Miało być "jutro" a jest zdecydowanie później, a wszystko to z zachwytu nad wiosennym słońcem i plusową temperaturą. Ani mi w głowie było siedzenie w domu, w każdej wolnej chwili chciałam być na zewnątrz i wystawiać moją bladą, pozimową twarz do słońca. Jako że, jedna mewa (tzn. jaskółka ;)) i doniczka tulipanów wiosny nie czynią, zimny wiatr sprawił, że na kolejny tydzień rozłożyły mnie wirusy.
Na szczęście wyzdrowiałam, naładowałam akumulatory i wracam do gotowania, robienia zdjęć, pisania i do Was, zdecydowanie się stęskniłam :)
Miało być o książkach węgierskich, więc raz, dwa, trzy ... zaczynamy.
W styczniu przywiozłam z Węgier dwie dynie piżmowe, kwiat muszkatołowy (macis/ ang. mace), siatkę orzechów włoskich, naręcze gazet kulinarnych i książkę. Węgierski codzienny znam w stopniu ledwie podstawowym, węgierski kulinarny na szczęście o wiele lepiej, chociaż rzadko kiedy nieznajomość języka jest przeszkodą w przywiezieniu kolejnej książki kulinarnej z podróży. A było w czym wybierać. Pobieżne przejrzenie działu kulinarnego w Alexandrii (pięknej księgarni na ulicy Andrassy, z jeszcze piękniejszą kawiarnią) zajęło mi pół dnia. Oprócz książek angielskich gwiazd jak Jamie O. czy Nigella, znajdziemy solidną porcję książek węgierskich autorów.
Po paru godzinach, wyczerpawszy cierpliwość P. kupiłam premierową książkę Krisztiny Vrábel Dolce vita autorki kulinarnego bloga pod takim samym tytułem, po to tylko, by po dokładnym przejrzeniu jej w domu wymienić ją następnego dnia na książkę Tamasa Bereznay Süteményeskönyv ( czyli księga słodkości / deserów).
Do zakupu skusiło mnie staranne wydanie jak i piękne zdjęcia, do zwrotu zaś błędy typu np. w przepisie na tartę dyniowo-porową w składnikach znajdziemy "ciasto" z komentarzem "zakupione w mieście X w małym lokalnym sklepie" bez wyjaśnienia jakie to jest ciasto i czym je zastąpić jeśli akurat nie jesteśmy w miejscowości X we Włoszech. Kolejnym problemem, a zarazem wyzwaniem dla każdego kto chce pisać o kuchni włoskiej, jest fakt, że jest to jeden z najbardziej popularnych tematów kulinarnych i że coraz trudniej napisać o niej w sposób oryginalny, nie powielając tego co już było. Co udało się Jamiemu Oliverowi we Włoskiej wyprawie niestety nie do końca udało się Krisztinie Vrábel - osobistych komentarzy i historii autorki jest zdecydowanie za mało, a większość przepisów znana jest mi z innych źródeł. To wszystko byłoby dla mnie do zaakceptowania i zapewne zatrzymałabym książkę, gdyby nie cena - 4950Ft, czyli ok. 75zł.
Süteményeskönyv to jego druga książka z osiemdziesięcioma przepisami na tradycyjne węgierskie i nie tylko słodkości. Każdy przepis opatrzony jest zdjęciem i dokładną instrukcją wykonania, a na końcu książki znajduje się opis podstawowych przepisów na ciasta (kruche, francuskie etc.) oraz mnóstwo rad i tajników szefa kuchni. A wszystko to pięknie sfotografowane w minimalistycznym, acz bardzo apetycznym stylu. Kuchnia Tamása nie ma nic wspólnego z fusion czy kuchnią molekularną, więcej raczej z jedzeniem, które znajdziemy na stole węgierskiego smakosza. Tradycyjnie, ale z twistem. W tym kontekście nie zaskoczyło mnie wcale, gdy w wywiadzie przeczytałam, że największą kulinarną inspiracją Tamása Bereznay jest jego babcia.
Gdy po raz pierwszy przeglądam nowo zakupioną książkę, biorę do ręki małe sticky notes i zaznaczam przepisy krzyczące "zrób mnie, teraz, już!". W przypadku Süteményeskönyv musiałabym zaznaczyć całą książkę! Do tej pory zrobiłam węgierskie pieczone pączki nadziewane konfiturą śliwkową z palinką, w kolejce czekają m.in. miodowo-orzechowe rogaliki, tort orzechowy, tort Eszterházy, smażone pączki twarogowe, Zserbó.
Z chęcią dowiem się na co macie największą ochotę i co chcielibyście bym upiekła jako pierwsze - czekam na komentarze :)