Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łakocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łakocie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2013

torcik jagodowy - moje wakacyjne wspomnienie



Leniwe weekendowe popołudnie. Bar gastronomiczny nad rzeką, Wda płynie spokojnie upstrzona sylwetkami łódek, rowerów wodnych i kajaków, po okolicy rozchodzi się zapach ryby z pobliskiej smażalni zmieszany ze słodką wonią gofrów, sprzedawanych przy głównym deptaku. Siedzę i piję duże, dobrze schłodzone piwo z kija, jak zawsze  oganiając się przy tym od chmary os, która bardzo chce pić ze mną z jednego kufla. Obok dociera mnie, jakże miła sercu lokalna gwara i ten cudowny okrzyk 'FLAAAAAKI RAAAZ!!' słyszalny zza baru - oto chwila która przywraca równowagę, chwila nieskończonego szczęścia, ta za którą tęsknię rok cały i która zawsze wygląda tak samo. Z pewnością za moment zawita do baru Zawiany Pan, prosząc o porcję napitku na tak zwaną krechę. Po pierwszym moim piwie będzie pstrąg z ziemniakami z wody i świeża surówka z kapusty, względnie sadzone zamiast pstrąga, a na deser zamówię kolejne piwo, a potem dzieci wyciagną nas na lody do kawiarni vis a vis...





Kawiarnia jest rodzinną firmą i swego czasu co niedziela Goposdyni popełniała torcik jagodowy, na który ja pędziłam co tchu by inni jego entuzjasci go przypadkiem nie wyjedli przede mną. Moja słabość do torcika jagodowego była dziwna, gdyż za samymi jagodami nie przepadałam nigdy, tam gdzie wszyscy zbierali jagody do paszczy i do słoika w proporcji 1:1, ja nigdy nie podjadałam owoców, dzięki czemu mój słoik był w znacznie większym stopniu zapełniony niż moich towarzyszy. Torcik w każdym razie był cudowny. Jego podstawę stanowił biszkopt, potem była serowa masa na zimno z jagodami i plaster czekolady. Jakie to było pyszne!!!! Idąc w ślad za tym moim tucholskim sentymentem, którego nie wiedzieć czemu od lat kilku nie doświadczyłam w kawiarni nad rzeką, dziś postanowiłam nawiązać do tamtego smaku. Skorzystałam z przepisu Kwestii Smaku, która nigdy nie zawodzi, delikatnie namieszałam w recepturze, bo chciałam mieć więcej warstw.




składniki:

spód

180 g herbatników owsianych
80 g masła


masa jagodowa

200 g sera białego Garwolińskiego,
10 g żelatyny
200 g jagód,
cukier puder do smaku,


masa biała:

200 g sera białego Garwolińskiego
10 g żelatyny,
1 mały jogurt naturalny,
cukier puder do smaku

galaretka jagodowa:

200 g jagód
5 łyżek cukru pudru
 2 łyżeczki żelatyny



Żelatynę rozpuścić w kilku łyżkach gorącej wody. W rondelku pogrzać jagody z cukrem pudrem aż delikatnie zmiekną i zaczną puszczać sok. Przecisnąć jagody przez sito, powstałe jagodowe puree wymieszać z żelatyną i podgrzać całość. Wystudzić.
Herbatniki ugnieść na miazgę i wymieszać z masłem w temperaturze pokojowej, Tak powstałą masę wyłożyć na tortownicę przykrytą papierem do pieczenia uprzednio zamykając obręcz, tak by brzegi papieru pozostały na zewnątrz. Docisnąc masę by powstał równy placek. Schłodzić powstały spód, ja wsadziłam go na 20 minut do zamrażalnika.
20 g żelatyny rozrobiłam w 1/3 szklanki gorącej wody. Następnie składniki masy jagodowej zmiksowałam w malakserze, pod koniec dodając połowę przygotowanego roztworu żelatyny. Zabieg powtórzyłam z masą białą.
Zabawa zaczyna się przy układaniu  warstw, każdą bowiem musimy nieco schłodzić by się nie poprzenikały. U mnie szło sprawnie, bo postanowiłam chłodzić w zamrażalniku, tym sposobem kolejne piętro mogłam nakładać juz po godzinie od ułożenia pierwszej warstwy. Warstwą wieńczącą jest jagodowa galaretka o barwie głębokiego fioletu. Zalawszy nią torcik wstawiłam go do lodówki, przykryłam folią i czekałam do nastepnego dnia.
Po uwolnieniu sernika z obręczy ozdobiłam kształtnymi bezikami, mietą z ogródka i zamrożonymi dzień wcześniej jagodami.

Torcik wyszedł obłędny, gdybym tylko mogła go jeść z widokiem na ukochaną Wdę...




niedziela, 10 lutego 2013

ciasto domek - mój powrót do Nibylandii



Zima. Godzina czwarta po południu. Biegnę jak oszalała, próbując dotrzymać kroku pędzącej obok mamie. Odziana jak Eskimos przebieram więc małymi nóżkami, co i rusz zapracowując na kolkę. Stajemy w końcu na przystanku. Zdążyłyśmy - tłum oczekujących wskazuje, że autobus jeszcze nie odjechał. Na Dolnej kwiaciarki niestrudzenie sprzedają swoje cięte kwiaty a wokół roznosi się obezwładniający zapach Currary - chyba wszystkie Panie oczekujące nim pachną. Swoją drogą Currara to takie pachnidło za którym poszłabym w ogień - tak intensywnie i pięknie jej zapach zapisał się w mojej pamięci. W autobusie tłum dziki. W takich warunkach wielowarstwowe odzienie doskwiera wybitnie, ale nic to - za chwil parę wszyscy się wysypią na pętli, stamtąd już tylko 15 minut do domu. Po wyjściu z autobusu znów pośpiech i znów kolka między blokami. Docieramy a mama przygotowuje dla mnie domek - robi go zawsze w lutym i w marcu, bo jest okazja.. a gdy najdzie nas chętka to czasem też w innych miesiącach - uwielbiam ten deser i wszyscy, którzy mnie odwiedzają też za nim przepadają...




Co by nie mówić epoka PRL a właściwie jej mały wycinek, którego doświadczyłam jest dla mnie tożsama z czasami dziecięcej, niczym nieskrępowanej beztroski. Kolejki pamiętam, że były, czasami nawet w nich stałam, na tyle wpisane było jednak to stanie w normę, że nie przejmowałam się tym zupełnie... otaczającą rzeczywistość odbierałam w ciepłych, radosnych barwach, jak to dziecko. Czas ten przywodzi między innymi także wspomnienie najlepszych pod słońcem deserów takich jak blok czekoladowy, ciasteczka z płatków owsianych, wz, karpatka, czy ciasto domek.
Mamy luty, znakomita więc okazja by dawnej tradycji stało się zadość - zrobiłam więc domek, o którym choć pamiętałam stale, to od dłuższego czasu nie weszłam z nim w bezpośrednią relację. Bazowałam na przepisie, jaki mama zapisała w kalendarzu z 85 roku. Przyznam, ze przemknęła mi myśl by zastosować w domku prawdziwą wanilię i by dorzucić coś od siebie - na znak nowych czasów, ale po chwili stwierdziłam, że jednak z modyfikacjami to już nie będzie to samo. Chciałam poczuć dokładnie ten smak, który tak uwielbiałam będąc dzieckiem. Jakkolwiek więc mało szlachetny to dodatek - zastosowałam cukier wanilinowy  (pamiętam szok jaki przeżyłam gdy okazało się, że na opakowaniu wcale nie widnieje nazwa cukru waniliowego lecz wanilinowego). Wszystko zrobiłam zgodnie z poniższym zapiskiem. Co z tego, że można aktualnie dostać ser wielokrotnie mielony - musiał być ser biały Garwoliński, podobny do tego jaki można było dawniej kupić w sklepach Baniochy albo w mleczarni, musiała być prawdziwa polewa czekoladowa, musiała być ta sama co niemal 30 lat temu deska, na której domek buduje się najlepiej. 




składniki:

3 paczki herbatników ( radzę kupić więcej, gdyż potrzebujemy herbatników
 w całości a sklepowe bardzo często są w mniejszym lub większym stopniu pokruszone)
0,5 kg sera białego
0,5 kostki margaryny
1 cukier wanilinowy
3/4 szklanki cukru pudru
2 żółtka,
kakao


składniki polewy:

1/3 szklanki mleka,
1 łyżka masła,
3 czubate łyżki kakao,
10 dkg cukru


Składniki polewy podgrzewamy w małym garnuszku, po czym odstawiamy do wystygnięcia.
Miksujemy ser z margaryną, cukrem i żółtkami na gładką masę. Odkładamy połowę. Do pozostałej w malakserze porcji dosypujemy kakao, w zależności od tego jak mocno przełamany smak chcemy uzyskać, ja lubię mocno kakaowy, dodałam 5 łyżek. Rządek herbatników układamy jako podstawę i wykładamy na niego białą masę, następnie układamy z ukosa ściany, na które w dalszej kolejności położona zostanie brązowa zaprawa. Przykrywamy kolejną warstwą herbatników, część szczytową uzupełniamy drobniejszymi kawałkami ciasteczek. Całość polewamy ostudzoną polewą. Domek należy na noc włożyć do lodówki wówczas smaki się właściwie przenikną.



Rekonstrukcja bardzo udana, co prawda nie jestem przekonana, czy nie namieszałam czegoś przy podstawie, wszak stanowił ją pojedynczy ciąg herbatników ale w końcu żaden ze mnie inżynier Karwowski. Domek się nie zawalił, nie rozjechał, nie rozpłynął wraz z polewą i był tak samo pyszny, jakim go zapamiętałam. 
To cudowne, że za pomocą zmysłów z taką łatwością można się przenosić w czasie.
Zapraszam na podróż do mojej Nibylandii!!


sobota, 17 listopada 2012

sernik na korzennym spodzie



Dawniej pieczenie ciasta na weekend było wpisane w rutynę, ludzie jedli zdrowiej i nie podjadali między posiłkami słodkich gotowców, niedzielne ciacho do herbaty było cudownym zwieńczeniem, taką słodką nagrodą za dobrze przepracowany tydzień. Moja Babcia piekła ciasta rozmaite ale chyba najcudowniejszym jej wypiekiem było to drożdżowe z rodzynkami, które serwowała często po niedzielnym obiedzie.  U mnie też dzisiaj zapachniało ciastem, choć nie jest to cotygodniowa normą. Co prawda w naszym domu to moja Połówka jest specjalistą od serników, tym razem jednak zapragnęłam odebrać mu koronę na parę chwil. Jesienią ciasta i wszelkiego rodzaju desery są szczególnie wskazane, gdyż podbijają w niewątpliwy sposób ilość endorfin w naszym organizmie. Mi tym razem, poza potrzebą poprawienia sobie nastroju, przyświecała misja natury wyższej..chciałam odtworzyć smak deseru, jaki zaserwowano nam niedawno w Belgii. Tamtejsze ciasto nosi nazwę 'speculoos cheescake' i jest rodzajem delikatnie ściętego sernika, którego kruchą bazę stanowi podłoże z ichniejszych cynamonowych ciasteczek zwanych spekulosami właśnie.




W Polsce spekulosów nie próbowałam nawet znaleźć, obawiam się z resztą, że nie byłoby to możliwe - wymyśliłam dla nich cudowny, łatwo dostępny substytut pod postacią ciasteczek korzennych.
Jako, że był to całkowity eksperyment, postanowiłam także poeksperymentować z formą, dlatego poniżej wersja jednoosobowa oraz większa - imprezowa. Podana ilość składników, wystarczy na jeden sernik o średnicy 20 cm, ja zrobiłam nieco niższy niż być powinien, ujmując nieco serowej masy i ciasteczek korzennych na wersję  jednoosobową.





Tym co mnie szczególnie ujęło w tym deserze jest gra faktur, którą lubię ogromnie - chrupiący, korzenny spód i takaż posypka zestawniona z kremową, kwasową masą razem tworzą bardzo udaną całość. Myślę, że taki sernik można z powodzeniem zrobić bez pieczenia, dodając nieco żelatyny do serowej masy... będę jeszcze eksperymentować z tym cudem, bo bardzo mi się spodobało. 


Póki co podaję składniki na moją dzisiejszą wersję:

1 kg sera mielonego półtłustego, 
100 ml śmietanki 30%
200 g cukru ( możecie dać więcej, ja nie lubię bardzo słodkich wypieków)
3 jajka ekologiczne,
laska wanilii, 
100 g masła,
250 g ciasteczek korzennych,
skórka otarta z 1 cytryny, 
sok z połowy cytryny




Ciasteczka zmiksowałam w malakserze na nierówną miazgę, następnie wymieszałam je z miękkim masłem, część ciasteczkowego granulatu pozostawiłam na posypkę. Z powstałej maślano-ciasteczkowej masy uformowałam placek centymetrowej grubości - jeden na formie do pieczenia o średnicy 20 cm, drugi z kolei ograniczyłam małym pierścieniem cukierniczym. Tak przygotowane spody włożyłam do lodówki na godzinę.
Składniki masy serowej wymieszałam razem w misce. Formę i pierścień wyłożyłam papierem do pieczenia - ładnie - by się sernik nie odgniótł zbytnio podczas pieczenia, następnie wlałam na spody masę serową i wstawiłam całość do piekarnika nagrzanego do 140 stopni na 40 minut. Po tym czasie pozostawiłam na kolejnych 30 minut w wyłączonym piekarniku, przy otwartych drzwiczkach.
Zdawać by się mogło, że to by było na tyle i za chwilkę będzie można zacząć ucztować, nic bardziej mylnego!! Tak przygotowane ciasto musi zawędrować do lodówki na kilka godzin - aby sobie ułatwić czas oczekiwania, proponuję by czas ten zbiegł się z nocą... rano sernik będzie wspaniały!




By postawić przysłowiową kropkę nad 'i' trzeba gotowe ciasto ozdobić posypką z kruszonych ciasteczek, potem można się zacząć raczyć...ja się raczyłam już po śniadaniu, nie byłam w stanie wytrzymać z degustacją do obiadu : )

PS Z dwóch wykonanych opcji oczarowała mnie wersja mini - wyszła wyjątkowo kształtna i jej konsystencja była znakomita. Jeśli chodzi o sernik w większej formie, następnym razem każę mu spędzić w piecyku 50 minut by się nieco bardziej ściął, smakowo był znakomity ale podczas krojenia nie chciał się trzymać w ryzach.



niedziela, 7 października 2012

Pavlova z sosem z żurawin - wreszcie !!


Dziś się chwalę, albowiem zdarzył się w moim życiu sukces niewątpliwy...

Po dziesiątkach niepowodzeń, blisko setce niegodnie potraktowanych białek, których zmarnowanie poprzedzała mozolna zbieranina, mrożenie i rozmrażanie. Po upokarzających chwilach spędzonych na zdrapywaniu milimetrowej wysokości bezowych, ciągnących płatów z arkusza papieru albo, w niektórych przypadkach z silikonowej maty, zniósłszy z godnością szereg zapytań w typie 'A co to? Na co to?' w końcu zostałam suto wynagrodzona. 
Stała się oto beza!!! 
Beza, którą traktuję jako objawienie stulecia, przy jej okazji bowiem stało się całkowicie jasne dlaczego do tej pory moje próby kończyły się spektakularnym niepowodzeniem - otóż - bezę wyrabia się za pomocą miksera, moje wcześniejsze starania zaś bazowały na użyciu ręcznej trzepaczki. Wszystko było wspaniale, póki nie dodawałam cukru, wówczas konsystencja piany robiła się niepokojąca, co ciekawe za każdym razem inna i na dobrą sprawę nie mogłam przewidzieć na ile zdeterminuje ona fatalny efekt końcowy.




Tym razem skorzystałam z fantastycznego, nieprzekombinowanego przepisu Renuli (klik), bazując także na jej zapewnieniu, że beza wyjdzie z pewnością.  Stanęłam do boju zatem z tym większą wiarą, że się uda. 
Modyfikacją jaką wprowadziłam, było dodanie sosu żurawinowego między warstwę śmietany a wierzchnią bezę,  żurawina jest cierpka w smaku, pomyślałam, że połączenie jej ze słodką bezą z pewnością się opłaci. Nie myliłam się. Poza tym nie dodałam serka mascarpone, śmietana ubiła się świetnie i trzymała właściwy fason.
W miejsce Renulowej brzoskwini, dodałam do swojej Pavlovej borówkę amerykańską i maliny, gdyż te jeszcze były osiągalne na bazarze. Jestem kategorycznie zachwycona zarówno konsystencją, jak również cudownie kremowym kolorem, no a wygląd mnie absolutnie oczarował!




składniki:

6 białek,
300g cukru pudru,
1 łyżeczka octu winnego,
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej,
200g śmietanki kremówki,
2 łyżki cukru  pudru,


sos żurawinowy: 

szklanka żurawin, 
szklanka wody,
2 łyżki cukru,
 łyżka mąki ziemniaczanej 


do przybrania bezy: 

sezonowe owoce - u mnie maliny i borówka amerykańska,
kilka listków mięty




W kwestii wykonania, postępowałam zgodnie z instrukcją Renuli. Pianę ubiłam na sztywno, pod koniec dodałam ocet i stopniowo dosypywałam cukier puder, zmniejszając przy tym obroty mojego cudownego miksera. Im dłużej miksowałam tym większe było moje zdziwienie, puszysta piana, zaczęła mieć konsystencję ciągnącą, gdy zaczęłam ją przekładać na papier ciągnęła się prawie jak karmel za łyżką. Ku mojej uciesze zupełnie się nie rozlewała, można było figlarnie uformować jej kopułę i nic a nic się nie osunęło. Wtedy właśnie zaczęłam głęboko wierzyć, że stoję oto, przed szansą sprostania wyzwaniu.
Wstawiłam grzecznie dwa pianowe nasypy o średnicy 22 cm do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, a po pięciu minutach zmniejszyłam temperaturę do 140 stopni. Potem nie otwierałam drzwiczek piecyka ani razu przez 1,5 godziny. Bezy wyrosły i pięknie się przyrumieniły. Po wyłączeniu piecyka dałam im odpocząć przy uchylonych drzwiczkach przez kolejną godzinę.

W tym też czasie ubiłam śmietanę z odrobiną cukru i przygotowałam sos żurawinowy. Robi się go dokładnie tak jak kisiel z żurawin, z tym, że dodać należy sporo więcej mąki ziemniaczanej by konsystencja nie była zbyt wodnista. Żurawinę wrzucamy do małego garnuszka, zalewamy wodą z cukrem i gotujemy aż lekko zmięknie, wówczas odławiamy około 1/3 owoców, a resztę przecieramy przez sito, znów zagotowujemy, dodajemy mąkę ziemniaczaną i mieszamy z pozostałymi owocami.

Wystudzone blaty przekładamy śmietaną oblaną żurawinowym sosem. Na sam koniec ozdabiamy ulubionymi, dostępnymi w sezonie owocami. 




Nigdy więcej zdrapywania niedopieczonej piany z papieru, nigdy więcej dojadania nędznych niepodobnych do niczego białkowych tworów, nigdy więcej kamuflowania cienkich niczym chlebek kukurydziany płatów w roladach z bitą śmietaną. Nigdy!! 
Poskromiłam bezę!! Renula dzięki raz jeszcze! :)

czwartek, 23 sierpnia 2012

niezłe ciacho z leśnymi owocami i bitą śmietaną



Chodziło za mną ciasto od kilku ładnych tygodni, ja wiedziałam, że chodzi ale nie wiedziałam które. Gorączkowo przeszukiwałam strony internetowe, wertowałam blogi kulinarne, przejrzałam całe zasoby książek kucharskich i oto wczoraj znalazłam!
Przepis pochodzi ze strony Good Food, na której wszystko jest niezwykle kuszące i smakowite.  Recepturę, co zupełnie nie jest w moim stylu, wzięłam jeden do jednego, nie miałam ochoty na modyfikacje wyjątkowo. Podeszłam ze sporym niedowierzaniem do tego przepisu, gdyż brzmiał banalnie a ciacho na zdjęciu było stanowczo zbyt piękne by można było w łatwy sposób zdublować ten efekt. Bardzo lubię przenikanie się faktur, to zawsze daje fajny rezultat na każdym polu: w sztuce, w designie, w modzie i w kuchni także. Tym właśnie skusiła mnie ta propozycja - chrupiące, kruche, zupełnie inne od wszystkich ciasto wypełnione puszystą śmietaną i surowymi owocami. Takie zestawienia bardzo mi się podobają. Uległam.




składniki:

300 g mąki pszennej, 
1 łyżka proszku do pieczenia,
140 g masła,
100 g brązowego cukru, 
75 ml maślanki, 
1 jajo


a do tego: 

nieco jeżyn, 
nieco malin (ot - moja mała modyfikacja, nie było ich w oryginale),
cukier puder (3 łyżki do śmietany i odrobina do posypania całości),
śmietanka 30 % do ubijania 
(w przepisie oryginalnym 275 g, ja ubiłam na oko - nie mam pojęcia ile)





Wykonując owe ciasto, można powiedzieć, że wspięłam się na wyżyny wygodnictwa, składniki ciasta wymieszałam w 5 sekund w malakserze. Śmietanę potraktowałam blenderem. Nie zastosowałam nawet żadnej formy, by było mniej akcesoriów do mycia, powstałe ciasto rozpłaszczyłam na papierze do pieczenia, nadając mu kształt zbliżony do koła.
Patrząc na mizerny placuszek sprzed pieczenia byłam niemal pewna, że akcja "ciasto" zakończy się widowiskowym fiaskiem, a tu niespodzianka! Po 30 minutach spędzonych w piekarniku rozgrzanym do 190 stopni rozpaczliwiec wyrósł  na kształt zgrabnego kurhanu (wybaczcie archeologiczne skojarzenia :) ) i pachniał nieziemsko. Ostudziłam go zatem grzecznie, wedle wskazań przepisu i zabrałam się za ubijanie śmietany.
Gdy przekroiłam kurhanik , okazało się, że w środku nie ma zakalca ani innych spodziewanych przeze mnie zjawisk, co lepsze - ciasto mimo pozornie sztywnej struktury nie stawiało żadnych oporów podczas krojenia. Na warstwę spodnią wyłożyłam bitą śmietanę a następnie nieco rozgniecionych jeżyn i malin, jak również sporo owoców w całości. Nakryłam wszystko drugą warstwą ciasta i opruszyłam cukrem pudrem.

Ciasto powinno przed podaniem nieco się schłodzić w lodówce, po tym czasie jest naprawdę przepyszne!





środa, 27 czerwca 2012

rustykalna tarta z jagodami i budyń domowy

Moje popisy cukiernicze zwykle kończą się spektakularną klęską wizualną. Torty rozpływają się we wszystkich kierunkach świata, ciasta drożdżowe nie wyrastają jak powinny, a bezy wszelkiego rodzaju za nic nie dają się oderwać od powierzchni na której wysychały. Nie mam jednak zbyt dużych kompleksów bowiem smak moich opatrzonych niewielkim rozczarowaniem łakoci rekompensuje ich niedoskonały wygląd. Lubię te nierówne brzegi i kremy o niespodziewanej konsystencji, z resztą można powiedzieć, że owa niedoskonałość to mój znak firmowy. Doskonałe arcydzieła rzemiosła cukierniczego niech wychodzą spod rąk mistrzów, ciasta domowe nie muszą prezentować się idealnie, ważne, że smakują i, że po domu rozchodzi się ich obezwładniający zapach.




składniki na spód:

400 g mąki białej pszennej, 
150 g masła,
3/4 szklanki cukru (u mnie pół na pól  trzcinowy i biały)
1 jajko

składniki na masę budyniową:

garnek 1:
3 szklanki mleka,
100 g masła,
laska wanilii,

garnek 2
2/3 szklanki mleka,
1 szklanka mąki,
1 szklanka cukru - u mnie trzcinowy,
3 żółtka


Składniki spodu siekamy nożem lub mieszamy w malakserze na najniższych obrotach. Wkładamy do zamrażalnika na 30 minut. Następnie rozwałkowujemy na okrągły placek, przekładamy do formy na tartę i nakłuwamy widelcem. Genialnym patentem na ładne rozwałkowywanie kruchego ciasta jest przełożenie go z obu stron papierem do pieczenia. Ciasto będzie idealnie cienkie, idealnie gładkie i piękne dzięki temu, a wałek pozostanie czysty.
Tak przygotowany spód wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni, przy włączonym termoobiegu.
W czasie gdy ciasto rumieni się w piecyku można się zająć przygotowaniem kremu. Według powyższej listy niezbędników potrzebne będą nam 2 garnuszki. W jednym podgrzewamy mleko masło i wanilię, w drugim natomiast mieszamy wymienione składniki po to by za chwilę je dorzucić do mocno podgrzanego mleka z garnka pierwszego. Gdy już to uczynimy, musimy równomiernie i intensywnie mieszać masę by nie utworzyły się haniebne grudki - nikt nie lubi grudek w kremach! Kiedy masa ładnie zgęstnieje, zdejmujemy ją z ognia i odstawiamy by przestygła. Spód tarty tez musi odpocząć po pieczeniu. By postawić smakowitą kropkę nad 'i' rozsmarowujemy krem na cieście kruchym a następnie posypujemy całość świeżymi jagodami.

Moja forma na tartę jest stosunkowo niska, dlatego zostało mi sporo kremu budyniowego, który zaserwowałam dzieciom w pucharkach. Chwaliły, że dobry ten budyń!