Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpokój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpokój. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2014

Skrzacie ubranka.

Jeszcze dekoracje czekają w kartonach, ale jakieś drobiazgi już pojawiają się u nas w domu. Te maleńkie ubranka bardzo mi się spodobały i kupiłam je właśnie z myślą o szyszkowych wiankach. Rok temu był tylko jeden, bo nie zdążyłam z drugim, więc zakasałam rękawy i jest komplet.


Ubranka stale z wianków znikają...
Naszym skrzatem jest Adka, która chętnie dołączyłaby je do zbioru lalkowych kreacji.


Najdziwniejsze jest to, że czerwony kolor jest mi zupełnie obcy. Nigdy nie kupiłam sobie nic z ubrań w tym kolorze, ale takie miniaturowe wdzianka mają swój urok, któremu się nie oparłam.


 Pozdrowienia!

sobota, 9 listopada 2013

Malowanie drzwi zakończone!

Doczekałam się! 
Drzwi przemalowane, wszystkie na swoich miejscach. W końcu przedpokój wygląda tak, jak sobie zamarzyłam. Problemu nie byłoby, gdybym sama te drzwi kupowała, bo wybrałabym białe, ale takie w tym mieszkaniu zastaliśmy. Były nowiutkie, nikt ich nie używał i szkoda było je wyrzucać tylko dlatego, że kolor był… okropny. Nie mieliśmy na łóżko, zlew, wannę itp. więc nie wybrzydzaliśmy z kolorem i cieszyliśmy się, że drzwi w ogóle są :) 



Głównymi bohaterkami dzisiejszego wpisu są drzwi, jednak przedpokój siłą rzeczy też się załapał. Bardzo trudne w zagospodarowaniu to pomieszczenie, bo jest długą i wąską klitką. Nie ma tu miejsca na typową szafę, więc jest witryna.


 Dechy na ścianie mają już ponad rok i bardzo jestem z nich zadowolona, bo są o niebo łatwiejsze w utrzymaniu niż pomalowana ściana.


Rzut oka na drugą stronę:


Na wieszaku moje dwie ulubione torebki i chusta, która tak mi się spodobała, że nie schodzi z mojej szyi. Różowy cadillac to jest to!


Przedpokój jest niewielki, ale upchnięto na nim czworo drzwi. Te poniżej prowadzą do łazienki. Jedynie drzwi wejściowe nie pasują tu kolorystycznie, ale to cięższy kaliber, bo nie są z drewna. Nie wiem, czy kiedyś zdecydujemy się na malowanie…


Jedną z największych zalet tej metamorfozy drzwi jest to, że w końcu widać klamki. Są mosiężne i pięknie się starzeją. Naturalnie się przecierają i to dodaje im uroku.


Tak wyglądały drzwi przed malowaniem. Już nawet tego koloru nie skomentuję :)


Na koniec pokażę, jak spędzamy sobotnie popołudnie: 


Mąż zrobił mi niespodziankę i zaczął wcielać w życie marzenie o ceglanej ścianie i „kozie” w salonie. Wszystko zaplanował w tajemnicy i wydało się dopiero, gdy po powrocie do domu natknęłam się na kominiarzy szukających u nas wolnych kominów :) Także koszmar przedświąteczny w pełni: znów mamy remont :)


Właśnie dziś, kiedy ja robiłam zdjęcia pomalowanych drzwi, za nimi trwał pogrom. Ściana kurzu spowiła salon i na nic zdały się folie na meblach. Kurz był   WSZĘDZIE! Dopiero skończyłam sprzątanie, także ta relacja jest „na gorąco”. Jednak już pokazały się cegły! W wyobraźni widzę tegoroczną choinkę na ich tle :)

Pozdrawiam serdecznie
Dziękuję także za tyyyyyle komentarzy i maili dotyczących kuchni
Tak rekordowa ilość mnie zszokowała! 
Dzięki, dzięki, dzięki!!!

niedziela, 13 października 2013

Drzwi przemalowane!


 Ostatnio zauważyłam, że przygotowanie wpisu raz w tygodniu to szczyt moich możliwości. Ale bardzo to lubię, więc i tym razem zapraszam na kolejną odsłonę minionego tygodnia. Zdjęć uzbierało się sporo, jednak najważniejsze jest zakończenie przemalowywania kolejnych drzwi.


Tak wyglądały one wcześniej ( zdjęcie zrobione po ich drugiej stronie, z innego pomieszczenia). Kolor do niczego nie pasował, okropny. Były pokryte okleiną i bez problemu dało się je przeszlifować. Później trochę cierpliwości przy malowaniu i mam odmienione drzwi za grosze.


 W końcu mogłam na nich powiesić duży wianek i wystrój coraz bardziej robi się jesienny, a nawet świąteczny. Jakoś tak te szyszeczki kojarzą mi się już z Bożym Narodzeniem…


Pisałam już o moim bziku na punkcie wywoływania i opisywania zdjęć. Kolejna setka wywołana czeka na swoje miejsce w albumie. Przy okazji wyprawy do Empiku po ich odbiór, zahaczyłam o mój ulubiony sklep, w którym znalazłam piękny album na zdjęcia.


Nie przepadam za albumami z foliowymi koszulkami na zdjęcia, dlatego te grube, sztywne karty zadecydowały o zakupie. 


 Nie odpuściłam też świecznikowi. Ten rodzaj szkła jest moim ulubionym, a kupiłam go już z myślą o świątecznej dekoracji. Będzie pasował do zeszłorocznej choineczki.


Jesień rozgościła się na dobre, a ja nadal nie skończyłam pledu. Ale jest postęp: zabrałam się za łączenie kwadratów w spore już kawałki, więc jest nadzieja, że jeszcze w tym sezonie z niego skorzystam :)


I żeby nie było nudno: znów mała rewolucja w jadalni, hehe. Po pięciu latach bez, zachciało się nam telewizora, więc trzeba było kable pociągnąć... My chyba jesteśmy skazani na wieczne przeróbki :) ( a telewizor, co najśmieszniejsze, wcale u nas nie służy do oglądania programów telewizyjnych, hihi )


Październikowa odsłona jesieni zachwyca słońcem i kolorami.


Pozdrowienia!

piątek, 31 maja 2013

Na szczęście

Nic innego, jak świeżo znaleziona czterolistna koniczynka. Muszę przygotować jej godną oprawę, taki okaz nie trafia się często.




Miałam plan, by zrobić znalezisku wyjątkowe zdjęcie, ale pośpiech nie jest moim sprzymierzeńcem. Piwonia szturmem wdarła się na pierwszy plan, więc na zdjęciu poniżej jest już główną bohaterką. Bardzo lubię te kwiaty i dzięki Teściowej mam je w domu każdej wiosny. Bukiety z nich wyglądają bardzo okazale, jednak jeden kwiat w wazoniku też potrafi obronić swojej piękno.




Dzisiejszy dzień nie był dobry pod względem fotografowania, co będzie widać też na kolejnych zdjęciach. No nie umiem, po prostu nie wychodzą mi dobrze ujęcia na przedpokoju, a szkoda, bo kosz, na który szczęśliwie trafiłam, wart jest szczególnego potraktowania.




Marzył mi się duży, pleciony kosz i nawet nie był trudny do wyszukania, ale standardowo: ceny odstraszały. Koniczynka musiała dobrze zadziałać, bo wpadł mi w ręce ten egzemplarz w wyjątkowo niskiej cenie.




Jest naprawdę piękny i nietuzinkowy. 
Tak chciałam go ładnie zaprezentować, ale nawet ulubiona ostatnio chusta nie pomogła i zwisa smętnie, nie dodając całości uroku. Ale kosz i tak jest niesamowity :)
A jeśli wierzyć metce, pochodzi z bardzo egzotycznego miejsca.




Nie mogłam też zapomnieć o niezwykłym bukiecie.  Mąż pamiętał i także tego roku obdarował mnie amarylisami – kwiatami z mojego ślubnego bukietu. To taki jego zwyczaj – nawet kwiaciarka żartuje, że co roku czeka, czy Mąż pojawi się po standardowe już zamówienie :) 





A żeby nie było monotonnie, tym razem inny, niż biały, kolor. W tym roku, o tej porze białe amarylisy były nie do zdobycia! Białe, czy nie, to i tak moje ukochane kwiaty, do których już zawsze będę miała szczególny sentyment.



Bardzo dziękuję za tyle wizyt tutaj, za miłe słowa w komentarzach. Żle się czuję z tym, że nie bywam u Was. Tzn. pojawiam się, ale nie komentuję. Brak czasu to banalne, ale niestety, prawdziwe wytłumaczenie. Ostatnio zawodowo dużo się u mnie dzieje, dużo dobrego. Nowe pomysły, wyzwania, ale i spore zaangażowanie czasowe to moi towarzysze. Bywam koszmarnie zmęczona, ale i niesamowicie zmotywowana, kiedy wychodzi to, nad czym pracowałam. Także – wielkie dzięki! Dzięki Wam, Gościom, mam energię, by czasem coś tu napisać.
Gorąco pozdrawiam!


czwartek, 15 listopada 2012

Jeszcze jesiennie


Po dłuższej nieobecności ciężko napisać pierwsze zdanie…
Kilka już zostało skasowanych, dlatego nie będzie mądrego wstępu. 


Ostatnio kupiłam zupełnym przypadkiem dwa koszyki właśnie z myślą o ustawieniu ich na witrynie w przedpokoju. Były w idealnym kolorze, jedynie musiałam pozbyć się materiałowego wypełnienia w okropnym kolorze. A wśród nich zakup, któremu nie mogłam się oprzeć i który jest dowodem na to, jak trudno powstrzymać się przed tak wczesnymi zakupami o bożonarodzeniowym charakterze. Właśnie dlatego lampion narazie stoi wysoko, by nie przyciągać spojrzeń i nie psuć świątecznej atmosfery niepotrzebnym falstartem.


Wewnątrz witrynki też pojawiają się nowe drobiazgi. Tym razem swoje miejsce znalazły jedne z moich ulubionych zdjęć. Dobrze im tutaj.


Kropką „nad i” w przedpokoju były bakelitowe włączniki światła, które wylicytował Mąż za grosze. Mają one swój urok i w naszym kamienicznym mieszkanku po prostu musiały się pojawić. Są to autentyki sprzed lat, ale w pełni sprawne i o wiele tańsze od współczesnych wyrobów, które są nimi inspirowane.


Post bardzo mi się rozrasta, więc pokażę jeszcze tylko jedną z przyczyn mojej nieobecności w blogowym świecie. Zawzięłam się w sobie i postanowiłam dokończyć projekt, który rozpoczęłam trzy lata temu. Jest to haftowany kalendarz adwentowy. Pochłaniał każdą wolną chwilkę, a że jest bardzo pracochłonny, to poświęciłam mu naprawdę sporo czasu. Pod koniec byłam już nim bardzo zmęczona, ale wizja uśmiechniętej Adki, która wyjmuje z niego drobiazgi,motywowała mnie do działania.


Wszystkie hafty są już gotowe, pozostało mi jeszcze kilka woreczków do zszycia, ale to już drobiazg w porównaniu  z tym ogromem pracy, który wykonałam - taka jestem chwalipięta, ale duma mnie rozpiera, że wreszcie to wyhaftowałam :)


Wśród domowych drobiazgów pojawiła się druciana patera, która ma w sobie sporo uroku.


Ostatnio bardzo narzekałam na jesienną aurę, ale moje podejście zupełnie odmieniły te widoki. Od kilku tygodni na mojej codziennej drodze do pracy odbywa się remont i chcąc ominąć korki, jeżdżę właśnie tą drogą przez las. Ma w sobie tyle uroku, że nie złoszczę się na te prace drogowe. Choć muszę przyznać, że to tylko tak niepozornie wygląda, bo bliżej jej do „road to hell” niż do niewinnej parkowej alei. Jest wąska, ciasno obsadzona drzewami, a po obu jej stronach jest wysokie, strome osuwisko. Taka przejażdżka ( zwłaszcza rano, kiedy człowiek spieszy się do pracy, a tam ruch jak na Marszałkowskiej ) gwarantuje sporą dawkę adrenaliny. Ale ta atmosfera nastraja pozytywnie od rana.



Pozdrawiam!

sobota, 29 września 2012

Ceglana ściana



Można zaryzykować stwierdzenie, że prace na przedpokoju są prawie skończone. Jeszcze tylko wymiana włączników i już! Tym razem na prezentację doczekała się ściana z cegieł, której posiadanie było moim wielkim marzeniem.
Mam to szczęście, że mieszkam w przedwojennej kamienicy zbudowanej z cegły. Dzięki temu kawałek takiej ściany udało nam się odkryć.





Kiedy się tu wprowadziliśmy, wszystkie ściany były już pokryte płytami kartonowo-gipsowymi, ale byliśmy bardzo ciekawi, co kryje się pod nimi.
Zaczęliśmy powoli je odkrywać i okazało się, że nie wszystkie cegły są w dobrym stanie, na co miała wpływ późniejsza przebudowa naszego piętra. Na szczęście cegły w tym miejscu okazały się idealne do odsłoniecia.



 
Ostatnim etapem było zrobienie najprostszego wieszaka i obudowanie ściany dechami.  Do zrobienia wieszaka użyliśmy drewna merbau, które dopasowało się do koloru drzwi.
Jakoś udało się pogodzić te solidne drzwi w mało lubianym przeze mnie kolorze z wystrojem reszty przedpokoju. I chociaż ich kolor zupełnie mi się nie podoba, to nie będziemy drzwi zmieniać czy przemalowywać. 


 

Celowo nie wypełnialiśmy dokładnie przestrzeni między nimi zaprawą czy fugą, bo podoba nam się ten efekt trójwymiarowości. 




Najbardziej lubię, kiedy ściana prezentuje się w całej okazałości, tzn. bez kurtek, płaszczy czy innych „ozdób”. Szkoda, że nieubłaganie zbliża się sezon na takie okrycia…


Jednak ostatnio bardzo polubiłam połączenie cegiełek i mojej nowej, skórzanej torby na aparat.

Sama w to do końca nie wierzę, ale niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że mam wymarzoną lustrzankę! A to wszystko dzięki Adce, której wpadły w oko kolorowe zdrapki loterii i zapragnęła taką mieć :)
Pierwszy raz los się do nas uśmiechnął i my, którzy nigdy nic nie wygraliśmy, z niedowierzaniem patrzyliśmy na szczęśliwą zdrapkę. Dzięki temu, te ekstra pieniądze przeznaczyliśmy na spełnienie marzenia. Gdyby nie ta wygrana, długo jeszcze czekałabym na aparat. 



 

A skoro jest aparat, to trzeba było zadbać o odpowiednią torbę i uśmiechnęłam się do Dagi, która po kilku dniach przysłała mi torbę taką, jaką i ona posiada. Dagi, bardzo, bardzo dziękuję!
Trzeba było jedynie uszyć mięciutkie wypełnienie i teraz już nie waham się zabierać wszędzie ze sobą mojego cacka. 




Pozdrawiam i dziękuję za Waszą obecność!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...