Ale nie moje :).
Ruda i Feluś...
W zasadzie komentarz jest zbędny ;).
No a żeby było słodko to wafelki.
Ekspresowe, bo z gotowej masy krówkowej z Gostynia, ale żeby nie były zbyt słodkie dodałam 150g orzeszków ziemnych solonych. Wcześniej wrzuciłam je na chwilkę do blendera, ale zostawiłam kawałeczki, żeby chrupały.
Zmieszałam z masą, przełożyłam wafle i gotowe. No prawie, bo trzeba schłodzić przyciśnięte deseczką.
W kuchni królują maliny przetworowo. I zaraz idę piec chleb na maślance wg przepisu naszej blogowej koleżanki.
Cudowności Wam życzę :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 sierpnia 2016
środa, 4 marca 2015
Kotek potrafi :D
Każdy kto mieszka z kotem wie, że kotek potrafi... upchnąć się do za małego kartonu, koszyka, pudełka.
Nasza Mitusia też.
Oto dowody ;)Śpię
Czemu mnie budzisz? Chcesz coś?
Nic? To ja idę dalej spać. Przecież kot jest od tego żeby się wyspać ;D
O Mitusi(Aksamitce vel Rudej) pisałam TU. Kotka miała iść do adopcji, ale bardzo długo nie dawała sie głaskać, dotknąć, podejść do siebie. Bardzo długo zdobywałam jej zaufanie i w zasadzie jestem jedyna osobą do której przychodzi i chce się głaskać. Raz wskoczyła na kolana mojej Mamie, ale to wszystko. Mężowi pozwala sie pogłaskać, ale często poprzedzone jest to ucieczką i syczeniem. A potem mruczy, głupol jeden. Ona jest takim bardziej kocim kotem, nie ludzkim (wiecie co mam na myśli ;) ). Postanowiliśmy, że nie będziemy jej narażać po raz kolejny na stres związany ze zmiana miejsca i ludzi. Pojawiła się razem z Żabcią i obie zostały. Widać tak miało być, bo dobrze nam razem :)
Wygląda na to, że będzie wiosna :) Szkoda tylko, że zimy nie było.
Słonka Wam życzę :D
Nasza Mitusia też.
Oto dowody ;)Śpię
Czemu mnie budzisz? Chcesz coś?
Nic? To ja idę dalej spać. Przecież kot jest od tego żeby się wyspać ;D
O Mitusi(Aksamitce vel Rudej) pisałam TU. Kotka miała iść do adopcji, ale bardzo długo nie dawała sie głaskać, dotknąć, podejść do siebie. Bardzo długo zdobywałam jej zaufanie i w zasadzie jestem jedyna osobą do której przychodzi i chce się głaskać. Raz wskoczyła na kolana mojej Mamie, ale to wszystko. Mężowi pozwala sie pogłaskać, ale często poprzedzone jest to ucieczką i syczeniem. A potem mruczy, głupol jeden. Ona jest takim bardziej kocim kotem, nie ludzkim (wiecie co mam na myśli ;) ). Postanowiliśmy, że nie będziemy jej narażać po raz kolejny na stres związany ze zmiana miejsca i ludzi. Pojawiła się razem z Żabcią i obie zostały. Widać tak miało być, bo dobrze nam razem :)
Wygląda na to, że będzie wiosna :) Szkoda tylko, że zimy nie było.
Słonka Wam życzę :D
środa, 10 września 2014
Poranne zamieszanie przy drzwiach.
Jak wyglądaja proanki u nas w domu? Ano jak tylko koty się połapią, że nie śpimy to domagają się otwarcia drzwi i wypuszczenia na dwór. Jak to wygląda? Zobaczcie sami :) W roli odźwiernago mój Mąż.
"Gdzie jesteście?"
"Otwieraj, otwieraj!"
"Ja, ja pierwsza!" _ Żabcia
"Szybciej, szybciej!"
"Ja tam wolę się nie pachać" - Feluś
Mania też bez ścisku.
Cuda, dziwy - Piszczysia spała w domu ;).
A na końcu nasz biedy Cyrylek... Jemu się nie spieszyło nigdy i nigdzie.
Lato się prawie skończyło. Liście lecą z drzew i pachnie jesienią. Dni jeszcze cudownie ciepłe potrafią być i mimo szalonego gwaru szapków na dębie czuć, że wszystko już zwalnia...
Lubię ten czas. Spokojniejszy, mniej gorączkowy niż szalona wiosna, mniej intensywny niż lato w pełni... Dla mnie czas przemyśleń, nowych planów, innego ułożenia planu dnia, bo juz i wcześniej robi się ciemo i temperatura nie zawsze pozwala na spędzanie czałego dnia poza domem. Z jednej strony troszkę smutno, z drugiej spokojniej, wolniej.
Słonka Wam życzę :)
"Gdzie jesteście?"
"Otwieraj, otwieraj!"
"Ja, ja pierwsza!" _ Żabcia
"Szybciej, szybciej!"
"Ja tam wolę się nie pachać" - Feluś
Mania też bez ścisku.
Cuda, dziwy - Piszczysia spała w domu ;).
A na końcu nasz biedy Cyrylek... Jemu się nie spieszyło nigdy i nigdzie.
Lato się prawie skończyło. Liście lecą z drzew i pachnie jesienią. Dni jeszcze cudownie ciepłe potrafią być i mimo szalonego gwaru szapków na dębie czuć, że wszystko już zwalnia...
Lubię ten czas. Spokojniejszy, mniej gorączkowy niż szalona wiosna, mniej intensywny niż lato w pełni... Dla mnie czas przemyśleń, nowych planów, innego ułożenia planu dnia, bo juz i wcześniej robi się ciemo i temperatura nie zawsze pozwala na spędzanie czałego dnia poza domem. Z jednej strony troszkę smutno, z drugiej spokojniej, wolniej.
Słonka Wam życzę :)
piątek, 22 sierpnia 2014
Cyrylek... [']
14.08.2014 Cyrylek przekroczył Tęczowy Most...
Czymś się zatruł i mimo interwencji i pięknego zrywu do życia jeszcze dzień wcześniej nie udało się...
Czymś się zatruł i mimo interwencji i pięknego zrywu do życia jeszcze dzień wcześniej nie udało się...
niedziela, 10 sierpnia 2014
Niebo w gębie
Znów mnie długo nie było... Ale tak ten czas leci. Niby dni się dłużą, ale tygodnie i miesiące umykają nie wiadomo kiedy.
Lato dopisuje więc całe dnie spędzamy z synusiem na dworze. Mało czasu zostaje na całą resztę, a na komp dla przyjemności chyba najmniej. Tym bardziej, że ostatnio wprost połykam książki :) I bardzo mi z tym dobrze :D
Dziś (a w zasadzie wczoraj, bo była 23.30) w nocy po prawie 2 tygodniowej niebytności w domu zjawił się Feluś.
Nie było go od 28.07. Pańcia nie śpi, oczy wypłakuje, a kotek buja nie wiadomo gdzie. Przyszedł oczywiście z rozbitym nosem, ale przytył i wygląda ślicznie. Tuż przed "gigantem" miał ropień u nasady ogona. Zapewne po jakijś kociej bitwie i leczenie raczej mu się nie podobało. Zwłaszcza czyszczenie rany. No i ciągle mamy na oku śruty po postrzale. Wet sprawdzał na RTG. Nic się tam nie dzieje niedobrego, nie przemieszczają się. Oby tak zostało!
A teraz czas na tytułowe "niebo w gębie", czyli tarę z gruszkami i gorgonzolą (przepis pochodzi z wydania specjalnego gazetki "Przyślij przepis!" - "Dania z serem", a przysłała go Pani Iwona Zygmunt-Masternak).
Dla mnie istna rewelacja! Zapachy które roznoszą się w czasie pieczenia powodują ślinotok ;). Jest pyszna na ciepło i na zimno. Zrobienie jej nie zabira wiele czasu. Jak dla mnie same zalety, no i ta najważnijsza: cudowny smak! Niestety tylko dla mnie - mój Mąż zdecydowanie ją oprotestował i odmówił współpracy w opróznianiu formy (było wiecej dla mnie, hi,hi). Ale On nie lubi połączeń owoców z wytrawnymi smakami. Gruszki i śliwki w occie, schab ze śliwkami i tym podobne kombinacje są niejdalne wg Pana Męża. No cóż... o gustach, kulinarnych też, się nie dyskutuje.
Cóż nam zatem trzeba? Ano:
płat ciasta fracuskiego
3 średnio twarde gruszki (ja dałam 2 i pół bo miałam spore)
15 dkg sera gorgonzola (u mnie 20dkg czyli całe opakowanie które miałam)
100ml śmiatany 18%
2 jajka
só, pieprz, gałka muszkatałowa
masło do formy
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Smarujemy formę do tart masłem i wykładamy płat ciasta. Nadmiar obcinamy równo z rantem.
Umyte gruszki obieramy, wydrążamy gniazda nasienne i kroimy w platerki, dość cienkie - układamy na cieście.
Ser kroimy w kostkę i układamy na gruszkach.
Jajka roztrzepujemy ze śmietaną i przyprawami, polewamy ciasto.
Pieczemy 30-35 minut aż masa się zetnie i przyrumieni.
Po wyjęciu z pieca trzeba dać jej chwilę odpocząć, bo gorącą trudno się wyjmuje.
Myślę, że kieliszek dobrze schłodzonego białego wina podkreśli pięknie jej smak.
To jak? Pieczecie na obiad, czy na kolację przy świecach? :)
Smacznego!
Cudownej niedzieli i pieknego tygodnia :D
Lato dopisuje więc całe dnie spędzamy z synusiem na dworze. Mało czasu zostaje na całą resztę, a na komp dla przyjemności chyba najmniej. Tym bardziej, że ostatnio wprost połykam książki :) I bardzo mi z tym dobrze :D
Dziś (a w zasadzie wczoraj, bo była 23.30) w nocy po prawie 2 tygodniowej niebytności w domu zjawił się Feluś.
Nie było go od 28.07. Pańcia nie śpi, oczy wypłakuje, a kotek buja nie wiadomo gdzie. Przyszedł oczywiście z rozbitym nosem, ale przytył i wygląda ślicznie. Tuż przed "gigantem" miał ropień u nasady ogona. Zapewne po jakijś kociej bitwie i leczenie raczej mu się nie podobało. Zwłaszcza czyszczenie rany. No i ciągle mamy na oku śruty po postrzale. Wet sprawdzał na RTG. Nic się tam nie dzieje niedobrego, nie przemieszczają się. Oby tak zostało!
A teraz czas na tytułowe "niebo w gębie", czyli tarę z gruszkami i gorgonzolą (przepis pochodzi z wydania specjalnego gazetki "Przyślij przepis!" - "Dania z serem", a przysłała go Pani Iwona Zygmunt-Masternak).
Dla mnie istna rewelacja! Zapachy które roznoszą się w czasie pieczenia powodują ślinotok ;). Jest pyszna na ciepło i na zimno. Zrobienie jej nie zabira wiele czasu. Jak dla mnie same zalety, no i ta najważnijsza: cudowny smak! Niestety tylko dla mnie - mój Mąż zdecydowanie ją oprotestował i odmówił współpracy w opróznianiu formy (było wiecej dla mnie, hi,hi). Ale On nie lubi połączeń owoców z wytrawnymi smakami. Gruszki i śliwki w occie, schab ze śliwkami i tym podobne kombinacje są niejdalne wg Pana Męża. No cóż... o gustach, kulinarnych też, się nie dyskutuje.
Cóż nam zatem trzeba? Ano:
płat ciasta fracuskiego
3 średnio twarde gruszki (ja dałam 2 i pół bo miałam spore)
15 dkg sera gorgonzola (u mnie 20dkg czyli całe opakowanie które miałam)
100ml śmiatany 18%
2 jajka
só, pieprz, gałka muszkatałowa
masło do formy
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Smarujemy formę do tart masłem i wykładamy płat ciasta. Nadmiar obcinamy równo z rantem.
Umyte gruszki obieramy, wydrążamy gniazda nasienne i kroimy w platerki, dość cienkie - układamy na cieście.
Ser kroimy w kostkę i układamy na gruszkach.
Jajka roztrzepujemy ze śmietaną i przyprawami, polewamy ciasto.
Pieczemy 30-35 minut aż masa się zetnie i przyrumieni.
Po wyjęciu z pieca trzeba dać jej chwilę odpocząć, bo gorącą trudno się wyjmuje.
Myślę, że kieliszek dobrze schłodzonego białego wina podkreśli pięknie jej smak.
To jak? Pieczecie na obiad, czy na kolację przy świecach? :)
Smacznego!
Cudownej niedzieli i pieknego tygodnia :D
środa, 21 maja 2014
Marchewkowe słodkości
Ale zanim będziemy sobie życie osładzać chce Wam bardzo podziekować za wsparcie i przekazać wieści kocie. Filemona nadal nie ma... To już tydzień... Ciągle nie tracimy nadziei, ciągle wypatrujemy, czekamy, szukamy. Za to Feliks ma sie dobrze. Nie zdecydowaliśmy się na zabieg. Nic sie nie paprze, kot chodzi i skacze normalnie. Już nawet prał się z Bonitą aż futro leciało. Odwieczni antagoniści ;/.
Ale do rzeczy. A raczej do rogalików ;).
Przepis wynalazłam gdzieś w sieci (chyba na onetwym forum jakimś, ale niestety sobie nie zapisałam, więc autorkę przepraszam bardzo). Czekał na wypróbowanie już bardzo długo, aż wreszcie w majowy długi weekend się doczekał.
Cóż potrzebujemy? Ano niewiele :)
20 dkg surowej marchwki startej na drobnych oczkach tarki
2 szklanki mąki
20 dkg margaryny
1 łyżeczkę proszku dopiecznia
szczypte soli
dżem lub powidła na nadzienie (u nas marmolada o smaku różanym z Solitu)
Wszystkie składniki zagniatamy jak kruche ciasto. Rozwałkowujemy opruszając maką.
Autorka przepisu polecała wycinać kwadraty 8x8cm, nakładać dżem i zwijac rożki. Ja wycinałam kółka od talerzyka (podstawki pod filiżankę), dzieliłam na 4 części, nakładalam dżem i zwijałam rogaliki.
Pieczemy na złoto w 170-180 stopniach. Autorka pisze o 40 minutach. Nie mam pojęcia ile piekłam, bo kolejne blachy się ze soba wymieniały, a czasem byłay 2 na raz.
Po upieczeniu mozna posypać cukrem puderm. Nie posypywałam, jak widzicie, bo tak średnio za tym przepadamy. A dzięki marchewce rogaliki mają tak piękny kolor, że aż szkoda go chować pod cukrem pudrem ;)
Najfajniejsze jest zakończenie orginalnago przepisu: "Mój synek je uwielbia!"
Mój też :D
Bardzo nam smakowały. Na drugi raz zrobię od razu podwójna porcje, bo zniknęły szybciutko i nie miałam okazji sprawdzić jak będą się przechowywać w moich puszeczkach.
Myślę, że to fajna propozycja. Nie ma cukru, nie ma jajek więc i alergicy i ci co na diecie będa sobie mogli pozwolić na małe łasuchowanie.
Smacznego!
Jak pisałam, to pan listonosz mi przerwał przywożąc paczuszkę pełną kolorowych nitek :). Co z nich powstanie jeszcze nie wiem, ale wiem jaka techniką będę sie posługiwać :). Myślę, że o tym nastepnym razem.
U nas cudowne słonko i upał. Zaczynają kwitnąć jaśminy, a wieczorem żeby urządzają najwspanialsze koncerty.
Wszelkiej pomyslności!
Ale do rzeczy. A raczej do rogalików ;).
Przepis wynalazłam gdzieś w sieci (chyba na onetwym forum jakimś, ale niestety sobie nie zapisałam, więc autorkę przepraszam bardzo). Czekał na wypróbowanie już bardzo długo, aż wreszcie w majowy długi weekend się doczekał.
Cóż potrzebujemy? Ano niewiele :)
20 dkg surowej marchwki startej na drobnych oczkach tarki
2 szklanki mąki
20 dkg margaryny
1 łyżeczkę proszku dopiecznia
szczypte soli
dżem lub powidła na nadzienie (u nas marmolada o smaku różanym z Solitu)
Wszystkie składniki zagniatamy jak kruche ciasto. Rozwałkowujemy opruszając maką.
Autorka przepisu polecała wycinać kwadraty 8x8cm, nakładać dżem i zwijac rożki. Ja wycinałam kółka od talerzyka (podstawki pod filiżankę), dzieliłam na 4 części, nakładalam dżem i zwijałam rogaliki.
Pieczemy na złoto w 170-180 stopniach. Autorka pisze o 40 minutach. Nie mam pojęcia ile piekłam, bo kolejne blachy się ze soba wymieniały, a czasem byłay 2 na raz.
Po upieczeniu mozna posypać cukrem puderm. Nie posypywałam, jak widzicie, bo tak średnio za tym przepadamy. A dzięki marchewce rogaliki mają tak piękny kolor, że aż szkoda go chować pod cukrem pudrem ;)
Najfajniejsze jest zakończenie orginalnago przepisu: "Mój synek je uwielbia!"
Mój też :D
Bardzo nam smakowały. Na drugi raz zrobię od razu podwójna porcje, bo zniknęły szybciutko i nie miałam okazji sprawdzić jak będą się przechowywać w moich puszeczkach.
Myślę, że to fajna propozycja. Nie ma cukru, nie ma jajek więc i alergicy i ci co na diecie będa sobie mogli pozwolić na małe łasuchowanie.
Smacznego!
Jak pisałam, to pan listonosz mi przerwał przywożąc paczuszkę pełną kolorowych nitek :). Co z nich powstanie jeszcze nie wiem, ale wiem jaka techniką będę sie posługiwać :). Myślę, że o tym nastepnym razem.
U nas cudowne słonko i upał. Zaczynają kwitnąć jaśminy, a wieczorem żeby urządzają najwspanialsze koncerty.
Wszelkiej pomyslności!
niedziela, 18 maja 2014
Koszmarny tydzień...
W poprzednią niedzielę mężowi udało się opanowac problemy z fotami i myślałam, że zasypię Was postami z przepisami, z tym co dłubię, z relacją z majowego lasu.
W poniedziałek miałam sporo roboty, a we wtorek... We wtorek jakiś %^$##$%&&%$$@ postrzelił Felka. Tak, tak nikt nie pomylił się czytając, ani ja pisząc. Feluś został postrzelony.
Siedziałam z synkiem na podworku jak przyszedł lekko utykając na prawą przednią łapkę. Od strony ulicy przyszedł. Myślałam, że gdzieś źle skoczył, bo nie było krwi. Poleżał chwilę pod drzwiami od domu, a potem gdzieś mi zniknął na trochę. Jak zobaczyam go znowu to miał lekko sklejone i zaróżowione futerko na wysokości kości barkowej. Ponieważ sama nic w tym futrze wypatrzeć nie mogłam zapkaowałam dziecię i kota do auta i ruszyłam do weta. Oczywiście małżonek w delegacji (jak zawsze w takich przypadkach ;/, no prawie zawsze). Wet wyciął futro, capnął kota i poszedł do salki RTG. Wraca i mówi "Ktoś ci strzela do kota". No myślałam, że się przewrócę, ale że Jędrka miałam na ręku, więc trzeba było pion trzymać. Pierwsze pytanie "Co robimy?" drugie "Czy mogę to zgłosic na policję?". Odpowiedź pierwsza "Czekamy i obserwujemy". Śruty są w takim miejscu, że przy próbie wyjęcia mogło by dojść do większego uszkodzenia mięśni. Wygląda na to, że jedn śrut musiał tam być wcześniej, bo jest tylko jedna rana wlotowa, a śruty dwa i w pewnej od siebie odległości :0. Druga odpowiedź "Zgłaszaj".
Wet zrobił zdjęcie i opis. Feluś dostał leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Kot i dzicię w samochód i wio na komisariat. Odczekałam aż policjant porozmawia z poprzednimi ludźmi. Mówię o co biega, a tu prośba czy mogłabym rano przyjechać, bo mają zatrzymanych z interwencji i muszą "cośtam, cośtam". Mogłabym.
Wracam do domu cała w nerwach co z resztą futrzaków. Psy OK całe zdrowe, ale one siedzą na swoim wybiegu i nie łazikują nie wiadaomo gdzie. Wołam, kiciam. Schodzą się po kolei. Wszystkie oprócz Filemona... Czekałam na niego prawie całą noc. Na drugi dzień rano pojechałam na policję - zgłoszenie zostało przyjęte. Ściągnęłam Mamę żeby synusia popilnowała, a sama poleciałam w pola szukać. Tylko na polach rzepak większy ode mnie, zboża też już wysokie. W rowach trawa do pół uda. Szukałam wszędzie gdzie mogłam, szukałam rówinież w sadzie przy niezamieszkanym domu, gdzie znalazałm go w zeszłym roku... Niestety przepadał bez śladu... ;( Ciągle czekamy, ciągle wyglądamy. W zeszłym roku przywiozłam go do domu po 3 miesięcznym gigancie. Ale wtedy nikt mi do kotów nie strzelał...
Felek miał areszt domowy, w środę kolejną dawkę leków i badanie kontrolne. Na razie jest OK. Nawet na dwór dziś wyszedł na chwilę.
Najchętniej wcale bym ich nie puszczała na dwór mając świadomość, że taki %$#&^% może je skrzywdzić, ale patrzą z takim wyrzutem, siedzą pod drzwiami i nie rozumieją czemu ich nie wypuszczamy...
Nie jestem w stanie pojąć jak można zrobić coś takiego... I co będzie dalej?
Usiłuję sie jakoś pozbierać, ogarnąć. Od wtroku byłam jakaś otępiała, jak ogłuszona...
Wczoraj byłam cały dzień na szkoleniu i nie myślałm o tym wszystkim. Dobrze mi to zrobiło. Na to konto podziłałam dziś trochę domowo wyciągająć zeszłotygodniowe zaległości.
Spokojnego tygodnia Wam życzę.
W poniedziałek miałam sporo roboty, a we wtorek... We wtorek jakiś %^$##$%&&%$$@ postrzelił Felka. Tak, tak nikt nie pomylił się czytając, ani ja pisząc. Feluś został postrzelony.
Siedziałam z synkiem na podworku jak przyszedł lekko utykając na prawą przednią łapkę. Od strony ulicy przyszedł. Myślałam, że gdzieś źle skoczył, bo nie było krwi. Poleżał chwilę pod drzwiami od domu, a potem gdzieś mi zniknął na trochę. Jak zobaczyam go znowu to miał lekko sklejone i zaróżowione futerko na wysokości kości barkowej. Ponieważ sama nic w tym futrze wypatrzeć nie mogłam zapkaowałam dziecię i kota do auta i ruszyłam do weta. Oczywiście małżonek w delegacji (jak zawsze w takich przypadkach ;/, no prawie zawsze). Wet wyciął futro, capnął kota i poszedł do salki RTG. Wraca i mówi "Ktoś ci strzela do kota". No myślałam, że się przewrócę, ale że Jędrka miałam na ręku, więc trzeba było pion trzymać. Pierwsze pytanie "Co robimy?" drugie "Czy mogę to zgłosic na policję?". Odpowiedź pierwsza "Czekamy i obserwujemy". Śruty są w takim miejscu, że przy próbie wyjęcia mogło by dojść do większego uszkodzenia mięśni. Wygląda na to, że jedn śrut musiał tam być wcześniej, bo jest tylko jedna rana wlotowa, a śruty dwa i w pewnej od siebie odległości :0. Druga odpowiedź "Zgłaszaj".
Wet zrobił zdjęcie i opis. Feluś dostał leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Kot i dzicię w samochód i wio na komisariat. Odczekałam aż policjant porozmawia z poprzednimi ludźmi. Mówię o co biega, a tu prośba czy mogłabym rano przyjechać, bo mają zatrzymanych z interwencji i muszą "cośtam, cośtam". Mogłabym.
Wracam do domu cała w nerwach co z resztą futrzaków. Psy OK całe zdrowe, ale one siedzą na swoim wybiegu i nie łazikują nie wiadaomo gdzie. Wołam, kiciam. Schodzą się po kolei. Wszystkie oprócz Filemona... Czekałam na niego prawie całą noc. Na drugi dzień rano pojechałam na policję - zgłoszenie zostało przyjęte. Ściągnęłam Mamę żeby synusia popilnowała, a sama poleciałam w pola szukać. Tylko na polach rzepak większy ode mnie, zboża też już wysokie. W rowach trawa do pół uda. Szukałam wszędzie gdzie mogłam, szukałam rówinież w sadzie przy niezamieszkanym domu, gdzie znalazałm go w zeszłym roku... Niestety przepadał bez śladu... ;( Ciągle czekamy, ciągle wyglądamy. W zeszłym roku przywiozłam go do domu po 3 miesięcznym gigancie. Ale wtedy nikt mi do kotów nie strzelał...
Felek miał areszt domowy, w środę kolejną dawkę leków i badanie kontrolne. Na razie jest OK. Nawet na dwór dziś wyszedł na chwilę.
Najchętniej wcale bym ich nie puszczała na dwór mając świadomość, że taki %$#&^% może je skrzywdzić, ale patrzą z takim wyrzutem, siedzą pod drzwiami i nie rozumieją czemu ich nie wypuszczamy...
Nie jestem w stanie pojąć jak można zrobić coś takiego... I co będzie dalej?
Usiłuję sie jakoś pozbierać, ogarnąć. Od wtroku byłam jakaś otępiała, jak ogłuszona...
Wczoraj byłam cały dzień na szkoleniu i nie myślałm o tym wszystkim. Dobrze mi to zrobiło. Na to konto podziłałam dziś trochę domowo wyciągająć zeszłotygodniowe zaległości.
Spokojnego tygodnia Wam życzę.
wtorek, 6 maja 2014
Koci pomocnicy
Dawno mnie nie było... Najpierw "przysiadłam fadów" żeby mieć trochę wolnego w długi weekend, a potem odpoczywałam. Ale tak totalnie: od kompa, od dłubania, od całej reszty od której się dało, z wyjatkiem kucharzenia ;). Czytałam i czytałam. No i cieszyłam się obecnością obu moich panów. Dal nas 4 dni we trójkę to było prawdziwe święto!
Chciałam bardzo pokazać Wam co powstało w kuchni i foty z cudownego spaceru po lesie, ale mam jakiś bunt na pokładzie i nie mogę przenieść zdjęć :/. Mam nadzieję, że się z tym uporam, bo całkiem sporo rzeczy mam do pokazania, a niektóre starsze foty już się zdeaktuolizowały (głównie przyrodnicze).
Nic to!
Obiecałam kiedyś pokazać Wam jak koty pomagają w domu. Naprawdę są bardzo pracowite ;)
Filipek wysiaduje jajka.
Mańka pilnuje odkurzacza (W końcu jak zwiną to czym pańcia będzie sprzątać?)...
...a czasem Jędrka ;)
Pilnowanie jest bardzo ważnym kocim zajęciem ;):
Froggi strzeże ciężąrówki synusia
Tola pojemika ze żwirkiem do kuwet
Kolibek drewna do kominka...
... i jeszcze gorących muffinek (czy to aby na pewno pilnowanie, czy może próba degustacji?)
Filemon miski
Bezmiar poświęcenia Żabci! Tak zimno, a ja siedzę i pilnuję tego smalcu żeby go nikt sikoreczkom nie ukradł ;)(fota oczywiście z okresu zimowego)
Gusia bardzo dzielnie pomagała w remoncie.
To bardzo męczące więc koteczek usnął... w miseczce do rozrabiania gipsu.
I mój "największy pomocnik" Bonifacy zwany Bonitą lub Ebonitem. Wg niego okna i drzwi nigdy nie są dobrze umyte i musi po mnie poprawić. Tu zaczął bardzo szybko. Zdążyłam tylko odnieść płyn na miejsce i umyć ręce...
Czasem mam ochotę go udusić. Taka ze mnie niewdzięcznica ;).
Oczywiście nie wszystkie kocie prace są uwieczniane na zdjęciach np. próby mycia talerzy lub usunięcia z nich pozostałosci po obiedzie jakoś nie spotykają się z moim zrozumieniem ;).
Słoneczka Wam życzę!
Chciałam bardzo pokazać Wam co powstało w kuchni i foty z cudownego spaceru po lesie, ale mam jakiś bunt na pokładzie i nie mogę przenieść zdjęć :/. Mam nadzieję, że się z tym uporam, bo całkiem sporo rzeczy mam do pokazania, a niektóre starsze foty już się zdeaktuolizowały (głównie przyrodnicze).
Nic to!
Obiecałam kiedyś pokazać Wam jak koty pomagają w domu. Naprawdę są bardzo pracowite ;)
Filipek wysiaduje jajka.
Mańka pilnuje odkurzacza (W końcu jak zwiną to czym pańcia będzie sprzątać?)...
...a czasem Jędrka ;)
Pilnowanie jest bardzo ważnym kocim zajęciem ;):
Froggi strzeże ciężąrówki synusia
Tola pojemika ze żwirkiem do kuwet
Kolibek drewna do kominka...
... i jeszcze gorących muffinek (czy to aby na pewno pilnowanie, czy może próba degustacji?)
Filemon miski
Bezmiar poświęcenia Żabci! Tak zimno, a ja siedzę i pilnuję tego smalcu żeby go nikt sikoreczkom nie ukradł ;)(fota oczywiście z okresu zimowego)
Gusia bardzo dzielnie pomagała w remoncie.
To bardzo męczące więc koteczek usnął... w miseczce do rozrabiania gipsu.
I mój "największy pomocnik" Bonifacy zwany Bonitą lub Ebonitem. Wg niego okna i drzwi nigdy nie są dobrze umyte i musi po mnie poprawić. Tu zaczął bardzo szybko. Zdążyłam tylko odnieść płyn na miejsce i umyć ręce...
Czasem mam ochotę go udusić. Taka ze mnie niewdzięcznica ;).
Oczywiście nie wszystkie kocie prace są uwieczniane na zdjęciach np. próby mycia talerzy lub usunięcia z nich pozostałosci po obiedzie jakoś nie spotykają się z moim zrozumieniem ;).
Słoneczka Wam życzę!
niedziela, 30 marca 2014
Nie nudzę się
Ale najpierw dziękuję Wam serdecznie za wsparcie! Macie o mnie tak wysokie mniemanie, że aż sama zaczynam o sobie lepiej mysleć. Jednak zawsze rodzi się pytanie czy nie mogłam zrobić więcej, wcześniej zareagować, coś zauważyć itp? Pytania bez odpowiedzi... Tak mi się, z poczucia bezsilności ulało, z tym bezsensem zbierania koteczków. Wiem, że pomaganie ma sens choćby tylko na chwilę miało być im dobrze. Wiem, że jak znajdzie się kolejna bieda (a za niedługo będzie wysyp kociaków), to rzucę wszystko i polecę ratować w miarę swoich możliwości. Pewnie jeszcze nie raz nie uda mi się wygrać z chorobami, zabiedzeniem. Ale każdy uratowany kotek to jedno nieszczęście mniej. Wiem na co się piszę, ale jak się nie udaje, to ta świadomość nie sprawia, że jest łatwiej, że mniej boli. Niesamowita jest jednak świadomość, że tylko dobrych serc jest blisko, nawet jak fizycznie jesteście daleko. Choć tak naprawdę nie umiem wyrazić słowami tego co czuję czytająć Wasze komentarze. To naprawdę wielkie szczęście mieć Was przy sobie :).
Z serca DZIĘKUJĘ!
Próbuję się ogarnąć, otrząsnąć. Wszystkie moje plany dnia itp, więły w łeb. Trzeba znów wrócić na dobre tory. Oby mi się to szybko udało.
Futra bardzo dbają żebym się nie nudziła, żebym nie miała czasu na płacze. Jakby chiały powiedzieć "My jesteśmy z tobą, zajmij się nami".
Wczoraj rano znów pędziliśmy do wetów, bo Mitusi leciała z noska krew. Cyryl znów ma kłopoty z okiem, więc też pojachał.
Mitka miała wcześniej troszkę kataru, więc nie wiemy czy to podrażnienie, czy też nie daj Boże, zjadła jakąś podtrutą mysz. Dostała wit. K, antybiotyk i inne leki. Wczoraj wszystko było OK. Dziś też jest dobrze. Mam apetyt i dobry nastrój. Ona nie jest pieszczochem, a wczoraj domagała się głaskania. Trochę jej się nie podobało, że jej na dwór nie puszczamy, zwłaszcza jak się wypogodziło.
Cyryl miał kiedyś (jeszcze znim się do nas przeprowadził) rozrwaną 3 powiekę zapewne w wyniku jakiejś bitwy kociej. Jest po operacji, ale przy każdym podrażnienu ma kłopoty z tym oczkiem. Dajemy krople i już widać poprawę.
Frogi postanowił pospać w nietypowej pozycji, a co! Wszak trzeba państwa rozweselić.
Koliś i Gusia urządzili całe przedstwienie pt :"Bitwa"
Maćka po raz kolejny postanowiła pomóc mi w opiece nad synem.
I jak tu się nie usmiechnąć?
Życzę Wam cudownej niedzieli :)
Etykiety:
koty,
podziekowania,
rozmyślania
Subskrybuj:
Posty (Atom)