Z czym, oprócz dżungli i pięknych plaż, kojarzą Wam się azjatyckie, okołorównikowe państwa? Dzisiejszy odcinek z naszej czerwcowej podróży będzie o czymś zupełnie innym niż dotychczas. Nie będzie wulkanów, krystalicznej wody pełnej ryb, złotych piasków czy dżungli. Ale będzie to coś zdecydowanie orientalnego, coś co oboje kochamy! Wycieczka tam była jednym z najważniejszych punktów naszej Azjatyckiej podróży. Nigdy nie mieliśmy okazji ujrzeć takiego widoku, a robił on ogromne wrażenie, mimo że nie podnosił adrenaliny :)
Na wycieczkę do tytułowego Ipoh wybraliśmy się wraz z rodzicami, którzy jak wiecie, mieszkają w Malezji od dłuższego czasu. Mieliśmy kilka dni "wolnego" od zaplanowanych dłuższych wycieczek, był to więc idealny moment by wsiąść w samochód i zwiedzić skarby Półwyspu Malajskiego.
Popołudniem dotarliśmy do miasteczka Ipoh i po zameldowaniu się w hotelu ruszyliśmy na sławny Chicken Rice oraz na krótkie zwiedzanie. Ipoh różni się od innych azjatyckich miast jakie mieliśmy okazję widzieć. Jest po prostu urokliwe, co niestety rzadko się w Azji zdarza :). Nie ma tu starówek (Europa nas w tej kwestii bardzo rozpieściła, prawda?), miasta rzadko są przyjazne pieszym - najczęściej brakuje chodników, przejścia przez ulicę, nawet na pasach, czy zielonym świetle, to walka o życie, wiszące kable są normą, tak samo jak wszelkie stoiska, budy i bary na każdym wolnym kawałku przestrzeni, której nie zajęły liczne samochody. Azja taka właśnie jest.
Ale Ipoh było po prostu urocze! Miło było zapuścić się w jego uliczki z kolonialną architekturą, alejki oświetlone lampionami czy pięknymi muralami!
Mimo swojego uroku nie widzieliśmy tu zbyt dużo turystów.
Spacerowaliśmy do późnego wieczora, z przerwą na coś słodkiego w uroczej kawiarence.
Typowa azjatycka restauracja - otwarty lokal z prowizoryczną kuchnią, plastikowe duże stoły i krzesła, szybka obsługa i proste dania.
Tak naprawdę to nie Ipoh był naszym celem, choć nie można mu odmówić atrakcyjności! Na drugi dzień, z samego rana, wybraliśmy się do Cameron Highlands, które posiada coś wyjątkowego... ogromne, zielone pola herbaty!
Trasa była dość uciążliwa... Chcieliśmy zobaczyć nowy punkt plantacji, z herbaciarnią i fabryką, którą można zwiedzić. Okazało się, że mnóstwo osób pomyślało dokładnie to samo i niestety dość długo staliśmy w korkach. W większości przypadków wynikało to z faktu, że Malajowie są naprawdę średnimi kierowcami. Boją się absolutnie każdego manewru! A już na górce, na wąskiej drodze to najbezpieczniej dla nich jest stać i się nie ruszać :)
Pogoda była idealna do zwiedzania takiego miejsca (a może ciągle taka
tam jest?). Niskie chmury, mgiełka i wilgoć... wymarzony krajobraz dla
kogoś takiego jak ja! I dla takich wielbicieli herbacianych naparów jakimi jesteśmy!
Co prawda pierwszy punkt trochę rozczarował - nie było klimatycznej herbaciarni, ani zapierających dech w piersi widoków, za to można było obejrzeć każdy etap powstawania herbaty. Od selekcjonowania, po suszenie i pakowanie.
Na szczęście rodzice znali jeszcze kilka miejsc w okolicy i po herbacianych zakupach ruszyliśmy dalej - na drugi, starszy punkt plantacji oraz na wzgórze, z którego widok po prostu olśniewał! Gotowi? :)
Przepięknie! Te chmury, te kolory, te urocze herbaciane "poduszeczki"!
Mogliśmy spacerować między krzewami, które z bliska przypominały trochę żywopłot. Kontrola jakości:
Ta mgiełka nad polami i siąpiący od czasu do czasu deszcz sprawiał, że czułam się jak w bajce! To że uwielbiam deszcz zapewne wiecie:) Oglądanie takich krajobrazów w pogodny, słoneczny dzień byłoby absolutnie mniej atrakcyjne!
Przepięknie! Było naprawdę przepięknie!
Mieliśmy też okazję zobaczyć zbiory herbaty, a Pan zgodził się mi nawet zapozować :)
W samym Cameron Higlands nie kupiliśmy bardzo dużo herbaty, ale oczywiście coś ze sobą przywieźliśmy. Większość herbat tej plantacji to herbaty torebkowe, a my wolimy zdecydowanie te liściaste. Ale najsmaczniejszą czarną liściastą przywieźliśmy właśnie z tego miejsca! Aż żal bo niedawno nam się skończyła!
Będąc już przy tym temacie wspomnę na koniec tego liściastego posta, że w zasadzie głównymi naszymi pamiątkami z Azji były właśnie herbaty! W Kuala Lumpur, w China Town, prawdziwych chińskich herbaciarni (nie mają za dużo wspólnego z tym co widujemy w Polsce!) było mnóstwo! Wracaliśmy tam często, kupując co raz to inne czarne, zielone, oolong... Nie mogliśmy się powstrzymać. W każdym punkcie sprzedawca parzył w pięknych zestawach herbaty dla klientów, można było próbować, zasiąść za malutkim stolikiem i obserwować cały rytuał... Przywieźliśmy również piękny malowany zestaw do tradycyjnego parzenia chińskich herbat!
Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena