Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Terakowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Terakowska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2015

Motyl zaklęty w ciele. Recenzja książki

Chodząc do szkoły, a po niej spiesząc się do domu, gdzie czeka sympatyczne towarzystwo książek, przyjaciół i rodziny, szybko można zapomnieć o nieszczęściach tego świata – szczególnie że nie oglądam telewizyjnych wiadomości (nie tylko dlatego, że polska polityka jest irytująca; lepiej nie wiedzieć, co knuje pan prezydent Putin) i zanurzyć się w błogą nieświadomość, z której większość książek nie jest w stanie mnie wyrwać. Większość opowiada bowiem o problemach zwykłych ludzi i problemach w ich życiu, pokazanych z mniejszą lub większą głębią. Zazwyczaj jednak ich bohaterami są ludzie podobni do nas – sprawni umysłowo i fizycznie na tyle, by żyć na własną rękę, robić to, na co mają ochotę. Wyrażać w każdy możliwy sposób. Po kilkunastu takich lekturach, przewracając się z boku na bok pod ciepłym kocykiem z kubkiem kakao w ręce można zapomnieć, że nie wszyscy przedstawiciele gatunku homo sapiens mają luksus zakochiwania się i odkochiwania, mordowania, kłócenia się z rodzicami, politykowania, chorowania na raka i depresję, cierpienia, a nawet podjęcia najważniejszych życiu decyzji – ja ta dotycząca popełnienia samobójstwa. Po prostu żyć, w jakiś sposób chłonąć życie, oddychać życiem. Albo przynajmniej wiedzieć, że się żyje.
Nie wszyscy tak mają – obok nas, w cieniu, codziennie rozgrywa się tysiące ludzkich nieszczęść: autyzm, zespół Downa, różnorodne choroby genetyczne uniemożliwiające, na przykład, chodzenie, a nawet śpiączki i schizofrenie. O ile większość tych dzieci być może nie zdaje sobie sprawy z tego, że są inne od wszystkich, ich rodzice cierpią jeszcze bardziej – każdy chciałby mieć dziecko przynajmniej zdolne albo ładne, dziecko, którym mógłby chwalić się znajomym, którego inni mogliby mu zazdrościć. Każdy chciałby, żeby dziecko wyuczyło się na Oxfordzie albo Uniwersytecie Jagiellońskim, żeby było szczęśliwe, żeby w końcu pojawiły się wnuki, gwarant zachowania rodu. Ale co, jeśli urodzi się dziecko z mongolizmem? Czy rodzice zaakceptują to, że ich marzenia nie spełnią się (nie mówiąc oczywiście o przypadkach, kiedy dziecko z Downem jest jedynakiem…), że czeka ich ciężka praca przy terapii dziecka i dużo wydatków? A ciekawskie spojrzenia sąsiadów i obcych ludzi na ulicy, wyzwiska chamskich gimnazjalistów? Takie dzieci potrzebują więcej miłości, zrozumienia, miłości, cierpliwości – wszystkiego w nadmiarze, więcej, niż zwykły rodzic może dać. Nie każdy dostrzega przecież w kanciastej istocie z charakterystyczną twarzą ślad zamysłu Kogoś, któremu – być może – nie udał się kolejny akt stworzenia; nie każdy potrafi kochać takie dziecko. I zadawać sobie podstawowego pytania – dlaczego?
Życie Adama i Ewy miało być idealne. Zaplanowali wszystko, łącznie z przyszłą karierą ich potomka. Dom, jasny i przestronny, zaplanowała dekoratorka wnętrz, pokoik dziecinny czekał na przyszłego lokatora, najlepiej dziewczynkę, która w przyszłości będzie primabaleriną. I chociaż urodziła się córka, nie była taka, jak oczekiwali – miała bardzo poważną postać zespołu Downa i plamkę na mózgu, która mogła być nawet krwiakiem czy guzem dodatkowo uciskającym którąś z części mózgu. Ewa z początku nie chciała zaakceptować córki, jednak później zobowiązała się wychowania jej, nawet wbrew mężowi, który od tego czasu zaczął się powoli izolować od żony, próbując udawać, że Myszka (bo tak nazwano Marysię) nie istnieje. Zamknięty w swoim pokoju rozmyślał nad światem czystym od upośledzonych, gorszych ludzi (czasami zapędzając się w rejony szalonych teorii Hitlera rodem z Mein Kampf) na przemian z oskarżaniem genów Ewy, które, według niego, spowodowały narodziny … czegoś takiego. Ale czy na pewno? A może się myli? Zanim okryje prawdę, może być już przecież za późno.
Proza tej pisarki towarzyszy mi już od dłuższego czasu, dokładnie od tamtego dnia, kiedy okryłam doskonałą pod każdym względem Córkę Czarownic, plasującą się pomiędzy klasyczną fantasy a bardziej rozbudowaną baśnią. Od tamtego czasu poluję na każdą z niewielu książek pisarki, by w cichości ducha przeczytać i przeżyć każde słowo, jakie napisała – choć z jakością było różnie, fascynowała mnie ilością tematów, jakie podejmowała w swojej prozie. Dotychczas jednak mieściły się w ramach bardziej filozoficznych rozważań na tematy bardzo ważkie, a fabuła w znacznym stopniu wypełniona była baśniowością i schematami zaczerpniętymi z fantastyki. Dlatego byłam lekko zdziwiona, widząc tę książkę i zaciekawiona, by zobaczyć, jak pisarka poradziła sobie z tematyką bardziej przyziemną i zastosowaniem filozoficznych pogadanek w praktyce, która, jak powszechnie wiadomo, często jest zupełnie inna niż teoria. Wątki fantasy jednak pozostały, tym razem jednak trudniejsze do zinterpretowania, niejednoznaczne, mniej realne od wydarzeń z – na przykład – Tam, gdzie spadają anioły, bardziej umowne. Bo nie one są tu najważniejsze – tworzą tylko fragment rzeczywistości postrzeganej przez niepełnosprawną dziewczynkę, są tak samo ważne, jak przebiegający przez pokój tata czy mama, wiecznie niezadowolona i wymęczona, której wieczorami starcza tylko siły na przeczytanie lekkiej książki czy gazety. Trzeba przyznać, że taki zabieg ubarwia nieco fabułę, dodaje jej swoistego klimatu, indywidualnych cech, elementu nieprzewidywalności. Czegoś, powiedziałabym, egzotycznego pośród szarzyzny dnia powszedniego.
Bohaterowie to zapewne najmocniejsza strona książki. Nieco może dziwić fakt, że na czterystu stronach powieści pisarka operuje tylko trzema postaciami, ale dzięki temu Autorka maksymalnie pogłębia ich portrety psychologiczne, mając czas na wyeksponowanie wszystkich uczuć danej postaci, analizę zachowania, a także na zaprezentowanie urywków ze wspomnień, niemiłosiernie wywlekając na wierzch nawet najgorsze myśli i postępki. Najbardziej jednak poznajemy Myszkę – przedzierając się przez twardy pancerz choroby, docieramy do najgłębszych myśli (jak się okazuje, pełnych ciekawych spostrzeżeń) dziewczynki, poznajemy jej uczucia, nawet te ulotne, których nie potrafi nazwać. Jest to niezwykłe doświadczenie, ponieważ dziewczynka, opisując swoje zachowania, wydaje się mówić o kimś innym, opowiadać z dystansu, jakby sama dziwiła się ograniczeniom swojego ciała. Jednocześnie trudno jej nie współczuć; zagubiona we wnętrzu siebie dziewczynka nie zauważa i nie rozumie swojej choroby, dziwne zachowanie taty, mamy i ludzi na ulicy rani ją, jednak nic na to nie może poradzić – nawet logopeda skapitulowała szybko, widząc, jak ciężko Myszka jest upośledzona. Tak samo, jak z dziwną ociężałością ciała i myśli, przez które dziewczynka cierpi, nie tylko dlatego, że przez to nie może spełnić swojego największego marzenia – tego o tańcu, który tak bardzo kocha. Postać dziewczynki jest bardzo plastyczna, niezwykle wiarygodna, sportretowana z wielką empatią, delikatnością i współczuciem, jednak bez kiczowatego sentymentalizmu i melancholii. Pisarka pochyla się nad dziewczynką, przygląda się uważnie jej emocjom i myślom, jednocześnie nie stara się zatuszować i oszczędzić dziewczynce krzywd, jakie spotkały ją od innych ludzi; nie ukrywa także wad Myszki, traktując ją jak każdego innego bohatera opowieści. Dzięki temu wszystkiemu jej postać jest pełnowymiarowa i niezepchnięta do kategorii godnych pożałowania zwierzątek czy też istot, którym należy się współczucie – Autorka traktuje ją jako pełnoprawnego bohatera, co niezmiernie mi się podoba i sprawia, że książka zyskuje głębię i pierwiastek nowości, rzadko teraz spotykany, nawet w powieściach o podobnej treści.
Ewa, jej matka, jest niemniej ciekawą postacią, co prawda o uboższym świecie wewnętrznym i mniej barwnych emocjach. Ponieważ jest to w większej części książka o akceptowaniu dzieci gorszego Boga przez rodziców, w szczególności tych ambitniejszych, Autorka starała się tak skonstruować postać Ewy, by większość kobiet o podobnych problemach mogło się z nią utożsamiać: nie jest jakąś szaloną artystką, hipiską czy szaloną mamuśką, tylko zwykłą, przeciętną kobietą bardzo przejmującą się konwenansami i tym, co powiedzą ludzie. Przez resztki wolnego czasu czyta lekkie powieści dla kobiet, magazyny modowe i seriale, a jej wszystkie marzenia dotyczą przyszłości dziecka. Jej miłość do Myszki pomieszana jest z nienawiścią, czasami buntem wobec okrutnemu losowi, złością i niecierpliwością, ale i tak nie pozbyłaby się uciążliwej obecności córki; nie ma tyle siły, by nie kochać dziewczynki. Mimo że nie ma jakiejś wybitnej inteligencji, doskonale rozumie córkę, pod koniec zaczyna dostrzegać to, co dla innych – w tym dla jej męża – jest zakryte, jednak tak naprawdę co dzień dopada ją zmęczenie i przytłaczające poczucie bezsensu walki z kolejnym dniem, w którym i tak się nic nie zmieni, a jak już to na gorsze. Nawet nie ma siły rozwiązać nawarstwiającego się konfliktu z mężem, którego tak naprawdę nie ma już w jej życiu. Autorka także wydaje się rozumieć jej stanowisko, z przenikliwością analizując jej uczucia i bezlitośnie szczerze opisując jej myśli, jednak nie broni, ani nie pochwala nic, co Ewa robi, ze współczuciem opowiadając o rozpadającym się powoli idealnym, białym świecie bez żadnych problemów i niedoskonałości. Rozumie, że bohaterka jest słabym, pełnym wad człowiekiem, który często nie potrafi znieść tego, co los – czy może Ktoś – nałożył na jej plecy, a jak każdy chyba człowiek protestuje przed zbyt wielkim bólem, który czasami przerasta jego możliwości. Jednak kiedy przyjdzie ostateczne rozwiązanie, okaże się, że Ewa kochała córkę na swój, bolesny sposób i tylko miłość sprawiła, że kobieta przezwyciężyła wszystkie, czasami straszliwe trudności, jakie niewątpliwie przynosiło wychowanie takiego dziecka jak Myszka. Postać Ewy jest jednak nieco mniej dopracowana niż dwie pozostałe, a może i mniej ciekawa – ot, po prostu zwykła kobieta ze swoim zwyczajnym życiem i zwyczajnymi problemami, zgorzkniała już życiem, taka, którą trudno polubić, ale i ciężko znienawidzić.
Trzecią ciekawą osobą jest Adam, mąż Ewy i uciekający ojciec Myszki. To najciekawsza postać, oprócz, oczywiście, głównej bohaterki. Autorka, posługując się ciekawie zarysowaną postacią człowieka żyjącego w świecie liczb, chłodnych kalkulacji, wewnętrznie poranionego intelektualisty, znakomicie pokazuje mechanizm powstawania nienawiści do osób chorych i obsesyjnych marzeń o idealnym społeczeństwie, które u Adama są tak intensywne, że nad swoim tokiem myślenia zaczyna zastanawiać się dopiero wtedy, kiedy okazuje się, że jego przemyślenia zbliżają się do treści przemówień Adolfa Hitlera… To skomplikowana postać pełna sprzeczności i wahań, które pisarka po mistrzowsku oddaje, jednocześnie dorzucając zastanawiające i, przede wszystkim, zaskakujące zakończenie, puentę, której przez długi czas nie można zapomnieć. Autorka wydaje się, rozumie go bardzo dobrze, nawet wtedy, kiedy tak okrutnie postępuje z córką i żoną, starając ukryć się w firmie, gdzie jest szefem, że ma niepełnosprawną córkę. Z drugiej strony – mówi pisarka – to nie jest jedynie jego wina, w książce wiele razy spotykamy się w oznakami ludzkiej nieczułości, często po prostu okrucieństwa, brakiem empatii i nieznajomością elementarnych zasad dobrego wychowania (pewnie zostało mi to z czasów, kiedy jako starożytni Spartanie zrzucali takie dzieci ze skał), a jako człowiek, dla którego opinia kochanych bliźnich jest ważniejsza niż wszystko inne, takie fakty musiał zatuszować. Jednocześnie go nie broni – jego miłość do piękna sprawiła, że nie mógł spojrzeć na swoją córkę, chociaż – gdyby spojrzał – odnalazłby coś, co zauważyła tylko Ewa, coś, co kryło się pod chorą powłoką ciała dziewczynki. Dopiero na koniec powieści, kiedy wrócą wspomnienia, by otworzyć mu oczy i otrzyma małą szansę na odkupienie, będzie żałował swoich win, co pisarka pięknie opisze.
W warstwie językowej czegoś mi brakowało, nawet wtedy, kiedy pisarka przed naszymi oczami roztaczała piękny i tajemniczy Ogród. Czego? Może tego magicznego nastroju, jaki potrafiła zmieścić w prostych, barwnych słowach? Może stwarzania odrębnych światów, które dzięki niej stawały się swojskie? Może jednak pióro pisarki gubi się pomiędzy opisami normalnego życia, tylko gdzieś głęboko w tle podmalowanego niezwykłością (tak naprawdę nie potrafimy do końca określić, czy Myszka naprawdę była w Ogrodzie, czy też to wina tej czarnej plamki w jej mózgu)? Techniczne wszystko doskonale, jak zwykle – proza jest lekka, a jednocześnie głęboka; oszczędna i znaczeniowo bardzo bogata, bo Autorka za pomocą jednego słowa potrafi trafić w samo sedno, dodając jednocześnie wiele nowych znaczeń. Ma też swój rytm, niezwykłą śpiewność i dziwną radość przy jednoczesnym smutku, coś jakby wewnętrzny płacz, wielki ból, który kolejne wydarzenia podsycają. Emocje bohaterów są opisane bardzo wiarygodnie, głęboko; Autorka prostymi słowami opisuje trudne myśli i wirtuozersko balansuje na trudnej do opisania granicy między zachowaniem a myślami i uczuciami Myszki, nie używając jakchiś górnolotnych słów i patosu. Jednak wszystko, co dobre, kończy się w wątku fantastycznym – może dlatego, że wtedy pisarka sięga po bardziej barokowy opis, pełen wyszukanych fraz i metafizycznych podtekstów, co brzmi bardzo sztucznie, niekiedy nawet kiczowato. Pisarka językowo nie udźwignęła idei tajemniczych wizji, jakie wyświetlają się przed oczami Myszki na strychu, tak samo, jak nie udźwignęła wątku anioła z Tam, gdzie spadają anioły – w opisach Ogrodu jest coś, co mnie denerwuje, coś, co sprawia, że opisy są nieciekawe i mało plastyczne, a tezy, wygłaszane przez tamte postacie wydają się płaskie, natomiast spostrzeżenia Autorki – zwykle bardzo błyskotliwe i kontrowersyjne – bez polotu i pomysłowości, mało zrozumiałe. Brakuje też magii, jaka zapewne musiała panować w Ogrodzie, nastroju tajemnicy, może szczęścia, może czegoś innego, co sprawiłoby, że miejsce to zyskało barwy i życie.
Myślę, że wiele tu zawiniła także fabuła – już dość dawno temu zrozumiałam, że połączenie przyziemnej powieści obyczajowej czy psychologicznej z fantastyką nie jest najlepszym rozwiązaniem, chyba że jest się autorką paranormal romance (powiedzmy sobie szczerze, że świat przedstawiony w tych książkach jest na tyle naiwny i uproszczony, że tak naprawdę nie ma większych różnic między nim a wampirami czy wilkołakami). Za niezdecydowanie Autor płaci, nie tylko sztucznością któregoś z wątków – tego mniej rozwiniętego – ale i mniejszą wiarygodnością całości, trącającą jakimś kiczem, tracącą całą swoją powagę i ciężar. O ile lepiej czytałoby się, gdyby z opowieści wyciąć fragmenty o Ogrodzie, odciągające w dodatku uwagę czytelnika od refleksji na temat istnienia takich dzieci, codzienności matki i ojca, problemów społecznych. Powieść wtedy zyskałaby wiele na równowadze, harmonii, miałaby fabularny rytm. Przecież rzeczywistość jest na tyle barwna, że nie trzeba upiększać jej wątkami magicznymi, które raczej nie wnoszą nic nowego, pokazują tylko, że pisarka nie potrafi zdecydować się na jeden gatunek, a może tęskni za czasami Córki Czarownic i Samotności Bogów, wraz z problemami, nad którymi można się zastanawiać nawet podczas kosmicznej odysei. Jeśli Autorce chodziło o nawiązanie do dzieci gorszego Boga, przekazania swoją książką jeszcze czegoś więcej, by uniknąć zarzutów o sztukę dla sztuki, to na pewno nie udało jej się to – wątek ten przecież nie wprowadzał, a rozmowy filozoficzne w Ogrodzie z powodzeniem można by przenieść na ziemię. Poza tym zarzutem jednak uważam, że reszta fabuły była bardzo, jeśli nie wciągająca, to naprawdę ciekawa, chociaż powieść do książek o wartkiej akcji nie należy – ważniejszą rolę grają tu uczucia, sposób odbierania świata i danych sytuacji przez Myszkę i resztę społeczeństwa, ale nie tylko – niemal detektywistyczne poszukiwania Adama i zaskakujące zakończenie potrafi wciągnąć, zaangażować inne uczucia czytelnika niż współczucie, nawet gdy sądzimy, że powieść niczym nas już nie zaskoczy. Zresztą to jedna z tych książek, które wymagają cierpliwości i wysiłku, by odkryć całą głębię opowieści, umiejętności dostrzeżenia drugiego dna, podwójnych, a nawet potrójnych znaczeń, chociaż i tak będąca rozgrzewką przed doskonałymi powieściami pisarki.
Jakąkolwiek krzywdę pisarka zrobiłaby swojej powieści, nie można powiedzieć, że jest to książka słaba – dla niektórych pisarzy byłaby wyzwaniem. Jest przecież próbą pokazania innej perspektywy, ukazaniem problemu z zupełnie innej strony. Perspektywy zdumiewającej, bo – zapewne – dla wielu zupełnie nowej, nawet tajemniczej. Bo przecież nakreślenie portretu motyla, uwięzionego w ciele cięższym i bardziej nieporadnym niż nasze, ludzi zdrowych, wymaga techniki, zdolności, empatii i, przede wszystkim, wielkiej wrażliwości w dostrzeganiu tego, co ukryte tak głęboko, że aż niewidzialne; a także próba opisu tej nowej zaskakującej rzeczy, znalezienia odpowiednich słów i formy. Uwrażliwienia kogoś, by spoglądając w czyjeś oczy, tylko z pozoru mętne i zdające się nie rozumieć tego, co widzą, widzieć piękne wnętrze. By w brzydkiej poczwarce znaleźć motyla i obudzić go do lotu. 


Tytuł: „Poczwarka”
Autor: Dorota Terakowska

Moja ocena: 6,5/10 



środa, 25 czerwca 2014

Samotność wielkich powieści. Recenzja książki

Posiadanie ciotki, która jest nauczycielką polskiego, jest czasami bardzo przydatne. Można dzięki niej dostać w łapki wiele ciekawych rzeczy, czasem mało znanych, albo takich, które rzadko można spotkać. Dzięki niej właśnie poznałam Ziemiomorze Ursuli LeGunin, najlepsze rzeczy z powieści Ewy Nowak i kilka jeszcze lektur, które ciocia, jako nauczycielka w gimnazjum, przeczytała, lub co jej uczniowie polecili. Nie ma to jak rekomendacja kogoś, kto potrafi rozłożyć każde zdanie na podmiot, orzeczenie, przydawkę i tak dalej, a także fachowo ocenić, czy książka jest dobra technicznie, czy też nie. Chociaż ja w życiu niejedno przeczytałam, nie wystawią mi dyplomu za pisanie bloga czy też krytykowanie większości powieści z gatunku paranormal romance. Taki lajf, ludzie.

Tak naprawdę znałam pisarkę już wcześniej, od czasu gdy inną jej powieść – Córkę Czarownic – przeczytałam na konkurs z języka polskiego. Nigdy jednak nie interesowałam się nią, mimo że książkę mocno pokochałam. Jakaś tam kobieta, której nazwiska wcześniej nie słyszałam, której powieści są potwornie trudne do zdobycia. A ja nie lubię się wysilać, to jedna z moich wad. Jak książka wpadnie do ręki, to wpadnie, jak nie, to nie, trudno. Ale wpadła, i to dzięki cioci właśnie, która wytrzasnęła ją ze szkolnej biblioteki. Ponieważ po niedawnej przeprowadzce, kiedy robiła remanent w swojej biblioteczce, musiała się pozbyć iluś książek, książki te, oczywiście, otrzymałam ja. Tyle że, o dziwo, książka przez dłuższy czas leżała na półce i pokrywała się kurzem, dopóki nie szukałam czegoś, czego jeszcze nie przeczytałam. I tak się na nią natknęłam. Przeczytałam dwie pierwsze strony i byłam zmuszona poszukać latarki, by czytać pod kołdrą, a także zapakować ją do plecaka, by czytać w szkole (zamiast uczyć się matematyki, która, mimo chęci i wysiłków, do końca życia będzie dla mnie czarną magią).

Jon mieszka w Plemieniu, żyjącym nad Rzeką. Po drugiej stronie Rzeki było Tabu i nikt tak naprawdę już nie wiedział, co to jest. Ludzie wierzyli w Boga Dobroci, którego, wraz z wiarą, przynieśli ludzie w długich szatach, a za Rzeką znajdował się ślad potężnego boga, w którego wierzono wcześniej. Nikt jednak o tym nie wie, oprócz szamana, ostatniego w tej wiosce i na świecie. Kiedy Jon był mały, przekroczył Tabu, by ratować małą Gaję (która później została jego żoną) i usłyszał Głos Światowida. Wezwanie, by wejść na Kamienną Drogę. Umierający bóg wołał swojego wyznawcę..

Wtedy zaczyna się wędrówka Jona pomiędzy światami, całkiem realna i brzemienna w skutki. Na początku Jon, jako kardiochirurg, przeszczepia serce choremu chłopcu. Jest to jednak serce mordercy, dlatego Chłopca dotyka Królowa Śniegu i staje się wyznawcą Światowida i mordercą. Odtąd Jon, tajemnicza Dziewczyna, która tak naprawdę jest świętą Joanną d'Arc, i Chłopiec przemierzają czasoprzestrzeń. Chłopiec, jako sługa dawnego boga, chce tego, aby zapomniano i zniszczono nową religię i by ludzie nadal wierzyli w starych bogów. Jednak Jon, dzięki pomocy Dziewczyny, zawodzi tylko raz – wszczepiając Chłopcu złe serce. Później, gdy przenoszą się w czasy Joanny, w czasy Jezusa i we współczesność, sprzeciwia się Światowidowi i podejmuje właściwe wybory. Przez to posąg w Puszczy się rozpada, a Jon ginie.. Gaja, jego żona, odchodzi z Wioski wraz z najlepszym przyjacielem Jona, Arielem.

Już na początku ostrzegam, że nie jest to książka dla każdego, a na pewno nie dla fanów płaskich powieści dla młodzieży, obyczajówek mówiących wciąż o tym samym i kryminałów, które są niemal kopiami innych. To jest książka dla ludzi myślących. I takich, którzy mają coś tam z literaturą wspólnego, które gustują w ambitniejszych i głębszych książkach niż szósta część Petty Little Liars (stąd wszystkie negatywne recenzje tej książki, z jakimi udało mi się spotkać). Jeśli czujesz, że mimo wszystko jest to coś dla ciebie, już, nieprzepisowo, zapraszam Cię w tym miejscu do przeczytania.

Pomysł rzadko jest mocną stroną książek. Wiele z pozycji literatury popularnej to, niestety, powielanie tych samych, utartych schematów. Wampiry...? Wilkołaki..? Już nawet nie liczę, w ilu powieściach pojawiły się te stworzenia. Mitologia grecka? Proszę was. Nie jestem wysoką osobą i książki o zakochanym herosie- i bogowie wiedzą kim jeszcze – zakopałyby mnie pod sobą. Tu jest jednak inaczej, zupełnie nieprzewiadywanie. Zamiast Hermesa, Heleny Trojańskiej i innych mamy tu elementy mitologii słowiańskiej, nowoczesnej baśni, a nawet coś związanego z Andersenem – choć Autorka nie mówi wprost, kim jest Królowa Śniegu. W dodatku, pomysł nie jest zmarnowany, wręcz przeciwnie. Pisarka wycisnęła z niego wszystko, co było najciekawsze, nadając mu nawet cech wiarygodności. I tak naprawdę nie wiemy co to jest: polskie, dobre SF, przypowieść, a może bajka?

Bohaterowie są skomplikowani i niejednoznaczni i nie zawsze są tacy, jacy wydawaliby się być. Nawet Ezra, zapalczywy kapłan, który kocha słowo „heretyk”, niesie ze sobą coś dobrego dla Plemienia: cywilizację i to właśnie pod jego opiekę Jon chce oddać syna. Isak, starszy kapłan, przyjaźni się z szamanem, ostatnim w wiosce, przez co jest raczej symbolem rozdarcia między zrozumieniem starego i miłością do nowego, miłości i zrozumienia, dla których – niestety – nie ma miejsca w Cywilizacji. Gaja, żona Jona, jest miłą, dobrą kobietą, która naprawdę kocha swojego męża, ale także go rozumnie. I znów brawa dla Autorki. Gaja nie jest nudną, głupią i rozlazłą istotą, jak w większości powieści. Gaja to mądra, silna kobieta, która mimo bólu, jakie sprawiają jej odejścia Jona do Światowida, trwa dzielnie u jego boku. Mamy jeszcze obok nich Ariela, a właściwie Błazna. To dobry, młody chłopak poszukujący swojej tożsamości i miejsca w życiu. No a Jon? Bardzo go polubiłam, jest bohaterem ludzkim. Bohaterem szlachetnym, dobrym i mądrym, jednak jest tylko człowiekiem, który też często ma swoje słabostki. Jego obecność na kartach książki nie nudzi, nie męczy, nie doprowadza do walenia książką w czoło, wyrywania włosów czy ciskania powieścią o mur (jak to często mam ochotę zrobić z innymi powieściami), wręcz przeciwnie. Bardzo polubiłam Jona, doceniam jego zadawanie pytań, zgadzam się w pełni z jego przemyśleniami. Więcej: Jon stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich (pomijając fakt, że czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie uciekł z Muru do Światowida, no i dlaczego, do licha, nie ma obok niego białego wilkora. Ah, ta Gra o Tron). Nie mogę, oczywiście, pominąć Dziewczyny i Chłopca. Żeby było zabawniej, nie powiem, skąd te postacie pochodzą, sami wymyślcie po przeczytaniu (Dziewczyna była jednym z największych zaskoczeń i wciąż okrywam nowe powody, dla których owa bohaterka pasuje jak rzadko która do tej książki). Każdy, kogo znam, byłby zaskoczony. Nawet ciocia była.

Język.. Jak zwykle, w powieściach tej pisarki jest niesamowity. Ma własny, klarowny, a zarazem bardzo poetycki styl, dar do opowiadania o wszystkim z niezwykłą prostotą i płynnością. Rzadko spotykany dar, przeznaczony wyłącznie dla wielkich artystów pióra. Każde słowo jest tym, czym ma być, znaczy to, co Autorka chciała powiedzieć. Słowa się niedobre, niepokorne i nie dają się formować, jak tego chce pisarz i tylko wielkie talenty potrafią je okiełzać, nagiąć i sprawić, że opis na kartce papieru będzie wyglądał jak prawdziwy, trójwymiarowy świat, który można zwiedzać i do którego drzwiami jest dana książka. Tak też jest tutaj – miałam wrażenie, że nad głową falują mi drzewa Puszczy, że widzę krzyczącą, płonącą na stosie Dziewczynę, operację Chłopca.. i krótkie słowa opisu Autorki wystarczają mi za pięć stron opisów przyrody u innych, słabszych pisarzy. Jak dla mnie, fenomen.

Fabuły nie ma dużo, a jeśli jest, nie pędzi na złamanie karku, wręcz przeciwnie. Każdy wątek jest starannie rozwinięty, dopieszczony i opisany, zanim się coś stanie. Zresztą, większość książki zapełniają przemyślenia bohaterów, bo historia przedstawiona w książce ma służyć do refleksji, jest tylko próbą poszukiwania Prawdy, a nie doprowadzenia do rozkoszy pustomózgową nastolatkę czy zaspokoić żądze krwiożerczego fana kryminałów. To historia o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, to historia o Czasie, który przemija i o ludziach i bogach, którzy muszą zostać zapomniani wraz z nim. Przynajmniej ja tak to interpretuję, a ta książka należy do tego rodzaju powieści, które można interpretować dowolnie.
Miejsca, w których rozgrywa się akcja nie są dokładnie opisane, wszystko jest bardzo ogólnikowe, ale jednocześnie czujemy różnicę między opisywanymi przez Autorkę światami i miejscami. Czuć ich atmosferę, coś co sprawia, że słyszymy szum drzew Puszczy. Opisów nie ma dużo, jednak te, które są, całkowicie mi wystarczają. Autorka nie musiała się rozpisywać, by czytelnicy poczuli Atmosferę miejsc, w których rozgrywa się akcja powieści.

Okładka jest fatalna, oczywiście ta stara, bo nowej nie chcę widzieć, jeśli w ogóle taka powstała. Szare (czy to jest w ogóle szary, to mam wiele wątpliwości, ale nieważne), nieco świecące tło, jakiś zygzakowate napisy mające być tytułem. Poza tym kilka kamiennych, okrągłych twarzy, mających być twarzami bogów, czy ludzi, nie wiem. Dlaczego takie dobre książki mają beznadziejne okładki? No niby wiem, że to lata 90., ale przynajmniej mogli spróbować się postarać, zresztą w tamtych czasach wydawano książki z przyzwoitymi okładkami. Mój kochany wuj powiedziałby, że robią tak specjalnie, żeby zniechęcić ludzi do kupna dobrych książek, ale dajmy spokój teoriom spiskowym, to nie w moim stylu. Po prostu jest fatalna i tyle.

Podsumowując mój słowotok, jest to lektura obowiązkowa i książkowy must have dla czytelników bardziej wymagających, takich, którzy, tak jak ja, bezustannie nurkują w książkowym morzu, by znaleźć jakąś prawdziwą perełkę. Trzeba ją czytać wolno, uważnie, a poczuje się wtedy jej hipnotyzującą inność i wyjątkowość. I nie będzie można zrozumieć, jakim prawem taka piękna powieść została skazana na zapomnienie przez wielu, którzy wolną bezmózgowe opowiastki o kolejnych wampirach i dziewczynach w nich zakochanych (być może dlatego, że czytając o miłości przystojniaka do kolejnej Mary Sue nie musimy wysilać naszych szarych komórek). Bo to naprawdę wielka, inteligenta i niesamowita książka.

Tytuł: „Samotność bogów”
Autor: Dorota Terakowska
Moja ocena: 8,5/10 


środa, 18 czerwca 2014

Los człowieka i aniołów. Recenzja książki

Czasami, gdy podniesiemy się z upadku, zastanawiamy się, jak to się stało. Czasami płacząc w ciemny dole, zastawiamy się dlaczego, nie potrafimy zrozumieć przyczyny naszego bólu. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego wczoraj dowiedzieliśmy się, że jesteśmy śmiertelnie chorzy? Że zostało nam tylko chwil życia? I co zrobimy? Świat taki piękny, ludzie dobrzy (choć do tego mam dużo wątpliwości), tyle książek do przeczytania i tyle filmów do obejrzenia. Czasami okazuje się, że takie doświadczenia okazują się dla nas budujące, potrafimy spojrzeć na życie z dystansu. Czasami ból jednak nas łamie, upadamy, załamujemy się, by już nigdy nie podnieść. Dlaczego? Dlaczego wokół nas tyle łez, krwi, śmierci i niesprawiedliwości? Czy zdawaliście sobie takie pytania? Czy myśleliście kiedyś w ten sposób? Jeśli spotkało was w życiu coś przykrego, jestem pewna, że tak. Mało kto, nawet pusta, różowa nastolatka, nie robi tego w czasie zagrożenia i strachu. Dlaczego?

Te problemy nurtują ludzi przez wiele już lat. Napisano już tony książek na ten temat, dosłownie kilometry stronic. Pisarze, jakby czując, że potrafią pojąć więcej niż przeciętny Jan Kowalski, zastanawiają się nad tym problemem. Pomysły są różne: od fatum, przez Boga do zwykłego wypadku i świadomego działania człowieka. A niektórzy.. Zresztą, zobaczcie sami.

Ewa, kiedy ma pięć lat, traci Anioła Stróża. Widzi, jak zostaje pokonany przez Czarnego i spada na ziemię. Odtąd zaczyna się koszmar: to Ewa ustanie na szkle, to przebije sobie drutem rękę, a w końcu dowiaduje się, że ma białaczkę i niedługo umrze. Po jakimś czasie rodzina uświadamia sobie, że Aniołem Ewy jest Ave – pół człowiek-półanioł, Bezdomny, wraz z towarzystwem swojego czarnego brata, z którym toczy filozoficzne dysputy. Ewa znajduje Pióro ze skrzydeł, a kiedy przekazuje mu, on odlatuje. Albo skacze przez okno. Znaczy człowiek skacze przez okno, a Anioł odlatuje, jeśli rozumiecie o co mi chodzi.

Właściwie to jest cała historia. Nie jest specjalnie skomplikowana i – bez całej filozoficznej i egzystencjalnej otoczki – dość infantylna. Zresztą każda postać jest tylko ucieleśnieniem jakiejś idei, jakiegoś konkretnej myśli i schematu zachowania człowieka. Ewa – wiadomo, oznacza człowieka. Anna to Anna, zwykła Anna jakich tysiąc na świecie. A Jan, to również pospolite imię. Reszta bohaterów, nawet babcia, nie mają imion, bo w tej książce nie chodzi o jakąś sensacyjną opowieść o integracji Anioła w życie człowieka, w której bohaterowie mają wymyślne, fantastyczne imiona, a wątek romantyczny zmusza fanki do czytania. To głęboka historia, głębsza niż mogłoby się komuś zdawać.

Jedną z najlepszych rzeczy w tej powieści jest język, jakim posługuje się pisarka. Jest plastyczny, ciekawy, inny, pełen prawdziwej treści, spójny i płynny. Niemal jak wiersz, tyle że wyjustowany. Zdania, choć czasami są krótkie, mają dużo treści, słowa znaczą dokładnie to, co Autorka każe im znaczyć, a muszę powiedzieć, że takie zmuszanie słów jest niezwykle trudne i tę sztukę opanowali do perfekcji tylko nieliczni, naprawdę świetni pisarze. Czyta się lekko, a jednak jest bardzo malowniczo i artystycznie, a jednocześnie jest ciekawie, głęboko i mądrze, chociaż nie zgadzam się z kilkoma z karkołomnych tez pisarki, ale o tym niżej. Muszę jeszcze powiedzieć o tym, że Autorka zaplusowała mi znajomością Władcy Pierścieni , a ta delikatna aluzja o Entach sprawiła, że moje usta rozciągnęły się w uśmiechu rozgorączkowanego fana, który odkrywa, że jego pasja zaraża także innych. Nie posiadam się z radości, że w kolejnej książce zauważyłam fragment o moim najdroższym Śródziemiu. No ale tak, tak. To nie jest blog dla tolkienomaniaków, więc odpuszczam te zachwyty.

Bardo piękna i głęboka jest wymowa książki. Opowiada o tym, że cierpieć musi każdy, bo cierpienie znaczy, że żyjesz. To spodobało mi się najbardziej. Przeczytałam ten cytat na głos mamie i przez jakiś czas rozmawiałyśmy na ten temat. Później zapisałam sobie to w notesie, żeby mi nie uciekło i powtarzam sobie zawsze, kiedy jest źle, a jak wiecie zapewne z własnego doświadczenia, częściej jest źle niż dobrze, niestety. Jest też wiele innych rzeczy, w których Autorka szukając, znalazła Prawdę: bez Ciemności nie może być Światła. Bez Zła nie może być Dobra. Bo, pomyślcie: kim byśmy byli, gdybyśmy codziennie nie wybierali między dobrem i złem? Czy gdyby nam się tylko ciągle dobrze powodziło, pewnego dnia nie uderzyłaby nam do głowy sodowa woda, jak tym wszystkim głupim gwiazdkom Hollywoodu? Te i inne myśli sprawiły, że powieść była dla pewnego rodzaju odkryciem, bo chociaż słyszałam niektóre rzeczy już wcześniej, najlepiej do mnie dociera, kiedy sama się nauczę. I za to dziękuję Autorce.

Fabuła, niestety, nie dorównuje innym książkom tej pisarki. Mimo naprawdę cennych przemyśleń i niepokojących wniosków, do których Autorka dochodzi, fabuła, zawsze okrywająca rozmyślania piękną szatą, teraz jest, co najwyżej, zwykłą sukienką, w niektórych miejscach w dodatku porwaną. Jako bajka czy przypowieść od biedy by się sprawdziła, ale jak na coś bardziej poważnego.. Jakoś nie trawię, może dlatego, że głupie paranormale zżarły mi mózg i anioły stały się dla mnie symbolem pustoty ludzkich umysłów. A może Autorka popełniła błąd osadzając fabułę swojej książki we współczesności, pomijając większość złożoności dzisiejszego świata? Może zbyt uprościła tło? Tak, to właśnie to. W dzisiejszym świecie nic nie jest proste, na pewno nie takie proste jak napisała to wszystko pisarka. Przez to świat jest wyblakły, nudny i pozbawiony głębi.. jak zużyta guma do żucia. Przykro mi jest, że muszę użyć tego określenia do książek tej Autorki, ale, co robić?

Okładka, ta nowa, jest koszmarna. Kto w ogóle ją zaprojektował? To nie jest powieść dla małych dzieci, a na taką teraz wygląda. Przeglądałam raz książki w małej, spokojnej księgarence i w ręce trafiła mi ta powieść. Popatrzyłam nią nią z niejaką zgrozą. Chociaż stara okładka też pozostawia dużo do życzenia, nowa jest już tragiczna. Niby taka ilustracja treści książki, i Ewa, i skrzydła anioła i inne pierdoły, ale oczy bolą. Na starej natomiast mamy jakieś błękitne drzwi (?) i jakieś gifowo/paintowe czarne i białe aniołki. W porównaniu z nową sprawia wrażenie doskonałej (kocham błękitny kolor, więc może dlatego), ale i tak, mówiąc delikatnie, grafik z Wydawnictwa Literackiego się nie postarał. Kolejna przykrość.

Bohaterów właściwie omawiać nie będę. Można o nich powiedzieć niewiele, a jeszcze mniej dobrego. W innych książkach pisarki, mimo że bohaterowie i tak zawsze byli tylko ilustracjami jakiś poglądów filozoficznych czy jakiś cech, nie byli pozbawieni własnego barwnego charakteru. Tu są nijacy.. Jan jest informatykiem, Anna właściwie też bardziej naukowcem niż artystką, babcia typową babcią, głęboko wierzącą katoliczką.. Później, w czasie choroby Ewy, rodzina się wiele uczy, zaczyna dostrzegać to, czego przedtem nie dostrzegali, ale jak dla mnie jest to po prostu przeskoczenie z skrajności w skrajność. Tak, tak, tak się dzieje kiedy postacie nie są dobrze zbudowane. Chociaż niewątpliwie ciekawego wątku Pani Samej to dość często się spotyka w literaturze, więc żadnych rewelacji nie było. Są papierowe, nijakie, trochę bez charakteru. I chociaż uwielbiam takie postacie jak Czarownice, Luelle, Jona, Ariela czy Gaję, tych z tej książki nie potrafię nawet zaakceptować. Nie wiem, jak udało się pisarce takiego formatu stworzyć takich bohaterów, ale nieważne.

Niektóre z przedstawionych w książce tez wydały mi się absurdalne, a niektóre mnie zbulwersowały, co nie jest dobre dla otoczenia, ponieważ zbulwersowana Kylie jest bardzo niebezpieczna, jeszcze z innymi nie mogę się zgodzić, chociaż jestem osobą otwartą. Najgorzej było z tym Swedenborgiem. Kto to jest, do kurczaków z McDonalda? Co? Lepiej nie będę szukać w Internetach, bo się wkurzę jeszcze bardziej. Z aniołami rozmawiał, ha, ha. Jasne. I w dodatku nie miał schizofrenii. No to pisarka musiała naprawdę go wymyślić, bo to niemożliwe (jak pisałam, żeby nie zepsuć sobie krwi, nie sprawdzę tego w Internecie), żeby taki żył. Jeśli chodzi o ducha dziadka Ewy, pióra i inne takie, Autorka nie potrafi jakoś sprawić, by te wydarzenia były w jakiś sposób wiarygodne dla czytelnika i w ten sposób wszystko wydaje się takie infantylne..

Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca i przeczytał wszystko, co napisałam powyżej, w co mocno wątpię, widzi moje potworne rozczarowanie w całej rozciągłości (południkowej i równoleżnikowej). Mój ból. Moją stratę.. No dobra, nie zachowuję się jak idiotka. Przede mną jeszcze dwie powieści Autorki dostosowane do mojego wieku, a ja się boję.. Że jedynymi książkami jakie się udały pisarce są historia Jona i Luelle. A reszta zasługuje na haniebną okładkę i, pomimo kilku ciekawych i słusznych uwag, na zapomnienie i pogrzebanie. Książki niekiedy podzielają los upadłych aniołami, błądzących gdzieś w ciemnościach i zimnie Mlecznej Drogi, a także umarłymi dawno ludźmi, których nagrobki pokryły się mchem zapomnienia, a deszcz zmył litościwie imiona, nazwiska i daty urodzenia i śmierci.

Tytuł: „Tam, gdzie spadają anioły”
Autor: Dorota Terakowska
Moja ocena: 6,5/10