Pokazywanie postów oznaczonych etykietą surowa dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą surowa dieta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

Dieta w chorobach reumatycznych - z www.reumatolog.com

A teraz UWAGA! 
Na specjalistycznym portalu www.reumatolog.com znalazłam taki artykuł ! który potwierdza, że amerykańscy i niemieccy lekarze opracowali dietę wegańską , bezglutenową, która ma według nich właściwości terapeutyczne.
Wyciągajcie wnioski , próbujcie coś zrobić sami dla siebie. 
Wszystkie części układanki do siebie pasują, wystarczy spojrzeć na całość i zobaczyć, co jest na obrazku.

http://www.reumatolog.com/dieta,dieta_w_chorobach_reumatycznych.html


DIETAWCHOROBACHREUMATYCZNYCH


Być może nie wszystkie osoby zdają sobie sprawę z tego, że odpowiednia dieta nie musi być koniecznie związana ze schorzeniami układu pokarmowego lub alergią. Również w przypadku takich chorób jak dolegliwości reumatyczne właściwy jadłospis może pomóc nam walczyć z chorobą i na dłużej zachować sprawność fizyczną. Jest to związane przede wszystkim z tym, że otyłość i nadwaga dodatkowo obciążają osłabione chorobą stawy, które nie są w stanie utrzymać ciężaru ciała pacjenta. Ale niektórzy lekarze wskazują także na lecznicze działanie na organizm odpowiednio dobranego żywienia (na przykład diety wegańskiej bezglutenowej) w terapii takich chorób jak na przykład RZS lub łuszczyca, ponieważ dieta ta ma działanie przeciwzapalne oraz immunosupresyjne, jednak niewłaściwie stosowana może przyczynić się do wyniszczenia organizmu.
Dieta leczy
W przypadku chorób reumatycznych, które przy obecnym stanie medycyny, nie są niestety uleczalne, ważne jest stosowanie kompleksowego leczenia. Terapia powinna obejmować także różnorodna dietę, która dostarczy osłabionemu organizmowi wszystkich niezbędnych do życia i walki z chorobą mikroelementów i witamin. Na pewno nie zastąpią takiej diety żadne suplementy diety lub witaminy w kapsułkach, chociaż niewykluczone, że nasz lekarz zaleci nam także przyjmowanie dodatkowo takich preparatów. Trzeba jednak koniecznie pamiętać, że szkodliwy dla zdrowia jest zarówno nadmiar jak i niedobór tych składników odżywczych. Bez nich szybciej będzie rozwijać się osteoporoza, stan zapalny może się zaostrzyć, mogą też wystąpić objawy niedożywienia. Zbyt duża ilość witamin i minerałów może nasilić ból oraz przyspieszyć degenerację stawów. Dlatego tak ważne jest, aby dietę ułożył dla nas lekarz, który zna nasz konkretny przypadek, zwłaszcza jeżeli ma to być radykalna zmiana sposobu żywienia. Na pewno uwzględni ona także możliwe działania niepożądane przyjmowanych przez nas środków farmakologicznych związanych z terapią przeciwreumatyczną w stosunku do pozostałych organów ciała, a szczególnie zaś wątroby i nerek. Odpowiednio dobrany jadłospis pomoże lepiej chronić te ważne narządy.
Co jeść
Ze swojej strony powinniśmy starać się kupować żywność bez konserwantów i barwników, które niekorzystnie wpływają nawet na zdrowy organizm. W przypadku osób z chorobami reumatycznymi wolne rodniki powstające na skutek spożywania produktów wysoko przetworzonych mogą zwiększyć stan zapalny. Równie niekorzystne są w nadmiarze tłuszcze, które osłabiają układ krążenia i także sprawiają, że w stawach zapalenie się zaostrza. Znacznie lepiej jest w dietę włączyć produkty zbożowe, które powinny być podstawą naszej kuchni – jednak o wiele lepiej jest zdecydować się na ciemne pieczywo, brązowy ryż i kasze, niż bułki i makaron jajeczny. Ponadto pamiętajmy o owocach i warzywach, jajkach (ale uwaga na cholesterol) i przetworach mlecznych o niskiej zawartości tłuszczu, będącymi cennym źródłem wapnia dla zdrowia osłabionych chorobą kości. Aż wreszcie nie zapominajmy o często niedocenianych roślinach strączkowych, które zawierają przecież wiele białka lub o chudych mięsach i rybach. Trzeba też koniecznie sporo pić – oczywiście najlepiej wody, świeżych soków warzywnych i owocowych, maślanki, herbat ziołowych. Unikajmy za to kawy. Należy także ograniczyć ilość soli w przyprawianiu potraw, ponieważ powoduje ona zatrzymywanie wody i dodatkowo obciąża nerki (które muszą poradzić sobie także z usuwaniem z organizmu leków przeciwreumatycznych oraz przeciwbólowych).
Dieta ekstremalna
Amerykańscy i niemieccy lekarze opracowali ponadto dietę wegańską, bezglutenową, która ma według nich właściwości terapeutyczne. Jednak z uwagi na to, że obejmuje ona głodówki oraz bardzo ograniczony jadłospis po pierwsze nie może być wprowadzana poza kontrolą lekarza, a po drugie na pewno nie jest zalecana u wszystkich pacjentów. Dozwolone produkty to przede wszystkim surowa żywność (owoce, warzywa, orzechy, ziarna dyni lub słonecznika, kiełki), ale także np. suszone owoce oraz gotowane warzywa i jarzyny (m. in. w postaci zup), dodatkowo zboża nie zawierające glutenu czyli ryż, kukurydza, gryka i proso, brak jest tu cukru, soli, białek i tłuszczy zwierzęcych i generalnie dieta ta obejmuje potrawy z bardzo niewielką zawartością tłuszczu (w zasadzie dopuszcza się jedynie spożywanie oleju lnianego). W diecie tej zabronione jest także picie herbaty i kawy, ale pić należy oczywiście sporo. Posiłki spożywamy bezpośrednio po ich przygotowaniu. Dietę taką stosuje się z reguły około 3 m-cy a następnie stopniowo włącza inne rodzaje pokarmów.
Pamiętaj!
Powyżej przedstawione informacje nie mogą zastąpić porady lekarza i mają charakter wyłącznie informacyjny, oparty na powszechnie dostępnych źródłach. Należy także pamiętać, że u różnych osób choroby reumatyczne mogą przebiegać w zupełnie odmienny sposób, zalecenia lekarza mogą być w związku z tym bardziej zindywidualizowane i nie pokrywać się z informacjami przedstawionymi w powyższym artykule. Nie należy samodzielnie przerywać kuracji ani podejmować leczenia na własną rękę, ponieważ może to mieć negatywne skutki dla zdrowia.

piątek, 22 marca 2013

Dr Ewa Hankiewicz - lekarz


Zbawienne oczyszczanie

Śmierć pojawiła się u Ewy miesiąc po porodzie. Stanęła przy łóżku i czekała na jej duszę. Była pewna swego: spowodowała raka macicy i dwa ciężkie krwotoki.
No i proszę, po trzecim dusza Ewy uleciała w górę. Ale medycy łaps duszę za nogi. To śmierć ją za głowę. Tak się szarpali, aż dusza wróciła do ciała. Przy czwartym wylewie krwi lekarze również się uszarpali z kostuchą. Ta pomyślała ze złością: "Jako chcesz tak się wierć, wszędzie cię dosięgnie śmierć. W końcu twoja choroba jest nieuleczalna. Poczekamy." Nie doczekała się śmierć. Ewa Hankiewicz, lekarka, poprosiła w szpitalu o separatkę. W tajemnicy przed całym światem odstawiła leki i jedzenie. Piła tylko własną urynę, którą się również nacierała. Minął tydzień, drugi, wciąż żyła, a nawet nabierała sił. Po 5 tygodniach postu urynowego wstała. Uleczona. Przyglądała się bezradności lekarzy na co dzień. Przed czternastu laty ukończyła lubelską Akademię Medyczną. Zrobiła specjalizację z neurologii. Pracowała w szpitalu, jeździła z pogotowiem. Medycyna konwencjonalna nie umiała wyleczyć wielu schorzeń neurologicznych. Ba nie radziła sobie ze zwykłymi korzonkami. Goryczy dopełniła w Ewie śmierć jej brata. W ciągu dwóch miesięcy zmarł na nierozpoznanego chłonniaka złośliwego. A może zabiła go chemia? Dzisiaj Ewa myśli, że chemia. 
Straciła wiarę w sens medycyny. Chciała nawet zrezygnować z zawodu. Wybrała jednak inną drogę. Zaczęła uczyć się medycyny niekonwencjonalnej na różnych kursach. Wszystkie techniki lecznicze i diety próbowała na sobie. Pewnego dnia zrozumiała, skąd bierze się medyczna bezradność. Lekarze widzą każdy organ osobno i każdy osobno leczą. Ona patrzyła na chore miejsce w zestawieniu z całym organizmem.
Była pierwszą swoją pacjentką - sama sobie uratowała życie mimo dwukrotnej śmierci klinicznej. Od tego czasu doktor Ewa wykorzystuje całą wiedzę medyczną i niekonwencjonalną do diagnozowania i terapii. W lecznictwie tradycyjnym samo gruntowne przebadanie pacjenta bywa drogą krzyżową - długą, męczącą i kosztowną. A mądre urządzenia zawodzą. Ofiarą błędu w badaniu padł ojciec Ewy. W miejscu dwukrotnego operowania przepukliny pojawił się nowotwór o kształcie kalafiora. Córka namówiła ojca na post urynowy. Po siedmiu dniach badania szpitalne nie wykryły śladu guza. Mężczyzna jednak bardziej wierzył "szkiełku i oku" niż córce. Przerwał post. Wkrótce guz przebił się do jamy brzusznej. Ojciec żył jeszcze pół roku. Z pokorą pił urynę, dzięki czemu nie musiał brać morfiny i nie cierpiał.
Badanie pacjentów i diagnoza zabiera Ewie kilkanaście minut. Robi to radiestezyjnie (wahadełkiem) oraz akupresurą (badaniem punktów na stopie). Nie można oddzielić serca od jelit - mawiał profesor Garnuszewski - wybitny specjalista od akupunktury. Ewa Hankiewicz lubi powoływać się na tę myśl. Podczas pierwszej wizyty pacjenta przeprowadza bardzo długi wywiad. Po latach praktyki stwierdziła parę prawidłowości. Na przykład większość pacjentów, bez względu na rodzaj choroby, cierpi na zaparcia. Z kolei astmatycy lubią mleko i jego przetwory. Tymczasem tylko do czwartego roku życia nasz organizm produkuje enzymy umożliwiające trawienie mleka. Potem, połowicznie rozłożone, wędruje z krwią zostawiając w naczyniach wieńcowych rodzaj śluzu, który szkodzi oskrzelom, płucom i sercu. Pewien mężczyzna dostał zawału po 10 latach wypijania 2 litrów mleka dziennie. A jeśli chodzi o raka piersi, Ewa stwierdziła, że wszystkie jej pacjentki z tą przypadłością nosiły staniki z fiszbinami! Metalowe druty zakłócają energię tych delikatnych części ciała.
Najpierw trzeba oczyścić organizm. Dzisiaj przeciętny człowiek ma mało ruchu, kupuje żywność przetworzoną i skażoną chemią, więc nosi w jelitach od 6 do 20 kilogramów kału! W ich poskręcanych załomkach latami odkładają się kamienie kałowe. Potrafią zalegać tam 20, a nawet 30 lat i promieniują na najbliższe narządy toksynami. Są jak bomba jądrowa, wywołująca łańcuch reakcji. Powstaje nawet trupi jad.
Zapomnieliśmy o lewatywach, które do końca dziewiętnastego wieku powszechnie stosowano jako zdrowe czyszczenie jelit. Modne dzisiaj tabletki na przeczyszczenie niszczą wyściółkę jelit, ale nie ruszają kamieni kałowych. Tymczasem nawet Biblia nakazuje, by dynię wydrążoną i napełnioną wodą zawiesić na drzewie, a rurkę bambusową dołączyć... Należy również oczyszczać wątrobę. Medycyna tybetańska uważała ją za królową, która karmi wszystkie narządy puste i pełne. Prawie każdy człowiek, choć o tym nie wie, ma kamienie w drogach żółciowych, a jego wątroba gorzej przez to pracuje. Przynajmniej raz w roku powinno się ten organ wypłukać. Nie jest to przyjemny sposób, ale czego się nie robi dla zdrowia? Kuracja ta trwa miesiąc i polega na wypijaniu określonych ilości oliwy z oliwek oraz świeżego soku cytrynowego, a także okładaniu brzucha ciepłymi kompresami z rycyny. Wątroba podnosi wówczas larum i produkuje ogromne ilości żółci, która usiłuje się przedostać kanałami do żołądka. Ale drogę tamują jej kamienie. W przewodach wytwarza się duże ciśnienie. Sok z cytryny zmiękcza kamienie (wyglądają jak grudki z ciemnozielonego wosku), ciepły kompres rozszerza drogi żółciowe i w końcu żółć przepycha kamienie do jelit, skąd wydostają się na świat. Przez dwa dni człowiek czuje się, jakby mu przejeżdżał po brzuchu walec drogowy, który wyciska wszelkimi otworami całe świństwo z wątroby, jelit i żołądka. Kiedy pacjeny zobaczy, jakie paskudztwo miał w sobie, zaczyna rozumieć, na czym polega zdrowie.
Organizm oczyszczony i wzmocniony sam zaczyna się uzdrawiać.
Pacjenci czasem zgłaszają się z inną chorobą, a leczy się inną. Do gabinetu Ewy w Łomży, wniesiono mężczyznę, który nie chodził. Cierpiał na świąd skóry. Ewa stwierdza zator w tętnicach udowych. Na miejscu kompleksowo stosuje akupresurę, bioterapię i pole elektromagnetyczne. Zadaje "pracę domową" pacjentowi i jego żonie: czyszczenie wątroby, dieta i masaże. Na następną wizytę "w sprawie świądu" pacjent wszedł na trzecie piętro o własnych siłach. Ludzie przychodzą tu zazwyczaj, gdy wszystkie inne metody zawiodą. Kobieta z gośćcem przewlekłym straciła już nadzieję na wyzdrowienie. Po 10 dniowym poście urynowym oraz nacieraniu i okładach moczem zapomniała o chorobie. Podobnie jak stary rolnik z ciężką astmą: po 11 dniach całkowitego postu urynowego zadzwonił, że nie bierze już leków i właśnie robi sianokosy. 
Zgłosiła się raz młoda kobieta z nowotworem piersi. Czekała ją amputacja i chemioterapia. Z wywiadu okazało się, że całe życie cierpiała na zaparcia. Doktor Ewa stwierdziła złogi w drogach żółciowych oraz zmiany w macicy i jajnikach. Zaleciła odtrucie organizmu, zmianę diety, lewatywy, codzienną akupresurę (masaż stóp), okłady z moczu na piersi, okłady na brzuch z rycyny. Następnie zrobiła fantomową, bezkrwawą operację. Półtora miesiąca później guzy piersi zmalały o połowę, a kobieta wyglądała dziesięć lat młodziej i wróciła jej radość życia. Inna młoda kobieta trafiła do Ewy po kilkuletnim, bezskutecznym leczeniu lęków. Strach tak ją paraliżował, że nie ruszała się z domu bez obstawy i telefonu komórkowego. Okazało się, że miała zmiany w nerkach i kręgosłupie. Ewa przeprowadziła zabieg regresingu: w poprzednich wcieleniach kobieta była torturowana, przebita nożem, tonęła, płonęła. Lekarka do swej terapii dołączyła wizualizacje i afirmacje. Polega to na pisaniu codziennie jakichś pokrzepiających zdań. Na przykład: Ja Anna, jestem zdrowa, szczęśliwa i bezpieczna, mam wymarzoną pracę i miłość. Potem 10 razy: Ty Anno, jesteś zdrowa... Wreszcie 10 razy: Ona, Anna, jest zdrowa....
Często uleczeni już pacjenci przynoszą całe zeszyty zapisane różnymi afirmacjami. Do Ewy przyjeżdżają również lekarze. Przywożą pacjentów, którym nie potrafią już pomóc. Niekiedy sami są chorzy. W czasie długiej wizyty Ewa tłumaczy im jak bardzo serce zależy od jelit, i co leki niszczą, zamiast leczyć. Pod koniec spotkania lekarze wykrzykują: I co ja mam teraz zrobić? Przecież ja truję a nie leczę! Ewa uzdrawia przypadki mniej i bardziej zaawansowane. Ale rokowania są tym lepsze, im mniejsza była ingerencja w organizm. Chemia i operacje, nawet biopsja (czyli pobranie wycinka guza do badań) zmniejszają zdolność organizmu do regeneracji. Niedowiarki mówią, że ludzi leczy autosugestia. Jeśli nawet: dlaczego ironicznie mówić o sile, która ratuje życie? Skoro to proste, to czemu lekarze nie potrafią u swoich pacjentów uruchomić takiej siły? Czy szlachetniej jest umrzeć na stole operacyjnym, niż uratować życie autosugestią? Ale siła autosugestii nie wyczerpuje tematu. Dowodzą tego przykłady uzdrawiania zwierząt. Pewien hodowca poprosił Ewę do chorej krowy, której nie goiła się rana po cesarskim cięciu. Lekarka zobaczyła, że zwierzę leży na gumowym materacu i w miejscu napromieniowanym. Wystarczyło przenieść legowisko, materac zamienić na słomę i doładować zwierzę bioenergią. Inną krowę dr Ewa wyleczyła z opuchlizny kończyn. Mając tylko kępkę włosów z jej ogona leczyła zwierzę na odległość wahadłem, tak zwanym dużym Izisem. A pewien sznaucer cierpiący na brucelozę, któremu groziło już uśpienie, wbiegał do niej na 3 piętro, kładł się i leżał spokojnie, póki wahadło kręciło się nad chorym miejscem. Gdy się zatrzymywało, wychodził. Pies żyje do dzisiaj.
Ewa uważa, że jedną z najskuteczniejszych kuracji jest urynoterapia. Mocz wykorzystuje się do picia, okładów i nacierań. Ale po uprzednim poście. Nie należy tego robić samemu i bez konsultacji z Ewą Hankiewicz, która pracuje ze swoim asystentem, Grzegorzem Szymańskim, naturoterapeutą. Oboje wiele wysiłku wkładają w wytłumaczenie ludziom, że mogą się leczyć sami. Skończyła wiele kursów i nabyła wiele umiejętności, dzięki którym może leczyć nie tylko ciało człowieka, ale również jego myśli i otoczenie. Akupunktury uczył ją profesor Garnuszewski, chirurgii fantomowej - Nora Nix. Stosuje hipnozę, radiestezję medyczną, laseroterapię, ziołolecznictwo, homeopatię, olejoterapię, akupresurę, bioterapię, chromoterapię (leczenie kolorami). Włącza również inne, subtelniejsze metody. Na przykład wiedzę o feng shui i kwiatach. Pewna pacjentka miała raka macicy z przerzutami do płuc. Rozmowa ujawniła, że w jej sypialni rozpanoszył się bluszcz. Pokrywał cały sufit. Wyrastał z małej doniczki, więc czym żył? Energią kobiety. Leczenie trzeba było zacząć od wyrzucenia rośliny. W rodzinnej kamienicy Ewy w Lublinie ponad 40 osób zmarło na raka. To nie przypadek. Dom stoi na silnej żyle wodnej. Zawsze trzeba zbadać radiestezyjnie otoczenie, w którym żyjemy - powtarza lekarka każdemu ze swych pacjentów. Uwaga! Terapie oliwą i uryną można przeprowadzać tylko pod okiem lekarza lub terapeuty.



Żródło: TU

Agata Bleja
Fot. autorka

środa, 20 marca 2013

Historie pacjentów - dr Ewa Hankiewicz-Miącz


CHCESZ ŻYĆ? PRZYJEŻDŻAJ!


Ewa Miącz (d. Hankiewicz)
Świeże powietrze jest wyjątkowo przyjemne. Można się wybrać na spacer po ośnieżonym parku zdrojowym albo po miasteczku. I jeszcze wpaść do "Eweliny", gdzie dobrze dają jeść. Ale to nie jest propozycja dla ludzi, którzy do Nałęczowa przyjechali głodować.
Dom wygląda na opustoszały, jeśli nie liczyć gospodyni, podejrzliwej i zniecierpliwionej tym, że licho znowu kogoś przyniosło. Dostrzegam Ewę Miącz. Z ożywieniem mówi, że dzieją się tu naprawdę ciekawe rzeczy. Dziwnie to brzmi, bo wszędzie jest cicho. Gdzie to się dzieje? Za którymi drzwiami? Korytarzem przemyka mężczyzna - biały jak ściana.
Ewa Miącz (dr Hankiewicz) jest lekarką, neurologiem. Od wielu lat łączy medycynę konwencjonalną z niekonwencjonalną. Kiedy poważnie zachorowała, któryś z jej kolegów powiedział: "Masz pecha". Ona jednak zaordynowała sobie głodówkę i zaczęła się leczyć uryną. Przestała jeść mięso, białko i skrobię. Wyzdrowiała. Ta historia to jej wizytówka, ważniejsza niż literki dr med. przed nazwiskiem.
W Nałęczowie jest kilkunastu kuracjuszy, którzy pod jej okiem głodują i piją mocz. Każdego wieczora spotykają się, żeby wspierać się nawzajem, słuchać wykładów, zadawać pytania.

Dzień dobry. Przyjechałam z Warszawy, nie jestem chora


Kiedy się przebywa z tymi ludźmi, trudno uwierzyć, że cokolwiek im dolega, i że nie jedzą przynajmniej od paru dni. Na zdjęciu, od lewej: Genowefa, Paulinka, Stanisław, Katarzyna i Lucyna.
Na wieczorne spotkanie przychodzą wszyscy. Za dnia wydawali się bez sił, ale teraz nie robią już takiego wrażenia. Śmieją się, żartują. Mówią po kolei, ile dni każdy z nich spędził na głodówce: 5, 6, 9, 10. Dziwne, że żyją.
Wszyscy poodstawiali leki. Nawet Kasia, która ma cukrzycę. Najpierw przez pół roku zmniejszyła dawki insuliny, potem w ogóle z niej zrezygnowała. Kilka razy dziennie sprawdza poziom cukru we krwi. Jest w normie. Dziewczyna z cukrzycą i bez insuliny chodzi, a przecież lekarze mówią, że bez insuliny powinna umrzeć! Mężczyzna, którego za dnia widziałam na korytarzu, ten taki blady i słaby, to Jacek. Od lat leczy się na astmę. Zadyszki dostawał po wejściu na kilka stopni schodów. Tymczasem podczas kilkugodzinnej rozmowy ani razu nie widziałam, aby miał duszności. To podobno skutek wcześniejszego odstawienia skrobi i obecnej wielodniowej głodówki. - Efekty są piorunujące - mówi. - Dziwię się, że tych sposobów nie odkryła medycyna konwencjonalna. Nie musiałbym się męczyć tyle lat.
Po domu biega 7-letni Paweł. Podobno też ma astmę, ale od kilku dni nikt nie widział, żeby się dusił. Nie przyjmuje żadnych leków. Nie jest też na głodówce. Ewa Miącz uznała, że wystarczy, jak zmieni dietę. Je tylko owoce.

Mam 70 lat. Jestem po dwóch zawałach i zatorze mózgu...


Gimanastyka tak zostala pomyślana, żeby pobudzić wszystkie receptory w ciele. Temu właśnie służy szczypanie i nacieranie uszu. Na zdjęciu: Stanisław, Ewa, dr Ewa Miącz i w rogu Paweł.
- Niech pani tak nie mruga - żartuje z mojej miny jowialna pani biolog. - To nic takiego (śmiech). Już czwarty dzień nic nie jem. Nie widać? Czuję się doskonale!
Cały czas stara się podkreślić, że nie przywiodły jej tutaj jakieś tam czary-mary. Trafił swój na swego: naukowiec na lekarza.
- W tym czasie, kiedy pierwszy raz przyszłam do pani Ewy Miącz, ciągle jakaś nostalgia mnie ogarniała. Z nikim nie mogłam rozmawiać, bo zaraz płakałam. Po 4 miesiącach zaleconej przez nią diety - na jarzynach, surówkach, bez mięsa - zrobił się ze mnie świergolatek. Wygasł mój apetyt, który wcześniej był szalony (kotlet; mało jeden - dwa; mało dwa - trzy i tak dalej). Wszyscy mi mówili: "O, padniesz, padniesz, osłabniesz". A było odwrotnie: poczułam się silna. Tylko wcale nie chudłam. Pani Ewa w końcu powiedziała: "Waga jest za duża. Musi pani przejść na głodówkę". Dlatego tu przyjechałam. Przyznam szczerze, że potwornie się tej głodówki bałam. Nie wyobrażałam sobie, jak ja to wytrzymam. No bo w domu - od razu omdlenia. I co się stało? Nogi kiedyś miałam obrzęknięte, a teraz w pęcinach są naprawdę wzorowe. I na spacerach podchodzę pod każde wzniesienie.

 Jestem Genowefa. Mam 60 lat. Chorowałam całe życie...


Chodzenie boso po śniegu można polubić. To świetny sposób na zahartowanie się. Na zdjęciu Ewa Miącz.
Genowefa jest pupilką grupy. Wystarczy, że otworzy buzię, a już wszyscy się śmieją.
- Głoduję dopiero 9 dzień, a byłam obraz nędzy i rozpaczy (śmiech, zupełnie jak w sitcomie). Od listopada ubiegłego roku miałam wysoką temperaturę i silny ból w stawach. Codziennie. 
Wzięła oddech, odsunęła się trochę, żeby móc lepiej pokazywać, co się z nią działo.
- Przez 2 tygodnie leżałam w domu, później trzy tygodnie w szpitalu. Potem mnie operowali. To znowu kolano mi spuchło. Miałam punkcję. Trochę w domu byłam i znów w szpitalu. Przy prześwietleniu wyszło, że mam raka. A to nie rak. I tak dalej: uczulenie, zastrzyki, gorączka... 
Historia choroby jest długa. Kobieta opowiada ją tak barwnie, że wszyscy pękają ze śmiechu.
Genowefa mieszka pod Lublinem. Od Ewy Miącz dowiedziała się, że w jej domu złamane zostały chyba wszystkie zasady Feng Shui i radiestezji: łóżko na skrzyżowaniu żył wodnych, pokój w bluszczach. Na dodatek nad wezgłowiem jej łóżka Matka Boska Bolesna, a nad łóżkiem męża - Jezus w koronie cierniowej. I mieli, co chcieli: ciernie i boleści.
Nękał ją coraz większy ból w stawach. Nie mogła już chodzić. Dostawała maści do smarowania, ale po tygodniu stosowania znowu było źle. Ewa Miącz uznała, że przyczyny dolegliwości należy szukać nie w stawach, ale w złej diecie. Dlatego zaordynowała głodówkę. (Genowefa przyznaje: "Ja nie jadłam, tylko żarłam. Ogromne ilości i szybko: ciach, ciach, ciach, na pół, na ćwierć i myk, myk.") Organizm oczyszczał się dość burzliwie.
- Walczyłyśmy o życie - mówi Ewa Miącz. - Było wiele sygnałów świadczących o skrajnym wyczerpaniu sił życiowych. Zasadniczą walkę wygrałyśmy. Wróciła sprawność kolan. I to, co najbardziej jest teraz istotne, to brzuch, jelita i drogi rodne, a nie stawy, które były pretekstem do przyjazdu.

Robimy Genowefie zdjęcia

- Jeszcze w życiu nikt mi tylu zdjęć nie robił! No, chyba że rentgenowskich - mówi ze śmiechem. Nazywam się Ewa. Przyjechałam tu z rozpoznaniem: rak piersi Ewa wytatuowała sobie kiedyś kreski pod oczami i na powiekach, żeby na zawsze już była odstawiona jak należy. Ciekawe, kiedy jej zżółkła cera. I od czego: od solarium czy od raka?
- Mój dzidziuś (trzy latka ma) tak się mocno przytulił do piersi, że zabolało. Za dwa dni zrobiłam badania i wyszło, że to nowotwór złośliwy, nieoperacyjny. Co mnie może czekać? Chemia? Lampy? A potem własne dziecko mnie nie rozpozna. Nie wierzę lekarzom. No bo co oni mi proponują? Leczyć nieuleczalne? 
O dr Miącz przeczytała w gazecie. Zadzwoniła do niej i usłyszała: "Chcesz żyć? Przyjeżdżaj!" Nie wierzyła już nikomu, ale wsiadła w pociąg i przyjechała. "Nie jedzą, a żyją i jeszcze się śmieją?" - pomyślała zdumiona. W Nałęczowie okazało się, że rak piersi to pryszcz w porównaniu z tym, co ma w jelitach, nerkach i wątrobie. Jak jej się terapeutka dobrała do receptorów, to z bólu się popłakała. USG wykazywało, że wszystko jest w normie, a tu wszystko było źle. "To nie wiedzieli tego ci, co się tyle lat uczą?" - w Ewie miesza się rozgoryczenie i poczucie przegranej. Ale także podejrzliwość. Nie chce wyjść na pierwszą naiwną. Ciągle o coś pyta. Chce żyć. Ma czworo dzieci. Następnego dnia zaczyna głodówkę, razem z innymi będzie piła mocz. 
Nie ona jedna ma raka. Stanisław jest już po chemii i po operacji. Teresa wie o nowotworze z USG, ale nie chce się dać pokroić. 
- Moim zdaniem, Ewa powinna z tego wyjść - mówi dr Miącz - trzeba tylko cierpliwości. Uczestniczenie w życiu kuracjuszy sprawia mi, dziennikarce, pewną trudność. W planie dnia brakuje trzech pozycji: śniadanie, obiad, kolacja. W końcu jednak idę jeść, ale tak jakoś ukradkiem, żeby nikomu nie sprawić przykrości.
Zamiast śniadania jest gimnastyka. Ćwiczenia są proste: opukuje się palcami głowę, naciąga włosy, naciera uszy, uciska szczęki, masuje się ramiona, ręce, uda, łydki, stuka się piętą o podłogę. To rozgrzewa. Kuracjusze idą na dwór i boso chodzą po śniegu. Wracają rozbudzeni, roześmiani. Chowają się w pokojach. Kto na lewatywę - znika w łazience, kto na masaż - idzie do gabinetu. Potem niektórzy kładą się do łóżek. Koło południa może wybiorą się na spacer. A wieczorem znów będą o sobie opowiadać: 
"Jestem rolniczką, korzystałam z wielu szpitali, od 1992 roku mam na nogach otwarte rany..." 
"Moja córka Paulinka nie ma czucia od pasa w dół..."
"Przyjechałam tu 3 dni temu, lekarze kazali mi się już pożegnać z dziećmi..."

Żródło TU


niedziela, 17 marca 2013

To co najprostsze jest najgenialniejsze - wywiad z dr Ewą Hankiewicz


Mój organizm nie boi się niczego

To co najprostsze jest najgenialniejsze  - mówi doktor -  neurolog i witarianka Ewa Hankiewicz.

Poniżej prezentujemy wywiad z panią doktor, który okazał się być monologiem. 

 

Studia medyczne wybrałam z powołania - chciałam pomagać ludziom. Byłam gorliwą studentką. Nawet egzamin z neurologii zdałam na celujący, chociaż rzadko stawiano takie stopnie. Tak więc, nie przypadkiem, zostałam neurologiem. Już wówczas zaczęłam studiować leki bardziej pod kątem ich działań ubocznych niż leczniczych i swoim pacjentom starałam się dobierać leki właśnie pod kątem ich najmniejszej szkodliwości. Starałam się też zlecać więcej zabiegów niż leków.

W swojej specjalizacji neurologicznej spotykałam się z chorobami, w stosunku do których konwencjonalna medycyna jest całkowicie bezradna: stwardnienie rozsiane,  Parkinsonizm, guzy mózgu, choroba Alzheimera, zresztą dotyczy to również "zwykłych" korzonków, czy migren. Sama cierpiałam na uporczywe migreny przez kilkanaście lat. Już jako neurolog codziennie brałam pyralginę w zastrzykach, aby pozbyć się bólów głowy. Wtedy właśnie nie mogąc pomóc ani sobie, ani wielu moim pacjentom, zaczęłam zastanawiać się nad tym, że tu chyba jest coś nie tak.

Od dziecka byłam bardzo chorowita: przeszłam wiele chorób, miałam duże zmiany w kręgosłupie, a w wieku 20 lat pozbawiono mnie pęcherzyka żółciowego,  miałam tam ze 140 złogów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stosując odpowiednią dietę, można w kilka dni złogi te wyczyścić, zachowując pęcherzyk. Na egzaminie praktycznym z chirurgii na pytanie: czy złogi w pęcherzyku są zagrożeniem, prawidłowa odpowiedź miała brzmieć: tak, jest to stan przedrakowy i jedynym rozwiązaniem jest wycięcie pęcherzyka. Tak więc, gdy stwierdzono u mnie kamienie, biorąc pod uwagę wiedzę, którą zdobyłam na studiach, posłusznie poszłam na operację. 

Myślę, że właśnie od tego czasu zaczęły się moje poważne problemy zdrowotne. Miałam bóle głowy, chory kręgosłup, miałam paradentozę, problemy z układem trawiennym. Sama będąc chorą i na co dzień lecząc ludzi przykutych do łóżka z powodu chorób neurologicznych, widziałam swoją wielką bezradność. I znowu zapaliła się czerwona lampka - że coś tu nie tak. 

Punktem zwrotnym w moim życiu, nie tylko rodzinnym, ale także zawodowym, była choroba i śmierć mojego brata, który umarł z powodu chłoniaka złośliwego. W tym czasie interesowałam się już medycyną alternatywną. Nie zdążyłam jednak pomóc bratu. Wcześniej, nawet niż sam nowotwór, zabiła go chemia, którą go leczono. Zabiła go tak szybko, że nawet nie zdążyłam zastosować urynoterapii, o której czytałam. Wpadłam w depresję. Byłam w tym czasie przed egzaminem specjalizacyjnym właśnie z neurologii, gdy wpadła mi w ręce książka Mai Błaszczyszyn "Dieta życia". Przeczytałam ją jednym tchem, a następnego dnia zaczęłam  już stosować. I o dziwo - jedząc głównie surowe warzywa i owoce w przeciągu dość krótkiego czasu stanęłam na nogi. Zdałam egzamin i wróciła mi chęć do życia. Pozbyłam się większości moich chorób. Przez pół roku leczyłam się tą dietą, ale gdy poczułam się dość dobrze, powróciłam do tak zwanej "normalnej" diety. Dolegliwości odzywały się od czasu do czasu . Ale nie były, aż tak jak wcześniej, dokuczliwe. Nie zastanawiałam się jeszcze wtedy nad wpływem diety na zdrowie. Urodziłam dziecko, no i problemy zaczęły się od nowa: krwotoki, szpital, śmierć kliniczna, operacja po operacji, no i diagnoza - wyrok: brak szans na wyleczenie. Wtedy przypomniałam sobie o poście i urynoterapii.  Przypomniałam sobie o nich, gdy po dłuższym niejedzeniu po operacji, podano mi pierwszy posiłek. Zażyczyłam sobie, aby przyniesiono mi z domu ryż z marchewką. Myślałam wówczas, że jest to jedzenie, w tym momencie dla mnie, najzdrowsze pod słońcem. No i zaczęło się znowu - gorączka, krwotok, powrót wszystkiego. Moi koledzy po fachu rozłożyli ręce - byli bezradni. Wówczas pomyślałam: skoro zjadłam i jest tak źle, to nie należy jeść. Po pięciu tygodniach postu wstałam z łóżka całkiem zdrowa. Wróciłam do pracy. Wówczas okazało się, że mój ojciec jest chory na nowotwór. Nie chciał uwierzyć w moje "naturalne metody" i za pół roku zmarł. A ja jak przystało na "ozdrowieńca" kupiłam sobie wołowinę, o której nauczono mnie, że jest zdrowsza niż wieprzowina. Tak do końca to wiedziałam już wtedy i nie wiedziałam. Doceniłam post jako leczenie, ponieważ dwukrotnie uratował mi życie, ale jakoś codziennego zdrowego żywienia nie potrafiłam jeszcze wtedy rozpoznać i docenić. Zresztą niewiele o nim wiedziałam. Moje informacje były fragmentaryczne.

Wróciły znów obowiązki i mój poprzedni sposób życia. Zrozumiałam, że nie wystarczy raz wysprzątać organizmu - zastosować przez pół roku głodówki leczniczej. Trzeba dalej dbać i pielęgnować go codziennie. Trudno żyć z brakiem kilku narządów i kupą leków, które w swoim krótkim życiu zdążyłam już łyknąć. Trapiły mnie znów różne dolegliwości. Nie mogłam przecież pozostać na całe życie na poście urynowym. Czułam, że muszę coś robić, aby się ratować. Na medycynę szpitalną przestałam już liczyć. Co najwyżej, miała mi do zaproponowania wycięcie jeszcze jednego potrzebnego narządu, lub nowe leki, które wprawdzie coś tam pomagały, ale też i rujnowały resztki mojego zdrowia. 

Wtedy dopiero świadomie zaczęłam eksperymentować z dietą. Eliminowałam pokarmy, co do których miałam wątpliwości, że mi szkodzą. Jako pierwsze wyeliminowałam mięso. Później inspirowana książką hinduskiego lekarza "Mleko cichy morderca" wyeliminowałam mleko i wszelkie wyroby z mleka. Wtedy też uświadomiłam sobie, że to właśnie jadanie nabiału, który był kiedyś podstawą mojej diety,  doprowadziło moje zdrowie do takiego stanu. Pierwsza moja tak zwana zdrowa dieta, którą przyjęłam, zawierała gotowane produkty, zdrowe razowe pieczywo, rośliny strączkowe. Ale dalej czułam, że to nie tak. Z pieczywem było mi się najtrudniej rozstać. Wtedy włączył się mój naturalny "pilot". Zaczęłam myśleć intuicyjnie, wracać do natury. Odkryłam, że to co najprostsze jest najgenialniejsze, dlatego trudne do zrozumienia. To wówczas, któregoś dnia, kupiłam swój ostatni bochenek chleba. Wtedy jeszcze z przerażeniem myślałam, jak to będzie, gdy pieczywo zniknie z mojego życia. No i nie ma pieczywa. W ostatniej kolejności wyeliminowałam produkty strączkowe. Długo wydawało mi się, że trzeba je jeść, ze względu na dużą ilość białka. Ale z biegiem czasu i moich przemyśleń, wnikliwego obserwowania siebie, w mojej diecie pozostały tylko świeże owoce i warzywa. Dobrze się czuję, gdy jem, nie mieszając, jeden gatunek warzyw lub owoców przez dłuższy czas.

Jak się ma, na przykład, moje 2 kilogramy gruszek, które zjadam w ciągu dnia i tryskam energią, do konwencjonalnego obiadu? Doszłam więc po latach obserwacji i praktyki do swojej optymalnej diety, o której myślę też, że jest optymalną dietą dla wszystkich. Jesteśmy jako gatunek owocożerni, nawet nie warzywożerni, a na pewno nie wszystkożerni. 

  

Dzisiaj przyszła do mnie moja pacjentka, która od tygodnia jest na owocowo-warzywnej surowej diecie. Powiedziała mi, że przestały jej marznąć i cierpnąć ręce i nogi. Ci, którzy wcześniej rozcierali jej marznące ręce, teraz bardziej marzną od niej. Jej jest gorąco. Inna moja pacjentka, która od wielu lat w ogóle nie jadła surowizn, bo lekarz kiedyś powiedział jej, że szkodzą jej zdrowiu, przyszła po raz pierwszy do mnie w pięciu swetrach trzęsąc się z zimna. No więc jak jest z tym wychładzaniem? Gdy pacjentka ta przeszła na surową dietę, natychmiast poprawił się jej stan zdrowia i zdjęła z siebie kilka swetrów.
Pożegnajmy się więc z pierwszym mitem, że surowa dieta wychładza organizm. I, że zimą powinniśmy jeść gorące kasze, zupy, a owoce i warzywa zostawić na upalne lato.

Nie surowizny, lecz nabiał wychładzają organizm. Energia jest w surowym jedzeniu. Jabłko pięknie grzeje, banan może trochę mniej, ale wcale nie wychładza. Powinniśmy jeść to co u nas rośnie. Ale nawet banan w porównaniu ze zwykłym  chlebem jest jak nektar bogów - zdrowy i bezpieczny. Patrząc na gotowane pożywienie rozgrzeszyłam nawet cytrusy. Uważam, że późne owoce - jabłka i gruszki są doskonałym pokarmem na zimę. Są w stanie nas tak wspaniale ogrzać i dać nam tyle energii potrzebnej na przetrwanie zimy. Późna gruszka nie zmarznie nawet na mrozie. Orzechy są również doskonałą spiżarnią na zimę. Energia jest w surowym jedzeniu. Może i gotowanie dodaje jakiegoś rodzaju energii do pożywienia. Ale jaki jest sens, aby jedną energię zabijać, po to aby dać jakąś drugą. 

  


Je się wtedy gdy człowiek jest głodny. Aby się "dobrze" odżywiać wystarczy jeść, gdy się jest głodnym. Zauważyłam, że teraz, gdy jem owoce, zawsze mam umiar, wiem kiedy skończyć. Organizm jest syty i daje mi sygnał. Kiedyś, gdy podjadałam pożywienie przetworzone i wymieszane, trudno mi było uchwycić naturalnie tą granicę. Dopiero wypchany żołądek mówił: stop. 

  

Powtarzam zawsze moim pacjentom: surowe dożywia, wszystko inne zaśmieca organizm i że jedynym pożywieniem, które daje energię i zdrowie są surowe owoce, warzywa i orzechy. Pozwalam także, od czasu do czasu, na olej tłoczony na zimno i na złamanie diety gotowanym pożywieniem. Wielu pacjentów, nie rozumiejąc, że na ich dolegliwości, pomóc może jedynie odpowiednie żywienie, a nie jakieś specjalne zapisane przeze mnie leczenie, opóźnia czas przechodzenia na dietę. Rozumiem ich, bo ja także bardzo powoli zmieniałam swoje żywieniowe przyzwyczajenia, nie doceniając wielokrotnie roli żywienia w leczeniu. Często pacjent odchodzi ode mnie i idzie do lekarza, który nie wymaga tak wiele i po prostu zapisuje tabletki. Ci pacjenci, którzy jednak spróbują, widzą już po kilku dniach efekty tej diety.

Niektórzy uważają, że powoli należy zmieniać dietę, aby nie był to szok dla organizmu. Ja uważam, że można to zrobić od zaraz. Jest to tylko kwestia gotowości naszego umysłu i porzucenia naszych przyzwyczajeń. 

  


Pacjenci pytają: to pani doktor na diecie? A ja im odpowiadam: ja po prostu zdrowo jem. Im bardziej jestem zdrowa, to tym bardziej chce mi się zdrowo jeść. Leczyłam ludzi, którzy sobie nie wyobrażali życia bez kawy i bez papierosów. W miarę ilości wypijanego soku z marchwi, zmienia się ilość wypalanych papierosów. Sposób bycia także. Zauważyła to studentka, pisząca pracę magisterską, która przyszła do mnie z prośbą o podanie adresów osób będących na diecie owocowo-warzywnej. Wszyscy jej rozmówcy okazali się być rozmowni, przychylni, tryskający energią, zadowoleni z życia. Nie marudzili - tak jak spodziewała się tego - że katują się dietą, poszczą. Szczególnie szczęśliwa była kobieta chora na cukrzycę, której lekarze zabronili jeść jej ulubione winogrona, a nakazali jadać wędliny, sery i inne rzeczy, których nie znosiła. Teraz objada się swoimi ukochanymi winogronami i czuje się bardzo dobrze. 

  


Co na to wszystko środowisko lekarskie? Umierałam w łomżyńskim szpitalu. Według tamtejszych lekarzy nie powinnam już żyć. Gdy pod wpływem własnych przeżyć i zmagań z trapiącymi mnie chorobami, odeszłam już tak daleko od konwencjonalnego widzenia choroby, jej skutków i leczenia, że ciężko byłoby mi wrócić do konwencjonalnej placówki zdrowia, otworzyłam własny gabinet. Trafiali do mnie beznadziejnie chorzy pacjenci, na których medycyna oficjalna postawiła już krzyżyk. Powrót do zdrowia tych ludzi uznano oficjalnie za cudowne ozdrowienie. Chociaż żadnego cudu tu nie było. Niekiedy moi znajomi lekarze podsyłali mi pacjentów, z którymi nie wiedziano co zrobić. Najczęściej takich, gdy operacja się udała, a pacjent nie zdrowieje. 

  

Przeszłam długą szkołę. Jeśli jako młoda lekarka neurolog ze świeżo zdaną specjalizacją na pięć, musiałam sobie codziennie wstrzykiwać pyralginę, aby przeżyć dzień bez bólu, to kiedy ja powinnam dostać tą piątkę - teraz gdy sama nie mam już żadnych dolegliwości i leczę dwudziestoletnie migreny u pacjentów w ciągu tygodnia lub miesiąca, czy wtedy gdy sama faszerowałam się lekami, nie szczędząc ich również swoim pacjentom? Jeśli kiedyś komuś przyjdzie do głowy, aby odebrać mi mój lekarski dyplom, zarzucając mi, że nie leczę pacjentów według oficjalnej wiedzy medycznej, to ja zapytam, jak medycyna poradziła sobie ze stwardnieniem rozsianym, nowotworami, Parkinsonem i tak dalej.

Dlaczego na studiach medycznych nie nauczono mnie, że na stopach są punkty refleksyjne, nie było zajęć na temat diety, dlaczego nie powiedziano mi, że pijąc olej z cytryną mogę pozbyć się kamieni, tylko wycięto mi mój pęcherzyk żółciowy? W porównaniu z kilkukrotnie większą ilością kamieni, które w ten sposób usuwam pacjentom, moje 140 dla tej mikstury, nie byłoby problemem. Dlaczego na zajęciach z fizjologii nauczono mnie, że w trzecim roku życia tracimy enzymy do trawienia mleka, ale już nikt później z tego nie wyciągnął wniosków. I dotąd nie wyciąga. 

  


Powstaje coraz więcej literatury naukowej na ten temat. Nie jest ona zlecana i finansowana przez rządy, ale powstaje dzięki lekarzom, czy naukowcom, którym w życiu przydarzyła się podobna historia do mojej. Albo, oni sami byli ciężko chorzy, lub ktoś z ich bliskiej rodziny stał na pograniczu życia i śmierci. Wówczas, bazując na oficjalnej wiedzy, którą sami przez lata uprawiali, a która w takim momencie nie miała im już nic do zaproponowania, skazywała ich na śmierć, zwracali się ku diecie czy, niekonwencjonalnemu leczeniu. Doktor John Tilden, dr Simonton, doktor Sharma, i wiele wiele innych. 

  

Nawet te moje ciotki, które kiedyś nie mogły ścierpieć tego, że nie poczęstuję się szyneczką i bigosem, teraz gdy przyjeżdżam podają mi surówki, a i same już też tylko od czasu do czasu jadają mięso. Czują się znacznie lepiej i zawsze, gdy przyjeżdżam nadstawiają uszy na to "nowe". Myślę więc, że to już czas, aby zacząć mówić publicznie o zdrowej diecie. Bo te rzadkie zalecenia na ten temat, które dostają pacjenci, są zbyt fragmentaryczne. Gdy chory na wątrobę dostaje zalecenie, aby nie jeść smażonego, wówczas  i tak, nie wiedząc o tym, je inne rzeczy, które mu równie szkodzą. Najczęściej jednak - o zgrozo - lekarze zabraniają jeść surowizny.

Wielu pacjentów chciałoby się zdrowo odżywiać, ale mają tak mylne pojęcie, co do zdrowej diety, przypadkowo wybudowane na podstawie reklam i artykułów w prasie kobiecej, że często robiąc to szkodzą własnemu zdrowiu. Ja sama w pewnym czasie zjadałam 2 duże jogurty z płatkami razowymi, a wraz ze mną każdy członek rodziny musiał to zrobić. Wydajemy nasze pieniądze na wiele rzeczy, co do których mamy mylne pojęcia. Myślimy, że nam pomagają, a one nam szkodzą. Każdy może robić ze swoim zdrowiem co chce. Ale powinien wiedzieć, że na przykład sok w kartonie nie ma żadnej wartości odżywczej, a niekiedy z powodu nadmiaru dodatków chemicznych, może nawet zaszkodzić. I nie jest to ten sam produkt, co sok wyciśnięty w domu w sokowirówce. 

  

Zanieczyszczenia warzyw i owoców chemią rolną: azotynami, pestycydami itd. są dużym problemem. Warzywa, w których jest skumulowanych dużo tych środków, są niewątpliwie szkodliwe dla naszego zdrowia, ale... w przeciętnej marchewce - jak wykazują badania - jest 150 razy mniej pestycydów, niż w tej samej ilości mleka, czy mięsa. Przecież zwierzęta również karmione są skażonymi chemią rolną płodami i kumulują te substancje w swoich organizmach lub wydalają właśnie z mlekiem. Skoro nie możemy wyeliminować tak powszechnej chemii z naszej żywości to możemy pocieszyć się tym, że jadanie warzyw, czy owoców z tymi "dodatkami", jest bardziej bezpieczne, niż picie mleka, czy jadanie mięsa. Warzywa bowiem, zawierają również cenny błonnik, który częściowo neutralizuje działanie tych środków.
Gdybyśmy nawet wypili 5 litrów soku z marchwi, to nie przedawkujemy niczego. Bowiem nasz organizm wie co z tym zrobić. Zrobi sobie zapasy, lub po prostu wydali nadmiar niektórych składników. Gorzej jest ze sztucznymi witaminami. Najnowsze badania pokazały, że organizm nie radzi sobie z wydaleniem nadmiaru nawet syntetycznej witaminy C, a więc łykanie pastylek, nawet z dotychczas uważaną za "niewinną" witaminą C, nie jest całkiem bezkarne. Może wywoływać uszkodzenia wątroby i innych organów wewnętrznych.
Inną sprawą jest, że niekiedy jakiś rodzaj pokarmu - jak wykazują badania analityczne tego pokarmu - bogaty jest w potrzebny nam składnik, na przykład mleko bogate jest w wapń. Tylko, problem w tym, że nasz organizm nie może tego wapnia w żaden sposób wykorzystać. Aby przyswoić wapń, potrzebny jest odpowiedni stosunek wapnia do fosforu, a takiego nie ma w mleku. Te proporcje są natomiast idealne w orzechach, owocach i warzywach. Z wapnia zawartego w mleku mogą powstać, co najwyżej, złogi w nerkach, drogach żółciowych i w stawach. A więc, mleko nie tylko nie dostarcza wapnia do naszego organizmu, ale na dodatek powoduje jeszcze zabieranie odłożonego już wapnia z kości. Stąd w społeczeństwach, w których pija się dużo mleka i jada sery itp., statystycznie występuje największe zagrożenie osteoporozą. Aby to stwierdzić, wystarczy spojrzeć na statystykę chorób. Niestety, u nas cały czas pokutuje mit, że picie mleka wpływa korzystnie na bilans wapnia w organizmie i pacjentom z osteoporozą zaleca się picie mleka. A tak w ogóle, to mleko jest dobrym pokarmem tylko dla ssaków w początkowym okresie ich życia. Później zanikają u nas enzymy do jego trawienia.

Drugi mit, na którym bazuje tzw: nowoczesna dietetyka, a który również wiąże się z mlekiem i z mięsem mówi, że do życia potrzeba nam dużych ilości białka. Tymczasem nasz organizm permanentnie otrzymuje za dużo białka, które później pracowicie musi usuwać. My chorujemy z powodu nadmiaru białka. Na rozkładanie cząsteczek białka, aby go usunąć, tracimy zbyt wiele energii i zbyt obciążamy tym organizm. Przychodzą do mnie matki z dziesięciolatkami z objawami braku energii życiowej. Słodycze, mięso i tylko gotowane - taka jest ich dieta. Sumując: to, że jakaś substancja obecna jest w pokarmie, nie znaczy jeszcze, że będzie nam ona przydatna. Podobnie rzecz się ma z truciznami w żywności. Zdrowy, nie zatruwany niewłaściwym pokarmem organizm, z prawidłową florą bakteryjną w jelitach, ma wiele różnych mechanizmów blokujących przyswajanie trucizn, a także sposobów na ich wydalanie. Błonnik, którego jest dużo w surowej diecie, ma wspaniałe zdolności wiązania trucizn i wyrzucania ich z organizmu. Zdrowy, dobrze odżywiony organizm nie musi bać się bakterii, wirusów, pleśni, toksyn. Przychodzą do mnie pacjenci, z ranami, których sami brzydzą się dotykać. Kiedyś łapałam wszystkie grypy, anginy, a teraz mój organizm nie boi się niczego. 

  


Jeśli już musimy smarować chleb to nie kupujmy margaryn. Najlepiej stosować olej tłoczony na zimno. Jest on najmniej skażony szkodliwymi dodatkami. Produkowany w temperaturze nie niszczącej bioelementów jest najzdrowszy. Natomiast ten tzw.: "normalny" przetworzony olej jest wielkim wyzwaniem dla naszego systemu trawiennego, zaśmieca organizm, który nie umie trawić, zmodyfikowanych przez produkcję, związków tłuszczowych. 

  

Popularne leki, przepisywane na przeziębienia i grypy, leczą jedynie objawy tych chorób. Usuwając objawy, przeszkadzają w ten sposób i zamykają organizmowi możliwości samoleczenia. Na przykład: większość popularnych leków zbija temperaturę, a zbijanie nawet niezbyt wysokiej temperatury powoduje blokowanie organizmowi możliwości samoleczenia. Nasze komórki żerne, oczyszczające organizm, są aktywne dopiero w 39,5 stopniach. Jeśli zbijemy temperaturę, wówczas choroba ciągnie się i ciągnie, bo organizm nie może wyzbyć się wyprodukowanych toksyn. Gdy używamy leki przeciw katarowi - popularne krople do nosa, zamykamy następną drogę oczyszczania się organizmu z toksyn: poprzez wyrzucanie kataru.
Leczę obecnie pacjentkę, której wycięto migdałki, czyli zamknięto organizmowi drogę do samoczynnego wydalania toksyn. Później miała rzut reumatyzmu, czyli odezwały się te toksyny, które nie miały ujścia, a organizm gromadził je w stawach. Leczono ją antybiotykami i sterydami - lekami hormonalnymi. Za dwa lata zjawił się nowotwór jamy brzusznej - czyli znowu, te toksyny, którym uniemożliwiano w kolejnych etapach "leczenia" wydalenie się, powodowały coraz cięższe choroby. Inną moją pacjentkę, jakiś czas temu, ktoś wyleczył z trądziku, również antybiotykami i sterydami. A przecież trądzik to nic innego jak właśnie wyrzucanie przez organizm toksyn przez skórę. Teraz, pacjentka ta, mimo młodego wieku, ma nowotwór wątroby. Powtarzam: nasza medycyna, lecząc na ogół objawy, zamyka drogę oczyszczania się organizmu z toksyn, dlatego z jednej choroby popadamy w inną. I jeszcze na dodatek, do głowy nam nie przyjdzie, aby powiązać razem, często odległe w czasie choroby. Cieszymy się ze zwycięstwa medycyny nad daną chorobą, a gdy nadchodzi następna, to od nowa z pełnym zaufaniem znowu poddajemy się leczeniu. Koło się toczy.
Dlaczego? Dlatego, że współczesna medycyna ma wiele aspektów. Między innymi ekonomiczny. 

  
  
wywiad, który okazał się monologiem spisała: Agnieszka Olędzka



środa, 13 marca 2013

Zrozumieć swoje miejsce na ziemi...

" Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby"*
-Hipokrates


Z doktor Czesławą Kamińską-Komańską - leczącą naturalnymi metodami witarianką - rozmawia Agnieszka Olędzka 


Pani doktor zajmuje się naturalnym leczeniem od lat. Opracowała własne metody diagnozowania pacjentów posługując się analizą mineralną włosów. Jako środki lecznicze zaleca odpowiednio skomponowaną zdrową dietę, a w przypadku niedomagań organizmu stosuje dobrane przez siebie lecznicze mieszanki z ziół.

Uważa, że żołądek nie jest śmietnikiem do którego można wrzucić wszystko, a także, że najważniejsza jest równowaga w organizmie. Można ją osiągnąć i utrzymać poprzez stosowanie właściwie dobranych przypraw i ziół. 

Za najzdrowszy pokarm uważa surowe owoce i warzywa. Temperatura niszczy wiele potrzebnych witamin i minerałów, białka podlegają denaturacji i nie są już dostępne dla organizmu. Dlatego należy jeść "żywy" pokarm, a nie "martwy", no i pamiętać o przyprawach.
W swoim osobistym rozwoju zatrzymała się na witarianizmie. 
Żartując - ale jest w tym wielka "dawka" prawdy mówi - żeby uważać, aby nie paść ofiarą błędu drukarskiego i autorytetu.

- Jak to się stało, że Pani - specjalista anestezjolog, zaczęła interesować się dietą i naturalnymi metodami leczenia? 

- Zaczęło się - jak to pewnie zwykle bywa - od osobistych kłopotów ze zdrowiem. Zaczęłam odczuwać bóle wątroby, budziłam się w nocy i wiedziałam, gdzie mam pęcherzyk żółciowy. Wtedy to, bojąc się operacji, zaczęłam szukać innych metod. Zaczęłam od ziół i od ustawienia sobie diety eliminującej niektóre pokarmy. Ale, obserwując pacjentów, którzy byli bardziej niż ja zaawansowani w tego typu chorobach, miałam pewne wątpliwości co do powodzenia leczenia. Zobaczyłam, że pacjenci poprzez eliminację z diety kolejnych produktów, dochodzili nie do wyleczenia, ale do takiej sytuacji, że nawet po zjedzeniu suchej bułki miewali napady kolki wątrobowej. Zrozumiałam, że mój los przedstawia się marnie i lepiej będzie poszukać innych dróg. Zaczęłam od czytania literatury na temat leczenia ziołami. Piłam zioła. Wyeliminowałam wówczas ze swojej diety mięso, gdyż zauważyłam, że właśnie ono najbardziej obciąża mój przewód pokarmowy. Zaczęłam jadać coraz więcej surowych warzyw i owoców wbrew obiegowym "prawdom", że szkodzą one w przypadku niedomagania wątroby. Powoli zmieniałam dietę i zdrowiałam.

- I tak doszła Pani do witarianizmu... 

- Ta dieta mi bardzo służy. Człowiek ewolucyjnie jest przecież owocożerny. Nasz przewód pokarmowy najbardziej zbliżony jest anatomicznie do przewodu pokarmowego małp owocożernych. Jest zaprogramowany na odżywianie się owocami. Stało się jednak tak, że w odległych dziejowo czasach, ludzie rozpoczęli swój exodus z miejsc ciepłych, dających owocowe pożywienie przez cały rok, do miejsc chłodnych, takich jak na przykład nasza Europa, gdzie owoce występują tylko przez pewną część roku. Gdy zabrakło owoców, człowiek zaczął przystosowywać inne dostępne mu produkty. Ale, tak naprawdę, dopiero zdobycie umiejętności korzystania z ognia pozwoliło ludziom na korzystanie z innych pokarmów, które wcześniej na surowo były niejadalne. I tak człowiek zaczął odżywiać się niezgodnie ze swoim gatunkiem.
Należy uczyć się od Natury. Zwierzęta przebywające na wolności jedzą zawsze zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie mieszają pokarmów, na ogół jedzą monotematycznie - cały czas ten sam rodzaj pokarmu i nie martwią się o niedobory żywieniowe, jedzą wcale nie tak dużo w porównaniu ze swoją wagą ciała i nie tak często i regularnie. Jedzą intuicyjnie wybierając taki pokarm, jaki przygotowała dla nich Matka-Natura. Człowiek jedzący zdrowy pokarm, nie mieszający zbytnio składników również po pewnym czasie nabiera intuicji, co jadać, aby organizm funkcjonował w zdrowiu.

- Który z czynników mających wpływ na nasze zdrowie uważa Pani za ważny? 

- Hipokrates powiedział: pokarm jest również lekarstwem. Ale może być także trucizną. Niektóre pokarmy mają zdolność unieczynniania pewnych enzymów trawiennych i po zjedzeniu źle skomponowanego posiłku przewód pokarmowy nie może sobie poradzić ze strawieniem takiej mieszanki. Można zneutralizować te substancje dodając do potraw przypraw. Na przykład: jabłka, które są tak powszechnie zalecane, zawierają substancje unieczynniające enzymy trzustkowe, dlatego wiele osób, a szczególnie ci, którzy cierpią na dysfunkcje wątroby, mają po zjedzeniu jabłek wzdęcia i nieprzyjemne doznania. Dlatego też do tych owoców kuchnie z tradycjami, oparte na wieloletnich obserwacjach, dodają odpowiednich przypraw, w przypadku jabłek, na przykład goździków czy cynamonu.

- W pewnym momencie mojego życia nałogowo zaczęłam żuć goździki. Widocznie były one potrzebne do czegoś mojemu organizmowi...? 

- Do aktywacji enzymów trzustkowych. Często nie trzeba mieć znajomości ziół i ich działania na organizm. Sam organizm domaga się określonych przypraw.

- Przyprawy najczęściej dodajemy automatycznie, nie myślimy o tym, że mają jakieś określone funkcje do spełnienia w przewodzie pokarmowym. 

- Zioła przyprawowe mają właściwości lecznicze - ułatwiają przebieg procesów trawiennych. Aby ułatwić pracę przewodowi pokarmowemu należy znać pewne zasady: na przykład tę, że do potraw mącznych, makaronów, klusek, ryżu powinno się dodawać chociaż szczyptę gałki muszkatołowej. Potrawy te nie są wówczas już tak ciężkostrawne - trawienie ich przebiega znacznie lepiej. Mizeria, czy ogórki w innej postaci nie będą powodować wzdęć i nieprzyjemnych objawów, jeżeli przyjmiemy za regułę, że musi się przy nich znaleźć zielony koperek. Do ziemniaków także dobrze jest dodać koperku lub już przy gotowaniu czy pieczeniu można dodać nasion koperku lub kminku. Do kapusty także powinniśmy dodawać koper lub kminek. Do strączkowych - majeranek, kminek, hyzop, cząber, estragon.
Ważny jest także dobór pokarmów w jednym posiłku. Niewłaściwe połączenia pokarmów blokują wydzielanie się niezbędnych do procesu trawienia enzymów, na przykład: trzustkowych. Zbytnie pomieszanie różnorodnych pokarmów: białkowych, skrobiowych, owoców itd. w jednym posiłku powoduje "dezorientację" właśnie tych organów, które są odpowiedzialne za wydzielanie określonych substancji służących trawieniu. Wątroba nie mogąc ustalić, jakie pokarmy ma trawić, nie wydziela żadnych substancji. W efekcie bez jej udziału przewód pokarmowy nie może strawić danego pożywienia i usiłuje się go jak najprędzej pozbyć. Sygnalizuje to wzdęciem, które jest szczątkowym odruchem wymiotnym, który pozostał nam z niemowlęctwa. Wzdęcia właśnie są odruchem organizmu na zły zestaw pokarmów trafiający do żołądka lub na przejedzenie się. Dzieci po przejedzeniu się lub po złym zestawie posiłków naturalnie reagują wymiotami. Natomiast dorośli nie reagują wymiotami, ale ich szczątkową formą czyli wzdęciem. I ten sygnał należy odbierać właśnie jako ostrzeżenie przed złym zestawem pokarmów. Jeśli nie wystąpią wymioty to pokarm zaczyna fermentować lub trawiony jest niezgodnie ze swoim przeznaczeniem. W jelitach zasiedlają się inne rodzaje bakterii lub grzyby wspomagające trawienie, niekoniecznie korzystne dla całości procesu. Trawienie zaczyna przebiegać zupełnie nie tak jak powinno. Często też w efekcie niewłaściwego procesu trawienia powstają toksyny wydzielane przez bakterie lub grzyby. Toksyny zatruwają organizm i nie pozwalają na zagnieżdżenie się właściwej flory bakteryjnej. Procesy gnilne, które toczą się w jelitach nie służą organizmowi, tylko wynikają z potrzeb bakterii i grzybów, które się tam zasiedliły.

- Czy pieprz czarny i inne ostre przyprawy takie jak papryka, czosnek są dla wegetarian dobre? 

- Trzeba zawsze pamiętać, że żywność ma być dla nas lekarstwem, tak jak mawiał Hipokrates. W medycynie znana jest teoria dawki leczniczej i toksycznej. Ta sama substancja w małych ilościach może być dla organizmu niezbędna lub lecznicza, a w dużych dawkach toksyczna czy nawet śmiertelna. To samo dotyczy żywności. Pieprz i inne ostre przyprawy dobrze jest stosować - oczywiście z umiarem - w zimie, czy przy potrawach smażonych i ciężkostrawnych.

- Wiele osób, które przechodzą na wegetarianizm, obawiając się niedoborów białka, o których tak wiele się mówi, "zastępuje" mięso nabiałem. W efekcie zjadają duże ilości sera, jaj i mleka. 
- Mięsa po przejściu na jarstwo nie należy "zastępować" niczym. Białka jest wystarczająco dużo w naszej diecie. Jest ono przecież i w kaszach i w jarzynach i w każdym niemalże produkcie spożywczym.
Natomiast mleko i jego produkty nie są dla nas wskazane. Działają silnie kwasotwórczo przynosząc szkodę organizmowi w zakresie gospodarki wapniowo-magnezowej. Mleko jest ze wszystkich znanych produktów najbardziej śluzotwórczym produktem. Nie powinny go pić, przede wszystkim, dzieci alergiczne, chorzy na cukrzycę, astmę, czy mający kłopoty z jelitami. Zdrowe osoby powinny pamiętać, że organizm posiada zdolności kompensacyjne jednakże do pewnego czasu, później nie dając sobie rady, reaguje różnymi dysfunkcjami.
Człowiek powinien zrozumieć swoje miejsce na ziemi. Jest jednym ze ssaków zamieszkujących planetę i podlega tym samym prawom co inni przedstawiciele gatunku ssaków. Samice mają mleko dla swoich niemowląt, tylko do pewnego czasu. Gdy potomstwo zdolne jest już do odżywiania się pokarmem przeznaczonym przez Naturę na pokarm dla danego gatunku, wówczas samica traci mleko i niemowlę zaczyna odżywiać się zgodnie ze swoim zaprogramowanym kodem. Człowiek stanowi wyjątek. Pije mleko samic obcego gatunku i to nie tylko w czasie niemowlęctwa, ale przez całe życie. Jest to w pewnym sensie pogwałceniem praw Natury. 

- Utarło się już określenie: "zmęczenie wiosenne" za które lekarze winią niedobór witamin i minerałów spowodowany brakiem świeżych owoców i warzyw w czasie zimy, 

- Ja to oceniam inaczej. Większość osób, które jadają mięso, a także i wegetarianie, którzy jadają duże ilości nabiału, gdy przychodzi wiosna zaczynają zmieniać swój zwyczajowy jadłospis i zjadać duże ilości nowalijek. Na taką zmianę w odżywianiu organizm reaguje rozpoczęciem wiosennego procesu odtruwania się. W czasie tego procesu usuwane z tkanek toksyny uwalniają się do krwioobiegu. Aby proces przebiegał sprawnie i toksyny zostały wyrzucone, organizm musi dostarczyć wapnia i magnezu. Jeśli pierwiastki te nie są dostarczane w wystarczającej ilości z dietą, albo jeśli w diecie znajduje się także cukier lub nabiał, czyli "złodzieje" wapnia i magnezu, wówczas mogą wystąpić niedobory tych pierwiastków. Manifestuje się to właśnie zmęczeniem, ospałością. Są to jednak objawy związane z odtruwaniem się organizmu, a nie tak jak jest to obecnie interpretowane - "zmęczenie wiosenne".

- Wynika z tego, że wegetarianie czy weganie odżywiający się zdrowo nie powinni miewać wiosną takich objawów. 

- Oczywiście. Ja na przykład, pomimo swojego wieku i przebytych chorób, obecnie nie odczuwam żadnych tego typu objawów.
Spotykam się natomiast z dość częstym narzekaniem na złe samopoczucie, właśnie na wiosnę, pacjentów jadających mięso. Samopoczucie obniża się, gdy zaczynają oni jadać więcej jarzyn. Jest to dla organizmu moment na odtruwanie się, na zrzucenie toksyn, które nagromadziły się w tkance tłuszczowej czy w kościach - w tkankach magazynowych organizmu. Toksyny te zaczynają uwalniać się i następuje samozatrucie organizmu. Niekiedy trudno jest wytłumaczyć pacjentom, że objawy, które ich spotykają, nie są efektem niedoboru białka z powodu jedzenia mniejszej ilości mięsa, ale że są to objawy zatrucia własnymi toksynami.

- Które z dostępnych ziół możemy skubnąć sobie z lasu czy z łąki bez obawy, że nam zaszkodzą? 

- Dla dobrego samopoczucia można sobie na przykład, gdy kwitną stokrotki, skubnąć z łąki trochę kwiatków. W kwiatach stokrotki jest sporo litu, pierwiastka, który warunkuje w organizmie równowagę psychiczną. Jego niedobór może powodować różnego rodzaju niedomagania i choroby psychiczne. Tak więc stokrotki na pewno nam nie zaszkodzą. Można też podjeść kwiatu bzu czarnego, w przypadku przeziębienia czy innych dolegliwości ze strony układu oddechowego. Kwiatki bzu mają działanie wykrztuśne i moczopędne, pomocne są w oczyszczaniu się organizmu na wiosnę. Dobrze zrobią nam także chabry czyli modraczki rosnące w zbożu, które również mają właściwości lecznicze. Wspomagają samooczyszczanie się organizmu, a ze względu na niebieski barwnik, mają działanie odtruwające. Najwięcej jednak można zjeść kwiatu akacji, który jest pyszny w smaku. Ma dużo substancji śluzowych i łatwo przyswajalne cukry - ułatwia procesy trawienne, oczyszcza jelita. Jeśli ktoś poczuje się głodny na wycieczce w lesie może śmiało posilić się kwiatem akacji, albo potem w domu zrobić sobie ciasto z kwiatkami. Oczywiście wszystkie z tych ziół można suszyć na zimę i sporządzać z nich wspaniałe herbatki.

- Czy żucie gumy to bardzo zły nawyk? 

- Ciągłe żucie tego typu substancji jest bardzo niekorzystne dla organizmu, albowiem pobudza produkcję się śliny. A ślina powinna być produkowana tylko wtedy, gdy jest potrzebna do procesu trawienia. ¦lina powstająca podczas żucia zalewa żołądek i neutralizuje kwasy żołądkowe, pobudzając żołądek do ciągłej produkcji soków żołądkowych.

- Zajmuje się pani doktor diagnozowaniem na podstawie analizy pierwiastków. Czy fluor dodawany do past do zębów, a także fluorowanie dzieciom zębów w szkołach i przedszkolach są potrzebne? 

- Fluor jest potrzebny w organizmie, ale w bardzo niewielkich - śladowych ilościach. Obecnie w naszym środowisku jest go aż nadto. Jest obecny w nawozach sztucznych, a więc przenika do żywności uprawianej z udziałem tych nawozów, jest go także sporo w pewnych regionach kraju w wodzie pitnej. Uważam, że propagowanie go w dzisiejszych czasach jest niezgodne z zapotrzebowaniem organizmu. Obserwuje się u coraz większej ilości dzieci zatrucie fluorem objawiające się złym samopoczuciem dziecka i szarymi plamami na szkliwie zębów. Fluor jest mutagenem, czyli może powodować zmiany genetyczne, a także jego nadmiar w organizmie niszczy stawy. Przeprowadzono szereg badań na Śląskiej Akademii Medycznej, z których wynika, że dzieci nie mają niedoborów fluoru, a wręcz przeciwnie wiele z nich ma nadmiar fluoru w organizmie. Wniosek uczonych płynący z tych długoletnich badań jednoznacznie mówiący, że powinno się zaprzestać fluoryzacji i zabronić produkcji i importu do Polski past z fluorem, jakoś nie może "przebić się" do odpowiednich władz w kraju.

- Czy późne kładzenie się spać i co za tym idzie późne wstawanie mogą mieć niekorzystny wpływ na organizm? 

- Człowiek jest zależny od światła. Jest stworzeniem wykazującym aktywność w ciągu dnia, a odpoczywających w czasie nocy. Sztuczne światło może przedłużyć jego dzienną aktywność. Nie powinno jednak zastępować światła słonecznego. ¦wiatło oddziaływa na szyszynkę, więc człowiek jest bardziej aktywny w dni słoneczne i w ciągu dnia, gdy światła jest więcej. Gdy ktoś siedzi dużo w zamkniętych pomieszczeniach najpierw w pracy, a później w domu i rzadko przebywa na świeżym powietrzu i na słońcu, wówczas często jest ospały, źle się czuje itp. Taki tryb życia również może prowadzić do wielu dysfunkcji.

- W książkach do nauki biochemii, z której uczą się studenci, jest powiedziane, że człowiek w około trzecim roku życia traci enzymy potrzebne do trawienia mleka, ale lekarze zalecają picie dużych ilości mleka. Ci sami adepci z różnych książek uczą się sprzecznych ze sobą rzeczy? 

- Myślę, że w rozwoju nauki pora na rozpoczęcie nowego etapu - scalania wszelkich osiągnięć różnych dyscyplin nauki. Współczesny świat jest obecnie w wielkim chaosie. Z tego chaosu płynie dla nas wielkie zagrożenie. Wiedza w rękach ludzi nieodpowiedzialnych jest niebezpieczna.

- Przykładem może tu być rolnictwo. Aby zwiększyć plony zatruwa się ziemię chemicznymi związkami, które powodują potrzebę stosowania coraz to bardziej niebezpiecznych następnych chemikalii. Później przeznacza się wielkie nakłady na kontrolowanie tej żywności, czy nie jest trująca, a także na leczenie osób, którym ta żywność zaszkodziła. Wszystkim zaś - czyli nam konsumentom wmawia się, że nie można inaczej, że tak powinno być. Efekt jest taki, że bardziej światła część społeczeństwa kupuje w sklepach ze "zdrową żywnością" lub sama uprawia warzywa na własne potrzeby. Nie jest to wszak normalną sytuacją, jeśli ja boję się kupić pomidory, czy marchewkę w sklepie, a nie ma chyba osoby, która by nie doświadczyła kiedykolwiek zatrucia po zjedzeniu owoców lub warzyw ze straganu.
- Jest tak wiele wiedzy szczegółowej, a nie ma integracji. Worek z wiedzą jest tak olbrzymi, że można w nim znaleźć wiele udowodnionych, ale i sprzecznych ze sobą teorii. Niektóre nauki tak bardzo rozczłonowały swoją wiedzę na specjalizacje, że wyalienowały się częściowo z życia. Medycyna jest tu także przykładem. A człowiek jest całością. Ciało-duch to jednia. Jeśli źle się odżywia to cierpi na tym także jego duch, jeśli jest niezadowolony ze swojego życia, zestresowany w pracy, samotny to choruje nie tylko psychika ale także całe ciało. Udowodniono ponad wszelką wątpliwość związek pomiędzy samotnością a zachorowaniem na nowotwór. Dopiero powiązanie tego wszystkiego może dać dobre wyniki.



Autor: Agnieszka Olędzka




Zródło Tu



piątek, 8 marca 2013

"Surowy weganizm wyleczył mnie z artretyzmu"

Jeżeli ktoś nie wierzy, że można wyleczyć RZS stosując tylko odpowiednie żywienie, niech zaobserwuje dłonie Jatinder na filmie umieszczonym na końcu artykułu. Powyginane i zniekształcone przez zaawansowaną chorobę, ale już nie bolące i sprawne. Sama Jatinder porusza się jak gazela i nie widać wcale, że kiedyś tak bardzo cierpiała i była niesprawna.

Sama chora na RZS - tę samą chorobę co Jatinder - czytałam z wypiekami na twarzy, prawie nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Po obejrzeniu tego filmu uwierzyłam, tak już do końca, że mogę mieć wpływ na moją chorobę, że nie muszę być zdana całkowicie na lekarzy i leki, które zatruwają mój organizm, że mogę wziąć zdrowie we własne ręce i nie jest tak beznadziejnie jak myślałam.

Poniżej tłumaczenie ciekawego artykuł na temat wpływu surowej diety na bóle artretyczne oraz szkodliwego wpływu szczepień na dzieci i młodzież.  Raw Food Diet Has Cured My Arthritis (By Claire Collins) 



Kiedy rodzina Daniels'ów gromadzi się wokół stołu obiadowego, scena wydaje się bardzo typowa. Wieczorny posiłek z bliskimi, czas na wspólne jedzenie i rozmowę.
Ale jest jedna istotna różnica. Mama Jatinder, mąż Derek i trójka dzieci, Raman, 17, Priyanka, 13 i 7-letni Mohan odżywiają się żywnością surową. Uważają oni, że ta niezwykła dieta uratowała życie Jatinder i zmieniła los całej rodziny."W wieku 16 lat zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów i lekarze powiedzieli, że moja przyszłość nie wygląda dobrze." -mówi Jatinder, zdrowa 45-latka."Powiedzieli mi, że jeszcze jako nastolatka mogę skończyć na wózku inwalidzkim, że będę znosić różne stopnie ciągłego bólu przez resztę mojego życia, a ze względu na agresywne leki, może nie będę w stanie mieć dzieci. To było jak wyrok śmierci.Ale spójrzcie na mnie teraz! Jestem mamą trójki, doskonale mogę się poruszać i nie znoszę agonii, jakiej doświadczałam przez wiele lat. A to wszystko zawdzięczam mojej surowej żywności i nisko toksycznemu stylowi życia."Nastoletnie lata Jatinder w Nottingham przepełnione były frustracją i niepewnością z powodu sztywności w stawach i bólu po niekończących się testach, kiedy została zdiagnozowana."Byłam zdrowa do 13 roku życia, zanim w szkole zaszczepiono mnie przeciwko różyczce." - wspomina Jatinder."Za raz po szczepieniu moje zdrowie raptownie się pogorszyło. Nagle w ogóle nie mogłam uprawiać sportu. Byłam ciągle zmęczona i regularnie w ciężkim bólu.Były dni, kiedy nie mogłam chodzić, ani ubrać się, ani wykąpać. Czasami moja szczęka była tak sztywna, że nie mogłam nic jeść, niekiedy tylko zupę. Przez 6 miesięcy Jatinder chodziła raz w tygodniu do szpitala na zastrzyki w stawy, jednak artretyzm się pogarszał, a stawy dłoni i kolan zaczęły się deformować. Ogarnęły ją ciemne myśli.Wspomina: "Zastrzyki nie przynosiły natychmiastowej ulgi i czułam samotność, gniew i żal. Starałam się zrobić maturę, ale nie mogłam nawet unieść moich książek...Mój stan pogarszał się w czasie zimy. Zimny wiatr przewiewał moje kości i to była agonia.Wpadłam w głęboką depresję. (…)"Pomimo ciągłego bólu, Jatinder postanowiła żyć normalnie i w wieku 21 lat pojechała do Londynu, by studiować informatykę.
"Kiedy wstąpiłam na uniwersytet, już powinnam była chodzić o lasce, ale nie używałam jej, z powodu własnej dumy. Czułam się słaba, ale postanowiłam, że będę niezależna."Derek, 43-letni programista komputerowy, pamięta trudności, z jakimi borykała się jego przyszła żona, kiedy spotkali się na studiach.Wspomina: "Czuła ból, kiedy szła dłużej niż pięć minut. Byłem bezradny i rozpaczliwie chciałem ulżyć jej cierpieniu.Było dla nas jasne, że leki przeciwzapalne, które brała, przynosiły małą korzyść. W rzeczywistości, efekty uboczne, takie jak wrzody żołądka i oślepiające bóle głowy, sprawiały, że czuła się gorzej. W pełni poparłem jej decyzję o odstawieniu ich pięć lat później."Pobrali się rok po tym, jak przestała brać leki i Jatinder postanowiła dojść do ołtarza samodzielnie.Wspomina: "Dni, w których nie mogłam w ogóle chodzić, było coraz więcej i kulałam coraz częściej. Ale w żadnym wypadku nie mogłam pozwolić na to, aby moja choroba przeszkodziła mi mieć idealny ślub. Zablokowałam ból, podniosłam głowę i powoli podeszłam do mojego przyszłego męża. To było bardzo emocjonalne."Jatinder i Derek zamieszkali w Londynie i Raman urodził się rok później. Ale małe dziecko oznaczało nowe trudności dla Jatinder.Wyjaśnia: "Lekarze ostrzegali, że będę mieć trudności z poczęciem z powodu lekarstw, jakie zażywałam, więc Raman był wyjątkowy, ale opieka nad nim była największym wyzwaniem w moim życiu. Normalne obowiązki, które dla nowych mam są zwyczajne, jak kąpanie dziecka, były dla mnie jak wspinanie się na górę. Ale nie miałam innego wyboru, jak tylko sobie z tym jakoś radzić."

Ich drugie dziecko Priyanka urodziło się cztery lata później i w wieku 8 tygodni zachorowało na przewlekłą egzemę i astmę. Brak snu i stres spowodowały pogorszenie stanu Jatinder.

Mówi o tym tak: "Zaczęłam myśleć, że już nie dam rady. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że dożyję 40-tych urodzin, i szczerze mówiąc, w jakimś sensie nie chciałam, jeśli miałam dalej żyć w ciągłym bólu. Uważałam, że będzie coraz gorzej."
To właśnie w tym mrocznym okresie Derek odkrył dzięki internetowi styl życia oparty na surowej żywności.
Czytał twierdzenia, że z natury powinniśmy jeść surowe jedzenie, i że nienaturalne jest spożywanie gotowanych lub przetworzonych pokarmów.
Jatinder wyjaśnia: "Długoterminowe spożywanie przetworzonej żywności doprowadzi do zatrucia lub toksemii - tzn. że organizm zostanie przeciążony trucizną.
Te szkodliwe toksyny znajdują się wszędzie - w naszym otoczeniu, w oczyszczanej wodzie, w nieekologicznych owocach i warzywach oraz w żywności gotowanej.
Ludzie będący na surowej diecie uważają, że takie choroby jak rak, cukrzyca i artretyzm są często wynikiem zatrucia organizmu i można im zapobiegać lub znacznie ulżyć za pomocą surowej diety."
Jatinder mówi, że już dawno rozumiała wpływ żywności na zdrowie, ale pomysł jedzenia tylko surowej żywności wydawał się niemożliwy.
"Przestałam jeść pszenicę dużo lat wcześniej, bo zauważyłam, że mąka pszenna powodowała zaognienie stawów, a rok wcześniej zostałam weganką z podobnych powodów." - mówi.
"Nie byłam jeszcze na wózku inwalidzkim właśnie dzięki mojej diecie i generalnie pozytywnemu nastawieniu. Wierzyłam, że żywność może mieć cudowny wpływ na zdrowie, ale nie wierzyłam, że mogę podjąć tak drastyczne kroki."
Kiedy Jatinder zaszła w ciążę z najmłodszym synem Mohanem w wieku 37 lat, wiedziała, że musi zrobić coś, by poprawić swoje zdrowie.
Tak więc, w drugim miesiącu ciąży zmieniła dietę na 100 procentowo surową - na jeden tydzień. Wspomina: "Miałam biegunkę, ale czułam korzyści i mniejszy ból. Wróciłam do 50 procent gotowanego - aż do następnego lata, kiedy cała rodzina zaczęła detoks".
Rodzina przeniosła się do Hiszpanii cztery lata temu, gdzie Jatinder jest konsultantką ds. surowej żywności. Mieszkają w pięknej górskiej wiosce na wybrzeżu Costa del Sol, a dzieci chodzą do miejscowej szkoły.
"Chcieliśmy, aby dzieci dorastały w naturalnym środowisku i wierzę, że słońce jest kolejnym kluczem do dobrego zdrowia." - mówi.
I cała rodzina twierdzi, że surowa dieta jest fajna i smaczna. "Teraz dzieci uwielbiają ją." - Jatinder śmieje się. - "Istnieje tyle różnych potraw. Robię ciastka, krakersy, słodycze i naprawdę smaczne desery.
Tak samo jak można nauczyć się gotować, można nauczyć się też "nie-gotować". (…)
"Odtrucie organizmu nie jest jedynie zwyczajnym jedzeniem surowej żywności - obejmuje ono świadomość swojego środowiska.
To oznacza zmianę żelu do włosów, pasty do zębów, środków chemicznych używanych do czyszczenia domu, nie używanie chlorowanej wody z kranu - nawet zmianę wzorców negatywnego myślenia. To wszystko wprowadza do naszego organizmu toksyny."
Po 12 miesiącach jedzenia surowej żywności, artretyzm w pełni ustąpił. Jatinder uśmiecha się skromnie: "Teraz mogę chodzić i jeździć na rowerze kilometrami, przygotowywać wspaniałe posiłki i opiekować się moją rodziną. I nic mnie nie boli.
Wszyscy jesteśmy o wiele zdrowsi. Ani ja ani Mohan nie byliśmy jeszcze u lekarza, odkąd on się urodził.
Nie wierzę, że lekarz będzie mnie już leczył na mój artretyzm. Sama się teraz leczę.
(…)







Przedruk ze strony: