Uwaga. Post długi, pełny zdjęć i treści. Wchodzisz na własną odpowiedzialność:)
Bo wiecie. Najlepsze co mnie w życiu spotkało to spotkanie Mateusza. Już nie mogę się doczekać tych kolejnych lat, ze stu spokojnie, które sobie razem spędzimy! Jako że nie ma lepszej inspiracji niż miłość, stworzyłam nową, małą kolekcję, w którą włożyłam całe serce, mnóstwo godzin, trochę bólu pleców i palców, wygięty drut (zielony Zing!), słów i rozmyślań. W tym wszystkim niemalże pomagał mi właśnie Mateusz, (niemalże bo druty pogięłam sama, Mateusz mi je uratował!) który zawsze ma niemały wkład w moją pracę. Bo przecież komuś się żalę, ktoś zagląda żeby ocenić, pruje, zwija, podpowiada, sugeruje. Przymierza i nosi!
Chcieliśmy taki sam sweter. Męski i kobiecy jednocześnie. Wygodny, prosty, z nietuzinkowymi detalami. Postawiliśmy na różne kolory, ale pozostaliśmy w takim samym klimacie - wybraliśmy kolory natury! Jako że nie mamy większego problemu by znaleźć w upodobaniach część wspólną, udało nam się zaprojektować swetry, które pasują i podobają się i mi i Mateuszowi.
Przedstawiamy Wam kolekcję "The cosiest life ever!", czyli w dosłownym tłumaczeniu "najprzytulniejsze życie... eee świata" :) i zapraszamy do obejrzenia zdjęć z magicznego sadu...
Poza tym ten wzór i ta włóczka... Tak, jest bardzo przytulnie.
Najpierw powstał sweter męski, i to on wziął na siebie całe prucie i kombinowanie. Powstał z Fino w kolorze Elephant, z wełny połączonej z kaszmirem i jedwabiem. W motku włóczka nie ma sobie równych pod względem miękkości, ale po wypraniu... o ludzie! Taka miękkość chyba jest już karalna.
A oto "Cosy Hubby"!
Jak wiecie uwielbiam prostotę i minimalizm, więc i tym razem to one grają pierwsze skrzypce. Całą uwagę skupiłam na kołnierzu i detalach przy rękawach. Cieszę się podwójnie, bo to już drugi sweter dla Mateusza, i drugi z kołnierzem. A on nigdy, przenigdy nie lubi się z kołnierzami! Może nigdy nie trafił na taki jak trzeba? Teraz jak ma niemały wkład w jego wygląda sprawy mają się zupełnie inaczej:).
Pewnie dobre oko wypatrzy coś dziwnego co dynda na sznureczkach... Ale o tym zaraz!
Kołnierz i mankiety są wykonane "double knitting", bardzo włóczkożernym i czasochłonnym ściegiem ale absolutnie genialnym! Dzięki niemu kołnierz jest mięsisty, trzyma formę i grzeje. Leży idealnie.
Rękaw dodatkowo zdobi poziomy łańcuszek/warkoczyk, który współgra z linią zakończenia oczek.
(wszystko opowiem zanim dojdę do mojego swetra, no ładnie)
No to teraz czas na "Cosy Wifey"!
Moja wersja jest poszerzana od wysokości pach do samego dołu. Lubię szerokie swetry, więc musiałam to zrobić:). Wzór będzie oczywiście dostępny w prostej jak i poszerzanej wersji.
Sweter jest bardzo wygodny, cieszę się z niego jak dziecko.
Mój zrobiłam oczywiście też z Fino, ale w kolorze Riverbed - brązy w kilku odcieniach połączone z szarością. Wszystko dzięki Julie, która nie dość, że tak pięknie je ufarbowała to jeszcze obdarowała mnie tymi motkami. Wiem, że tego nie przeczyta, ale i tak - bardzo dziękuję!
Znowu zbliżenie na łańcuszek. Moim zdaniem dodaje uroku, a Wam jak się podoba?
A teraz słów kilka o tym co na sznureczkach... Jakiś czas temu trafiłam na firmę Manemis i normalnie w świecie się zachwyciłam. Bo jest czym! Prostotą i pomysłem przede wszystkim. Od razu zaświtał mi pomysł w głowie. Nieśmiało napisałam do właścicielki sklepu z pytaniem o nietypowe zamówienie. I zgodziła się bez najmniejszego problemu zrealizować mój plan! Zajrzyjcie do niej koniecznie, bo tworzy cudną drewnianą biżuterię i nie tylko. Nasze przytulne swetry zyskały małych przyjaciół, którzy przyjechali do nas pięknie zapakowani. Myślę, że nie ma wątpliwości, które są moje:
Tak prezentują się już przymocowane tam gdzie trzeba (edit: uroczo nazwane przez Magdę pociągutki:)):
Mateusz wybrał jeże, bo tak:) Owce u mnie ciągle mają numer jeden (mam piżamę w owcę, skarpetki, mam owcę filcową i owcę w głowie generalnie.
Trochę się też pożalę.. albo raczej pochwalę co ja nawyprawiałam jak dziergałam męski. Zrobiłam jeden rękaw, no ładnie wszystko grało to wzięłam się za drugi... Przed mankietem zorientowałam się, że zrobiłam o jedno zmniejszenie za mało. No to przez Mateusza zmotywowana do złych czynów postanowiłam wykonać je w tym miejscu gdzie jestem i udawać, że nic się nie stało. Jak zrobiłam już niemalże cały mój sweter okazało się, że zapomniałam nie jednego, ale dwóch zmniejszeń! I jeden rękaw był krótszy o parę centymetrów. Ból był, bo mankiet już gotowy, no ale sprułam uczciwie i dorobiłam te zapomniane rzędy jak należy. Ale już ledwo dawałam radę! dziergałam do późna, ręki nie czułam, mózg się wyłączył. Potem oznajmiłam Mateuszowi, że jeśli coś znowu będzie nie tak to poprawię go nigdy. Chyba się sweter wystraszył bo już żadnego rzędu nie zgubił.
Na koniec jeszcze moje ulubione zdjęcie...
Moje zdjęcia oczywiście wykonał Mateusz, a Mateuszowe zrobiłam ja. Wspólne pomagał robić statyw.
Pozdrawiamy,
Marzena i Mateusz