Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Sałyga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Sałyga. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

Została (tylko) Chustka. Recenzja książki

Temat umierania jest trudny, nie każdy chce o tym rozmawiać. Poprawka: nikt nie chce o nim rozmawiać. Memento mori, mówili barokowi teologowie, a średniowieczni przedstawiali danse macabre, czyli ludzi różnych stanów w tańcu ze szkieletami. Nie bali się śmierci, tak jak my, mimo że nie mieli takich szans na wyleczenie. Umierały kobiety, mężczyźni ginęli na licznych wojnach, na drzewach dyndali wisielcy, srożyła się czarna śmierć (czyli kombinacja różnych rodzajów dżumy), a później cholera; podzwaniały dzwoneczki przy kijach rozkładających się za życia trędowatych, pod kościołem siedziały dziady z brakiem różnych kończyn. Ludzie nie bali się śmierci – młodzieńcy szli na wojnę, dziewczyny w wieku szesnastu lat zostawały wdowami, by później umrzeć, rodząc pogrobowca. Ale my, otoczeni cudownymi lekami i szpitalami, w których lekarze przyszywają kończyny z powrotem do ciała i przeszczepiają serca, boimy się bardziej. Dlaczego?

Znaleźliśmy lek na cholerę i dżumę, na trąd także. Robert Koch wykrył prątki, które wywoływały gruźlicę, a gorączka krwotoczna, wywoływana wirusem ebola dotyka tylko prymitywną Afrykę. Potrafimy z krwi i moczu wytyczać niemal wszystko, kości i mózg możemy zobaczyć w badaniach radiologicznych, tak samo, jak narządy w ultrasonografii. Mamy przeciwbólowe – ketonal, ibuprofen, morfinę. Żywienie pozaustrojowe. Respiratory, rurki intubacyjne, sztuczne kości, steny, chirurgię prenatalną (operacje dzieci będących jeszcze w łonie matki) – rzeczy, o jakich nie śniło się średniowiecznym alchemikom i egipskim kapłanom. Myślimy, że wrócimy do życia po wszystkim, nic nie jest w stanie nas zabić, boimy się śmierci, bo jest czymś nierzeczywistym, odległym, tak innym od rzeczywistości – Internetowych żartów, miłostek serialowych bohaterów, blogów i innych rzeczy, jakie ludzie są zwykli robić w czasie trwającego już 70 lat okresu pokoju, szumnie nazwanego pax Europa (jak wcześniej, za czasów Cesarstwa Rzymskiego, pax romana), nawet jeśli pół roku wcześniej zachorowali na zapalanie płuc i udało im się wybudzić się ze śpiączki po wypadku samochodowym. Jednak nasza cywilizacja nie jest idealna – jest choroba zbierająca straszliwe żniwo, nawet wśród dzieci i wcale nie jest to gorączka krwotoczna powodowana wirusem ebola. To cesarz wszystkich chorób, nowotwór.

Komórki wadliwie namnażają się w danym narządzie, tworząc guz, który doprowadza do wadliwego działania narządu lub jego całkowitego uszkodzenia, tworząc bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia człowieka, w wielu przypadkach tworząc przerzuty na inne części ciała. Ta tajemnicza choroba, wynikająca z mutacji DNA, pojawia się z wielu powodów, a czasami również bez powodu i ciężko ją wyleczyć – bywa tak, leczenie chemioterapią doprowadzało do śmierci. A na raka, jak zwykle nazywamy nowotwór, może zachorować każdy – król, żebrak, biznesmen. Jak w danse macabre.

10 kwietnia 2010 roku, kiedy prezydencki TU-145 M zahaczył o sosnę lub też został rozsadzony ukrytą wewnątrz bombą zegarową i oczy całego świata zwróciły się w stronę Smoleńska (a ja leżałam w łóżku ze złamaną nogą, ale kto o tym w gazetach napisze...) Joanna dowiedziała się, że ma raka. To dla niej, jej syna i jej partnera, nazywanego Niemężem był szok, a jego następstwem założenie bloga. Chustka – taka do okręcenia się, kiedy zimno, do założenia na głowę, kiedy po chemioterapii znikają włosy, do wytarcia nosa, kiedy zbierze się na płacz. Pomarańczowa, bo przecież pomarańczowy jest kolorem radości, zasłaniający chudnące ciało i twarz wykrzywioną twarz. Nawet wtedy, kiedy okazało się, że tak naprawdę ma nowotwór żołądka i trzeba było jej go wyciąć, zastępując rurką, w której wciąż utykały większe kawałki jedzenia. Joanna prowadziła swój internetowy dziennik przez cały przebieg choroby, ostatni wpis ukazał się trzy dni przed końcem Joanny, ale na pewno nie Końcem historii kobiety będącej niewątpliwym głosem tysięcy pacjentów onkologicznych w Polsce.

Joanna pisała prawie codziennie, czasem było to tylko kilka słów, by czytelnicy wiedzieli, że żyje, że jakoś się trzyma. Relacjonowała swoją chorobę na bieżąco, opowiadała o operacjach, chemioterapiach, wymiotowaniu, radioterapiach, cewniku i potwornym bólu, jaki uśmierzała morfiną. Jednak rzeczywistość walki i chorowania na raka była tylko tłem dla opowieści o życiu codziennym, synu i otaczającym świecie, który Autorka nagle zaczęła zauważać ostrzej niż zawsze. Zapisywała także swoje przemyślenia, na coraz głębsze tematy, przeplatając je – jak to blogach bywa – grafiką, fragmentami przeczytanych książek, wierszy, fragmentami rozmów, wycinków świata otaczającego ją i linkami do YouTube'a z muzyką (muszę przyznać, że miała naprawdę świetny gust muzyczny). Bo to nie jest biadolenie nad niesprawiedliwością świata, filozoficzne poszukiwania odpowiedzi na pytania o sens bólu, nawet nie relacja z czyjegoś żmudnego leczenia czy desperackie poszukiwanie towarzystwa w cyberprzestrzeni – powiedziałabym, że jest to zapis strzępków życia, próba opisania szczęścia, zanim ono przeminie w grobie i ocalenia kawałka siebie dla syna, który, kiedy stanie się dorosły, przeczyta słowa matki, bezpiecznie surfujące po sieci i może poczuje przy sobie Jej obecność.

Nie wiem czy mam prawo oceniać czyjąś blogową twórczość, która nie jest opowiadaniem – licentia poetica, wiadomoszczególnie że temat jest tak poważny. W takich przypadkach można przecież więcej – łącznie z brakiem staranności w interpunkcji i ortografii oraz neologizmami, treść natomiast świadomym wyborem Autorki, oceniając to, co opisała, oceniałabym ją samą, co jest brakiem profesjonalizmu. O ile bohaterowie literatury pięknej są kreacją, ocenianie charakteru osób istniejących naprawę, znanych nam tylko z kart książek jest po prostu moralnie ważkie. Poglądy Autorki są wyłącznie jej sprawą, a gdyby pisała w jakikolwiek inny sposób, nie powiedziałabym na to słowo – ma prawo, to jej życie, jej blog, jej słowa. Nie można stawiać mniej lub więcej punktów za to, że w pewnych miejscach nie zgadzam się Autorką. Dlatego tak ciężko jest oceniać tego typu literaturę.

Nie mogę wspomnieć jednak, że Joanna pisała naprawdę dobrze – jednym, prostym słowem potrafiła wyrazić cokolwiek, co chciała, oddać wszystko plastycznie i lapidarnie (masz ci los, właśnie straciliśmy kolejną osobę, która mogłaby być doskonałą pisarką) Mistrzostwem jest opisanie bólu bez tych wszystkich barokowych porównań pań od powieści z nastoletnimi Mary Sue cierpiącymi z powodu odepchnięcia przez chłopaka bądź też stracenia swojej drugiej połówki; zachowanie typowego humoru i dystansu mimo ogromnego cierpienia, niezapominanie o nim, nawet wtedy, kiedy pewnego dnia lekarz powiedział pani Joannie...

Mimo tematu czytało się naprawdę dobrze, wgłębiając się z lekkością – może nawet zbyt wielką – w świat przeżyć Autorki i opisywaną przez nią rzeczywistość. Świat niekolorowany, zwykły, codzienny, jednak pełen radości i szczęścia z nawet najmniejszej chwili. Posty, dni w życiu Joanny, czasami tylko migały przed oczami, pod koniec przestałam sprawdzać daty, traktując książkę jako spójną całość, czasami jak inaczej napisaną powieść, dopasowując do siebie elementy układanki, kolejne dni życia bohaterki, szczególnie że zdążyłam ją polubić – jako osobę otwartą, inteligentną, poszukującą, odważną – bo w końcu myśl o odejściu nie jest dla niej straszna, i potrafi ją zaakceptować; osobę, której wartości nie rozsypały się nawet wtedy, kiedy dowiedziała się, że jeśli nawet wyjdzie z raka, jej życie nie będzie już nigdy takie samo. Jestem pewna, że portret jeden z wielu tylko wydobyty na powierzchnię popularnością, jaką cieszył się jej blog, będący pokrzepieniem dla innych chorych, równie inteligentnych i pełnych ciepła, o różnych, czasami naprawdę dziwnych kolejach losu. Tyle że Joanna umiała pisać, trafiając do serc Czytelników i przez to stając się głosem wszystkich chorych, przypomnieniem w Internecie, czasami bolącym jak sumienie, że coś jest jeszcze poza codziennością, latami, których bieg lubimy obserwować, planując rzeczy na kolejne lata, jakby Koniec miał nie nadejść nigdy.

Jest to jedna z tych pięknych, ale i trudnych do oceny książek, gdzie każde słowo jest kawałkiem czyjegoś życia, świadectwem, testamentem. Chwilą, którą trzeba zachować jak zeschłe liście w zielniku, chwilą dla kogoś innego – syna, ale także każdego czytelnika, najpierw czytającego bloga, a potem książkę. Świadectwem szczęścia, chęcią życia, strachem przed pozostawieniem bliskich bez siebie, strachem braku perspektyw. Do bólu realna, wżerająca się w mózg, bez tych wszystkich literackich ozdobników, otwierająca oczy na cierpienie, którego pomimo zaawansowanej medycyny nie da się zlikwidować; przypominająca o śmierci, która czai się za każdym z naszych planów i kiedyś wedrze się do każdego bezpiecznego azylu, niszcząc argumenty, że ktoś boi się o niej myśleć bądź rozmawiać.

Joanny nie ma już wśród nas, jak wielu, wielu innych ludzi – młodszych i starszych – którzy przegrali nierówną walkę z tą chorobą. Została po niej tylko pomarańczowa chustka. Albo AŻ chustka.

Tytuł: „Chustka”
Autor: Joanna Sałyga
Moja ocena: 7,5/10