Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzierganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzierganie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2020

Flora

Ależ się cieszę, że w końcu mogę pokazać Wam ten sweter! Projektowanie go zajęło mi trochę czasu, a na dodatek dzierganie wypadło w bardzo aktywnym (w domu i w pracy) momencie, więc można rzecz, że się troszkę ślimaczyłam. Gotowy był już w sierpniu, ale uciekliśmy na prawie trzytygodniowy urlop. Po powrocie od razu wzięłam się za wzór i zdjęcia - ten pierwszy jeszcze nie jest gotowy, nie ma tak łatwo, ale zdjęcia jak najbardziej!

Tych, którzy na niego czekają, nie mam zamiaru trzymać dłużej w niepewności, więc tym razem najpierw zdjęcia, a potem sobie pogadam :) Proszę państwa, oto Flora:

Czy są tu jacyś miłośnicy roślin? :) Jestem pewna, że tak! Flora składa się z mnóstwa malutkich botanicznych wzorów: pąków kwiatowych, dmuchawców i gałązek. A może macie inne skojarzenia? Ja, podczas projektowania tego swetra, miałam przed oczami niewielką łąkę otoczoną drzewami, budzącą się do życia na początku wiosny i puszczającą świeże, malutkie pędy!

 

Zależało mi na tym, by wzory te tworzył raczej teksturę niż główny motyw, były obecne na całym swetrze, ale nie zwracał na siebie wielkiej uwagi. Myślę, że dzięki temu sweter jest codzienny i uniwersalny, pasujący na wiele okazji, a jednocześnie nietuzinkowy. 


Flora jest tak wygodna, jak to tylko możliwe! Zdecydowałam się na oversizowy krój, z delikatnie obniżoną linią reglanu, szerokie rękawy, wykończone długim, elastycznym ściągaczem i klasyczne, przytulne wykończenie kołnierza. Pierwszy raz zrobiłam dla siebie sweter z takimi rękawami - chciałam w tym projekcie dać im szansę, bo zawsze unikałam ich jak ognia, będąc przekonana, że absolutnie do mnie nie pasują. I wiecie co? Cieszę się, że spróbowałam, bo okazało się, że niesłusznie ich sobie odmawiałam! Czuję się w nich świetnie i planuję kolejne (również w szyciu:)).


Ta wygoda i luz sprawia, że Flora idealnie nadaje się jako sweter codzienny. Jest trochę jak bluza, którą zakłada się by było ciepło i komfortowo przez cały dzień. Wydziergałam go z włóczki grubości fingering, dlatego mimo swojej obszerności, jest lekki i nie poszerza drastycznie sylwetki. Ponadto sprawdzi się nie tylko na sezon jesienno-zimowy - grzeje dokładnie tyle ile trzeba, dlatego śmiało można nosić Florę wiosną i w chłodne, letnie wieczory.

Odrobinę skrócona będzie też świetnym dodatkiem do lnianej sukienki czy spódnicy. Ważne jest by ściągacz w takiej sytuacji opierał nam się na talii, a nie na biodrach. Taka modyfikacja wzoru będzie oczywiście niezwykle prosta!


 

Zrobiłam go z Chmurkowej włóczki, którą zostawiłam sobie po zamknięciu sklepiku - to Ladysheep w kolorze Glenn (merynos 1ply z jedwabiem). Użyłam 274 gramów, czyli około 1100 metrów. Myślę, że te teksturalne wzory pokochają się również z rustykalnymi, jednolitymi nitkami, czy też z klasycznym, skręconym merynosem! Istotne jest by użyć do jego wykonania kolory jednolite.



Wzór powstanie w przeciągu tygodnia lub dwóch, wtedy też ogłoszę nabór do testu. Proszę poczekajcie więc ze zgłaszaniem, by nic mi nie umknęło. Wtedy też podam wszystkie szczegóły dotyczące wzoru i projektu. Jeśli nie chcecie przegapić testu, możecie też zapisać się do listy mailingowej: klik!

 

Ciekawa jestem co sądzicie o mojej botanicznej Florze! W jakim kolorze widzicie swoją wersję?

Pozdrawiam Was ciepło!

Marzena

poniedziałek, 13 lipca 2020

SabinaSiestoe & Julie Asselin, czyli o dwóch słodkich współpracach

Wybaczcie mi tę chwilową nieobecność, ale przyznać muszę, że ostatnio bardzo potrzebowałam odpoczynku, głównie od internetu. W połowie czerwca, w ramach umilania sobie życia i walki z tym zmęczeniem, ruszyliśmy na północny wschód i spędziliśmy ponad tydzień wśród drzew i jezior, odcięci od sieci, z książką w ręku i pianką nad ogniskiem. Wróciłam świeża i naładowana pozytywnymi myślami i zdecydowanie chętna do dalszej kreatywnej pracy! :) Pierwszy tydzień po powrocie okazał się niezwykle pracowity, dlatego dopiero dziś melduję się na blogu.

Po powrocie do domu czekały na mnie dwie paczki - jedna z Danii, a druga aż z Kanady. Wnętrze obu paczek skrywało rzeczy słodkie i mięciutkie. Na pewno domyślacie się co w nich znalazłam :) Jako że dotarły do mnie w tym samym czasie, opowiem Wam o nich w jednym poście.

Cieszy mnie niezwykle, że od momentu zamknięcia sklepu i skupieniu się na projektowaniu, mam szansę nieprzerwanie podejmować współpracę z utalentowanymi farbiarkami, których pracę podziwiam i cenię. Miło mi, że gdzieś tam w świecie jest osóbka, która patrzy na moje projekty tak jak ja na jej włóczki i myśli sobie "kurczę, chciałabym, żeby ta projektantka zrobiła coś z moich włóczek, muszę do niej napisać!". I działa to w obie strony, bo i ja robię to samo! Gdy zachwycą mnie jakieś włóczki i zwyczajnie marzę o tym, by coś z nich wydziergać, od czasu do czasu pytam o możliwość współpracy. Współpracy, nie reklamy, to znaczy, że wszystko to powinno być oparte na sympatii, szczerych chęciach i zachwycie (obustronnym:)), pomocy, dyskusji i nawiązaniu nowej znajomości lub pogłębieniu tej już istniejącej. Szczerość w życiu jak i w pracy jest dla mnie niezwykle ważna, dlatego nigdy nie przyjmuję niespersonalizowanych ofert, nie zgadzam się na puste reklamowanie produktów i nie zachwalam rzeczy, których faktycznie nie chcę zachwalać. To nie moja bajka i obiecuję Wam, że reklam na moim blogu nigdy nie spotkacie! :)
Współprace, które podejmuję to po prostu wspólna praca dwóch zakochanych w wełnie i dzierganiu osób, które łączą siły i pragną podzielić się swoim talentem z tą drugą osobą. Ja otrzymuję piękne, wymarzone włóczki, z których mogę tworzyć, one projekt swetra z nich wykonany. Mogą pokazać światu jak ich włóczka wygląda, do czego się nadaje, mają w "bazie" kolekcję projektów dedykowanych ich kolorom i bazom. Dodatkowo, rzecz jasna, mówimy o sobie nawzajem, dzięki temu trafiamy do szerszej publiczności i pomagamy sobie w biznesie. Jeśli więc zastanawiałyście się jak to wygląda, to chyba wszystko jest już jasne :) A teraz przechodzę prędko do meritum.

Przede mną dwie, niezwykle miękkie i puchate współprace! Na każdą z nich czekałam niecierpliwie i jeszcze zanim włóczki trafiły w moje ręce, w mojej głowie pojawiały się pomysły na ich wykorzystanie. Ciekawe czy pokryją się z tym, co faktycznie z nich uplotę :)

Pewnego razu na Instagramie trafiłam na profil dziewczyny z Danii, która jest "świeżynką" na rynku, ale to, jak bawi się pastelami kupiło mnie od razu. Sabina (koniecznie zajrzyjcie na jej profil - klik!) ma swój konkretny styl i widać go w każdym kolorze, na każdym zdjęciu... Ja maślanymi oczami zerkałam głównie w kierunku tych pudrowych (wiadomo!) i gdy nadarzyła się okazja na współpracę, wybór był prosty. Musiałam tylko chwilę podumać nad bazą, bo niełatwo było się zdecydować. Jako wielka fanka włóczek 1ply, wybrałam właśnie ten typ wełny, ale tym razem w grubości DK - takiego projektu w mojej kolekcji wzorów jeszcze nie ma, prawda? Tylko spójrzcie na tę puchatą, mięsistą nitkę:

Kolor, który wybrałam nazywa się Havremælk, czyli mleko owsiane... chyba :) Jest to subtelny kremowo-różowy melanż - motek jest jakby tylko muśnięty kolorem, dzięki czemu nie ma mocnych przejść kolorystycznych, co będzie pięknie wyglądać w gotowym projekcie. Będzie to póki co najjaśniejszy sweter w mojej aktualnej szafie, zdecydowanie brakowało mi czegoś takiego.

Włóczka ta to 100% merynos, aksamitny w dotyku i ekstremalnie mięsisty i plastyczny. Posiada on wszystkie cechy potrzebne do uzyskania swetra, który kiełkuje w mojej głowie (jeśli chcecie wiedzieć więcej, to zapraszam do zapisania się do newslettera, bo tam zawsze zdradzam odrobinę więcej szczegółów:) klik!). Nitka jest absolutnie niegryząca, miękka, z odpowiednią dawką puszku - idealnie!

Otrzymałam od Sabiny sześć motków (nie sugerujcie się zdjęciem:)), czyli trochę ponad 1200 metrów, czyli dokładnie tyle ile zazwyczaj potrzebuję na sweter w rozmiarze S. Zapraszam Was do jej sklepiku na Etsy, co jakiś czas wrzuca tam swoje nowości: klik!

Druga paczka została nadana wiosną w Kanadzie przez znaną Wam dobrze, cudowną Julie Asselin (klik! i klik!)! Od ponad roku nie mam już łatwego dostępu do jej produktów, nad czym bardzo ubolewam, bo kto miał z nimi do czynienia, ten wie jak niezwykłe włóczki Julia posiada w swojej ofercie. Chęć nawiązania kolejnej współpracy ogromnie mnie ucieszyła, bo pracowanie z Julią jest niezwykle przyjemne.

Nie umiałam się oprzeć i wybrałam oczywiście moją ukochaną parę: Fino i Anatolię!

Najczęściej, gdy dziergam z dwóch włóczek, łączą ze sobą podobne odcienie, ewentualnie nieznacznie się różniące. Tym razem zapragnęłam kontrastu i słodkiego melanżowego efektu. Julie stwierdziła, że połączenie Biscotti i Rose Gold wyjdzie wyśmienicie! Cóż... nie mam wątpliwości :)

Jak już Wam wspominałam, Anatolia (mówię to z całą pewnością!) to najdelikatniejszy moher z jedwabiem jak w życiu miałam czy widziałam. Ta włóczka jest definicją luksusu! Miękka jak obłoczek, błyszcząca i niezbyt włochata. Anatolia tworzy wyłącznie puszyste halo, nie posiada długich, kudłatych włosków. Oczywiście wszystko zależy od tego czego nam potrzeba do danego projektu, ale ten moher to moher stylowy, nadający klasę dzianinie. O zaletach Fino mówić można godzinami. Oszczędzę Wam tego tym razem :)

Jestem zachwycona tymi włóczkami i kolorami! Muszę pędzić z obecnym projektem, bo trudno mi się opanować by nie zrobić choćby małych próbek...

A gdyby tego było mało... w paczce od Julie czekała na mnie jeszcze jedna rzecz, totalnie niespodziewana i właśnie dlatego tak wiele znacząca. Prezent, który jest zrobiony bezinteresownie po prostu wzrusza najbardziej. Julie podarowała mi piękny liliowy len z naprawdę dobrego sklepu z tkaninami z Kanady. Firmę Blackbird znam i przyznam, że nie raz wzdychałam do ich tkanin! To jest właśnie cała Julie...

Jak tylko powstaną próbki z nowych włóczek, to pochwalę się nimi tu czy na IG - będziecie mogli wtedy zobaczyć jaki efekt dają one w dzianinie oraz mniej więcej w jakim klimacie będą przyszłe projekty:) Ja tym czasem wracam do pracy nad botanicznym swetrem. Bardzo chciałabym go już mieć!

Do napisania wkrótce,
Marzena

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co słychać?

Dziś rano powitał nas za oknami niespotykany dotąd widok. Zamiast pola kukurydzy mamy pole ryżowe! Nie mogliśmy pojechać do Wietnamu, to Wietnam przyjechał do nas :)
Czy u Was też od paru dni nie sposób znaleźć suchego miejsca na zewnątrz? Ciemne chmury cały dzień przetaczają się po wrocławskim niebie, serwując w równych odstępach obfite ulewy. I mimo że nie mogę obecnie siedzieć na dopiero co urządzonym na ten sezon balkonie i cieszyć się słońcem (zasadziłam pomidory! Jest pierwszy owoc!!!), a weekend spędzamy raczej z książką w domu a nie na rowerach, i pomimo braku światła w domu i trochę sennego nastroju, to przyznać muszę, że jest całkiem optymistycznie. Każdego z nas w pewien sposób dotknęła obecna sytuacja - jednych mocniej, drugich mniej, ale z pewnością każdy na tym ucierpiał. Możliwość wyjścia na spacer, na lody czy do ulubionej restauracji pozwala po prostu odreagować i poczuć się normalnie! Więc co tam jakieś ciemne chmury!

Z przyjemnością oddaję się cały czas szyciu. Doszło do tego, że uzbierałam (jak na mnie) całkiem spory stosik tkanin. A znacie mnie na tyle by wiedzieć, że naprawdę nie znoszę gromadzić. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że każdy z tych materiałów jest przeznaczony na konkretną rzecz i tylko czeka na swoją kolej, oraz że trzy z nich to prezent :) Zanim nie zużyję tego co mam, nie kupię nic więcej. Myślę, że wtedy też skończę na razie szycie letnich ubrań i zacznę planować zimowy płaszcz. 

Podoba mi się ta kolorystyka niesamowicie! Oprócz tego co na stosiku, jest jeszcze jeden pudrowy len, który obecnie przemienia się w kopertową sukienkę.

Na drutach też się dzieje! Jeśli obserwujecie mnie na IG lub zapisaliście się do newslettera to mogliście już podejrzeć odrobinę. Sięgnęłam po włóczki z zapasów - to Ladysheep od Chmurki w kolorze Glenn i staram się zamienić go w coś bardzo botanicznego!

Oprócz tego uczę się techniki wypieku chleba. Od samych podstaw, starając się zrozumieć i poznać wszystkie sekrety. Daleka jest droga od teorii do satysfakcjonującej praktyki i jeszcze sporo kiepskich bochenków przede mną zanim osiągnę choćby przyzwoity poziom. Mamy w domu maszynę do chleba (swoją drogą genialny wynalazek), która dostarcza nam kilka razy w tygodniu aromatyczny i przepyszny ciepły chleb i on wychodzi nam naprawdę bardzo dobrze. Wbrew pozorom, maszyna taka naprawdę potrafi zrobić dobry chleb! Rzecz w tym, że jakoś ostatnio zapragnęliśmy więcej i okazało się, że mamy zerową wiedzę na temat wypiekania pieczywa. Nie chodzi o przepisy, ale o technikę właśnie. Bardzo chcę wiedzieć "dlaczego?" "jak?" "po co?", dlatego właśnie wybrałam tę książkę:
 

Lubię książki, które zakładają, że czytelnik potrafi myśleć :) Autorem jest doświadczony piekarz, który nie tylko podaje nam gotowe instrukcje, ale przede wszystkim uczy. O mące, wyrabianiu, procesach zachodzących w cieście, składnikach i ich wpływie na gotowy wyrób itp. Bardzo lubię dowiadywać się takich rzeczy! Nawet jeśli nie umiem ich zastosować w praktyce (jeszcze, mam nadzieję:)), to lubię znać podstawy gdy zaczynam interesować się jakimś tematem. Pierwsza próba wypieku za mną i chociaż po drodze zrobiłam błędy w każdym możliwym etapie (no może tylko zaczyn wyszedł bez zarzutu) to byłam w szoku, że chleb wyszedł i był całkiem smaczny. Śmiejcie się, ale mam zeszyt, gdzie postanowiłam prowadzić coś w rodzaju chlebowego pamiętnika. Dzięki temu, mam nadzieję, następnym razem błędów będzie mniej! :) Trzymajcie kciuki.

Wiem, że wiele z Was piecze i jest to bardzo inspirujące! Mam nadzieję, że Was dogonię:)) 

Pozytywne myśli krążą po mojej głowie, jeszcze z jednego powodu... w końcu możemy wrócić do treningów! Nie sądziłam, że kiedykolwiek w swoim życiu powiem coś takiego, ale faktycznie tęskniłam okrutnie za regularnymi wyprawami do boxu! Przez trzy miesiące trenowaliśmy intensywnie w domu, ale to zupełnie coś innego. Wypożyczyliśmy hantle i skrzynię, kupiliśmy dobre skakanki, mamy w domu drążek, ale to nadal tylko jakiś ułamek tego co jest tam, na miejscu. 

W sobotę rano wybraliśmy się na pierwsze zajęcia i z tej ekscytacji złapałam za większe ciężary niż zwykle, co oczywiście skończyło się mega zakwasami ;) Było warto! Miło jest ćwiczyć w znajomej grupie, poczuć znowu tę motywację i rywalizację, a przede wszystkim po prostu wyjść z domu, wrócić do normalności, do naszej ukochanej rutyny. No i jak te chmury i deszcz mają mi zepsuć nastrój?

Tego samego dnia pojechałam odebrać ze sklepu coś, o czym marzyłam od kilku lat! Nabyłam nowy obiektyw - wymarzony, profesjonalny, idealny do mojej pracy i stylu życia:

Zdecydowałam się na Sigmę o ogniskowej 35 mm i przesłonie f1.4f! Jeśli nie znacie się na sprzęcie fotograficznym, skrótowo opiszę Wam skąd ta radość :)

Mój pierwszy jasny obiektyw ma przesłonę 1.8. To bardzo jasne szkło, które pozwala tworzyć nam te wszystkie magiczne bokehy i rozmycia tła w portretach oraz daje możliwość fotografowania przy małej ilości światła. Jak widzicie TEN jest jeszcze jaśniejszy! Przyznać muszę, że ten maluszek od Canona, który jest z nami chyba już 10 lat robił niezłą robotę, chociaż jednocześnie potrafił doprowadzać nas do szału. To bardzo tani sprzęt (około 400 zł), a mimo to robił niesamowite rzeczy. Czuć jednak, że jakość wykonania jest niska, autofocus wariuje, zwłaszcza w fotografii pod światło, a ostrość nie jest powalająca.

W każdych testach, które przeglądałam, Sigma rozkładała inne obiektywy na łopatki w kwestii ostrości. Nie dość więc, że obiektyw jest jaśniejszy, co daje nam jeszcze więcej możliwości, to potrafi
zrobić wszystko lepiej :) 

Oba obiektywy są stałoogniskowe, oznacza to, że nie możemy zmieniać "przybliżenia" - nie posiadają zooma. Wahałam się między ogniskową 35 i 50 mm. Canon to pięćdziesiątka, więc kadruje dość ciasno, ale z drugiej strony nie tworzy zniekształceń. Po obejrzeniu tysiąca fotografii wykonanych na ogniskowej 35 mm i zapoznaniu się z opinią fotografów portretowych, przekonałam się, że 35 mm również sprawdzi się idealnie w portretach, a nawet da nam więcej możliwości niż 50. Te wszystkie kadry i efekty, których wcześniej nie mogliśmy wykonać z tym maluszkiem, teraz są możliwe i nie mogę się doczekać by go spróbować w konkretnej sesji! Dodatkowo taka ogniskowa jest lepsza do fotografii podróżniczej, co ma dla nas równie duże znaczenie. Spróbowania tych zdjęć jeszcze bardziej nie mogę się doczekać... 

Jakość wykonania nie jest tylko widoczna gołym okiem, ale również można poczuć ją w dłoni... Nowy obiektyw waży ponad 600 gramów:)
Nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała go na spacer w celu wstępnego zapoznania się z jego możliwościami! Chciałam głównie sprawdzić jak poradzi sobie autofocus w przypadku fotografowania detali w bardzo gęstym otoczeniu. Jestem zachwycona!

Nawet późnym popołudniem, w ciemnym lesie i przy niewielkiej ilości światła, poradził sobie idealnie:

Trafiliśmy w drodze do lasu na łąkę pełną maków, więc miałam bardzo urocze miejsce do testów:
 

Tymi pozytywnymi kadrami się z Wami dziś żegnam! Dajcie znać co u Was słychać! 
Do napisania :)
Marzena

czwartek, 7 maja 2020

Posy - test

Zgodnie z obietnicą wracam do Was ze swetrem Posy i ogłaszam test! Przeczytajcie proszę uważnie poniższe informacje by wszystkie zasady były jasne :) Z góry dziękuję za każde zgłoszenie!

  1. Początek testu 15.05.2020
  2. Koniec testu*: 05.07.2020
  3. Rozmiary: XS (S, M, L) [XL, 2XL, 3XL] (4XL, 5XL)
  4. Obwód swetra w klatce piersiowej: 94 (99, 108, 113) [122, 128, 136] (141, 150) cm
  5. Sugerowany luz: 10-16 cm. Ja dziergałam rozmiar S z 13 cm luzu.
  6. Włóczka: Positive Ease Merino Singles (100g/366m): około 677 (732, 840, 950) [1024, 1134, 1207] (1281, 1390) m (możecie wybrać dowolną włóczkę, która da Wam wymaganą próbkę)
  7. Próbka: 25 oczek na 34 rzędy na drutach 3.75, ściegiem gładkim. Wymiary po blokowaniu.
  8. Poziom trudności: średniozaawansowany
  9. Dozwolone modyfikacje: długość rękawów i korpusu oraz liczba guzików. Można również wybrać jedną z trzech dostępnych wersji: pulower z guzikami, kardigan z guzikami oraz sweter niezapinany.
Wzór zawiera instrukcje słowne oraz schematy - instrukcje się nie pokrywają, więc jeśli nie radzicie sobie z jedną z tych form, proszę poczekajcie na gotowy wzór by móc dziergaj bez pośpiechu i niepotrzebnego stresu :) 

Wzór docelowo powstanie również w języku polskim, ale test (wzór i cała komunikacja) odbywać się będzie wyłącznie w języku angielskim. Jest to bardzo istotna kwestia i niestety nie mogę zrobić żadnych wyjątków, przepraszam! Często prowadzimy w grupie długie wymiany zdań i niemożliwe jest prowadzenie ich w dwóch językach jednocześnie lub tłumaczenie wszystkich wypowiedzi na język polski. Dlatego proszę Was o wyrozumiałość! :)

Test odbywa się w grupie na Facebooku gdzie możecie wymieniać się opiniami, postępami, zadawać pytania itp. Jeśli nie posiadasz Facebooka, proszę poinformuj mnie o tym. 

Jeśli macie ochotę dołączyć do testu, wyślijcie o mnie wiadomość na adres mailowy: contact@marzenakolaczek.com i pamiętajcie by wskazać rozmiar, którym jesteście zainteresowane. Jeśli nadal będzie wolny, odezwę się do Was i prześlę dalsze informacje tak szybko jak to możliwe! :)

*koniec testu oznacza wykonanie swetra, wypełnienie ankiety i wykonanie zdjęć.

Bardzo Wam dziękuję! Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 21 kwietnia 2020

Posy

Gdy już człowiek uszyje sobie mnóstwo romantycznych letnich sukienek, to do pełni ubraniowego szczęścia brakuje mu tylko lekkiego, równie romantycznego, sweterka. Dzięki niemu sukienki te można nosić wiosną, a i w letnie wieczory coś ciepłego na ramionach może sprawić niemałą przyjemność. To właśnie miałam w głowie, gdy wybierałam włóczkę od Sue. Kolor musiał pasować do większości uszytych ubrań, a sama włóczka musiała być lekka i zwiewna. Co dokładnie wybrałam ze sklepiku Positive Ease, możecie przeczytać w tym poście: klik! A dziś w końcu pokażę Wam w co zamieniłam te apetyczne waniliowe motki :)

Sweterki do sukienki miałam dotąd trzy - dwie wersje mojego projektu Lea oraz Sibelle autorstwa Carrie Bostick Hoge. Każdy z tych niewielkich pulowerów jest dopasowany, z okrągłym karczkiem i słuszną dawką ażuru. Tym razem miałam ochotę na coś innego! Zostałam przy ażurze, bo uwielbiam go w połączeniu z sukienką czy spódnicą, plus sprawia, że sweterek jest lekki i wdzięczny, ale zamiast dopasowania wybrałam powiewanie, a w miejsce zaokrąglonego dekoltu, pierwszy raz poszłam w serek. Co więcej! Ten pulower to taki "prawie" kardigan, czyli kolejna niespotykana u mnie sprawa. Prawie, bo moja wersja jest nierozpinana, chociaż wzór będzie miał do wyboru kilka wersji - rozpinaną, nierozpinaną z guzikami, oraz powiewającą beztrosko, bez łączenia na przodzie. Ale co ja tu streszczam, zobaczcie sobie sami. Oto Posy!
 

By dobrze grać z sukienką, Posy kończy się delikatnie poniżej talii. Ta długość jest kluczowa w takim zestawieniu - sweterek nie przytłacza i nie zakrywa zbyt wiele. Nie mam w swojej szafie swetrów, które noszę jednocześnie do spodni i do sukienek. To są dwie osobne kwestie i warto potraktować je indywidualnie.
 

Ale w bardzo łatwy sposób można też zrobić z niego dłuższy sweter do spodni! Mniejszy luz i odpowiednia liczba dodanych centymetrów nada mu zupełnie inny charakter. We wzorze na pewno pojawi się taka podpowiedź byście sami zdecydowali czym Wasz Posy ma być :)


Dekolt jest głęboki, ozdobiony ściągaczową plisą, do której przyszyłam 4 guziczki. Przymocowałam je po prostu przez dwie warstwy - nie planuję rozpinania sweterka, po prostu uwielbiam tego typu dekolt (jak w tej sukience - klik!) i guziki są tu po prostu niezbędne!

Martwiłam się o to, gdzie kupię teraz idealnie pasujące kolorem guziki (nie chciałam kontrastu), ale okazało się, że te z Rencami, które kupiłam jakiś czas temu ze względu na motyw liści, po lewej stronie mają biszkoptowy kolor! Nieźle się komponują, prawda?

No ale wiadomo - główną rolę gra tu ażur! Tworzy on coś na kształt "fali", która równomiernie opada i nieznacznie się wznosi. By zachować ten efekt i jednocześnie kształt dekoltu, muszę się nieźle nagłowić przy liczeniu rozmiarów. Ale spokojnie - obiecuję, że w dzierganiu będzie prosty i intuicyjny. Najgorsze biorę na siebie :)
  
 

Podoba mi się jak wzór wyłania się na ramieniu i układa wzdłuż plisy...

 

Wykonaliśmy sesję na polnej ścieżce, podczas pięknego ciepłego zachodu... nawet takie proste miejsca pełne są wtedy magicznego światła! Lubię tę miejscówkę, często do niej wracamy bo jest pod ręką i zapewnia czarujący bokeh! Oraz ciszę i spokój, nie licząc bzyczenia w koronach drzew...

Wzór powstanie w przeciągu tygodnia lub dwóch, wtedy też ogłoszę nabór do testu. Proszę poczekajcie więc ze zgłaszaniem, by nic mi nie umknęło. Wtedy też podam wszystkie szczegóły. Jeśli nie chcecie przegapić testu, możecie też zapisać się do listy mailingowej: klik!
 
Miałam do dyspozycji trzy motki włóczki Merino Singles (1 ply merino) w kolorze Biscuit, czyli około 1100 metrów, ale nie użyłam ich w całości plus wykonałam sporo próbek. Zużycie jest więc niewielkie. Dokładny metraż dla wszystkich rozmiarów podam Wam w następnym poście.
Dziergałam na drutach 3.75 mm - jest to moja ulubiona grubość drutów dla włóczek typu single. Dzianina jest wtedy lekka i zwiewna.
 
Ciekawa jestem co sądzicie o moim Posy i czy też lubicie takie niewielkie sweterki do sukienek? Ogromnie się cieszę, że ten pasuje praktycznie do każdej jaką uszyłam. No dobra, oprócz jednej, która jest w identycznym waniliowym kolorze - to by było zbyt wiele :))

Pozdrawiam serdecznie!
Marzena