Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libba Bray. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libba Bray. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 września 2014

Wiktoriański mhrok. Recenzja książki

Co robi mól książkowy? Czyta. A co robi, czytając? Marzy. Tworzy w swojej głowie lepsze i gorsze światy, w których rozgrywa się lepsza lub gorsza historia, opisana w przez Autora jakiejś tam książce. A co robię po przeczytaniu jakiejś książki, gdy, oczywiście, spodoba mi się? Ano wymyślam, co staje się z bohaterami, albo ze światem z książki. Zresztą nie tylko ja, spójrzcie na ilość rozmaitych autorskich historii różnych ludzi, zwanych z angielska fanfickami? Wystarczy spojrzeć na stronę wattpad.com albo na, także polską, blogosferę. Nie mówiąc już o ludziach, którzy piszą historię o tym, że ich idol zakochuje się w dziewczynie, którą, jak przypuszczamy, jest autorka danej opowieści. No, niekoniecznie. Ale często tak jest. Opowieści wiele mówią o autorze. W każdym razie, szczególnie nastolatki, ale nie tylko, uważają, że opowieści i marzenia nie są niebezpieczne, co, oczywiście, jest nieprawdą. Pani od biologii powiedziała, że wszystko w gigantycznych ilościach jest niebezpieczne, choćby dlatego, że po jakimś czasie wszystkim, albo przynajmniej większości, molom książkowym wysiadają oczy, nie mówiąc o ignorowaniu tak oczywistych i nieprzyjemnych obowiązków jak szkoła czy praca. Ale... co, kiedy marzenia stają się prawdą? I kiedy decydujesz się dla marzeń poświęcić swoje życie? Zobaczmy.

Powieść zaczyna się potężnym cytatem z Pani z Shalott Tennysona , co, ponieważ uwielbiam ten wiersz, zdecydowało, że wypożyczyłam właśnie tę książkę. Miałam nadzieję, że będą tu jakieś nawiązania do tej pięknej i smutnej historii, ale gdzie tam – fakt, że w bohaterki rozmawiają o tym wierszu, ale w kontekście bardziej filozoficzno-feministycznym niż w kontekście jakiś wydarzeń w powieści. Pierwsze i największe rozczarowanie. Bo, szczerze mówiąc, nie oczekiwałam po tej książce nie wiadomo czego (ale, jak zwykle w takich przypadkach bywa, i tak się mocno rozczarowałam) . Ale rozczarowanie związane z tym pięknym cytatem naprawdę mnie dotknęło. Ile razy mam łamać ręce nad pisarzami, którzy do swoich powieści dołączają piękne cytaty, żeby po prostu było, bo tak jest fajnie?! Już nie mówiąc, że w drugiej części (sprawdziłam) na początku jest obszerny fragment Kruka Poego. Już lepiej nie komentuję.

Gemma Doyle mieszka z mamą i ojcem w Indiach, a ponieważ akcja dzieje się w czasach, kiedy Indie są kolonią angielską, Gemma (niczym bohaterki Małej księżniczki i Tajemniczego ogrodu, które tak bardzo lubiłam, kiedy byłam mała) jest angielską damą i córką plantatora. Życie ma, dzięki temu, wcale niezłe, ale, mimo tego, wciąż chce wyjechać do Londynu i to marzenie się, niestety, spełnia. Niestety, bo w tym samym czasie kiedy źle wychowana dziewczyna ucieka mamie niczym rozkapryszone dziecko, kobieta zostaje zabita. A właściwie sama popełnia samobójstwo, w każdym razie nieważne. Gemma trafia do szpanerskiej pensji dla panien, Spence, owianej, jak już się domyślamy, mroczną tajemnicą z jednym spalonym skrzydłem i w dodatku z nawiedzonymi cyganami wokół. W tym samym czasie Gemma odkrywa, że widzi jakąś małą dziewczynkę i jakiegoś potwora zwanego Kirke (jak ta wiedźma z Odysei Homera), a wokół niej kręci się jakiś przystojny chłopak. Dziewczyna szybko zyskuje grono koleżanek i razem postanawiają założyć zakon, a ona, Gemma, znajduje wejście do Międzyświata – pięknej, ale zamkniętej krainy, gdzie spełniają się marzenia. Tam rozgrywa się walka ze złem, ale i jedna z przyjaciółek Gemmy oddaje swoje młode życie za marzenia o prawdziwej miłości (to mi się najbardziej spodobało). Pierwszy tom trylogii kończy się, oczywiście, w takim miejscu, że wszyscy, których zaciekawiła ta powieść, będą ciekawi, co będzie dalej.

Przedstawianie epoki wiktoriańskiej, o eleganckich szkołach z internatem dla dziewcząt nie wspominając, nie jest czymś oryginalnym, wręcz przeciwnie. W wielu, przyznajmy, takich powieściach pojawia się także mroczna magia, buntownicza dziewczyna, a jak już nie, to tajemnicza porywająca ludzi skała. Wątek indyjski nie jest także niczym nowym, o Międzyświatach, Summerlandach i innych takich rzeczach nie wspominając. Miło było jednak przenieść się chociaż na chwilę do świata szeleszczących spódnic, gorsetów - składających się na stroje, których jestem wielką i oddaną fanką - dziwnego wychowania dziewcząt (chociaż w sumie nikt mądry nie wymyślił tego, że blondynki mają się uczyć robotyki, rysunku technicznego, zaawansowanej fizyki, stron świata i innych cudów), zwyczajów, a także niektórych elementów tego, w co wtedy ludzie wierzyli, odwiedzić jeszcze raz tamten świat, który, niestety, zginął pod nawałem popkultury. Jeszcze, kiedy wszystko jest owinięte delikatną mroczną mgiełką magii (na plus zaliczam, oczywiście, genialny moment ze zmarłym narzeczonym jednej z nauczycielek Gemmy) i posypany całkiem pomysłowymi rozwiązaniami fabularnymi oraz elementami zaskoczenia, smakuje na tyle dobrze, że można zjeść i nie dostanie się niestrawności. A to, jak zapewne przekonaliście się, czytając inne moje recenzje, wielki plus, jeśli chodzi o książki przeze mnie przeczytane.

Okładka jest bardzo ładna, chociaż niezbyt nawiązuje do tego, o czym jest książka. Prawie całą okładkę zajmuje dziewczyna w wiktoriańskim gorsecie, a właściwie jej tylna strona. Widać także fragment twarzy, z profilu, jednak większą część zajmują jej zasznurowane plecy. Bardzo ciekawe rozwiązanie, muszę przyznać (lecz nie bez cienia sarkazmu), wcześniej z czymś takim się nie spotkałam, chociaż dziwnie i niewygodnie jest patrzeć na plecy dziewczyny, a nie, jak jest o wiele lepiej i wygodniej, w jej oczy (czy wiecie, że to jest jeszcze odruch pochodzący z epoki, kiedy nasi biedni, odziani w skóry przodkowie krzesali ogień dwoma kamieniami, polowali na mamuty i malowali zwierzątka na ścianach jaskiń?) . Zresztą, w gruncie rzeczy, okładka nie jest specjalnie ozdobna ani elegancka, już o uchwyceniu epoki wiktoriańskiej nie mówiąc. Za to trochę przekombinowana i, przez to, bardzo nieciekawa. Chociaż element zaskoczenia był, bo zamiast dziewoi w zwiewnych szatkach mamy, proszę państwa, czyiś gorset!

Co do tytułu, to, chociaż z niechęcią (bo lubię przyczepiać się do tytułów), przyznaję, że jest dobrze dobrany i nieoczywisty. Dopiero po przeczytaniu powieści można dowiedzieć się, czego dotyczy. Z drugiej strony jest bardzo sztampowy, bo, wybaczcie, nawet najstraszniejsza rzecz, nazwana mrocznym sekretem dla mnie przestaje być w połowie straszna. Co to daje tytuł! Wystarczy spojrzeć i już się wie, że to gotycka, wiktoriańska opowiastka dla nastolatek. Czy naprawdę wszystkie sekrety muszą być mroczne? A nie mogą być po prostu straszne?

Język był dość przeciętny i nieodbiegający od paranormalnych norm (nawet narracja pierwszoosobowa była!) chociaż siłą rzeczy Autorka używała więcej niż inne podobne jej pisarki słów i szybko, wręcz ekspresowo się czytało. Czasami zdarzają się także ciekawe, nawet barwne opisy i dobrze rozpisane sceny, jak umieszczona gdzieś na początku, bardzo mroczna i zajmująca scena w kaplicy, czy wszystkie sekwencje z małą dziewczynką, Międzyświatem, runami i owym mrocznym lasem, który, muszę przyznać, bardzo mnie zafascynował (uwaga, kolejna moja mroczna fascynacja, zaczynam się siebie naprawdę bać). Styl pisarki jest prosty i nawet płynny, dzięki czemu czyta się lekko i szybko, nawet nieco oryginalny i barwny, czyta się więc bardzo miło i w dodatku odwraca to nawet uwagę od irytujących bohaterów, czasami psującej się fabuły i innych, mniej istotnych szczególików. Opisy, jakie wychodzą spod pióra pisarki, nie odstraszają swoją objętością miłośników akcji, ani też nie są zbyt wyszukane,pełne metafor. Jednak nawet są plastyczne, dzięki czemu można było wszystko sobie wyobrazić w tylu kolorach, by wszystko wydawało się wiarygodne i mało sztuczne. Czasami jednak zalatywało smrodem plastiku i nieautentyczności, jak w denerwującej scenie z ożywionymi rzeźbami z jednej z sal, czy tam, gdzie, podobno, miało być prawdziwie mroczno, a było wręcz przeciwnie, nie wspominając o nudnym opisie ponoć pięknego Międzyświata i zupełnie pozbawionym egzotyki opisie Indii, nie wspominając już o tych wszystkich opisach miłości Gemmy i owego tajemniczego (a jakże!) chłopaczka, o której aktach dziewczyna śni po nocach, w dzień wystawiając swojemu adoratorowi środkowy palec i robiąc dokładnie to, czego on sobie nie życzył. Wątek miłosny jak z klasycznych baśni, czyż nie?

Bohaterowie, a raczej bohaterki, nie są istotkami dość oryginalnymi, ale zawsze znajdę coś, do czego warto się przyczepić. Jak choćby to, że Gemma i Ann wyprzedziły swoją epokę, tfu, co ja mówię! One wszystkie wyprzedziły swoją epokę. Wydaje mi się, że w tamtych czasach mało było buntowniczek, a większość dam po prostu akceptowało ów porządek, bo tak zostały wychowane. Dziewczęta również, z zasady, były bardzo wyćwiczone i zahukane, tak więc nie miały nawet śmiałości pomyśleć o tym, żeby się zbuntować, a nauczycielki w słynnych pensji dla panienek dziesięć razy gorsze niż te, które uczyły Gemmę. Istnienie takich dziewcząt w tej epoce jest po prostu błędem rzeczowym, przynajmniej dla mnie. Wspaniałomyślnie jednak przebaczmy to Autorce, bo – rozumiem – przedobrzyła przy tworzeniu, jak jej się wydawało, silnych bohaterek kobiecych. I tak jej się nie udało. Gemmy nie da się lubić, jest płaska i głupia, a także zachowuje się jak dziecko, co jest szczególnie widoczne przy tej scenie w Indiach, kiedy ta szesnastoletnia pannica ucieka z targu, płacząc jak małe, rozwydrzone dziecko tylko dlatego, że mama, z niewyjaśnionych przyczyn, nie pozwala jej pojechać do Londynu. Żeby było zabawniej, powiem, że w dodatku zgubiła się w Bombaju czy gdzieś, tupała nóżką i tak dalej. W akademii potrafiła, w ostatecznym rozrachunku, pokonać nawet szkolne zołzy i wkupić się w ich łaski. Właśnie. Szkolne zołzy. Felicyty, główny herszt, jest postacią bardzo niedopracowaną. Z jednej strony wredna, zła, lekkomyślna dziewczyna z ciągotami do mrocznych stron mocy, z drugiej strony biedna, cierpiąca dziewczyna (dodajmy, z powodu swojej rodziny) i świetna przyjaciółka. W dodatku w żadnej z tych ról na tyle przekonująca, żebym powiedziała, że po prostu była złożoną osobowością, a nie jakąś dziewczyną z zaburzeniami osobowości. Bo nawet to szybkie i szczere przeprosiny Gemmy i zostanie jej przyjaciółką po tym, jak ta odkryła jej sekret, wydają się dziwne. Myślę, że Autorka chciała ukazać złożoną postać, co, widocznie, jej się nie udało.

Ciekawszą postacią jest Pippa (tak, tak, właśnie się nazywała). To naprawdę udana postać – ani dobra, ani zła, z zaletami i wadami, z ciekawą historią i ludzkimi problemami, a nawet chorobą – padaczką. Jej los jest najgorszy, nie tylko dlatego, że ginie, ale także dlatego, że jej życie nie jest, delikatnie mówiąc, kolorowe, nawet jak na taką wielką damę i niektóre z ostatnich wydarzeń w jej życiu naprawdę ścinają lodem krew w żyłach. Pippa, w wyniku tego wszystkiego, postanawia nie wracać do świata żywych i decyduje się żyć, w marzeniu. Może jestem durna (a na pewno jestem), ale też jej tego nieco zazdroszczę. Gemma, Felicyty i Ann, które pozostały, by walczyć, jak, mam nadzieję, poprawie to zinterpretowałam, uznały, że to haniebne poddanie się, ale myślę, że dla dziewczyny nie było już wyjścia. A jej historia miała naprawdę piękny, jak na mnie, koniec, który już na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Fabuła jest dość przewidywalna, no, może z jednym wyjątkiem, to historia Pippy i kilka innych rzeczy, które mają szansę zaskoczyć. Z dwoma wyjątkami, przepraszam, co oznacza, że nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby być. Czasami jednak język pisarki sprawia, że sceny wydają się chaotyczne, nijakie, pozbawione mroku i jakiegokolwiek nastroju, czytelnik nie wie się nawet, co się dzieje. Cały wątek przyjaźni Gemmy z Felicyty i dziewczynami z jej paczki wydaje się dość naciągany, od początku do końca, już nie mówiąc o dziwnym sekrecie Ann (dobra, powiem wam, że się okaleczała i mam wątpliwości, czy w tamtych czasach było to powszechne jak teraz i czy biedaczka wpadłaby na taki pomysł, nie mówiąc już o tym, że po prostu nie ma sensu ciąć się z braku koleżanek) w Czytanie pamiętnika Mary Dowd też nie jest świeże, bo, prawdę mówiąc, w co drugiej powieści zakrawającej na mroczną jest pamiętnik jakiegoś umarlaka, w którym kryją się jakieś wskazówki, już nie mówiąc o dziwnej wizji Gemmy na samym początku i pędzącym na złamanie karku wątku indyjskim, jakby Autorka jak najszybciej chciała się z nim rozstać. Czasami nawet łamie się albo miesza węzeł przyczynowo-skutkowy, pojawia się tak zwany deux ex machina, czyli coś w rodzaju właściwej osoby we właściwym miejscu, a innym razem wszystko staje się bardzo sztampowe (patrz: wszystkie sceny, kiedy dziewczyny zachowują się jak naćpane mocą, co niebezpiecznie pokazuje całą ich, niestety, pustotę) cukierkowe, albo nielogiczne. Często książka zwyczajnie nudzi i denerwuje, a wiele scen było niepotrzebnych, albo takich derywujących i dziwnych (oczywiście w negatywnym tego słowa znaczeniu) że aż ciężko było przez to wszystko przebrnąć. Trzeba jednak pochwalić Autorkę, że na tyle jej warsztat jest wyrobiony, że postacie nie wychodzą godzinami z pokoju, ani też nie otwierają drzwi przez pół akapitu. Akcja wciąż idzie do przodu, nie zatrzymują się nawet na łzawe rozmyślania bohaterek, co jest charakterystyczne dla wielu podobnych powieści. Więc jest trochę lepiej niż zazwyczaj. Co za ulga.

Kolejnym z wielu moich argumentów dla tezy, że warto czytać książki, o których już z góry wiemy, że będą złe, albo przeciętne jest to, że nie wiemy, gdzie znajdziemy perełkę. Bo warto grzebać nawet w zwykłym, już nudnym piasku i wodorostach, by znaleźć jakiś cenny bursztyn. No dobra, przesadziłam. Może coś w rodzaju pięknej, sztucznej biżuterii – historię, która zachwyci i zostanie na zawsze przy mnie. Bo jeśli wszystko, co przeciętne i nudne w tej historii – czyli, jak prawie zawsze, większość – sobie pójdzie w niepamięć, albo pomyli się tysiącami podobnych przeczytanych przeze mnie opowieści, wątek Pippy zostanie, chyba dlatego, że jestem wrażliwa na śmierć innych, a zresztą to magiczna, ciekawa historia. Inna niż te, które poznałam dotychczas. Taka jak wiktoriański gorset w mojej szafie pełniej skórzanych kurtek, sportowych toreb i dżinsów.

Jednak większość książki, nie oszukujmy się, nie jest jakaś wybitna, wręcz przeciwnie. Jest przeciętnie, chociaż czasami wydaje się bardziej inteligentnie niż w tworach zmierzchopodobnych. W każdym razie chociaż czasami jest nawet ciekawie, na pewno nie jest tak mrocznie, jak obiecywały recenzje na tyle okładki i jak wydaje się Autorce, tylko bardzo mhrocznie. Co oznacza, że według mnie jest tak gotycko, jak w wiktoriańskiej alkowie w czasie nocy poślubnej. Czyli, jak każdy uświadomiony człowiek się domyśla, w ogóle.

Tytuł: „Mroczny Sekret”
Autor: Libba Bray
Moja ocena: 4,5/10




czwartek, 5 czerwca 2014

Piekło na wakacjach. Recenzja książki

Lubię antologie, tak samo jak grube powieścidła. Antologie, w których teksty są uporządkowane według jakiegoś klucza, wybranego przez Autora lub Wydawcę, wbrew pozorom nie są monotematyczne. Spotykamy się mnóstwem krótszych historii, czasami nowych Autorów, przez to nie można narzekać na nudę. Antologie są jak wielobarwny fresk – im bardziej elementy są do siebie niedopasowane, im bardziej oryginalne, tym lepiej. Jednak, co jest smutne, rzadko można spotkać dobrą antologię, chyba, że mamy zbiór tekstów jakiś mistrzów krótkiej formy, a zdarzają się tacy. Większość pisarzy, wydających co roku grube tomiszcza, nie może zmieścić się w krótszych rzeczach, przez co antologie śmierdzą tandetą. Ale ja biorę każdą, bo i tak są rzadko spotykane. Czytam każdą, jaka wpadnie w moje wygłodniałe łapska. I pożeram.

Na dość udany wyjazd na południe naszego pięknego kraju, postanowiłam sobie wziąć coś grubszego (grube książki poprawiają mi samopoczucie) ale jednocześnie szybkiego do czytania, głupiego, płytkiego, żeby się nie zmęczyć no i szybko przeczytać (wiadomo, że na wyjazdach nie ma dużo czasu na czytanie książki, szczególnie, gdy się spędza czas wchodząc i schodząc z Kasprowego Wierchu). Wybór padł na niepozornego, jednak grubego ebooka, który, o tym wiedziałam już wcześniej, spełnia wszystkie moje kryteria. Zadowolona, po naładowaniu sobie baterii w laptopie w jednym z naszych hotelów, odpaliłam lapcia i zaczęłam czytać.
Oto następna gruba antologia opowiadań o wampirach i nie tylko – znanych i mniej znanych pisarek. Tym razem już nie na balach maturalnych, ale, uwaga, na wakacjach krew będzie się lała strumieniami razem z wieczną miłością. Bohaterowie pojadą gdzieś daleko, poza swój dom, by przeżyć największy koszmar swojego życia. Zapierające dech w piersiach, prawda?

No więc zaczynamy. Pragnę jeszcze dodać, że żeby można jakoś się odnaleźć w tekście, postanowiłam wyodrębnić graficznie kolejne fragmenty dotyczące opowiadań. Pragnę dodać, że wypracowałam nową metodę oceniania antologii – nie będzie ona ogólna, ani oceniająca całościowo wszystkie opowiadania – postanowiłam tekst podzielić na kilka krótkich recenzyjek i przy każdej postawić ocenę według przyjętego przeze mnie kryterium, a na końcu – jako podsumowanie całej książki – wystawić średnią tych ocen. Uważam, że będzie to obiektywne i sprawiedliwe.

Książka, naturalnie, zaczyna się od wampirów i od straty dziewictwa, tak, by zainteresować drogie czytelniczki i zachęcić do kupna i przeczytania całej antologii. Opowiadanko to przedstawia losy dwóch dziewuszek, Liz i Kristin, które wybierają się na „Droga donikąd”, z określonym celem – Kristin ma ochotę stracić dziewictwo z pierwszym chłopakiem, który będzie ją chciał, a przynajmniej taką dostajemy informację. Poznają tam Hailey, zapaloną czytelniczkę brukowców typu „Fakt”, które zamiast publikować opalone kobiece ciała, rozgłasza plotki o tym, że wampiry atakują statki. Nie byłoby w tym niezwykłego, gdyby nie to, że ni z gruchy ni z pietruchy nasze dziewoje okazują się owymi wampirami, a człowiek zaskoczony nielogicznością powyższego, zostaje wgnieciony w fotel z głośnym „Jezus, what a fuck?”.

Plusy? Pomysł – nie. Sposób opisania – nie. Naprawdę trudno jest tutaj cokolwiek napisać! Po długim namyśle orzekłam, że jednak to, że Autorka potrafiła tak rozwinąć wątki, żeby przedstawić historię w formie dość krótkiego opowiadania, co innym Autorkom nie przychodziło niełatwo. Pisarka maksymalnie rozwinęła wątki i zbudowała całkiem niedługą historyjkę.

Bohaterki, bo jedyny bohater okazuje się samcem i ciotą, który o niczym innym nie myśli jak o chodzeniu z dziewczyną do alkowy, są koszmarnie płaskie. Liz to dziwka, aż się cisną na usta odpowiednie epitety, Kristin za wszelką cenę chce ową dziwką zostać, Hailey jest nadmuchanym materacem, które latem reklamują w hipermarketach, żeby nie powiedzieć dmuchaną lalą. Tępe, głupie dziewczęta, które chętnie wrzuciłabym w topiele, nawet nie wysysając im krwi.

Akcja, jak już wspomniałam powyżej, jest wszech miar nielogiczna. Najpierw nasze bohaterki myślą, że coś takiego jak wampiry na statkach nie istnieją, a później same się nimi okazują, co doprowadza człowieka do szewskiej pasji i zdumnienia. W ogóle nic się nie dzieje: przez całą ową epicką opowieść nasze bohaterki chodzą sobie i rozmyślają oraz szukają chłopaków dla Kristin. Ze zdumnieniem odkrywamy również, że tam, gdzie naszym zdaniem minęło parę godzin albo minut, w świecie opowiadanka minęło kilka(naście) dni. Zamęt i chaos, Autorka, której, nie znam (a muszę koniecznie poznać) nie potrafi tego w jakikolwiek sposób ogarnąć. Czytelnik gubi się wraz z Autorką, tyle że nie zastanawia się, jaki w tym może być sens, bo po prostu to nikogo nie interesuje.

Język jest pusty, wybiórczy i biedny jak mysz kościelna. Nie interesuje, nie wciąga, nie intryguje, nie maluje niczego. Dialogi są dialogami robotów, którzy bezmyślnymi głosami recytują algorytmy jakiegoś informatyka – amatora. Opisów nie ma prawie zupełnie, ale za to mamy stosy dialogów, po łebkach scharakteryzowane postacie i ogólny klimat niedbałości i nijakości. Przez to miałam dość już w pierwszym akapicie, a całą opowiastkę przeczytałam, niemal o tym nie myśląc.

Opowiadanie, najlżejsze ze wszystkich, zostało zapewne dlatego umieszczone na początku. Mnie, zamiast zachęcić (potencjalne czytelniczki, jak Wydawca się domyśla, mają być zachwycone opowiadaniem, które jest „cool” , ciekawe i takie, które do nich dotrze) zniechęciło i już chciałam wyłączyć lapka, ale droga wiła się jak wąż i do celu pozostało jeszcze wiele godzin. Zacisnęłam więc zęby i przeszłam dalej, wciąż nie móc się pozbyć miłej chałturki o dziewczęciu-wampirze.

Tytuł: „Łowy”
Autor: Sarah Mlynowski
Moja ocena: 0,5/5

Druga epicka opowieść jest autorstwa osoby mi znanej, przynajmniej z widzenia. Gdzieś na dysku walają się książki tej pisarki, które mam przeczytać, ale nie wiem kiedy to zrobię. W każdym razie słyszałam o tej pani wiele dobrych opinii i byłam przekonana, że będzie to „coś” w jej historii, co zdoła mnie przekonać. Szczególnie, że tytuł nasuwał mi skojarzenia z domami luster w wesołych miasteczkach, gdzie lustra nie zawsze są takie śmieszne – wielokrotnie słyszałam lub czytałam historie, w których lustra (które, mówiąc nawiasem, zapisały się w historii i tradycji jako diabelskie, wystarczy wspomnieć choćby lustro pana Twardowskiego, którym rzekomo wywołał zbolałemu Zygmuntowi Augustowi ducha ukochanej Barbary Radziwiłłówny) nie były tylko śmieszną zabawą. Liczyłam więc na coś strasznego, mrocznego..

Jednak widocznie owa pani pojęcie 'coś strasznego' widzi inaczej. Otóż Violett wyjeżdża z matką, jej drugim mężem Philippem i jego synem Evanem (który, mówiąc nawiasem, jest ukochanym głównej bohaterki i narratorki) na wakacje na Jamajce w ramach podróży poślubnej matki dziewczyny. Szybko okazuje się jednak, że wakacje są mocno nie udane – ów Philipp okazuje się tyranem i despotą, przy którym Neron i jego palący się Rzym jest krasnoludem z Tolkiena przy leśnym ognisku, a Evan, tak namiętnie całujący usta głównej bohaterki, zostaje zaczarowany przez miejscową wiedźmę. Anne Palmer, bo tak się nazywa, była kiedyś brutalnie bita przez swojego męża i od tamtego czasu mści się na wszystkich mężczyznach w wyjątkowo mroczny sposób – wyjmuje ich dusze i zamienia je w szkło. I właśnie tak chce zrobić z Evanem, tylko że wiedźma okazuje się mieć serce anioła i za specjalną zapłatą uwolni Evana, kiedy Violet da jej innego mężczyznę. Mężczyznę, który bije swoją żonę. Philippa. Dzięki wiedźmie matka chroni się traumą, a Violet odzyskuje chłopaka, który nie zawaha jej się pocałować. W końcu już nie ma Philippa. Przez całe opowiadanie, gdzieś w tle, przewijają się postacie służących, rodzeństwa – Damaris i Damona (hm, skąd ja znam to imię..?).

Pomysł w tym opowiadaniu jest na mały plusik, przynajmniej jego jakaś część. Rzadko zdarza się spotkać opowiadanie, w którym jednym z wątków będzie przemoc w domu i problemy z tego wynikające. To trudny temat, tutaj ujęty niedostatecznie dobrze – Philipp jest zwykłym psychopatą jakich na tej ludzkiej planecie jest zbyt wielu, a Autorka nie zrozumiała, że wyprawa w głąb jego głowy jest straszniejsza od czarownicy. W dodatku brakuje całości jakiegoś mroku, bo wszystko, co widzimy, to rozpalone piachy, nastolatka łażąca wokół różowego (!) domu wiedźmy i jakieś całowanie się. Dlatego na plus zasługuje tylko Philipp.

Język jest, jak na ten gatunek i wiele jego przedstawicielek, całkiem bogaty. Opisów jest nawet nieco, dialogi są jakby od niechcenia wplatane w fabułę jakoś nie grzeszą oryginalnością ani naturalnością, jednak jeszcze tak źle nie jest, żeby gadały roboty. Zresztą – opisy, które są, pokazują tylko, ile kasy mieli bohaterowie, w jakich luksusach mieszkali i jak bardzo Violett kocha Evana i jak bardzo boli ją zakazana miłość. No i te wszystkie uniesienia miłosne dwójki nastolatków – wolę już rozkrojone zwłoki w thrillerach.

Bohaterowie są wcale nieźli. Violett jest sentymentalna a z tej sentymentalności wojownicza i niepokonana, przynajmniej tak jest przedstawiona. Philipp, jak już mówiłam – psychopata i łajdak, ukazany jednak zbyt powierzchownie, a także matka Violett, osoba cicha jak szara mysz i bezwolnie poddająca się swojemu nowemu mężowi – tyranowi. Do dziś zastanawiam się, jak można być tak naiwnym, jeśli o to chodzi. No i jeszcze całkowity number one: wiedźma mieszkająca w różowym domu, chodząca w okularach przeciwsłonecznych i szlafroku. Kobieta, która została wiedźmą tylko dlatego, że mąż ją bił. Rozumiem, że wiedźmy także zmieniają się wraz z wiekiem, ale różowy domeczek to już gruba przesada. Czarownica.. Zła kobieta... No cóż, o gustach się nie dyskutuje, jak mówi stare, łacińskie przysłowie.

Nie, nie zachwyciło mnie, choć czytało się lekko, nie powiem. Historyjka raczej pusta, bezwartościowa, nie niosąca ze sobą nowego powiewu do paranormal romanse. Bardzo przeciętne, zupełnie niestraszne (ponoć to miała być antologia pełna piekielnych scen, a byle kryminał jest straszniejszy) coś, co na pewno wyglądałoby lepiej, gdyby rozciągnięte było na dłuższą książkę. Po prostu brakuje duszy – czegoś, co można było nazwać ponadprzeciętnym. Widać tu całkiem niezłe techniczne przygotowanie pisarki, ale czy to wystarczy? Pomysłu brak, a do wykonania pisarka się nie przyłożyła. Brak autentyczności. Niestety.
Jak widzicie, coraz ciężej czytało mi się tą antologię..

Tytuł: „Dom Luster”
Autor: Cassandra Clare
Moja ocena: 0,5/5

Przechodząc do następnego opowiadania miałam jeszcze coś, co nazywa się Roztapiającą się Nadzieją. Czyli nadzieją, która powoli znika. Ponieważ tytuł, jak mój wybredny gust był sweetaśny, zagryzłam tylko zęby, włączyłam ostre, na wskroś metalowe „Bye, Bye Beautiful” Nightwish, utwór opowiadający o pogardzie dla czegoś sweetaśnego. Przydało się to też dlatego, że zapychając sobie uszy metalem nie słyszałam Katarzyny Skrzyneckiej (każdy zna ją z pobocznej roli w „Bulionerach”, to, że jest piosenkarką, rzadko jest ludziom znane, a jeszcze rzadziej ludzie puszczają jej piosenki, których w serwisie tekstowo.pl jest tylko trzydzieści) , jęczącej w głośnikach utwór z najnowszej płyty „Koa” - niesamowicie piękne i głębokie „Share Your Life”. Z takim podkładem zaczęłam czytać następny horror, jadąc do Zakopanego.

Cecily ma matkę czarownicę i nieświadomego niczego ojca. Wraz z innymi paniami w wakacje wyjeżdżają na obóz, który w rzeczywistości nie jest urlopem, jak myślą mężowie innych czarownic, tylko sabatem ich żon. Główna bohaterka, osoba bardzo skrupulatna, ma jednak pewien problem: co roku spotyka tam wredną Kathleen, osobę bardzo pomysłową w robieniu przykrości naszej bohaterce. Tym razem przywozi ze sobą swojego idealnego chłopaka Scotta, w którym Cecily również się zakochuje. Problem jednak tkwi w tym, że największa przeciwniczka naszej bohaterki zakochała go w sobie zaklęciem, łamiąc w tym jeden z punktów regulaminu młodocianych czarownic. Cecily postanawia zrobić to samo i, przy pomocy „Księgi Cieniów” jej matki odczarować chłopaka (wtedy, była tego pewna, facet zakocha się w niej). Jednak... zaskoczenie. Odczarowany Scott okazuje się być jednym z tych przemiłych chłopaków, których ulubioną rozrywką jest stanie pod spożywczakami i sączenie taniego piwa. Świntuch. Debil. I tak dalej.

Plusy. Hm? Plusy, a tak. Czytało się lekko, płynnie. Jak rzadko które opowiadanie z tego tomu. Nie ma tu zbyt wielu fajerwerków, przy czym fabuła została maksymalnie rozwinięta i rozciągnięta, więc nie ma tu żadnego niedosytu. Historia jest spójna, pisarka stawia na konkrety. To mi się podoba.

Bohaterowie, bohaterowie. Podziwiam ich za to, że nie mieli żadnych cech charakteru i że byli idealni. Za to, że jedynym zmartwieniem dorastającej dziewczyny był chłopak, który ją kochał. A Kathleen! Żaden zabójca w stosiku kryminałów, jakie przeczytałam w swoim długim życiu, nie był taki straszliwy jak Kathleen. Nawet Warren Hoyt czy Albert Stucky, moi kumple z thrillerów Tess Gerristen i Alex Kavy, którzy, jakby się wydawało, byli idealnym złem, mieli jakieś ludzkie odruchy. Drżeliby przed Kathleen. Aż się dziwię, że nie wzięła do ręki noża i nie zabiła Cecily. A Scott! Najpierw sweet, aż mi się niedobrze robiło, a później już był fajny, gdy pokazał swoją prawdziwą twarz. Oh, wy naiwne dziewczynki!

Akcja jest bardzo schematyczna – dwie nienawidzące się dziewczyny, seksowny chłopak, kwestie magii i tak dalej. Nic nowego, no, może poza feministycznym wymysłem, że czarownicami mogą być tylko kobiety. W każdym razie nie było tu nawet ziarenka czegoś strasznego, czy czegoś, co mogłoby mnie zainteresować. Obyczajowe, bardzo słodkie opowiadanko dla dziewczynek, takie było moje pierwsze i jedyne skojarzenie z tym.

Język był prosty i lekki, bardzo zrozumiały i transparentny. Czytało się lepiej niż pozostałe, ponieważ oprócz dialogów były tam i opisy sytuacji, a to i to było zrównoważone ze sobą, nie nachalne. Wszystko było jednak puste, słodkie, banalne i nieciekawe. Owszem, miło się czytało, bardzo miło, ale to nie to. Niestety.

Zauważyłam, że im bardziej zagłębiałam się w to, tym stawało się to ciekawsze i lepsze. Tak jakby Wydawca zostawił najlepsze opowiadania na sam koniec. Aż tak kolorowo nie było, ale coraz mniej chałtury, a to oznacza, że będzie lepiej, będzie lepiej! Wyciągam języczek i lecę dalej!

Interesujecie się historią Francji? Napoleonem Bonaparte, tym kurduplem, co kochał Polkę, panią Walewską? Znacie straszliwą Rewolucję Francuską? Dla mnie to nie jest zbyt ciekawe. Po prostu morze krwi. Znam tylko raczej w zarysach, wiem, kim był Marat, Charlotte Cordell, Maria Antonina i wiem, że próbowano wprowadzić kult Rozumu (w pełnym tego słowa znaczeniu!). Wiem, co to Bastylia. Potrafię w dodatku odróżnić „Wolność wiodącą ludzi na barykady” od „Bitwy pod Grunwaldem” (na jednym jest baba bez stanika, a na drugim facet z białym płaszczem, jak stwierdził mój kuzyn). Nie ma w tym nic pociągającego: po prostu szubienica chodziła w górę i w dół. I łby leciały.

Jedna z Autorek tej fascynującej antologii pokusiła się o nawiązanie do tego tematu, konkretnie o dekrecie o podejrzanych (czytaj: o tych, co trzeba wybić). Oryginalne, bo kult Historii już wyparowuje jak kamfora ze świata pełnego wampirów. Panie wolą pisać o tym, o czym wiedzą – a teraz, patrząc na stan historii w naszych szkołach i na oceny – mało ludzi wie, że Jagiełło to nie nazwisko (poważnie, spotkałam jedną taką osobę, która tak myśli).

Charlie czyli Charlotte (licealistka) i Marylou (zapalona studentka psychologii) czyli Marie-Louise przyjeżdżają na wakacje do Francji. Tam poznają Henri'ego, a raczej Charlie, która wyszła na spacer i poznała faceta, który opowiada straszliwą historię o dekrecie dla podejrzanych, jednak omija fragment o gilotynach, bo zmyślna dziewczyna mu przerywa. Później od Gerarda poznaje prawdę – owa historia, a raczej papiery, które są owym dekretem, są obciążone klątwą. Dlaczego? Nie wiemy! Nie ma tutaj żadnego słówka, nawet takiego tyci, tyci. W każdym razie Marylou zostaje obciążona klątwą i kiedy Henri popełnia samobójstwo (po posiekaniu swojej żony), siostrzyczka zostaje zamknięta w piwnicy, a Charlie.. Charlie pieści się na kanapie z Gerardem. Mhm, słodkie. Do czasu, kiedy biedna dziewczyna popada w paranoje i przestrzela mu rękę. Na końcu opowiadania dostaje się do najmilszego miejsca na świecie – psychiatryka. Dają jej tyle leków, ile chce, czasem pozwalają korzystać jej z laptopa i z Internetu. Fascynujące. Jeszcze brakuje piosenki „Heaven is Place on Earth”, bo naszej kochanej bohaterce podoba się tu. Nawet bez chłopaka, z którym się pieściła. Ciekawe.

Wiecie, jak bolą naciągnięte mięśnie? Tak samo mnie bolał brzuch, gdy przeczytałam to coś. Akcja? Bohaterowie? Jaka akcja? Jacy bohaterowie? Mój ty Panie Boże. Czy coś tu cokolwiek jest?

Aha, plusy. Plusy. Czy coś tu w ogóle jest takiego? Dobra, nie będę Sknerus McKwacz i dam plusa za szpital psychiatryczny – bardzo oryginalne zakończenie opowieści!

Akcja tak mocno naciągnięta, że gdyby były nią moje mięśnie, od razu pojechałabym na pogotowie. Pomysł nie wypalił, od co. Zbyt wielkie plamy w mapie akcji utworu. Brakuje powodów, dlaczego nad papierami wisi klątwa. Brakuje dłuższego opisu tego, co działo się z papierami, skąd wzięły się u profesora.. Zresztą, ten pomysł, sama jego esencja jest, kolokwialnie mówiąc, do dupy. Nie warto pisać na ten temat opowiadania, no widać, że pomysł z nawiedzonymi papierami z czasów Rewolucji Francuskiej jest śmiesznie idiotyczny. A w ogóle zastanawiał się, kto zostawia dwie dziewczyny same, w obcym kraju, wciąż obiecując, że się przyjedzie, jak zrobił to ten ich wujek? Kto, zresztą, nie przywiózłby czegoś, nawet laptopa, oprócz podręcznika na studia? A sens? Gdzie jest sens, do licha.

Bohaterowie? Pośpiesznie wprowadzeni, niedokładnie naszkicowani, nijacy. Ich zachowania są mocno naciągane (znowu..), bo kto, przepraszam bardzo, po odstrzeleniu ręki głaskałby kogoś innego po głowie? Choćby dlatego, że boli jak diabli albo dlatego, że człowiek zapadł w morfinowy, znieczulający sen? No, chyba, że Gerard był ze stali i nic go nie bolało. Henri? Nie poznajemy nikogo o takim imieniu, chyba że tylko jego cień. A Marylou i Charlie? Jeśli ta pierwsza jest psychiczna od samego początku i tylko cudem studiuje psychologię, to ta druga na początku jest osobą bez żadnych cech, biedną dziewczynką pozbawioną osobowości, tak samo jak Gerard, jej ukochany.

Język jest prosty, ubogi, konkretny. Opisów nie ma żadnych, nie mówiąc już o charakterystykach bohaterów. Dowiadujemy się, jak wyglądał Gerard (czytelnicy muszą wiedzieć, jak przystojny był chłopak, z którym pieści się nasza główna bohaterka) i że Marylou miała rude włosy. Dużo! Opisów makabry mamy chyba najmniej, ale właśnie tego powinno być najwięcej. Tematu klimacików w opowiadanku już nie poruszam, bo nie warto. Nawet mi jest żal tej opowieści.

Ogólnie, wiało nudą i tandetą. O ile inne opowiadania z tej antologii mają w sobie coś naturalnego, a temat można by jeszcze podźwignąć, tutaj wszelkie problemy wynikają z naciąganego pomysłu na fabułę. Niczym nie zachwyca, niczym nie powala, tylko rozśmiesza infantylnością. A już myślałam, że Wydawca umieścił najlepsze opowiadania na koniec..

Tytuł: „Dekret o podejrzanych”
Autor: Maureen Johnson
Moja ocena: 0,5/5

Ta ostatnia recenzyjka, przed dopisaniem tej, również krótkiej, przedmowy, nie zajmowała dużo miejsca, co dowodzi tezie, że o dobrych rzeczach nie trzeba dużo pisać. A może nie chce mi się już pisać kolejnych recenzji bazgrołów różnych ludzi? Oczywiście chodzi o ostatnie opowiadanie – najlepsze. A już nie chciałam czytać! Coraz mniej jestem przekonana do trafności zabiegów marketingowych tego wydawnictwa – zanim szanujący siebie czytelnik dotrze do tego opowiadania, wyrzuci książkę w kąt pokoju albo komputera. Ale ja wytrwałam i - można tak powiedzieć – dostałam nagrodę. Dlatego, narodzie ciesz się i raduj, ostatnia recenzja będzie bardzo pozytywna. No może nie będzie tekstem napisanym przez piszczącą nastolatkę, ale przez osobę, która, pośród zwykłej trawy znalazła soczystą, dobrą trawkę.

Poe (tak, tak, tak bohater tej opowieści ma imię po wielkim pisarzu amerykańskim) wraz z przyjaciółmi wybiera się na wakacje do pewnej wioski w Karpatach, uważanej za nawiedzoną. Faktycznie, kiedyś, miasteczko oddawało cześć Szatanowi, dzięki czemu mieli zapewnioną ochronę przed kataklizmami, które wciąż nawiedzały mieścinę. Starsi ludzie w to wierzą, ale nowe pokolenie ma to wszystko głęboko w dupie, bo ich żyjący przodkowie wydają się bardzo śmieszni w tych zabobonach. Jednak amerykańscy przyjaciele są bardzo bezmyślni i mimo tego, że wiele osób ich ostrzega, wpadają w kłopoty. Straszliwe kłopoty.

Gotyckie. Punkowe. Gotycko – punkowe, a fabuła niemal jak z powieści Stephena Kinga. Raczej nie próbujcie czytać w nocy, jak ja to zrobiłam, już w hotelu. Przejmujące dreszczem. Demoniczne. Prawdziwy horror! Naprawdę!

Popatrzmy, co tu jest, a czego nie ma: klimat jest. Brrr.. Opisy – są, bo bez nich nie byłoby klimatu. Bohaterowie, w porządku, nieco denerwują, ale i tak jest fajnie.
Brakowało mi jednak dwóch rzeczy: po pierwsze, rozwiniętej fabuły. Oh, jakby było dobrze, gdyby można byłoby czytać o tym dłużej! A ile w tym temacie można napisać, jednak wszystko za szybko się skończyło i masz babo płacz. A po drugie brakowało mi jakiegoś zakończenia. Tutaj Autorka pozostawia opowieść otwartą, bez sensownego zakończenia, a szkoda. Wielka szkoda. To popsuło mi nieco wrażenie.

To jedno opowiadanie doskonale pasuje do tomiku i jego założenia. Piekielne opowiadanie w samym tego słowa znaczeniu. Tak! Gdyby to miało coś wspólnego z Facebookiem, od razu kliknęłabym 'Lubię To!'. Pomysł jest doskonały, może nieco nie rozwinięty i z nieefektownym zakończeniem, ale i tak o trzysta razy lepszy od reszty opowiadanek. W końcu to, że na chwilę krew zmroziła się mi w żyłach i na chwilę wierzyłam, że nawet w przytulnym pensjonacie w Zakopanem nie jest bezpiecznie, świadczy najlepiej, prawda?

Tytuł: „ Nigdzie nie jest bezpiecznie”
Autor: Libba Bray
Moja ocena: 3/5

Jeszcze coś niecoś ponarzekam na książkę i w końcu, po niemal tygodniu ślimaczego pisania skończę z tą stumetrową recenzją. Jak ktoś nie ma do mnie cierpliwości, niech już przestanie czytać, bo to aż takie ważne nie będzie, naprawdę.

Widziałam książkę w księgarni w Zakopanem. Fatalne wydanie. Miękkie okładki, żółte, prześwitujące strony, czyli lichy papier, najzwyklejsza czcionka, liche klejenie i w dodatku kilka literówek. A okładka to porażka. Psychodeliczna roślinność jest na każdym tomie opowiadań z tej serii, tak samo jak kolory. Tutaj psychodeliczny fiolet, niemal granatowy i ten kwiat w ogóle nie pasuje. Co te kwiatuszki mają wspólnego z książką? Z jej treścią? No chyba, że to jest taki tzw. kwiat dziewictwa, he, he. Nie, sobie tylko tak milusio żartuję. Jakiś wampir byłby już lepszy. Albo reprodukcja jakiegoś mrocznego obrazu. Zawsze lepiej wygląda. Zresztą, szczerze mówiąc, nie byłam jakoś specjalnie zaskoczona. Jak na razie tylko na jedną okładkę tego wspaniałego wydawnictwa jakoś zaakceptowałam.

Autorek opowiadań, oprócz Libby Bray, na której powieść miałam ochotę kiedyś, kiedy wpadłam do biblioteki i dlatego sobie tak nią zapamiętałam. Maureen Johnson znam, poznałam przy okazji co miesięcznych odwiedzin bloga Amandy Hocking, który jest idealny do nauki angielskiego, jak zresztą cały Internet. Oburzona Autorka trylogii o Tryllach napisała krytycznego posta na temat wpisu owej pani. Z podanego przez Amandę linku do bloga Maureen, wywnioskowałam, że owa pani jest feministką i wciąż sądzi, że monopol na literaturę mają mężczyźni. Aha. Rozumiem. W porządku. Nie komentuję. Na nasze rodzime narzecze przetłumaczono tylko jedną, mało sztandarową książkę pisarki i w dodatku mało popularną. Jest jeszcze, że jasna, Cassandra Clare, ale tej pani widziałam portrecik na portalu Lubimy Czytać i od razu odechciało mi się jej książek, choć mi koleżanka z klasy polecała. Jasne, wiem, że po wyglądzie ludzi i ich pracy się nie ocenia, ale … Jej opowiadanie nie było jakieś wybitne. A reszta? Oprócz tych trzech nie słyszałam nawet o Sarah Mlynowski (polskie nazwisko, polskie nazwisko!) ani o Claudii Gray. Pisarzów jak psów na tym ludzkim świecie.
Na jazdę samochodem, która, bez miętowej gumy do żucia byłaby samobójstwem, jest to książka idealna, ale to nie znaczy, że mi się podobała. Słabiutko było, oj słabiutko było. Nuda. Teraz, na starość, robię się coraz bardziej wybredna. W podstawówce to były czasy: pochłaniałam książkę za książką i na dodatek doprawiałam sobie książką, a teraz takie byle co wnerwia mnie i podczas czytania tego, często wręcz nagminnie podnosiłam swój łebek w kolorze rudoblond by najpierw podziwiać widoczki Beskidów, a później wysokich i surowych Tatr. Czasami nie chciało mi się czytać, ciężko przechodziło się od strony do strony. Żeby mnie zaciekawić, potrzeba było ciekawej akcji, albo – tak samo w ostatnim utworku, zapowiedzianego horroru. W końcu, z oddechem ulgi, docierając do słowa „Koniec”, uznałam, że jednak dobrze nie było. Piekło – jak widać – wyjechało jak ja na wakacje w góry (do Poronina.. ci co uczyli się w PRL jak moja mama będą wiedzieli o co chodzi..) i zadbało kuszenie określonej grupy pisarzy do stworzenia czegoś znośnego. Ciekawa jestem, kiedy przyjedzie i kiedy będę mogła wreszcie przeczytać coś, co będzie miało lepszą ocenę.

Autorki:
Sarah Mlynowski;
Cassandra Clare;
Claudia Gray;
Maureen Johnson;
Libba Bray;
Tytuł: „Wakacje z piekła”
Łowy”;
Dom Luster”
Nie lubię twojej dziewczyny”
Dekret o podejrzanych”
Nigdzie nie jest bezpiecznie”
Moja ocena: ocena ogólna: 1/10
o,5
o,5
0,5
0,5
3/5