Showing posts with label bicycle. Show all posts
Showing posts with label bicycle. Show all posts

Monday, May 31, 2021

Zimny maj!

Maj dobiegł końca i dobrze, bo nie będę go szczególnie miło wspominać. 

 


 

Po pierwsze, zeszłoroczny majowy wyjazd do Japonii przełożyliśmy na maj 2021, i niestety znowu nic z tego nie wyszło... Pandemia się ciągnie jak flaki z olejem, granice (które nas interesują) wciąż pozamykane dla turystów, a co najgorsze - sama Japonia, stawiana w zeszłym roku za przykład kraju, który tak świetnie radzi sobie z koronawirusem, bo ma mało zachorowań, i w ogóle, okazuje się kompletnie nieogarnięta jeśli chodzi o zaszczepienie Japończyków (brak sprawnie działającej infrastruktury) czy organizację służby zdrowia. Do tego zbliżają się przełożone o rok Igrzyska Olimpijskie, wobec których narasta coraz większy sprzeciw społeczny (nawet do 80% pytanych jest na "nie") - czemu się specjalnie nie dziwię, skoro obecnie zaszczepionych jest ok. 5% Japończyków i to z grupy 65+, a co z kolejnymi rocznikami nie wiadomo. Podczas, gdy wycofują się wolontariusze i brak jest wystarczającej ilości personelu medycznego do zabezpieczenia potrzeb okołoolimpijskich, władze miotają się, żeby ogarnąć wszystko i jednak zorganizować te Igrzyska, bo w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, a wypowiedzi padające z ust władz MKO-lu w rodzaju "Igrzyska się na pewno odbędą! Wszyscy musimy coś poświęcić dla zorganizowania igrzysk w tym roku za wszelką cenę!" wywołują tylko kolejne fale protestów ze strony obywateli Japonii, którzy pytają pana Bacha co na przykład on osobiście zamierza poświęcić, bo w ich przypadku może to być zdrowie albo życie, kiedy do nie zaszczepionej Japonii bez wystarczającego zaplecza szpitalnego przyjedzie 15 000 sportowców i 90 000 ludzi z ekip/sędziów/itd z najróżniejszych krajów... Inna sprawa, że myślę sobie, że te Igrzyska będą niesamowicie smutne, to zawsze był festiwal sportu ale też kultury danego kraju, a już wiadomo, że Japonia nie wpuści do kraju widzów zagranicznych, w czerwcu zdecydują, czy pozwolić miejscowym widzom wejść na trybuny stadionów, a sportowcy dostali już wytyczne, że będą się poruszać wyłącznie między Wioską Olimpijską a obiektami sportowymi bez możliwości wyjścia na miasto, zwiedzenia czegokolwiek, i bez kontaktów z innymi ekipami. No i tak...

Poza tym, to był wyjątkowo zimny maj! Zwiedziona którymś cieplejszym dniem zmieniłam nam kołdrę na letnią i to był błąd, bo kaloryfery już nie grzeją a ja w nocy marznę, dorzucając na cieniutką kołderkę grubości prześcieradła narzutę (i jak tak dalej pójdzie, to rozważę jeszcze wełniany koc!...) Rowerowo maj nie był tak bogaty jak kwiecień, jeździłam w zasadzie tylko wtedy, kiedy musiałam coś załatwiać na mieście czy zrobić zakupy, mało robiliśmy wycieczek krajobrazowych. Pierwszy tydzień był zimny, mokry i wietrzny, a ponieważ 6 i 9 maja mieliśmy pierwsze dawki szczepionki, to nie chcieliśmy się pozaziębiać przed szczepieniem i odpuściliśmy rower. Potem do końca miesiąca "chodziły" po nas mniejsze i większe katary, i tylko Robert cisnął, żeby znowu zrobić 400 km, ja nie byłam taka twarda. W ogóle, kwiecień i maj pokazały nam jedną rzecz - jeżdżenie na rowerze jest super, można pojechać na wycieczki w piękne miejsca i załatwić dużo spraw bez korzystania z komunikacji miejskiej/samochodu, ale 400 km/miesiąc to nasza górna granica do przejechania. Rower jest fajny, ale jeżdżenie zabiera dużo czasu, a my nie jesteśmy rowerowymi fanatykami, nie budzimy się z nadzieją na jeżdżenie na rowerze i nie kładziemy spać planując kolejne trasy. Mamy też inne zainteresowania, na które chcemy poświęcać czas, a przecież pojechanie na wycieczkę rowerową to nie tylko czas na siodełku - to przygotowania sprzętu i wybór trasy, ubranie się i wyposażenie, a po jeździe - zadbanie o rower (czyszczenie, oliwienie łańcucha, itp), pranie, prysznic. 

Projekt remont zaczyna wchodzić w fazę realizacji - dostaliśmy już wstępną wycenę podstawowych prac remontowych, teraz musimy spotkać się z naszą firmą, ustalić konkrety (chcemy dokonać kilku zmian w kosztorysie) i podpisać umowę. I oczywiście przekazać klucze, żeby prace się rozpoczęły! To jeszcze nie jest ten fajny etap wybierania czegokolwiek (oprócz okien, które też wymieniamy), na razie będzie burzenie ścian, zrywanie starych podłóg, skuwanie kafelków, usuwanie kuchni i łazienki. 

Z innych wiadomości - piekarnik Amica na razie nadal działa. Nie wiem, czy się cieszyć, bo po dłuższym użytkowaniu wiem, że dokonałam złego wyboru - po prostu ten piekarnik nie jest wygodny w obsłudze! Ma dwa pokrętła - jednym wybiera się rodzaj grzania - drugim ustawia temperaturę albo czas pracy. Żeby ustawić temperaturę, trzeba dość długo przyciskać przycisk z symbolem termometru, żeby na wyświetlaczu wartość temperatury zaczęła migać i wtedy pokrętłem możemy ją zwiększyć/zmniejszyć. Tak samo z czasem - mocno i dość długo naciskamy przycisk z symbolem zegara aż wartość zacznie migać, wtedy pokrętłem ustawiamy czas. I kiedy piszę "długo naciskamy" to nie jest to moje marudzenie, tylko jest to naprawdę zauważalnie długo, nie pyk! i już, tylko trzeba docisnąć i poczekać z 5 sekund, a jeszcze są chwile, kiedy najwyraźniej nie trafiam idealnie w pole przycisku i nic się nie dzieje, muszę naciskać ponownie... (mam porównanie z pralko-suszarką marki Haier z podobnym dotykowym wyświetlaczem, tam jest tylko muśnięcie i pralka włączona, funkcja wybrana, tutaj trzeba mieć ciężką rękę!...) Gdy ustawimy rozgrzanie piekarnika do danej temperatury, na wyświetlaczu pojawi się kropka oznaczająca, że piecyk się nagrzewa. Gdy dojdzie do zadanej temperatury, kropka gaśnie. Czego się tu czepiam? A tego, że nie daje żadnego sygnału dźwiękowego!!! Włączam piekarnik, krzątam się po kuchni, coś gotuję albo dokańczam danie do wstawienia do piecyka i co chwilę muszę patrzeć czy piekarnik już mi się rozgrzał!... Ostatnio Robert poczuł się nieswojo, bo usiadłam obok niego na kanapie i co chwilę zerkałam mu przez ramię do kuchni, a ja po prostu pilnowałam, czy piecyk już się nagrzał i czy mogę wstawiać precle!...

 

Pizza pieczona w 280 stopniach. To znaczy, do takiej temperatury rozgrzał się piekarnik, a kiedy otworzyłam drzwi, żeby błyskawicznie wsunąć pizzę do środka, schłodził się do 254 C i zajęło mu dobre kilka minut, żeby znowu dociągnąć do tych 280 stopni.....


No i kwestia wyświetlacza - potrafi on wyświetlić tylko jedną rzecz na raz - albo aktualną godzinę albo temperaturę w piekarniku. Jeśli chcemy sprawdzić, ile zostało czasu do końca pieczenia, trzeba nacisnąć przycisk z zegarem - wtedy na chwilę pokaże się czas pieczenia jaki pozostał, ALE zaraz z powrotem zmienia się na temperaturę albo aktualną godzinę, co tam mieliśmy akurat wybrane. I to jest dla mnie niewygodne, wolałabym widzieć kilka parametrów na raz, a nie co jakiś czas sprawdzać, ile mi zostało do końca pieczenia! Jest jeszcze jedna funkcja, którą jak ten głupek zachwyciłam się przed zakupem, ale poznałam jej wadę - piekarnik ma opcję "otwieranie drzwi łokciem" i to rzeczywiście działa, zamiast ciągnąć za rączkę stuka się lekko łokciem w uchwyt i drzwi same się otwierają na oścież. Nie musimy otwierać piekarnika dłonią a dopiero potem sięgać po blachę do wstawienia. Jednak... żeby taka funkcja działała, drzwi nie mają zawiasów, które można zblokować w dowolnym ustawieniu, bo przecież by się same nie otwierały! Więc nie ma mowy o pozostawieniu czegoś do wystygnięcia (np.: Pawłowej) w uchylonym piekarniku, bo nie da się tych drzwi trochę uchylić, można je tylko zamknąć albo całkowicie otworzyć.

Także tak to wygląda.... Oczywiście do nowego mieszkania mam już wybrany nowy piekarnik z zupełnie innej firmy!!! *^w^*

 

 ***

Mam dla Was nowy przepis na chleb słodowy od niezawodnej Vildy Surdegen. Chleb jest łatwy, w smaku treściwy, słodkawy, bardzo ciekawa alternatywa dla zwyczajnego razowca. 

 



Na 3 bochenki

Rano dokarm zakwas żeby mieć gotowe 300g aktywnego zakwasu.

300g słodu żytniego (użyłam jęczmiennego, bo taki miałam w domu)
120g płatków owsianych
60g mąki pszennej pełnoziarnistej 2000
160g mąki żytniej pełnoziarnistej
600g mąki pszennej chlebowej 750
1tbsp soli

- wymieszaj suche składniki w dużej misce.

1000g wody w temp. pokojowej
450g melasy (użyłam tej z morwy)
300g zakwasu
- w drugiej misce wymieszaj wodę z melasą i zakwasem.


Dodaj mieszankę płynną do suchych składników, wymieszaj porządnie szpatułką. Wyłóż trzy podłużne foremki papierem do pieczenia.

Wlej ciasto do foremek, ok. 1kg do każdej, przykryj i odstaw do wyrastania/dojrzewania w ciepłe miejsce (27°C na 8 godz. lub 24°C 12 godz.) 

Piecz 15 min w 200°C, zmniejsz temperaturę do 175°C i dopiekaj chleb jeszcze przez ok. 1 godz. 15 minut.


3 Ł melasy/miodu
3 Ł wody

Wymieszaj melasę z wodą, posmaruj wyjęte z piekarnika bochenki. Przykryj i pozwól im stygnąć 2 godziny w formach, następnie wyjmij chleb na kratkę i wystudź do końca. 

 


 

***

W czerwcu czeka nas początek prac remontowych, na ten miesiąc przypada też nasza rocznica ślubu i z tej okazji postanowiliśmy wyjechać na weekend do miejsca, które jest superturystyczne a ja jeszcze nigdy tam nie byłam! *^o^* Ale to w drugiej połowie miesiąca, a najpierw druga dawka szczepionek, pogoda mam nadzieję się poprawi i będzie więcej rowerowania dla przyjemności i pikników z przyjaciółmi! (jeden już był w maju) *^v^* Oraz czekam na truskawki! Bo szparagi już są! *^V^*


Sunday, May 16, 2021

Piekarnik naprawiony!!!

Po pierwsze, ważna wiadomość - piekarnik naprawiony!!! *^v^*

 


 

Po wymianie czujnika temperatury w drzwiach zaczął działać a ja wróciłam do pieczenia. Zaczęłam od precli, potem był placek ze śliwkami i foccacia, nastawiłam też nowy zakwas na chleb bo poprzedni dawno zdążył się zepsuć.

 


Nasze weekendowe kolacje - włoskie wędliny, sery - nasze ostatnie odkrycie: słona ricotta!, oliwki, karczochy w oliwie (zwariowałam na ich punkcie i lada dzień upiekę z nimi pizzę!!! *^V^*), czerwone wino, w piątek dołączyła do tego wszystkiego domowa foccacia. ^^*~~




Kontynuując temat robienia serów, poddam Wam pomysł na wykorzystanie serwatki pozostałej po zrobieniu sera - można na niej ugotować na przykład chrzanową zupę o nazwie sodra. Zaleca się wykorzystanie do niej surowego korzenia chrzanu ale naszym zdaniem zamiast długiego gotowania posiekanego korzenia (co powoduje koszmarne zgorzknienie zupy!...) lepiej pod koniec gotowania dodać utarty chrzan. To trochę taka chrzanowa, trochę coś na podobieństwo żurku.

 


 

Nasz przepis na sodrę (dla dwóch głodomorów):

- 100 g wędzonego boczku pokroić w dużą kostkę, wysmażyć w garnku

- dodać 4 pokrojone w kawałki surowe białe kiełbaski, Wasze ulubione (u nas Sokołów), obsmażyć

- dolać 1 l serwatki i 1 marchewkę drobno pokrojoną, pogotować wszystko ok. 30 minut

- doprawić do smaku solą i pieprzem, tuż przed podaniem dodać tarty chrzan (u nas 3 Łyżki), 2 Ł śmietany, majeranek do smaku

- podać z jajkami na twardo pokrojonymi w ćwiartki

 

***


 

W sobotę wybraliśmy się na wycieczkę rowerową po okolicy i znowu odkryliśmy piękny park - tym razem nad Jeziorem Powsinkowskim. Zaczynam się wyrabiać w jeżdżeniu po leśnych i polnych drogach, tym bardziej, że tam spotyka się dużo mniej ludzi niż na miejskich ścieżkach! Objechaliśmy też Jezioro Wilanowskie od drugiej strony - tej dzikiej, którą zazwyczaj ogląda się z daleka spacerując po alejkach wokół Pałacu, i zajechaliśmy na obiad na Festiwal Foodtrucków na Plaży Wilanów.

 

 

O ile pogoda pozwoli, jesteśmy już umówieni na pierwszego grilla z przyjaciółmi w plenerze w przyszłym tygodniu, mamy też zaplanowane wyprawy rowerowe na kolejne weekendy, bo zaczynają się pojawiać wydarzenia na świeżym powietrzu (nie będę oszukiwać, głównie związane z jedzeniem... ^^*~~). Zaczynam też popatrywać w kierunku maszyny do szycia i dwóch zaczętych projektów - sukienki i pary spodni, kto wie, może znowu zmobilizuję się do szycia? Czekam na wysyp polskich szparagów i na truskawki! Lato idzie, proszę państwa! 





Thursday, April 29, 2021

Melduję się!

Trochę się nie odzywałam. Po cotygodniowych wpisach z DOJadania zrobiłam sobie przerwę ale dawno już nie było nic o malowaniu, dzierganiu, szyciu. 

 


 

Nie ma co ukrywać, źle weszłam w ten nowy rok i musiałam się trochę wycofać i sobie z tym jakoś poradzić. Źle w sensie psychicznym. Nawet nie wiem dlaczego, sylwester był super w towarzystwie najbliższej przyjaciółki i jej męża, potem nic takiego złego się nie działo, nawet coś dziergałam, coś szkicowałam, piekłam ciasta, kupiłam rower!... Ale mój nastrój spadał - stopniowo docierało do mnie, że końca pandemii nie widać a wręcz się nasila, znowu nie ma szans na wyjazd do Japonii w tym roku. Ta niewiadoma, która w zeszłym roku była nawet fascynująca i motywowała mnie do życia z dnia na dzień stała się ciężarem nie do zniesienia. Zaczęłam tracić z oczu sens i cel kolejnego dnia, najchętniej zakopałabym się pod kołdrą i nie wychodziła przez najbliższe pół roku, czytałam tylko kolejne części "Kosmicznego szpitala" Jamesa White'a (genialna seria!!! bardzo dziękuję za jej polecenie!!! *^0^*). 

 


 

Nie chciałam o tym pisać, bo musiałam sobie sama z tym poradzić, nic co by ktokolwiek mi powiedział nie zadziałałoby na moją głowę. Zdroworozsądkowe argumenty rozumiałam, ale to nie równało się zmianie mojego nastroju i podejścia do świata. 

 


 

Jak już wiecie, w styczniu kupiłam rower. Styczeń i luty nie były przyjazne rowerowaniu, dopiero w marcu rozkręciłam się na dobre zrobiwszy ponad 300 km, a w kwietniu na serio pokochałam jeżdżenie na rowerze i lada dzień dobiję do 400 km! ^^*~~ Jeśli śledzicie mojego Instagrama to na pewno zauważyliście, że w kwietniu wrzucam głównie zdjęcia z rowerowych wycieczek, bo teraz prawie już zapomniałam, jak to jest chodzić, cokolwiek trzeba załatwić na mieście - zakupy, wizytę u kosmetyczki czy lekarza, oddanie książek do biblioteki, wychodzę z domu z rowerem. Tak jest szybciej, zdrowiej i bezpieczniej.

 


Nie to, żeby jeżdżenie rowerem było zawsze miłe, łatwe i przyjemne. Nawet, jeśli są ścieżki, to można na nich spotkać najróżniejszych użytkowników drogi, że wymienię tylko kilka przypadków, jakie udało mi się spotkać - grupy dzieci w najróżniejszym wieku od malutkich ledwo ruszających nóżkami do nastolatków bawiące się na ścieżce na rowerach, hulajnogach, wrotkach, dorosłych (czasem dwoje na raz!) szusujących na elektrycznej hulajnodze, koleżanki jadące obok siebie i plotkujące, które za nic nie zjadą jedna za drugą, gdy z naprzeciwka jedzie rowerzysta..., wyścigowcy rowerowi bijący rekordy prędkości, rowery zaparkowane na ścieżce albo ludzie stojący z rowerem na ścieżce, bo musieli odebrać telefon..., psy bez opieki albo pies po jednej stronie ścieżki, właściciel po drugiej a smycz napięta pomiędzy nimi w poprzek ścieżki, ale także takie kurioza jak: matka pchająca przed sobą szeroką podwójną spacerówkę dla bliźniaków i strzelająca na rowerzystów piorunami z oczu albo osoba prowadząca po ścieżce wózek inwalidzki z niepełnosprawnym, podczas gdy obok był szeroki chodnik! O wchodzących znienacka na ścieżkę bez patrzenia pieszych już nie wspomnę... No i oczywiście ścieżki rowerowe idealnie nadają się do zaparkowania wszelakich samochodów służb miejskich, elektrycznych, itp. O dziwo, muszę pochwalić kierowców, którzy przyzwyczaili się już do uważania na rowerzystów na ścieżkach i ładnie przepuszczają, tylko raz pewna pani prawie mnie rozmaśliła na asfalcie, bo na hurra przecięła ścieżkę rowerową wyjeżdżając z bocznej uliczki i kompletnie nie patrzyła w prawą stronę (w ostatniej chwili hamowała też para pieszych z wózkiem idąca obok mnie po chodniku...). 




Poznałam cały przekrój ścieżek rowerowych w Warszawie - szerokich wygodnych asfaltowych i wąziutkich ułożonych z kostki Bauma (kto to wymyślił?!...) albo starych płyt chodnikowych (sic!), ścieżki prowadzące mnie z punktu A do B oraz takie, co znienacka kończą się nigdzie - w krzakach, w ścianie budynku, bez widocznej konieczności przechodzące na kilka metrów na drugą stronę ulicy po to, żeby za chwilę wrócić z powrotem. 

 


 

Zaliczyłam pierwszy upadek z roweru, i to wcale nie podczas jazdy!... *^w^* Stojąc na łące próbowałam zejść z roweru i mój błędnik zadecydował, że lecimy na ziemię!... Wciąż zwalniam przed zakrętami i kiedy mam minąć blisko ustawione słupki albo pojechać po wąskiej polnej dróżce, mój zwichrowany błędnik nie daje sobie rady w takich sytuacjach i wolę zejść z roweru i go przez chwilę poprowadzić niż fiknąć na glebę. Ale wyraźnie zauważam już poprawę mojej kondycji, jestem w stanie przejechać 20 km i nawet tego nie zauważyć. Bardzo się cieszę, że rower kupiłam w styczniu bo miałam czas, żeby się na nowo wdrożyć w jazdę, przyzwyczaić do innych rowerzystów mijanych z naprzeciwka. Dzięki wycieczkom rowerowym poznałam wiele pięknych miejsc wokół Warszawy, karmiłam w Konstancinie wiewiórki orzechami i widziałam sarny na łące! 

 

 

***

Z innych wieści - zapisaliśmy się na szczepienie przeciw Covid! Z kolejnych wiadomości - piekarnik wciąż nie działa, a zepsuł się ok. 15 marca, przypominam..... Po prawie trzytygodniowym oczekiwaniu na pierwszą wizytę serwisanta doczekaliśmy się tylko wymiany jednej części co nie zaowocowało naprawą. Na drugą wizytę serwisanta czekaliśmy trzy tygodnie i w tym momencie zrezygnowaliśmy z gwarancji u Amici i zgłosiliśmy wniosek o rękojmię w sklepie EuroRtvAgd. Dzisiaj byli serwisanci i stwierdzili uszkodzenie czujnika w drzwiach, który oczywiście trzeba zamówić!..... Czyli kolejne dni albo tygodnie oczekiwania na naprawę. Jestem o kilka centymetrów od odżałowania tych 1300 złotych i wywalenia tego piekarnika na elektrośmieci!!! (czego nie omieszkałam im powiedzieć!)

Poza tym, przed nami nowy duży projekt, który mnie jednocześnie ekscytuje i przeraża, bo jak wiadomo ja nie znoszę żadnych zmian. Ale wygląda na to, że ta zmiana będzie na lepsze, przynajmniej pod kilkoma względami. Wszystko opiszę w szczegółach, jak tylko ustalimy szczegóły i ruszą prace! *^o^*



Majówkę planujemy spędzić w domu (Robert pracuje) i oczywiście na rowerach. Brzydsza pogoda nas nie zniechęca, przeciwnie - im gorsze warunki tym mniej ludzi na zewnątrz i tym mniejsze korki na ścieżkach rowerowych! *^v^* Życzę Wam miłego początku maja i do następnego razu, kiedy opowiem Wam o naszym nowym sprzęcie kuchennym! ^^*~~

 

Sunday, January 24, 2021

All inclusive?...

 

Może chlebka? Jeśli nie, to na końcu wpisu jest szarlotka z lodami waniliowymi. *^v^*

Maybe a slice of bread? If not, there is an apple pie with vanilla ice cream at the end of the post. *^v^*


 

W piątek poszłam na rower. Postanowiłam sprawdzić, jak wyglądają ścieżki rowerowe i czy potrafię jeździć po roztapiającym się śniegu. Wniosek - nie potrafię! Kilka razy prawie się przewróciłam, więc część trasy pokonałam po chodnikach, a część przeszłam prowadząc rower. Piesi byli bardzo wyrozumiali, bo sami nie mieli dużo miejsca, chodniki tak samo jak ścieżki nie były zbytnio odśnieżone... 

On Friday I went out with my bike. I wanted to try if I can ride on the melting snow. Conclusion - I cannot! I almost fell a few times so on parts of my ride I used sidewalks and I even walked next to the bike for a moment. The pedestrians were very forgiving, they didn't have much space either on the sidewalks full of snow piles...


***

Dopadła mnie ostatnio taka myśl (jakaś myśląca się zrobiłam w nowym roku!... *^w^*) - no bo jest tak: dużo się od jakiegoś czasu czyta w mediach społecznościowych o inkluzywności. Głównie spotykam się z tym pojęciem w kontekście ciała, a szczególnie ciała w bieliźnie i bieliźnianej rozmiarówki, bo jestem fanką ładnej bielizny i śledzę zarówno ofertę różnych sklepów jak i blogi bieliźniarskie. Oczywiście bardzo się cieszę, że wiedza na temat rozmiarówki biustonoszy i świadomość, że nie każda z nas nosi przysłowiowe 80D w które próbują nas wcisnąć sieciówki jest znana coraz większej grupie kobiet, i fajnie, że w reklamach bielizny u większości producentów występują modelki chude i grube, niskie i wysokie, i średnie, i z dużą pupą i z małą, i z wielkim biustem i z maleńkim bo każda z nas może zobaczyć, jak wymarzony biustonosz wygląda na sylwetce podobnej do naszej (ze starszymi modelkami wciąż jest problem, w większości wszystkie młode ^^). Zgadzam się, że jak nam się opatrzą wszelakie sylwetki, to będziemy je automatycznie uznawać za normalne i nie będziemy dążyć do "jedynej słusznej" szczupłej figury. Ale...

I've been thinking recently about a certain topic - in the social media there's been a lot talking about body inclusivity in the past few months. I mainly come across this subject in the context of woman's body and its representation in the clothes and underwear adverts because I follow some underwear shops and blogs. Of course, I am happy that the knowledge about the range of sizes of woman's body is getting wider than the proverbial "36D for everyone" in retail chain shops. And it's cool there are different models hired to show the bras - fat and thin, short and tall, and the ones in the middle, with small and big butts, with huge and non existing boobs, that's how we can see the underwear and clothes on figures similar to our own and imagine how we would look in this or that piece of clothing. (it's not that easy with older models, most of them are young ^^). I agree if we keep seeing different silhouettes we will automatically regard them as normal and we won't dream about the "one and only proper shape" - thin one. But...

Jak zawsze jest jakieś ale. No bo pomyślałam sobie, że w porządku, dążymy do tego, żeby uznawać każde ciało za normalne, piękne, dopuszczalne. Ale niektórym nie wystarczy oswojenie ludzi z różnorodnością "człowiek chudy/gruby", idą dalej i pokazują, że np.: da się żyć bez depilacji bo w sumie włosy na nogach czy pod pachami są naturalne, rosną tam i już. Da się żyć bez makijażu czy farbowania włosów. A modelki, nawet te grube, są zawsze wydepilowane, umalowane, z piękną fryzurą, z gładkim ciałem. I z jednej strony z tym się zgadzam - sama chodzę na depilację, farbuję włosy, robię makijaż (no, nie codziennie! *^u^*), bo taka bardziej się sobie podobam, czuję się zadbana. Ale z drugiej - człowiek w stanie "naturalnym" jest taki jak jest w danej chwili, z włosami na nogach, z pryszczami i cellulitem, potargany jeśli akurat się nie uczesał, bez makijażu. I teraz moje pytanie brzmi - gdzie jest granica szerzenia inkluzywności? Czy skoro gruba modelka nie jest już dla nas dziwna, to może czas na pokazywanie bielizny i ubrań na kobietach z włosami na nogach, z nieidealną skórą, z siecią pajączków na buzi i podkrążonymi oczami? Tak wygląda zwyczajny człowiek! Ale czy tak pokazywany towar wyda nam się atrakcyjny? W końcu młoda szczupła piękna idealna modelka ubrana w daną sukienkę ma za zadanie zachwycić nas i sprawić, że wpadniemy w złudne przekonanie, że my też tak cudnie będziemy w owej sukience wyglądać (i w efekcie kupić ten produkt)!... Gdyby sklep pokazywał sukienki na zupełnie zwyczajnych kobietach - niska grubaska albo chuda jak tyczka "koszykarka", z włosami w mysim szarym, z kudłatymi łydkami - to czy nasz umysł zachwyci się takim obrazem, zobaczymy siebie na jej miejscu i rzucimy się do zrobienia zakupów? Nie wiem... Może tak, jeśli będziemy takie modelki widywać często w ofertach wielu sklepów, zadziała efekt opatrzenia się i kiedyś będzie to dla nas normalne. A może nie? Może inkluzywność ma swoją granicę estetyczną, bo w dzisiejszych czasach golenie nóg czy makijaż jest taką samą nieusuwalną częścią naszej codziennej higieny jak mycie zębów czy kąpiel? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie, a jak Wy uważacie? *^v^*

There is always a "but". We want people to think every body is normal, pretty, acceptable. But some people are not satisfied with the masses getting used to "thin/fat diversity", they go one step further. For example, they promote living without removing hair from our legs/armpits, it's always been there and it's natural. Or going out without makeup/hair dyeing. And models, even if they're fat, are always smooth, with makeup, nice hairdo. On one hand I agree with that - I like myself when I'm improved, no unwanted hair on my legs, some makeup (not everyday! *^u^*), hairdo with a nice colour. On the other hand, a person in its natural state is just like that - hairy, pale on face, with pimples and cellulite, uncombed. And here comes my question - where is the limit of inclusivity? If fat models are already normal to us, maybe it's time for not perfect bodies on the catwalk? That's how normal people look like! But will we find the merchandise attractive if shown like that? Young slim pretty model wearing a dress has one job - to make us fall in love with the overall picture, imagine ourselves in her place and buy the product! When we see the same dress on the short fat girl or very slim tall one, with hairy calves, will we be equally enchanted? I don't know. But maybe we can get used to such models if we keep seeing them around over and over again, and it will be normal for us in the end. I'm not sure. Maybe inclusivity has its limits in the times when waxing our legs and putting on makeup is the same activity as brushing our teeth and a shower everyday?  I cannot find one simple answer to my questions, what do you think?


***

Jak obiecywałam, szarlotka. *^o^*

As I promised, apple pie. *^o^*



Sunday, January 17, 2021

Na całej połaci śnieg. I lód...

 

 

 

Wiedziałam, że ten weekend będzie ruchliwy - po cichu liczyłam na rowery, ale niestety na nieoczyszczonych ścieżkach rowerowych już od czwartku zalegał śnieg i - co gorsza! - lód w postaci zbitych grud, które powodowały, że czwartkowa przejażdżka była dość niebezpieczna i wyczerpująca (na prawej dłoni mam siniaki od zaciskania ręki na kierownicy, żeby panować nad rowerem...).

I knew this weekend would be busy - I counted on bicycle rides but there was snow and lumps of ice on the bicycle paths in Warsaw since Thursday which made the ride difficult and rather dangerous  (I've had bruises on my right hand from a tight grip I kept on the handlebar...)






No i niestety tak będzie do czasu, aż śnieg nie stopnieje a lód nie odpuści, bo miasto w tym roku nie zakontraktowało oczyszczania ścieżek rowerowych. W zeszłym roku taki kontrakt był, a nie było śniegu, ale zapłacić i tak musieli, więc w tym roku postanowili nie zawracać sobie głowy takimi fanaberiami jak ludzie jeżdżący na rowerach! Nóż mi się w kieszeni otwiera, jak się spotykam z takimi bzdurnymi zachowaniami. Po co w ogóle buduje się te ścieżki, skoro nie ma kto o nie dbać, nie mówiąc już o tym, jak wiele z nich urywa się znienacka, prowadzi donikąd albo kończy się ścianą budynku czy kępą krzaków, bo jakiś tępak nie pomyślał jak projektował całe założenie drogowe.

And unfortunately the snow and ice will be there until the weather gets warmer  because this year the city officials haven't contracted anybody to clear the paths. Last year they did and there was no snow, but they had to pay anyway, so this year they apparently decided they wouldn't be bothered by such frivolities as making life of bicycle riders' easy! I feel I could start shooting people when I think about such stupid behaviour. Why did they make those bicycle paths in the first place when nobody cares about taking care of them? Not to mention, in many parts of Warsaw (and other cities) they're created in such a way that they suddenly disappear or lead towards a building's wall or a lawn with a huge bush because some idiot didn't think when he was making plans.




No, ale wystarczy narzekania! *^v^* Na weekend upiekłam pleśniaka, żeby nam umilał popołudnia po obiedzie, a skoro się nie dało na rowerze, to trzeba było wyjść z domu na własnych nogach! ^^*~~

Anyway, enough of the whining! *^v^* For the weekend I baked the mildewcake, so we had something nice to cheer us up after lunch, and when we couldn't ride a bike we just went for a walk instead! ^^*~~





 

Poszliśmy na spacer do Fortu i z powrotem, niecałe 5 km, tak dla rozruszania nóg po porannym oglądaniu sumo a przed popołudniowym oglądaniem skoków narciarskich i snookera (tacy jesteśmy usportowieni! *^0^*). W Forcie Whisky kupiliśmy kawę na wynos, pogawędziliśmy z zaprzyjaźnionym barmanem i ruszyliśmy z powrotem do domu.

We visited close-by shopping centre, about 5 km, just to do some training after the morning sumo watching and before the afternoon ski jumping and snooker watching on tv (yes, we are that sporty! *^0^*). We bought coffee to go, had a chat with a bartender friend and headed back home.

 

 

Nie ma złej pogody, tylko nieodpowiednie ubranie! *^O^* Ja od stóp do głów w merynosowej bieliźnie termalnej, na to sweter Gruba Berta z norweskiej wełny, dresy produkcji własnej, kurtka-kołdra, chusta, nie jedna a dwie czapki wełniano-alpakowe, nieprzemakalne buty. Wprawdzie pod koniec spaceru było trochę ekstremalnie bo zrobiła się syberyjska purga, ale dotarliśmy do domu cali i zdrowi!

There is no bad weather, only unsuitable clothes! *^O^* Here's me, all clad in merino thermal underwear, Gruba Berta Norwegian wool pullover,  sweatpants, duvet-coat, shawl, not one but two wool-alpaca hats, waterproof boots. Although the weather got a little extreme at the end of our walk, we managed to get home safely!

 


***

Odkrycie kulinarne stycznia 2021 - mule w winie! *^V^*

Culinary discovery from January 2021 - mussels in white wine! *^V^*

 


 

Pierwszy raz robiłam i w ogóle pierwszy raz jedliśmy, i... jakie to pyszne!!! Wybierzcie świetnej jakości białe wino (u nas Talinay Chardonnay), dobrą oliwę, masło, szalotki, czosnek, natkę pietruszki, do tego bagietka albo ciabatta i jest kolacja-marzenie! ^^*~~

I made them for the first time and we ate this dish for the first time ever, and... it's a delight!!! Choose good quality white wine (Talinay Chardonnay in our case), good olive oil, butter, shallots, garlic, parsley, eat them with a soft baguette or a ciabatta, a diner-dream come true! ^^*~~



***


 

W zeszłym tygodniu usiadłam do maszyny i uszyłam sobie na szybko komin do jazdy na rowerze. Oparłam się na kształcie z maski rowerowej, którą Robert kiedyś odebrał za punkty w którymś programie partnerskim, z grubsza to podcięte półkole zapinane na karku na rzep. Wykorzystałam dwa materiały z tym samym nadrukiem - softshell na zewnętrzną część i dresówkę na wstawkę na nos i usta. Głównie chodziło mi o zasłonięcie uszu, bo gdy zakładam kask rowerowy, to wiatr mi w uszach hula! Mimo, że wygląda, jakby to miało nie zadziałać to osłania uszy bardzo dobrze, pewnie to zasługa sztywnego grubego softshella, a dodatkowo chroni szyję.

Last week I sewn something, namely a type of a balaclava for bike rides. I used the one Robert has as a shape stencil, it's roughly a half-circle closed with a Velcro on the back of the neck. I used two types of fabrics with the same print - softshell for the outer part and sweat for the nose/mouth cover. I mainly wanted something that keeps my ears warm while riding, because the helmet leaves them naked! It looks as if it's not very effective but it really works, thanks to the thick warm softshell, and also protects the neck.

 


 

Z innych wiadomości robótkowych - dodałam kilka rzędów do zielonych skarpetek warkoczowych, strasznie mi się dłużą, bo są skomplikowane... I niestety teraz znowu poleżą, bo w sobotę dostałam wzór od projektantki i zaczęłam test sweterka! Na razie mam niewiele, a pokazać mogę tylko piękną kasztanową ręcznie farbowaną włóczkę od Woollala. *^v^*

Other craft news - I added a few rows to my green cable socks but they're complicated and not so quick to make... And unfortunately they'll have to wait longer now to be finished because on Saturday I started a testknit of a sweater! I cannot show you anything and I don't have much yet but I can share the beautiful handdyed merino wool from Woollala. *^v^*

 


 

Tyle na dzisiaj, trzymajcie się ciepło i uważajcie na śniegu i lodzie!!! *^0^*

That's all from me today, stay warm and be careful on the snow and ice!!! *^0^*