Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne psoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne psoty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

zielone ruskie - wyrwane z kontekstu


Chomiś po nocnym maratonie zakopuje się głęboko pod ściółką w swojej klatce, nad łebkiem tworzy nasyp z trocin, a potem godzinami odpoczywa, wychodzi tylko po to aby coś przekąsić albo dać się wyprzytulać dwunożnym domownikom. Latem i wczesną jesienią zasypiał w pozycjach dowolnych na stanowiskach nieosłoniętych, eksponowanych, a teraz kuli się w gnieździe, przykrywa ze wszystkich stron. Patrzę na to maleństwo i muszę przyznać, że nieźle to sobie wykombinowało - z miłą chęcią bym poszła w jego ślady (wyłączając maraton).
...Wymościć sobie łóżko nieskończoną ilością puchowych poduszek, obwarować stosami książek, zaparzyć Earl Greya w wiadrze najlepiej, spod kołdry wyłazić tylko na okoliczność przygotowanego przez innych posiłku i tak przeczekać chłody, ale by było cudnie! Na tydzień przed Gwiazdką obudziłby mnie z tego zimowego półsnu Michael Bolton  albo George Michael - byłabym wypoczęta, nasycona lekturą, błogo połechtana nicnierobieniem i chętna do roboty. Nie wiem jak będzie w istocie, bo zamiast zainspirowana chomisiem okopać się w sypialni robię wprawkę przed grudniowym wyrabianiem pierogów i uszek. Już chce mi się lepić więc lepię, czasu na nicnierobienie jakoś znaleźć nie mogę, a może raczej nie potrafię…
Poniższe pierogi jedynie kolor mają rewolucyjny, wnętrze jest banalne, bo ruskie. Gdy powiedziałam dzieciom, że dziś serwuję wiosenne pierogi postukały się w czoło, że matka przypuszczalnie straciła resztki rozumu  "okej, okej - pierogi nie są wiosenne wcale, jedynie kolor mają zielony" - sprostowałam.
Dobrze im ze śmietaną i koperkiem, polecam jako element jesienno-zimowej chromoterapii.



Przepis na szpinakowe ciasto pierogowe pochodzi z książki Magdy Gessler "Smaczna Polska"



składniki dla 4-5 osób:

dwie solidne garści szpinaku świeżego,
1/2 kg mąki,
2 jajka szczęśliwe,
kilka łyżek ciepłej wody do uzyskania właściwej konsystencji ciasta,
odrobina soli,

200 g sera białego półtłustego, 
200 g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (sypkie będą lepsze od kleistych),
duża cebula, 
łyżka masła,
sól, 
pieprz,
kwaśna śmietana, 
koperek 

Zaczynamy od zmiksowania w malakserze umytego szpinaku, potem dorzucamy resztę składników, wodę pozostawiając na koniec. Gdy malakser pracuje przez górny otwór dolewamy jej tyle by ciasto miało jednolitą, dość zwartą konsystencję. Nie trzeba by odpoczęło, z miejsca można uformować z niego kulę, następnie placek i zacząć wykrawanie kółek.

Farsz do ruskich każdy robi wedle uznania. Ja mieszam ugotowane ziemniaki i ser 1:1, zwyczajowo dodaję także majeranek, którego w zielonych pierogach poskąpiłam bo kłóciłby mi się z wierzchnim koperkiem. Wystarczyły sól i pieprz, no i nieodzowna, delikatnie podduszona cebulka. Szpinak wchodzący w skład ciasta nie miał niemal żadnego wpływu na smak, za to na uciechy wizualne jak najbardziej. Pierogi gotowałam w  osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia, po wyłożeniu na talerz polałam kwaśną śmietaną i posypałam koperkiem. 

sobota, 15 marca 2014

fougasse Hamelmana - czyli marcowe wycinanie w pieczywie



Tym razem w ramach wspólnej piekarni, co by przywołać wiosnę, zmajstrowaliśmy cudnej urody chlebowe liście. Ponoć fougasse ma prowansalską proweniencję - co prawda będąc w lawendowej krainie nigdy się z nimi nie spotkałam, ale świetnie potrafię je sobie wyobrazić jako jedną z czołowych postaci francuskiej boulangerie. 
Formowanie kształtu to fajna zabawa, w sam raz na ZPT w szkole, albo inne warsztaty sprawności manualnej, muszę się przyznać, że przez myśl mi przeszło aby wyciąć w mojej porcji jakiś łowicki wzór. Ostatecznie udało mi się jednak poskromić swoje zapędy i powstały liście jak należy.
Liście są piękne, aż żal je zjadać - podobne uczucie zawsze towarzyszyło mi przy okazji kazimierskich kogucików - zazwyczaj kończyły zaschnięte i cieszyły oko długo po zakupie :)
Chętnie pozostawiłabym na dłużej poczynione fougasse, ale muszę dzieło własnych rąk zrecenzować, zatem nie ma wyjścia! Miksuję tapenadę z oliwek i z rozkoszą odpływam myślami do ukochanej Prowansji... 




Oto receptura i rysunki, które podaję za Amber:


Przepis J. Hamelmana z książki "Chleb"
Składniki na 2 liście:
pâte fermentée


122 g (1 szklanka) mąki chlebowej

79 g (3/8 szklanki) wody
3 g soli
szczypta drożdży

Połączyć drożdże z wodą, dodać mąkę i mieszać do osiągnięcia gładkiego ciasta.

Pâte fermentée powinno mieć konsystencję gotowego ciasta na chleb.

Przykryć dzieżę folią spożywczą i odstawić na 12-16 godzin w temperaturze około 21 C.
Dojrzały zaczyn będzie wyrośnięty i zacznie się w środku lekko zapadać.

ciasto właściwe

320 g (4 ¼ szklanki) mąki chlebowej

48 g (3/8 szklanki) mąki pszennej razowej
255 g (1 1/8 szklanki) wody
6 g soli
3 g drożdży instant
26 g (2 łyżki) oliwy z oliwek ev
40 g (1/4 szklanki) oliwek nicejskich
całość pâte fermentée


Włożyć do dzieży wszystkie składniki oprócz pâte fermentée, oliwek i oliwy.
Mieszać całość na pierwszej prędkości 3 minuty, aby składniki się połączyły.
Podczas mieszania dodawać partiami zaczyn.
W razie potrzeby skorygować hydrację, dolewając nieco wody.
Po wymieszaniu składników ciasto powinno mieć średnią konsystencję.
Włączyć drugą prędkość i dodawać oliwę.
Mieszać 5-6 minut, aby rozwinąć siatkę glutenową.
Dodać oliwki i mieszać na pierwszej prędkości,
tylko tyle, aby składniki były równomiernie rozmieszczone.
Aby oliwki nie połamały się i nie zabarwiły ciasta
można zastosować następującą technikę podczas końcowego mieszania ciasta.
Kiedy ciasto będzie w pełni wymieszane, przed dodaniem oliwek,
zdjąć je z haka i zrobić w środku otwór.
Wsypać około jednej trzeciej oliwek do otworu i włączyć mikser.
Po 20-30 sekundach wyłączyć mikser, ponownie zdjąć ciasto z haka i zrobić otwór w środku,
wsypać połowę pozostałych oliwek i ponownie włączyć mikser.
Tak samo postąpić z reszta oliwek. Mieszać aż będą równomiernie rozłożone w cieście.
Ciasto przykryć i odstawić do fermentacji na 2 godziny.
Po godzinie od rozpoczęcia fermentacji, ciasto wyjąć z dzieży na obsypany mąką blat,
delikatnie rozciągnąć i złożyć na trzy, obrócić o 90 stopni znów złożyć na trzy.
Po 2 godzinach ciasto podzielić na pół, lekko zaokrąglić,
położyć złączeniem do dołu na posypanej mąka powierzchni i przykryć folią spożywczą.
Odstawić na 20 minut po czym rozwałkować tak , aby przybrało owalny kształt.
Przykryć i odstawić na godzinę w temperaturze około 24 C.
Kiedy ciasto wyrośnie, delikatnie je rozciągnąć, mniej więcej o połowę.
Uformować wydłużony trójkąt o wysokości równej półtorej długości podstawy,
a następnie naciąć tak jak na rysunku A.
Jeszcze bardziej rozciągnąć ciasto, aby nacięcia się otworzyły (Rys. B) .
Przełożyć chlebki na ładownik/ łopatę posypana semoliną lub kaszką kukurydzianą.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 230C,
naparować go umieszczając na dole naczynie z gorącą wodą lub wrzucając kilka kostek lodu,
piec 20 minut na kamieniu do pieczenia, aż fougasse będą rumiane i chrupiące, ale nadal miękkie w środku.
Ja swoje listki polałam oliwą z oliwek, suto oprószyłam parmezanem i grubo mielonym pieprzem, a środkowe nacięcie podzieliłam na trzy krótkie odcinki. Liście są monumentalne - znaczy się, że większe niż sobie wyobrażałam - z trudem zmieściłam je na jednej blaszce.






Po degustacji muszę powiedzieć, że w smaku fougasse do złudzenia przypomina focaccię. Pierwszego dnia znacznie mocniej od niej chrupie, ale drugiego przepoczwarza się, traci chrupkość i ma konsystencję zwykłego chleba. Przynajmniej tak było u mnie. 
Fougasse skusiło mnie imieniem i kształtem, ale smak nie rzucił na kolana, niczym mnie nie zaskoczył.
Zapraszam na dalsze odsłony tego francuskiego specjału do Koleżanek i Kolegów - nieugiętych, zdeterminowanych i piekących wspaniale członków naszej wirtualnej piekarni.

Dziękuję  Magdzie za wyszukanie tej ciekawej receptury, Amber za ogarnięcie naszej całej bandy oraz wszystkim Piekarkom i Piekarzom za wspólne wycinanie i wcinanie :))

Do następnego!!

niedziela, 2 marca 2014

mleko smażone - deser ekstremalnie pyszny


Justyna śmiga na motorze, Kuba skacze ze spadochronem, Andrzej decyduje się na bungee, koledzy z pracy jadą w busz by zażyć tajemniczą Ayahuasca, grupa nieustraszonych morsów uprawia kapiele w lodowatym Bałtyku, a ja? Ja się nie ścigam, nie skaczę, nie pływam w przeręblu, nie zażywam, ja gotuję ekstremalnie!
Ekstremalne kucharzenie ma wiele wspólnego z szaleństwem, bo zazwyczaj uprawiane jest w miejscach całkowicie, lub niemal całkowicie nieprzystosowanych do tego. Często jest podyktowane gwałtowną potrzebą sprawienia sobie ściśle określonej frajdy kulinarnej, zazwyczaj takiej zresztą, której wykonanie w warunkach zastanych graniczy z cudem.




Będąc niegdyś na greckiej riwierze - a było to dawno temu, w początkach stulecia, mimo dostępności dóbr wszelakich - obfitości bakłażanów najpiękniejszych, pomidorów pełnych smaku, wybornej, nieznanej mi wcześniej prawdziwej fety, a także cudownych dań z owocow morza, jakimi karmił mnie staruszek Vangelis, zachciało mi się ruskich pierogów. Gdy zachciewa się pierogów, nie ma odwrotu - pierogi muszą być! Gdy jednak mają to być pierogi ruskie w śródziemnomorzu, zaczynają się schody, bo skąd u diaska wytrzasnąć u podnóży Olimpu biały twaróg krowi? Gdy okazuje się, że ów twaróg nie jest dostępny, na greckim wybrzeżu zastepuje go ostatecznie lokalna feta - twarda, kwaskowata, charakterna. Wałkowanie ciasta na blacie o wymiarach 20x20 cm to czysta ekwilibrystyka, za wałek za to służy pusta flasza po jakimś średnio pysznym winie czerwonym - byłoby lepiej gdyby ta akurat butelka zaopatrzona została w szyjkę z obu stron...

Gotowanie na wykopaliskach, jest o tyle ekstremalne, że w niewielkim pomieszczeniu dary ziemi wszelkie, składowane są obok siebie - ziemniaki stoją w miednicy tuż obok kości wykopanego przedwczoraj pradawnego konia Józka, cukinia spoczywa w niewielkiej odległości od wyselekcjonowanych fragmentów ceramiki, nabiał chłodzi się w wypełnionej wodą misce w ciasnym kącie obok łopat, szpadli, gracek i puzonów. Z zaopatrzonego w siermiężny kranik zlewu leci ekstremalnie lodowata woda. Obok tego starszego mniej lub bardziej archeologicznego inwentarza stoi on - zapomniany piec - najprawdziwszy, stary, kaflowy, na cztery fajerki - to on sprawia, że decyduję się na desperacki krok - ugotowania obiadu dla niemal trzydziestu wygłodniałych, robotniczych paszcz. Gotowanie w towarzystwie Józka, zgrai wszędobylskich polnych myszy, urasta do rangi wydarzenia wiekopomnego, z nieużywanego od dawna pieca nagle dobywa się dymny zapach, skwierczą pod nim żwawe iskry. Czuję ukłucie podniecenia. Na patelni, którą na podstawie zaawansowanej korozji  można by wydatować na wczesną epokę żelaza, smażę placuszki z cukinii, smażę je chyba ze cztery godziny... a potem pod zimnym strumieniem zmywam gary jeszcze dłuzej... poziom adrenaliny jest na tyle wysoki, że wykonuję powyższe czynności ubrana w uśmiech od ucha do ucha.

Za to w warunkach biwakowych znakomicie wychodzą nalesniki. nic nie szkodzi, że palnik jest jeden a gazowa butla wydobywa z siebie ledwie resztki gazu, nic nie szkodzi, że z drzew lecą igły i szyszki, a zamiast kranu jest studnia głębinowa - taka z ręczną pompą, po dwóch godzinach 10 wymarzonych, wyczekanych naleśników jest gotowych. radość na polu namiotowym nastaje, radość zmieszana z cudowną wonią cukru wanilinowego. Ja - dotkliwie pokąsana przez komary, dochodzę do siebie, otrząsam się po kulinarnym szaleństwie i zastanawiam czy owe szaleństwo jest uleczalne...

Dowodów kulinarnego nieokiełznania mogłabym wymieniać więcej, za każdym razem było opatrzone ryzykiem niepowodzenia, za każdym razem miało charakter nieposkromionego zrywu, za każdym zakończyło się sukcesem, sukcesem, który w pamięci będę miała po kres. Dziś w warunkach bezpiecznych i nieobnażających mojego szaleństwa powstał ekstremalnie pyszny deser. Gdy pierwszy raz go jadłam ( o tym razie tutaj ) nie mogłam wyjść z podziwu, że mleko może być podane w formie kotlecika. Charyzmatyczny właściciel knajpki Krike zapytany o to jakim sposobem możliwe jest by mleko taki kształt przybrało, machnął ręką i powiedział, że technika wymaga wiele zachodu. Mimo, że miało być ciężko, postanowiłam sprawdzić, czy rzecz wykonalna jest w domu.
Oto źródło przepisu Sabores y Momentos 





składniki na ok 20 mlecznych kostek:

750 ml mleka 3,2%,
skórka otarta z niepryskanej cytryny,
1/4 szklanki cukru,
1/4 szklanki skrobi kukurydzianej,
2 żółtka,
laska wanilii,
laska cynamonu,
40 g masła

odrobina masła do wysmarowania formy
2 jajka do obtaczania,
bułka tarta
1,5 szklanki oleju do smażenia



Mleko przelewamy do garnka ujmując 1 filiżankę.
Gotujemy ze skórką otartą z cytryny, wanilią, cynamonem i masłem, aż zacznie delikatnie wrzeć. Mleko w filiżance mieszamy ze skrobią kukurydzianą. W miseczce ucieramy żółtka z cukrem. Potem łączymy w całość zawartość filiżanki i miseczki.
Kiedy mleko się zagotuje przelewamy je przez sito i stopniowo mieszamy z przygotowanym oddzielnie płynem - gorące wlałam do zimnego intensywnie mieszając. Całość przelałam ponownie do garnka i nieustannie mieszałam przez 10 minut, aż masa zgęstniała osiągając konsystencję budyniu. 
Tak przygotowany krem przelałam do wysmarowanej masłem kwadratowej formy, ostudziłam, przykryłam folią i wstawiłam na noc do lodówki. Następnego dnia pokroiwszy na kwadraty o boku 3 cm, obtoczyłam dwukrotnie w jajku i bułce i smażyłam w głębokim oleju ( użyłam małego garnuszka, w którym smażyłam po dwie kostki na raz). Po usmażeniu wszystkich posypałam cukrem pudrem. 

Deser jest niezwykły, budzący zdziwienie, jeżeli więc korci Was by zaserwować coś całkowicie innego niż wszystko, co serwowaliście do tej pory - ten przepis Was z pewnością zadowoli. Niebanalna konsystencja - z zewnątrz panierka, w środku budyniowa, kremowa substancja o intensywnym, cytrynowym aromacie.
Polecam!!!


niedziela, 16 lutego 2014

czekoladowa chałka - bo dziewczyny lubią brąz!!!


No i chała! 
Wobec wrodzonego czarnowidztwa jakie odczuwam przy okazji wszelkich mych zmagań z chlebem w tle - bądź na pierwszym planie, spodziewałam się takiej reakcji na widok własnoręcznie popełnionego chleba czekoladowego, który jest tematem naszego kolejnego kulinarnego spotkania. Coby zatem zakląć rzeczywistość już na wstępie, swój chleb przechrzciłam na chałkę. Jakby kto pytał moja chała została kategorycznie zaplanowana, do oryginalnej zaproponowanej przez Beę receptury dodałam 4 łyżki cukru i 40 g stopionego masła, nie użyłam za to czekoladowych płatków. Korciło mnie trochę by władować do środka żółtka z dwóch ostatnich jajek, które mam w lodówce, ale jako, że nigdy nie wiadomo, czy komuś na jutrzejsze śniadanie nie zamarzy się jajecznica, chała bez jaj się stała.
Chałka to dla mnie absolutnie jedyna słodka opcja śniadaniowa, praktykuję ją czasami w wersji konwencjonalnej (pieczonej samodzielnie rzecz jasna), nie potrzebuję do niej niczego poza masłem, ale masło być musi najprzedniejszej jakości.



W kontekście pieczywa nie mam za dobrej wyobraźni, z powodu tego braku ozdobiłam swoją chałkę bielutkimi migdałami bez skórki - miały cudownie kontrastować z brązem głównej bohaterki. Tym którzy wyobraźnię posiadają, nie muszę przybliżać co się dzieje, gdy bieluchne migdałki wstawi się tuż pod rozgrzaną do 240 stopni grzałkę...
Spalone na brąz znacznie głębszy i intensywniejszy od koloru chałki, przestały kontrastować z podłożem, więc z zegarmistrzowską precyzją usunęłam je, co do jednago i podmieniłam na lepszy model (podkleiłam karmelem w miejscu zagłębień po czarnych migdałach).  Złota rada - nie ozdabiajcie tego chleba migdałami, orzechami lepiej też nie, ewentualnie można spróbować z kruszonką, choć też nie mam pewności co się wydarzy...




Chleb z czekoladą i rodzynkami, drożdżowy, na poolish


na poolish :

2 g świeżych (lub 1 g czyli ¼ łyżeczki suchych) drożdży
125 g / 125 ml ciepłej wody
125 g mąki pszennej (T55)

ciasto właściwe :

300 g mąki pszennej (T55)
5 g (1 łyżeczka) soli - u mnie zaledwie pół łyżeczki
2 g świeżych (lub 1 g czyli ¼ łyżeczki suchych) drożdży
ok. 220 – 240 ml ciepłej wody
80 g (2/3 szkl) chipsów czekoladowych (pół słodkich) - u mnie brak
200 g (1 1/3 szklanki) rodzynek koryntek
20 g (2 ½ łyżki) gorzkiego kakao

+ w mojej wersji 4 łyżki cukru,
40 g stopionego masła

W przeddzień pieczenia przygotować poolish (wieczorem, na poranne pieczenie, lub rano – na pieczenie popołudniowe) :

1. W misie dokładnie wymieszać drożdże z wodą (125 ml); dodać mąkę (125 g) i ponownie dokładnie wymieszać. Przykryć i pozostawić na noc w temperaturze pokojowej.
2. Następnego dnia wymieszać rodzynki i chipsy czekoladowe. W drugiej misce wymieszać mąkę, sól i kakao.
3. Wymieszać drożdże z wodą.
4. Dodać rozmieszane drożdże do zaczynu (poolish), następnie dodać suche składniki i dobrze wymieszać.
5. Przykryć i odstawić na 10 min.
6. Po 10 minutach – wyrabiamy ciasto : chwytamy porcję ciasta z brzegu, lekko naciągamy i przyciskamy w środek ciasta; lekko obracamy misę i powtarzamy tę czynność z kolejnym brzegiem ciasta. Powtarzamy składanie 8 razy, co powinno nam zająć ok. 10 sekund, po czym ciasto powinno zmienić strukturę – bardziej sprężyste, stawiające opór.
Ciasto możemy również wyrobić mikserem – najpierw 2-3 minuty na pierwszym biegu, a nastepnie ok. 4 minuty na drugim biegu
7. Przykryć misę i odstawić na 10 minut.
8. Powtórzyć etap 6 + 7 dwa razy, następnie ponownie etap 6. Przykryć misę i odstawić do wyrośnięcia na1 godzinę.
9. Gdy ciasto podwoiło objętość – odgazować je (uderzamy pięścią w jego środek).
10. Wyrośnięte ciasto umieścić na lekko umączonym blacie .
11. Podzielić ciasto na 2 równe części i uformować z nich kule.
12. Wysypać mąką podłużny koszyk do wyrastania chleba i umieścić w nim kulki ciasta, blisko siebie, tak by połączyły się podczas rośnięcia.
13. Pozostawić ciasto do wyrośnięcia, aż podwoi swoją objętość – w zależności od tego, jak mocny jest nasz zakwas (oraz w zależności od temperatury) może to zająć od 3 do 6 godzin).
14. Ok. 20 minut przed planowanym pieczeniem, nagrzać piekarnik do 240st., na spodzie umieścić naczynie, do którego wlejemy wodę (przygotować szklankę wody).
15. Gdy ciasto podwoi już objętość, przekładamy je na łopatę lub na papier do pieczenia, posypujemy wierzch mąką i nacinamy.
16. Przekładamy na rozgrzaną blachę (lub kamień), wlewamy wodę do przygotowanego naczynia i obniżamy temperaturę do 220st.
17. Pieczemy ok. 30 minut, aż chleb będzie ładnie brązowy.
18. By sprawdzić, czy jest on odpowiednio upieczony, stukamy w spód chleba – ma on wydawać ‘głuchy’ odgłos.
Studzimy na kratce.

Moje modyfikacje do powyższego przepisu polegały na zmniejszeniu ilości zastosowanej soli, w punkcie czwartym wmieszałam cukier, a w punkcie szóstym dodałam roztopione i przestudzone masło. Potem postępowałam zgodnie z zaleceniami. Gdy ciasto było dobrze wyrośnięte podzieliłam je na cztery części, utworzyłam wałeczki i zaplotłam w sposób zupełnie niepowtarzalny. Zaplecionej chałce zamiast w koszyku pozwoliłam wyrastać na wolności (wyściełanej papierem do pieczenia). Gdy była pyzata i niemal pękała w szwach posmarowałam ją odrobiną białka (zawsze mam go nieco w zamrażalniku :)) i ozdobiłam nieszczęsnymi migdałami. Ciasto piekło się nieco ponad pół godziny. Stygło na kratce.

Dziś chałka zupełnie niezwykła, w mocno czekoladowym odcieniu i delikatnie kakaowym smaku, aby tę wyjątkowość podkreślić, podałam ją z kozim twarożkiem i zakupionymi tego lata rodzynkami w Sauternie (jeśli ktoś chce wiedzieć, gdzie i w jakich okolicznościach je nabyłam zapraszam na   wspominki ). Winiarz z Bordeaux zapewniał, że rodzynki w szlachetnej zalewie najlepiej wypadają u boku koziego sera, dziś mogłabym uzupełnić jego rekomendację jeszcze o chałkę, bo lekko złamane słodyczą pieczywo bardzo dobrze robi pozostałej dwójce.





Przepis zrealizowany w ramach akcji Czekoladowy Tydzień:




Amber, Bea i pozostałe Lutowe Piekareczki - ogromne dzięki za wspólne, pachnące czekoladą pieczywo!!!
Przepraszam za poślizg w publikacji - mój automat nie zadziałał... a ja dopiero teraz miałam okazję to wykryć.


środa, 16 października 2013

camembert na grillowanym ananasie



Gdybym to ja obsadzona została w roli biblijnego Adama, pewnie do dziś stacjonowalibyśmy w Edenie. Stosunek do jabłek mam co najwyżej obojętny, zdarza mi się, owszem delektować świeżo wyciskanym z nich sokiem, tudzież takimi na ciepło z cynamonem, ale żeby tak z drzewa, na surowo - co to, to nie! Co innego gdyby Ewa skusić mnie chciała serem, gdyby wabiła mnie cudownie gęstym fondue, gdyby pod jabłonką odkroiła plasterek aromatycznego banona, albo góralskiej gołki, gdyby zechciała odłamać kawał kruchego pecorino lub parmiggiano, czy też przygotować cudowny twarożek z pomidorem i ogórkiem - wówczas bym uległa po wielokroć, a jako, że ser ma cięższą naturę to być może i kara byłaby dotkliwsza...




Wczoraj zgrzeszyłam na potęgę, bo nie dość, że zaserwowałam sobie smażony camembert, to na dodatek zwieńczyłam go podbijającą kaloryczność kruszonką z orzechów ziemnych, złudzenie lekkości dawał grillowany ananas, na którym spoczął gorący ser, leśna, słodka borówka i odrobina zieleniny. Oto grzech w wymiarze kompletnym.  Wszyscy znamy ten cudny, kojący widok, gdy gorące, płynne, serowe wnętrze po nadwątleniu panierowanej skorupki wylewa się kaskadą na talerz. Lubię ten moment. Potem jest mariaż słodyczy z wytrawnością, gra konsystencji, gdy chrupią orzechy i zarumieniona skórka, zaś środek płynie - ta symfonia doznań smakowych i estetycznych jest bezkonkurencyjna. To jasne, że nie możemy raczyć się taką przyjemnością zbyt często, wówczas bowiem kara mogłaby zostać wymierzona jeszcze na tym świecie i wiązałaby się z całkiem znaczącym przybytkiem powierzchni ciała mierzonego w pasie, ale raz na jakiś czas warto! Jesienią grzeszę z łatwością, a przyjemności z tego tytułu nie próbuję kryć.




przepis na grzech ciężki:

1 serek camembert - delikatny o niezbyt rozbudowanym bukiecie
plaster świeżego ananasa 
2 łyżki leśnej borówki ze słoika (preferowana wersja domowa na bazie borówki, cukru i gruszek, bezwzględnie bez żelu)
jajko (z numerkiem 0 lub 1)
bułka tarta
garstka orzeszków ziemnych niesolonych
olej rzepakowy
nieco zieleniny na dodatek



Ananasa kroimy na plastry o grubości 1 cm, następnie grillujemy na mocno rozgrzanej patelni grillowej. Gorący plaster wykładamy na talerz i przykrywamy solidną warstwą borówki. Camembert panierujemy dwukrotnie w jajku i bułce tartej. Wierzch sera nurzamy raz jeszcze w rozkłóconym jajku a następnie w delikatnie rozdrobionych orzechach. Tak przygotowany krążek smażymy w małym rondelku wypełnionym rozgrzanym olejem z obu stron (ok 2 minut z każdej strony). Po wydobyciu sera z patelenki pozostaje udekorować talerz zielonymi liśćmi i jeść póki środek głównego bohatera jest płynny i bezwstydnie pyszny.


Smacznego!

 ...nim spotkamy się w piekle, wszystkich zadeklarowanych grzeszników, zapraszam na chwilę do kulinarnego raju :)



niedziela, 23 czerwca 2013

skandynawski tort kanapkowy - w sam raz na imprezę



Moja wiedza z zakresu kuchni skandynawskiej jest bliska zera. Mizerny obraz zbudowany jest na kompromitującej bazie: kulek mięsnych - nota bene przeze mnie nigdy niesmakowanych, które z wyjątkowym upodobaniem zamawiają entuzjaści szwedzkiego designu... Wieść niesie, że w północnych krajach, poza wspomnianymi kulkami, jada się także renifery, jest suchy chlebek z wypustkami i leżakujące, znane na całym swiecie - głównie z opowieści - długo leżakujące śledzie. Jest też szwedzki stół i znakomity gravlaks. I to by było na tyle mojego pojęcia.





Dziwny jest ten wiedzy brak, skoro Skandynawię i Polskę zaledwie Bałtyk oddziela. Wielokrotnie bulwersowało mnie postrzeganie kuchni polskiej przez pryzmat pieroga, wzglednie żuru (przy całym mym uwielbieniu dla nich), a tymczasem podobną ignorancję sama wykazuję wobec kuchni z sąsiedztwa. Dlatego dziś nie będzie o naszej rodzimej, ani o włoskiej, ani o hiszpańskiej wcale, lecz o skandynawskiej właśnie i będą same ochy i achy wypowiadane w jej kierunku.  Jak się okazuje, wbrew stereotypom - Skandynawowie mają niemałą fantazję, nikt bowiem poza nimi nie wpadł na jakże genialny pomysł tworzenia wytrawnych tortów. Mnie ujęli tym daniem, zobaczyłam je poraz pierwszy co prawda na jednym z polskich blogów, ale gdy wpisałam w wyszukiwarkę magiczne słowo smӧrgåstårta a następnie jego fiński odpowiednik voileipakakku na ekranie otworzył się przede mną świat rozkoszy ziemskich. Postanowiłam wykonać ten skandynawski specyfik w trybie pilnym i misternie go ozdobić zgodnie ze sztuką. Zabawy było co niemiara.




Niestety w polskich sklepach nie dostaniemy blatów z pieczywa pod ten specyfik, musimy więc posłużyć się najzwyklejszym chlebem tostowym lub jak ja, wykonać owy podkład samodzielnie. Tort kanapkowy jest wprost idealną opcją na imprezę, można go podać w całości by każdy ukroił sobie porcję, lub poporcjować go wcześniej. W każdym przypadku będzie bardzo malowniczo i niestandardowo.
Voileipakakku daje wiele możliwości, różne mogą być kształty, bardzo bogate mogą być nadzienia, wierzchnie ozdoby zaś mogą być rozlokowane w artystycznym nieładzie, albo w geometrycznym porządku. Tort kanapkowy jest fajnym zamiennikiem dla kanapek - sprawdzi się np. na festynie rodzinnym w szkole, albo na dużej domówce. Ile to razy szykując blisko 100 sztuk mini-kanapeczek na imprezę, zdarzyło się, że pierwsi goście nakryli mnie - zupełnie nie wyszykowaną - na układaniu rzodkieweczek, krojeniu serów i im podobnych czynnościach dekoratorskich. Tort kanapkowy pozwoli nam uniknąć takiej sytuacji, gdyż zrobimy go dzień wcześniej. Bezpośrednio przed imprezą ozdobimy wierzch i pokroimy go na porcyjki, a gdy goście przyjdą będziemy piękni, pachnący, zrelaksowani i bardzo zadowoleni.
Blat wykonałam bazując na przepisie na chleb na tang zhong. Nie zmieniłam tu nic, poza formą, która tym razem była kwadratowa. Wystudzone ciasto pokroiłam na trzy blaty - podobnie jak kroi się biszkopt.
Nie będę podawać dokładnych proporcji, w torcie kanapkowym nie ma reguł, dlatego jest taka frajda przy jego robieniu. Moja wersja jest zachowawcza ze względu na dzieci, dominuje tu masa serowa, delikatnie przełamana kilkoma dodatkami.
Pierwsze piętro stanowi:
ser biały zmiksowany z odrobiną świeżo startego chrzanu
plastry łososia wędzonego
plastry awokado skropione cytryną
a drugie piętro wypełnia:
pasta jajeczna z koperkiem,
ser biały z czerwoną papryką
Całość wysmarowałam majonezem zmieszanym z jogurtem, lepszy byłby z pewnością ten pierwszy z białym serem, jednak niestety zabrakło go tym razem. Tort spędził noc w lodówce, a majonez stracił swój ładny kolor, niemniej obyło się bez uszczerbku dla smaku. Wierzch ozdobiłam tuż przed podaniem.



Było pysznie i choć zdaję sobie sprawę, że smӧrgåstårta nie stanowi o kuchni skandynawskiej, bardzo mnie zachęciła by zapoznać się bliżej ze smakiem północy.


czwartek, 11 października 2012

serek pyszny przedziwnie - do pieczywa



Nie jestem perfekcyjną panią domu.  Nie śledzę programu, o którym coraz głośniej w naszym kraju ale czasem jak patrzę wkoło, to przychodzi myśl, że  może powinnam…???.
Środek tygodnia a człowiek zupełnie nie wie za co się zabrać – trzeba robić za asystenta przy lekcjach, ogarnąć, by wnętrza przypominały przyjazną do życia przestrzeń, zmotywować potomstwo do wykonania codziennych obowiązków, przywieźć, odwieźć na zajęcia, no i  zjeść należy i nakarmić, a że ma się do tego stosunek specyficzny, to przecież kanapka nie wystarczy…  Niestety mimo wszelkich chęci nie zawsze udaje się sprostać tym wszystkim obowiązkom, powiedziałabym nawet, że niemal zazwyczaj się to nie udaje.
Przyznam się, że lat temu kilka zdarzało mi się oglądać wersję brytyjską wyżej wspomnianego programu i seans ten działał na mnie wybornie. Włączał mi się ‘program sprzątający’ i przez kolejne godziny chodziłam po domu jak nakręcona, doczyszczając każdy zakamarek i czerpiąc z tego niekrytą satysfakcję. Byłam trochę jak w hipnozie, nieprawdopodobne, jak tego typu programy, za pomocą najprostszych środków wpływają na podświadomość człowieka. Inna rzecz, że trochę inaczej wyglądała moja organizacja dnia i mogłam sobie pozwolić na podporządkowanie większości czasu sprzątaniu. W sytuacji obecnej  muszę akceptować nieład, który nieraz dominuje perspektywę w domu, jednak jestem pełna zrozumienia dla swojej takiej a nie innej postawy.  



Jakby się przyjrzeć bliżej Pani Perfekcyjnej, to myślę, że do wielu rzeczy można by się przyczepić…w moim ujęciu bowiem np. tort przyozdobiony lukrem plastycznym i kolorowymi cukierniczymi ozdóbkami jest na wskroś nieperfekcyjny, bo co z tego, że idealnie różowiutki skoro zrobiony na bazie pełnych chemii gotowców i z pewnością niesmaczny?  U Pani Perfekcyjnej rolę kluczową gra pierwsze wrażenie, przypuszczalnie podstawowym zadaniem tortu jest jego wygląd, inne sprawy spadają na dalszy plan.  Mam wrażenie, że przekłada się to na całą sferę życia, nie wydaje mi się by było możliwe połączenie nienagannego wyglądu własnego, samodzielne zadbanie o nieskazitelne wnętrze mieszkania a przy tym zachowanie niegasnącej pogody ducha i ogólnego życiowego zadowolenia. To musi się przekładać na wewnętrzną frustrację własną lub członków rodziny. Z drugiej strony jednak znam wiele osób, które znacznie lepiej radzą sobie z ogółem zadań okołodomowych, niż ja zachowując pozytywne nastawienie do świata i ludzi, także chyba wszystko zależy od jednostkowych predyspozycji danego przypadku.
Zrobiłam fajną kolację ale zmywanie sobie odpuszczę.  Dziś wsadzam miedzy bajki złote zasady w typie 'co masz zrobić jutro zrób dziś'. Pomogę dzieciakom ogarnąć się z lekcjami, zapalę świeczkę zapachową a potem usiądę na ulubionej kanapie z kieliszkiem dobrego czerwonego wina i poczytam książkę.
Czasem lubię tę moją nieperfekcyjność. Dziś ją lubię bardzo. 



Serek, który proponuję Wam dzisiaj przygotowała kiedyś moja dobra znajoma - jego smak wbił się w moją pamięć i często każe o sobie przypominać.  
Pierwszy kęs wywołuje zdziwienie, drugi powoduje lekkie zakłopotanie, gdyż zupełnie nie przychodzi nam na myśl czym to smakuje, trzeci kęs uzależnia - ostrzegam. 
Można go potraktować jako smarowidło do białego chleba ale chyba najlepiej sprawdzi się jako dip do grissini lub krakersów podczas imprezy. Jakkolwiek kontrowersyjne wyda się Wam połączenie składników nakłaniam zdecydowanie do podjęcia ryzyka. Jest słodko, jest ostro, jest słono i kwaśno, jest przedziwnie, niestandardowo ale wybornie.

Dodatkową zaletą jest fakt, że przygotowanie ogranicza się do wymieszania wszystkich ingrediencji w jednej miseczce..: ) Danie w sam raz dla Nieperfekcyjnej Pani lub Pana Domu - szybko, bezboleśnie przy użyciu noża, widelca i deski do krojenia.  Czasami takie rozwiązania bardzo sobie cenię, dziś jest taki dzień właśnie!!!



składniki: 

250 g sera białego półtłustego,
100 ml śmietany 18%,
2 łyżki cukru,
 pieprz cayenne - około pół łyżeczki,
łyżeczka cynamonu, 
szczypta soli, 
filiżanka kaparów, 
kilka drobno pokrojonych, suszonych pomidorów




Niech i Wam zasmakuje!!



niedziela, 1 lipca 2012

zupa krem z czerwonej kapusty


Dzisiaj przedmiotem mojego wpisu będzie najdziwniejsza bodaj potrawa jakiej kiedykolwiek miałam okazję kosztować… najdziwniejsza choć niezwykle prosta w przygotowaniu i smaczna.
Polacy ukochali sobie kapustę maści wszelkiej – surową, duszoną, ukwaszoną, modrą na słodko, kapustę jako farsz, kapustę w gołąbkach, w kapuśniaku, bigosie…Biorąc pod uwagę tę długą listę i polską niewyczerpywalną kreatywność w obrębie kapusty, tym bardziej zastanawia, że najbardziej zaskakujące danie na bazie tego warzywa zaserwowano mi w Hiszpanii, nie w Polsce.
Zupa powstała na moich oczach i im dłużej patrzyłam na jej przygotowanie, tym bardziej miałam wątpliwości, czy nada się do zjedzenia. Gdy postawiono przede mną miseczkę zupy krem o fioletowo-niebieskiej barwie nie mogłam nasycić oczu widokiem, choć wątpiłam w smak … w salaterce obok pyszniły się grzanki z białego pieczywa… 
Jak się okazało moje obawy były bezpodstawne, można je tłumaczyć co najwyżej lękiem przed nieznanym, zupa smakowała wybornie!

Lubię kuchnię ironizującą, lubię kucharzy, którzy poprzez zabawne propozycje kulinarne puszczają oko do klienta… wychodzę z założenia, że fajnie jest czasem zejść z utartego szlaku i na przekór własnym obawom oddać się szaleństwu – tak w życiu, jak i w kuchni. Niebieska zupa z pewnością rozbawi Waszych gości, będzie przedmiotem ożywionej dyskusji i na długo zostanie zapamiętana. Zobaczcie jak taka zupa zadziała na dzieci, a najlepiej poproście by same ją zrobiły, przepis jest bowiem przebanalny.
Dzieci uwielbiają potrawy o kontrowersyjnym ubarwieniu, patrz - lody smerfowe czy torty upstrzone lukrem plastycznym we wszystkich kolorach tęczy, zatem zupa na fioletowo w sposób oczywisty znajdzie się w kręgu ich zainteresowania a w odróżnieniu od powyższych konsumpcja wyjdzie im na zdrowie. … 



Składniki:

mała główka kapusty czerwonej,
dwie młode cebule,
4 ziemniaki, opcjonalnie,
dwa listki laurowe,
ziele angielskie,
kilka ziaren pieprzu czarnego,
odrobina soku z cytryny,
białe czerstwe pieczywo na grzanki,
masło

Kapustę kroimy na ćwiartki wkładamy do garnka średniej wielkości, dodajemy cebulę w całości i przyprawy, zalewamy wodą gotujemy do czasu, gdy kapusta będzie miękka (ok. 40 minut w zależności od wielkości główki). Pod sam koniec możemy dodać pokrojone  ziemniaki, choć nie jest to obligatoryjne. Po zdjęciu z gazu miksujemy blenderem, solimy. Na patelni rozgrzewamy masło i wrzucamy doń drobno pokrojony biały chleb by się ładnie zarumienił.
Możemy zupę delikatnie zakwasić, wówczas uzyskamy jeszcze ładniejszy efekt końcowy, bo krem w kontakcie z cytryną punktowo zmieni barwę na przyjemnie różową.

;)