Na początku tygodnia skończyłam mitenki - jedną zrobiłam przed portkami z poprzedniego posta, a drugą zaraz po zakończeniu tamtego projektu. Chciałam jak najszybciej dać prezent przyszłym rodzicom, ale żeby moje sumienie było spokojne, a druty wolne od nadmiaru robótek, poczekałam, aż jedna całkowicie będzie skończona, zanim zabrałam się za nowy projekt. Mimo wszystko wcale nie było to przyjemne doświadczenie. Na szczęście oba projekty są do wykonania w 1-2 dni.
Otrzymałam jakiś czas temu dwa motki Nurtured od Julie Asselin - mocno rustykalnej wełny, o surowym wyglądzie, która (na szczęście!) jest jednocześnie bardzo miła dla skóry. Po wypraniu zrobiła się jeszcze bardziej miękka i nic a nic mnie nie podgryza. W sumie miałam 100 gram, w kolorze Compass, a na ten projekt zużyłam jeden motek! Czyli zostało jeszcze na czapkę do kompletu. Ale to już w przyszłym roku. Chyba, że będę mieć wolne ręce przez kilka dni.
A wybrałam warkoczowy wzór Ballydesmond, który wydawał mi się idealny dla tego rodzaju wełny. Przede wszystkim musiały być warkocze, chociaż garter lub same lewe oczka też mi się podobają.
Zdjęcie dopiero co zrobione. Miało być dziś wiosennie, a padał śnieg! Na szczęście nie przetrwał spotkania z ziemią. Za ciepło nie było, ale jak się potruchta na sesję to można się odrobinę rozgrzać:) Sesja w 10 minut!
Troszkę zmodyfikowałam wzór, bo mitenki wychodziły za szerokie, a mniejsze druty już nie wchodziły w grę. Robiłam wersję "worsted" (jest też dostępny wzór na dk), użyłam drutów 4.5 mm i 4.0 mm
Do końca jeszcze nie wiem czy lubię jak mi marzną palce... ale może powinnam je nosić jak jednak będzie parę stopni na plusie? Przyznam, że to moje pierwsze bezpalczaste rękawiczki.
Za jakiś czas Nurtured pojawi się też u Chmurki :) Na pewno zabiorę się wtedy za jakiś ciepły żakardowy sweter... A teraz lecę robić mój nowy sweter! Bo czas ucieka, a obiecałam sobie, że skończę go w tydzień.
Pozdrawiam ciepło,
Marzena