Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Grant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Grant. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Lawina z płatka śniegu. Recenzja książki

Ktoś w Nowej Fantastyce napisał tekst o tym, dlaczego w dzisiejszych czasach tak bardzo pragnie się dystopii, czyli opowieści o złym, potwornym świecie z przyszłości i buntowniczkach – młodych dziewczynach, które sprawiają, że zły system, podział na kasty, frakcje czy dystrykty przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Albo motyw Kopuły, który pojawia się coraz częściej, czy wizji zarazy. Moim zdaniem zapotrzebowanie na takie powieści wypływa z tego, że ludzie się boją o swój los. Przemysł technologiczny idzie w górę, a jednocześnie świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym i społecznym. Światem wstrząsają konflikty zbrojne, wojny domowe i akty terrorystyczne dzieją się na terenach spokojnych bogatych. Ludzie są bogaci i zdrowi, żyją w dobrobycie, a coś takiego jak woda bieżąca czy prąd to niezbędne minimum. Dlatego boimy się, że to co mamy, może być nam odebrane. Możemy żyć w biedzie, ciężko pracować, a także liczyć się z totalitaryzmem. Szczególnie jest to widoczne na Zachodzie, gdzie ludzie nie wiedzą czym był komunizm i nie żyli w kraju, w którym ten ustrój był, jak Polacy.

Dlatego większość powieści za główny problem uważa różność ludzi, jakby Pierwsza Rzeczpospolita Obojga Narodów nie poradziła sobie z tym problemem dawno temu (to szczególnie jest widoczne w USA, ponieważ tam różnice między ludźmi są naprawdę wielkie i nie dotyczy to tylko koloru skóry i wyznawanej religii. W świecie tym dochodzi przez to autodestrukcji ludzi, do ich wyniszczenia. No i – jak zwykle – młodego pokolenia, które buntuje się, bo chce żyć lepiej i pełniej. I, co dziwne, większość tych młodych buntowników to dziewczęta. No chłopcy się zdarzają, nie powiem, ale tylko w charakterze ukochanych bohaterek lub ich towarzyszy broni, ale nigdy nie są głównymi bohaterami. Nigdy. Może dlatego, że odbiorcami takich książek są w głównej części panie? Albo, że są pisane przez panie, które w tym widzą główne źródła swoich dochodów? Obie opcje są dobre.

W sumie dystopie powstawały jeszcze przed Igrzyskami Śmierci, było to jednak w tej dojrzałej, dobrej SF. Dopiero później, kiedy bardzo dobra książka Collins odniosła niebywały sukces, dystopie zostały pożarte i strawione przez nurt YA, wcześniej pławiący się w wampirach. Każda z tych powiastek lepiej lub gorzej kopiuje pierwowzór, ale i inne powieści Autorek (bo, jak napisałam wyżej, panie z pięknymi, długimi paznokciami zdominowały ten gatunek), które miały jakiś inny, ciekawszy pomysł. Zresztą nie musi tak być, bo, tak samo jak w paranormal romance (Boże Wszechmogący, dzięki Ci za to, że już tego wszystkiego jest mniej niż po Zmierzchu) jest tylko określona liczba fabuł i schematów akceptowanych przez czytelniczki. Dlatego człowiek, który nie jest zwykłym czytaczem (nie, nie chwalę się) wciąż ma wrażenie, że czyta o tym samym tylko w innych konfiguracjach. Albo, co jest naprawdę śmieszne i ciekawe, połączenie dwóch książek, albo nawet trzech. Ło matko. Jak widzicie, trudno jest już wymyślić coś nowego.

Neva mieszka w Kraju pod Kopułą (brzmi znajomo?) i jest córką ministra historii starożytnej, a tak naprawdę historii sfałszowanej. No i wraz ze swoją przyjaciółką Sanną, jej tajemniczym chłopakiem Braydonem oraz swoim Ethanem są buntownikami. Przysięgają żyć w celibacie, malują na murach hasła i ogólnie chcą lepszego życia. Wychodzi im, mówiąc delikatnie, różnie. W końcu Neva zostaje zaangażowana do pracy w rządzie, Sanna ginie, a Neva postanawia jej ruszyć z odsieczą, szczególnie, że sama jest poszukiwana i w dodatku babcia zaprasza ją na zewnątrz Kopuły. Neva w czasie swojej wędrówki do Centrum Emancypacji Kobiet (to miejsce tak bardzo przypomina mi pewną marną dystopię, że aż mi się chciało śmiać) zakochuje się w Braydonie, czy jak mu tam i przeżywa z nim swój pierwszy raz (ojej, na szczęście nie było to powiedziane wprost). Oczywiście uwalnia Sannę i oczywiście na końcu udaje jej się spotkać z babcią na zewnątrz, mimo tego, że zostaje porażona prądem (!). A Braydon? Okazuje się, uwaga, zdrajcą!

Jednym z niewątpliwych plusów książki jest to, że się naprawdę nią szybko czyta. Przez półgodziny przeczytałam z pięćdziesiąt stron, przy całkowitym rozumieniu, nie skomplikowanej fabuły. Może nie wciąga tak bardzo jak inne, ale nie jest ani ciężka, ani irytująca, ani poważna. Nie czuć tu tego przytłaczającego ciężaru gatunku, jak na przykład w Igrzyskach Śmierci czy Nowej Ziemi. Nawet wtedy kiedy ginie jedna z drugoplanowych bohaterek, a Neva odkrywa, co tak naprawdę dzieje się w CEK. Wielcy pisarze SF nie śpią po nocach czy też przewracają się w swoich grobach, bo dystopia stała się czytadłem na zatłoczoną plażę. Eh.

Co na największy plus? Myślę, że okładka, która nawet przywodzi na myśl jakieś futurystyczne skojarzenia. Mamy tam kawałek głównej bohaterki, jej znak rozpoznawczy, płatek śniegu i pokreskowaną powierzchnię, co przywodzi skojarzenia z zakłóceniami i nadaje książce jakąś taką futurystyczną otoczkę. Jest minimalistycznie, estetycznie i ładnie, bo mimo tego książka rzuca się w oczy (to dlatego wypożyczyłam z biblioteki właśnie tę powieść, nawet nie czytając tego, co jest napisane na drugiej stronie, bo wtedy pewnie od razu odstawiłabym na półkę).
Język książki jest prosty, bo jak widać, jest to kolejna z pisarek, która nie zjadła słownika. W świecie Nevy nie ma żadnych neologizmów ani nowinek technicznych, no poza Kopułą,oczywiście. Internetowa sieć, GovNet, jest normalnym systemem komputerowym (a nie futurystyczną siecią), a mentorka Nevy w pracy nazywa się Effie, co już dla mnie jest niemal plagiatem. Effie Trinket z Igrzysk Śmierci pozdrawia. Jednak okazuje się to największym plusem - powieść czyta się błyskawicznie, przy całkowitym zrozumieniu nieskomplikowanej akcji. Te trzysta ileś stron zniknęło w przyspieszonym tempie. Aż sama się zdziwiłam.

Opisów jest jak na lekarstwo, nawet wtedy kiedy CEK wybucha pożar, a jedna z koleżanek Nevy, Nicolina, umiera. Oczywiście, nie powiem, jest napisane, że, przykładowo, stół w CEK był biały a lekarz zadziwiająco miły, ale czy to wystarczy? Raczej nie. Ja bym chciała się dowiedzieć więcej o domach mieszkańców Kopuły, więcej o rządzie, a także o instytucjach rządowych, bo to, przyznaję się, wzbudziło moje zainteresowanie. Mamy przedstawione niewiele: jakaś nieistotna scena, w której Neva idzie z zepsutym sprzętem, parę zdań wymienionych z Effie, zaaferowany i wkurzony wszystkim ojciec.. No i bohaterka, która popsuła mi rozrywkę, zanim dobrze poznałam miejsce jej pracy, za co miałabym chęć ochrzanić pisarkę. Jeśli o sceny łóżkowe, jest tam jedna, ale przekazana w niezwykle delikatnie i nieumiejętnie, czyli prawie jej tam nie ma, co mnie wcale a wcale nie rozczarowało, bo taka jest w innym miejscu, skarby. Chociaż scena przygotowywania maski dla Nevy przez Braydona jest niewinna, po wgłębieniu się w nią, wychodzą na wierzch.. kosmate skojarzenia. Nie będę mówić jakie, żeby zainteresowani sięgnęli po powieść, ale w każdym razie jest coś dla fanów ubijania masła na Eurowizji (czyli nie dla mnie).

Fabuła nie jest, jak już powiedziałam, zbyt skomplikowana ani ciekawa. Co prawda, dużo się dzieje, Neva ciągle gdzieś ucieka, przed kimś się chowa, a jeśli już nie, to kłóci się z najlepszą przyjaciółką o chłopaka, zrywa ze swoim Ethanem, albo idzie z którymś z nich do łóżka. No jasne, ma prawo, ale nie taka była idea dystopii. W tym miejscu trzeba powiedzieć, o czym również wspomniałam już, że Autorka nie miała w ogóle pomysłu na książkę. Wymieszała te wszystkie bzdurki bajdurki na temat Kopuł z motywem masowego rodzenia dzieci dla rządu przez młode, niepokorne dziewczęta i dodała od siebie jakiś tam wątek romansowy i rodzinny, dzięki czemu mamy nieodparte i niezwykłe wrażenie, że gdzieś już to czytałam. Ale gdzie? Dokładnie nie powiem, bo dystopii jest tyle, ile mam włosów na głowie. Czyli bardzo, bardzo dużo. Jeśli chodzi o pomysł, wątpliwe brawa należą się za tą scenę z maską, bo w książkach takie podteksty zdarzają się rzadko. Cóż za ciekawy pomysł!

Tu jeszcze chciałabym zaznaczyć powtarzalność pewnego fragmentu i pokazać, że w gruncie rzeczy większość jest skopiowana z Igrzysk Śmierci , które wywołało tą modę na dystopie, albo z dystopii, które bardziej naśladują to Collinsowe dzieło. Mianowicie jeśli w Igrzyskach był Kosogłos, u Juliette Baggot łabędź to tu jest.. płatek śniegu. Bo ponoć imię głównej bohaterki oznacza śnieg(?). Zlitujcie się ludzie. Widocznie jeśli się przeczyta więcej niż jedną popularną dystopię, wszędzie widzi się podobieństwa.

Wkurzało mnie także to, że Nevie w gruncie rzeczy zawsze się udawało. Na początku jeszcze przełknęłam, bo fakt, jej tatuś był ważną postacią w światku polityków Kraju, ale dalej było bez sensu. Kiedy Neva idzie do CEK wybucha pożar (?), kiedy Braydon ich wydaje policji, Neva z jakiś powodów słyszy to i ucieka z domu zdrajcy, chociaż nigdy nie kierowała furgonetką. Aha.

Bohaterowie są nudni i nijacy do granic wytrzymałości. I w dodatku głupi, nie mówiąc o braku sprytu i innych rzeczach tego rodzaju. Chyba, że żyjąc pod kopułą nie tylko ich wygląd uległ podobieństwom, ale cała reszta. Na początku książki główna bohaterka Neva mieszała mi się z Sanną, jej przyjaciółką i dopiero po jakimś czasie połapałam się, która jest która. Zresztą, obie są podobne: niby chcą się wydostać na zewnątrz kopuły, niby chcą żyć inaczej, a tutaj żyją w celibacie, ale i tak ciągle myślą o facetach (konkretnie o tym samym) i to są chyba jedyne ich dość racjonalne myśli. Są głupie i naiwne, a po omówieniu spraw dotyczących tego, czy będą żyły czy nie, kłócą się o chłopaka, który już od początku wydaje się na tyle podejrzany, by z nim nie zadzierać (a kończy się na tym, że Neva wylądowała z nim sam na sam w chatce bez dachu, natomiast Sanna w CEK (no i jeszcze upiła się, spoliczkowała najlepszą przyjaciółkę i tak dalej... i tak dalej), natomiast na końcu ów piękny młodzieniec ich zdradza. Cóż za ironia losu. Neva w dodatku nie jest dzielna, tylko uparta. Upiera się i nie pracuje dla rządu. Nie jest ostrożna i szybko traci pracę, która przydałaby się ruchowi oporu. Przyjmij moje gratulacje, kochana. Jesteś genialna. Gdyby to było prawdziwe życie, to byś dawno była pięknym, zimnym jak twój płatek śniegu, trupem. Bo byś długo nie pociągnęła tej swojej rebelii, sssskarbie.

Z mojej długie i, jak widać, bezsensownej paplaniny wynika, że nie za dobrze wypożyczać książki na ślepo, sugerując się okładką. Trafiłam na następne dystopijne coś, co mnie, delikatnie mówiąc, obeszło. Po co ludzie to piszą? Dla kasy? Dla przyjemności. Chyba dla tych dwóch rzeczy, bo to nie możliwe, żeby ktoś nazwał to sztuką (chociaż AŻ tak źle nie jest). Najgorsze jest to, że taka Neva, bohaterka książki miernej, która odniosła jakiś tam sukces, będzie płatkiem śniegu do wywołania lawiny kolejnych, jeszcze bardziej nudnych i nijakich dystopii (a ja będę musiała to czytać, żeby nadążyć za tym, o czym się gada). Smutek.

Tytuł: „Neva”
Autor: Sarah Grant

Moja ocena: 3,5/10