiadomości historycznych. A nawet z tymi, jak wynika z książki, Autorka ma problem. I jeszcze się z tego cieszy; we Wstępie stwierdza, że na szczęście nie jest historykiem. Na szczęście. Bo historyk traktuje te wszystkie postacie jako figurki, razem z tłem tworzących pewne ściśle naukowe konfiguracje, nie rozumie ich uczuć, ocenia ich z perspektywy naukowego mądrali, który połknął encyklopedię i zamienił się dinozaura. A przynajmniej tak twierdzi Autorka, nazbyt przeceniając swój blogerski zapał. Świadczy to o tym, że czyta mało dobrych monografii – owszem, są historycy którzy swoje oceny biorą z kosmosu, ale zazwyczaj kierują się empatią i prawdziwym wyczuciem tematu. Zresztą mniejsza o oceny i zanudzanie trudnymi do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika kłótniami królów i papieży, skoro Autorka popełniła w swojej książce wiele kardynalnych błędów, które płazem nie uchodzą nawet ogarniętym uczniom. Przede wszystkim szok i zrozumiały niesmak wywołała u mnie historia Klary Zach. I to nie dlatego, że w jakiś sposób chcę bronić późniejszego króla Kazimierza Wielkiego, bo nie można mu odmówić wątpliwej moralnie słabości do płci pięknej, ale cała historia zbudowana wokół tego faktu jest najprawdopodobniej krzyżacką plotką (kto jak kto, ale Krzyżacy w propagandzie byli mistrzami) i próbami wytłumaczenia sobie zamachu ojca zgwałconej dziewczyny, Felicjana Zacha na Karola Roberta i Elżbietę Węgierską, która straciła wtedy cztery palce. Branie niesprawdzonych faktów, do których historycy mają wątpliwości, jest dość nieprofesjonalne, szczególnie że wielu ludzi uzna tę informację za prawdziwą. Zresztą rozdmuchiwanie jakiegoś epizodu z życia Kazimierza, których w jego biografii jest na pęczki, to robienie z igły widły. Ale jest jeszcze gorzej, bo około 27-letni Jagiełło w oczach Autorki był już starcem. Ha! Co prawda w średniowieczu pogląd na ludzki wiek był nieco inny, ale nawet wtedy litewski książkę był uważany za człowieka w sile wieku; nie da się tego nawet wytłumaczyć z punktu widzenia Jadwigi, bo różnica wynosiła jakieś trzynaście – czternaście lat, czyli niewiele (o starcach możemy rozmawiać, kiedy dwudziestolatka wychodzi za mężczyznę sześćdziesiąt, pięćdziesiąt lat starszego i Hedwiżka z pewnością o tym wiedziała). Ów starzec dożył zresztą osiemdziesiątki i zdążył być dobrym królem, więc trochę nie zasługuje na takie określenie. Trochę. Za to Zygmuntowi Staremu pisarka oddała z nadwyżką – został najlepszym polskim królem. Serio? W skali światowej był, owszem, niezły, ale brakowało mu energii, zapału i strategicznego myślenia, czyli wszystkich cech, jakie są potrzebne, żeby wygrać w polityczne szachy albo być przynajmniej poważnie traktowanym. Bo niby ten hołd pruski w 1525 ładnie wyglądał, ale 1 września 1939 roku poznaliśmy jego konsekwencje. Wiadomo jakie. Drobniejszych spraw jest więcej – przede wszystkim nachalne odbrązowienie królowej Bony i oczyszczanie z niej zarzutów o trucicielstwo, utyskiwanie na Barbarę Radziwiłłównę i rozpaczanie, że nikt już o wielkiej królowej nie pamięta. Cóż, może i racja, ale wszyscy książęta mazowieccy nie popełnili chyba zbiorowego samobójstwa, kiedy Włoszka miała chrapkę na ich ziemię. Autorka pomija tę kwestię – jak się domyślacie – milczeniem. 

Szukanie w książce bibliografii, kiedy natknęłam się na nieszczęśliwą historię Klary Zach, zajęło sporo czasu, tylko dlatego, że spis książek używanych przez Autorkę zajmuje stronę. I to jest jeszcze wybrana bibliografia (sic!). Rozumiem, czasami używając jednej książki można napisać następną, a to jest nie lada sztuka. Użyte przez blogerkę pozycje są jednak dość nieprzekonywujące; mało tu pozycji specjalistycznych, a tym samym wiarygodnych – dużo pozycji wydanych niedawno, zajmujących się historycznymi plotkami, nie wiem czy rzetelnych (mogę szerzej wypowiedzieć się na temat Dam Złotego Wieku Kamila Janickiego, którą zrecenzowałam na blogu, biadając nad oczywistymi i podstawowymi błędami Autora). Jest Kromer, słownik Kopalińskiego – pozycja nijak pasuje do tematu, ale to wielkie dzieło – i sporo szkiców biograficznych oraz popularnonaukowych biografii. Mało tego, a niektóre, sądząc po tytułach, brałabym z przymrużeniem oka. I spisałabym raczej całą bibliografię, bo to po prostu lepiej wygląda, tak samo jak obecność przypisów. Może Autorka uważała, że ich brak ułatwi czytanie? Ja czuję jedynie dyskomfort, bo z pewnością jestem inna niż reszta społeczeństwa, jednak ponieważ książka nie jest powieścią, ale czymś w stylu monografii, więc wynika to nawet z zasad dobrego wychowania. Jeśli chciała wyjść naprzeciw oczekiwaniom masowego czytelnika, który w świat historii (jeszcze) nie wsiąknął, to zawsze można było przypisy umieścić w specjalnej części, na końcu książki, tak, by można było pominąć, a każdy, kto tak jak ja, uważnie je czyta (tylko nie pytajcie o powód, bo go nie znam), czuł się usatysfakcjonowany. Jakkolwiek byśmy na to nie spojrzeli, to wciąż jest historia, nie baśń. 

Wydanie za to jest porządne i całkiem niezłe. Okładka utrzymana jest w delikatnych, pastelowych kolorach - beżach, ercú, delikatnych, pudrowych różach i jasnych brązach, tworzących razem harmonijną, przyjemną dla oka całość. Na przedniej okładce widzimy odwróconą plecami kobietę w eleganckiej sukni przeglądającą się w lusterku, w którym widzimy jej twarz (wywołuje to dość dziwne uczucie, szczególnie że mam słaby i zmęczony wzrok), tajemniczo i smutno spoglądającą na czytelnika. Bajkowo-historyczne klimaty, powiedziałabym, a w dodatku pomysłowo i bardzo kobieco.  Tytuł, zapisany na sukni postaci, jest wydrukowany ładną czcionką, aczkolwiek zawiera jeden dość poważny błąd (jestem bardzo konserwatywna, jeśli chodzi o rozdzielenie słowa bajka od słowa baśń). Pod spodem mamy podtytuł i jeszcze dopisek o tajemnicach, a na końcu, pomarańczową czcionką, imię i nazwisko Autorki, wraz z informacją o jej blogu (to powtarza się na tyle okładki, jakby była to jedyna rzecz, jaką pisarka osiągnęła). Na tylnej stronie jest długi, ale pobieżny opis w dwóch różnych kolorach, a także króciutka biografia blogerki, będąca raczej opisem jej książki. A szkoda. Chętnie dowiedziałabym się o niej coś więcej, może nawet uśmiechnęła się do jej zdjęcia. Grzbiet jest nieco ciemniejszy, z czerwonym tytułem, wygląda zupełnie przeciętnie, ale chyba z powodu skromnych rozmiarów. Szkoda. Przez to ginie na mojej półce obok grubych, kolorowych towarzyszek, a zawsze smuci mnie, kiedy jedna z książek zostaje przysłonięta przez inne, ale co na to poradzić. Warto też wspomnieć o nalepce, jaka była na moim wydaniu, która informowała, że książkę poleca Ewa Stachniak, jak wiecie, pisarka i Autorka dwóch doskonałych powieści o Katarzynie Wielkiej. Z blogerką łączy ją charakterystyczne, kobiece podejście do historii, rozwikływanie supłów losu postaci historycznych i niezwykle sensualne portrety kobiet, królowych i caryc, nie dziwię się więc, że poleca pozycję, włączając się w bardzo ważną akcję wspierania blogerów. To bardzo miło z jej strony, chociaż z pewnością ma większą wiedzę historyczną. 

Zaczynając lekturę miałam pewność, że to historia w wersji pop, nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo – poza miłą rozrywką w ukochanych klimatach nie zyskałam nic nowego. Chyba że mówimy o wiedzy pozahistorycznej, bo pozycja, paradoksalnie, nauczyła mnie trochę życia. Teraz zaczynam dostrzegać baśnie w rozmaitych opowieściach, a w baśniach, tych najbardziej klasycznych, kawałki ludzkiego życia. Skomplikowanego, pełnego warstw, nie zawsze sprawiedliwego. Bo, na przykład, zamiast jednej z wielkich księżniczek, żoną przystojnego królewicza zostało popychadło kuchenne, a Śpiąca Królewna, by znaleźć tego jedynego, musiała czekać aż sto lat. A baśniowe scenariusze z życia wzięte kończyły się czasami zupełnie inaczej, niż chcieli tego opowiadacze baśni, nie chcąc niszczyć dziecięcej niewinności i naszej nadziei – czasami maska Bestii nie opada, a książę na białym koniu nie przyjeżdża, myśliwy dopada i zabija Śnieżkę, a ziarnko grochu okazuje się kamieniem młyńskim. I nie ważne kim jesteś i w jakim wieku żyjesz: królową w klejnotach i pięknych sukniach czy pomywaczką w brudnym fartuchu albo marzycielką myślącą wciąż o happy ever after – baśń zwana życiem dopada każdego.

Tytuł: „Bajki, które zdarzyły się naprawdę”
Autor: Anna Moczulska
Moja ocena: 3,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję pani Edycie z wydawnictwa Znak

sobota, 17 października 2015

Liliowa poetka. Recenzja książki



Ludzie z natury są ciekawscy. Lubią wiedzieć więcej o innych, szczególnie o tych, którzy – w pewien sposób – są lepsi. Dlatego taką popularnością cieszą się portale z plotkami o celebrytach i parach królewskich, którym trochę zazdrościmy, trochę podziwiamy i bardzo chcemy być tak jak oni, a przynajmniej wyłuskać z ich wspaniałego życia coś, co bardzo przypomina naszą, do bólu zwykłą egzystencję. Losami innych, wydawałoby się lepszych od nas, leczymy własne kompleksy, zapełniamy sobie czas pomiędzy kolejnymi telenowelami, emocjonujemy się, nieodmiennie podziwiając ich i przeżywając ich problemy jak swoje. Kłopot w tym, że wielu z nich nie jest godnych tej uwagi, przynajmniej moim zdaniem (podkreślam, moim zdaniem, bo nie chcę być rozszarpana na środku ulicy przez psychofanki Justina Biebera czy kogoś innego za szerzenie herezji), a ci bardziej normalni wolą ukrywać szczegóły swojego życia przed mediami, co zresztą doskonale rozumiem. Zawsze jednak pozostają postacie historyczne, pisarze, malarze i poeci, bo nawet biografie tych, którzy żyli kilkaset lat temu, są pełne pikantnych szczegółów a przynajmniej faktów, które można uznać za fascynujące, choć nie tak jak popularne anegdotki, często będące po prostu wyssanymi z palca plotkami. Ale jak możemy ich poznać tak naprawdę, nie powierzchownie, jak w wywiadach z celebrytami, w których chwalą się swoją sławą i pragną uchodzić za autorytety? Zresztą wątpię, czy Freddie Mercury lub Henryk Sienkiewicz jeszcze ich udzielają. Biografie? Choć bardzo lubię ten gatunek, myślę, że sylwetka opisywanej osoby jest przedstawiana – nawet w najbardziej rzetelnych z nich – z pewnego rodzaju subiektywnego punktu autora, który nieczęsto udziela głosu innym, szczególnie tym, których ocena o danej postaci nie zgadza się z obraną w danej książce konwencją. Najlepiej więc czytać to, co napisali sami – pamiętniki, dzienniki (chociaż jest to również pewna forma kreacji siebie), listy czy wypowiedzi innych osób, które miały zaszczyt znać taką osobistość bliżej. Postrzeganie innego człowieka jest bardzo subiektywne, więc im więcej opinii, a w nich cech wspólnych, tym obraz danej postaci wyraźniejszy, bardziej bliski i ludzki, choćby ta postać żyła kilka wieków wstecz. 

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, z domu Kossak – córka jednego z słynnych Kossaków, wnuczka słynnego Juliusza. Nie była jedyną artystką w rodzinie, choćby jej wuj czy siostra, Magdalena Samozwaniec, ale i tak swoim talentem wychyla się poza resztę światka literackiego końca dwudziestolecia międzywojennego. Polska Safona, mówili o niej, czytając tomik Pocałunki, pełen erotyków zachwycających precyzją słowa, melodycznością, plastycznym opisem i pomysłem; mówią zresztą tak do dziś, cytując jej miniaturki poetyckie i wiersze, śpiewając je oraz przerabiając. Dzięki temu trafiła do mnie, w dość cienkim, czerwonym tomiku z wybranymi utworami, zaciekawiając i jednocześnie odpychając – należę do tego gatunku ludzi, którzy nie chcą być romantykami. Obawiałam się egzaltacji, będącej zmorą kobiecej poezji miłosnej, poplątania z pomieszaniem lub wymuszonej oryginalności i byłam zaskoczona, gdy okazało się, że jest zupełnie przeciwnie. Tomik połknęłam w jedno popołudnie, szczególnie że wiersze nie były długie i trudne, czując po jego odłożeniu niedosyt; czerwoną książeczkę zresztą musiałam oddać. W wakacje na szczęście przywędrowały do mnie wysłużone wydania wszystkich wierszy poetki w dwóch tomach, sprawiając, że moja sympatia przeszła w prawdziwą miłość, może przywiązanie, do wielu z utworów. Na tym się nie skończyło – poznałam najgłębsze myśli i pragnienia poetki, jej wrażliwość i charakterystyczny sposób obrazowania, ale reszta jej osoby była dla mnie niewiadomą. Gdzieś przemknął mi jej portret namalowany przez „Witkacego” Witkiewicza i to zdjęcie w welonie czy kapeluszu z koronek, lecz rysy mówią o człowieku niewiele – potrzebna mi była jej biografia, życiorys bogatszy w szczegóły niż informacja w leksykonie czy niezbyt przecież wiarygodna notka na Wikipedii. A najlepiej coś więcej niż biografia, których przecież nie jest aż tak niewiele – choćby zbiór listów, pamiętnik, jakieś notatki, album? A może wszystko razem? Tak! Przez jakiś czas szukałam bardzo energicznie, ale potem do głowy przyszedł mi inny pomysł i zapomniałam, chociaż i tak często zaglądałam do wierszy poetki. Kiedy jednak zobaczyłam po raz pierwszy okładkę książki, pomyślałam, że koniecznie muszę spróbować. Może to jest to czego szukam? Poznając wypowiedzi, fragmenty listów i pamiętników osób z najbliższego otoczenia postać Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ukaże się przed moimi oczami na tyle wyraźnie, że będę mogła ją polubić jeszcze bardziej, a może i pozwoli mi to na głębsze zinterpretowanie jej wierszy, ale też dzięki temu będę bardziej obiektywna – ludzie zauważą to, czego sami u siebie nie widzimy, a niektóre wydarzenia z innej perspektywy zmieniają się zupełnie. Tak czy inaczej, to chyba jedna z najbardziej uczciwych form opowiadania o kimś, warta wypróbowania. 

Kim jest więc Maria Pawlikowska-Jasnorzewska? Taka jak w wierszach. Z kart książki wyłania się kilkadziesiąt jej charakterystyk, różniących się od siebie w miej lub bardziej; kilkadziesiąt jej portretów, naszkicowanych z różnych perspektyw; kilkadziesiąt prób uchwycenia jej niebanalnej osobowości, jednych lepszych i ciekawszych, innych gorszych i mało ciekawych, jakby ich autorzy nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. Wszyscy przyznają jednak, że poetka była osobą pełną wdzięku, elegancji i uroku osobistego. Zawsze ubrana w połyskliwe, kolorowe szale i suknie, pod którymi kryła ortopedyczny gorset, maskujący nabytą w dzieciństwie krzywicę, z burzą popielatych włosów, które potem ścięła i wielkimi, błękitnymi oczami. O delikatnej, pastelowej urodzie, w obłokach tiulu i motylich, kolorowych sukniach. Była niezwykle wyrafinowana i wykwintna, rozkoszowała się własną wrażliwością poetycką, uważała się za estetkę. Gdzieś pod tym egocentrycznym hedonizmem kryły się jednak kompleksy, ciągłe pytania, marzenia o wielkiej miłości (której tak naprawdę nie doświadczyła), samotność, zagubienie, ogromna wrażliwość; cechy te sprawiały, że czasem uważano ją za dziwaczkę, a przynajmniej za inną od przeciętnej reszty. Poza tym – jako nieprzeciętnie zdolna, ale niestarannie wykształcona – odczuwała głód wiedzy i wciąż coś czytała, lubując się w książkach historycznych i traktatach filozoficznych, mimo tego wierzyła w czarne koty, piątek trzynastego i przedmioty, które przynoszą pecha. Zajmowała się nawet czarną magią, ezoteryką, ziołolecznictwem, a duchy wywoływała z wielkim zamiłowaniem i nieskrywaną fascynacją, wierząc w istnienie jakiegoś czwartego wymiaru, czegoś co jest poza światem materialnym (łatwo to zresztą zauważyć czytając jej wiersze, szczególnie tomik o znaczącym tytule Profil białej damy). Trochę egzaltowana, trochę ironiczna, trochę tajemnicza, ale w tym wszystkim bardzo ludzka, prawdziwa, naturalna. Szczera. Nic nie robiła na pokaz, co teraz jest rzeczą powszechną, ale dlatego, że po prostu taka była i mimo kompleksów nie potrafiła się zmienić. Pod tym wszystkim jednak kryła się kobieta, a szerzej – po prostu człowiek, taki jak my, tylko że znacznie bardziej delikatny. I, co jest zapewne najbardziej zaskakującym odkryciem, jakiego dokonałam, skrywającym w sobie wiele więcej tajemnic, niż mogłabym przypuszczać przed sięgnięciem po tę pozycję. Pytań, na które i samej poetce z pewnością byłoby trudno odpowiedzieć, a co dopiero tym, którzy spoglądali na nią zewnątrz… 

Okładka książki jest bardzo ciekawa i dobrze dobrana. Pozycja jest w większym formacie niż inne książki Wydawnictwa, w eleganckiej twardej oprawie, w której całość wygląda bardzo intrygująco. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska spogląda na potencjalnego czytelnika z okładki z melancholijną zadumą, podpierając brodę ręką w długiej, skórzanej rękawiczce, a jej hipnotyzujące spojrzenie naprawdę przyciąga wzrok. Może to nie jest najładniejsze zdjęcie poetki, ale za to doskonale komponuje się z dwoma ćmami (szarą i różową) i liśćmi, wystającymi z rogów, a także z zielonym grzbietem i tylną, minimalistyczną okładką również w przyjemnym dla oka odcieniu jasnozielonego (kontrast tego koloru z czarnym jest bardzo odważny, ale tutaj zdecydowanie wyszło bardzo ciekawie i dobrze). Twarz poetki doskonale komponuje się zresztą z delikatnymi owadami, trawą i kolorystyką okładki, a ktoś doskonale edytował to zdjęcie, eksponując twarz Pawlikowskiej i białe kwiaty w jej kapeluszu. I choć na początku można przypuszczać, że takie połączenie się nie uda, a okładka będzie nietrafiona, książka w tym aspekcie pozytywnie zaskakuje. I to tak, że każdy bibliofil i miłośnik pięknych rzeczy chciałby ją mieć u siebie, chociażby dlatego, żeby na nią patrzeć – bo jest na co. 

W środku uwagę przyciągają liczne ilustracje. Choć nie wszystkie z nich są podpisane (a powinny) takie urozmaicenie jest bardzo dobrym pomysłem, szczególnie że nie są to tylko fotografie – ponieważ poetka miała także uzdolnienia artystyczne, jak jej ojciec, doskonale malowała, jej akwarele i szkice zdobią karty książki, łącznie ze zdjęciami samej Lilki i ważnych dla niej osób – mamy Małgorzatę Samozwaniec, Zofię Kossak, rodziców Marii i wszystkich trzech mężów. Największe wrażenie robią jednak całostronicowe reprodukcje portretowych fotografii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, dzięki którym możemy się jej bardzo dokładnie przyjrzeć, chociaż żadna z nich nie jest kolorowa i w jakości HD. Pozycja jest wydrukowana na dobrej jakości białym papierze, ładną, staranną czcionką, a podziały między kolejnym rozdziałami książki są bardzo widoczne; na końcu umieszczono jeszcze praktyczny indeks, dzięki któremu odnajdywanie informacji w książce nie jest żmudne i denerwujące oraz dość szczegółowe kalendarium twórczości poetki. Słowem, przegląda się z chęcią, choćby dla samego oglądania zdjęć i rysunków, które w większej części są niepublikowane w Internecie. 

Z jednej strony doskonale rozumiem pomysł zebrania w jednej książce fragmentów wspomnień i listów dotyczących ważnych i ciekawych osób, bo – jak pisałam wyżej – pozwala to na szersze spojrzenie na daną postać, rozbudowuje naszą wiedzę o nich, stanowiąc doskonały suplement biografii. To taka ciekawostka dla tych, którzy tak jak ja mają plotkarskie zacięcie, ale wolą światek twórców kultury i sztuki lub tych, którzy zafascynowani czyjąś twórczością, chcą dowiedzieć czegoś, co nie jest jednym z oficjalnych faktów, ale ciekawostką; dla koneserów będzie to nie lada kolekcjonerska gratka, coś odmiennego od większości książek na półkach. Zwykle przecież nie mamy dostępu do prywatnych zbiorów korespondencji przodków czy gazet sprzed lat siedemdziesięciu, o zdjęciach już nie mówiąc. Pozycja tego rodzaju wydaje się też bardziej wiarygodna niż wiele portali plotkarsko-sensacyjnych, gotowych nawet podkoloryzować historię czy też przeinaczyć fakty, by wywołać skandal czy osiągnąć nowy poziom wejść na stronę. Z drugiej strony jednak jakoś nie potrafię nabrać szacunku do Autorki tego opracowania – wyobrażam sobie oczywiście ogrom pracy i zawracania głowy, jakie zwykle towarzyszy zbieraniu i redakcji takich materiałów, szanuję też cały wysiłek, bo jak na książkę tego rodzaju pozycja liczy sobie dość dużo stron. No ale skoro tak, to Autorka mogła się jeszcze bardziej postarać – poza niemalże jednostronicowym wstępem nie ma ani jednego odautorskiego słowa. Trochę przesada, bo choć rozumiem, że może takie wtrącenia obniżyłby wartość książki jako źródła, dzięki któremu można wyrobić sobie obiektywne zdanie na temat Lilki, to przecież można było rozbudować wstęp. Ba! Muszę przyznać, że przygotowana byłam na zanudzanie, to znaczy dziesięciostronicowy wykład o rzeczach elementarnych dla każdego fana Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, byłam więc nieco zawiedziona. Trochę to też brak profesjonalizmu, bo zamiast losów poetki, Autorka mogła napisać więcej o własnym stosunku do opisywanej postaci, zdobywaniu materiałów (to byłoby bardzo ciekawe) czy w jakiś inny sposób wprowadzić czytelnika w tematykę książki. Nie narzekałabym także na krótką notką biograficzną na temat każdego z narratorów, bo skąd przeciętny czytelnik, który dopiero zaczyna interesować się poetką i jej rodziną, będzie wiedział Zofia Kossak, o której napisano tylko, że jest pisarką, będzie wiedzieć, że napisała genialnego Króla Trędowatego? No dobra, może się czepiam, ale nawet na końcu książki mogła umieścić krótkie notki chociaż o członkach rodziny Kossaków, a może nawet drzewo genologiczne? Jest przecież tyle możliwości, żeby nie brzmiało dziwnie, kiedy Autorka pisze na odwrocie książki o sobie jako o biografce. Zresztą opracowanie też jest średnie – przynajmniej kilka z wypowiedzi jest niepotrzebnych,  nieciekawych, w żaden sposób nie wnoszących nic do portretu Lilki, albo po prostu nieciekawych, umieszczonych tam tylko żeby wszystkiego było więcej. Cóż. Jeśli chodzi o tego rodzaju książki, myślę, że liczy się jakość, a nie ilość. 

Nie jest to pozycja dla tych, którzy Marię Pawlikowską-Jasnorzewską dopiero poznają – przed nimi lektura wszystkich jej wierszy, które prześwietlają jej niezwykłą osobowość, jakieś klasycznej biografii no i wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Dopiero wtedy uzupełnieniem może być lektura tej książki – dzięki niej nasze podejście do poetki będzie bardziej osobiste, ludzkie, bardziej obiektywne ale również – paradoksalnie – subiektywne, pełne takich emocji, jakie odczuwamy w stosunku do każdego spotkanego przez nas człowieka.  Bo choć niewiele z faktów poruszonych w książce było dla mnie nowością czy zaskoczeniem, to wdaje mi się, że poznałam Lilkę trochę głębiej niż zwykle; raczej jako człowieka niż jako poetkę. Jako człowieka, kobietę, pełną tajemnic, intrygującą, z ludzką twarzą i liliowym sercem, dostrzegającym i czującym więcej. Jako kruchą istotę, której emocje, które jak perfumy przesiąkły wiersze i do dziś owiewają czytelniczki, szukające w nich kawałka i swojego świata.

Tytuł: „Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w wspomnieniach i listach”
Autor: Mariola Przyzwan (opracowanie i redakcja)
Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję serdecznie wydawnictwu MG

środa, 16 września 2015

Droga do dorosłości. Recenzja książki



Często słyszę opinie starszych ode mnie, że w dzisiejszych czasach dzieci mają nudne życie, a w dorosłość wchodzą nieprzygotowane do wyzwań, jakie na nich czekają. I, po głębszym przemyśleniu oraz obserwacjach poczynionych w szczególności na Facebooku, muszę jednak podpisać się pod tą teorią. Rok szkolny? Wszyscy narzekają na brak czasu, bo nauczyciele wymagają coraz więcej, zresztą towarzyskie wracanie ze szkoły i internetowe rozmowy pochłaniają dużo czasu, żeby nie wspominać o przeczesywaniu otchłani Internetu w poszukiwaniu rozrywki. Wakacje? Również Internet, wypady rowerowe, wycieczki z rodziną, często za granicę. I tak wiele nastolatków, tkwiąc cały deszczowy lipiec czy sierpień przed telewizorem, narzeka w końcu na nudę. Ha. Na tym polega smutek ich egzystencji. Nie chcę nikogo obrażać, ani też jak moja babcia zaczynać zdania od za moich czasów, ale moje wspomnienia są mniej więcej takie, że biegałam z koleżankami i kolegami nie zważając na białe conversy (bo takich nie mieliśmy), robiliśmy placki z błota, zamki z piasku i goniliśmy dzikie koty. Pamiętam jeszcze zaniedbany domek, a właściwie pewnego rodzaju skład na narzędzia ogrodnicze, takiż sam u mojej koleżanki; również wielki basen, po którym pływaliśmy pontonem i pewnego młodego byka, przed którym uciekaliśmy na przełaj przez kukurydzę. Nasz wygląd ciężko było porównać do designerskich dwunastolatek, które robią sobie codziennie kilka selfie , a rozmowy i kłótnie do postów, komentarzy i rozmów w Internecie, ale wspomnienia mam bardzo dobre, takie, jakich wielu mogłoby mi zazdrościć. Jednak myślę, że dzisiejsze nastolatki – w większości - nie chciałyby nawet słyszeć o takich rzeczach, uważając je za zbyt wyczerpujące. Może to stereotypowa opinia, ale dziś mało kto potrafi się bawić. Ale nie chodzi mi o imprezy. Bawić się, w na przykład, udawanie, że jest się posiadaczem wyspy… 

Marian, Julek, Pestka i Ula jednak potrafią. Kiedy przyjeżdżają na wakacje nad rzekę Młynówkę, we wiosce Olszyny, potrafią całe dnie spędzać na wyspie na rzece, tylko we czwórkę. Pewnego dnia odkrywają, że na ich wyspie jest obcy – tajemniczy chłopak ze zranioną nogą, który twierdzi, że idzie do swojego wuja. Przyjaciele próbują mu pomóc, jednak z czasem przekonują się, że sprawa Zenka, bo tak nazywa się ów przybysz, nie jest taka prosta, jak na początku mogło się wydawać. Największe problemy ma Ula, cicha, nieśmiała dziewczyna, która do tego dziwnego chłopaka zaczyna czuć coś więcej niż tylko sympatię… Co będzie z Zenkiem? Czy w końcu uda mu się dotrzeć do wuja? I, co jest chyba najważniejszym pytaniem fabularnym powieści, co go skłoniło do podjęcia tak ryzykownej wyprawy? 

Rzeczą, dla której warto książkę przeczytać, jest podejście do przedstawianych tematów i wartości – ujęcie bardzo klasyczne (żeby nie napisać przestarzałe), pełne moralności tamtych czasów, ale i na wskroś uniwersalne. Autorkę zajmują istotne problemy, do których kłopot z brakiem chłopaka jak najbardziej się nie zalicza; przedstawia swoich młodych bohaterów w sytuacjach często przerastających ich wiek i predyspozycje psychiczne, w których przecież jakoś muszą sobie poradzić, uznając pewne wartości i normy moralne bez których – co pisarka może nieco natrętnie stara się udowodnić – ciężko byłoby te problemy rozwiązać. A rozwiązywanie ich jest właśnie procesem dorastania, kształtuje odrębne, ciekawe charaktery bohaterów, sprawia, że powoli przestają być dziećmi, a stają się dorosłymi – oczywiście psychicznie. Jednocześnie forma nie jest ciężka, wręcz przeciwnie – nurtujące problemy zostały przedstawione tak, że każdy czytelnik, choć może w życiu nie doświadczy podobnych sytuacji, rozumie bohaterów, a także – mimo wszystko współczuje Zenkowi. Nie jest to może dramatyczna lektura w stylu kolejnych wyznań Arabki, która uciekła na Zachód czy dziewczyny, która po latach opowiada o swoim traumatycznym dzieciństwie, ani nie poraża tak samo jak inna lektura, którą pamiętam z okresu, w którym czytałam tę – Chłopcy z Placu Broni. Emocje są bardziej wyważone, ukryte, schowane między słowami, niezbyt intensywne i jaskrawe, ale za to prawdziwe. Do bólu. Nie przesłodzone i sentymentalne, jak bywa to często w pozycjach dla młodszych czytelników, ale zarazem ładnie komponujące się z fabułą, zlewające się w jedną ciekawą całość. I – co chyba najważniejsze – pisarka nie traktuje odbiorcy jak nierozumną istotę, której wszystko trzeba podać na tacy, wręcz przeciwnie: młody czytelnik jest traktowany jak ktoś równy Autorce, jak dorosły, z którym można poważnie porozmawiać na różne tematy, a czasami dobrze i gustownie się przy tym bawić, z góry zakłada, że ma do czynienia z inteligentnym młodym człowiekiem. Rzadko można spotkać takie elementy w tego typu literaturze, pozycja ta więc chwilowo zaspokoiła wtedy mój wybredny gust i robiła to przez naprawdę długi czas.

Dużą zasługę ma w tym język, jakiego używa Autorka – styl ma prosty, dostosowany do potrzeb młodego odbiorcy i sprawiający, że powieść czyta się bardzo szybko i lekko, spokojny i ładny, nadający całości pewną nutę wewnętrznego ładu i harmonii, a może nawet melancholii. Język dość barwny, ale sprawiający wrażenie skromnego i skrajnie minimalistycznego, pozostawiającego wiele do interpretacji czytelnikowi, a jednocześnie odsłaniającym przed nim wiele kwestii, które pewnie zamazałyby się przy większej ilości słów. Nawet najbardziej dynamiczne momenty napisane są spokojnie, dość szczegółowo, bez zmieniania tempa. Pisarka jest doskonałym obserwatorem, zresztą obserwacja zachowań bohaterów i szukanie ich powodów – nierzadko pozostających w sferze domysłów – to istota tej książki. Każdy najdrobniejszy gest, niedopowiedziane zdanie, dziwne uczucie, które zaczyna kiełkować w bohaterze czy błysk w oku mogą wiele znaczyć, będąc czasem ważną częścią opowieści. Z drugiej strony, przez liczne – dziwnie to mówić, ale tak naprawdę jest – archaizmy i dość stare już konstrukcje zdań, rodem z głębokiego PRL-u, same z siebie przywołują pewien dziwny sentyment, który moje pokolenie ma we krwi, chociaż nie pamięta tamtych czasów. Czytanie przypomina trochę kameralny film dla młodzieży, ze słabą kolorystyką i czarnymi plamami, chociaż mimo wszystko bliżej tu do ładnego obrazka tamtych lat niż szarej, brutalnej rzeczywistości. Ale te archaizmy i brak krzykliwych gadżetów dzisiejszych czasów, gdzie komputer zastępuje wyspa na jeziorze, podkreśla tylko uniwersalną wymowę książki i sprawia, że czytelnik przestaje zaprzątać sobie głowę szczegółami, skupiając się na istocie – na problemach bohaterów, które, trzeba przyznać, są zwykle takie same, bez względu na rekwizyty i datę. 

Fabuła, jak na warunki gatunku i rodzaj, toczy się do przodu w dość szybkim tempie; Autorka poświęciła na poszczególne wydarzenia tyle czasu, ile potrzeba, nie przeciągając jakiegoś wątku nadmiernie ani też nie skracając. Wszystko wobec tego jest poukładane, logiczne i harmonijne. Bo tak naprawdę wiele się nie dzieje: duże partie tekstu pisarka poświęciła na delikatną analizę psychiki bohaterów, dialogi i wątki poboczne, chociażby dość szeroko przedstawiony konflikt Pestki z jej matką czy sytuacja rodzinna Uli. Są to jednak – najczęściej - wątki zgrabnie i niemal niezauważalnie wplecione do fabuły, mające na celu jeszcze szersze przedstawienie postaci, w pewnym stopniu wyjaśniające ich styl bycia, charakter, wyznawane wartości i reakcje. Co ciekawe, najmniej wiemy o najważniejszej postaci powieści, Zenku – to wątek sprytnie ukryty, pozostający w strefie domysłu czytelnika i sprawiający, że postać chłopaka jest taka intrygująca i tajemnicza; dzięki temu książka zmusza do przeczytania jej do końca i stwarza Autorce wygodny, zgrabny pretekst by z zapałem szkicować dalej psychologiczne portrety swoich dorastających bohaterów i snuć rozważania na nurtujące ją tematy. Bo tak naprawdę – mimo że jest to kwestia wydawałoby się nadrzędna, ciekawa i motywująca do dalszego czytania – nie ważne, czy Zenek znajdzie swojego wuja czy też nie. Najważniejszy jest tu motyw drogi, powody, jakie kierowały bohaterem i jego przemiana. A także coś, co łączy go z Ulą, choć to najdelikatniej zasugerowany i najbardziej niewyraźny wątek w powieści. A co? Tego niech już każdy domyśli się sam. 

Podkreślając wielokrotnie fakt, że Autorka najwięcej uwagi poświęciła bohaterom i ich psychice, oczywiście nie miałam na myśli, że zrobiła to dobrze – czasami można przecież przedobrzyć, rozmazać cechy bohatera, co sprawi, że postać, której psychikę chcieliśmy przedstawić bardzo dokładnie, rozmywa się i staje się niewyraźna i nieco miałka. To stało się tu w kliku przypadkach, szczególnie jeśli chodzi o męskich bohaterów powieści – mam tu na myśli oczywiście Julka i Marian. O ile Julkowi jeszcze wiele można przebaczyć, bo to przecież jeszcze dziecko, stojące na początku drogi do dorosłości, ujmująco niewinne i wywołujące czasami z tego powodu uśmiech na twarzy czytelnika, a Autorka nie ma raczej dużego doświadczenia w tworzeniu takich postaci, to ciężko powiedzieć cokolwiek dobrego o Marianie. Bo naprawdę nie dowiadujemy się o nic konkretnego. Dobry chłopak z niego był, przy czym miał cechy typowe dla dorastających osobników jego płci, wzorowo opiekował się Julkiem i był dla niego zadziwiająco wyrozumiały (nawet jak na normy PRL-u i lat 50., kiedy, jak wieść głosi, młodzież była lepsza niż dzisiejsza gimbaza, w co, tak naprawdę, nie wątpię) tak naprawdę nic więcej o nim nie wiemy. Oczywiście, Autorka z pietyzmem odmalowuje jego sylwetkę, ale chłopak z każdą stroną staje się coraz bardziej nijaki i skutecznie działa ludziom na nerwy. Tak samo jak dziewczyna zwana Pestką (nie dowiadujemy się, jak nazywała się naprawdę; gdy byłam mniej więcej w jej wieku w całej swojej genialności sądziłam jednak, że to jest jej imię). Inna sprawa, że nie lubię dziewczyn-chłopaczyc w właśnie jej stylu (to znaczy wkurzających osóbek, które kiedy kopiują styl chłopaków myślą, że wszystko mogą i zaczynają działać naprawdę bezmyślnie i arogancko; uwierzcie, mam jeszcze traumę od pewnego mocno bajkowego fantasy, w którym pewna dziewczyna zakochała się w drzewie i kwestiach zachowania przypominała Pestkę… żebym tylko nie zapomniała nasłać na nich asasynów albo nija).  Miała wyjść pewna siebie, buntownicza dziewczyna, która jednak skrywa ciągle powracający konflikt z matką. Wydaje mi się jednak, że Autorka nie miała tyle brawury czy też doświadczenia, żeby napisać to tak, jak powinno być, tworząc postać nieco sztuczną, wykreowaną trochę na siłę i dość trudną do zrozumienia przez czytelnika, nawet tego, który w ogólnym zarysie bohaterkę przypomina. Zresztą, trudno jest wykreować sympatycznego bohatera z mocnym charakterem, a i tego typu osobowość w pewien sposób burzy delikatną, kameralną kompozycję polegającą na zagłębianiu uczuć postaci. Tutaj bardziej pasowałaby Ula (mówiąc nawiasem, subiektywnie moja ulubiona bohaterka powieści, bo może nawet przypominająca mnie) – nieśmiała, cokolwiek zahukana, czasami jeszcze dziecinna i niezwykle wrażliwa. Rysunek jej postaci wychodzi Autorce bardzo ładnie, delikatnie, głęboko i przede wszystkim bardzo wiarygodnie, no, przynajmniej mi tak się wydaje. Wydaje się nawet, że pisarka poddaje ją analizie głębszej niż resztę postaci – naturalnie oprócz Zenka – ukazując przy tym najmocniejsze strony swojego warsztatu i portretując w ciekawy sposób postać, na pierwszy rzut oka, zwyczajną i dość nudną, co jeszcze dobitniej ukazuje w kontynuacji powieści. Nie można jednak zapomnieć o Zenku – przyczynie całego zamieszania, również w uczuciach Uli. Chłopak bardzo tajemniczy, z intrygującą czytelnika historią, jednocześnie, jak widać, mocno pokaleczony przez los, często z wątpliwymi moralnie pomysłami i poglądami na rzeczywistość, szorstki i niezbyt przyjacielski, ale jednocześnie bardzo samotny. Osamotniony. Potrzebujący kogoś bliskiego. W innym przypadku nie wybrałby się przecież samotnie na poszukiwanie wuja, ryzykując wszystko, łącznie z głodem i przymusowym powrotem do domu. I tak naprawdę poszukujący – jak ci bohaterowie powieści drogi, których ryzykowna wyprawa czegoś uczy. Chociaż dopatrywanie się jakiegoś drugiego dna i bardziej w skomplikowanej symboliki w dość prostej historyjce może być zwykłą nadinterpetacją. W każdym razie Autorka stworzyła tę postać z wielkim wyczuciem i niezwykłą empatią, ukazując chłopaka ze wszystkimi zaletami i wadami, portretując go w chwilach złości, zwątpienia, nadziei, radości, sprawiając więc, że Zenek wydaje nam się najbardziej żywy i najszczerzej ukazana postać, pełnokrwisty człowiek, co jeszcze bardziej budzi w czytelniku odruch empatii, o zrozumieniu dla jego, czasem niewłaściwych wyborów, nie mówię – każdy jest w stanie zrozumieć kogoś podobnego do nas, bo nie jesteśmy doskonali i, może, w takich okolicznościach dokonalibyśmy podobnych wyborów. Można więc powiedzieć, że pisarka nie tylko ukazuje nam wnętrze swojego bohatera, ale po trochu dokonuje studium każdego z nas, szczególnie kiedy chodzi o kwestie samotności, przyjaźni i miłości w naszym życiu, czegoś, czego wszyscy potrzebujemy… Stop. Czy ja znów wymyślam sobie to, czego nie ma w książce? 

Okładka posiadanego przeze mnie wydania jest niczego sobie, wesoło w każdym razie nie jest. To znaczy, jest mocno przeciętna i jakoś niezbyt pasująca do tego, o czym jest książka. Wydaje się być trochę w zbyt męskim stylu, a także, pomimo ładnego minimalizmu, wydaje się trochę za bardzo nowoczesna, nawet stylem nie nawiązując do fabuły, nie oddająca jej klimatu. Znowu się czepiam, jednak brakuje mi tu czegoś. Może całość jest zbyt uboga? Na mój gust jest w dodatku trochę za ciemna. Tło jest ciemnoniebieskie, z nieco jaśniejszym środkiem, wyglądającym jak aureola wokół głowy chłopaka, a większość błyszczącego czegoś, co postać ma na sobie (?) ozdobiona jest cokolwiek niemęskim, ale bardzo ładnym, czarnym wzorkiem. Skąd coś takiego się wzięło to nie wiem i raczej wolę nie dociekać. Za to bardzo podobają mi się czcionki użyte na okładce (jakoś dziwnie bez żadnego dodatkowej recenzji czy tekstu reklamowego), szczególnie tytuł, z ciekawym dodatkiem z dwóch stron i gustownie dobrany do całości kolor, jakim napisano nazwisko Autorki – cieplejszy odcień w tych wszystkich nieco przytłaczających i depresyjnych szarościach, błękitach i bieli jak najbardziej się przyda, choć okładki to już z pewnością nie uratuje. 

Coś jest w tej książce, co zmusza do refleksji. Mimo bezpłciowego Mariana, bardzo irytującej Pestki i niezbyt ciekawej – a już na pewno nie przyciągającej wzrok – okładki, jest tu coś, nad czym warto się zatrzymać. Bo o ile zaplątane w rzeczywistości dzieci, które powoli dorastają i próbują odnaleźć się w świecie dorosłych, świecie własnych, coraz mniej jednoznacznych emocji, odnajdą tu może jakąś analogię czy wskazówkę, a może zostaną zmuszone do przemyślenia kilku spraw, a może nawet zachwycą się lekturą, to starsi czytelnicy odnajdą dzieciństwo. Może to również z lat PRL-u, a może ze świata istniejącego jeszcze szesnaście, piętnaście lat temu, kiedy beztrosko bawiło się w budowanie zamków i Zorro, świata innego niż ten dzisiejszy. Takiego, w którym ludzka życzliwość dla tych, którzy zostali w różny sposób skrzywdzeni, jest na wyciągnięcie ręki, tak samo jak zupełnie bezinteresowna przyjaźń rówieśników-towarzyszów zabaw,  a zatopienie się w czyich oczach czy pierwsze, niepozorne drgnienie serca budzi niezrozumiały lęk i zdziwienie, kiedy pociąg oddala się, zmuszając do kolejnego pożegnania. A może i te chwile, kiedy zmieniało się nasze życie, nie potrafiliśmy sobie z czymś poradzić i targało nami poczucie inności czy obcości z różnych kiedy czuliśmy się jak nieproszony obcy na czyjeś wyspie. 

Tytuł: „Ten obcy”
Autor: Irena Jurgielewiczowa
Ocena: 7/10