Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zatrzymane w kadrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zatrzymane w kadrze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

Kaczeńce

Kiedyś cała dolinka, sąsiadująca z naszą posesją w Zagórzu, żółciła się w okresie kwitnienia kaczeńców. Potem człowiek zdrenował podmokłą łąkę. Kilkakrotnie zaorał, a potem wyrównał i kaczeńce niemal wyginęły. Dlatego tak bardzo dbamy o ten fragment pod lasem, gdzie płynie strumień i zakwitają kaczeńce dla nas  (nasza część działki). Oczywiście trzeba tam kosić trawę - mąż ma nakazane - nie kosić kaczeńców (których jakoś i tak z roku na rok jest coraz mniej). Dlatego nawet po przekwitnieniu zostają nad strumieniem kępy zielonych kaczeńcowych liści...


W tym roku na kwitnienie knieci błotnej czekaliśmy jakoś długo. Już dawno widziałam żółte łany na innych podmokłych łąkach, a u nas ciągle niewiele.
W końcu zakwitły. Z dnia na dzień coraz piękniej pyszniły się do promieni słonecznych filtrowanych przez młode listki  rosnących w lesie drzew.



 


Wybrałam się z psami sprawdzić "nasz stan posiadania" kaczeńców. Jest mniej, aniżeli w poprzednich latach (suchy zeszłoroczny rok zapewne się przysłużył). W tamtym roku po raz pierwszy od lat woda ciekła minimalnym strumykiem po dnie. Brak wody miał zdecydowanie negatywny wpływ na rośliny. Kłącza musiały powysychać. Ostały się te nad samym brzegiem strumienia i w najbardziej bagnistym miejscu.

niedziela, 18 lutego 2018

Zima jak malowanie , choroby i.... wilk.

Po tym, jak spadł śnieg, trzyma  u nas zima, może do tej pory niezbyt mroźna, ale śnieżna i biała. Przekłada się to na znakomite warunki narciarskie. Ja już na nartach zjazdowych nie jeżdżę, czasem pokuszę się na biegówki, na których pomykam po równym terenie w ogrodzie w Zagórzu.



Córka moja z rodziną wybrała się na wczasy narciarskie w nasze Bieszczady. Jednak wyjazd niezupełnie się udał. Wandzia "przyniosła" z przedszkola infekcję, która po kolei ścięła całą rodzinkę. W sumie to Wanda najbardziej skorzystała z wczasów, gdyż wydobrzała na tyle, że można ją było edukować narciarsko. Jak się okazuje, czterolatka zrobiła na nartach duże postępy - pod koniec pobytu potrafiła już sama skorzystać z wyciągu i zjechać ze stoku (oczywiście niezbyt stromego). Jednak wnuczka "sprzedała" infekcję rodzinie. Najpierw rozłożyło córkę (temperatura około 39,8  st. C).  Potem  zięcia, który jeszcze choruje, już we własnym domku i w końcu małą Melę.
Córka była tak chora, że kazałam jej przerwać pobyt i zjechać z niemowlakiem do nas. Zięć został z Wandą na wczasach. Potem złapało Melusię, o którą się martwiłam strasznie, toż to niemowlę jeszcze - bałam się, że przestanie jeść i się odwodni. Rodzinka córki zdecydowała się na powrót do Krakowa, chociaż prosiłam, by kurowali się jeszcze u nas. Córka już zdrowa, ale tak chorej jej nie pamiętam. Lekarz stwierdził, że to jakaś grypa i zalecił leczenie zachowawcze czyli środki przeciwgorączkowe. Stosowaliśmy też cały arsenał domowych środków: herbatka z lipy z miodem, herbatka z sokiem malinowym i sokiem z czarnego bzu (z kwiatów i owoców), witamina C, rosołek.


Chałupa w Zagorzu
Po wyjeździe  rodzinki wywietrzyłam mieszkanie (dokładnie "wyganiając" wirusy), zaaplikowałam sobie zwiększone dawki witaminy C i nalewkę czosnkową. I jak na razie chyba się wywinęłam. Bo pewnie by się już rozwinęło. No cud!



A w Sanoku powiało grozą - ponoć po mieście krąży wilk. Niektóry go sfotografowali, inni nakręcili filmiki. Widziany był na moim osiedlu obok górki dla dzieci (miejski monitoring), pod przychodnią zdrowia. Krąży też ponoć po innych dzielnicach (właściwie po całym Sanoku). Specjaliści wypowiedzieli się, że to jakiś stary basior, być może odrzucony przez stado. Władze miasta zapowiadają, że ma go odłowić straż miejska, a potem przekazać do przytuliska dla dzikich zwierząt w Przemyślu. Już widzę jak strażnicy miejscy odławiają wilka...
No i zaczęłam się nieco obawiać, bo chodzę z psami po "czołgowisku", wiele razy nikogo tam nie spotykam, często teraz śnieg nie jest ruszony ludzką stopą. Zresztą można nawet nie być zbyt bezpiecznym podczas wieczornych spacerów z psami po naszym osiedlu, skoro wilk "urzęduje" właściwie w środku zabudowań. Nie jest to tak, że podchodzi w stronę bloków, tylko spaceruje po osiedlu. Wiem, że na wsiach wilki podchodzą pod domy, często w nocy zagryzają psy, jednak wyprawa wilka do miasta - to już nie zabawa. Ponoć wilki ludzi nie atakują, ale w psach i kotach gustują. Dzisiaj idąc z psami nie odważyłam się na wyprawę na bezludzie, maszerowałam grzecznie dróżką wzdłuż "Sosenek" i z powrotem, a i tak na tym spacerowym trakcie spotkałam tylko dwoje ludzi - zwykle tam nie chodzę, bo spacerowiczów jest mnóstwo i nie mogę spuścić psów ze smyczy.


W lesie mnóstwo drzew powalonych pod ciężarem śniegu

A to linki do wiadomości i filmików o sanockim wilku:

http://esanok.pl/2018/interwencja-wilk-czy-nie-wilk-drapieznik-blaka-sie-po-sanoku-ale-trudno-go-schwytac-00e8po.html

sobota, 10 lutego 2018

Biało-czarny świat... i wystawa Wyspiańskiego

Dzisiejsze fotografie naprawdę były robione aparatem z funkcją koloru. Jednak w efekcie pokazują świat biało-czarny. Tak, spadło u nas mnóstwo śniegu. Padało nawet podczas mojej wycieczki z psami. A ponieważ słońca nie było, a aura raczej pochmurna - zdjęcia wyszły właśnie tak. Ciężko się dzisiaj wędrowało, gdyż utrudniał to dość wysoki śnieg. Wybierałam więc trasę miejscami przedeptaną,  miejscami szłam tam, gdzie przejechał jakiś ciągnik i pozostawił za sobą koleiny śniegowe.





Tym razem z dwoma psami (moimi), gdyż Hirek po ponad miesięcznych zimowych wakacjach wrócił do domu. Zawita do nas jeszcze na tydzień, kiedy córka z rodziną wyjedzie na narty. Hiruś bardzo dobrze się u nas zaadaptował i dostosował do zwyczajów domowych.




Kiedy wrócił do swego domku ponownie zaczął zachowywać się jak piesek miejski: grzeczny w domku, spokojny, cichutki. U nas nieustannie zaczepiał Ifkę, szczekał, kiedy wychodziło się z domu i zostawał z psimi dziewczętami, szalał na spacerach i wskakiwał na łóżko lub kanapę.
Razem z córką pojechałam do Krakowa, więc miałam okazję porównać zachowanie pieska.





*   *   *
W Krakowie zwiedziłam w Muzeum Narodowym Wystawę Wyspiański. Zależało mi, żeby ją zobaczyć. Została wspaniale przygotowana i doskonale wyeksponowała dzieła artysty, który jak się okazuje, był tytanem pracy - wszechstronnym.



Jakoś najbliższy był mi Stanisław Wyspiański jako pisarz i malarz. Wystawa otworzona w 110 rocznicę śmierci artysty pokazuje nie tylko malarza - nie powiem dreszczyk emocji przebiegał mi po plecach, kiedy patrzyłam na oryginały najbardziej znanych obrazów...

 
 
Zaprezentowano więc obrazy, szkice, projekty witraży, projekty kostiumów teatralnych, plakaty teatralne, pierwsze wydania dramatów, rękopisy wierszy i dramatów, dokumenty, zdjęcia, meble, a nawet kilimy zaprojektowane przez artystę.
Jak stwierdził dyrektor Muzeum Narodowego dr hab. Andrzej Betlej wystawa zajęła 2500 m kw. i jest wstępem do przyszłej galerii stałej poświęconej Wyspiańskiemu, ponieważ Kraków wciąż takiej stałej ekspozycji nie posiada.
Warto, a nawet trzeba zobaczyć tę wystawę. Na chwilę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości - zanurzyć się w młodopolskość Krakowa końca XIX i początku XX wieku, popatrzeć choćby na kolejne widoki na kopiec Kościuszki malowane z okna błękitnej pracowni mieszczącej się przy ul. Krowoderskiej.


Każdemu, kto może się wybrać do Krakowa, polecam tę wystawę. Faktem jest, że odwiedzają ją tłumy (my byliśmy w niedzielę).

Reprodukcje obrazów Stanisława Wyspiańskiego pochodzą ze strony: https://opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZK/wyspianski_meteor.html

sobota, 6 stycznia 2018

W kierunku Orlego Kamienia

wybrałam się dzisiaj z psami. Pogoda prawie wiosenna około + 10 st. C. Jednak dzień był dość ponury - słońce wyszło dopiero wówczas, kiedy wracałam. Mąż odmówił i nie wybrał się ze mną, więc za całe towarzystwo miałam Ifkę, Hirka i Tolę. Zrobiłam w 2 godz. 25 min. 10.75 km czyli tempo było dość szybkie. Należy wziąć pod uwagę, że mam za sobą podejścia pod górę na wysokość 544 m n.p.m.; w górę 357 m. Szłam bez kijów, bo nie dało się, zanim dotarłam na "wybieg",  trzymać na smyczy psów (trzy) i jeszcze nieść kije .

Do Orlego Kamienia nie doszłam, niestety. W miejscu, w który zbiegał się żółty szlak (którym wędrowałam) z czerwonym - zawróciłam. Zrobiło mi się w pewnym momencie nieswojo. Nikogusieńko na trasie, zupełnie pusto i cicho. Na szlaku co jakiś czas leżąpowalone drzewa, które trzeba omijać. Zaczęłam się obawiać dzików. Chodzą licznie po tym terenie i ryją nawet nad stawami. Zwykle się tym nie przejmuję, ale pora roku nie sprzyja samotnym wyprawom. Psy by nie obroniły - strachliwa Ifa zawsze chowa się za mnie. Tola malutka, a Hirka trzeba pilnować.

Trasa: od domu - most olchowski - brzeg Sanu - wyjście przy Policji - kawałeczek obok stawu - "czołgowisko" - podejście w górę do żółtego szlaku - żółty szlak w kierunku Orlego Kamienia - miejsce zbiegnięcia się szlaku żółtego, czerwonego i szwejkowskiego - powrót. Z powrotem ominęłam łąki "czołgowiska" i zeszłam kawałek budowaną obecnie drogą, by potem wejść na trasę przy stawie.




 Wzdłuż Sanu i na "czołgowisku" spuściłam Hirka ze smyczy





 W lesie już wędrował "na sznurku". Obawiałam się, 
że żądny przygód młodzieniec może mi uciec.
Tu powalone na ścieżkę drzewo

Moje psice nigdy się nie oddalają. Ifa może iść luzem i chociaż jest psem myśliwskim, sama zbyt daleko nie odbiegnie. Nieustannie ma wzrokowy kontakt z osobą, z którą wędruje. Nawet nie muszę jej przywoływać. To mała Tola częściej przepada w ostępach leśnych i niekiedy trzeba ją wołać. Sama nie wiem jak taka malizna orientuje się w topografii terenu.


 Próba uchwycenia widoku na miasto (zbliżenie obrazu w aparacie). 
Zdjęcie nie oddaje prawdziwych widoków. Dzisiaj miasto w oddali niezwykle się srebrzyło


 Dotarłam do tego miejsca

A takim słońcem żegnało popołudnie:


 Staw

San

niedziela, 4 grudnia 2016

Zima

Przyszła szybko i daje popalić. Każdego wieczora wnikliwie śledzę prognozy pogody, bo przecież muszę dojechać do pracy, a nie wiadomo co czeka na drodze. W ostatnim tygodniu zaliczyliśmy całe spektrum tej pory roku: od ślizgawicy na drogach w poniedziałek (wiele aut w rowach) poprzez obfite opady, śnieżyce,  błoto pośniegowe, roztopy, mróz. Nie lubię zimy, szczególnie wtedy, kiedy jadę rano do pracy...  Ale tak poza tym - to urok zimy może dla mnie trwać tak z tydzień. Potem wolę bardziej umiarkowaną aurę.

 


 
Popadało porządnie, śnieg zapewne poleży, bo idą mrozy. Psy radośnie hasały po białym puchu, który miejscami dla małej Toli był za głęboki. Psinka jednak bohatersko brnęła przed siebie. Pojechaliśmy do Zagórza zobaczyć "czy chałupa jeszcze stoi" i zabrać do domu ostatnie doniczki z pelargoniami. Nawet nie odśnieżaliśmy ścieżek. Oczywiście na górę nie wjeżdżaliśmy, nie chciałam by ściągało mnie po wąskiej dróżce, auto zostało na placu przed szkołą. Spacer do lasu i powrót. Psiska i tak odpoczywały, jakby nie wiem ile czasu spędziły na powietrzu.






Na tym ostatnim zdjęciu nowe rynny na dachu chałupy. Założone dosłownie "na chwilę" przed zimą.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails