Pokażę Wam dziś moją pierwszą (taką dużą) i ostatnią chustę - przynajmniej na razie - która od początku do końca jest jakaś taka... inna:).
Na wstępie prośba. Proszę się ze mnie nie śmiać!
Chustę Color Affection autorstwa Veery Välimäki zaczęłam jakoś chyba na początku roku. Nigdy nie zabrałabym się za chustę, gdyby nie brak wełny (leciała do mnie dopiero zza oceanu) i głupi pomysł, że fajnie mieć tak na wieczory coś do zarzucenia na ramiona. Ja chustowa/szalowa nie jestem wcale, szalik noszę tylko zimą. Ale lubię mieć kocyk na pleckach gdy zaczyna być chłodniej. No to się zabrałam. Najpierw sprułam Vectora, szalik, który początkowo był robiony z tej włóczki, ale w połowie się znudziłam, a poza tym jakiś taki za wąski wychodził. Zanim przyszła wełna (i wena) dziergałam go dzielnie, ale jak już doszłam do miliona oczek na drutach, i wyobraziłam sobie ile ich będzie jak z każdym rzędem będę dodawać nowe, to szło mi coraz gorzej. To jakaś dziwna sprawa jest, bo ja uwielbiam duże projekty. Ale to była chusta! A ja nie znoszę ich dziergać... Taki uparciuch ze mnie. Chustę odłożyłam i już wiedziałam, że jej nie dokończę. Dlaczego? Bo ja nie mogę i nie potrafię i nie lubię mieć więcej niż jednej robótki na drutach. Jeśli coś odkładam to dlatego, że już tego nie chcę. W innym wypadku nie mam sumienia i żal mi - lubię zacząć i skończyć za jednym zamachem.
I wydarzyła się rzecz niesamowita! W poprzednim tygodniu przyjechali do Nas, do Wrocławia rodzice Mateusza. I akurat na drutach (u Danonk) była chusta, która dała jej nieźle w kość - a raczej ciągły problem z ilością wełny. Wychodzi na to, że dobrze mieć towarzysza niedoli, tak więc zostałam w pewien sposób zmuszona do uporania się z moją "zmorą". Poza tym po kilku dniach jechaliśmy razem do Ustki, więc była to robótka idealna (ekhem) do samochodu, jako że to same prawe oczka są. Odłożyłam więc sweterek, którego w aucie za chiny bym nie ogarnęła (uroki choroby lokomocyjnej i ażurowego wzoru) i zabrałam chustę na wakacje. Na aucie się nie skończyło, musiałam ją dziergać przez następnych kilka dni na plaży.
No i tu zaczyna się wariactwo. Cuda wianki. Cyrk na kółkach.
Oczywiście robiłam źle! Nie aż tak źle, by trzeba było pruć, ale zdecydowanie wydłużyłam sobie robotę. Zamiast robić kolejne rzędy skrócone co 3 oczka, to ja robiłam co 2. Niby jedno oczko prawda? Ale jak się ma 300 oczek, a w każdym rzędzie dodaje się 2 lub 3 oczka... no, widzicie sami. Postanowiłam oszukać i ostatnie rzędy zrobić już jak trzeba (to było jakieś parę rzędów mniej do dziergania!!!).
No ale łatwo być nie może - wełna postanowiła się skończyć! Więc dół mam pstrokaty, a ostatni pasek zamiast mieć 5 cm ma tyle na ile wystarczyło włóczki.
Podsumowując: nic tam nie jest jak trzeba:), ale cieszę się ogromnie, że ją skończyłam! Zdjęcia oczywiście robił Mateusz.
Nie jest to kolorystyczny cud świata, bo wełna nie była kupowana pod ten projekt. Wymyśliłam na szybko układ kolorów i już. Cieszę się, ze wyszła taka niezobowiązująca, neutralna i skromna. Nie będzie mi żal targać ją wiecznie na taras/do ogrodu/na pole na spacer.
Włóczka to Arwetta Clasic od Filcolany. Miękka, delikatna i świetnie znosząca użytkowanie i pranie. Bardzo ją lubię!
Na koniec jeszcze trochę żali. Znowu mam dwie robótki na drutach! Bo zaczęłam gruby sweter i stwierdziłam, że lato jest i chyba coś do sukienki by się jednak przydało... no i masz babo placek. Już nigdy więcej tak nie zrobię. Jak Wy dajecie radę dziewczyny?
Pozdrawiam,
Marzena