Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2020

Nikko Dress

W poprzednim poście (klik!) pokazałam Wam mój pierwszy, ręcznie uszyty płaszcz i przy okazji, chwaląc się podszewką, zdradziłam o czym będzie dzisiejszy post :). Kilka dni po skończeniu Cambrii Duster, w ekspresowym tempie uszyłam sukienkę, dzięki czemu załapała się na weekendową sesję i tak oto piszę do Was drugi raz w jednym tygodniu. 

Ale przyznać muszę, że mam ostatnio spory problem z blogiem. Nie chodzi o chęci prowadzenia go, bo ja nadal bardzo lubię pisać, ale o... motywację związaną z aktywnością na blogu. Biję się mocno z myślami - pisać czy nie? Ma to w ogóle sens? Wiem, że jest ze mną stała grupka osób, których obecność niezwykle mnie cieszy i którym dziękuję ogromnie za każdy odzew, ale z każdym postem jest jednak coraz ciszej... Nie chodzi tylko o komentarze, ale również o liczbę wejść. Piszę tu, na Facebooku i Instagramie. I to właśnie na blogu, gdzie piszę o wiele, wiele więcej, tu gdzie otwieram się najbardziej, czuję najmniejsze zainteresowanie. Nie obwiniam za to nikogo - wszak to Wasza decyzja gdzie macie ochotę zaglądać i jaka forma treści i kontaktu (na przykład ze mną) odpowiada Wam najbardziej! Niemniej chciałam Wam powiedzieć o moich odczuciach i o tym, że biorę pod uwagę zrezygnowanie z bloga. 

Póki co jestem, ale nie umiem powiedzieć jak długo jeszcze. Cóż, zobaczymy!


Wracam jednak do głównego tematu posta, czyli sukienki Nikko (link do wzoru: klik!). Pewnego razu na kawie z Anią (tą moją Anią od szycia, ale też od dziergania), moim oczom ukazała się przepiękna sukienka! Niestety była już zajęta i z gracją noszona przez jakąś dziewczynę, więc jedyne co mi pozostało to ją znaleźć lub uszyć samemu. I niestety ta sukienka, którą Wam dziś pokażę, wcale nią nie jest - tamtej nie udało mi się jeszcze kupić czy uszyć, ale to nic! Bo ten widok sprawił, że otworzyłam się na nowe kroje i wzięłam pod uwagę nowe dla mnie materiały. Wykroje, które odrzucałam bez zastanowienia, zaczęły kusić. I gdy szukałam tamtej jednej jedynej, trafiłam właśnie na Nikko Dress. Jaki był rezultat tego spotkania zapewne już się domyślacie :) Kupiłam wzór, znalazłam idealny materiał i uszyłam ją tak szybko jak się dało. I nie ma opcji bym miała w szafie tylko jeden egzemplarz.

Chyba nigdy nie miałam tak wygodnej sukienki! Być może jej dopasowanie może komuś sugerować, że ogranicza ruchy, albo uciska tu i ówdzie, ale absolutnie nic z tych rzeczy. Ona jest jak dres po domu, jak najwygodniejsza piżamka :) 

To jednoczesne dopasowanie do ciała i komfort jest efektem kroju oczywiście, ale moim zdaniem głównie materiału, na który się zdecydowałam. Już kiedyś chodziło mi to po głowie, ale nie byłam pewna czy to dobry pomysł, aż nie znalazłam tych dwóch sukienek: klik! i klik!, a dodatkowo nie okazało się, że sklep Metry i Centymetry ma swój lokal we Wrocławiu i oferuje taki właśnie materiał w kilku naprawdę super kolorach (klik!)! Pojechałam, sprawdziłam splot, gramaturę i miękkość i kupiłam ponad 2 metry bawełnianego ściągacza :) Na poniższym zdjęciu możecie dostrzec prążkowaną fakturę:

Materiał jest gruby, ale nie sztywny, ciepły i bardzo sprężysty. Moim zdaniem ideał! Świetnie mi się go szyło, ale nie mogłam po prostu użyć overlocka do łączenia szwów. Jego sprężystość na to nie pozwalała i każda próba (z różnymi naprężeniami nici) kończyła się bardzo luźnym szwem i widocznymi nitkami na prawej stronie. Ale to żaden problem, maszyna świetnie sobie poradziła.

Jak widzicie zrobiłam sobie sukienkę z golfem. Jeszcze kilka lat temu nie akceptowałam żadnego ubrania powyżej obojczyków, ale teraz w ogóle mi to nie przeszkadza. No i kolor! Wcale nie jest różowy, prawda? Już na dobre polubiłam się z mahoniami, koniakami czy terakotą. Grunt by kolor był  przydymiony, zgaszony, a nie mocno nasycony.

Oceniając tabele rozmiarów uznałam, że powinnam wybrać rozmiar 4 w biuście i 6 w biodrach. Uznałam, że w czwóreczce na biodrach i tak pewnie będzie delikatnie luźno, a mi zależało na dopasowanej sukience, więc po prostu zaryzykowałam i wycięłam go bez modyfikacji. Okazało się jednak, że sukienka wyszła bardzo luźna! Leżała tylko dobrze w ramionach, ale w biuście był już niewielki luz, talia wręcz tonęła w nadmiarze materiału, a i na biodrach Nikko smętnie wisiała nie podkreślając absolutnie nic. Zapewne powodem takiego stanu rzeczy jest ta spora sprężystość ściągacza. Sukienki uszyte z klasycznego jerseyu, które widziałam na stronie autora czy w galerii na Instagramie pod hashtagiem #nikkodress, nie wypadają wcale tak źle. Czasem faktycznie są w moim odczuciu zbyt obszerne, ale ogólnie nie zaobserwowałam wielkiego dramatu.

W sumie trochę się spodziewałam, że nie uniknę dopasowywania, bo każdy rozmiar miał większy obwód w talii niż bym sobie życzyła, ale nie sądziłam, że będzie to aż tak drastyczne :) Niemniej modyfikacje w takim kroju i z takim materiałem są banalnie proste. W ramionach leżała dobrze, to najważniejsze! Wystarczyło tylko zebrać równomiernie nadmiar z boków, w tym celu ubrałam sukienkę i poprosiłam Mateusza o zaznaczenie szpilkami odpowiednich miejsc. Zredukowałam tym sposobem około 3 cm z każdej strony (na płasko) w biuście i biodrach oraz prawie 6 cm z każdej strony w talii. Zostawiłam tylko taki luz by łatwo się ją zakładało i komfortowo nosiło.


Rękawy i dół sukienki wykończyłam overlockiem, podwinęłam i przyszyłam używając podwójnej igły. Dzięki temu ścieg jest bardzo elastyczny, ale nadal prosty - na prawej stronie mam dwa, równoległe ściegi, a po lewej niewielki zygzaczek.

Używałam nici Ariadna, o numerze 8011. Musiałam zrobić kilka próbnych ściegów zanim znalazłam idealne parametry do szycia ściągacza, ale nie jest to trudny w szyciu materiał. Zachowuje się po prostu ciut inaczej niż wszystko to, co do tej pory znałam. 

 

Sukienka jest tak prosta, że szycie jej jest po prostu ekspresowe! Chciałabym jeszcze różową wersję, może karmelową, beżową, szarą, z golfem i taką bez, z lżejszej tkaniny na wiosnę, z rękawem 3/4...  

Cena materiału, który wybrałam jest tak korzystna, że nie zamierzam się ograniczać tej zimy tylko do tej jednej:) Moim zdaniem Nikko ma same zalety: jest niewyobrażalnie wygodna, stylowa, kobieca, jednocześnie codzienna i na wieczorne wyjście, nieskomplikowana, łatwo ją zmodyfikować i dopasować do naszych potrzeb. Szyjcie ją, mówię Wam!

 

Pozdrawiam,

Marzena

niedziela, 5 kwietnia 2020

Sia Dress

W ostatnim czasie udało mi się uszyć całkiem sporo ubrań, ale jedna sukienka była naprawdę wyjątkowa... Latem zeszłego roku zobaczyłam na Instagramie przepiękny projekt i postanowiłam, że muszę go mieć w swojej szafie! Rzecz w tym, że sukienka ta nie powstała z żadnego dostępnego wzoru, a była autorskim projektem bardzo utalentowanej Taree, która już nie raz mnie szyciowo zainspirowała. Rozczarowanie chwało tylko chwilę, bo okazało się, że Taree planuje przemienić ten projekt we wzór i... przygarnie mnie do testowania! Ha!

Wzór właśnie został opublikowany (do kupienia na stronie autorki: klik!), więc z przyjemnością dzielę się efektami! Zdjęcia domowe oczywiście, bo izolujemy się jak należy. Na szczęście słońce wpadło w odwiedziny :) Oto moja testowa Sia Dress:

 


Sukienka powstała z leciutkiej i miękkiej bawełny Kaia Natural ze sklepu MeterMeter. To tkanina z Indii, barwiona w tradycyjny sposób przy użyciu tylko naturalnych materiałów. Zależało mi na nienachalnych paskach. Chciałam coś podobnego do pierwowzoru Taree (klik!), ale oczywiście w moich kolorach, mam więc nieregularne miodowe paseczki na waniliowym tle. Idealnie! Pięknie pasują do mojej garderoby :) Kupiłam 2.8 m tkaniny i zostały mi dosłownie skrawki. Używałam nici Drima, w kolorze 0475.


Na zdjęciu powyżej (i poniżej:)) widać dokładnie konstrukcję. Mamy tu ciekawie wyprofilowany pas z wiązaniem, głęboki dekolt V, który jest "spięty" kilka centymetrów przed końcem, dzięki czemu powstało urocze rozcięcie poniżej, zakładki pod biustem i przodzie spódnicy, zaszewki z tyłu, kieszenie, rozporki, ukryty zamek, lekko bufiaste, wiązane rękawy... Ta sukienka jest pełna takich uroczych detali! Niesamowity profesjonalizm. Ogromnie mi to imponuje! :)

Leciutkie marszczenie na ramieniu - super urocze!


I ten zamek! To był mój pierwszy kryty zamek i jest kompletnie niewidoczny, prawda? A sięga od samej góry aż za linię pasa. Jestem troszkę z siebie dumna :P
 


Był to mój pierwszy szyciowy test i mam nadzieję, że udało mi się pomóc autorce. Naprawdę fajnie mi było po tej drugiej stronie, móc wymieniać się z dziewczynami z całego świata uwagami, wyborami materiałów, postępami... No i mieć swoją Sia Dress jako jedna z pierwszych :)

Sukienka ma dwa rozcięcia po bokach, oraz udawana plisę na guziki na przodzie (z małym rozcięciem na dole). Ja jednak zrezygnowałam z guzików, chciałam by dół pozostał lekki i nie odciągał uwagi od reszty. 

Miałam chwilę zwątpienia przy wyborze rozmiaru. Mój obwód w klatce piersiowej to 86 cm. Byłam idealnie między rozmiarami. Chciałam by sukienka była dopasowana w talii, bałam się więc wybrać ten większy (myślę, że istotne jest tu dobre dopasowanie, by wyciągnąć z tego kroju tyle ile się da!).
Mając dobre wymiary w talii i biodrach, ale martwiąc się o biust, zrobiłam pierwszy raz próbne szycie. Uszyłam z zasłonkowego materiału samą górę i upewniłam się, że rozmiar 4 będzie idealny!
Wszystko się zmieściło, pozostawiając dokładnie tyle luzu ile potrzeba, by ubranie było wygodne w noszeniu.

Taree (i testerki:)) postarała się by instrukcje były przyjazne początkującym, więc naprawdę polecam ją każdemu! Sia dostępna jest w czterech wariantach - krótkiej i długiej oraz z dwoma różnymi rodzajami rękawów. Ja wybrałam wersję midi z wiązanymi rękawami. 

Czekam tylko, aż będę mogła ubrać ją pewnego ciepłego dnia i wybrać się na coś dobrego na mieście :) Póki co cieszy moje oczy za każdym razem gdy otwieram szafę!

Pozdrawiam Was!
Marzena

czwartek, 31 października 2019

Kelly Anorak

Proszę się nie śmiać, ale... marzyłam o żółtej kurtce! Takie małe marzenie siedziało we mnie od roku czy dwóch, zerkałam od czasu do czasu na te sklepowe, ale jako że to jest raczej zachcianka niż potrzeba, to mój wewnętrzny wróg wszelakich zakupów zwyczajnie się buntował. I wiecie co? Dobrze na tym wyszłam! Bo marzenie spełniło się w jeszcze lepszy sposób. Mam w końcu swoją żółtą kurtkę. I na dodatek zrobiłam ją w 100% sama!!!

Dobra, zacznijmy to szaleństwo - wybaczcie, ale duma nie pozwala mi być skromną! Będzie tu trochę ekscytacji graniczącej z obsesją. Trochę wariuję na myśl, że po niecałym roku szycia, siadłam i uszyłam kurtkę z podszewką. Wybaczycie? :)

Nie ma czasu na długi wstęp, muszę ją Wam pokazać! Oto moja Kelly Anorak w wymarzonym żółtym kolorze:

Ta kurtka ma wszystko. Kaptur, kieszenie, sznureczek, zamek, zakrycie zamka, napy, podszewkę... Uważam, że dobre projekty można poznać po ilości i jakości szczegółów. Ilość elementów w tym wzorze i sposób ich wykończenia robią na mnie wielkie wrażenie. Gdyby tego było mało, to wszystko jest świetnie skrojone i nie musiałam nic zmieniać (pewnie i tak nie wiedziałabym jak, więc całe szczęście:)).


Od początku wiedziałam jaki kolor będzie miała tkanina wierzchnia. Wybrałam "praną" bawełnę twill (washed cotton) o dość wysokiej gramaturze. Materiał jest miękki i świetnie się układa! Kupiłam ją w sklepie MeterMeter - klik! Wybór podszewki za to był bardzo ciężki. Na początku chciałam coś słodkiego, różowego i kwiecistego. Ale czym dłużej patrzyłam na takie połączenie, tym mniej mi się podobało. Wybrałam coś zupełnie innego i myślę, że to nadało tej kurtce charakteru! Nie jest różowo, wręcz przeciwnie, ale te owoce, warzywa i małe robaczki mnie kupiły :)
 

Ten uroczy materiał to naprawdę świetna bawełna od Liberty London (klik!), a kupiłam ją w polskim sklepiku Popcouture. Jest to sklep internetowy, ale jakiś czas temu otworzyli stacjonarny sklep (uwaga, uwaga!) we Wrocławiu!!! Jestem tym faktem absolutnie zachwycona. Poznałam już uroczą właścicielkę, oraz równie uroczą sprzedawczynię. Dziewczyny są niezastąpione! Konstancja sprowadza świetne tkaniny, ma niezłe oko do kolorów i wzorów. Szczerze polecam - nie znalazłam jeszcze lepiej i piękniej wyposażonego sklepu w Polsce.

Oczywiście podszewkę widać głównie na kapturze. Ale jest coś satysfakcjonującego w szalonej podszewce, nawet gdy widzimy ją tylko my.



Każdy etap szycia był bardzo ciekawy, choć wcale niełatwy. Chyba najwięcej natrudziłam się nad kieszeniami. Opis we wzorze był dla mnie niekiedy bardzo niejasny dlatego sporo czasu mi na nich zeszło. Dopiero później odkryłam, że autor wstawił obszerne posty do sieci z opisanym każdym krokiem. Na szczęście miałam w domu inną Kelly Anorak (Ania użyczyła mi jednej swojej - dziękuję!), więc mogłam przyjrzeć się jaki efekt ostatecznie mam osiągnąć. 
Pierwszy raz robiłam takie kieszenie - są tak jakby "trójwymiarowe". Ma to swoją nazwę? :) Jest tu też klapa imitująca zamknięcie.

Kaptur jest niezwykle wygodny. Ładnie układa się na głowie i chroni przed wiatrem. Jest zapinany na dwie napy, które to własnoręcznie montował Mateusz :)
 
 

Wybrałam czarne dodatki (sznurek i zamek) oraz złote, błyszczące wykończenie. Ciężko znaleźć idealnie pasujący zamek, więc zdecydowałam się na klasykę. Widać go niewiele tak naprawdę, ale i tak sądzę, że czarny świetnie się tu spisuje. Sznureczki mają złote końcówki, a przy otworach (oczywiście wykończonych złotymi oczkami!) są metalowe złote stopery do ściągania sznurka w pasie.
 

W sumie szycie zajęło mi około trzy tygodnie. Siadałam do maszyny na krótki czas, ucząc się przy okazji nowych rzeczy. Dodatkowo źle zrozumiałam instrukcje początkowe i wycięłam o trzy elementy za mało... i nie miałam już odpowiednich kawałków tkaniny! Musiałam domówić 40 centymetrów, ale na szczęście przesyłka doszła ekspresowo. Pojawił się jeszcze jeden problem - nigdzie we Wrocławiu nie mogłam dostać dobrej flizeliny. Nie chciałam używać tej, która w dotyku przypomina papier i rwie się przy każdym najmniejszym pociągnięciu. Są flizeliny "tkane", przypominające siateczkę. Są sztywne i wytrzymałe, a dodatkowo lepiej przyklejają się do materiału. Nie chciałam wkładać w warstwy kurtki czegoś, co może się odkleić po piątym praniu. Na ratunek przybyła Ania, oddając mi swoje zapasy i ratując moje weekendowe szycie... 

Udało mi się popełnić tylko jedną gafę! :D Zapomniałam wszyć krawędzi tunelu na pasek w zamek i otaczające go elementy. Zorientowałam się dopiero gdy już chciałam tworzyć tunel (ostatni etap!). Postanowiłam delikatnie podwinąć krawędź i przyszyć ją jak najbliżej istniejącego już szwu. Musiałam szyć ręcznie by nie było widać nici, ale miałam już małą wprawę, bo kilka elementów wcześniej musiałam wykonać trochę takich niewdzięcznych łączeń. Na przykład tu:

Żeby móc wywinąć kurtkę na prawą stronę, w okolicach "wieszaczka" był pozostawiony otwór. Potem oczywiście należało wypatrzeć oczy i trochę powariować z igłą w ręku. 

Uwielbiam tę kurtkę, nie będę kłamać. Żal tylko, że jest już tak zimno. Moja Kelly nie jest ocieplana i martwię się, że już jej nie założę w tym roku! Kilka dni temu byliśmy w górach i pogoda była przepiękna, wiec z rozkoszą chodziłam i pokazywałam światu swoje żółte, własnoręcznie spełnione marzenie :) Jestem przekonana, że uszyję następną. Tym razem w neutralnym kolorze i ocieplaną, może nawet wodoodporną. Krój jest warty powtórzenia!

Na koniec jeszcze kilka informacji, ku pamięci: używałam nici Gutermann 488 i wybrałam rozmiar 6. Potrzebowałam w sumie 2.6 metra tkaniny wierzchniej i o ile dobrze pamiętam 1.5 metra tkaniny na podszewkę. 
Edit: Dodam jeszcze, że tę kurtkę mogę bez problemu prać w pralce!

Cóż teraz? Na pewno będzie kiedyś wełniany płaszcz, a w najbliższej przyszłości będę szyła Mateuszowi szorty (plus oczywiście trochę sukienek dla siebie).

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

czwartek, 24 stycznia 2019

Zrobię sobie wszystko!

Dziś będzie o czymś zupełnie u mnie nowym! Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu, bo już wiem, że wpadłam w to po uszy... 
Ten poprzedni post, o zaczynaniu nowego hobby, nie był tak zupełnie przez przypadek. Do puli "chcę, potrzebuję, znajdę czas" dorzuciłam (a raczej dorzucił Mateusz, pod postacią świętego Mikołaja) narzędzia i nie pozostało nic innego jak zacząć kolejną, ekscytującą przygodę:)

Jasne określenie swojego stylu i upodobań w kwestii ubioru przyniosło za sobą chęć wypełnienia szafy tylko i wyłącznie tym, co się u mnie sprawdzi i zachwyci. Sprawa swetrów jest całkiem prosta - siadam i dziergam. Jeśli zaś chodzi o całą, dość dużą, resztę, skazana byłam na to co udało mi się (lub nie) znaleźć. Jak wiecie mam kilka sklepowych faworytów, ale pomyślałam... gdyby tak... czemu by nie... No pewnie już wiecie co nowego u mnie. Będę szyć!

Uwielbiam kolory, faktury, materiały i włókna. Każdy detal na moich obecnych sukienkach jest przeze mnie oglądany za każdym razem gdy wyjmuję je z szafy... To zdecydowanie znak, że mnie to kręci, prawda? :) Samo przeglądanie sklepów z materiałami jest dla mnie wyjątkowo ekscytujące. Jako dziewiarka żyjąca w hałdach wełny całkiem dobrze radzę sobie wśród, kuszących moje oczy i ręce, motków. Jednak zaglądanie do nowych sklepów z pięknym lnem czy bawełną sprawia, że serce mocniej mi bije... Uff, jak dobrze, że jedną z moich cech jest spokojne i przemyślane kupowanie! Staram się zawsze znaleźć dłuższą, wolną chwilę, spokojnie zrobić rozeznanie, policzyć, poszukać opinii i dopiero wybrać to co pragnę kupić (taki mam plan na najbliższy weekend, jej!). Znam póki co kilka sklepów i już kręci mi się w głowie... A na pewno w sieci kryje się ich o wiele więcej! Ratujcie:)

Zakupy w sobotę, teraz o tym co udało mi się uszyć. Postanowiłam niemalże od razu uszyć coś konkretnego. Nie lubię bawić się w tworzenie zbędnych, mało interesujących rzeczy. To mnie nie motywuje do nauki i przykładnej pracy. Pierwsza próba wyszła słabo, wybrałam zły materiał na start, przez co przysporzyłam sobie trochę problemów. Nauczyłam się jednak przy okazji kilku rzeczy i opanowałam obsługę maszyny. Dodatkowo przed kolejną próbą obejrzałam parę świetnych tutoriali w sieci (jakoś automatycznie wyszukiwałam te angielskojęzyczne, ucząc się jednocześnie terminologii) i pomarudziłam odrobinę koleżance Ani, która dzielnie odpowiadała na moje zapewne dziwaczne pytania, a nawet zaprosiła mnie na kawę i poświęciła swój czas (dziękuję!!!) by łopatologicznie wyjaśnić kluczowe dla mnie sprawy.
Wyposażona w nową wiedzę i jeszcze więcej motywacji, zajrzałam do wyszukanego jeszcze w grudniu sklepiku (klik!) i zakupiłam piękne materiały na dwie poszewki i bluzkę. O poszewkach będzie może innym razem - zrobiłam dwie, z zamkiem (mam świetny tutorial, jakby co!) wyszły, nawet leżą na kanapie i pasują do wystroju. 

Dziś pokażę Wam mój pierwszy top, z którego jestem tak dumna, że o matko! Śmiejcie się, mówcie, że to nic takiego, że prościzna -  ja nie słucham! Jestem tak szczęśliwa, że się udało, że to wszystko takie piękne, równe, że zrobiłam sama! 

Dzierganie nauczyło mnie, że kluczem do sukcesu jest spokój, skrupulatność i dokładne przygotowanie. Istotna jest próbka, blokowanie, mierzenie, planowanie, poprawianie błędów. Przynajmniej w mojej definicji dziewiarstwa :). 
Do mojego pierwszego topu podeszłam arcypoważnie: wydrukowałam wzór na Maya Top w rozmiarze A0, jak poradziła Ania (ach, gdyby nie ta Ania...), zdekatyzowałam tkaninę, wyprasowałam, dobrałam nici, sprawdziłam czy mam dobrą igłę, przeczytałam wzór i wygładzając materiał z uporem maniaka, zaczęłam ciąć tę piękną tkaninę...

Krok po kroku uczyłam się na niej nowych rzeczy, tworząc szwy, o których nie miałam dotąd pojęcia, prując, gdy zaszła taka potrzeba, lub modyfikując wzór by lepiej układał się przy tej gramaturze. A oto co mi wyszło!
 

Widzicie ten kolor i kwiatki? Czy to nie wygląda jak ja? :) Najcudowniejsze w szyciu jest to, że mogę stworzyć wymarzony krój w wymarzonym kolorze czy wzorze. Czad!
 

Zmieniłam trzy rzeczy. Po zszyciu boków (według instrukcji) pod pachą materiał zaczął się brzydko układać. Tu trochę się podłamałam, bo martwiłam się, że zrobiłam źle wykrój lub krzywo zszyłam. Niezawodna Ania podpowiedziała co można zrobić, użyczyła mi swojego overlocka i stworzyłam bardziej płaski szew, który rozwiązał problem. Podglądałam na instagramie i zauważyłam, że nie byłam jedyną osobą, która coś tam przy rękawach zmieniała. Najczęściej dziewczyny tworzyły dłuższe mankiety. I ja tak zrobię następnym razem. Tak mi się podobało jak zrobiłam swój... facing (?), że nie chciałam już tego pruć. 
 


Po drugie zrobiłam węższe wykończenie dekoltu:

I trzecia sprawa - długość. Nie pomyślałam, że top będzie za krótki. Gdybym nie zmodyfikowała długość, bluzka sięgałaby przed biodra. Nie lubię takich, więc musiałam trochę pogłówkować. Nie było łatwo, jako że doświadczenie mam, no cóż, zerowe. Coś już jednak miałam opanowane, trochę wyczytałam w sieci i dorobiłam mankiet o długości 5 cm. Oczywiście nie zostawiając żadnej surowej krawędzi na wierzchu :) No co ja Wam mogę powiedzieć... dumna jestem ze swojej bluzki okropnie. 

Wszystkie szwy na lewej stronie wyglądają tak profesjonalnie, że aż trudno mi uwierzyć, że ja sama je zrobiłam! Takie detale cieszę najbardziej.  

A gdzie tam! Bluzka cieszy najbardziej!

Teraz tylko trzeba podzielić równo czas na dzierganie i szycie, żeby nie musiały ze sobą walczyć! W szyciu fajne jest to, że stworzenie czegoś nie trwa długo, chociaż z drugiej strony nie można siąść tylko na 20 minut, jak to jest w przypadku drutów. Myślę jednak, że da się całkiem bezproblemowo pogodzić te dwie sprawy, zapewne niejedna z Was to robi, prawda?

A przy okazji. Jak wam się podoba moja nowa, umyta i wymalowana miejscówka do sesji? :) Jak tylko skończę wszystkie prace w lokalu i umyję każdy kawałek podłogi, to pokażę Wam moją nową pracownię! 

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

niedziela, 13 kwietnia 2014

Light Trails

Zanim zacznę opowiadać o ukończonym ostatnio projekcie, chciałam Wam Kochani, każdemu z osobna posłać milion buziaków i jeszcze więcej uścisków! Tyle radości mi sprawiliście komentarzami pod ostatnim wpisem, że ciepło na sercu robi mi się za każdym razem jak tylko o tym pomyślę! Dużo to dla mnie znaczy! Dziękuję!

Wczoraj, ledwo co (bo już siły nie miałam do niego) ukończyłam sweterek Light Trails, który zaczęłam co prawda przed testowym projektem, ale z racji terminu, który mnie gonił, Street Chic miał bezwzględny priorytet. 

Zrobiłam go z własnoręcznie pofarbowanej wełny BFL. Z trzech motków, ostała się tylko połówka. No i co ja mam z nią zrobić?:) Jedną modyfikacją jest robienie swetra w całości lewymi oczkami. Użyłam również mniejszych drutów (3mm).
Podoba mi się prostota tego swetra. Jest w nim wygodnie, idealny na co dzień. 
W zasadzie całą ozdobą swetra są ciekawie zaprojektowane warkocze na ramionach.
 Udało nam się idealnie wpasować w pogodę - nawet wyjrzało dla Nas słońce:).

Przetestowałam już jego odporność na szybkie wirowanie - sprawuje się idealnie:). Wczoraj wykończony i wyprany, mogłam już rano spokojnie nosić. Kolory, mimo obaw, rozłożyły się znośnie, w kilku miejscach jedynie robiąc mi nieprzyjemną niespodziankę. Ale ja się tak szybko nie zniechęcam, uważam, że dwa różne od siebie kolorystycznie rękawy, czy plama w jednym kolorze to właśnie cały urok tych naszych ręcznie robionych swetrów.
 
No i zostałam z pustymi rękoma. Przewinęłam jeden motek drugiej farbowanki (czerwieni) i nie jestem pewna co ja bym z niej chciała mieć. No więc siedzę sobie tak bez drutów w ręku. Dziwna sprawa:).

Pozdrawiam, Marzena.