Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własnoręcznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własnoręcznie. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 listopada 2020

Płaszcz Cambria Duster i odrobina dramatu.

Końcówka października to jakiś dramat. Ponad tydzień temu chciałam napisać dla Was posta o moim najnowszym, wyczekanym szyciowym projekcie, ale tak się złożyło, że świat miał dla nas inne plany. Najpierw spadła na nas z niezwykłą siłą decyzja trybunału, a potem ja spadłam sobie równie mocno z obręczy gimnastycznych i potłukłam się wyjątkowo dotkliwie. Weekend wspominam więc jako jedną wielką mieszankę bólu, przerażenia i wycieńczenia. Był protest, strach przed wielomiesięczną kontuzją, był SOR pełen przedmiotowego traktowania i łez, a nawet zepsuty samochód w najmniej odpowiednim momencie. I to wszystko w ciągu dwóch dni. Ależ zabawa! :) Niedziela jednak przyniosła nadzieję, chociaż w jednej kwestii. Ból się zmniejszył tak drastycznie, że trudno było nam w to uwierzyć. Wieczorem chodziłam już jak gdyby nic się nie stało, a w środę wznowiłam treningi unikając po prostu obciążania poobijanych miejsc. Nie wiem z czego są moje kości, ale bardzo je lubię. Uff. Jeden problem z głowy. Ale jak wiecie, w tej drugiej sprawie nie za wiele się zmieniło.

Jaka decyzja zapadła każdy wie... ja całą sobą wspieram protesty, prawa człowieka, wolność i równość. I mimo że nie jest to post polityczny, to chcę byście wiedzieli jakie jest moje stanowisko. Nie wstydzę się tego, nie zamierzam ukrywać, siedzieć cicho. Ale krzyczeć zdecydowanie wolę na protestach, dlatego kończę już ten mało optymistyczny wstęp i opowiem o czymś zdecydowanie przyjemniejszym. 


Uszyłam sobie wełniany płaszcz i jestem ogromnie z niego zadowolona! To zdanie w żaden sposób nie oddaje radochy i dumy, jaka mnie przepełnia, dlatego zamiast produkować kolejne linijki, po prostu pokażę Wam moją uśmiechniętą mordkę w towarzystwie nowego płaszcza :)

Wzór, który wybrałam to Cambria Duster od Friday Pattern Company i tak naprawdę wcale nie jest to wzór na wełniany płaszcz. Docelowo jest to raczej długa, luźna narzutka, ale ja pewnego dnia trafiłam na świetną interpretację dziewczyny, która użyła gotowanej wełny i zwyczajnie zwariowałam na jego punkcie. Niedługo potem do brytyjskiego sklepiku Guthrie&Ghani trafiła nowa dostawa pięknej wełny na jesienne projekty i postępując trochę wbrew swoim zasadom, kupiłam ją tego samego dnia, bez zastanowienia, nie czekając na próbkę i nie szukając żadnej alternatywy. Ta kratka, jodełkowy wzór i beżowo-brzoskwiniowy kolor po prostu był mi pisany :) Tkaninę znajdziecie tu: klik!

Kupiłam 3.2 m, czyli tyle ile podaje wzór. W przypadku niewzorzystego materiału można spokojnie zakupić mniejszy metraż, ale jeśli zależy Wam na spasowaniu wzoru, a ja właśnie taki miałam cel, to warto mieć go nawet trochę więcej. 

Udało mi się zgrać kratkę w każdym miejscu, w którym było to wykonalne - na przednich panelach, na kieszeniach, bocznych szwach, łączeniu w talii i na ramionach. Jest to naprawdę satysfakcjonujący widok :) Nie było to tylko możliwe na łączeniu rękawów z korpusem oraz z przodu, powyżej talii. Tam płaszcz staje się bardziej trójwymiarowy i nie da się uniknąć rozjechania wzoru. Jest to jednak praktycznie niewidoczne bo ukrywa się pod przednimi, dwuwarstwowymi połami.

 
Jako że wzór docelowo zaprojektowany jest dla cieńszych materiałów, musiałam wprowadzić trochę modyfikacji. Największą z nich jest podszewka. Nie chciałam wełnianego płaszcza bez podszewki, ale tworzenie własnej z głowy póki co mnie przerasta. Dlatego zdecydowałam się na inne podejście. Wycięłam z wiskozowej, terakotowej tkaniny (kupionej w Popcouture) te same elementy co z wełny, połączyłam je z główną tkaniną i traktowałam jak jeden element. Pomysł na ten rodzaj podszewki podrzuciła mi Ania, która w tym samym czasie co ja szyła swoją wersję Cambrii Duster z gotowanej, niebieskiej wełny - koniecznie zerknijcie na jej profil klik!
 
Oprócz tego zmodyfikowałam jeszcze wiązanie w talii. Zrezygnowałam z dwóch pasków doczepionych z boku na rzecz jednego, dłuższego by móc opleść się nim również z tyłu. Dodałam też dwie szlufki by utrzymać go w pożądanym miejscu.


Szwy, tak jak proponuje wzór, w większości przypadków wykończyłam lamówką by otwarty płaszcz prezentował się jak najlepiej (polecam ogromnie zwijacze do robienia lamówki!). Zrezygnowałam z niej tylko w rękawach i do zabezpieczenia szwów użyłam overlocka. To zmniejszyło grubość szwów, dzięki czemu nie są wyczuwalne podczas noszenia, a dodatkowo odjęło mi to trochę pracy. Kilka metrów lamówki ze śliskiego materiału może doprowadzić do szaleństwa!

Lamówka w połączeniu z dwoma warstwami sprawiła, że szyłam go tak na oko dwa razy dłużej niż mogłabym w oryginalnej wersji. Ale niczego nie żałuję! Projekt jest łatwy i nieskomplikowany, posiada niewiele elementów, a instrukcje są świetnie napisane. Zdecydowanie do powtórzenia na wiosnę :) Myślę o bardziej "sportowej" wersji.

Moje wrażenia z pracą z wełną? Bardzo pozytywne! Nie różniło się to o wiele od szycia lnu czy bawełny. Ta, którą wybrałam nie jest bardzo gruba - tak akurat na sezon jesienny czy wiosenny - więc komfort szycia był porównywalny z szyciem spodni dla Mateusza. Do prasowania używam zawsze generatora pary i ta wełna świetnie radzi sobie z wilgocią i temperaturą, poddaje się jej, nie zmienia faktury czy koloru, ale na wszelki wypadek używałam cienkiej poszewki i starałam się prasować ją na lewej stronie. Wyposażyłam się w poduszkę prasowalniczą (klik!) by rozprasować zaokrąglone miejsca oraz "domowej roboty" clapper, czyli drewniany, płaski klocek, którym dociska się szwy podczas rozprasowywania. Ja użyłam do tego celu świeczki Woodwick z drewnianą pokrywką:). 
 
Dowiedziałam się tego wszystkiego jeszcze przed zaczęciem pracy - obejrzałam kilka filmików i przeczytałam parę artykułów o szyciu płaszcza. Chciałam zrobić go tak jak należy, niczego nie zepsuć i osiągnąć jak najlepszy efekt. To prasowanie szwów z "clapperem" czy prasowanie na poduszce dało moim zdaniem genialne efekty! 
I jeszcze jedna kwestia, nic odkrywczego, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero podczas szycia tego projektu, więc dzielę się tym (nie)odkryciem z Wami: mając dwie warstwy, w dwóch różnych kolorach, użyjcie dwóch kolorów nici, tak by na żadnej stronie szew nie był widoczny. Inny kolor w bębenku, inny na szpulce. Totalnie oczywiste, ale można się rozpędzić i zapomnieć :)

Używałam nici Gutermann w kolorze beżowo-pudrowym o numerze 991 oraz terakotowej Ariadny numer 7622.
 

Nigdy w życiu nie miałam wełnianego, eleganckiego okrycia wierzchniego, bo każda próba zakupu gotowca w sklepie kończyła się niepowodzeniem. I wiecie co? Bardzo miło się więc żyje ze świadomością, że mój pierwszy płaszcz jest w 100% MOIM płaszczem. Jakby tego było mało kupiłam  już kolejną wełnę, tym razem grubszą, delikatnie "drapaną" na zimowy, ocieplany płaszcz.

A w poście możecie znaleźć spojler tego, o czym będzie kolejny post w tym tygodniu :)

Pozdrawiam Was ciepło! Trzymajcie się!

Marzena

czwartek, 31 października 2019

Kelly Anorak

Proszę się nie śmiać, ale... marzyłam o żółtej kurtce! Takie małe marzenie siedziało we mnie od roku czy dwóch, zerkałam od czasu do czasu na te sklepowe, ale jako że to jest raczej zachcianka niż potrzeba, to mój wewnętrzny wróg wszelakich zakupów zwyczajnie się buntował. I wiecie co? Dobrze na tym wyszłam! Bo marzenie spełniło się w jeszcze lepszy sposób. Mam w końcu swoją żółtą kurtkę. I na dodatek zrobiłam ją w 100% sama!!!

Dobra, zacznijmy to szaleństwo - wybaczcie, ale duma nie pozwala mi być skromną! Będzie tu trochę ekscytacji graniczącej z obsesją. Trochę wariuję na myśl, że po niecałym roku szycia, siadłam i uszyłam kurtkę z podszewką. Wybaczycie? :)

Nie ma czasu na długi wstęp, muszę ją Wam pokazać! Oto moja Kelly Anorak w wymarzonym żółtym kolorze:

Ta kurtka ma wszystko. Kaptur, kieszenie, sznureczek, zamek, zakrycie zamka, napy, podszewkę... Uważam, że dobre projekty można poznać po ilości i jakości szczegółów. Ilość elementów w tym wzorze i sposób ich wykończenia robią na mnie wielkie wrażenie. Gdyby tego było mało, to wszystko jest świetnie skrojone i nie musiałam nic zmieniać (pewnie i tak nie wiedziałabym jak, więc całe szczęście:)).


Od początku wiedziałam jaki kolor będzie miała tkanina wierzchnia. Wybrałam "praną" bawełnę twill (washed cotton) o dość wysokiej gramaturze. Materiał jest miękki i świetnie się układa! Kupiłam ją w sklepie MeterMeter - klik! Wybór podszewki za to był bardzo ciężki. Na początku chciałam coś słodkiego, różowego i kwiecistego. Ale czym dłużej patrzyłam na takie połączenie, tym mniej mi się podobało. Wybrałam coś zupełnie innego i myślę, że to nadało tej kurtce charakteru! Nie jest różowo, wręcz przeciwnie, ale te owoce, warzywa i małe robaczki mnie kupiły :)
 

Ten uroczy materiał to naprawdę świetna bawełna od Liberty London (klik!), a kupiłam ją w polskim sklepiku Popcouture. Jest to sklep internetowy, ale jakiś czas temu otworzyli stacjonarny sklep (uwaga, uwaga!) we Wrocławiu!!! Jestem tym faktem absolutnie zachwycona. Poznałam już uroczą właścicielkę, oraz równie uroczą sprzedawczynię. Dziewczyny są niezastąpione! Konstancja sprowadza świetne tkaniny, ma niezłe oko do kolorów i wzorów. Szczerze polecam - nie znalazłam jeszcze lepiej i piękniej wyposażonego sklepu w Polsce.

Oczywiście podszewkę widać głównie na kapturze. Ale jest coś satysfakcjonującego w szalonej podszewce, nawet gdy widzimy ją tylko my.



Każdy etap szycia był bardzo ciekawy, choć wcale niełatwy. Chyba najwięcej natrudziłam się nad kieszeniami. Opis we wzorze był dla mnie niekiedy bardzo niejasny dlatego sporo czasu mi na nich zeszło. Dopiero później odkryłam, że autor wstawił obszerne posty do sieci z opisanym każdym krokiem. Na szczęście miałam w domu inną Kelly Anorak (Ania użyczyła mi jednej swojej - dziękuję!), więc mogłam przyjrzeć się jaki efekt ostatecznie mam osiągnąć. 
Pierwszy raz robiłam takie kieszenie - są tak jakby "trójwymiarowe". Ma to swoją nazwę? :) Jest tu też klapa imitująca zamknięcie.

Kaptur jest niezwykle wygodny. Ładnie układa się na głowie i chroni przed wiatrem. Jest zapinany na dwie napy, które to własnoręcznie montował Mateusz :)
 
 

Wybrałam czarne dodatki (sznurek i zamek) oraz złote, błyszczące wykończenie. Ciężko znaleźć idealnie pasujący zamek, więc zdecydowałam się na klasykę. Widać go niewiele tak naprawdę, ale i tak sądzę, że czarny świetnie się tu spisuje. Sznureczki mają złote końcówki, a przy otworach (oczywiście wykończonych złotymi oczkami!) są metalowe złote stopery do ściągania sznurka w pasie.
 

W sumie szycie zajęło mi około trzy tygodnie. Siadałam do maszyny na krótki czas, ucząc się przy okazji nowych rzeczy. Dodatkowo źle zrozumiałam instrukcje początkowe i wycięłam o trzy elementy za mało... i nie miałam już odpowiednich kawałków tkaniny! Musiałam domówić 40 centymetrów, ale na szczęście przesyłka doszła ekspresowo. Pojawił się jeszcze jeden problem - nigdzie we Wrocławiu nie mogłam dostać dobrej flizeliny. Nie chciałam używać tej, która w dotyku przypomina papier i rwie się przy każdym najmniejszym pociągnięciu. Są flizeliny "tkane", przypominające siateczkę. Są sztywne i wytrzymałe, a dodatkowo lepiej przyklejają się do materiału. Nie chciałam wkładać w warstwy kurtki czegoś, co może się odkleić po piątym praniu. Na ratunek przybyła Ania, oddając mi swoje zapasy i ratując moje weekendowe szycie... 

Udało mi się popełnić tylko jedną gafę! :D Zapomniałam wszyć krawędzi tunelu na pasek w zamek i otaczające go elementy. Zorientowałam się dopiero gdy już chciałam tworzyć tunel (ostatni etap!). Postanowiłam delikatnie podwinąć krawędź i przyszyć ją jak najbliżej istniejącego już szwu. Musiałam szyć ręcznie by nie było widać nici, ale miałam już małą wprawę, bo kilka elementów wcześniej musiałam wykonać trochę takich niewdzięcznych łączeń. Na przykład tu:

Żeby móc wywinąć kurtkę na prawą stronę, w okolicach "wieszaczka" był pozostawiony otwór. Potem oczywiście należało wypatrzeć oczy i trochę powariować z igłą w ręku. 

Uwielbiam tę kurtkę, nie będę kłamać. Żal tylko, że jest już tak zimno. Moja Kelly nie jest ocieplana i martwię się, że już jej nie założę w tym roku! Kilka dni temu byliśmy w górach i pogoda była przepiękna, wiec z rozkoszą chodziłam i pokazywałam światu swoje żółte, własnoręcznie spełnione marzenie :) Jestem przekonana, że uszyję następną. Tym razem w neutralnym kolorze i ocieplaną, może nawet wodoodporną. Krój jest warty powtórzenia!

Na koniec jeszcze kilka informacji, ku pamięci: używałam nici Gutermann 488 i wybrałam rozmiar 6. Potrzebowałam w sumie 2.6 metra tkaniny wierzchniej i o ile dobrze pamiętam 1.5 metra tkaniny na podszewkę. 
Edit: Dodam jeszcze, że tę kurtkę mogę bez problemu prać w pralce!

Cóż teraz? Na pewno będzie kiedyś wełniany płaszcz, a w najbliższej przyszłości będę szyła Mateuszowi szorty (plus oczywiście trochę sukienek dla siebie).

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

piątek, 27 września 2019

Sukienka Ogden Cami

Postów w tym miesiącu nie ma końca! :) Sporo rzeczy uzbierało się w ciągu lata i teraz mam odpowiednio dużo czasu i siły by o nich opowiedzieć.

Od początku tego roku uszyłam trzy bluzki, dwie pary szortów i cztery sukienki! Wszystkie posty na temat szycia możecie znaleźć tu: klik!
Nie wszystko jednak udało mi się obfotografować - dwie z uszytych przeze mnie sukienek dopiero niedawno doczekały się sesji i dziś będzie o jednej z nich. Sukienka powstała gdzieś na przełomie czerwca i lipca, nie pamiętam dokładnie (edit: to było jeszcze wiosną!), poprzez zmodyfikowanie wzoru "Ogden Cami". Korzystałam już z niego by stworzyć prosty, letni top, o którym pisałam tu: klik!

Latem lubię nosić jak najlżejsze ubrania (stąd moja wielka niechęć do letniej dzianiny). Najbardziej komfortowo czuję się w zwiewnych i niezabudowanych sukienkach, dlatego taki mocno wycięty krój, wąskie ramiączka i szerszy dół był bardziej niż pożądany w mojej garderobie.

Teraz, gdy sama tworzę ubrania, mogę bez problemu kupić piękne lny, które po prostu nie mają sobie równych w upalne dni. Len nie przykleja się do ciała, jest zwiewny i przewiewny, szybko odprowadza wilgoć. To moje tegoroczne odkrycie! Lubię również wiskozę, za jej miękkość i lejący efekt. Myślę, że skuszę się też kiedyś na jedwab. 
Tkaninę na ten projekt kupiłam w australijskim sklepie The Fabric Store - klik! Jest to średniej grubości len z delikatnym połyskiem i trochę inną fakturą, niż spotykałam dotychczas. Jest bardziej śliski i mniej rustykalny niż pozostałe w mojej szafie. Początkowo chciałam zrobić z niego szorty, ale szybko zmieniłam zdanie. Długo nad nim myślałam, nie pasował mi do żadnej sukienki, którą miałam w planach... Po uszyciu topu Ogden Cami mnie olśniło! I jestem naprawdę zadowolona z efektu :)

Sukienka pojechała ze mną na wakacje i te wycięte plecy, jak i sama tkanina, sprawdziły się idealnie w mocnym słońcu Portugalii! 

Przód jest trochę płytszy, ale sukienkę można bez problemu nosić też tył na przód. Ja jednak czuję się komfortowo w tej pierwszej wersji.

Korzystając z wyznaczonego miejsca na wykroju, przedłużyłam top o odpowiadającą mi długość, zachowując kształt i proporcje. Bardzo lubię wszywać takie ramiączka - ciągle fascynuje mnie to, jak konstruuje się niektóre rzeczy. Odwracamy na lewą stronę, przykładamy prawymi stronami kawałki, wsuwamy to i owo, szyjemy, ciachamy, wywijamy i gotowe! :)

Jestem pewna, że uszyję kolejną! Tym razem może dodam kieszenie.

Uwielbiam ten kolor! To subtelny brzoskwiniowy róż, który świetnie komponuje się z miodowymi i złotymi odcieniami. Co prawda podkreśla również bladość skóry, ale to raczej nie grozi w typowo letniej sukience.

Miałam 1.5 metra tkaniny i zostało mi sporo kawałków. Niestety nie tyle by coś móc z nich zrobić, ale już wiem, że na następną można zamówić go mniej. Użyłam nici Gutermann, numer 991.

I mimo że idzie jesień i zima, ja niekoniecznie mam ochotę przestać szyć letnie rzeczy. Obecnie szyję kurtkę i planuję może jakąś ciepłą spódnicę albo sukienkę, ale zapewne zaraz znowu zamówię lny i wiskozy i zacznę uzupełniać letnią garderobę. W przyszłym roku wakacje przyjdą do nas wcześniej, więc mam dobry powód :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

środa, 3 lipca 2019

Spring Shorts (razy dwa) i Inari Tee

To będzie post zbiorowy. Uprzedzam więc, że zdjęć i treści będzie przynajmniej na jedną dużą kawę :) Ale nie ma sensu tworzyć osobnego posta dla każdej z tych rzeczy. Powstały dwie pary takich samych szortów "Spring Shorts" oraz idealnie do nich pasujący top "Inari Tee". Zrobiliśmy im przedwczoraj wspólną sesję i tym sposobem udało nam się już prawie "odhaczyć" wszystkie wyprodukowane przeze mnie ubrania. Została jeszcze tylko jedna sukienka!

Spring Shorts to darmowy wzór na lekkie, luźne i wygodne spodenki na lato. Rok temu kupiłam takie w Oysho i odkryłam tym sposobem swój ulubiony krój. Jak wyglądają możecie zobaczyć tu: klik! Przy okazji możecie zobaczyć na tym zdjęciu moją ukochaną bluzkę - wszystko w niej mi się podoba! Krój, kolor, materiał. Szukałam takiego wzoru, ale bezskutecznie. Niby są podobne, ale jednak to nie to, więc zaczęłam kombinować sama... może kiedyś coś z tego wyjdzie :)
Te sklepowe wykonane są z lnu, sprawdziły się świetnie, więc nie zastanawiałam się nawet i pozostałam w tym samym klimacie. Wybrałam róż i urocze zielono-różowo-beżowe paski.

Inari Top to wzór płatny, zawiera top i sukienkę. Lubię lekkie, zwiewne i bardzo cienkie bluzki, więc wybrałam przecudowny tencel w kolorze złamanej bieli - jest niesamowicie chłodny i lekki. Gęsto tkany, a jednocześnie przewiewny. Jestem pewna, że kupię jeszcze niejeden kolor. 

Spring Shorts i Inari pasują razem idealnie, więc musiały wystąpić w duecie (takie jest ich przeznaczanie!). Na początek różowa odsłona!
 

Len, z którego szyłam portki to Barre z ulubionego Merchant and Mills. Uwielbiam jego fakturę i kolor! Tkanina ta ma 1.4m szerokości. Kupiłam 1.1m, czyli tyle ile sugeruje wzór, ale myślę, że spokojnie mogłam wziąć mniej. Zwłaszcza, że modyfikowałam długość, o czym będzie szczegółowo poniżej. 

Tencel na top oczywiście też z tego samego sklepu - klik! Nie pamiętam ile go kupiłam... zamawiała Ania, bo akurat była na wyspach. Ale nie było to więcej niż 1.2m. Nie wiem czy to nie był po prostu metr. Tu również były modyfikacje, ale tym razem w drugą stronę - wydłużyłam ją o dobre 10 cm!

Ten nie do końca biały, lekko śmietankowy kolor jest wyjątkowo ładny! Materiał jest lekko prześwitujący, ale absolutnie w granicach tolerancji. Podoba mi się fakt, że jedyny widoczny szew to ten na dolnej krawędzi. "Facing" na dekolcie jest wyłącznie zaprasowany i przymocowany do ramion (udało mi się to zrobić w niewidoczny sposób!). Jako że tkanina lekko prześwituje skróciłam go około 1.5cm. Zbyt mocno się odznaczał pod bluzką i zaburzał proporcje. Teraz koresponduje z wywiniętymi mankietami na rękawach:

Jedyne modyfikacje to skrócony facing oraz spore wydłużenie korpusu. By efekt był jak najlepszy, krawędzie zabezpieczałam overlockiem. Tak ładna i delikatna bluzka zasługiwała na równe brzegi! :) Szorty zaś zabezpieczałam na maszynie.

Czas teraz na zieloną odsłonę!

Bardzo długo się zastanawiałam czy len Olive Wood (oczywiście też z M&M, ale już niedostępny) użyć w sukience czy szortach! Ostatecznie wybrałam wersję bezpieczną, mniejszą - na szorty potrzebowałam metr, a na sukienkę przynajmniej dwa razy więcej (to był całkiem szeroki materiał, bo chyba 1.8m). Okazało się, że to dobry wybór, bo letnia sukienka byłaby moim zdaniem zbyt ciężka. Za to do spodni pasuje idealnie!

Te uszyłam jako drugie, więc poszło łatwiej - wiedziałam już jakie modyfikacje chcę wprowadzić. Dodatkowo uwielbiam wycinać pasiaste/wzorzyste materiały! Paski wiele ułatwiają, chociażby w dobrym złożeniu tkaniny. Kawałki przodu i tyłu mogłam wyciąć w identyczny sposób i są one swoim lustrzanym odbiciem. Podczas zszywania też od razu widać czy wszystko idzie równo i dokładnie tak samo jak po drugiej stronie :)

Materiał ten miał co jakiś czas jeden grubszy zielony pasek. Wycinając kawałki na szorty pomijałam to miejsce (nie ma go więc na spodniach), by później móc zrobić z tego pasa jednokolorowy "sznureczek" do tunelu. Myślę, że pstrokaty wyglądałby gorzej. W obu wersjach pasek do wiązania to po prostu kawałek tego samego materiału, złożony jak lamówka i zszyty.

Do takiego kroju spodenek lubię nosić bluzki wpuszczone w środek. Myślę, że w obu wersjach wygląda nieźle. 
Jakie poczyniłam modyfikacje w szortach? Przede wszystkim zrobiłam je krótsze. Nie lubię ani nogawek do połowy uda, ani rękawów do połowy ramienia. Skróciłam wykrój o pięć centymetrów, a dodatkowo zrezygnowałam z oryginalnego wykończenia - zamiast doszywać brzeg (i tym samym znowu wydłużyć spodenki), po prostu klasycznie je podwinęłam (i skróciłam jeszcze bardziej). Mogłam to zrobić bo zrezygnowałam też z zaokrąglonej krawędzi. Zdecydowanie mi to nie pasowało. Ostatecznie moje nogawki mają 4.5 cm długości. 

Zmieniłam jeszcze jedną rzecz. Lubię szeroką gumkę w pasie, z falbanką na krawędzi, ale oryginalnie była ona bardzo długa. W różowych zostawiłam około 1.5 cm, a w zielonych zupełnie z niej zrezygnowałam. 
 

To były moje pierwsze kieszenie! I jeśli ktokolwiek ma obawy, to uspokajam. Wszywanie ich nie różni się w zasadzie niczym od innych instrukcji. Ot, weź, zepnij, zaprasuj i zszyj do tego miejsca. Jak patrzę na nie po fakcie to wyglądają tak mega profesjonalnie i skomplikowanie! Ale wzór jest tak dobrze napisany, że naprawdę nawet nie zauważysz kiedy zrobisz swoje pierwsze kieszenie :)

Czego się nauczyłam szyjąc szorty i Inarii Tee? Zacznę od topu. Pierwszy raz wszywałam takie rękawy i robiłam wywijany mankiet. Resztę miałam już przećwiczoną na pozostałych ubraniach. Czy jest to top na początek przygody z szyciem? Moim zdaniem tak.

Przy szortach, tak jak pisałam wyżej, zrobiłam kieszenie oraz pierwszy raz obszywałam dziurki na guziki (oczywiście przy pomocy odpowiedniej stopki do maszyny). Najlepiej najpierw poćwiczyć na kawałku materiału, co też uczyniłam. Nie jest to bardzo ryzykowne czy trudne, ale jest tam kilka kroków, które warto opanować zanim zaczniemy masakrować nasze ubranie :). W instrukcji do maszyny wszystko jest szczegółowo opisane, wystarczy tylko spokojnie wykonywać polecenia. A potem bez pośpiechu wycinać dziurkę! Po praniu nic a nic się nie pruje i nie strzępi, więc chyba zrobiłam to dobrze :)

To na koniec o niciach. Wiem, że za każdym razem to piszę, ale naprawdę ciekawe jest jak niekiedy nić różni się w szpulce kolorem do materiału! Ale wystarczy odwinąć kawałek nitki by okazało się, że pasuje perfekcyjnie. W przypadku bluzki użyłam nici Ariadna w kolorze 0808. I wcale nie szyłam białą nicią! Tencel jest delikatnie śmietankowy, więc biała nić bardzo niekorzystnie się wyróżniała na jego tle. Moim zdaniem w takim przypadku lepiej użyć nici ciut ciemniejszej. Zrobiłam Wam zdjęcie podglądowe. Na pierwszy rzut oka - nie ma opcji, nie pasuje! A jednak :) Widać tu kawałek szwu, oraz odwiniętą nić:

Do różowych szortów użyłam beżoworóżowej nici Ariadna o numerze 0770. Delikatną różnicę widać dopiero przy obszytej dziurce, bo jest tam jej o wiele więcej. Na szwach jest niewidoczna! (zdjęcie trochę wyżej).


Jeśli chodzi o zielone paski to oczywiste było, że nie da się ukryć szwu - materiał ma pięć różnych kolorów. Wybrałam kolor prawie najjaśniejszy, czyli beżowy (z delikatną nutą zieleni). Ciemna zieleń moim zdaniem niekorzystnie wyglądałaby na jasnych paskach. Nić to Ariadna, kolor 0876.

Przy szortach wybrałam rozmiar drugi, czyli 10 (a tak przynajmniej mi się wydaje:)), a w Inarii wycinałam według rozmiaru 36.

To chyba wszystko! Jeszcze tylko post o ostatniej sukience i mogę jechać na wakacje. Oczywiście większość nowości zabieram ze sobą :) Wyrobiłam się!

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena