Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Nie ma niewinnych. Recenzja książki



Przeznaczenie. Nie każdy w nie wierzy. Bezpieczniej dla kruchej natury człowieka jest myśleć, że może sam stworzyć swój los, że przyszłość zależy tylko od naszych wyborów i splotu przypadkowych okoliczności. Wiara w fatum łączy się często z wiarą w coś nadrzędnego, co jest odpowiedzialne za zaplanowanie naszego życia, a wiele osób wyklucza istnienie czegoś takiego. Bóg? Jakaś nieznana kosmiczna energia, która układa gwiazdy tak, by można było wyczytać z nich przyszłość każdego z nas? Niewidzialne istoty, które pozwalają wróżkom interpretować karty tarota i szepczą przepowiednie na ucho? Jak człowiek źle czuje się z taką świadomością! Chrześcijanie wierzą, że Bóg jest miłosierny, a do złych rzeczy, które wydarzają się w ich życiu odnoszą się z filozoficznym spokojem, że ma tak być, ale co z kosmicznymi siłami, które nie mają żadnych uczuć, a ich misterne plany są tylko przypadkowymi zderzeniami planet? Myślę, że strach się bać. Chociaż kiedy głębiej zastanowimy się nad naszym życiem, prześledzimy te kluczowe dla niego momenty, dojdziemy do wniosku, że wszystko, co do tego doprowadziło, było niezwykłym, nieprzypadkowym przypadkiem, zbiegiem nieszczęśliwych bądź szczęśliwych wydarzeń. A historia! Cóż to za kopalnia przedziwnych zbiegów okoliczności, czasami wyglądających tak, jakby ktoś wcześniej napisał sztukę i zaplanował dekoracje, a ludźmi posłużył się jako bezwolnymi marionetkami, aktorami, których zadaniem jest tylko zagranie dramatu swojego życia i zejście ze sceny. Nawet wielcy tego świata nie mogą tego zmienić, choć wydaje się, że skoro mają prawo (często zresztą wątpliwe) rozporządzania ludzkim życiem i pozornie mogą mieć wszystko. Wydaje się, że mają nawet gorzej niż zwykli, szarzy ludzie – według jednej z pradawnych zasad, rządzących światem, im wyżej człowiek dotrze, tym upadek będzie boleśniejszy. 

Edyp, bohater greckiego mitu i dramatu antycznego, żył w błogim przekonaniu, że jednak udało mu się uciec od własnego, bardzo złowrogiego przeznaczenia. Kiedy był jeszcze królewiczem Koryntu, jakiś podpity znajomy nazwał go znajdą, a obrażony Edyp udał się do wyroczni delfickiej, by przekonać się, jaka jest prawda. Pytia jak zwykle odpowiedziała na jego pytanie po swojemu – przekazując mu przepowiednię, jaką kilkadziesiąt lat temu usłyszał jego prawdziwy ojciec. Straszliwą przepowiednię – Edyp zabije ojca i ożeni się z matką. Sądząc, że władcy Koryntu są jego rodzicami, chłopak ucieka z ich kraju i postanawia iść do Teb. W czasie drogi zabija pewnego człowieka, a potem odgaduje zagadkę Sfinksa, czym ocala miasto i zgrania rękę owdowiałej królowej (przypadek?). Po latach, kiedy ma już małe dzieci i jest chwalonym przez wszystkich obywateli Teb władcą, na miasto spada straszliwa klątwa. Warunkiem ocalenia pozostałej przy życiu ludności jest wydalenie z Teb mordercy poprzedniego króla Lajosa, który pozostaje bez kary, a Edyp, jako dobry król, z miejsca zaczyna śledztwo. Odkryje jednak rzeczy, które nigdy nie powinny wyjść na jaw – tamtego felernego dnia, kiedy podczas swojej wędrówki z Koryntu zabił w złości starego człowieka, który nie ustąpił mu miejsca na ścieżce, dokonała się pierwsza część losu przeklętego młodzieńca, przypieczętowana małżeństwem z żoną króla Lajosa, Jokastą…

Nie mogę powiedzieć, że nie znałam treści sztuki przed jej przeczytaniem – krwawa historia rodu Labdakidów władających Tebami wryła mi się głęboko w pamięć podczas czytania opracowania Jana Parandowskiego, kiedy przechodziłam okresy fascynacji mitologią. W jakiś sposób więc byłam przygotowana na to, że nie będzie to lekka lektura – chodzi tu przede wszystkim o to potworne uczucie bezsilności i strachu, że Autor miał rację i nie pozostaje nam nic innego jak bierne oczekiwanie na finał naszej historii, napisanej już przez kogoś innego. Ale i tak obcowanie z tekstem dramatu było pewnego rodzaju traumą. Podczas czytania mitu w wersji raczej skondensowanej, nadrzędnym celem było przecież ukazywanie faktów, informowanie czytelnika, a nie analizowanie złożonej, tak bardzo ludzkiej psychiki bohaterów. Tymczasem dramat, fragmentaryczne, ale niezwykle szczegółowe ujęcie konkretnego epizodu opowieści o Edypie, eksploatował tę tematykę, tak jakby dramaturga interesowało bardziej to, co czuł główny bohater, odkrywając prawdę o swojej tożsamości, niż akcja. Wiadomo przecież, że w takich sytuacjach wiele się dzieje w człowieku. Wiele złych, mrocznych rzeczy, które nie zawsze można rozumieć, ale doskonale wyczuć instynktem, szczególnie jeśli ktoś jest osobą bardzo empatyczną. A ja jestem. I właśnie dlatego zabierałam się za książkę – niegrubą przecież – mówiąc malowniczo, jak pies za jeża.

Zanim jednak zacznę rozpisywać się o tym, jak bardzo Autor swoim talentem zniszczył resztki mojej psychiki, muszę pokreślić istnienie jednego nawiązania, którego nie mogłabym przeoczyć, jeśli jeszcze jestem sobą. Chodzi tu o Turina z najpiękniejszej opowieści z Silimarillionu J.R.R Tolkiena – zresztą słyszałam nawet, że na jednym z konwentów dla fanów Profesora był wykład poświęcony analogii owego bohatera do króla Teb z antycznego dramatu. Temat trafny, bo J.R.R Tolkien, człowiek bardzo wykształcony, znał mitologię grecką i może nawet świadomie stylizował swoją historię na antyczny dramat. Opowieść o nieszczęśliwym Turinie różni się od losów Edypa tylko w szczegółach: jeden poślubił siostrę, drugi matkę; jednemu smok wyjaśnił prawdę, drugi do tego doszedł sam (nie wiem, co jest gorsze). No i w Turinie kochała się piękna elfia księżniczka, którą wzgardził i której tematu wolę już nie rozwijać, bo to w sposób naturalny doprowadza mnie do większego smutku; Edyp względnie pozostał bez innych adoratorek, chyba że o czymś nie wiem. Biedny Turin! Jednym jego grzechem było to, co starożytni Grecy nazywali hybris – duma tragiczna, przekonanie o tym, że samemu decyduje się o swoim losie, że życie jest tylko sumą wyborów, czymś ukształtowanym tylko i wyłącznie przez konkretnego człowieka. Edyp myślał tak samo, nie przeczuwając a może nie myśląc o tragicznej ironii, śmiechu losu. Obaj – Turin i Edyp – przekonawszy się, jak bardzo się mylą, zginą okrutną, samobójczą śmiercią. Analogie więc, przypadkowe bądź też zamierzone, są bardzo wyraźnie, jednak nie powiedziałabym, że podobieństwo jakoś mi przeszkadza czy też czyni z Profesora Tolkiena pisarza naśladującego doskonałe, antyczne wzorce – mitologia jest częścią kultury śródziemnomorskiej, a ciekawa zabawa konwencją jest miło widziana w każdej epoce i każdym gatunku, szczególnie że interpretacja Autora Władcy Pierścieni jest ciekawa i oryginalna. Zresztą historia o Turinie wpasowuje się w wymowę Silimarillionu i innych opowieści ze Śródziemia tak dobrze, jak historia Edypa w krąg naszej kultury i cywilizacji. Bo tak naprawdę nie ważne, czy czytamy o Turinie czy Edypie – ta historia pozostaje ilustracją jednego z najbardziej uniwersalnych praw o świecie, prawa, które w mniejszym lub w większym stopniu, dotyczy każdego z nas. 

Myślę, że nie muszę się rozpisywać na temat konstrukcji utworu – wszystkie dramaty antyczne były zbudowane tak samo, z tych samych, powtarzalnych elementów. Nie zawsze jednak takiej doskonałości formy towarzyszy doskonałość pozostałych elementów; przed przeczytaniem obawiałam się, że historia wtłoczona w podział na epeisodiony i stasimony straci całą swoją głębię. Okazało się jednak, że taka sztywna forma dla arcydzieła nie jest niczym złym, porządkuje jeszcze całość, nadając wiele przejrzystości. To jedna z tych historii, które – jak myślę – muszą być opowiadane w pewien określony sposób, bo mam wrażenie, że pozbawienie dramatu wstawek chóru odjęłoby nieco czaru, zniszczyłoby w pewien sposób estetyczny porządek i harmonię. Bo, jak wszystko co piękne w starożytnej Grecji, dramat ma swoją wewnętrzną harmonię, czemu zawdzięcza swój niezwykły nastrój, odczuwany jeszcze po tylu latach i wiekach. 

Dramat to jednak specyficzny gatunek literacki, w ujęciu Autora stanowiący zaledwie wycinek mitu – ciężko więc byłoby mi się dziwić, kiedy postacie okazały się niedopracowane, albo, w przypadku najlepszym, symboliczne. Bo przecież nawet sama konwencja starogreckiego dramatu pozwala na niewiele: zasada trzech jedności, a przede wszystkim decorum nie pozwalała na eksperymenty prowadzące do psychologicznego pogłębienia postaci. W tym aspekcie zostałam jednak zaskoczona, i to bardzo pozytywnie – naprawdę, tu wszyscy bohaterowie są o wiele bardziej plastyczni i ciekawi niż w niektórych wielotomowych cyklach, z każdą częścią po siedemset stron, które teraz tak często są produkowane przez współczesnych pisarzy. To pełnokrwiste, bogate w cechy sylwetki, ukazane z prawdziwym wyczuciem i znawstwem bez cienia taniego sentymentalizmu czy kiczu. Na uwagę zasługuje szczególnie tytułowy bohater – dobry, dumny władca o wielu wadach i zaletach, ale też zwykły człowiek, taki jak my, który staje w sytuacji tragicznej, bez wyjścia. W wielu częściach sztuki na pierwszy plan wysuwa się walka wewnętrzna bohatera między bezlitosną prawdą, która powoli wychodzi na jaw, i obroną bohatera, gotowego uwierzyć w kłamstwo, oskarżyć Kreona czy nawet znieważyć ślepego Tyrezjasza, przez którego przemawia sam Apollo by uwierzyć, że zarzuty są bezpodstawne. Edyp coraz bardziej przypomina człowieka świadomego, że zaraz umrze, ale próbującego wmówić sobie, że wszystko jest dobrze, by nie poddać się rozpaczy, strachowi i zwątpieniu; chwyta się wszystkich możliwości, każdego pozoru, nawet nieracjonalnego, łącznie z podejrzeniem o spisek. Boi się cierpienia, jakie może z tego wyniknąć i jest to zupełnie ludzkie. Jednak jakaś jego część chce się dowiedzieć prawdy – chociaż będzie ona najgorsza, jaką można sobie wyobrazić, położy kres niepewności i męczącym podejrzeniom, które coraz bardziej zatruwają duszę bohatera; łatwo więc rozumieć, dlaczego obsesyjnym zaangażowaniem chce dowiedzieć się o swoim pochodzeniu. Rozwiązanie sprawia mu niejaką ulgę, bo kładzie kres nadziei, pozwala rozpaczać bez żadnych przeszkód. Tak, to doskonale pokazana wewnętrzna, psychologiczna walka człowieka z przeznaczeniem, z okrutną prawdą a także – tak naprawdę – z własnym życiem. Kiedy wszystko się wyjaśnia, Edyp nie ma siły walczyć dalej, poddaje się, oddając sprawiedliwość samemu sobie i prawdziwie po królewsku dotrzymuje danego słowa. Nie ma duszy romantycznego buntownika, który na jego miejscu wypowiedziałby losowi bezsensowną przecież walkę, nie jest też zapatrzonym w siebie egoistą, który wybrałby dobro swoje i swoich dzieci ponad szczęście królestwa (myślę jednak, że w tym przypadku byłoby ciężko go potępić). Przegrał najokrutniejszą walkę i ogrom jego cierpienia wylewa się z każdego precyzyjnego słowa dramatu, rysując przed nami portret bardzo żywy (powiedziałabym nawet, że aż za bardzo). Cierpienia czysto ludzkiego, uszlachetnionego wielkością tragedii – chodzi tu nie tylko o świadomość popełnia straszliwych zbrodni i ewidentnej niewinności bohatera, ale o tragiczny wybór, los dzieci, Jokasty oraz te rujnujące przeświadczenie, że całe życie było iluzją opartą na kłamstwie, złośliwym śmiechem losu. A jego pewność, że wymknął się przeznaczeniu tylko złudną nadzieją. Zresztą chyba nie ma takiego człowieka, który cieszyłby się z faktu, że całe jego życie nie jest zależne od niego, że jest zabawką w rękach losu…? Boga…? Jakiegoś ślepego ułożenia gwiazd i planet…? 

Ciekawymi postaciami dramatu są także Kreon i Jokasta. Ten pierwszy to zwykły, przeciętny człowiek, któremu obce są jakiekolwiek głębsze przemyślenia na tematy egzystencjalne, a w życiu kieruje się tak zwanym zdrowym rozsądkiem i – jak to trafnie ujęto w Wstępie do mojego wydania – powoli ale skutecznie pchał taczkę swojego życia pod górkę losu. I choć w kolejnym dramacie Autora, tym o nieszczęśliwej córce Edypa, Antygonie, Kreon jako król pokaże mroczną i stanowczą stronę swojej osobowości, na razie wzbudza sympatię. Sympatię, jaką zwykle mamy dla osób do bólu racjonalnych, ułożonych, porządnych, normalnych. Takich, które nie sięgają po władzę swojego szwagra (i jednocześnie siostrzeńca!), bo nie chcą problemów, jakie niosą ze sobą intrygi i ich wykrycie. Z filozoficznym spokojem godzą się na los, jaki przypadł im w udziale i nie grymaszą, pozornie bezpiecznie przechodząc przez życie. Jednak kiedyś wybije godzina Kreona i on również popadnie w rozpacz, wyrzucając sobie błędy i słysząc chichoty losu. Okaże się jednak wtedy, że – przeciwieństwie do Edypa – Kreon świadomie podjął kilka błędnych decyzji, chociaż niewątpliwie chciał dobrze, a do tragedii nie doprowadziła klątwa, tylko fatalne zaślepienie i brak zgody na wyroki bogów. Biedny Kreon! Jego cierpienie jest inne od tego, które stało się udziałem Edypa i choć równie dramatyczne, to bardziej sprawiedliwe (wybaczcie mi jednak wybieganie w przyszłość; na razie Kreon żyje sobie pogodnie i wygodnie). Jokasta natomiast została uchwycona tylko w kilku scenach, bardzo mocnych jednak. Wcześniej nie znała treści klątwy, bo Lajos, kiedy dowiedział się o niej od wyroczni, nie pisnął żonie ani słówka, unikał tylko kontaktu płciowego, licząc, że syn w ogóle się nie urodzi i nie będzie problemu, a ona upiła go, bardzo chcąc mieć dziecko. Mylnie uważa więc, że to wszystko jej wina, zresztą jeszcze nie wiedząc o niej, a podejrzewając, kim może być jej mąż, zaczyna odczuwać chyba jeszcze większy lęk niż Edyp, co Autor mocno podkreśla, dodając, że bohaterka nie chciała nawet, żeby król wezwał do siebie pasterza, który przed laty zlitował się nad chłopcem i zamiast go zabić oddał do wychowania władcom Koryntu. Zdobywa się nawet na bluźnierstwo przeciwko wyroczni, Tyrezjaszowi i w ogóle przeciwko Apollinowi, za wszelką cenę chcąc żyć dalej, nawet w iluzji i kłamstwie. Miała za mało siły, żeby żyć dalej z tą świadomością, szczególnie po tym, że – bądź co bądź – ukochany Edyp wcześniej wyklął samego siebie (zauważmy, że chce dla niego jak najlepiej, bo kocha go miłością żony i matki, podwójnie mocno!). Nie można ją za to winić, bo jest to jeden z tych ciężarów, które potrafią zniszczyć człowieka i z których świadomością jest ciężko żyć każdego dnia, z wielu powodów. Przecież i tak jej życie przypominałoby już tylko egzystencję, tamtego dnia umarła przede wszystkim w wymiarze psychologicznym. Biedna Jokasta! Wierzenia greckie mają dla samobójców więcej litości niż religia chrześcijańska, ale i tak jestem bardzo ciekawa, czy zaznała po śmierci spokoju, może w jakiś sposób wiedząc, co spotkało jej dzieci. Samo to jest wyborem tragicznym, w którym z kolei nie ma dobrej odpowiedzi – musi wybrać piekło za życia lub Hades po śmierci. 

Okładka czytanego przeze mnie wydania jest dość… specyficzna. Moja mądra kuzynka stwierdziła błyskotliwie, że przedstawia ona dół w ziemi z wodą w środku i na pierwszy rzut oka tak właśnie to wygląda. Po zastanowieniu się i przyjrzeniu się pod różnymi kątami i w różnym oświetleniu zawyrokowałam jednak, że jest to muszla wypełniona wodą, a wokół leży piasek, co raczej trudno poddać wątpliwości. A może to po prostu jakiś abstrakcyjny wzór? W każdym razie w wodzie odbija się słońce i całość nie wygląda tak, jakby chociaż próbowała ilustrować cokolwiek z dramatu (chyba że mam za niskie IQ, co jest bardzo możliwe). Na środku tego czegoś widać biały pasek z Autorem dzieła i tytułem, jakoś tak krzywo względem owej dziwnej muszli, na dole widać jeszcze logo Wydawnictwa. Cóż, wiadomo że trudno dobrać okładkę do czegoś takiego, a w e-bookach nie trzeba za bardzo dbać o oprawę, bo i po co, ja jednak postawiłabym na jakieś antyczne woulty, może kwiaty akantu, w każdym razie zawijasy; rzecz neutralną ale w jakiś sposób bliską tematyce dramatu. Trudno bowiem o inną, lepszą okładkę, chyba że komuś przypadną go gustu owe rysunki (również specyficzne)  zdobiące wydanie z opracowaniem do szkoły. Tak więc na razie muszę się zadowolić ową dziwną muszlą i wmówić sobie, że podoba mi się sposób, w jaki promienie słoneczne odbijają się w jej środku, dziwnie kojarząc się z treścią dramatu, jak odrobiny szczęścia, które odbiły się w życiu Edypa, by potem zniknąć razem ze słońcem. 

Język! Kunsztowna odmiana zasady decorum, utkana według harmonicznych reguł sztuki greckiego antyku. Mimo nutki patosu, przebrzmiewającego w stasimonach, Autor nie stara się wzruszać na siłę czy wciskać zbyt dużo słów, zakrywając nimi emocje; stawia na językowy minimalizm, precyzję i oszczędny styl, dzięki czemu tekst zyskuje na przejrzystości i pozwala dramatopisarzowi na nawiązania do poprzednich scen i aluzje, które były nieczytelne przy większym zamotaniu w tym aspekcie. Eksponuje jednak uczucia, pokazujące barwną różnorodność psychologiczną bohaterów, stawia na plastyczny dialog, portretując postacie w czasie rozmowy, jakiegoś konkretnego działania. Oczywiście, Edyp, jak przystoi na króla, jeszcze w antycznej Grecji, wyraża się raczej górnolotnie, ale z klasą; nie ma tu niczego przesadzonego, przejaskrawionego, a tym bardziej kiczowatego w rozmowach pełnych dostojeństwa, pełnych jednak kłębiących się pod spodem trudnych często emocji. Dialogi są zresztą bardzo żywe, błyskotliwe i prawdopodobne, tak jak rozmowa Edypa z Kreonem, pełna dramatyzmu scena z Tyrezjaszem, czy fragment, w którym oślepiony Edyp żegna się ze swoimi dziećmi. Tak prawdziwe, że aż boli, bo z każdego słowa wylewa się potok emocji, najczęściej tak dramatycznych i smutnych, że zapiera dech, jakby się tonęło. Nie mówiąc o lirycznych pieśniach chóru, będących komentarzem do wydarzeń i często modlitwą do różnych bóstw, jak i pewnym rodzajem manipulacji czytelnikiem czy widzem, wprowadzających go w określone nastroje, ale też pięknym przerywnikiem. Myślę, że kiedy te fragmenty zostałyby odśpiewane, nawet po polsku, czuć byłoby w nich całą moc drzemiącą w nich, całe piękno, podczas czytania o wiele mniej widoczne, ale tak naprawdę porażające i zapierające dech w piersiach. Bo rzeczywiście można od tego się udusić, zatracić się, poczuć niemal namacalne, klasyczne piękno słów, moc prawdziwej Literatury, choć wszystko jest tak mocno związane z ludzkim cierpieniem, które wciąż będzie prześladowało czytelnika, a przynajmniej prześladuje mnie, chociaż utwór przeczytałam już dość dawno. I nie chodzi tu tylko o fabułę, ale o język i styl, z jakim rzadko mam szansę obcować tak blisko. Na tyle blisko, by doświadczyć słynnego katharsis i przekonać się, że jedno z wielu utworów językowo godnych poruszanego tematu.

Oczywiście muszę pochwalić także nieco archaiczne, bardzo piękne tłumaczenie Kazimierza Morawskiego – z delikatnym, wyczuwalnym rytmem, poetyckością i, jednocześnie prostotą i przejrzystością, dzięki czemu owo piękne tłumaczenie jest przystępne i lekkie tak, że lektura zabiera najwięcej godzinę. Nie ma przy tym żadnych uproszczeń i spłyceń, co jest bardzo dobre ( oczywiście przy założeniu, że czytelnik wie, że Atena jest tym samym co Pallada), ale i również wielu zapętleń prowadzących do trudnych zrozumienia konstrukcji czy, nie daj Boże, błędów logicznych. Tłumacz jawi się jako osoba kompetentna, zafascynowana tym co robi, z dużą wiedzą na temat epoki, z której pochodzi utwór. I to chyba jest najważniejsze – nie ma chyba nic gorszego niż tłumacz, który nie wie dokładnie, co tłumaczy, albo jego wiedza o danej epoce jest bardzo mała. W każdym razie czyta się bardzo dobrze i szybko, mając nieograniczoną możliwość rozkoszowania się jednym z tych autentycznych arcydzieł, będących najważniejszymi tekstami kultury naszej cywilizacji. 

Lektura dramatu – mimo tego, że, jak napisałam wyżej, była niezwykłym doświadczeniem – w pewnym sensie bardzo mnie przeraziła. Nie od dziś wiemy przecież, że Edyp jest bohaterem uniwersalnym, a w samej literaturze można znaleźć wiele podobnych do niego postaci. Ba, w literaturze! Mimo że kocham słowo pisane, muszę przyznać, że życia dostarcza nam wielu ciekawszych przykładów, a często jest tak, że życiem kieruje fatum, jakaś – najczęściej prowadząca do tragedii – siła wyższa. W historii takich przykładów jest na pęczki (pomijając losy państw i narodów): Jezus, Zygmunt August, Baldwin IV Trędowaty, Filip IV Piękny, Joanna Szalona, lady Jane Grey, Fryderyk Chopin, tysiące ludzi, często anonimowych, którzy zginęli w czasie obu wojen światowych… Wymieniać można w nieskończoność. Dzisiaj też się tak zdarza – jest nawet takie przysłowie, że człowiek robi plany, a Pan Bóg się śmieje. Ci ludzie, którzy pracowali w wieżach WTC 11 września 2001 roku mogli przecież nie iść do pracy i przeżyć; planowali pewnie wiele rzeczy, które zrobią później, ale nic z tego nie wyszło. Tak samo jak współczesne wersje nieszczęśliwego króla Teb czyli ludzie, którzy chcą dla siebie lub dla kogoś innego dobrze, postępują zgodnie z normami moralnymi, jednak doprowadzają do katastrof, nieświadomie popełniając grzechy, które trudno wybaczyć. Czy mnie też dosięgnie przeznaczenie? Czy moje życie już jest napisane przez kogoś, zaplanowane, czy jakiś układ gwiazd zadecyduję czy będę szczęśliwa, czy nie? Nie możemy przecież nic poradzić na to, że naszym przeznaczeniem jest cierpienie, nawet jeśli będziemy się buntować. A jeśli i nawet zgrzeszymy tak jak Edyp, to czy dalej będziemy niewinni? Czy to w ogóle jest nasza wina, skoro taki był nasz los? Czy ludzie bez winy w ogóle istnieją? Pytań wiele, a Autor – cóż – milczy już od kilku tysięcy lat.

Tytuł: „Król Edyp”
Autor: Sofokles
Moja ocena: 10/10

środa, 15 kwietnia 2015

Miłość w czasach nienawiści. Recenzja książki

Zastanawiam się właśnie, dlaczego miłość, jedno z wielu uczuć, zrobiło tak wielką karierę. Jest przecież jeszcze wiele innych, a niektóre z nich są bardziej intensywne i powierzchowne. Nienawiść. Chęć zemsty. Smutek. Czasami potrafią one tak zdominować człowieka, że na nic innego nie ma miejsca, a na miłość już w ogóle. Ale też okazuje się, że miłość miłości nierówna - wiele czytałam o miłości do ojczyzny, domu, ideałów, Boga, ale i tak to wszystko mało w porównaniu z wierszami, powieściami i muzyką o miłości mężczyzny do kobiety, lub kobiety do mężczyzny. Na ten temat powstało takie coś jak Pięćdziesiąt Twarzy Greya i nieśmiertelne Sonety do Laury czy wiersze do Beatrycze. Wielkie arcydzieła muzyczne i kolejne piosenki popowe, które sprawiają, że mam chęć najpierw zasłonić sobie oczy (teledyski!) a później ogłuchnąć. Co jest takiego w tym uczuciu? I czy na pewno... ta miłość, w teologii określona łacińskim słowem amor, ma więcej ze szczęścia czy ze smutku, złości, nienawiści?

Przyznam, że widok par macających się na korytarzach szkoły, wymalowanych pannic w dekoltach do ziemi budzi, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Tak samo, jak podrywanie chłopaków. Nie wiem, może jestem staroświecka, nadmiernie zakopana w książkach czy coś, ale wolę poczekać, jakoś mi się nigdzie nie spieszy, ale to nawet wygląda jakoś ... nieestetycznie? Szczególnie że moja szkoła jest zespołem szkół i można popatrzyć sobie na takie sceny już pierwszej gimnazjalnej i w podstawówce. Już. Nieco za wcześnie, nie uważacie? Zastanawiam się jednak, do dla nich znaczy to słowo, miłość. Bo, może nie jestem życiowa, ale same kotki, różowe serduszka i francuskie pocałunki, nie wystarczą, żeby uczucie to nazwać miłością. Więc czym jest miłość? Ponieważ sama jeszcze nie sprawdziłam w praktyce, spróbuję poszukać odpowiedzi na to pytanie w książkach. Ale takich, które nawet przed przeczytaniem wzbudzają mój szacunek. W najszlachetniejszej klasyce.

Dziwiłabym się bardzo, gdyby ktokolwiek nie znał tej książki, chociaż z grubsza. Jest przecież ten film Luhrmanna z Leonardo DiCaprio, zrobiony w tym dziwnym, fascynującym mnie stylu, charakterystycznym dla tego reżysera. W stosach książkach, nawet tych dla nastolatek, można znaleźć odwołania do tego dramatu, nie mówię tuż o muzyce, bo to zupełnie inny temat, na podzielny tekst. Zresztą, to wciąż grają w teatrach – byłam chociażby w warszawskim Buffo (Natasza Urbańska grała Rozalinę), ale jestem pewna, że przy odrobinie szczęścia można to znaleźć jeszcze gdzieś indziej. Nie widzieliście? Nie znacie? Nawet jeśli, to jest to historia bardzo znana w naszym kręgu kulturowym, słyszał każdy. Tak czy inaczej, nie mam zamiaru streszczać tu fabuły i od razu przechodzę dalej: jestem nieco stremowana, bo pierwszy raz recenzuję dramat. I to jeszcze taki dramat, nie byle co.

Muszę przyznać, że miałam wątpliwości i to poważne, czy mi się spodoba, przecież romantyczką nie do końca jestem, chwalę się tym, że zwykle nie brakuje mi rozsądku. Czy przypadkiem nie będzie egzaltowane jak historyjki o wróżkach żyjących wśród kwiatków? I, co gorsze, czy nie będą to monologi zakochanej pary dzieciaków (Julia w momencie całej akcji ma lat czternaście, a Romeo nie jest specjalnie starszy) Teraz w ich wieku jest niedojrzała gimbaza z iPhone'ami i dziwnymi wyznaniami na Facebooku; jeśli czyta to jakiś gimnazjalista, to przepraszam, bo skoro czytasz bloga książkowego, oznacza to, że jesteś wyjątkiem w tej szkole) na trzy-cztery strony, pełne sentymentalnych porównań do pączków róży, białych gołąbków, księżyca i tym podobnych. W sumie oglądałam ten musical w Buffo, ale tam historia była przedstawiona w realiach nowoczesnych, nie mógł zostać więc użyty oryginalny tekst. Film Luhrmanna, jak to film Luhrmanna, ale bardziej przypominał raczej spektakl niż oryginał. A często jest tak, że wariacje na różne tematy podobają się bardziej niż tekst podstawowy. Na początku podchodziłam z rezerwą, ale im dłużej czytałam, tym bardziej hipnotyzujące słowa pisarza oplatały się wokół mnie, zmuszając do wejścia w historię głębiej. I co z tego wyszło? Ano, zobaczcie.

W przypadku dzieł tego pisarza wielkie znaczenie ma tłumaczenie – przez lata nagromadziło się ich tyle, że trudno wybierać, szczególnie że i tak, w gruncie rzeczy, dramaty te są nieprzetłumaczalne, a ich czar najbardziej zachwyca w oryginale. Czytałam dwa – pana Paszkowskiego i pana Barańczaka i oba bardzo mi spodobały, jednak - z całym szacunkiem do najwierniejszego tłumacza wszystkich dzieł Autora – pan Paszkowski zrobił to w sposób starodawny już, archaiczny, co, wydaje mi się, nadaje tekstowi pewnej oryginalności i nie psuje ciężkiego, średniowiecznego klimatu. Chociaż, niestety, przekład sam w sobie zniszczył kilka ciekawych gier językowych z oryginału. Dlatego postanowiłam napisać o moich wrażeniach po przeczytaniu sztuki po angielsku (najlepiej jest zrobić to przed przeczytaniem polskiej wersji).

Największą zaletą jest język – przejrzysty, niezwykle zrytmizowany, pełen emocji i jednocześnie barokowy – pełen metafor, które jeszcze za czasów pisarza były oryginalne, świeże. Na podstawie samych wypowiedzi bohaterów dramatu został wytworzony klimat, pełen magii, zmysłowości, ale i iście romantycznego mroku. Jednoczenie Autor nie popada w nadmierną poetyzację, czasami wręcz uderza w rubaszny humor (czasem żarty stają się bardziej wyrafinowane, z większą ilością odniesień do literatury średniowiecznej), z wirtuozerską pewnością siebie między wniosłe dramaty kochanków wprowadzając dialog służących pełen prostych, zwyczajnych słów. Nie zapomina także o indywidualizacji – inaczej mówi pan Kapulet, inaczej zakochany Romeo, inaczej sympatyczny ojciec Laurenty. Słowa malują przed naszymi oczami bohaterów; mistrzowsko opisują ich, nawet na chwilę nie charakteryzując ich bezpośrednio. Nie ma też, czego się, przyznam, bardzo mocno obawiałam, egzaltacji graniczącej z bezwstydnym kiczem, ani narzekania rodem ze Zmierzchu pani Meyer, wręcz przeciwnie – słownictwo jest eleganckie, poetyckie i jednocześnie pokazuje głębię uczuć bohaterów, zgrabnie balansując po granicy z nieprawdopodobną. Bo z tym problem ma wielu podobnych formatem Autorowi – XXI -wieczny czytelnik ma problem ze zrozumieniem, dlaczego ten gość stoi i gada, wygłaszając ukwiecone skomplikowanymi figurami, co raczej dyskwalifikuje prawdziwość historii w naszych uszach. Tutaj tego nie ma, na scenie zawsze się coś dzieje, a nie stoją tylko i gadają, doskonale widać to szczególnie w zakończeniu. To też było dla mnie zaskoczeniem.

Trzeba wspomnieć także o tym, czego dowiedziałam się z przypisów (nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam przypisy), a co świadczy o kunszcie i pomysłowości pisarza. Mianowicie pierwsza rozmowa Romea i Julii ma postać kanonicznego sonetu, które przecież Autor opanował do perfekcji. Taki szczegół, ale bardzo mnie ucieszył i zaskoczył, bo nie spodziewałam się, że w dramacie znajdę jeszcze inne formy. Ma też to jakiś głębszy sens, niż oddanie piękna pierwszego spotkania, moim skromnym zdaniem nawiązuje bowiem do dokonań Dantego i Petrarki – piewców miłości podobnej do tej, jaka złączyła głównych bohaterów.

Jak wieść gminna niesie, pisarz wynalazł tę historię, jak zresztą większość przez siebie napisanych, w dawnych kronikach i legendach. Wydaje się to bardziej fascynujące niż gdyby miał wymyślić wszystko od nowa, szczególnie że w Weronie pokazują ich ponoć prawdziwy grób (nie mówię, że wierzę, chociaż chciałabym! ). Jednak Autor wszystkiego nie ściągnął, bo znany był z tego, że pomysły przetwarzał, zmieniał, nieco przeinaczał, a do tego wszystkiego dodawał swoje własne, tak, że później dzieło z historią wyjściową miało mało co wspólnego. Zresztą, w tamtych czasach nie było takiego terroru za plagiat (czego jednak nie pochwalam, wiadomo).

Prawdą jednak niestety jest, że Romeo jakoś mnie nie przekonał. Co prawda, bił się dobrze, zabił Tybalta, ale jego przemowy do Julii, szczególnie w tej słynnej scenie, w której stoi pod jej balkonem, raczej wskazują na egzaltowanego młodzieńca, że tak powiem, kochliwego ladaco. Żeby już mu nie wypominać miłości do Rozaliny z początku utworu, od której wysychał na wiór, dopóki nie znał Julii. Niepoprawny romantyk, młody, naiwny, szczery w swych uczuciach chłopiec, a do tego porywczy. Z całą pewnością to świetnie zbudowana postać, ale nie podoba mi się on. Bo jeszcze tak sentymentalna nie jestem, o nie! Julia natomiast jest osobą bardzo rozgarniętą, praktyczną, myślącą o czymś, co nie jest światłem księżyca, słowikiem etc., a wielka miłość nie zasłania trzeźwego spoglądania na życie. Do czasu, oczywiście, ale wolę nie oceniać czyiś wyborów, szczególnie jeśli te wybory były dokonywane pod wpływem tak wielkiego uczucia. Najsympatyczniejszymi postaciami byli jednak niania Julii i ojciec Laurenty. O ile tę pierwszą przestałam lubić po tym, jak niejako namawiała Julię do ślubu z Parysem, od początku do końca czułam sympatię do franciszkanina, postaci barwnej, niejednoznacznej i jednocześnie wywołującej, szczególnie na początku, uśmiech na mojej twarzy. Reszta bohaterów to role poboczne – dość schematyczna pani Kapulet, stary Kapulet, narzekający, jak to stara głowa rodu, młody Parys, który, jak to Parys, znalazł sobie dziewczynę będącą już mężatką, złośnik Tybalt i nie gorszy Merkucjo i gdzieś na pozostałym, ostatnim planie Benwolio i książę, reprezentujący interesy mieszczan pośród awanturniczej arystokracji. Rodzice Romea pojawiają się w kilku scenach, ale są to już bohaterowie egzystujący.

Oczywiście, mam świadomość, że to tylko doskonalsza forma scenariusza, a aktor, grając daną postać, stara się dostosować do niej, jednak większa część to jego interpretacja, jego pomysł i umiejętności. Dlatego nie jestem pewna, czy powinno się oceniać postaci dramatu. No ale analizując sam suchy tekst, ma to jakiś sens, prawda?

Nie mówię, że fabuła była przewidywalna, bo każdy ją przecież zna, przynajmniej tak ustaliliśmy, a akcja biegnie zaskakująco szybko – wyznań miłosnych było bardzo mało, mimo moich obaw (mam wątpliwości czy momentami nie za szybko – Autor chyba też je miał, bo między wygnaniem Romea a śmiercią obojga upływa trzy czy cztery dni). Wszystkie elementy, z które obserwowaliśmy przez całą akcję, wszystkie wątki spotykają podczas tragicznego zakończenia, żadna, najmniejsza scena nie kończy się na niczym, żadne słowo nie jest bezcelowe, ale to dopiero zobaczymy, kiedy poszczególne wątki będą się kończyć. Może czasami zdarzały się sceny, które można by usunąć bez szkody dla fabuły, jednak musiałabym być bez serca, bo to były prawdziwe perełki same w sobie, pełne ciekawych językowych zabiegów, celnych uwag i humoru, aż gotującego się pod maską sztywnego elżbietańskiego teatru i przyjętej konwencji mroczno-smutnej tragedii. Jednak ograniczenie żartów i słownych potyczek bohaterów było niezbędne, by zachować harmonię przy jednoczesnym przepychu, bogactwie form.

Lektura pozostawiła mnie jeszcze z większą ilością pytań – czy miłość, która doprowadziła do takiej tragedii, jest, wobec tego, uczuciem pozytywnym, takim jak radość, szczęście? Czy może jest piękną, ale i boleśniejszą wersją nienawiści, złości, zazdrości, smutku? Przeżera człowieka tak samo, jak tamte, przytłacza, nie pozostawia miejsca na nic innego. Splata się przecież z tamtymi – bardzo blisko do nienawiści i zazdrości, a co za tym idzie i złości; nie mówiąc już o smutku towarzyszącego tym chwilom, kiedy nie ma ukochanej osoby. Jest to też uczucie na pewno totalne, niezwykle też, zapewne, przyjemne i powszechne (gdyby takie nie było, zapewne nie byłoby też dzieci. Eh, ja, zawsze muszę z takim tekstem wyskoczyć i popsuć powagę wszystkiego!) i w założeniu mające należeć do tych szczęśliwych. Jednak... jednak jesteśmy tylko ludźmi, ranimy siebie nawzajem, a miłość, wydaje mi się, można porównać do małej rośliny, która w czasach zajadłej nienawiści nie wyrośnie, ale zostanie zdeptana buciorami tych, co się nienawidzą. Choćby nawet była tak czysta, jak ta Romea i Julii.

Tytuł: „Romeo i Julia”
Autor: Wiliam Shakespeare
Moja ocena: 9,5/10