Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8-5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8-5/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

Barwny gobelin. Recenzja książki



Historia jest w pewnym sensie rzeczą piękną, swoim pięknem przerastającą powieści fantasy i to, jak dane epoki opisują po latach historycy, próbując skomplikowanym ludzkim losom – a co za tym idzie, także losom narodów – nadać zwartą, naukową formę. Historia jest wielką opowieścią, czasami straszną, czasami zapierającą dech w piersiach. Historia to nasz świat, chociaż inny to tak naprawdę taki sam; zwykle ze zmienionymi rekwizytami i tłem. Historia to prawdziwa niekończąca się opowieść: można znać tylko biografie wielkich królów, dowódców wojskowych czy prezydentów, ale nie wiedzieć o tysiącach bohaterów lokalnych, bohaterów, których pamięć przechowuje tylko rodzina. Tak naprawdę nigdy nie będziemy znali też wszystkich bitew, które zostały rozegrane, nie opiszemy wszystkich kampanii, które zostały stoczone, nie poznamy wielu nazwisk i dat, ale nie tylko dlatego, że zaginęły w morkach niepamięci – ludzki mózg nie zapamięta wszystkich tych informacji, a powierzchnia na książki teoretycznie zawsze jest skończona. Brutalną prawdą jest też to, że wgłębiając się w dane zagadnienia, pewne fakty, które uważaliśmy wcześniej za pewnik, okazują się uogólnieniami czy tezami, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością; dla rasowego historyka każde poznane wydarzenie i szczegół, mający tylko dla niego jakieś znaczenie, zapoczątkowuje kilkanaście innych pytań i problemów, sprawiając, że wszystko staje się jeszcze bardziej nietrwałe i względne. Ale historia ma za to wiele plusów – rozszerza horyzonty, pogłębia wiedzę o świecie i panującym w nich zasadach, zmusza do namysłu czysto filozoficznego, pozwala się czuć kimś ważnym, panujących nad tysiącami lat dziejów, a przede wszystkim dzięki niej możemy poznać wiele pięknych opowieści. Opowieści lepszych od wszelkiego fantasy, bo życie czasami stwarza to, czego umysł nawet wybitnego twórcy nie potrafi, a koleje losów tworzą wielkich bohaterów i zdrajców, jakich niczyja wyobraźnia nie umie przywołać do życia. Jedną z takich historii są krucjaty. 

Ostatni romantyczny podbój dokonany przez średniowieczną Europę. Wojna dwóch Bogów – Jezusa i Allaha. Konflikt trwający dwieście lat, pełen heroicznych czynów jak i tych haniebnych. Barwny świat, który wytworzył się na styku dwóch tak odmiennych kultur i cywilizacji, czas, który zrewolucjonizował Stary Kontynent. Za jedwabiami, kamieniami szlachetnymi i pysznymi zbrojami rozgrywała się także gra, bez mała dająca się porównać do szachów, wtedy dla Europejczyków będącym zupełnym novum, sprowadzonym i przejętym przez Arabów od Persów. Gra zapewne brutalniejsza od tej, jaka toczy się w osławionej pod tym względem Pieśni Lodu i Ognia G.R.R Martina, znanej szczerzej jako Gra o Tron. Bo stawką nie był tron, ale przeżycie, a środkiem brutalne prawo silniejszego. Silniejszego, potrafiącego się zjednoczyć, bogatszego, mogącego liczyć na pomoc zewnątrz. I choć krzyżowcy przegrali, to do dziś w Palestynie można podziwiać ślady ich obecności – potężne, wyniosłe twierdze, otoczone grubymi murami, ślad nie do zatarcia, podkreślenie pierwiastka europejskiego w Ziemi Świętej. I groby z pochowanymi w nich opowieściami, czekającymi na opowiedzenie, na odkrycie, na fascynację. Na – można tak powiedzieć – wskrzeszenie tamtych ludzi z popiołów, na odtworzenie, klisza po kliszy, tamtego świata, który zaginął w dziejach bezpowrotnie. 

Autor, w swojej trzytomowej pracy, opus magnum swojego życia, dokonał czegoś takiego, a przynajmniej pokazał, że można. Krok po kroku, strona po stronie, odmalowuje świat krucjat szczegółowo i z widoczną pasją. W tomie tym, zaczynając od utworzenia Królestwa Jerozolimskiego, snuje opowieść o zmiennych losów tego tworu państwowego – opisując początki, wywalczanie kolejnych ziem, starania o zabezpieczenie granic i ochronę tychże przed ciągłymi napadami wrogów, złożoną politykę zagraniczną, tak niebezpieczną i ważną oraz wewnętrzne konflikty, także w rodzinie królewskiej. Przez upadek hrabstwa Edessy i niefortunną II krucjatę przechodzi do nieudanej ofensywy na Egipt oraz coraz trudniejszych kontaktów z Cesarstwem Bizantyjskim, kończąc w roku 1187 – bitwie na Rogach Hittinu, w której Saladyn podbił Jerozolimę, kończąc, jak mi się wydaje, jakąś epokę w dziejach ludzkości. Jednak nie tylko starannie i możliwie jak najbardziej chronologicznie przedstawia polityczne losy Królestwa oraz wplecione w to biografie królów, ale i podaje wiele informacji na temat codziennego życia w łacińskiej Jerozolimie. Dowiadujemy się o ustroju politycznym, przepisach prawnych, gospodarce (więcej na ten temat, jak i o sztuce oraz literaturze, będzie można przeczytać w tomie trzecim; z jednej strony taki układ wydaje się logiczny, jednak myślę, że wszystkie te kwestie powinny być w pewien sposób zebrane w jedno), ludności, strukturze społecznej a także stylu życia frankijskich elit – jak żyli, w co się ubierali, co jedli i jak spędzali wolny czas. Sporo miejsca poświęca także kwestii problemów z podróżowaniem do Ziemi Świętej, co, jak się okazuje, było pełne przesiadek i niebezpieczeństw, opisując modelową (i niezwykle drogą) wyprawę. Całość uzupełnia i ozdabia anegdotkami, wtrącanymi mimochodem pośród ważniejszych treści – koniecznie musicie poznać historię o brodzie króla Baldwina II! - i uzupełnia własnymi ocenami poszczególnych zjawisk i postaci. Postaci, jawiących się czytelnikowi jako osoby nietuzinkowe, w pewien sposób mu bliskie, ale i w większości spełniające kryteria fantastycznych herosów; postaci, o których można by napisać i powiedzieć pewnie o wiele więcej, analizując pobudki czynów i przyczyny upadku; o których trudno powiedzieć coś, co zmieściłoby się w kilku linijkach i stwierdzeniu, oceniającym jednoznacznie ich charakter. Dlatego czytając na książkę czułam wielki niedosyt i apetyt na jeszcze więcej. 

Chociaż w pewnym sensie nie mogę narzekać. Książka wypełniona jest najrozmaitszymi ciekawostkami, szczegółami i precyzyjnymi danymi. Szczegółami tak szczegółowymi, że aż budzącymi strach co do ich prawdziwości. Chcecie się dowiedzieć jak nazywali się rodzice pewnego rycerza, który wraz z królową Melisandą prawdopodobnie przyprawili rogi królowi Fulkowi d’Anjou? Albo macie ochotę poznać zakulisowe gierki małych, nieustannie kłócących się kalifów i wezyrów, łącznie z ich rodzinnymi koligacjami? Jesteście ciekawi, co doprowadziło do zguby potężną dynastię Fatymidów, od kilku wieków niepodzielnie rządzącą Egiptem? A może macie ochotę na poznanie okoliczności zdobycia Trypolisu przez krzyżowców? Zapomnieliście imiona zalotników Sybili Jerozolimskiej? Wszystkie wymienione wyżej rzeczy są w tej książce i to podane w sposób przystępny i zrozumiały, a dla osobników ze zniszczonymi historią mózgami jak ja, wręcz fascynujący. Nie wspominając już o głębokim szacunku do Autora - w latach 50. XX wieku nie było dużo dobrych opracowań na temat wypraw krzyżowych i większość podanych w książce informacji pochodzi z oryginalnych (!)  źródeł łacińskich, greckich, hebrajskich, ormiańskich i arabskich, a bibliografia w tomie trzecim ma objętość około trzydziestu stron. Osobiście opadła mi szczęka i miałam kolejny powód, by wychwalać tę książkę dalej. Nic dziwnego, że pozycja została okrzyknięta biblią miłośników i badaczy tematu, punktem wejściowym do dalszych, szczegółowych badań.

Nie zdziwcie się, kiedy powiem, że pozycję czytało mi się jak powieść i chciałam więcej – to wina języka Autora, jego wspaniałego, potoczystego, lekkiego stylu, delikatnie archaicznego i plastycznego, choć nie umniejszam także pracy tłumacza, który zna się na swoim fachu i jest osobą kompetentną do przekładu książki o takiej tematyce. I chociaż książka jest najzwyklejszą monografią, którą trzeba czytać bardzo uważnie, żeby nie przeoczyć żadnego szczegółu, nie pomieszać chronologii a także wszystkie zrozumieć, czytało mi się jak powieść. Bo Autor, stosując niekiedy historyczne terminy, bombardując datami i nazwiskami, zdaje się przeżywać to o czym pisze, czasami nawet zapędzając się w rejony podejrzanie beletrystyczne, jak w opisie bitwy na Krwawym Polu, kiedy drżałam o życie nieszczęsnego Rogera, albo w ostatnich partiach książki, kiedy Saladyn gotuje się do ostatecznego uderzenia, a Rajmund III z Trypolisu staje przed rozpaczliwym wyborem, który kosztować będzie go chorobę, a w konsekwencji śmierć. Mimo tego wszystko, nawet najtrudniejsze rozdziały, napisane są niezwykle przejrzyście, a każdy niezbędny dla zrozumienia sytuacji aspekt starannie i dogłębnie wytłumaczony. Czytanie o kolejnych posunięciach w politycznej partii szachów, kampaniach, z których każda ściskała moje serce niepokojem o losy tych, których polubiłam i zadziwiająco nieprzypadkowych zbiegach okoliczności, było więc prawdziwą – choć czasami brutalną – przyjemnością. I mimo że nie mogę napisać, że dzięki temu wszystkiemu daty i wydarzenia utrwalały się w cudowny sposób w mojej głowie, bo tak nie jest, to już nie uwierzę we większość niuansów zawartych w czymś takim jak choćby film Królestwo Niebieskie. Bo to nie jest to książka w żadnym wypadku łatwa – pomimo przejrzystości i płynności stylu, który ma za zadanie zachęcać czytelnika do powrotu do lektury, najlepiej przeczytać ją kilka razy, wciąż wyłuskując nowe, sensacyjne informacje, na nowo ją przeżywając.

Myślę, że do książki nie należy podchodzić z uprzedzeniem, charakteryzującym dzisiejszych historyków. To, że pozycja została opublikowana pół wieku temu, nie oznacza, że jest ona zła, przeterminowana. Nie twierdzę, że kilka tez zostało bardzo wiarygodnie podważonych, a ocena królów jest teraz bardziej kompleksowa i poparta nowoczesnymi, dokładniejszymi badaniami, choć mocno nie odbiega od zawartej w tej pozycji, to podejście Autora do tematu (mocno kontrowersyjnego przecież), klasyczne i wyważone, wydaje mi się właściwsze od tego, jakie próbują stworzyć badacze dzisiejsi (często na siłę próbujący zobaczyć coś tam, gdzie tego nie ma, bądź nadinterpretacji, wymykającej się zdrowemu rozsądkowi i prawom logiki). Na ogół tezy są bardzo prawdopodobne, jak również podane daty, zresztą ciężko mówić o jakiejś koszmarnej pomyłce przy takiej ilości źródeł, jakimi dysponuje Autor. Ostatecznie wszystkie spory można rozsądzić mówiąc, że wszystko działo się niemal tysiąc lat temu, przez co nasza wiedza jest ograniczona i zwykle przefiltrowana w większym lub mniejszym stopniu przez światopogląd, wiedzę i wrażliwość zarówno czytelnika jak i Autora – tak naprawdę w wielu sytuacjach do dziś musimy się domyślać pewnych spraw, o których prawdy nigdy się nie dowiemy, każda z interpretacji jest właściwa i ciekawa.

Poza tekstem głównym w książce znajduje się kilka wkładek z ilustracjami. W większości są to czarno-białe fotografie, można spotkać jednak i kolorowe grafiki. Niestety, większość z nich tematu dotyczy tylko ogólnie, czasami zupełnie jest wyrwana z kontekstu (po co, przepraszam, Fryderyk Barbarossa, jak on jest potrzebny do tomu trzeciego?); do tematu pasuje tylko powierzchownie i ogólnie. Mimo tego są to rzeczy ciekawe – fortyfikacje, wizerunki władców, czasami piękne przedmioty codziennego użytku czy liturgiczne; rzeczy, które dość ciężko jest znaleźć w Internecie czy w  popularnonaukowych opracowaniach. Szczerze mówiąc spodziewałam się raczej reprodukcji obrazów i byłam nawet trochę zła, bo z ilustracjami do słynnych bitew i innych wydarzeń jest tak, że można je znaleźć nie znając ich tytułu czy autora w pierwszym lepszym podręczniku czy pozycji łatwiejszej, o Internecie nie mówiąc. Podoba mi się więc, że tu jest inaczej, choć – na miłość Boską! – powinni byli to jakoś uporządkować. Kolejnymi dodatkami w książce są aneksy: mamy tam opisane najważniejsze źródła, z których pisząc czerpał Autor, dodatkowy tekst o bitwie pod Hittin, szeroki i łatwy w nawigacji Indeks, a także zbiór przypisów, które same w sobie są obszerną lekturą (tak właśnie powinno się robić w książce historycznej – czasem przypisów na stronie jest więcej niż tekstu, a ich brak jest skandaliczny). Bardzo przydatne i ciekawe jest kalendarium wydarzeń z całej książki, zebranych przez tłumacza, dzięki czemu nawet jeśli poplącze się nam chronologia, nie czujemy się osamotnieni i bezradni. Dodatkiem, który jednak spodobał mi się najbardziej, jest papierowy, rozkładany zestaw drzew genealogicznych bohaterów, który nie tylko pomaga takim jak ja wzrokowcom i nieudacznikom życiowym rozwikłać pogmatwane kwestie wszelkich ciotek i wujków, ale i stanowi nie lada gratkę dla osobników zafascynowanych drzewami genealogicznymi w ogóle, do jakich również się zaliczam. Forma, jaką przyjęto, jest czytelna i ciekawa, i, co najważniejsze, bardzo praktyczna – to dobra pomoc przy lekturze dla tych, którzy ominęli jakiś fragment i nie wiedzą, że Baldwin z Ibelinu to nie to samo co Baldwin III (a Baldwin I to nie to samo co Baldwin I…tu wybiegam już poza temat). Nieważne. W każdym razie ja też sobie tak pomagałam, bo nigdy nie uczyłam się arabskiego, a wszystkie imiona wrogów Franków brzmiały dla mnie tak samo i, z czystym sumieniem, mogę stwierdzić, że jak najbardziej pomogło. 

O wydaniu trudno mi cokolwiek powiedzieć, bo to wersja z lat 80., nieco już zniszczona, zresztą trudno jest powiedzieć cokolwiek na temat starych wydań, poza tym, że ładnie pachną, a na ich kartach można odnaleźć to, czego nie mają w sobie nowe książki. Kurz czasu? Klasyczny styl? A może ta śmieszna cena? W każdym razie trzeba przyznać, że książki zostały wydane bardzo starannie, z pietyzmem. Brązowa okładka, z wytłaczanym tytułem, schowana jest pod miękką obwolutą w z drobną ilustracją – na moim tomie jest to średniowieczny wizerunek dość groteskowego jeźdźca, wyobrażenie Araba czy Europejczyka na koniu, niedaleko tytułu widać także kościelną stallę, najprawdopodobniej z Bazyliki Świętego Grobu, może jednak symbolizującą rolę, jaką w losach krucjat odegrała wiara i Kościół. Tytuł i nazwisko Autora napisane są zwykłymi, ładnymi czcionkami bez udziwnień, tak samo jak grzbiet, w odcieniu zieleni z numerkiem tomu. Na blurbie umieszczono dość długi tekst, będący w połowie biogramem Autora, a w połowie czymś w rodzaju streszczenia mojej recenzji (tak zwanej recenzji), a w każdym razie poruszeniem tych samych kwestii dotyczących dzieła. I choć okładka jest już cokolwiek poszarpana, to książka dziwnie – chociaż może tylko w moich oczach – coraz bardziej pięknieje. Bo nie tylko z powodu prostoty i schludności, ale skromności; mało kto, szczególnie w czasach introligatorskich sztuczek, przypuszczałby, że za tak oszczędną okładką kryje się spory kawał nie tylko dziejów, ale pięknych, zapierających w piersiach historii, z których – gdyby Autor był prozaikiem, czego żałuję z całego serca – mogłoby powstać wiele wspaniałych książek, kolejnych powodów do niszczenia sobie mózgu przez pewną niepoprawną blondynkę z książkowego blogasia

Jeśli szukacie tu bajkowych happy endów, lepiej od razu straćcie nadzieję. Jeśli szukacie tu nieszczęścia, trafiliście pod kolejny właściwy adres. Jeśli zastanawiacie się nad losem człowieka i jego przeznaczeniem, lektura tej pozycji zrodzi w was więcej pytań – dzieje królów i Królestwa Jerozolimskiego przypominają bowiem niezwykły zbiór zbiegów okoliczności i przypadków, gdzie, jak w tragediach greckich, każdy ma przeznaczenie, którego nie może uniknąć. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś nowego, nie zawiedziecie się, a swoją wiedzą zaszokujecie znajomych, którzy kojarzą wyłącznie templariuszy, Kod Leonarda da Vinci i asasynów z RPG. I jeśli myślicie, że najpiękniejsze, najbardziej epickie opowieści są tylko w gatunku fantastycznym, a nie w zwykłym świecie, ta książka jest jak najbardziej dla was. Całość przypomina bowiem barwny gobelin, co prawda przetykany wieloma ciemnymi i krwawymi nitkami, ale nieodmiennie piękny. I, co najważniejsze, nieprawdopodobnie prawdziwy. Prawdziwy tak samo jak fakt istnienia naszej planety, kości bielejących w grobowcach i potężnych twierdz w Palestynie, od niemal tysiąca lat przypominających wszystkim, którzy je widzą, o historii czegoś, co nie trwało nawet cały wiek.

Tytuł: „Dzieje wypraw krzyżowych t.2: Królestwo Jerozolimskie i frankijski Wschód 1100-1187”
Autor: Steven Runcimann
Moja ocena: 8,5/10

poniedziałek, 11 maja 2015

Architektura przeznaczenia. Recenzja książki

źródło: allegro.com
Kto z nas podczas wycieczek nie zwiedzał starych kościołów? Może ktoś był nawet na samym Watykanie, w bazylice świętego Piotra, która pod swoją kopułą skrywa kapiące złotem i marmurem barokowe ołtarze i bezcenne dzieła sztuki, łącząc przepych baroku i harmonię renesansu. Każdy zapewne widział rokokowe wnętrze franciszkańskich klasztorów, czy bezpretensjonalny eklektyzm małych, wiejskich kościółków, odnawianych bez polotu i gustu. Jednak największe wrażenie na mnie – i nie tylko – robią kościoły gotyckie. Wyniosłe, lekkie, oszałamiające grą świateł w witrażach, a jednocześnie surowe, mroczne, onieśmielające i pełne tajemnic, jak średniowieczne, skąd pochodzą. Dla naszych przodków ziemskie wyobrażenie raju. W moim mieście wiele jest ich, każde zakończone wieżami i spięte sklepieniami gwiaździstymi, z wieloma nagrobkami, malowidłami i łacińskimi tekstami, takie same od wieków, goszczące w swoich murach wielu takich, którzy od stuleci leżą w grobach. Pamiętające królów, brzęk mieczy i twarze wielkich dam. Ciche, dostojne, dla mnie niezwykle, niewypowiedzianie piękne. Z najbardziej znanych w naszym kraju należą dwie Mariackie – ta w Gdańsku i ta w Krakowie z robiącym do dzisiaj wielkie wrażenie na turystach ołtarzem Wita Stwosza, a także wiele innych, na czele z Wawelem. To przecież jeszcze nie wszystko – w innych państwach, które powstały wcześniej niż Polska i szybciej się rozwijały, z tego powodu, że są na zachodzie Europy, gotyckich katedr jest jeszcze więcej i robią jeszcze większe wrażenie. Katedra w Remis, gdzie Joanna d’Arc kazała koronować Karola VII na króla Francji; Saint-Chapelle, ufundowana przez Ludwika IX Świętego; katedra w Chartes, tajemnicze dzieło templariuszy, zbudowane na miejscu pogańskiego miejsca kultu z tajemniczym labiryntem na środku; aż wreszcie stojąca w samym środku Paryża wyniosła katedra Najświętszej Marii Panny, Norte-Dame, z rozetą i ścianami pokrytymi maszkaronami, w ciemną noc zdającymi budzić się do życia, twór sztuki późnego średniowiecza, tego zupełnie już feudalnego, a nie teokratycznego.
Kiedyś, na początku wieku dziewiętnastego, po katedrze tej włóczył się pewien bardzo wybitny pisarz, snując – jak to pisarze mają w zwyczaju - fantastyczne historie o dziejach tego niezwykłego miejsca. Myszkując, na jednej ze ścian dostrzegł napis PRZEZNACZENIE, w języku greckim, wyryte zapewne przez kogoś w średniowieczu, bo zdradzał to charakterystyczny styl i wiek muru. Kto, na tyle mądry, by znać grekę, wyrył to straszne słowo na murze świętego miejsca? Czy tego kogoś przygniatało przeznaczenie, straszne, nieuchronne? Jaka historia sprawiła, że zostawił ten napis tu, w tym miejscu? Kim był ten nieszczęśnik? Pytania takie działają na pisarza jak prąd; niechybnie za tą historią kryje się jakiś nieuchwytny mrok, jakaś tragedia, teraz pochowana już w czasie i przestrzeni, dzielących pisarza i tamtą osobę, której tożsamości nigdy nie uda odgadnąć. Jednak i tak jedno słowo, dziwne, nietypowe, może dostarczyć materiału całej książce, dać początek porywającej historii, jednej z tych, które zostają z czytelnikami przez wieki.
Wydawałoby się, że kilka osób, będących bohaterami powieści, nie mogło się nigdy spotkać, a ich losy dramatycznie połączyć. Pustelnica z izdebki na paryskim placu, przystojny oficer-bawidamek, piękna Cyganka, ksiądz – alchemik, filozof z obsesją na punkcie kózki z pozłacanymi różkami i dzwonnik z katedry, brzydszy niż tysiąc nocy listopadowych, to zupełnie inne światy, funkcjonujące obok siebie, ale raczej nie mogące się spotkać. Ich drogi są różne, co prawda pokręcone, jak zwykłe ludzkie losy, nigdy nie miały się przeciąć. Tylko przeznaczenie sprawiło, że stało się inaczej – stali się postaciami jakiegoś pokręconego dramatu, zaskakującego i zupełnie normalnego równocześnie, a los odwrócił ich role. O kim można z pewnością było powiedzieć, że jest dobry, szlachetny i piękny, okazywał się być czarnym charakterem, od kogo spodziewaliśmy się miłosierdzia, tego miłosierdzia nie miał. Natomiast pogardzane przez nas osoby, niebudzące szacunku czy sympatii (no, może trochę politowania), tylko może obrzydzenie, okazują się mieć diamentowe serce, niezwykle czyste i umiejące naprawdę czuć. Taki poplątany los może prowadzić tylko do wielkiego szczęścia, ale, częściej, do tragedii, która skończy niejedno życie, a inne zniszczy na zawsze. A wszystko to na tle Paryża końca XV wieku, barwnego, pociągającego, ale jednocześnie bardzo nieprzyjaznego dla tych, którzy zagubią się w plątaninie biednych uliczek i placów.
Byłam przygotowana na odmienny charakter tej książki, na specyficzny styl Autora, na jego poglądy, zaskoczenia więc – a może nawet szoku – nie było. Z drugiej strony żałuję nieco, bo gdybym nie czytała wcześniej sztandarowej powieści pisarza, Nędzników, książka ta stałaby się jedną z moich ukochanych, a nie tak jak teraz, ulubionych. W porównaniu z tamtą, ta powieść wydaje się krótsza, a przez to znacznie uboższa i nie wiem, czy do końca wychodzi to książce na plus – chociaż surowość to cecha średniowiecza, tak samo, jak cechą romantycznego XIX wieku była rozwlekłość. Nie można też uniknąć porównań do tamtej, a jest wiele podobnych rzeczy, jak choćby to, że na początku czyta się bez większego zaangażowania, natomiast końcówka przyprawia o szybsze bicie serca i wypieki na twarzy. Jednak znajomość najdoskonalszej książce pisarza nie odbiera tej dziwnej, niesamowitej magii najpopularniejszej powieści, wręcz przeciwnie – to jak poznawanie dwóch światów, leżących w tym samym człowieku – tego jaśniejszego, z losów bohaterów Nędzników i tego ciemniejszego, gdzie miłość jest szubienicą czarownicy. Nie jest to również książka zupełnie o fabule, Autor lubuje się bowiem w architekturze średniowiecznego Paryża, pełnej cudowności, której za czasów Autora już nie było, a które dla nas są już snem – czasami powieść sprawia wrażenie fabularyzowanego wykładu z architektury średniowiecznej Francji, zahaczając o wątki filozoficzne i historyczne; jest to powieść o samej katedrze, z którą losy postaci są związane i która wznosi się nad ich głowami swoimi złowieszczymi wieżami. Jest to wreszcie opowieść o feudalnym społeczeństwie końca średniowiecza, wtedy, kiedy gdzieś zagubiły się rycerskie ideały, a w miastach coraz częściej wybuchały bunty przeciw despotycznym panom, na których szczycie stał król, często tyran, pozbawiony jednak realnej władzy przez swoich lenników. Momentami można mieć wręcz wrażenie, że fabuła jest tylko powodem do snucia rozważań i szukania odpowiedzi na pytania, które go interesują.
I to chyba jest największym plusem książki. Błyskotliwe myśli Autora, uważne spostrzeżenia i bardzo naukowe spojrzenie na kwestię architektury(o ogromnej wiedzy na temat średniowiecza nie mówię) sprawiły, że byłam zmuszona zrewidować nieco swoje spojrzenie na tę dziedzinę sztuki, zacząć patrzeć na nią bardziej wnikliwie, analizując każdy jej element, mający przecież tyle znaczeń, przestać obrzucać daną budowlę okiem i suchym tonem rozpoznawać jej styl, jak to robiłam dotychczas. Słowa Autora uświadomiły mi dobitnie, że budynki są podobne do książek, tyle że nietworzone przez jedną osobę, ale całe pokolenia, które przychodzą i odchodzą bez końca. Autor zadziwił mnie w wielu innych momentach – kiedy przeczytałam jego dobitne argumenty udawadniające, że druk zniszczył architekturę (co ma piernik do wiatraka, powiecie, ale uwierzcie mi, ma i to dużo) nieomal spadłam z krzesła. Tak samo, kiedy stwierdził, że krucjaty sprawiły, że świecki feudalizm wygrał nad teokracją Kościoła, co na pierwszy rzut oka jest dość paradoksalnym stwierdzeniem, okazuje się prawdą. Pisarz ma także wielką wiedzę na temat średniowiecza, nie tylko jeśli chodzi o architekturę – opisanie wiarygodnie nauki tamtych wieków, wraz z najprawdziwszym alchemikami, złodziei, króla i zwyczajów, do jakich wtedy ludzie przywiązywali wielką wagę, jest wynikiem pochłaniania opracowań historycznych, albo wieloletnich studiów i pasji, które niszczą strach, w jakim u każdego budzi napisanie książki historycznej z architekturą w roli głównej. Co prawda, wszystko jest nieco wykrzywione, pozbawione naukowego obiektywizmu, szczególnie we fragmentach z królem, co doskonale ujawnia jego romantyczno-rewolucyjne poglądy, choć zdecydowanie jakobinem nie jest. Najważniejsze jednak, że pięknie i z wyczuciem pisze o średniowiecznym Paryżu, tęskniąc za tym, czego nigdy nie zobaczył, a to mi w zupełności wystarcza.
Bohaterowie powieści nie są pozbawieni wad, wręcz przeciwnie. Do bólu ludzi, pełni wad i słabości, ze swoimi ranami, filozofią i pokrętnymi kolejami życia. Niektórzy z wysiłkiem trwają przy moralności, inni ślepo błądzą gdzieś obok, nieświadomi powolnego staczania się, a jeszcze inni po prostu żyją, próbując następnego dnia jak gorzkiej pigułki. Nawet śliczna, naiwna i romantycznie niewinna Esmeralda, ufnie spoglądająca na świat, tak naprawdę jest tylko człowiekiem, a jej cechy doprowadzają w ostateczności do tragedii. Ona też nie jest pozbawiona wad, nie jest zupełnie czystym barankiem, a złość nie jest jej obca, mimo że ma wygląd anioła. A co dopiero mówić o innych! Dlatego ciężko jest polubić kogokolwiek, poza nieszczęsną mieszkanką celi na placu Grève, Esmeraldą i słynnym dzwonnikiem, młodzieńcem tak brzydkim, że aż trudno uwierzyć w jego istnienie. Tak – ów słynny dzwonnik z Norte Dame to postać niezwykle ciekawa, plastycznie i wiarygodnie przedstawiona, dogłębnie zarysowana i chyba przewyższająca nie jeden portret z Nędzników. Na samą myśl o nieszczęśniku serce mi się kraje (tak, wiem, to jest bardzo nieprofesjonalne), a kiedy dołączymy do tego niezwykle piękne i delikatne uczucie, jakim obdarzył Cygankę, oddane w prostych gestach i oddaniu, potworny cień z katedry staje się jednym z największych portretów literackich w ogóle. Autor z empatią pokazuje nam kryształowe serce swojego bohatera, nie pomijając, oczywiście, jego występków, jednak w kontekście ostatniej, piorunującej sceny w Mountfacon, dzwonnik wydaje nam się chyba – oprócz Esmeraldy – najpiękniejszą postacią w powieści. Dla harmonii, pośród wielu cwaniakowatych sylwetek dobro-złych, najmroczniejszą postać, Klaudiusza Frollo, buduje w zupełnie inny sposób, podręcznikowo wręcz odwrotny, na początku sprawiając, że czytelnik zaczyna go po prostu lubić. Podoba mi się jednak, że pisarz nie ocenia tej postaci, nie biada nad upadkiem, nie moralizuje – przeciwnie. Stopniowo wzbogacając naszą wiedzę o szczegóły z jego życia, sprawia, że rozumiemy to, co się później stanie, w jakiś sposób bardziej współczując, niż miotając na niego przekleństwa. To technicznie doskonała postać, głębokie studium człowieka zbyt wielkiego na swoją epokę, którego charakter nie pasuje do średniowiecznych kanonów i ograniczeń, co w ostateczności doprowadza do go do upadku – dosłownie i w przenośni.
Fabuły nie ma dużo, gdyby wyrzucić liczne dygresje Autora zostałoby może ponad dwieście stron. Rozwija się powoli, nieregularnym tempem, by wybuchnąć dopiero przy końcu fajerwerkami i zwrotami akcji, których najprawdopodobniej nikt się nie spodziewał. Do takiej maniery pisarz przyzwyczaił mnie już w Nędznikach, nie było dla mnie to szokiem, ani zaskoczeniem; z przyjemnością wgłębiałam się w historię, coraz bardziej intrygującą i wciągającą. Dzięki temu nie musiał bawić się w skomplikowane struktury, by stworzyć wielopiętrową, starannie skonstruowaną powieść i uzyskać oczekiwany efekt zaskoczenia, łącząc wątki bohaterów w miejscach, gdzie nikt tego się nie spodziewał. Bo sposób, w jaki splecione są losy bohaterów, sprawia, że – mimo domyśliłam się najważniejszej rzeczy – omal nie zostawiłam swojej dolnej szczęki na podłodze. Tak, niemal uznałam, że te skomplikowane sploty są dziełem Przeznaczenia, fatalnego losu, a nie genialnym pomysłom Autora, który potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika nawet wtedy, kiedy w powieści nie dzieje się wiele, zmusić go do przewrócenia kartki i czytania dalej, bez względu na wszystko. Podoba mi się też to, że narracja, taka wolna i w gruncie rzeczy rozważna i wyważona płynie potoczyście do przodu, a pisarz w żadnym wypadku nie stara się napompować książkę dodatkowymi wątkami, czy też nienaturalnie rozbudować te istniejące. Wszystkiego jest tyle, ile trzeba; nawet równowaga między fabułą a dygresjami Autora jest nienaruszona, trudno jest więc czuć przesyt czy też niedosyt.
Styl pisarza jest typowy dla jego epoki: elegancki, mało swobodny, pełen zwrotów do czytelnika. Czasami zabarwiony charakterystyczną dla średniowiecza manierą, momentami błyskający szelmowskim humorem, który już nieraz wyszedł przy Nędznikach. Wbrew pozorom nie ma tu romantycznej kwiecistości czy barokowych ornamentów – opisów, poza odrębnym rozdziałem o zabudowie średniowiecznego Paryża, nie ma wiele, a ze słownictwem nacechowanym emocjonalnie (poza tymi genialnymi sarkazmami, we fragmentach dotyczących krzywd, jakie współcześni Autorowi architekci i nie tylko wyrządzili staremu Paryżowi, który tak uwielbia) pisarz jest wyjątkowo ostrożny, co zbliża powieść do sztandarowego dzieła klasycystycznego, a może po prostu profesjonalnej powieści historycznej. Nawet antypatia do króla została dość starannie zatuszowana, co się chwali, biorąc uwagę okoliczności napisania powieści. Co do średniowiecznej zabudowy miasta, opisy pisarza przerażają swoją plastyką i zupełnie nie nudzą – powoli buduje przed naszymi oczami krajobraz, jakiego już teraz nie ma, opisując ze znawstwem i wielkim zaangażowaniem każdą z ważniejszych budowli, które wyrastają przed oczami czytelnika jak żywe. Każde zdobienie, każde pociągnięcie złotem czy też innym kolorem, każda chropowatość i każda szpetna morda gargulca z Norte Dame jest zamknięta w słowach, niemal dla nas namacalna. Wrażenie podróżowania z bohaterami po właśnie takim Paryżu, bez Pól Elizejskich i Wieży Eiffela, za to z pięknymi kamieniczkami i wyniosłymi pałacami jest dość dziwne, ale też bardzo przyjemne, inne, jakiego, niestety, nie możemy już teraz w najmniejszym stopniu doznać. W tych opisach zamknięta jest także uroda Esmeraldy, szpetność dzwonnika, tajemniczość katedry, ponure wnętrza gabinetów alchemików i przepych reprezentacyjnych części miasta (jak na przykład Pałacu Sprawiedliwości) i klimat świata zaginionego, miasta, które teraz jest już zupełnie inne, takiego, które da się tylko odtworzyć na kartach powieści.
Architektura upadła. Gdyby pisarz zobaczył koszmarki socrealizmu i pruską cegłę, tak bardzo przytłaczającą, dostałby zawału. Literatura, która ją zniszczyła, jeszcze żyje, podtrzymywana przez nieliczne perły, książki, które znajdą sobie czytelników w każdym pokoleniu. Książki, których Autorzy postawili sobie za zadanie ocalić od zapomnienia świat katedr, procesów o czary i uczniów Mikołaja Flamela, gorączkowo szukającymi przepisu na kamień filozoficzny, który ma im dać złoto z żelaza. Czasy barwne, kiedy po świecie chodzili prawdziwi Cyganie, a młodzi żacy uczyli się udawać, że są chorzy na trąd. Czasy, w których ludem rządzili potężni panowie feudalni, ale także czasy, kiedy można było bezkarnie oblegać katedrę. Te wieki, kiedy ludzie wierzyli, że niebo czeka o krok, za progiem milczących czasem katedr, w których unosił się zaśpiew łacińskich chórów, a na odległym placu często wieszano dziewczyny oskarżone o czary. Mrok i światło, przeznaczenie splatające losy bohaterów w tak niespotykany sposób, jak koronki otaczające rozety; czas chyba już tylko obecny w oczach gargulców, zimnych sercach dzwonów i w tej książce, cegiełce budującej wielką katedrę literatury.

Tytuł: „Katedra Marii Pany w Paryżu”
Autor: Victor Hugo
Moja ocena: 8,5/10 

poniedziałek, 23 marca 2015

Bolesna droga. Recenzja książki

źródło: allegro.com 
Kiedyś, kiedy moje Niekończące Się Problemy zbytnio mnie przytłoczyły, wlazłam na strych i zaczęłam buszować. Pod stosami kaset Nirvany, The Beatels i Elvisa Presleya, wygrzebałam kasetę, która na okładce zamiast demonstrującego białe zębiska starego gwiazdora miała napis, brzmiący dość banalnie. Było to słuchowisko – na stronie A (ach, te kasety!) było narodzenie Jezusa, a na stronie B – śmierć. Znów jakieś rzeczy mojej ciotki, pomyślałam, zniechęcona odkładając kasetę na bok. Tyle że kiedy już później, kiedy zachwycona oglądałam bezcennego białego kruka – Ogniem i mieczem z znakomitymi obrazkami, wydane po polsku w Londynie w czasach, kiedy na ziemiach polskich komunizm wił sobie gniazdko, przyszła mama. I, kiedy podzieliła już moje zachwyty, wskazała na odłożoną na bok kasetę. To jest dobre , powiedziała i zaczęła się cieszyć, że okryłam to. Mama powiedziała, że słuchowisko owo powstało na kanwie pewnej równie ciekawej co dobrej powieści. Zaintrygowana słowem powieść schowałam kasetę do kieszeni, a kiedy kilka dni później z nudy, a może z braku dobrej muzyki do słuchania, w trakcie zapełniania wordowych stronic Tym Co Piszę, albo kolejnymi recenzjami (ile można słuchać soundtracku do Gry o Tron na zmianę z Lisą Gerrard?) włączyłam ową kasetę. I wiecie co? Wsiąkłam. I nie chodzi tu już o temat.

Wobec tego przeczytanie książki było już tylko sprawą czasu. Kiedy ją dostałam w swoje łapki, od razu zaczęłam czytać, z każdym rozdziałem obiecując sobie, że przerwę chociażby na to, by zrobić sobie herbatę, albo coś przegryźć. Jak może już wiecie, u mnie nie jest to przypadek odosobniony, bo mam tak za każdym razem, kiedy natknę się na dobrą książkę, albo taką, która dla mnie jest dobra. Ale dlaczego ta, kryjąca swoją zawartość za niepozorną, nieciekawą okładką jest dobra?

Nikodem to faryzeusz, a także członek elitarnego Sanhedrynu. Wydaje się, że niczego mu nie brakuje – jest doskonale wykształcony i bogaty ma autorytet pośród społeczności żydowskiej, należy do tych najważniejszych, z którymi muszą się liczyć się nawet Rzymianie – potężny okupant. Jednak jego – najprawdopodobniej – córka umiera na bliżej niezidentyfikowaną chorobę. Powolna śmierć Rut zmusza bohatera do poszukiwań Prawdy, a czas temu sprzyja, bo po ziemi chodzi wtedy Jezus – tajemniczy prorok głoszący nową, dziwną religię, która zupełnie nie podoba się starszyźnie Żydowskiej (i jeszcze śmie nazywać się synem Jahwe!). Nikodem postanawia dotrzeć do owego człowieka, poznać jego nauki, szukając ratunku dla Rut. Swoje wątpliwości, spostrzeżenia i to, co przeżył, opisuje w listach do swojego przyjaciela, nijakiego Justusa. Znajdziemy tam historię o tym, jak bohater postanowił odnaleźć miejsce narodzin Chrystusa, a także relację z ostatnich Jego chwil. Ostatecznie fabuła książki kończy się tak jak Ewangelie – Zmartwychwstaniem.

Nie przepadam za powieścią epistolarną, czyli powieścią w listach, odkąd, na moje nieszczęście, natknęłam się na Cierpienia młodego Wernera, która właśnie była zbiorem listów kilku bohaterów. Już sama wzmianka o tym, że takie powieści były popularne w dobie oświecenia, kiedy w literaturze pięknej istniało coś o nazwie sentymentalizm i polegało na opisywaniu uniesień miłosnych pasterza i pięknej pastereczki z czerwonymi, pucułowatymi policzkami przy blasku księżyca. I w dodatku owe uniesienia miłosne były opisane tak pięknie i poetycko, że... No, nie ważne. W każdym razie powieści w listach powstają teraz rzadko, a jeśli już – tak jak ta – nie spadają w swoim artyzmie do przeciętności. Jednak ta książka nie jest zwykłym przedstawicielem tego nurtu – Autor przetworzył nieco schemat tworzenia powieści w listach, ponieważ czytamy tylko listy Nikodema, bez odpowiedzi jego przyjaciela, choć wiemy, że takie dostawał. Myślę, że był to świadomy wybór Autora - dzięki temu możemy się skupić na najważniejszych częściach fabuły, zresztą forma listu jest jedyną formą wypowiedzi, poza pamiętnikiem, w której postać może snuć swoją opowieść odpowiednio wolno lub szybko, wplatając w nią tyle przemyśleń, ile chce. Ponieważ jest bardzo wątpliwe, że taka poważna postać jak Nikodem pisałby różowy pamiętniczek, zresztą w tamtych czasach mało kto spisywał własne wspomnienia, pisarz bardzo trafnie zdecydował się na formę listu. Trzeba także zanotować, że Autor bardzo zgrabnie wszystko uporządkował, porządek jest wręcz niemiecki, chociaż w takiej formule łatwo utonąć w mniej lub bardziej niepotrzebnych sprawach i przemyśleniach głównego bohatera.

Język jest główną zaletą książki, powodem, dla którego słabszą twórczość Autora mieszam z błotkiem jeszcze z większym zacięciem niż książki autorów, po których wiem już, się czego się spodziewać. Dzięki właśnie stylowi pisarza, po przesłuchaniu tamtego słuchowiska, wiedziałam, że ta książka już się ode mnie odczepi. Nie ma tu żadnych górnolotnych metafor, jednak za pomocą kilku precyzyjnych słów Autor potrafi stworzyć całą gamę uczuć, określić wygląd czegoś czy dotrzeć do sedna czegoś. Dlatego w książce panuje pozorny ascetyzm, który może niektórych zniechęcić, a i sprawia, że lektura książki wymaga zaangażowania większej liczby neuronów i szarych komórek, niż przy tych łatwych w przekazie. Jednak zagłębiając się, zauważymy na pewno, że dzięki temu równowaga między historią a sposobem jej napisania jest idealna – powieść nie jest przegadana, ale także nie brakuje tu tego czegoś – ducha, który ożywia historię i nadaje jej odpowiedni charakter. Potrafi to tylko prawdziwy specjalista albo ten, który czuje to, co pisze. A to jest trudne – każda książka potrzebuje czegoś innego, bo każda historia jest inna. W każdym razie cokolwiek by nie powiedzieć, pisarz przeszedł samego siebie. I, uprzedzam, że w jego twórczości to się już nie powtórzy, niestety.

To samo się tyczy opisów. Na początku, słuchając jeszcze owego słuchowiska, myślałam, że to głos lektora dodaje plastyczności opisom, jednak po przeczytaniu książki za przeniesienie mnie do Jerozolimy w pierwszych latach naszej ery winię Autora. Nie potrafię rozgryźć, jak on to zrobił, ale w krótkim zdaniu potrafi opisać zimno jakiegoś domu, błoto i wiele innych rzeczy, tak, by i czytelnik, siedzący wygodnie z książką, poczuł się niemal tak jak bohater – smagany przez wiatr, na jednej ze starożytnych dróg.

Fabuła jest niezwykle ciekawa, z kilku powodów. Po pierwsze, wydarzenia znane z Biblii zostały przestawione w inny sposób – Autor wplata z nie wiele szczegółów, które Ewangeliści pomijali, sprawiając, że powieść jest o wiele żywsza niż źródło, z którego czerpał (co oczywiście nie oznacza, że Biblia jest zła, tylko po prostu nie jest powieścią, więc nie ma w niej dużo szczegółów). Zresztą, wybór punktu widzenia też wymaga przetworzenia realiów, tak samo jak forma listu. W powieści uświadczymy także zwykłych dialogów, a także Autor pozwoli wniknąć w psychikę i bohaterów, których znamy z Ewangelii, co dla mnie było, muszę przyznać, fascynujące. W końcu uznałam, że ich naprawdę poznałam – jako zwykłych ludzi. Z drugiej strony fabuła jest bardzo tajemnicza, bo tak naprawdę dotąd nie jestem pewna, kim dla Nikodema była Rut i na co umarła, nie mówiąc o Justusie. Poza tym, że główny bohater nazywa go swoim niezrównanym przyjacielem, nie dowiemy się o nim nic. Czy był faryzeuszem? Jakąś rodziną głównego bohatera? Przyjacielem? Nie wiemy i chyba, będąc nawet Sherlockiem Holmesem, nigdy się nie dowiemy. W każdym razie dzięki temu powieść kryje w sobie urok niedopowiedzenia, tajemnicy, intryguje i bawi się z nami.

Bohaterowie to postacie z krwi i kości. Na pierwszy plan wysuwa się, oczywiście, Nikodem. Bardzo polubiłam tę postać. To, w gruncie rzeczy, zwykły człowiek, który mimo wszystko poszukuje Prawdy i wierzy, że ją znajdzie. Potrafi cierpieć, a jednocześnie potrafi głęboko przeanalizować swój ból, jak wszystko to, co widzi wokół. Jest bardzo mądry, można powiedzieć, ma ogromną wiedzę na temat Tory, głęboko wierzy w Jahwe, ale jednocześnie z listu na list postać Chrystusa budzi w nim coraz większą fascynację. Zresztą, cała książka to zapis jego poszukiwań, wahań, chociaż bohater, jak na uczonego przystało, nie stawia pochopnych wniosków i nikogo nie oskarża. Jego droga do nawrócenia jest pełna bólu, zakrętów, jak chyba każdego, kto podjął ten trud. Jest to postać bardzo ludzka, pełna zalet i wad, do której jednak, przynajmniej ja, czuję wielką sympatię.

Postaci w tej książce jest dość dużo, jednak większość z nich jest epizodyczna. Każdy z nich jest jednak tylko człowiekiem – starannie poskładanym przez Autora z zalet i wad, sugestywnie ukazanym i ciekawym. Postać Jezusa pisarz ukazuje jakby z dystansu, bo Nikodem zawsze tylko go śledzi z jakiejś odległości, przy czym jest to postać jednocześnie taka, jakiej po tej książce można by się spodziewać i taka, która, przynajmniej mnie, zaskoczyła. Chociaż takich nowości jak w Mistrzu i Małgorzacie nie można się spodziewać, oczywiście. Apostołowie to zwykli ludzie, tacy sami jak biedna kobieta z Betlejem, która opowiada Nikodemowi o narodzeniu się Jezusa. Nawet wokół Piotra nie unosi się mgiełka niezwykłości i świętości, jak w Quo Vadis Sienkiewicza, wciąż jedną z moich ulubionych książek (to wszystko wina Petroniusza), a najbardziej fascynującą postacią jest Judasz, jak zwykle. W każdym razie pisarz poradził sobie z tym zadaniem perfekcyjnie, dając mi do łapek kolejną pozycję, w której bohaterowie, mam takie wrażenie, żyją własnym życiem nawet wtedy, kiedy zamknę i odłożę książkę na półkę i których zaczynam traktować jako prawdziwe, żyjące osoby.

Czy w tej mojej pochwalnej paplaninie jest miejsce na wytykanie błędów? Gdyby tak pomyśleć, żadna z okładek, jakie zaproponowało wydawnictwo, nie zachęca do przeczytania książki, nawet dla osób, które, tak jak ja, sięgają książkę już wcześniej zachęcone, to można by to uznać za błąd warty odnotowania. Ze wszystkich – zresztą niewielu – najlepsza jest (nie chwalę się) moja, zielona (niebieska?). Ascetyczna, z drobnym rysunkiem dwóch osób pochylonych nad lampą, która rzuca ciepłe blaski na ściany, i pogrążonych w rozmowie. Jedna – możemy się domyślać – to Jezus, a druga to, zapewne, Nikodem. Do czego się można jeszcze przyczepić? Powtórne skanowanie nie znalazło nic, zabieramy się więc do podsumowania tej całej gadaniny.

Sama postać Autora jest bardzo ciekawa. Człowiek ten był katolikiem współpracującym z władzami PRL. Żeby rozwiązać zagadkę, jak to możliwe, trzeba sięgnąć po jego biografię, a ponieważ nie mam żadnej, nie zaspokoję ani mojej, ani, zapewne, waszej ciekawości. W każdym razie już dawno nauczyłam się oddzielać osobę pisarza od napisanej książki, bo nie lubię oceniać prawdziwych ludzi i ich wartości ich postępków. Cieszę się tylko z kolejnej książki – perełki, która wzbogaci moją biblioteczkę, bo przecież po tak entuzjastycznej recenzji, która, przyznacie, zdarza się rzadko na moim blogu, każdy nie ma wątpliwości, że powieść należy do elity ulubionych. W każdym razie, zanim pomyślicie, że zdewociałam, nagle wszystko zaczęło mi się podobać lub zabrakło słabych, lub przeciętnych książek, obiecuję wam skończyć to lukrowanie. Następna, już pisząca się recenzja, dotyczy pewnego paranormalu o dziewczynie, chłopakach, Hadesie i takich tam różnych sprawach. I nie myślcie, ssskarby, że to reklama.

Tytuł: „Listy Nikodema”
Autor: Jan Dobraczyński
Moja ocena: 8,5/10


piątek, 5 września 2014

Niebezpieczeństwo to ogień i miecz. Recenzja książki

Z okazji Narodowego Dnia Czytania „Trylogii” Sienkiewicza serwuję Wam bardzo, jak na mnie, entuzjastyczną archiwalną recenzję, (jedną z niewielu, które mi jeszcze zostały), która dla mnie, teraz, jest jednym z najbardziej sentymentalnych wspomnień, bo teraz zdecydowanie inaczej napisałabym to wszystko, a teraz dopisałam tylko kilka rzeczy. Zapraszam do wchodzenia, czytania i komentowania! (ale walnęłam reklamą!).

Nie będę się bawić w streszczenia, bo ta recenzja ma zachęcić ludzi do przeczytania tej książki i nie odkrywać całej fabuły. Po drugie recenzja wynosiłaby z sześć stron, bo ta powieść to coś z 500 stroniczek ma. Od razu napiszę, choć nie mam tego w zwyczaju, że Autorem jest mój ukochany Henryk Sienkiewicz, a powieść to pierwsza część "Trylogii". Uprzedzam również, że choć recenzja jest jak najbardziej obiektywna, o wadach nie napiszę, bo po prostu ich nie ma.

Czytałam w wakacje. Od rana do wieczora przez jeden dzień przejechałam przez cały tom, a później przy paciorku widowiskowo zemdlałam, waląc łbem o krzesło. Ot, cena wciągającej książki, pod której urokiem znajduję nawet teraz, choć minął już rok, od czasu jak przeczytałam po raz drugi. Często w nocy mi się śni, a myśli o tej książce powracają każdego dnia. Ukochana głównego bohatera, piękna Helena Kurcewiczówna, poza innymi bohaterkami Sienkiewicza jest kobietą, którą podziwiam. Moje uczesanie, warkocz na boku, jest właśnie à la Helena Kurcewiczówna (kiedy z mamą oglądałyśmy film, mama po prostu zgapiła tę fryzurę).

Proszę nie gadać, że to powieść historyczna, bo to nie jest prawda, a wie każdy, kto przeczytał i myślał przy czytaniu. To jest romans, powieść przygodowa, coś na kształt wschodniego westernu, thrilleru, kryminału, horroru (wiedźma Horpyna, jak ja ją lubiłam... żartuję), powieść historyczna, wojenna..długo by jeszcze wymieniać. Te wszystkie gatunki splatają się ze sobą i tworzą wciągającą opowieść o losach bohaterów na tle straszliwej wojny domowej, pełnego krwi konfliktu z Kozakami. Jest to nasza duma narodowa. Przed nakręceniem polskiej wersji filmu powstało wiele adaptacji na całym świecie, w Ameryce nawet adaptacja komiksowa, a w 2009 dorobiono słynną nie tylko w Europie grę komputerową cRPG "Mount&Blade: Ogniem i Mieczem". Jest to jedna z najpopularniejszych książek obcych w, o ironio, Rosji i Ukrainie.

Oś fabuły to dość skomplikowana historia miłosna. Otóż Kozak, Jurko Bohun i Polak, Jan Skrzetuski, starają się o rękę pięknej kniaziówny Heleny Kurcewiczówny. Los chce, że Helena zakochuje się w Skrzetuskim i odrzuca Kozaka. Jurko, nieszczęśliwie zakochany, porywa dziewczynę, ale po wielu perypetiach, porwaniach i przygodach przyjaciołom Jana – śmiesznemu szlachcicowi Zagłobie (fan wina i posiadacz niezwykle barwnego, śmiesznego oraz ciętego języka, w dodatku pan Zagłoba zna się na fortelach i choć odwagą nie grzeszy, dzięki sprytowi potrafi wyprowadzić przyjaciół z każdych tarapatów) oraz młodemu mistrzowi szabli, Michałowi Jerzemu Wołodyjowskiemu udaje się bezpiecznie doprowadzić dziewczynę do ukochanego. Wzięty w niewolę Jurko Bohun zostaje uwolniony a zamachy na zdrowie (..i osobę...) Heleny zostają mu przebaczone. Właśnie to było najsmutniejsze, bo Jurek nie był postacią negatywną, choć czasem robił ohydne rzeczy – zabił ciotkę Kurcewiczówny, jej synów, ludność w twierdzy Bar oraz snuł intrygi z wiedźmą - to był bardzo wrażliwy i każdy człowiek z odrobiną empatii czuje jego ból.

Poza tym bohaterowie przeżywają wiele przygód. Uczestniczą w wojnie domowej z Kozakami, Wołodyjowski niemal zabija Bohuna, bohaterowie uczestniczą w obronie Zbaraża. Właśnie ta twierdza wiąże się pięknym i smutnym wątkiem pana Podbipięty, Litwina i kompana pana Zagłoby. Ów ślubował, że dopóki nie zetnie głowy trzem jadącym obok siebie rycerzom, wzorem swojego przodka, nie ożeni się. Kiedy nadarzyła się okazja w postaci pięknej Anusi i kiedy uciął głowy trzem Tatarom, musiał zginąć (ożeż Sienkiewiczowi się zachciało podrabiać G.R.R Martina!). W oblężonym Zbarażu panował głód i obrońcy jedli mięso zmarłych z wycieńczenia koni, a za taborami Kozaków i Tatarów znajdował się król, który nie wiedział nic na temat stanu ludzi w Zbarażu. Jednak Podbipięcie nie udało się tam dotrzeć. Został zauważony przez Tatarów i zabity. Mama, kiedy oglądałyśmy film, się poryczała. Wyprzedzę fakty (uwaga, spojler!), że Anusia umarła kilkanaście lat później, a majątki ziemskie, które zapisał jej Podbipięta, zostały zagarnięte przez niegodziwego księcia Bogusława Radziwiłła.

Książka, rozpoczynająca się od pewnego pozornie nic nieznaczącego wydarzenia i ponurego opisu Dzikich Pól, wciąga od pierwszej strony. Autor powoli wprowadza Czytelników w świat bohaterów, dawkując strach i poczucie zagrożenia. Człowiek z zapartym tchem śledzi losy postaci, zagłębionych w chaosie wojny domowej, która przybiera dla Polaków coraz bardziej niebezpieczny obrót i na początku przechyla szalę zwycięstwa w stronę Kozaków. Sienkiewicz w dodatku jest mistrzem kontrastów – w świecie pełnym nieludzkich zbrodni Kozaków, gdzie miłosierdzie nie istnieje, rodzi się wielka miłość i poświęcenie dla Ojczyzny wszystkiego: ukochanej, życia, własnej rodziny i szczęścia. Autor charakteryzuje postaci tak, że żadna nie jest jednoznaczna. Książę Wiśniowiecki jest dzielny, prawy, ale jest też okrutny, nieostrożny i samowolny. Chmielnicki, przywódca Kozaków, ma nieco racji, podziwiamy też jego odwagę (nie bał się Rzeczpospolitej, jednej z największych potęg w XVII!) jednak jest nielitościwy, dumny, okrutny do granic wytrzymałości i na własny kraj sprowadza najgorszych wrogów – Tatarów (!). Kozacy też bywają dobrymi ludźmi, niektórzy są artystami i udają, że umieją czytać i pisać (Jurko Bohun...), a niektórzy Polacy też nie są aniołami (obóz pod Piławcami, prawda, gdzie panowie szlachta przeklinali Kozaków i pili na umór). Panienki mogą być skromne jak Helena, ale mogą flirtować z każdym jak Anusia. No i jeszcze pan Zagłoba – patriota, mimo swoich lat strzygący uszami za pannami, lubiący koloryzować i kłamać („Ubiliśmy Bohuna!” - chwali się po pojedynku Wołodyjowskiego z kozackim watażką), opój i tchórz, ale mający serce dla Heleny (uratował ją dwa razy z rąk Bohuna, nazywał ją „córunią”), mistrz nieprzyzwoitych żartów, wierny przyjaciel i mądrala z głową pełną fortelów.

Klimat powieści jest taki, jaki miał być – czasem czyta się jak najprawdziwszy horror, czasem jak doskonałą powieść historyczną, bo Autor umie doskonale oddać klimat epoki, czasem jest to wciągająca przygodówka ze świetną fabułą, a niekiedy to romans (ach, ja nie jestem absolutną fanką tego gatunku...), albo kryminał, thriller czy nawet fantasy (duchy!). Może niektórzy nie potrafią się przebić przez styl Autora i liczne archaizacje, ale trzeba pamiętać, że pisał to prawdziwy geniusz mistrzowsko operujący piórem, a nie jakiś pismaczek. Jest to powieść skonstruowana według barokowych prawideł – przepych języka, jego nieregularność, patos przy zwyczajności i wszystkie wymienione wyżej kontrasty, ale jest jednocześnie lekka i ulotna. Wzruszająca. Pełna klimatu. Trzeba ją przeczytać kilkakrotnie, żeby wyłowić choć połowę niezauważonych wcześniej pereł. Napisana ze świetnym wyczuciem języka, tak, że litery uciekają nam spod oczu i historia opowiada się sama, a my uczestniczymy w wydarzeniach. Widać, że Autor orientuje się w XVII wieku jakby sam tam żył i wie, o czym pisze, więc oprócz przeżycia estetycznego niezauważalnie możemy się nauczyć sporego kawała historii ojczystej, a niedomówienia (Sienkiewicz bał się cenzury, która mogła okaleczyć dzieło) mogą zachęcić do samodzielnych badań.

Ja tam nikomu nie wciskam tej książki, bynajmniej, ale gorąco polecam, może ktoś się skusi. Jeśli ktoś nie będzie mógł przeczytać tej książki, bo to literatura z wysokiej półki, można zajrzeć do komiksu (niestety, jest tylko w wersji angielskiej..) albo ewentualnie obejrzeć film. Tu ostrzegam, że ekranizacja, choć sama w sobie jest jednym z największych osiągnięć kinematografii polskiej i europejskiej, tylko w połowie dorównuje książce i może wielu zniechęcić, jeśli nie skupi i nie zrozumie, o co tam biega (to jeden z tych filmów, na które nie wystarczy patrzeć). Jeśli spodoba ci się ta opowieść, na pewno sięgniesz po inne książki Heńka. Bo z nim jest tak jak ze słodyczami – człowiek przeczyta, napcha sobie głowę tymi historiami i będzie chciał więcej. Jedna z książek, do których mam wielki sentyment.


Tytuł: „Ogniem i mieczem”
Autor: Henryk Sienkiewicz
Moja ocena: 8,5/10 

(recenzja archiwalna) 

poniedziałek, 1 września 2014

75 ROCZNICA WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ: Wytrawna lekcja patriotyzmu. Recenzja książki

1 września 1939 roku o godzinie 4.40, samoloty Luftwaffe zaczęły ostrzeliwać położone 20 km od granicy miasto Wieluń, mimo że nie było tam żadnych baz wojskowych. Pięć minut później pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzeliwanie Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte, która broniła się przez 7 dni. Warszawa, przez długi czas oblężona, poddała się 28 września.
Jednak naród się nie poddał. Młodzi chłopacy, niemogący podporządkować się zasadom okupantów, walczyli – tak samo w czasach konspiracji, jak i w czasie powstania warszawskiego – o wolność. A oto, w związku z tą ważną rocznicą, recenzja wyjątkowej opowieści. Zapraszam.


Są takie książki, które zawsze pozostają sławne. Przemijają lata, a ludzie wciąż je kupują, recenzują, umieszczają na blogach, swoich profilach na Facebooku, śledzą, o ile Autor jeszcze żyje, konto tego kogoś na Twitterze, mówią.. Te szanowne, starszawe już tomy, których Autorzy już leżą dawno w trumnach, najczęściej pogryzionych już przez korniki, stają się męczyduszami polskich uczniów, którzy owe książki muszą czytać jako lektury szkolne. Większość z nich już jest nudna, niezrozumiała dla tych, którzy nie interesują się zamierzchłymi dziejami ludzkości, albo problemy w nich opisane, określane przez kochane Ministerstwo Edukacji jako „ponadczasowe” okazują się być już stare, a problemy w nich poruszone, archaiczne.Czasami, o zgrozo, nawet każą czytać ludziom jakąś, szczerze mówiąc, grafomanię. 

Są jednak także inne lektury. Ich świeżość pozostaje na długie, długie lata i kolejne pokolenia czytają je, ze świadomością, że wciąż tkwią tam idee, które nigdy nie przestaną być aktualne. Historie, które będą inspirować ludzi w różnych wiekach, a nie wygasać wraz z latami i problemami epoki. To są, tak zwane, książki ponadczasowe. Lektury szkolne, które trzeba znać i które są często atakowane w pewnych gazetach, przez pewnych publicystów, artykułami, które najczęściej zakrawają na groteskę. Jednak te książki nigdy nie będą zapomniane, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto przywróci je do łask.

Właśnie jedną z takich książek znalazłam niedawno na mojej półce. Wydanie było stare, bo dostałam ją od ciotki, która chciała mi jakoś wynagrodzić to, że przez pół roku nie oddawała mi książek, które jej pożyczyłam. Cienka, sfastrygowana książeczka, z podpisem mojego kuzyna na pierwszej stronie, niewyraźnymi fotografiami bohaterów na okładce i pożółkłymi już stronicami. Jakoś nie chciało mi się jej czytać, bo choć zajmuję się II Wojną Światową i kilka osób w mojej klasie już to czytało, jakoś nie chciało mi się zaglądać do środka. Czytałam już nieco o bohaterach, ale... Tyle było innych książek, które chciałam przeczytać, tyle książek nieczytanych piętrzyło się na strychu.. Jednak, kiedy pomyślałam sobie, że będzie to nasza lektura, więc warto ją przeczytać choćby dlatego, od razu wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać. Wciągnęła szybko jak wir.

Trójka chłopaków, harcerzy. Młodych ludzi, którzy mieli takie nieszczęście, że zaraz po ich maturze rozpętało się piekło wojny. Chłopacy, by odegrać się na Niemcach, uczestniczą najpierw w Małym Sabotażu, a później już w dywersji. Trójka osób, o zupełnie odmiennych charakterach, która współpracuje razem, by wybić jak najwięcej wrogów. Słynna akcja pod Arsenałem, mająca na celu odbicie skatowanego Rudego. Śmierć całej trójki, miłość, przyjaźń po grób. Akcje militarne, uganianie się z pistoletami, trupy po obu stronach, bohaterstwo. Wojna. Czy to nie jest pasjonujące? Ponieważ bardzo lubię historie ze strzelaniną, bohaterstwem, Polakami i Niemcami, niektóre fragmenty sprawiały, że z wrażenia ledwo mogłam oddychać. Tak! To było piekielnie ciekawe, porywające, szczególnie że bohaterowie tej książki – Rudy, Zośka i Alek (oczywiście, są to pseudonimy, ponieważ każdy, kto należał do Polskiego Państwa Podziemnego, musiał być zakonspirowany)- istnieli naprawdę. Dlatego też uroniłam kilka łezek przy śmierci Alka i Rudego (śmierć Zośki była bohaterska, czyli mało wzruszająca), jakich bym nie uroniła przy śmierci postaci literackich. Najbardziej z bohaterów polubiłam Alka. Wydawał się najsympatyczniejszy: wesoły, roztrzepany, jeszcze trochę infantylny. No ale umarł w połowie książki, niestety. Było mi z tego powodu bardzo przykro.

Gatunkowo trudno określić, co to jest. Dużo gawędy harcerskiej mającej cechy reportażu, opowieści, czasem nawet opowiadania, książki historycznej. Trudno także określić, o czym to jest. Na pewno nie o głównych bohaterach, bo przecież wydaje się, jakby byli pionkami w jakiejś upiornej grze, a nie bohaterami w całym znaczeniu tego słowa. Wydaje się, że głównym bohaterem jest wojna. To ona jest grą, w której pionkami są Niemcy i Polacy, to ona kształtowała charaktery chłopaków i bez niej nie byłoby tej opowieści.

Język jest prosty i mało obrazowy, jednak zadziwiająco ciekawy. Mimo ubogiego słownictwa jest w stylu Autorka coś, co sprawia, że opowiadana historia wciąga. Potrafi wyrazić wiele uczuć, nawet tych, które nie dopowie, ukryje, zaszyfruje. Charakteryzuje swoich bohaterów bezpośrednio, pokazuje nam ich zainteresowania i przyprawia tekst ciekawostkami. A później, gdy już oswoimy się z nimi, pokazuje nam, jak się zmieniają z młodzieży w dorosłych mężczyzn, zdecydowanych walczyć za Ojczyznę. Autor daje nam też wiele okazji do poznania bohaterów jako normalnych ludzi: snuje opowieść o kurtce Alka, pamiętniku Zośki i wielu innych sprawach. Przez to bohaterowie, choć opisani dość nieumiejętnie, ożywają w naszych oczach. Jakiś jest nawet tam humor, a całość wychodzi bardzo emocjonalnie. Czasami tak, że zatyka dech w piersi – ten smutek, ta radość, ta fascynacja.. I ten podziw dla ludzi, którzy walczyli o sprawę przegraną. Co ciekawe, w biogramach postaci pobocznych, datą śmierci najczęściej był rok 1944...

Największym minusem książki jest jej objętość, która pozostawia pewien niedosyt. Chętnie czytałabym ją, gdyby była opasłą powieścią, może nawet dokumentowi w stylu Jagielskiego, (którego reportaże o wojnach czytam z zapartym tchem) która starczyłaby na kilka dni, a nie krótkim opowiadaniem, które, zapisane dość dużą czcionką, nie zajmuje nawet stu dziewięćdziesięciu stron. Następną rzeczą, która mi się dość nie spodobała, była mała ilość realiów. Pisarz pisał to w czasie wojny i zakładał, że ludzie, którzy to będą czytać, będą znali wszystkie realia: gestapo, niemieckie gazety i wszystko inne. Dlatego pewne sprawy wydają się dość nieoczywiste z mojego punktu widzenia, osoby, która nie tylko żyje w innych czasach, ale też jest badaczem tamtych lat – powieść o II Wojnie Światowej wciąż na horyzoncie.

Chciałam napisać także kilka słów o ekranizacji, które nie oglądałam (znów powodem jest Rudy, obawiam się, że psychicznie nie wytrzymałabym scen, w którym SS-mani katują chłopaka, chociaż nerwy mam, zastanawiająco, mocne). Mimo tego ekranizacja wydaje się idealna dla młodszej młodzieży, nawet z ostatnich klas podstawówki, która, z racji, że książka niestety jest lekturą szkolną, raczej po książkę nie sięgną, a także z uwagi na wątek romantyczny, którymi przez kilka tygodni cieszyła się moja droga kuzynka. 

To jest jedna z tych książek, która jest dla różnych ludzi czymś innym. Dla mnie jest przede wszystkim niepowtarzalną, wytrawną lekcją patriotyzmu. Miłości do Ojczyzny, ale także poszanowania innych ludzi, przyjaźni aż po grób, które są możliwe do osiągnięcia nie tylko dla istot idealnych, ale także dla nas – chodzących zwykłych śmiertelników i zjadaczy chleba, którzy, w wielkiej części, urodziliśmy się i żyjemy w Pokoju.

Tytuł: „Kamienie na szaniec”
Autor: Aleksander Kamieński
Moja ocena: 8,5/10




czwartek, 26 czerwca 2014

I zawsze, przy mnie bądź, książko. Recenzja książki

Wymyszkowałam tę książkę w Internecie, uważając ją na początku za następną tandetę o dziewczynie zakochanej w aniele, chociaż piękna okładka, w niebieskich odcieniach, na to nie wskazywała. Jakoś nie miałam kiedy się za nią zabrać, bo miałam tyle innych książek, no i odpychało mnie coś od niej. Co? Nie wiem. Przeczytałam kiedyś krótką i negatywną recenzję, może to? W każdym razie, przygotowana na tandetę, zaczęłam czytać.

Margot umarła. Po śmierci zmienia się w anioła, w Ruth. Od tego dnia ma przeżyć swoje życie jeszcze raz – ma opiekować się sobą. Zobaczyć swoje nędzne życie od początku. I tak zaczyna się ta historia – od pierwszych kartek bolesna, raniąca i uderzająca w samo serce. Margot, dziewczyna z straszliwym dzieciństwem, przez całe życie będzie odczuwać psychologiczne skutki traumy. I tak zaczyna się ta piękna opowieść, bolesna i straszna. Narratorka, Ruth, patrzy na swoje życie w nowej perspektywie i opowiada nam o Sierocińcu Świętego Antoniego, śmierci kolejnych dwóch ukochanych opiekunek, krótkim pobyt u lekarza, który uratował jej życie i jego rodziny, wyjeździe do Ameryki, pierwszym chłopaku, znajomym, przyjaciółce, mężu, synu, kochanku. O tym, że syn zabił człowieka, który gwałcił dziewczynę, że był Theo był skazany na dożywocie, że w końcu się ożenił, że jej mąż był pisarzem, że kochanek w końcu rozczarowany odszedł, że nigdy nie podpisała papierów rozwodowych, że otworzyła agencję literacką, że przybrany ojciec zmarł na progu własnego domu z walizką w ręku, kiedy chciał pojechać do Nowego Jorku, chcąc zobaczyć dziecko Margot. I wreszcie o zabłąkanym pocisku, który zabił Margot.

W to został, oczywiście, wpleciony wątek Ruth: walka z demonami, przyjaźnie między aniołami i, najważniejsze, ryzyko poświęcenia nieba dla szczęścia podopiecznej. Cierpienie spowodowane patrzeniem na swoje życie i związana przemiana Ruth w serafina: miecz Boga. Odkupienie spowodowane patrzeniem na swoje błędy, straszliwą przeszłość, zrozumieniem, że niektórych spraw, wyborów nie da się już zmienić.

Książka przywraca wiarę w to, że kiedyś będzie lepiej. Bóg, jak mówi książka, jest sprawiedliwy i pełen miłości, nawet dla kogoś takiego jak Margot – osoby, która traumę zapijała alkoholem a odłamki swojego życia próbowała pozbierać za pomocą używek. To niezwykła obyczajówka. Książka zupełnie nie w stylu mdłych opowieści o dobrze postawionych osobistościach, których jedynym zajęciem i problemem są rozterki miłosne, ani cukierkowe opowiastki o blondynkowatej córce pomywaczki, która spotyka księcia jak Kopciuszek. Jest to brutalna opowieść, pełna straszliwej przeszłości, która potrafi popchnąć do straszliwych czynów, bólu, prób rozłożenia skrzydeł, emocjonalnych pułapek i ludzkiej tragedii. A także o miłości, która potrafi przetrwać wszystko. Miłości kruchej tylko na pozór.

Ale także niezwykłe fantasy, na które nie wpadł jeszcze nikt, mimo że o aniołach ludzie wypisali tysiące stron. Opowieść Ruth, to opowieść o poświęceniu, odkupieniu i prawdzie. I ten wątek, dopracowany w każdym szczególe, zasługuje na przyjrzenie się mu bliżej. Sposób widzenia świata, światopogląd i relacje Ruth, są jednocześnie takie niesamowite, a też takie.. prawdziwe, że jestem niemal pewna, że tak właśnie jest aniołami.

Warto także napisać nieco o psychologicznym wymiarze książki. Margot, główna bohaterka, to naznaczona piętnem własnej przeszłości osoba, która nie mając nikogo, kto może jej powiedzieć, jak coś należy robić, stacza się coraz bardziej w przepaść. Właściwie to jest tak: jeśli Ruth została aniołem, to Margot, osoba którą była wcześniej, stacza się w dół, pociągając za sobą syna i wszystkich wokół siebie raniąc. Pociąga to za sobą szereg katastrof, małych końców świata. Jest suma doświadczeń, losu, wyborów a także, a może przede wszystkim, demonom. Demonom, które jednak zawsze przegrywają w ostatecznej rozgrywce z aniołami.

Sposób opowiadania jest doskonały. Opowieść wciąga, intryguje, nie pozwala się oderwać od tekstu, Autorka płynnie przechodzi od rozdziału do rozdziału, od strony do strony, od wątku do wątku ukazując ciężką egzystencję Margot. Pisarka ma bogate słownictwo, świetnie operuje słowami, lekko, finezyjnie opowiada historię, nie pompując ją zbytnio, nie przeładowując słownictwem, nie wydłużając wszystkiego, co jest niepotrzebne (zrobiła mi przysługę, nie rozciągając fabuły na setki stron, tylko zamykając wszystko w 241 stronach). Jest to historia, mimo że opowiada o tragediach, liryczna i melancholijna. Delikatna.

Kierowanie się okładką, szczególnie tą dziewczynką w błękitach i myślenie, że jest to książka na fanek „Zmierzchu” i jedenastolatek jest mylne. Okładka oddaje tylko nastrój książki, ale nie to, co tam będzie się działo. A tak w ogóle, zastanawiam się, czy rzeczą właściwą byłoby polecanie jej dzieciom i młodszym nastolatkom zaczytujących się w „bestsellerach” jest właściwe. Raczej Autorka pisała to dla starszej młodzieży i tej świadomej Zła, a także dorosłym. W każdym razie, każdemu, kto czuje, że jest dojrzały.

Bo ta książka jest inna, dojrzała. Powiedziałabym: efemeryczna. Smutna, ale niesamowita. I nie całkiem o aniołach. No ale to jedna z tych, które dodają swoim, poniekąd, pozytywnym zakończeniem, sił na przetrwanie. To jedna z tych książek, które trzeba mieć przy sobie. Zawsze.

I z czystym sumieniem wystawiam poniższą ocenę.

Tytuł: „Zawsze przy mnie stój”
Autor: Carolyn Jess – Cooke
Moja ocena: 8,5/10


środa, 25 czerwca 2014

Samotność wielkich powieści. Recenzja książki

Posiadanie ciotki, która jest nauczycielką polskiego, jest czasami bardzo przydatne. Można dzięki niej dostać w łapki wiele ciekawych rzeczy, czasem mało znanych, albo takich, które rzadko można spotkać. Dzięki niej właśnie poznałam Ziemiomorze Ursuli LeGunin, najlepsze rzeczy z powieści Ewy Nowak i kilka jeszcze lektur, które ciocia, jako nauczycielka w gimnazjum, przeczytała, lub co jej uczniowie polecili. Nie ma to jak rekomendacja kogoś, kto potrafi rozłożyć każde zdanie na podmiot, orzeczenie, przydawkę i tak dalej, a także fachowo ocenić, czy książka jest dobra technicznie, czy też nie. Chociaż ja w życiu niejedno przeczytałam, nie wystawią mi dyplomu za pisanie bloga czy też krytykowanie większości powieści z gatunku paranormal romance. Taki lajf, ludzie.

Tak naprawdę znałam pisarkę już wcześniej, od czasu gdy inną jej powieść – Córkę Czarownic – przeczytałam na konkurs z języka polskiego. Nigdy jednak nie interesowałam się nią, mimo że książkę mocno pokochałam. Jakaś tam kobieta, której nazwiska wcześniej nie słyszałam, której powieści są potwornie trudne do zdobycia. A ja nie lubię się wysilać, to jedna z moich wad. Jak książka wpadnie do ręki, to wpadnie, jak nie, to nie, trudno. Ale wpadła, i to dzięki cioci właśnie, która wytrzasnęła ją ze szkolnej biblioteki. Ponieważ po niedawnej przeprowadzce, kiedy robiła remanent w swojej biblioteczce, musiała się pozbyć iluś książek, książki te, oczywiście, otrzymałam ja. Tyle że, o dziwo, książka przez dłuższy czas leżała na półce i pokrywała się kurzem, dopóki nie szukałam czegoś, czego jeszcze nie przeczytałam. I tak się na nią natknęłam. Przeczytałam dwie pierwsze strony i byłam zmuszona poszukać latarki, by czytać pod kołdrą, a także zapakować ją do plecaka, by czytać w szkole (zamiast uczyć się matematyki, która, mimo chęci i wysiłków, do końca życia będzie dla mnie czarną magią).

Jon mieszka w Plemieniu, żyjącym nad Rzeką. Po drugiej stronie Rzeki było Tabu i nikt tak naprawdę już nie wiedział, co to jest. Ludzie wierzyli w Boga Dobroci, którego, wraz z wiarą, przynieśli ludzie w długich szatach, a za Rzeką znajdował się ślad potężnego boga, w którego wierzono wcześniej. Nikt jednak o tym nie wie, oprócz szamana, ostatniego w tej wiosce i na świecie. Kiedy Jon był mały, przekroczył Tabu, by ratować małą Gaję (która później została jego żoną) i usłyszał Głos Światowida. Wezwanie, by wejść na Kamienną Drogę. Umierający bóg wołał swojego wyznawcę..

Wtedy zaczyna się wędrówka Jona pomiędzy światami, całkiem realna i brzemienna w skutki. Na początku Jon, jako kardiochirurg, przeszczepia serce choremu chłopcu. Jest to jednak serce mordercy, dlatego Chłopca dotyka Królowa Śniegu i staje się wyznawcą Światowida i mordercą. Odtąd Jon, tajemnicza Dziewczyna, która tak naprawdę jest świętą Joanną d'Arc, i Chłopiec przemierzają czasoprzestrzeń. Chłopiec, jako sługa dawnego boga, chce tego, aby zapomniano i zniszczono nową religię i by ludzie nadal wierzyli w starych bogów. Jednak Jon, dzięki pomocy Dziewczyny, zawodzi tylko raz – wszczepiając Chłopcu złe serce. Później, gdy przenoszą się w czasy Joanny, w czasy Jezusa i we współczesność, sprzeciwia się Światowidowi i podejmuje właściwe wybory. Przez to posąg w Puszczy się rozpada, a Jon ginie.. Gaja, jego żona, odchodzi z Wioski wraz z najlepszym przyjacielem Jona, Arielem.

Już na początku ostrzegam, że nie jest to książka dla każdego, a na pewno nie dla fanów płaskich powieści dla młodzieży, obyczajówek mówiących wciąż o tym samym i kryminałów, które są niemal kopiami innych. To jest książka dla ludzi myślących. I takich, którzy mają coś tam z literaturą wspólnego, które gustują w ambitniejszych i głębszych książkach niż szósta część Petty Little Liars (stąd wszystkie negatywne recenzje tej książki, z jakimi udało mi się spotkać). Jeśli czujesz, że mimo wszystko jest to coś dla ciebie, już, nieprzepisowo, zapraszam Cię w tym miejscu do przeczytania.

Pomysł rzadko jest mocną stroną książek. Wiele z pozycji literatury popularnej to, niestety, powielanie tych samych, utartych schematów. Wampiry...? Wilkołaki..? Już nawet nie liczę, w ilu powieściach pojawiły się te stworzenia. Mitologia grecka? Proszę was. Nie jestem wysoką osobą i książki o zakochanym herosie- i bogowie wiedzą kim jeszcze – zakopałyby mnie pod sobą. Tu jest jednak inaczej, zupełnie nieprzewiadywanie. Zamiast Hermesa, Heleny Trojańskiej i innych mamy tu elementy mitologii słowiańskiej, nowoczesnej baśni, a nawet coś związanego z Andersenem – choć Autorka nie mówi wprost, kim jest Królowa Śniegu. W dodatku, pomysł nie jest zmarnowany, wręcz przeciwnie. Pisarka wycisnęła z niego wszystko, co było najciekawsze, nadając mu nawet cech wiarygodności. I tak naprawdę nie wiemy co to jest: polskie, dobre SF, przypowieść, a może bajka?

Bohaterowie są skomplikowani i niejednoznaczni i nie zawsze są tacy, jacy wydawaliby się być. Nawet Ezra, zapalczywy kapłan, który kocha słowo „heretyk”, niesie ze sobą coś dobrego dla Plemienia: cywilizację i to właśnie pod jego opiekę Jon chce oddać syna. Isak, starszy kapłan, przyjaźni się z szamanem, ostatnim w wiosce, przez co jest raczej symbolem rozdarcia między zrozumieniem starego i miłością do nowego, miłości i zrozumienia, dla których – niestety – nie ma miejsca w Cywilizacji. Gaja, żona Jona, jest miłą, dobrą kobietą, która naprawdę kocha swojego męża, ale także go rozumnie. I znów brawa dla Autorki. Gaja nie jest nudną, głupią i rozlazłą istotą, jak w większości powieści. Gaja to mądra, silna kobieta, która mimo bólu, jakie sprawiają jej odejścia Jona do Światowida, trwa dzielnie u jego boku. Mamy jeszcze obok nich Ariela, a właściwie Błazna. To dobry, młody chłopak poszukujący swojej tożsamości i miejsca w życiu. No a Jon? Bardzo go polubiłam, jest bohaterem ludzkim. Bohaterem szlachetnym, dobrym i mądrym, jednak jest tylko człowiekiem, który też często ma swoje słabostki. Jego obecność na kartach książki nie nudzi, nie męczy, nie doprowadza do walenia książką w czoło, wyrywania włosów czy ciskania powieścią o mur (jak to często mam ochotę zrobić z innymi powieściami), wręcz przeciwnie. Bardzo polubiłam Jona, doceniam jego zadawanie pytań, zgadzam się w pełni z jego przemyśleniami. Więcej: Jon stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich (pomijając fakt, że czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie uciekł z Muru do Światowida, no i dlaczego, do licha, nie ma obok niego białego wilkora. Ah, ta Gra o Tron). Nie mogę, oczywiście, pominąć Dziewczyny i Chłopca. Żeby było zabawniej, nie powiem, skąd te postacie pochodzą, sami wymyślcie po przeczytaniu (Dziewczyna była jednym z największych zaskoczeń i wciąż okrywam nowe powody, dla których owa bohaterka pasuje jak rzadko która do tej książki). Każdy, kogo znam, byłby zaskoczony. Nawet ciocia była.

Język.. Jak zwykle, w powieściach tej pisarki jest niesamowity. Ma własny, klarowny, a zarazem bardzo poetycki styl, dar do opowiadania o wszystkim z niezwykłą prostotą i płynnością. Rzadko spotykany dar, przeznaczony wyłącznie dla wielkich artystów pióra. Każde słowo jest tym, czym ma być, znaczy to, co Autorka chciała powiedzieć. Słowa się niedobre, niepokorne i nie dają się formować, jak tego chce pisarz i tylko wielkie talenty potrafią je okiełzać, nagiąć i sprawić, że opis na kartce papieru będzie wyglądał jak prawdziwy, trójwymiarowy świat, który można zwiedzać i do którego drzwiami jest dana książka. Tak też jest tutaj – miałam wrażenie, że nad głową falują mi drzewa Puszczy, że widzę krzyczącą, płonącą na stosie Dziewczynę, operację Chłopca.. i krótkie słowa opisu Autorki wystarczają mi za pięć stron opisów przyrody u innych, słabszych pisarzy. Jak dla mnie, fenomen.

Fabuły nie ma dużo, a jeśli jest, nie pędzi na złamanie karku, wręcz przeciwnie. Każdy wątek jest starannie rozwinięty, dopieszczony i opisany, zanim się coś stanie. Zresztą, większość książki zapełniają przemyślenia bohaterów, bo historia przedstawiona w książce ma służyć do refleksji, jest tylko próbą poszukiwania Prawdy, a nie doprowadzenia do rozkoszy pustomózgową nastolatkę czy zaspokoić żądze krwiożerczego fana kryminałów. To historia o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, to historia o Czasie, który przemija i o ludziach i bogach, którzy muszą zostać zapomniani wraz z nim. Przynajmniej ja tak to interpretuję, a ta książka należy do tego rodzaju powieści, które można interpretować dowolnie.
Miejsca, w których rozgrywa się akcja nie są dokładnie opisane, wszystko jest bardzo ogólnikowe, ale jednocześnie czujemy różnicę między opisywanymi przez Autorkę światami i miejscami. Czuć ich atmosferę, coś co sprawia, że słyszymy szum drzew Puszczy. Opisów nie ma dużo, jednak te, które są, całkowicie mi wystarczają. Autorka nie musiała się rozpisywać, by czytelnicy poczuli Atmosferę miejsc, w których rozgrywa się akcja powieści.

Okładka jest fatalna, oczywiście ta stara, bo nowej nie chcę widzieć, jeśli w ogóle taka powstała. Szare (czy to jest w ogóle szary, to mam wiele wątpliwości, ale nieważne), nieco świecące tło, jakiś zygzakowate napisy mające być tytułem. Poza tym kilka kamiennych, okrągłych twarzy, mających być twarzami bogów, czy ludzi, nie wiem. Dlaczego takie dobre książki mają beznadziejne okładki? No niby wiem, że to lata 90., ale przynajmniej mogli spróbować się postarać, zresztą w tamtych czasach wydawano książki z przyzwoitymi okładkami. Mój kochany wuj powiedziałby, że robią tak specjalnie, żeby zniechęcić ludzi do kupna dobrych książek, ale dajmy spokój teoriom spiskowym, to nie w moim stylu. Po prostu jest fatalna i tyle.

Podsumowując mój słowotok, jest to lektura obowiązkowa i książkowy must have dla czytelników bardziej wymagających, takich, którzy, tak jak ja, bezustannie nurkują w książkowym morzu, by znaleźć jakąś prawdziwą perełkę. Trzeba ją czytać wolno, uważnie, a poczuje się wtedy jej hipnotyzującą inność i wyjątkowość. I nie będzie można zrozumieć, jakim prawem taka piękna powieść została skazana na zapomnienie przez wielu, którzy wolną bezmózgowe opowiastki o kolejnych wampirach i dziewczynach w nich zakochanych (być może dlatego, że czytając o miłości przystojniaka do kolejnej Mary Sue nie musimy wysilać naszych szarych komórek). Bo to naprawdę wielka, inteligenta i niesamowita książka.

Tytuł: „Samotność bogów”
Autor: Dorota Terakowska
Moja ocena: 8,5/10