Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Dziewczyna disco polo (2)

Kontynuując wątek, chciałabym najpierw skupić się na strojach estradowych idoli muzyki disco polo. Generalnie Zenek Martyniuk i obecnie Sławomir Świerzyński oraz kilku pozostałych, hołduje  strojowi prostemu: biała, albo czarna koszula z  rozpiętym  kołnierzykiem, jednokolorowe spodnie i marynarka. I właśnie marynarki stają się clou występu. Obok czarnych, bardzo ciemnych granatowych rzadko pojawiają się bordowe i ciemnozielone. Najczęściej są to marynary błyszczące złotem, albo srebrem, połyskujące kryształkami, szyte z bardzo ozdobnych materiałów: lamy, aksamitu, atłasu. Pamiętam, iż wcześniej Idol S. Świerzyński dawniej występował w bliżej nieokreślonych kapotach/katanach w dziwnym  kolorze. 

A tak a propos Idola: śpiewał na imprezie urodzinowej Bartosza Rybaka, współpracownika ministra Czarnka. Nie dość, że zaproszeni goście otrzymali darmowe wejściówki i zmierzyli się najpierw z wielką sztuką (nie kupując biletów) obejrzawszy w Operze Wrocławskiej "Cyganerię" Giacoma Pucciniego, to następnie wzięli udział w zamkniętej imprezie urodzinowej na scenie opery! I tu znalazło się pole do popisu dla Idola - zaśpiewał "Majteczki w kropeczki". Ruszyła lawina: media rozpoczęły batalię, że jak to! że opera! że kolebka sztuki!  że złamane zostały zasady bezpieczeństwa! że na scenie są zapadnie, a tu... "Majteczki w kropeczki". Stanowisko straciła dyrektorka opery Halina Ołdakowska. Minister Czarnek poszedł w zaparte: "nie było żadnego występu Bayer Full. Nie słyszałem tam ich piosenki, choć jak wielu lubię też taką muzykę". No cóż jeden zaręcza się na dole w kopalni węgla kamiennego, inny świętuje urodziny w operze. 

https://www.fakt.pl/polityka/majtki-dla-przemyslawa-czarnka-chodzi-o-afere-opera-plus/6qt6s99

Przy okazji można wspomnieć też o niewypale pana Zenona. Ponoć 20 lutego miał  ze swym zespołem "Akcent" dać koncert w Auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na "Zakończenie karnawału z Zenonem". Ostatecznie koncert w tym miejscu odwołano, o czym poinformował jeden z radnych na sesji Rady Miasta.

Ale miałam o strojach idoli. I tu najbardziej w oczy rzucają mi się dwa zespoły "Boys" i "Weekend" z Radkiem Liszewskim. Ci pierwsi ze swoim solistą Marcinem Millerem bardzo wczuwają się w swój sceniczny wizerunek i występują np. w garniturach w kolorze żółtym neonowym, w marynareczkach ciemnych z białymi kieszeniami, albo jasnych z ciemnymi lamówkami. Niekiedy są to stylizacje wojskowe, albo kombinezony (przypominające kombinezon montera). Ciekawa na swój sposób stylizacja to: wydrukowane litery na koszulkach poszczególnych członków zespołu układające się w słowo: B O Y S. Nie da się nie zauważyć zespołu, który na scenie prezentuje się w tych swoich estradowych "uszytkach".

Natomiast Radek Liszewski "zabija" marynarkami  z dużymi aplikacjami umieszczonymi asymetrycznie tzn. tylko po prawej, lub lewej stronie. Pojawiają się marynarki stylizowane na mundur z szamerunkiem, ale niekoniecznie służącym do zapięcia, czasem zdarzają się ozdobne pagony lub pagony z frędzlami. W ogóle stylizacje na galowy mundur bliżej nieokreślonych służb cieszą się dużym powodzeniem.

Hmm, rozumiem że jest to takie sceniczne emploi...

poniedziałek, 20 lutego 2023

Dziewczyna disco polo (1)

W TVP zmienił się prezes. Wyraźnie można zobaczyć, że NOWY nie gustuje w muzyce disco polo, gdyż liczba  programów z gwiazdami tejże muzyki zdecydowanie spadła. Nie ma ci już tak często występującego, jak dawniej, naczelnego gwiazdora Zenka Martyniuka, o którym film był zdecydowanym gniotem. Nie pojawia się także Bayer Full z Sławomirem Świerzyńskim śpiewającym na podsumowaniu wszelkich imprez muzycznych, a nawet patriotycznych: … Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna... Naturalnie zamysłem tej rytmicznej piosenki miało być połączenie pokoleniowe Polaków oraz młodych par, ale idąc dalej, możemy też mówić o połączeniu Polaków o różnych przekonaniach politycznych, zainteresowaniach kulturalnych, preferencjach seksualnych - itd. itd. i dalej... Upojeni muzyką... i nie tylko, Polacy chętnie łączą się na takich koncertach, a także po nich...

Zamysł tego posta (który, zdaje się, rozrośnie się na kilka odcinków) powstał jeszcze w czasie zdecydowanie letnim, kiedy to pomieszkiwaliśmy w Zagórzu i tam odcięci od świata, po dniu ciężkiej harówki niekiedy włączaliśmy telewizor. Jako, że mamy tam jedynie słuszną telewizję czyli głównie programy TVP, a w porywach TVN i Polsat, zmuszeni byliśmy oglądać głównie telewizję tę "słuszną". Oczywiście pod warunkiem, że dało się cokolwiek pooglądać. Telewizor nie odbierał, kiedy sąsiedzi na posesji obok, dokładnie o 20.30 zaczynali kąpiele w jacuzzi. Tak jakoś zakłócało impulsy telewizyjne, że u nas  ekran był czarno-biały, pasiasty lub gwiaździsty, a dojmującym dźwiękiem z zewnątrz było buczenie (maszynerii) i radosne pokrzykiwanie sąsiadów pijących, w tym swoim dmuchanym jacuzzi, jakieś winko (my niestety spożywaliśmy wykonany przeze mnie cydr). Wtedy, ani żadnego filmu, ani koncertu  z Wakacyjnej Trasy Dwójki nie było nam dane obejrzeć. Jednak, kiedy sąsiedzi wrócili do Holandii (tam pracują) nastawał czas bez jacuzzi i uff: telewizja nasza! Ale znów pod warunkiem, że antena umieszczona na pokaźnym drągu wyłapała impulsy tv... 

A sporo tych letnich programów było, nawet na tych kilku kanałach.  Przez cały tydzień "leciały" jakieś miałkie seriale miłosne - zwykle tego nie oglądaliśmy, bo lato wynagradzało - w porywach - pięknymi  wieczorami i żal było siedzieć wieczorem w domu. Lepiej popiec kiełbaskę na patyku w nowym kręgu ogniskowym i śpiewać fałszywie piosenki z czasów młodości. Całe serce wkładaliśmy w te pieśni i tak powtarzalny repertuar: "A wszystko te czarne oczy", "Hej, hej sokoły" poprzez piosenki partyzanckie, harcerskie i biesiadne. Moją ulubioną, jeszcze z przedszkola, jest "Czerwona róża, biały kwiat". Tak się składa, że całości nie zna, ani mąż, ani córka, więc na mnie spoczywała odpowiedzialność wyśpiewania tej piosenki do końca. A słuchu muzycznego to  ja ci nie mam, no nie mam. Drzeć się tam mogliśmy do woli, bo z trzech stron otulający nas las nie pozwalał nieść w przestrzeń naszych popisów wokalnych. 

A w telewizji weekendowe  koncerty jak nie we Włocławku, to w Zabrzu, albo w jakimś Augustowie!  Mąż mój - wielbiciel muzyki disco polo nie potrafił przeboleć, że nie zawsze wysłuchał Zenkowych przebojów, szczególnie ulubionych: "Przez twe oczy zielone" czy "Życie to są chwile".  Z perspektywy czasu myślę, że ta muzyka była w miarę, bo teraz katuje mnie (wstyd powiedzieć) ludową muzyką niemiecką. Wynalazł sobie mój małżonek jakiś kanał, gdzie śpiewają artyści (dla mnie rodem z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych ubiegłego wieku), pieśni ludowe, jodłują, grają w ludowych kapelach.  Ubrani są w elementy niemieckiego saksońskiego stroju ludowego. A jak akcja dzieje się w górach, w tle iskrzy się śnieg, to dominują swetry we wzory norweskie o klasycznych fasonach z przeszłości. (Ja, to głównie na te swetry patrzę). Wszystko to jakieś takie trącące myszką, czasem wzbudza we mnie nostalgiczne wspomnienia fotografii z ubiegłowiecznych niemieckich żurnali z modą m.in. dziewiarską.

W deszczowe dni spragnieni informacji oglądaliśmy TVP 24. I tu zdecydowanie nie byłam w stanie wytrzymać psychicznie. Miałam do wyboru: siedzieć w cieple, popijać herbatkę, zagryzając batonikien (co później przełożyło się na wzrost wagi), albo udać się do starej chałupy, gdzie ziąb i wilgoć dawały w skórę i tam słuchać radia (przeważnie ZET). Zostawałam więc w luksusowym, cieplutkim pomieszczeniu i słuchałam nachalnych bzdetów prowadzących TVP 24. Najlepsze jednak były weekendowe występy pani Ogórek i pana Jachimowicza. Jak tych dwoje potrafiło prowadzić program! Smutno mi się zrobiło, kiedy nagle pani Ogórek porzuciła pana Jachimowicza i ten zaprezentował się z nową partnerką (naturalnie antenową, nie wnikam wszak w prywatne życie prezentera). I ciągle otwierały mi się coraz szerzej oczy ze zdziwienia... W rzeczywistości nie udało mi się uzyskać pięknych, szeroko otwartych oczu, gdyż zmęczone za szkłami okularów, za nic nie chciały stać się takie przepastne, by ktoś mógł się w nich utopić...

I tak to zamiast dojść do meritum, wdepnęłam w dygresje...

Do zasadniczego tematu, którym jest dziewczyna disco polo może dojdę w następnym odcinku.


poniedziałek, 16 stycznia 2023

Nie mam pomysłu na tytuł

Nie robiłam żadnych postanowień noworocznych, żadnych. Życzyliśmy sobie z mężem przede wszystkim zdrowia i jak najmniejszej liczby problemów, a także by się wojna skończyła.


Więc to, nie postanowienie noworoczne, że "reanimuję" bloga. Po prostu naszła mnie taka chęć. Przypomnieć musiałam sobie sprawy techniczne, szczególnie jak zamieszczać zdjęcia. Czeka mnie "odkurzenie" bloga i porządki na nim (aktualizacje).




Mieszkamy teraz w Krakowie, w którym spędziłam 10 lat po studiach. Mamy tu bliski kontakt z córką i jej rodziną. Na lato wyjeżdżamy do Zagórza, gdzie mieści się rodzinna siedziba. Nie było tam warunków do mieszkania, więc zaadaptowaliśmy budyneczek gospodarczy na mieszkalny i w końcu mamy normalne warunki, łazienkę, kuchnię i ciepło w porach przejściowych. Niestety remont chałupy musi poczekać: drożyzna i inflacja nie sprzyjają temu przedsięwzięciu. Wynagradza piękna przyroda, ogród, wędrówki po lesie, odpoczynek pod drzewem w gasnących promieniach słońca. 

Na tej ławeczce lubię przysiąść, kiedy idę w las na spacer z psami. Mieści się w krzakach z widokiem na łąki i las. Zwykle słońce mocno praży tu w oczy

Jak nigdy czuję tam związek z naturą i nic mi więcej nie potrzeba. Naturalnie haruję w ogrodzie, ciągle mam ambicje posiadania ładnego naturalnego ogrodu. A z przyrodą to nierówna walka. Zawsze czegoś nie zdążę zrobić. Kiedy zaczyna lać, to nic nie można robić na zewnątrz, a przed chałupą "toniemy" w błocie (w wyniku prac remontowych trawnik przestał istnieć). 



Z jednej strony to świetnie mieć przystań w Zagórzu, z drugiej jednak czasem trudno żyje się tak w rozkroku. Ale lubię teraz takie moje życie, kilka miesięcy zimowych w Krakowie, kilka miesięcy letnich w Zagórzu.

Dziękuję Wszystkim Paniom za miłe przywitanie i sympatyczne komentarze. 

czwartek, 9 marca 2017

Dar serca

to czapeczka i kapcie zrobione dla chorych dzieci przez panią Monikę Wilk w odpowiedzi na moją prośbę. Troszkę to trwało, zanim  zabrałam się za napisanie tego postu. Pani Monice bardzo dziękuję za zaangażowanie i serce. Dzisiaj pokazuję zdjęcia, które mi przysłała:

 

Jednocześnie przepraszam, że tak długo trwało zanim je pokazałam. Pani Monika swe zobowiązanie wykonała już bardzo dawno.

U mnie nic nowego - nie da się przyspieszyć wygojenia tak złamanej ręki. Wszystko idzie swym trybem, chociaż wizytę u ortopedy przyspieszyłam o tydzień, niestety nic mi to nie dało. Usłyszałam, że mam nosić gis i czekać na zrośnięcie. Rozwodzić się na ten temat nie będę - idę na kolejną wizytę w przyszłym tygodniu.

Jak widać na blogowanie czasu nie ma i na razie nie będzie. Muszę ogarniać inne sprawy. Jutro przenoszę się do domu mamy (będzie wypisana ze szpitala), by się nią zajmować. Jak to będzie - wyjdzie w praktyce. Słabo to sobie wyobrażam. Nie będę opisywać szczegółów.
Nie będę też za bardzo miała dostępu do internetu, chyba że coś jeszcze załatwię. Nie  wiem jak długo to wszystko potrwa...

sobota, 25 lutego 2017

Nie mam pomysłu

na tytuł...
Dziękuję za życzenia zdrowia. Z ręką chyba lepiej - 13 marca mam się zgłosić do kontroli. Mam nadzieje, że wówczas może już dostanę ortezę, co poprawi mi komfort życia. Ćwiczę palce i dłoń specjalnymi piłeczkami i krążkami. Wyraźnie wzmocniłam chwytność palców. Zażywam odpowiednie suplementy diety mające przyspieszyć zrastanie kości (wapń, witaminę D, tran, "Osteogenon", "Urazym" zawierający bromelainę i papainę - enzymy proteolityczne, piję bulion wzbogacony żelatyną...) Ręka prawie wcale mnie nie boli - nie zażyłam ani jednej tabletki przeciwbólowej. Przyznam, że dwa tygodnie byłam dosyć osłabiona. Teraz już wróciłam do normalnej aktywności (na ile to możliwe), niestety normalne treningi są na razie wykluczone, ale chodzę na bieżnię i orbitrek i staram się ćwiczyć przynajmniej godzinę. Zaczęłam też wychodzić z psami - prowadzę obydwa na jednej smyczy z rozwidleniem, którą trzymam w lewej ręce. Jakoś leci - tyle, że jeszcze nie bardzo mogę coś tą ręką kroić nożem. Myślę, że będzie dobrze. Musi być.
Dziękuję malguni i Monice Wilk za deklarację wykonania czapek - proszę się oczywiście kontaktować się z Panią Edytą za pomocą podanego maila w poprzednim poście.  To wspaniale, że są jeszcze na świecie ludzie bezinteresowni, chcący poświęcić swój czas i pracę dla innych.
Dla mojej rodziny początek roku nie jest szczęśliwy, nieszczęścia chodzą parami. Zmagam się też z ciężką chorobą mamy. Rytm dnia od ponad 1,5 miesiąca wyznacza codzienna wizyta w szpitalu. Jest trudno i lepiej niestety nie będzie - walczymy o każdy dzień. Nie wiem co przyniesie ranek następnego dnia... Pewnie w najbliższym czasie mama zostanie wypisana, więc będę musiała u niej zamieszkać i się nią opiekować. Za tydzień  wracam do pracy i wszystko trzeba będzie jakoś pogodzić.
Oczywiście muszę dać radę i dam. To dlatego za bardzo nie mam głowy do pisania postów.
Mam nadzieję, że z czasem powrócę do systematycznych wpisów.

wtorek, 14 lutego 2017

Prośba o pomoc... i co u mnie słychać

Przede  wszystkim dziękuję za liczne słowa wsparcia i życzenia powrotu do zdrowia. Mam wrażenie, że ręka goi się, jednak dopiero w połowie marca mam się zgłosić do poradni. Na razie jednak próba uruchomienia auta się nie powiodła: za słaba dłoń nie była w stanie przekręcić kluczyka do oporu, nie udało się też przerzucić biegów. Odpaliłam więc samochód na parkingu z pomocą lewej ręki, pogrzałam chwilkę i wyszłam z auta zdegustowana - może uda się za tydzień. Poza tym stałam się specjalistką wykonywania wszystkiego lewą ręką (niestety jest słabsza siłowo i nie mam właściwego nacisku np. kiedy chcę umyć garnek). Tak na marginesie - miałam na nogach kozaczki skórzane na zupełnie płaskim spodzie (oficerki) - nie żadne tam obcasy...
Tegoroczny pech mnie nie opuszcza - nie  dość, że mam poważne zmartwienie rodzinne, to jeszcze moja Ifunia strzeliła mnie łbem w twarz i złamała okulary. Okulary ze szkłami progresywnymi - niestety ich utrata oznacza kalectwo. Najpierw rozpaczliwie szukałam (niedziela była) starych szkieł do dali - znalazłam wszystkie stare okulary, tylko nie te, których poszukiwałam. W końcu w poniedziałek znalazły się te starocie, ale tak zniszczone i porysowane, że komfort patrzenia żaden. Na szczęście tydzień temu zrobiłam sobie dodatkowe okulary do czytania, więc zanim przyjdą oprawki do optyka, będę męczyła się do czwartku, bo na ten dzień mam obiecane zwykłe okulary do dali. Tak mi dobrze było w progresach, że zapomniałam o tym, że kiedyś mogą ulec uszkodzeniu...Zresztą chwalę takie okulary - same korzyści: wreszcie bez problemu czytam w sklepie na towarach skład produktów i ich zawartość, nie znoszę do domu niepotrzebnych rzeczy kupionych przez pomyłkę wynikającą z niedoczytania etykiety, dobrze mi się w nich kieruje autem, nie muszę zmieniać okularów, kiedy coś piszę i np. wybieram PIN, kiedy płace kartą... Ponadto mam nieoczekiwaną dziurę budżetową, ale bez okularów nie da się funkcjonować
 
A teraz o co chodzi z tą pomocą. Napisała do mnie Pani Edyta z prośbą o czapki dla dwóch dziewczynek (2,5 roku i 6 lat). Dziewczynki chorują na nowotwór i są leczone w Krakowskim Instytucie Pediatrii - pani Edyta prosi o czapki dla nich jeszcze zimowe, a może już wiosenne. Jak wiadomo - nie jestem w stanie dziergać na drutach. Się nie da ze zdrutowaną prawą ręką. Nie mogę spełnić prośby Pani Edyty. Może jednak inne Panie - koleżanki dziewiarki pomogą i wydziergają czapki dla dziewczynek? Przecież  wprawna dziewiarka wykona czapkę dziecięcą w jeden wieczór. Podaję kontakt mailowy do Pani Edyty: edycza@wp.pl.
Proszę z nią bezpośrednio ustalać szczegóły. Mam nadzieję, że uda się pomóc.

Jeszcze raz dziękuję za liczne komentarze i życzenia zdrowia.

sobota, 4 lutego 2017

Zachciało mi się elegancji...

Stwierdziłam, że skoro już na chodnikach prawie nie ma lodu, że zostały przetarte i widać nawet kostkę chodnikową, to włożę sobie do spódniczki kozaczki. Nawet bezproblemowo opanowałam oblodzony parking samochodowy, schody do pracy, powrót do domu. Potem jednak nie zmieniłam butów, kiedy wybrałam się do mamy do szpitala. Kiedy wyszłam od mamy, planowałam wyjście na trening, chociaż wcześniej się nad tym zastanawiałam, bo jestem przeziębiona. No i jedno "fait" - trafiłam na skrawek lodu, nawet nie wiem, kiedy upadłam... Zobaczyłam, tylko, że moja  prawa ręka powyżej nadgarstka jest nienaturalnie wygięta. Daleko do szpitala nie miałam, zawinęłam z powrotem i na SOR... Tam tłumy z urazami. Po prześwietleniu, pan doktor o wdzięcznym nazwisku Pietruszka zatrzymał mnie na oddziale urazowym - operacja. Rąsia nawet nie nadawała się do normalnego składania. Późnym wieczorem odbyła się ponad godzinna operacja. Muszę przyznać, że sen operacyjny był najszczęśliwszym snem dla mnie w ciągu ostatnich tygodni - było to  wyjątkowo przyjemne uczucie szczęśliwości i zadowolenia. Rzeczywistość już nie okazała się taka radosna. U rodzicielki z ręką na temblaku pojawiłam się dopiero następnego dnia rano - oczywiście był to tylko powód do zrobienia mi wyrzutów (no bo jak ja mogę coś sobie zrobić, skoro mam być dyspozycyjna). Ze szpitala wypisali mnie przed południem (żeby nie zarazić innych pacjentów przeziębieniem). Pierwsza doba po operacji była trochę dokuczliwa - utrzymywała się wysoka temperatura i cały czas chciało mi się spać. Teraz uczę się samoobsługi jedną ręką. Już nawet pisanie na komputerze i praca myszką  idą mi sprawniej, acz trochę wolno.  Zdrutowana ręka na razie 30 dni w gipsie i tyleż zwolnienia lekarskiego.
Oczywiście nie dam się - ja zawsze muszę być dzielna i dawać sobie radę sama ze wszystkim. Szkoda tylko, że robótki wykluczone. W zasadzie robię wszystko, tylko sznurówek nie zawiążę i suwaka w kurtce nie zasunę, ale może z czasem i to opanuję. Człowiek może wszystko, jeżeli zechce - mimo ograniczeń. I ten tekst udało mi się chyba napisać bez dużej liczby literówek.

środa, 31 sierpnia 2016

Z życia wzięte - siła miłości

Moja mama spędziła trzy dni w szpitalu na badaniach. Odwiedzałam ją dwa razy dziennie i telefonowałam. Zaopatrzyłam babcię w komórkę, jednak działo tylko w jedna stronę - odbierała moje telefony. Z dzwonieniem z komórki do mnie, był już problem. Za każdym razem na nowo muszę tłumaczyć zasadę obsługi telefonu (babcia zapomina, ma w końcu już 92 lata). Jednak tym razem zaskoczyła mnie dwukrotnie: po pierwsze, kiedy ją odwoziłam - zapytała: "a telefon?". Powiedziałam, że mam i dam... Potem już siedząc na łóżku szpitalnym starsza pani wyjęła karteczkę-ściągę, gdzie miała napisane: "zielony - odebrać", "czerwony - skończyć rozmowę". Hmm, wszyscy kiedyś będziemy starzy... A i tak muszę stwierdzić, że mama zważywszy na wiek, radzi sobie doskonale i jest zupełnie samodzielna.
Jednak nie o tym chciałam pisać. Mama leżała w sali z trzema paniami: oczywiście była najstarsza. Dwie kobiety były mniej więcej w moim wieku i jedna pani - Wanda w wieku 82 lat. Pani Wanda okazała się osobą niesamowitą: bardzo żywotna, optymistka. W ciągu moich tam wizyt zdążyła opowiedzieć niemal całe swoje życie . Dwie pozostałe pacjentki wydawały się jakieś takie opuszczone przez rodziny; jedna leżąca z zaawansowaną cukrzycą, bardzo tęga - już o siebie nie walczyła (tylko rok starsza ode mnie!) wymagała całkowitej obsługi, nawet ręki nie podnosiła... Druga pani - Grażyna osłabiona mocną anemią, nie radziła sobie psychicznie, nikt jej prawie nie odwiedzał, a była matką pięciorga dzieci. Widać, że jej choroba była jej problemem. Ot - ludzkie losy... I pani Wanda - kobieta "iskierka". Dwa razy dziennie (poza inną rodziną) odwiedzał ją kochający mąż, sam po wylewie, nie jeżdżący samochodem, który na pewno musiał czuć zmęczenie po przemierzeniu trasy do szpitala. Dało się zauważyć, że państwo Wanda i Mieczysław szanują i kochają się bardzo. Miecio przynosił żonie smakołyki m.in. maliny i jeżyny z własnego ogrodu. Ogromnie przejmował się wszystkimi wieściami na temat stanu zdrowotnego żony. A teraz to najważniejsze - pan Miecio miał pragnienie - by jeszcze - odchodząc ze szpitala, rzucić okiem na okno, za którym przebywa żona. Jakoś sam nie był w stanie go zidentyfikować, kiedy znajdował się na dziedzińcu szpitala. Wymyślił więc, że małżonka wystawi przez okno  swój ręcznik. Moja mama pożyczyła laski i pani Wanda, swemu odchodzącemu małżonkowi wywiesiła przez okienko ręcznik...
Cudowna miłosna historia - nieprawdaż?

* * *
 
Widzę, że opuszczają mnie obserwatorzy. No cóż blog nie jest stricte robótkowy i jak widać ostatnio przeważa  tematyka nierobótkowa. Świadomie nie zakładałam kilku blogów o różnej tematyce, bo jest to zbyt uciążliwe do realizacji. No cóż mam teraz mało czasu na robótki - takie życie. Po prostu inne priorytety. Do robótek "etatowo", a nie sporadycznie, jak teraz - powrócę zdecydowanie na emeryturze (mam nadzieję, że będę: a) mieć więcej czasu, b)uda mi się zdecydowanie więcej realizować dzianinowych pomysłów). A, że teraz  piszę o miejscach, w których byłam - to "ku pamięci". Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich Czytelników to interesuje - trudno. Blog nosi nazwę "U Antoniny" - co sugeruje niejednolitość pasji i zainteresowań. Okresowo przeważa coraz to inna tematyka. Mam nadzieję, że wytrwali Czytelnicy razem ze mną doczekają mojej emerytury (najpóźniej za rok) i powrotu to pasji robótkowej.

środa, 10 sierpnia 2016

Ukraina 2016. Buduje się drogi...

Kraj, gdzie kiedy wyjeżdża się na górę, przed oczyma nagle wyrasta taki widok:


Kraj, gdzie budowlą widoczną z daleka, najokazalszą, najpiękniejszą, posiadającą złoty dach i błyszczące zdobienia - jest cerkiew. Gdzie wciąż jeszcze bieda przeplata się z bogactwem, gdzie obok wspaniałych limuzyn (pewnie sprowadzanych nawet z Ameryki):


i wypasionych bryk - jeżdżą stare "Łady" nie wiadomo w jaki sposób trzymające się drogi i nie najmłodsze trolejbusy:


Kraj ludzi "chcących" do Europy... i budujących pomniki Stefanowi Banderze:

Pomnik Stefana Bandery w Śniatyniu
 
Kraj, w którym ciągle jeszcze odnajdujemy ślady polskości i  Adama Mickiewicza:

Szarfa z polskim napisem w muzeum w Czerniowcach
 
Szyld z nazwą ulicy im. Adama Mickiewicza w Czerniowcach
 
Pomnik Adama Mickiewicza w Truskawcu
 
Wróciłam z wycieczki turystyczno-krajoznawczej na Ukrainę. Tym razem brat zaplanował również wypad do Rumunii tzn. przekraczaliśmy granicę rumuńską z Ukrainy. Cztery bardzo szybkie dni, ponad 1200 km, około 1000 zdjęć - to plon wycieczki pełnej wrażeń i intensywnych przeżyć.

 
Uliczny handel
 
Trasa tegoroczna wiodła do Czerniowiec, miasta leżącego w południowo-zachodniej Ukrainie nad rzeką Prut, które już częściowo zwiedzałam będąc kiedyś na wycieczce z PTTK, liczącego 260 tys. mieszkańców, gdzie tym razem szukaliśmy także śladów rodzinnych.
Moja babcia Antonina urodziła się właśnie w Czerniowcach w 1900 r. Mieliśmy nadzieję, że może zachowały się księgi parafialne w kościele katolickim pw. Podniesienia Krzyża Pańskiego i znajdziemy wpis rejestrujący narodziny Antoniny, a co za tym idzie jakiś ślad jej matki (chodziło nam o jej nazwisko rodowe). Nasz pradziadek pochodzący z Domaradza ponoć ożenił się tam z kobietą, z którą miał troje dzieci. Jednak żona dość szybko umarła. Osierocony wdowiec z trójką dzieci wrócił w rodzinne strony i osiadł w Zagórzu. Tu wychował dzieci, tu zmarł i został pochowany na zagórskim cmentarzu i jego grobem opiekuję się teraz ja.

Tablica w kościele upamiętniająca proboszcza, za czasów którego była chrzczona babcia Antonina
 
Niestety przeżyliśmy rozczarowanie, gdyż dostępne są księgi dopiero od 1986 r. Ponoć jakieś archiwalia znaleziono na strychu kościoła i jedna osoba zajmuje się ich czyszczeniem oraz porządkowaniem. Jednak ksiądz, z którym rozmawialiśmy nie był w stanie powiedzieć nam czegoś więcej. Polecił kontakt za pół roku. Mam jednak wrażenie, że nadzieje nasze są płonne, trudno wierzyć, że te dokumenty przetrwały tam ponad 116 lat...

Haftowane koszule - ekspozycja muzealna
 
Ponownie odwiedziliśmy miasteczko Śniatyń, następnie miejscowość Rarańczę, Toporowce, Truskawiec i Borysysław. Jeden dzień spędziliśmy w Rumunii, gdzie docelowo jechaliśmy do Suczawy.

"Dziady" pod cerkwią
 
i bezdomny pies
 
Zmienia się Ukraina, przede wszystkim buduje się tam drogi - widać wyraźny postęp. Główne są odnowione (nawet ta od granicy Krościenka). Bardzo często mijaliśmy ekipy pracujące na szosie, walce ugniatające asfalt, jechaliśmy świeżo położonym dywanikiem asfaltowym.
Ani razu nie trafiliśmy na toalety w stylu: dziura w podłodze. Ubikacje w są coraz porządniejsze, czyste - szczególnie w restauracjach, z papierem toaletowym (jednak często nie ma mydła do umycia rąk).
W dużym mieście jakim są Czerniowce ludzie spacerujący po deptaku modnie ubrani, dziewczęta piękne. Widać radość z życia: par ślubnych widzieliśmy bez liku. Robią sobie sesje fotograficzne w pięknych, ciekawych, nawet historycznych miejscach np. w budynku teatru, skansenie itp.

Tańce na deptaku w Czerniowcach, gdzie jest specjalne miejsce dla nowożeńców

Rodziny biesiadują w restauracjach, przesiadują w ogródkach przylokalowych, słuchają muzyki występujących na ulicy zespołów muzycznych.
Ukraina robi coraz lepsze wrażenie.


Takim widokiem żegnała nas Ukraina we wtorek wieczorem

niedziela, 4 października 2015

Miniony weekend

podarował nam niezwykle piękną aurę i przemiłe chwile spędzone z rodziną. Przyjechała córka z Wandzią, która za parę dni skończy dwa latka, a teraz jest na etapie gadania, gadania i gadania. Był mój brat z żoną i jego córka z rodziną. Dwie prawnuczki mojej mamy: pięcioletnia Zosia i nasza Wandzia pięknie się bawiły. Starsza Zosia niezwykle mądra i wrażliwa dziewczynka opiekowała się małą oraz inicjowała zabawy. To naprawdę był uroczy weekend.
Dziś, kiedy już córka pojechała - zabrałam psy, które czuły się nieco odrzucone, na czołgowisko. Było więc bieganie wzdłuż stawów, harce na łące i wąchanie w lesie, a także ostatnie kąpiele w Sanie. Teraz zmęczone "dziewczęta" śpią po zaliczeniu pieszo 6,5 km trasy. A ja w końcu odzywam się na bardzo zaniedbanym i zapuszczonym blogu. Czasu brak i brak. Pojawiają się inne piorytety i to jest dla mnie ważne.





Mam nadzieję, że uda mi się bardziej rytmicznie zamieszczać kolejne posty. Wiele materiału czeka na opracowanie. Dziś jednak tylko zdjęcia z popołudniowego spaceru.

 
 
 

niedziela, 20 września 2015

W mammobusie

Jako, że znalazłam się w takiej grupie wiekowej, że państwo zapewnia mi bezpłatne badanie mammograficzne w ramach Populacyjnego Programu Wczesnego Wykrywania Raka Piersi - skorzystałam. Było to już moje trzecie badanie (co dwa lata). Pismo informujące o tym programie NFZ przyszło pocztą do domu - trzeba było tylko wykonać stosowny telefon, by się zarejestrować i stawić w mammobusie w umówionym terminie - co też uczyniłam.
Tym razem nie było przed drzwiami karnie sterczących pań. Jakoś wszystkie zmieściły się w środku w maleńkiej mammobusowej poczekalni. Przedział wiekowy wyraźnie +60. Trzy siedziały i mozolnie wypełniały ankiety (obowiązkowe). Zostałam poinformowana, że też powinnam. W międzyczasie jedna wyszła, przyszły dwie. Wszystkie miały problem z wypełnieniem - nie z powodu demencji, ale okularów. Więc któraś nie zabrała okularów do czytania, inna żadnych okularów nie miała, więc przeczytać druku nie dała rady. Ta, która okulary posiadała, czytała jej na głos i wskazywała pozycje. Ja akurat miałam swoje do czytania, więc bezproblemowo wypełniłam rubryczki.
Weszła kolejna pani. Mówię więc do niej: "proszę wypełnić ankietę" wskazując kartkę.
Pani na to: "Nie dziękuję, postoję". "Ankietę trzeba wypełnić" - huknęła któraś donośnym  głosem. "Aaaa" - odrzekła, wymościła sobie miejsce na ławeczce... i wyjęła okulary...
Puenta: muszę przyznać, że panie w dużym procencie były zadbane, starannie ubrane, miały ładne fryzurki, pomalowane paznokcie. Prawie wszystkie wystąpiły w spodniach (dżinsowych); tylko jedna włożyła spódnicę "namiot", (ja spódnicę przed kolano). Pokolenie +60 całkiem nieźle się prezentowało. No cóż, w tym wieku ujawniają się za to inne deficyty...

czwartek, 10 września 2015

Tak sobie chciałam pomarudzić

Aż ustawą o bezpieczeństwie żywności i żywienia został uregulowany fakt jaki asortyment ma się pojawiać w sklepikach szkolnych. Nie! absolutnie nie jestem przeciwko zdrowemu odżywianiu, wręcz przeciwnie sama staram się zdrowo i racjonalnie komponować swe posiłki. Jednak regulowanie ustawą tego, co powinno sprzedawać się w sklepikach szkolnych wydaje mi się nieco absurdalne. Zrozumiałabym, że jest to zalecenie, sugestia np. ministra edukacji, ale ustawa! No i zaczęło się sklepiki w wielu szkołach zwyczajnie przestały istnieć, bo:  jeżeli kontrola przeprowadzona przez inspekcję sanitarną wykaże, że zostało złamane prawo, na ajenta prowadzącego sklepik może zostać nałożona kara pieniężna w wysokości od tysiąca do pięciu tysięcy zł, a dyrektor placówki będzie mógł rozwiązać z takim ajentem umowę w trybie natychmiastowym bez zachowania terminu wypowiedzenia. Idąc dalej, można domniemywać, że następnie zostanie ukarany niesubordynowany dyrektor. Tymczasem hordy uczniów od najmniejszych do tych uczęszczających do szkół ponadgimnazjalnych opuszczają masowo na przerwach swe placówki edukacyjne i udają się do pobliskich sklepów, kupując tam co dusza zapragnie. (Pomijam fakt, że uczniowie wychodzą ze szkoły bez zezwolenia, a  w tym czasie to przecież szkoła odpowiada za ich bezpieczeństwo).


W niektórych szkołach pokuszono się o sprzedawanie zdrowej żywności. Na temat, jak schodzi taki towar, nie ma doniesień. Może jeszcze tam, gdzie warunki sanitarne pozwalają  na skomponowanie zdrowych kanapek - te kanapki jednak się sprzedają. Ale jakoś nie wierzę, że uczniowie z radością z dnia na dzień zaczęli kupować zdrowe przegryzki np. suszone owoce, ziarna, orzechy, migdały, pomidory i jabłka na sztuki. Nie da się wprowadzeniem ustawy zmienić czy przestawić sposobu myślenia o odżywianiu teraz, kiedy w większości domów polskich nie robi się przetworów, kiedy zapomniano jak smakuje domowy kompot (dzieci wolą napoje z różnego rodzaju E ileś tam), kiedy większość ulubionych dań - to dania słodkie.
Uważam, że trzeba pracować nad zmianą mentalności narodu i zachęcać rodziców do zmian w kuchni. To wzorce wyniesione z domu określają zachowanie i sposób postępowania. A ustawą zagwarantować, by producenci kaszek i potrawek dla niemowląt i małych dzieci przestali je słodzić. Przecież w większości te produkty zawierają cukier. Ze słodzonymi potrawami dzieci stykają się od niemowlęctwa. Często głównie takie preferują.
Może warto byłoby przeprowadzać akcje edukacyjne dla rodziców, żeby przestali kupować swym dzieciom słodkie przekąski, jakieś tak kinder niespodzianki, żelki, wybuchowe cukierki itp. Może zachęcać do kupowania wyciskarek do soków i komponowania własnych napojów warzywno-owocowych. Może warto by rodzice pakowali do plecaków szkolnych w pojemnikach np. suszone owoce, albo orzechy.
Moja wnuczka Wandzia nie zna smaku białego cukru - jej mama od najwcześniejszych miesięcy jej życia, żywi zdrowo swą córeczkę. Je więc Wanda placuszki z owocami upieczone z razowej mąki na patelni bez tłuszczu, kaszki bez cukru, razowy chleb. Wandzia, jako niemowlę nigdy nie dostawała do żucia białej pszennej bułki. Nawet jogurty jada tylko naturalne z prawdziwymi owocami. Jedynym odstępstwem jest "Danio" - zjadane raz na jakiś czas. Smak cukierka, ciasteczka sklepowego, słodkiego ciasta domowego wnuczka poznaje wtedy, gdy ktoś ją poczęstuje, a mama nie zdąży zareagować i zdecydować czy dziecko może coś takiego zjeść. Można tak żywić swoje dziecko, można... Oczywiście wymaga to od rodziców konsekwencji, a od mamy dziecka zaangażowania, by często sporządzać córce zdrowe przekąski. A jakże zdajemy sobie sprawę, że w miarę dorastania i obcowania z rówieśnikami nie da się wnuczki całkowicie ochronić, jednak mamy nadzieję, że zostaną w niej wyrobione właściwe nawyki żywieniowe.
A ja tymczasem "produkuję" dla siebie zdrowe przekąski: suszyłam aronię, teraz zbieramy jabłka, więc suszę sobie chipsy jabłkowe - są super przekąską, jeżeli człowiek chce coś dziabnąć.

środa, 21 stycznia 2015

Dlaczego kupujemy włóczkę?

Jak wiadomo kupowanie włóczki dla dziewiarki i magazynowanie zasobów jest tym, czym dla palacza - zapalenie papierosa, piwosza - wypicie piwa, kawiarza - filiżanka dobrej kawy... No i stąd wniosek niemal nachalny: większa część dziewiarek jest po prostu uzależniona od kupowania. Nie znam osób, które kupują włóczkę wyłącznie w celu realizacji konkretnego projektu, nie magazynują zapasów i pozbywają się wszelkich końcówek (czasem tylko czytam o tym na blogach). Ja tak nie mam. Mam natomiast wszelkiego rodzaju duże ilości dobra włóczkowego i to różnego rodzaju, i gatunku. Wystarczy na kilka lat. Moje ulubione twierdzenie brzmi: "moce przerobowe mam znacznie mniejsze, aniżeli zgromadzone zapasy". I to jest fakt. Póki co, przerabianie kolejnych kilometrów włóczki, nie jest proporcjonalne do kilometrów posiadania...
Jak kupuję? Po pierwsze - owszem bardzo często jest to zakup wykonany po to, żeby zrealizować konkretny projekt. Jednak nie zawsze się to udaje. Czas przeleci, zima czy lato minie, nie udaje się zrealizować pomysłu - włóczka zostaje i leżakuje. Do następnego sezonu już mi się zmienia i często nie wracam do pierwotnego zamiaru przeznaczenia surowca.
Drugim powodem kupowania, jest kupowanie na tzw. "zapas". A więc pojawia się np. pomysł na chustę, sweterek itp. - potrzebna określona włóczka - kupuję więcej, a bo nuż widelec przyda się na drugi taki sam projekt, albo podobny... Bardzo często - jak wyżej - nie dochodzi do realizacji. Zostaje mi podwójna ilość włóczki.
Trzeci powód - ciekawość. Na rynku pokazuje się nowy produkt. Kupiła ta pani i jeszcze ta - chwalą, polecają, pokazują gotowe dzianiny. Oczy rwą się do włóczki (dobry gatunek, piękne farbowanie, ciekawy melanż itd.). Warto kupić, przecież i tak na pewno coś z tego zrobię...
Czwarty powód kupowania to tzw. okazja - np. niska cena (patrz obniżki i promocje w sklepach internetowych) - przecież i tak się kiedyś taka włóczka przyda. Będzie jak znalazł, kiedy przyjdzie do głowy określony projekt. Znakomitym miejscem na realizację trzeciego powodu, poza pasmanteriami internetowymi, jest Allegro i szmateksy. Kupuję raczej i zdecydowanie nowe włóczki, no niekiedy w szmateksie decyduję się na coś takiego: zaczęta i porzucona w trakcie robótka do sprucia, a pozostałe motki nowe.
Tzw. okazja - w mej opinii - to największa zguba włóczkoholiczek. Zapasy rosną i szybko stają się nie do ogarnięcia. Motki, kulki, pasma utykane tu i ówdzie popadają w zapomnienie. (Schować przecież trzeba, żeby np. nie drażnić ilością dobra oczu mężowskich). Odnajdują się po latach, a to w skrzyni wersalki, a to w szafie, czy nawet w pudle w piwnicy.
Nie powiem: zakupy szmateksowe też uzależniają i mogą być dokonywane równocześnie z tymi sklepowymi, bo a to brakło mi akurat kilka metrów czerwonej... A, że przy okazji za grosze wygrzebało się z kosza 30  dkg nowej bawełny z jedwabiem czy dwa motki angorki na czapkę - to przecież grzech nie wziąć - skoro świetny gatunek i dobra firma... Więc wraca się do domu nie z kilkoma metrami czerwonej, a z kilogramem włóczki, która kiedyś się  przyda.
Nie rozwijam tu aspektu pozyskiwania włóczki z tzw. odzysku. Bo chociaż istotny - nie wiąże się z wydatkami.

A jakie są Wasze powody kupowania włóczek Drogie Czytelniczki?

EDYCJA
Powyższy post zyskał liczne komentarze. Jak miło, że odezwały się osoby prezentujące podobne zachowania. W kupie zawsze siła, no i "szaleństwo" nie jawi się jako wyraźne odstępstwo od normy... Jedni kolekcjonują modele samolotów, inni (raczej inne) włóczki (nie wspomnę tu o "przydasiach" dziewiarskich: drutach, szydełkach, zwijarkach itp.). 
Pojawiły się jeszcze dwa powody kupowania włóczek: GaMa podaje zauroczenie cudnej urody włóczką, natomiast Agnieszka Chodakowska-Gyurcis   - żeby wysyłka się opłaciła, przecież w tej samej opłacie mieści się np. 100 g włóczki jak i 1000 g - no więc trzeba to wykorzystać.
Dodatkowo Panie rozwinęły wątek i rozszerzyły go o aspekt: sposoby pozyskiwania włóczki w sensie ogólnym i szeroko pojętym. Jednak o tym chyba trzeba napisać nowy post.

niedziela, 18 stycznia 2015

Tak było w piątek...

Popołudnie okazało się wyjątkowe. Dłuższy dzień, pełne słońce, stosunkowo ciepło. Po śniegu pozostały tylko plamy, a w cieniu oblodzone ścieżki. Pozostałe były oczywiście błotniste.  Psy po wyprawie obowiązkowo musiały przejść ablucje w wannie. Tymczasem radośnie myszkowały w trawie, przepłaszały bażanty, kopały doły. Nie pozwalałam jednak wchodzić na skute lodem stawy - nigdy nic nie wiadomo...




Na czołgowisku późne słońce kładło się długim cieniem:





A potem nagle szybko zapadał zmrok:



rozmazując chmury na niebie:


zbliżenie:

*   *   *
Także kupiłam sobie do kolekcji kolejny "dziewiarski" kubek":

środa, 18 czerwca 2014

Konieczność życiowa

skierowała dzisiaj moje kroki do przychodni lekarza rodzinnego. I chociaż zwyczajowo są tu używane  tzw. "numerki" i określana godzina przyjęcia - zwykle i tak panuje opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów i swoje odsiedzieć trzeba. Toteż zawsze do kolejki zabieram robótkę. Dzisiaj dotarłam nieco spóźniona, ale jak się okazało i tak o jakieś dwie godziny za wcześnie. Zapytawszy o numer mnie poprzedzający (żeby zapamiętać za kim jestem) opadłam na krzesełko. Skonsumowałam proziaka i popiłam mineralną (nie miałam czasu, by coś wcześniej przekąsić). Zmieniłam okulary, wyjęłam serwetkę (już ostatnią z szóstki, którą obrabiałam koronką) i ruszyłam z szydełkowaniem.
Obok siedziały dwie panie, z których jedna szczegółowo relacjonowała tej drugiej, kulisy kariery szkolnej swej córki licealistki. Była więc i charakterystyka kolejnych nauczycieli uczących "moją Wikę", opowieści o tym, jak córka walczy o wyższe oceny, jak wykłóca się o swoje sprawy w szkole. Tej mamie usta się nie zamykały, druga była bardziej powściągliwa i mniej mówiła o swym synku (jak się domyśliłam również licealiście)...
Do lekarki przyjmującej w sąsiednim gabinecie ustawił się również sznureczek pacjentów, głównie młodych mam z dziećmi w wieku rozmaitym: od  niemowlęctwa do szkolnopodstawówkowego. Te starsze dzieci w miarę spokojnie czekały na przyjęcie, natomiast młodsze o mało nie rozniosły poczekalni. Było więc walenie zabawkami, rzucanie klockami, gonitwy, krzyki. Chwilami panował taki rwetes, jak na targowisku w dawnych czasach. A mamuśki rozrabiających pociech siedziały jak posągi zachowując stoicki spokój, żując gumę i zupełnie nie reagując na to co czyni ich progenitura. Jedna mała dziewczynka (na oko trzylatka), ładna, rezolutna i dobrze rozwinięta, bawiła się zabawkami, jednak jej działaniom towarzyszył krzyk, mało mówiła, cały czas krzyczała. I chociaż dziewczynka urocza z wyglądu - moja irytacja narastała i czułam, że moje zwyczajowo dość niskie ciśnienie - rośnie. Chłopczyk na oko pięcioletni przechodził sam siebie: biegi, skoki, zabawa karabinem złożonym z klocków. Mamusia podniosła tyłek dopiero wtedy, kiedy dzieciak wspiął się na parapet otwartego okna...
Raczej staram się takie sytuacje przetrzymać, jednak dzisiaj (możliwe, że mój próg tolerancji był nieco obniżony z powodu gorszej kondycji psychicznej), nie wytrzymałam i  zwróciłam uwagę trzylatce mówiąc: "nie krzycz". No i dostało mi się od matek, rzuciły się na mnie jak harpie: jak śmiem zwracać dziecku uwagę, bo przecież jest małe i się nudzi czekając tyle na przyjęcie do lekarza, że to przecież przychodnia rodzinna i dzieci mają prawo się bawić.  "To niech się bawią, a nie krzyczą" - odrzekłam. Najbardziej gardłowała mama licealistki (już wcześniej zdiagnozowałam ją jako osobowość niezwykle roszczeniową i przekonaną o swej nieomylności). Dodałam jeszcze, że człowiek kulturalny uczy swe dzieci, jak mają się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach, a nie pozwala na wszystko. Z kolei ze strony matek znalazło się jeszcze odniesienie do mojego szydełkowania, że siedzę i szydełkuję (pewnie byłoby lepiej gdybym plotkowała). A matka trzylatki rzuciła mi w twarz, że zna moją córkę Matyldę i wyraźnie zasugerowała, że nie zawsze była grzeczna. Wtedy dopiero skojarzyłam, że ta młoda kobieta jest koleżanką szkolną mojej córki. Nie do końca wiem, jak zachowywała się moja córka w grupie rówieśniczej, jednak na 100% wiem, jak zachowywała się jako dziecko w poczekalni do lekarza. Z takim argumentami więc nie będę dyskutować. Skutek był taki, że matka na chwilę wzięła dziecko na kolana i usiłowała czymś zająć. Cisza w przychodni zapanowała wówczas, kiedy kobieta weszła ze swym dzieckiem do lekarza. W całej tej sytuacji tylko jeden tata wsparł mnie uśmiechem (jego syn był bardzo grzeczny).
Zapewne narażę się też niektórym moim czytelniczkom. Jednak nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania, uważam też, że trzylatce można już wyraźnie określić granice, jak powinna się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach - może nie zawsze zrozumie, czy też się dostosuje, ale to jest właśnie proces wychowania. Potem takie dzieci idą do szkoły i są nie do ujarzmienia, gdyż wszystko im wolno, a nauczyciel nie ma żadnej możliwości ingerencji, może jedynie mówić i prosić o uspokojenie. Nie wiem też dlaczego te małe dzieci nie rozmawiają, tylko nieustannie krzyczą - wystarczy znaleźć się na przerwie w szkole podstawowej - panuje tam wrzask nie do zniesienia...
Nie jest to pierwsza zaobserwowana sytuacja, kiedy matki zupełnie nie reagują na to jak zachowują się ich dzieci. Jednak i w kolejce do lekarza widziałam dzieci w porównywalnym wieku, które były grzeczne i potrafiły spokojnie bawić się zabawkami zgromadzonymi w poczekalni.

 Na polu robótkowym  tak sobie:  kończę sweterek z bambusa. Oj ciągnie się ta robótka - chociaż bluzka robiona na maszynie. Najpierw w e-dziewiarce pomylili adresy odbiorcy i zamówiona przeze mnie włóczka ponoć poszła do kogoś innego (ponad 2 tygodnie to trwało, zanim dotarła do mnie). Potem po wykonaniu przodu i tyłu, okazało się, że braknie jednego koloru - zamówiłam więc i czekałam na przesyłkę. Następnie na drutach 2,25 robiłam ściągacze - oj dość długo. Teraz zostało mi już tylko dorobienie rękawów i zeszycie całości. Może się z tym uporam do soboty.
Na zakończenie - kadr z chałupy:

W niebieskościach...

czwartek, 12 czerwca 2014

Tak właściwie to o niczym istotnym ten post

Czas galopuje w te upały. Wczoraj pasteryzowałam ostatnie słoiki z sokiem z czarnego bzu. Zakończyłam też przerób truskawek na dżem. Mam jeszcze ochotę, by zrobić dżem rabarbarowy z imbirem - polecała mi go w komentarzach Ania.
W ogrodzie podczas tych upałów uaktywniły się niesamowicie komary i tną bez opamiętania. W któryś dzień z zapałem zabrałam się po południu za pracę rozebrawszy się do krótkich spodni i skąpej bluzeczki. Pracę jednak skończyłam "umundurowana" szczelnie od stóp do głów. Bo ubrałam najpierw długie spodnie i skarpety, potem bluzkę z długimi rękawami. Przez cienką bluzkę i skarpety cięły dalej niemiłosiernie, więc włożyłam jeszcze bluzkę flanelową. Dodam także, że byłam spryskana środkiem na komary i zjadłam wcześniej kilka witamin B (ponoć zapach ciała po ich spożyciu ma odstraszać bąki i komary). Tną nawet w głowę przez włosy. Jest po prostu nie do wytrzymania. A teraz piję wapno, smaruję ugryzienia "Altacetem" i tak drapię się bez przerwy. Swędzenie nieco mija po "Allertecu", ale z kolei powoduje on u mnie senność...
Poza tym pochłania mnie praca i w sumie brak czasu na przyjemności, a projekty z trudem krystalizują się w mojej zmęczonej głowie, która przyłożona do poduszki zapada w niebyt snu (najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie w nocy). Ponadto nawet bez "Allertecu" ciśnienie w te upały spada mi katastrofalnie i głowa się kiwa. W związku z tym muszę się położyć, a Morfeusz porywa mnie w swe objęcia.

Już kiedyś chciałam zapytać czy Panie spotkały się z taka sytuacją: mam w obserwowanych różne blogi, niektóre z nich były mało aktywne w ostatnich czasach (nie było nowych wpisów) i nagle ukazały się w czytniku z dawnym adresem, a nowymi wpisami zupełnie innych autorów. Tak zdarzyło się z blogiem devorgilli  celtic-knitting, pani Ewy Kwiatkowskiej  - jest adres jej dawnego bloga, a wpisy zupełnie kogoś innego jakiegoś Alin Ionescu. I kiedyś tak było z niektórymi blogami Gosi Bukowskiej. Czy ktoś przejmuje adresy blogów, kiedy ich autorzy np. przestają pisać bloga, czy też tego bloga likwidują?
Najciekawsze jest to, że np. czytnik pokazuje "zajawki" dawnych postów naszych koleżanek dziewiarek, a potem od pewnego momentu zaczynają się te nowe wpisy autorów, którzy piszą teraz pod tym adresem.

Mąż ogląda pierwszy mecz Mundialu, a ja nie mogę się nadziwić, że TVP przegadała ceremonię otwarcia mistrzostw, "bo nie było sygnału dla Europy". Co okazuje się wierutną bzdurą, gdyż internauci z innych krajów europejskich tę uroczystość oglądali. Jak więc można Polakom pleść takie androny.

sobota, 7 czerwca 2014

Ranne telefony

Tego dnia wychodziłam później do pracy. No więc oczywiście pospałam nieco dłużej. Potem czas na zabiegi higieniczne, nieco bardziej pracochłonne śniadanie, niż zwykle... Psiska powitały mnie leniwie i nawet nie szykowały się do wyjścia. Królik z entuzjazmem przyjął miskę z karmą. To może wykonam jakieś zabiegi regeneracyjnie twarzy? Szkoda gadać - zarówno buzia, jak i reszta wyraźnie nadszarpnięte zębem czasu. "Peeling se zrobie" - zdecydowałam. Sięgnęłam po kwas hialuronowy (kupiłyśmy sobie na spółkę z Matyldą w aptece z kosmetykami naturalnymi). Wymasowałam twarz i szyję tym kwasem z drobinkami czegoś tam (też kupionego w tej aptece), potem uraczyłam je organicznym olejem makadamia i czekałam aż się wchłonie. Wtedy po raz pierwszy zadzwonił telefon stacjonarny (zwykle nikt w domu tych rannych połączeń nie odbiera). Pani rozpoczęła od pytań czy cierpię na miażdżycę, nadciśnienie, cukrzycę. Niezrażona odpowiedzią przeczącą, kontynuowała swą wypowiedź: że to nie szkodzi, bo ich oferta skierowana jest też do ludzi zdrowych, że warto, że powinnam... Zwyczajowo już w tym momencie przerywam rozmowę stwierdzając: "Nie jestem zainteresowana." Nie wiem jednak co mnie podkusiło, że słuchałam dalej. A więc mogę sobie zamówić: a) całodobowa konsultację kardiologiczną, b)samodzielnie mogę wykonywać badania EKG aparatem, który od nich otrzymam, a potem zostanie mi na zawsze... Przerwałam: za ile? Odpowiedź: za 68 zł miesięcznie w ratach na trzy lata.
Hmm czas się kurczy, a ja jeszcze włosów nie umyłam. Rzucam w telefon stałą formułę: "Nie jestem zainter... W głosie pani autentyczne zdumienie: "A dlaczego?" Przecież to taka świetna, niepowtarzalna okazja... Postanowiłam zakończyć i stwierdziłam: "Wasza oferta jest dla mnie za droga". Z interlokutorki jakby zeszło powietrze. Rozłączyła się.
No to włosy umyję - postanowiłam. Kiedy już doszłam do etapu: pianka do układania - zadzwonił telefon nr 2. "Czy pani Marta J..." "Tak - słucham". "Przygotowujemy nową książkę telefoniczną, czy dane adresowe się nie zmieniły? Czy chce pani uzupełnić je o numer komórkowy?" Potem było o układzie i zawartości książki, o wyższości tej edycji nad wszystkimi poprzednimi. Dość szeroko został potraktowany wątek  traktujący o części książki poświęconej adresom i telefonom obejmującym publiczną i niepubliczną służbę zdrowia. "Czy oni mają tam w wykazie mój PESEL - pomyślałam?" Pani na szczęście długo nie nalegała na to bym zamówiła sobie nową książkę telefoniczną za 80 zł z doręczeniem do domu za dwa miesiące (plus koszty dostawy). Jednak parę sekund wcześniej powiało grozą, kiedy stwierdziła, że właśnie mnie dopisuje do listy kupujących tę że...
Wróciłam do łazienki, wysuszyłam włosy, potraktowałam lakierem... No dobra śniadanie, nie ma już czasu na wymyślanie: zielona herbata, kawa (zawsze piję jednocześnie), biały serek, rzodkiewki, kiełki, trzy plasterki wędliny, kromka chleba ziarnistego. Odpalam komputer - trzeba zobaczyć co tam w świecie słychać...
Oj mało już czasu, trzeba wychodzić... Telefon nr 3. "Chciałam panią zaprosić na prezentację pościeli wełnianej w "Hotelu pod różą", połączoną z degustacją..."
"Nie jestem zainteresowana" - warknęłam do telefonu. Błyskawicznie wciągnęłam dżinsy. Machnęłam po twarzy pędzlem z sypkim pudrem, poróżowałam policzki, pomalowałam usta, popsikałam się perfumą. W locie porwałam kluczyki do samochodu i torebkę.
Wiem, wiem zwyczajowo nawet nie odbieram takich telefonów...

P.S. Ifunia ma się lepiej. Na kolację "zeżarła" ranną suchą karmę i jedzenie wieczorne. Teraz pochrapuje mi za plecami.

niedziela, 18 maja 2014

Zatrzymane w kadrze - zabudowania popegeerowskie w Karlikowie

Karlików - niewielka wieś u północno-wschodniego podnóża Tokarni w paśmie Bukowicy (ok. 120 mieszk.).
Karlików pojawia się w dokumentach od 1483r., występując także jako "Karolowa". Przed ostatnią wojną wieś liczyła 67 domów i ciągnęła się od zabudowań byłego PGR na północny zachód. Zamieszkiwali ją niemal wyłącznie Rusini. W rejonie obecnych stajni dla bydła istniała cerkiew, zbudowana w 1840 r. W 1946 r. wieś została splądrowana przez Polaków z Bukowska i żołnierzy, na nowszym z dwóch cmentarzy rozstrzelano 42 ukraińskich mieszkańców wsi. Pozostali zostali w tym samym roku wysiedleni do ZSRR. 







 



Źródło:
Beskid Niski. Przewodnik. Oficyna Wydawnicza "Rewasz". Pruszków 2012

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails