Showing posts with label personal. Show all posts
Showing posts with label personal. Show all posts

Friday, February 25, 2022

Jestem z siebie dumna

Jestem z siebie dumna.

Przez całe życie w sytuacjach stresowych zamykałam się w sobie i zamrażałam większość moich działań. Wykonywałam tylko minimum koniecznych czynności, a resztę czasu poświęcałam na załamywanie rąk i przewidywanie straszliwej przyszłości. Na przykład przestawałam robić wiele rzeczy, które uspokajają i oczyszczają umysł z trosk, jak uprawianie sportów.

Od wczoraj tuż za naszą granicą dzieją się rzeczy straszne i moim pierwszym odruchem było oczywiście zastygnięcie w zamartwieniu, typowo dla mnie. Ale...

O 17:00 kopnęłam się mentalnie w tyłek, rozwinęłam matę i zrobiłam praktykę jogi, jak każdego dnia. Skoro każdego dnia myję zęby, to dlaczego miałabym nie poćwiczyć?... Dziś od rana mogłabym zwinąć się w kulkę na kanapie i mielić w głowie troski, ale poćwiczyłam, poszłam na zakupy, pozmywałam, zrobiłam dwa prania i jeszcze mam w planach usiąść z farbami do szkicu, nad którym pracowałam kilka dni temu.

Każdy z nas inaczej reaguje na zagrożenie, stres.  Można szukać wsparcia i wspierać swoich bliskich, śledzić doniesienia w mediach albo wprost przeciwnie - kompletnie odciąć się od napływu niepokojących informacji i to też jest w porządku. Można modlić się/medytować, wyjść na spacer, pobiegać, sprzątać. Można zaangażować się w pomoc materialną dla uchodźców. Można nie przejmować się pouczeniami, jak mamy przeżywać obecną sytuację, co robić, co mówić. Grunt to znaleźć coś swojego na tę sytuację i nie dać się porazić strachowi i bezradności.

 

 

***

Dzisiaj wrzucam jeszcze dwa przepisy, może zechcecie zająć czymś ręce w kuchni. 

Jesteśmy w ciągu oglądania starych czeskich filmów i seriali! *^v^* Po zakończeniu "Szpitala na peryferiach" (z seriami "po 20 latach" i "nowa generacja" włącznie! gorsze bo już bez doktora Strosmajera...) obejrzeliśmy komedię "Jak utopić doktora Mraczka albo koniec wodników w Czechach" - genialna! *^O^*~~~ A potem w kilka dni połknęliśmy "Kobietę za ladą", kocham ten serial!!! Podpatrywałam tam zaopatrzenie czechosłowackiego wzorcowego sklepu spożywczego z 1977 roku, pamiętacie te ich delikatesy, w których można było kupić smakowite kanapki i sałatki na wagę? Ja to widziałam na własne oczy, bo w późnych latach 80-tych nastolatką będąc dwa razy odwiedziłam Pragę. Teraz starałam się podpatrzeć, jakie sałatki sprzedaje Anna Holubova i obok ziemniaczanej z majonezem i włoskiej (coś na kształt sałatki greckiej, tylko zamiast fety jest tarty parmezan), znalazła się sałatka Budapeszt. 

 


 

Poszukałam w Sieci przepisów i na jednej czeskiej stronie znalazłam. To jest moim zdaniem bardziej pasta do kanapek niż sałatka, po dopracowaniu proporcji okazało się całkiem smaczne! *^-^*

EDIT: Dzięki Ani wiem, że to był Liptauer. Widocznie w Czechosłowacji w latach 80-tych istniała nazwa "sałatka Budapeszt".

Sałatka Budapeszt 

- 250 g serka mascarpone (oryginalny przepis mówi o pełnotłustym biały twarożku i takiego użyję następnym razem, pasta będzie bardziej zwarta)

- 1 Ł majonezu

- 1 Ł  masła  

- 2 Ł słodkiej papryki w proszku

- 1 mała cebula 

- czerwona papryka 

- sól, pieprz do smaku

Do blendera włożyć: serek, majonez, masło i paprykę w proszku, zblendować porządnie do połączenia się składników. Można też wymieszać wszystko łyżką, wtedy konsystencja będzie bardziej zwarta, nie tak wodnista i napowietrzona. Przełożyć do miseczki i dodać drobno posiekaną cebulę i posiekaną czerwoną paprykę. Doprawić do smaku solą i pieprzem. 

 


 

Tak przy okazji, zobaczcie na kadr z początku dziesiątego odcinka - pod koniec lat 70-tych w Czechosłowacji sprzedawano... ogórki pakowane pojedynczo w folię!!!

 


 

Pomyślałam, że wrzucę na bloga przepis na całonocny chleb bez wyrabiania. Mam do niego link w spisie przepisów, ale jak kiedyś zniknie z tamtej strony, to będzie tutaj.

 


 

Wymieszać łyżką:

- 3 szkl. mąki

- 1,5 ł soli

- 1/4 ł drożdży suchych

- 1,5 szkl. wody

Przykryć miskę folią, odstawić na 8 do 18 godzin na kuchenny blat.

Następnego dnia krótko wyrobić chleb minimalnie podsypując mąką, uformować bochenek i wrzucić go do miski/koszyka do wyrastania wyłożonego obsypaną mąką ściereczką. Odstawić do wyrastania na 1,5 - 3 godziny. (Ja stawiam koszyk na kaloryferze.)

 


 

Do piekarnika włożyć garnek żeliwny z pokrywą, rozgrzać piekarnik do 270 stopni. Kiedy osiągnie tę temperaturę wyjąć garnek z piecyka, zdjąć pokrywę, ostrożnie przechylić koszyk z chlebem żeby wrzucić go do środka garnka - UWAGA NA GORĄCY GARNEK!!! Nacinamy jeszcze wierzch chleba (albo nie), zamykamy pokrywkę i wstawiamy garnek do piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 230 stopni.

Pieczemy chleb 30 minut pod pokrywką, potem zdejmujemy pokrywkę i dopiekamy ok. 15 minut.

Monday, January 31, 2022

Z wysokiego C


 

Jak zaczął się Wasz nowy rok?

 



Moje pierwsze próby przyrządzenia japońskich potraw na nowy rok!

 

U mnie od razu z wysokiego C, bo 1-go stycznia rano Aki zwymiotował mi do kapcia!.... *^><^* 

Na szczęście Robert to usłyszał i od razu zainterweniował z papierowymi ręcznikami, więc oszczędzone mi zostało wdepnięcie gołą stopą! Poza tym, wszystko jak na razie układa się świetnie. *^v^*

 


 

Na przykład, po wykonaniu dwóch telefonów do sądu udało mi się wreszcie uzyskać odpisy oświadczenia o nabyciu spadku po moim tacie z wpisanym właściwym nazwiskiem. Mimo, iż sąd miał na poprawienie omyłki a potem na wysłanie mi odpisów po 30 dni, to zajęło im to pięć i pół miesiąca, i wymagało to moich czterech ponagleń telefonicznych... Ale już mam właściwy dokument i mogę dokończyć uregulowanie spraw mieszkaniowych, hurra! A potem - ruszamy z remontem i przeprowadzką! ^^*~~ (No, tak szybko to nie będzie... wiecie, ile się czeka w Warszawie na wpis do księgi wieczystej? 12 miesięcy.......)

 


 

Z moim zdrowiem wszystko w porządku, szew się ładnie zagoił, nerwy wokół cięcia odzywają się już tylko czasami i prawie już nie pamiętam, że miałam operację! Jedynym efektem ubocznym po zabiegu pozostała mi nadwrażliwość skóry na nacisk i niestety wciąż nie mogę nosić koronkowej bielizny... Koronki i fiszbiny w biustonoszach mnie gryzą nie do wytrzymania, zaopatrzyłam się w bawełniane braletki a moje ukochane staniki leżą w szufladzie i czekają na lepsze czasy, ech... Mam nadzieję, że z czasem to się zmieni! Następną kontrolę lekarską mam w czerwcu.

 


 

W drugim tygodniu stycznia zapisałam się na darmowy tydzień z jogą w szkole jogi online, i tak mi się spodobało, w jaki sposób prowadzone są tam praktyki, że wykupiłam półroczny dostęp do portalu i już teraz ćwiczę każdego dnia z proponowanym programem, mam dostęp do medytacji, różnych rodzajów jogi, jadłospisów wegańskich i wegetariańskich, i innych ciekawych treści. Chodzimy też już na dłuższe kilkukilometrowe spacery i zaczynam popatrywać na rower (chociaż na razie jeszcze nie zdecydowałam się na pedałowanie, przede wszystkim Robert musiałby mi go znieść po schodach przed blok a potem wnieść z powrotem, bo 17 kilo to jeszcze dla mnie za dużo do dźwigania). 





Pijemy wyciskane soki każdego dnia do śniadania. Myślałam, że mi się nie będzie chciało, ale traktuję to jak poranną medytację - wyciągam owoce z lodówki, obieram, wrzucam do maszyny, podstawiam szklanki. Po śniadaniu oczyszczam wyciskarkę kilkoma ruchami i płukaniem części. Kupiliśmy świetny model - Hurom H200 i już zachwalam zalety: po pierwsze, nie ma tu wąskiego wlotu na warzywa i owoce tylko szeroki kielich, więc nie trzeba niczego kroić na małe kawałki, obrane pomarańcze wrzucam w całości, jabłkom urywam tylko ogonek! *^v^* Znajdujący się w kielichu nóż radzi sobie świetnie z każdym wsadem i kieruje go w kawałkach do ślimaka.

 

 

Po drugie, filtry (są dwa - do gęstych i klarownych soków) nie wyglądają jak drobna siateczka, więc mycie tego wszystkiego to naprawdę chwila-moment. W zestawie była szczoteczka, ale raczej jej nie używam, bo wsunięcie elementów wyciskarki pod kran i przetarcie zmywakiem wystarcza. Jak na razie, moją ulubioną mieszanką są 2 jabłka/2 marchewki/pomarańcza/kawałek ananasa, Robert preferuje soki cytrusowe, lubię też dodawać do wszelakich mieszanek imbir. 

 


 

Jedynym minusem jest fakt, że trzeba pamiętać o regularnym kupowaniu składników na soki i częstszym wynoszeniu śmieci biodegradowalnych!... *^o^* 

Robert zmienił pracę i na razie nie bardzo wie w co ręce włożyć, ale uprzyjemnia sobie zimę morsowaniem! *^0^* Zanim wejdziemy jak co roku w wegańskie DOJadanie (to już 3 marca) gotujemy sobie różności, na przykład klasyczną domową kuchnię polską - mielone albo kaczkę. ^^*~~ Ja trochę szyję, trochę planuję szycie, głównie są to rzeczy luźne i wygodne, bluzy dresowe, rozmyślam też nad moim stylem i porządkami w szafie. 

 


Obejrzeliśmy "Szpital na peryferiach"!... *^V^* Kto pamięta ten czechosłowacki serial? Był genialny!!! Teraz przed nami kolejne sezony kręcone po 20-stu latach, niestety to już nie jest takie dobre... Obejrzeliśmy styczniowy turniej sumo, teraz szykuję się na zimowe Igrzyska Olimpijskie (dyscyplina: patrzenie z kanapy w półleżeniu na sportowców na ekranie tv! ^^*~~). Czas płynie powoli i spokojnie.



No i taki to był nasz styczeń 2022. Już czuję, że było dużo pozytywniej niż w zeszłym roku i mimo, iż się na nic nie nastawiam to czuję, że jestem gotowa na ten rok dużo bardziej niż byłam na poprzedni - bez konkretnych oczekiwań, z otwartą głową, gotowością do przyjęcia zmian. Dajcie znać, jak tam Wasz styczeń - życiowo, robótkowo, książkowo, filmowo? Jestem bardzo ciekawa! *^o^*

Sunday, December 05, 2021

Uffff....

Kto trzymał za mnie kciuki 3 grudnia?

Nikt, bo tak się w zeszłym tygodniu denerwowałam, że oczywiście nie pochwaliłam się na blogu, że 3 grudnia mam operację... No, ale już po, już jestem w domu i choć przecięta w pół i trochę obolała mam problem z głowy!!! A nawet kilka problemów, bo i mięśniak poszedł i jeszcze kilka rzeczy. Zdecydowałam się na szpital prywatny, bo nie chciałam czekać w nieskończoność i mieć odwoływany zabieg tak jak się to dzieje w państwowej służbie zdrowia. A tak wszystko poszło zgodnie z planem. W książce o fazach księżyca przeczytałam: "Operacja przeprowadzona w tym czasie (balsamicznego księżyca) okaże się (...) mniej traumatyczna i dojdzie do mniejszej utraty krwi. Ponadto tuż za rogiem skrada się nów wzmacniający proces gojenia." Księżyc balsamiczny występuje przez kilka dni przed nowiem, a nów miał miejsce 4 grudnia, czyli moja operacja wydarzyła się w idealnym terminie! *^V^*

Teraz czeka mnie jakiś czas rekonwalescencji, odpoczynku, na razie nie ma mowy o rowerze czy nawet zrobieniu większych zakupów, trudno. Zamierzam skupić się na spokojnym powrocie do zdrowia, do formy. 

 


Pisałam wcześniej, że tej jesieni mam wielką chęć na ziołowe zapachy w kosmetykach a ziołowe zapachy najczęściej wynikają z ziołowych składników, i dziś napiszę o moich kilku odkryciach. 

 


Jesienią i zimą zmieniam lekkie kremy na oleje, bo moja sucha skóra się tego domaga. I na przykład takim olejowym odkryciem tego roku jest firma Tyma Herbs, która właśnie świętuje drugie urodziny. Zaczęło się od ziołunów - zamówiłam Jaśmin i Kocankę, a przez drobne zawirowanie wysyłkowe dostał mi się też Uczep, który naprawił moją skórę, kiedy dostałam dziwnej wysypki po innym nowym kosmetyku. 

 


 

Po ziołunach kupiłam olejki do aromaterapii i moje najnowsze zakupy - dwie olejanki do stosowania na noc: Święta ma konsystencję suchego olejku, Dzika - tłustego. Z Tymy pochodzi również ceramiczna miseczka i szpatułka, które mogą służyć do rozrabiania maseczek, ja trzymam w miseczce biżuterię.


 

Słowo o zapachach - są ziołowe. ZIOŁOWE. Podkreślam to, bo jeśli spodziewacie się delikatnego aromatu kwiatów czy owoców, to nie tutaj!!! Nawet jaśmin nie jest rześki, tylko oleisto-ciężki, nie tego się spodziewałam po ziołunie jaśminowym.




Wypróbowałam też niedawno pomysł na masaż stóp ciepłym olejem - kilka łyżek oliwy z oliwek wstawiamy w miseczce do większej miski z gorącą wodą, w ten sposób oliwa staje się ciepła. Można też postawić pojemnik z oliwą na chwilę na kaloryferze. Robert wymasował stopy mnie, ja jemu, w tle grał smooth jazz, rozmawialiśmy sobie o różnych miłych sprawach i powiem Wam, że jeszcze długo po skończeniu masowania czułam ciepło stóp oraz dawno tak szybko nie zasnęłam a moje spanie było czystym wypoczynkiem! Zamierzam to powtarzać i wypróbować ajurwedyjski masaż olejem całego ciała (po takim masażu spłukujemy olej). 

Trochę sobie czytam o Ajurwedzie, o doszach, znajduję w tym siebie, przyswajam wskazówki. Nie zamierzam odwrócić teraz mojego życia do góry nogami i w stu procentach zastosować się do ajurwedycznych zasad wszystkiego ale wiele z tego, o czym czytam ma dla mnie sens, odzwierciedla to jak się czuję, jak odbieram rzeczywistość. Widzę narzędzia, które pozwolą mi być mnie nerwową, bardziej uziemioną i spokojną. Na przykład, przeniosłam złote mleko z poranka na wieczór, dodaję do niego szczyptę cynamonu i gałki muszkatołowej, i taka mieszanka wspomaga zasypianie. A rano wypijam na dzień dobry kubek ciepłej wody z plasterkiem cytryny, co ma pobudzić trawienie.

Niektóre z zasad stosujemy od lat i nawet nie wiedzieliśmy, że to starożytna wiedza! *^v^* Na przykład - uwaga, będzie temat toaletowy! - czy wiedzieliście, że Ajurweda poleca ustawienie we współczesnej toalecie małego stołeczka, na którym stawiamy stopy podczas załatwiania się? Pomaga to odpowiednio ustawić nasze kiszki, żeby lepiej pracowały i łatwiej się nam pozbywało tego co trzeba bez napinania się. Nikt przecież w dzisiejszych czasach nie ma toalety "na kucanego" a to jest najzdrowszy sposób wypróżniania się! I co? I my mamy taki podnóżek od dawna, gdzieś kiedyś trafiliśmy na tę informację, w ogóle nie w kontekście Ajurwedy, a ponieważ nie mieliśmy gdzie trzymać stopnia do ćwiczeń, to wsunęliśmy go do wc i opieramy na nim nogi. ^^*~~

Tyle na dzisiaj, znikam wypoczywać i do następnego razu!

Friday, November 19, 2021

Tak się zastanawiam...


 

Wracam dziś z tematem dbania o siebie na różnych poziomach i znowu mam przemyślenia. Może ktoś wie i mi powie, bo sama nie potrafię znaleźć odpowiedzi na takie pytania:

Dlaczego w sytuacjach kryzysowych, pełnych nerwów zapominam o sobie?

Dlaczego, gdy przyjdzie smutna poważna wiadomość albo pojawia się duży problem, odcinam część mojej rutyny, która mi służy i pogrążam się w rozmyślaniach i snuciu scenariuszy, zamiast tym bardziej pamiętać o zadbaniu na przykład o swoje zdrowie i kondycję?

 


 

Od początku listopada codziennie dzielnie ćwiczyłam jogę, poświęcałam czas na medytację i robiłam raz dziennie przynajmniej 15-minutowy spacer. Aż do 8 listopada, kiedy to przyszła do nas nagła wiadomość o chorobie prowadzącej do śmierci członka rodziny, i o różnych potencjalnych kłopotach, jakie mogą być tym wydarzeniem spowodowane. I co? I ja, zamiast nadal utrzymywać tę rutynę zaczęłam odpuszczać, a zamiast tego zabrałam się za siedzenie na kanapie i rozmyślanie, i wymyślanie co będzie, jak będzie, i co dalej, i w ogóle... Nie mając wszystkich faktów, nie znając każdej sytuacji do końca. Z góry założyłam, że jest się czym martwić tak więc ja martwić się będę, i kropka!

 

Szare kluski z boczkiem i bryndzą, idealne jedzenie na utulenie! ^^*~~

 

Chcę zmienić takie moje zachowania raz na zawsze, bo to nie może być tak, że każdy większy problem przejmuje nade mną władzę i dosłownie mnie obezwładnia. Że przestaję robić to, co mi służy, co jest inwestycją w moje zdrowie i szczęśliwą sprawną przyszłość! A zamiast tego daje mi myślówę, gryzienie się, rozgrywanie w głowie scenariuszy nie popartych żadnymi faktami! Też tak macie? Jak sobie z tym radzicie?




Przyszedł nasz nowy garnek do nabe, ale też do innych potraw, bo jest to po prostu żeliwny gar z pokrywką (kupiłam go na allegro). Średnica 26 cm to nadal jest dużo i nie wiem dlaczego myślałam, że to będzie to dużo mniejsza pojemność od średnicy 28 cm... No, ale wyboru nie było, zależało mi na naczyniu płaskim, a płaskie były dostępne tylko w tym rozmiarze. W niedzielę zrobiliśmy próbne nabe (czyli danie z mięsa i warzyw w bulionie, gotowane w nabe, czyli garnku). *^v^* Klopsiki wieprzowe, paluszki krabowe, do tego grzyby, daikon, dynia, konjak cięty z bloku, makaron shirataki, tofu, wakame i kiełki fasoli mung. Wydaje się, że to ogromna porcja, ale to dużo warzyw/glonów i niewiele kalorii. Pożarliśmy wszystko ze smakiem! ^^*~~




Skończyłam czytać "Ciepło" i teraz zabiorę się za tę książkę jeszcze raz, powoli. Znalazłam tu dużo informacji z dziedziny Ajurwedy, czego wcześniej nie znałam, i chcę sobie to usystematyzować, rozpoznać mój typ ajurwedyczny i wynotować sobie korzystne dla mnie zalecenia, a potem zastanowię się, co z tego mi pasuje i z czego skorzystam na co dzień. Jest tu też kilka przepisów kulinarnych, żadne fikuśności, tylko takie domowe ciepłe gotowanie, na przykład żółte curry z tofu i mlekiem kokosowym. Autorka jest wegetarianką, ale nie zieje nienawiścią do mięsożerców i z nimi nie walczy tylko proponuje, podpowiada jak komponować dania, gdzie mięsa użyć jeśli je jadamy, pokazuje nam swoje ścieżki i daje wybór, i to mi się podoba.


 

Przypomniałam sobie też o innej książce, którą przeczytałam 10 lat temu ale cały czas stoi na nocnej szafce obok łóżka i postanowiłam do niej wrócić. To "Different kind of luxury" Andy Couturiera i jest to 11 historii Japończyków, którzy wybrali życie proste ale pełniejsze i bardziej ich satysfakcjonujące. A ponieważ chcę ograniczyć gapienie się w telefon wieczorem, a książki głównie czytam na telefonie (bo kupiłam abonament w Legimi), to chcę mieć takie specjalne książki na wieczorne czytanie w łóżku przed snem. No i znowu piję złote mleko, znacie? Lubicie? Mnie on przypomina się zimną jesienią, a wiosną odchodzi w zapomnienie. Badania wskazują, że jest to świetny środek na wzmocnienie układu odpornościowego, ma m.in. właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, antydepresyjne, wpływa na trawienie, na mocne kości, poprawia stan serca i poziom cukru we krwi, a ja po prostu lubię jego smak i właściwości rozgrzewające!

 


 

Przepis jest bardzo prosty - najpierw robimy pastę: 1/2 szkl. mielonej kurkumy mieszamy z 1 ł mielonego pieprzu i 1 szkl. wody, podgrzewamy ok 3 minut mieszając, żeby się nie przypaliło. Potem zdejmujemy z ognia i dodajemy 4 Ł oleju kokosowego. Pastę przekładamy do słoika i trzymamy w lodówce, spokojnie wytrzyma kilka miesięcy.

A żeby zrobić napój, mieszamy 1 szkl. dowolnego mleka (zwierzęcego, roślinnego) i 1/2 ł pasty, można do tego dodać cukier i szczyptę cynamonu. Podgrzewamy na mały ogniu ok. 1 minuty i gotowe. Ja po przelaniu do kubka dodaję łyżeczkę miodu.

 



Przy okazji, farbowanie wełnianej chusty się udało! *^v^* Wcześniej była nieładnie żółtawo-beżowa, teraz jest buraczkowo-wiśniowa, nie jest to jednolity kolor bo widocznie nie wymieszałam dobrze barwnika, ale mi to wcale nie przeszkadza. Użyłam 11 litrowego garnka i farby Simplicol do wełny i jedwabiu, a chusta ma wymiary 100 cm na 250 cm. Można farbować też w pralce, ale bałam się, żeby barwnik nie został do następnego prania... Gotowałam 1 godzinę w 65-70 stopniach (trzeba mieć termometr).

 


To ja teraz pójdę nabrać wreszcie oczka na te skarpety bez palców i pięt, a Was zostawiam z pozytywnymi wibracjami na weekend! *^V^*

Friday, October 29, 2021

Taki dziwny październik...


 

To był bardzo dziwny październik...

 


 

Aż się zdziwiłam, jak zajrzałam na bloga i ostatni wpis jest z 25 września! Pogoda w międzyczasie zmieniła się z "bose stopy" na "zdecydowanie skarpetki do kapci!", wyciągnęłam z czeluści szafy wełniane płaszcze, przewietrzyłam swetry. Dużo się przez ostatni miesiąc działo, ale czy to były sprawy ciekawe dla czytelników bloga o gotowaniu i szyciu?...  



 

No bo tak: najpierw była dwa razy przekładana coroczna uczta Draconii (czyli grupy odtwórstwa historycznego, w której działa Robert, jakby ktoś nie wiedział). I mimo, iż noclegi tym razem były w ciepłym działkowym domku, to jednak dni spędzone na powietrzu zaowocowały u Roberta przeziębieniem, z którego wciąż nie może się wyleczyć. Poza lekami przepisanymi przez lekarza ratujemy się syropem rokitnikowym od Jagody i miodem z tymiankiem i podbiałem (genialny wynalazek i naprawdę pomaga na gardło! ^^*~~). Piszę "ratujemy się" bo ja oczywiście też się tym katarem zaraziłam, a dodatkowo...


 

To już trzeba być wyjątkowym szczęściarzem, żeby kogoś rozbolały trzy zęby na raz!.... A ja właśnie miałam to szczęście........ Dobrze, że ból nie był kosmiczny, ale od trzech tygodni chodzę sobie do dentysty - a to na leczenie ubytków, a to na leczenie kanałowe... Aktualnie został mi jeszcze jeden ząb i boli mnie już tylko portfel, lecz cóż poradzić, ech... Przy okazji, pierwszy raz w życiu trafiłam na bardzo niedelikatną dentystkę! Nie mam jej nic do zarzucenia jako profesjonalistce, bo dwa zęby odbudowała mi fachowo, ale w trakcie pracy niestety jest tak nieporadna, że wali narzędziami po zębach, przyciska rączki od narzędzi do dziąseł, na siłę rozciąga wargi, a po drugim zębie wróciłam do domu z pokaleczonym podniebieniem i językiem od formówki... Ja rozumiem, że stomatolog nie ma najłatwiejszego pola do pracy, i naprawdę nie jestem super wrażliwa na ból i dyskomfort ale bez przesady!!! Dlatego na leczenie ostatniego zęba idę do innego dentysty!



Dodatkowo miałam atrakcje w postaci prób umówienia się na operację mojego mięśniaka (tego dziada co mnie pozbawiał żelaza! Tak w ogóle, po miesięcznej suplementacji zrobiłam badania i wszystko pięknie wróciło do normy. *^o^* Teraz tylko usunąć przyczynę i będzie super!). Nie będę opisywać szczegółowo, ale brak profesjonalizmu i chaos w lecznicy Medicover kompletnie mnie zaskoczył i zniesmaczył, nie zamierzam tracić u nich więcej pieniędzy i w listopadzie idę do innego szpitala gdzie, mam nadzieję, zajmą się moim przypadkiem w bardziej satysfakcjonujący sposób (a wygląda na to, że może być taniej, co przy tak dużej kwocie ma znaczenie!). 

 

 


Weszliśmy w jesienny tryb żywienia, to znaczy na stół wjechały jabłka, orzechy, dynie, persymony i figi. Był pierwszy ramen, a raczej wstęp do ramenowego sezonu, lada dzień nagotuję znowu gar bulionu, podzielę i pozamrażam, i będzie po co sięgać w jesienne i zimowe dni. Jakby się ktoś pytał, gdzie w Warszawie można kupić fajne dynie, to znam dwa takie miejsca - gospodarstwo Majlertów na Białołęce i stoiska dyniowe w Lesznowoli na ulicy Słonecznej 197 i my właśnie tam zrobiliśmy zakupy, bo mamy bliżej. Uszyłam bluzę (modyfikacje zbyt dużego wykroju dały pozytywne rezultaty! ^^*~~) i jesienną sukienkę, jak nie będzie gradobicia to w weekend mam zamiar być w niej obfotografowana. Wyciągnęłam wełnę i krystalizuje mi się ostateczny kształt jesiennego płaszcza, jaki chciałabym z niej uszyć. Mam też w kolejce materiały na dwie sukienki i długą ciepłą bluzę. Zrobiłam trochę szkiców z okazji #inktober, można je zobaczyć na moim koncie na Instagramie.

 



Na listopad mam plan! 1-go listopada idę jeszcze do dentysty (!), ale potem zamierzam mieć same przyjemności, żeby sobie zrekompensować poprzedni miesiąc z bólami zębów i wkurzaniem się na prywatną służbę zdrowia. Na pewno zrobi się zimniej, bardziej mokro, będzie mniej dni słonecznych a więcej wiatru i pluchy, ale co tam, nie zamierzam sobie tymi drobiazgami zaprzątać głowy! Do codziennej szklanki wody z miodem i pyłkiem dodam kubeczek ciepłego złotego mleka na odporność, będę jeść dynie i orzechy, i upiekę dyniowo-karmelowy sernik. Będę szyć, malować, czytać kryminały, i wrócę na rower. Taki mam plan na jesień. *^v^*~~~




Wednesday, September 01, 2021

Marzenia sprzeczne

Marzenia sprzeczne. 

Marzy mi się mieszkanie bardzo wysokie, jasne i przestrzenne. Z drewnianymi i kamiennymi podłogami, z białymi oknami wykuszowymi od podłogi do sufitu, pełne roślin o pięknych liściach, z monsterą nawet w łazience bo łazienka byłaby z oknem! Z piękną klatką schodową i elementami architektonicznymi z przeszłości, kiedy je budowano, może nawet 100 lat temu? Z dużym balkonem zapełnionym zielonością na którym jadalibyśmy śniadania w słońcu i kolacje pod gwiazdami, z widokiem na zieleń, na drzewa i wodę. W cichym zakątku miasta, najlepiej w naszej dzielnicy. 

 


 

Skąd sprzeczność? 

Takie mieszkania zdarzają się w kamienicach w centrum miasta, a nie w blokach z lat 70-tych ani w nowoczesnych budynkach bez charakteru, a centrum Warszawy absolutnie nie wchodzi w grę. Na Ursynowie takiego nie znajdę, być może Mokotów albo Żoliborz?... No cóż, podobno marzyć wolno o czymkolwiek, w naszej głowie nic nas nie ogranicza! A jak się coś powie na głos i zapisze, to są większe szanse na spełnienie takiego marzenia, więc kto wie... *^-^*~~

 ***

W każdym razie, jedziemy na wakacje. Do końca ten wyjazd balansował na ostrzu noża, bo cały sierpień mijał pod znakiem kocich dolegliwości, i nie chciałam zostawiać chorych kotów opiekunowi na głowie. Ostatnie dni to były już niezłe nerwy, bo rezerwacje hotelowe można było odwołać do 29 sierpnia, a potem już przepadło... Na szczęście wszystko się naprawiło na dwa dni przed wyjazdem i ze spokojem mogliśmy się spakować i ruszać w podróż. ^^*~~

Będę na bieżąco wrzucać zdjęcia na mój Instagram, a jak ktoś chciałby poczekać, to na blogu zrobię podsumowanie po powrocie, czyli po 12 września. Trzymajcie się ciepło i do następnego wpisu! *^o^*

Tuesday, August 24, 2021

Trzeba kuć żelazo póki gorące!

Nie znoszę jazdy samochodem, a dłuższa trasa to dla mnie katorga. Cóż, tak mam. Ale żeby jakoś znieść te męczarnie, bo czasami gdzieś pojechać trzeba, stosuję metodę małych kroków to znaczy patrzę na tablice z wypisanymi nazwami miast i odległością, i staram się nie widzieć, że do docelowego miejsca mamy jeszcze 500 km... Trzymam się myśli, że najpierw do miasta A jest 50 km, a potem kiedy miniemy miasto A, to do miasta B jest już stamtąd 30 km, i tak dalej. I w ten sposób jakoś mi ta podróż mija w miarę bezboleśnie. *^-^*



Tak samo ostatnio zrobiłam z szyciem - zamiast nastawiać się na wykonanie danej rzeczy od początku do końca za jednym posiedzeniem, robiłam małe kroczki. Do pokoju dziennego przyniosłam maszynę, papier do kopiowania, pudło z tkaninami. W związku z tym zrobił się tam bałagan, no ale cóż, mieszkanie nie jest z gumy i go nie rozciągnę, żeby uzyskać dodatkową pracownię!... Każdego dnia (albo prawie każdego, jak mi kondycja pozwalała) robiłam troszeczkę - odrysowałam wykrój z Burdy na bluzę, albo wykroiłam elementy do szycia, albo tylko zaszyłam tunel na gumkę w spódnicy i wpuściłam tę gumkę. Nic na siłę i na szybko. W związku z tym miałam satysfakcję, że coś udało mi się tego dnia zrobić, i na dzień dzisiejszy po dwóch tygodniach mam gotową jedną bluzkę i spódnicę, druga bluzka jest wycięta w kawałkach, bluzie z kapturem brakuje mankietów i dołu, a spodnie jeansowe, które dłubię powoli od zeszłego roku urosły do etapu gotowych przodów i tyłów! *^v^*



Na razie pokazuję fragmenty, bo zabieram to wszystko ze sobą na wakacje we wrześniu i tam mam nadzieję będzie piękna słoneczna pogoda do obfotografowania nowych uszytków! Na razie do Warszawy przyszła mokra i wietrzna jesień, a jak u Was?

 


 

Brak energii zmęczył mnie na tyle, że zdecydowałam jednak zrobić badania. W zeszłą środę dostałam od lekarza skierowanie - morfologia, magnez, potas, żelazo, tarczyca, w piątek rano oddałam krew a po południu już wiedziałam, co mi jest. Nie uwierzycie!!!...

Nie mam żelaza, stąd ta senność, brak siły, zawroty głowy, łapanie oddechu jak ryba po przejściu kilkudziesięciu metrów. Znam też źródło tego problemu, ale nie będę się tu nam nim rozwodzić, w każdym razie jestem pod opieką lekarza, dostałam leki i z czasem będzie dobrze! *^O^*~~~

***

W zeszłą sobotę były moje imieniny i dałam się Robertowi namówić na wizytę u fryzjera... Wiem jak dziwnie to brzmi, normalne kobiety lecą do fryzjera z własnej inicjatywy, ale nie ja. Moje włosy są niestety trudne - cienkie, puszące się i falujące w dowolnie wybrane kierunki, i naprawdę trzeba być dobrych w swoim fachu, żeby wiedzieć jak dobrze obciąć takie włosy, dlatego całe życie noszę włosy cięte na prosto, długie, bez grzywek czy cieniowania, bo po prostu trafiałam na takich partaczy, że wychodziłam z zakładu z płaczem... 

Dałam się namówić, ale powiedziałam sobie, że jak mnie Siergiej od razu posadzi na stanowisku do mycia głowy zamiast najpierw obejrzeć moje włosy na sucho, poczesać, pomyśleć - to uciekam! Na szczęście nie posadził, najpierw skonsultowaliśmy co ja bym chciała i czy się tak da, a potem zaczął pracę. Efekt na zdjęciu poniżej widzicie wstępny, bo tuż po skończeniu byłam mocno wyprostowana na szczotkach i było dziwacznie, potem jak trochę sama i z pomocą wiatru pomiąchałam włosy, i troszkę się spociłam to zaczęły wracać do swojego naturalnego stanu czyli zaczęły się kręcić.


 

A teraz to już mam aktywator do loków i żel, i spróbuję popracować nad mocniejszym skrętem, żeby uzyskać efekt, na jakim mi zależało - lekkiego falowanego bałaganu. Mam nadzieję, że mi się uda, so stay tuned! *^v^*

Na imieninowy obiad poszliśmy do włoskiej Dziurki od Klucza w Forcie 8, zawsze są tam kolejki i już wiemy dlaczego - pyszne jedzenie, błyskawiczna kompetentna miła obsługa, czego chcieć więcej? ^^*~~ Na pewno wrócimy tam na pizzę!




A propos pizzy, w niedzielę robiłam pizzę na lunch, pierwszy raz w życiu wyszły mi okrągłe!!! Natomiast co do piekarnika... Nagrzewałam piekarnik do maksymalnej temperatury czyli 280 stopni, kiedy osiągnął 277 - zgasła lampka, zatrzymał się wiatrak... Robert szybko wyłączył piecyk i zaczął przestawiać go na inne ustawienia, a ja rzuciłam się do ratowania pizzy, która już czekała na blacie do upieczenia! Włożyłam ją do szybko stygnącego piekarnika, żeby się jednak upiekła... O dziwo, po dwóch, trzech minutach piecyk się włączył!... Czyli przegrzał się, zadziałał bezpiecznik, a jak troszkę przestygł to mu się polepszyło i zaczął działać. Idiotyczna sprawa, najwyraźniej temperatura 280 stopni to tylko myślenie życzeniowe producenta, Amica nie potrafi zrobić piekarnika z prawdziwego zdarzenia. A zresztą, jak widzę reklamy tego piecyka w tv to mówią tam tylko o pieczeniu na parze, hm..... A już miałam nadzieję, że oddamy dziada do sklepu i dostaniem zwrot pieniędzy, i wreszcie kupimy porządny piekarnik innej firmy!

A pizze się na szczęście udały! *^o^*

 


 

 

Ostatnio w ogóle jadamy dużo włoskiego jedzenia, byliśmy z przyjaciółmi w Bottega del Gusto w Ursusie, pisałam już kiedyś o tym sklepie, ale jest to również restauracja z winem i pysznym jedzeniem!

 


 

A takie kolacje szykował mąż:




No i na dzisiaj tyle. Byle do września i byle się nie zaziębić w tych pluchach wietrznych, wtedy wsiadamy w samochód i uciekamy na południe! *^v^* Czego i Wam życzę!