Niedzielne popołudnie przeznaczyłam na spotkanie z najnowszą powieścią Katarzyny Michalak, która w bardzo krótkim czasie wspięła się na szczyty listy bestsellerów i zaczęła zdobywać pozytywne opinie wśród tysięcy czytelniczek w całym kraju. Nie mogłam więc przejść obok niej obojętnie, tym bardziej, że w między czasie dotarłam również do tekstu opisującego poruszaną w tej lekturze tematykę i byłam święcie przekonana, iż bez żadnego "ale" przypadnie mi ona do gustu. Ułożyłam się więc wygodnie na łóżku, obok siebie postawiałam karton ulubionego soku, a następnie wzięłam w swoje ręce długo wyczekiwaną książkę i ku swojemu ogólnemu przerażeniu już po pierwszych przeczytanych stronach poczułam się skrajnie zirytowana.
Michał Sokołowski to młody i zarazem utalentowany chirurg, całkowicie oddany swojej pracy i niemalże zupełnie ignorujący własną rodzinę, która od kilkunastu ładnych lat nie może doprosić się o choćby odrobinę uwagi z jego strony. Nie widzi on niczego złego w przejawianym przez siebie zachowaniu i choć codziennie przeprasza żonę za to, że każdego dnia zmuszona jest do samodzielnego prowadzenia domu i opieki nad trójką (a wkrótce już czwórką) pociech. Marta Sokołowska zaczyna powoli wątpić w sens swojego małżeństwa z cenionym w środowisku lekarskim, mężem. Kocha go jednak miłością tak wielką i czystą, że raz po raz wybacza mu jego niedoskonałości. W dniu trzecich urodzin Antosia, kobieta zawozi swojego najmłodszego syna do szpitala, by zapracowany ojciec mógł mu złożyć życzenia. Nikt by się jednak nie spodziewał, że wieczór ten zakończy się aż tak wielką tragedią, a obwiniać się o nią będzie cały sztab ludzi bezpośrednio i pośrednio związanych z całą tą sprawą. Jakie przeciwności losu będą czekały na Michała Sokołowskiego? Czy uda mu się dojść do siebie po tej nieoczekiwanej stracie i wyciągnie wnioski ze swojego postępowania?
Muszę przyznać, że Katarzyna Michalak miała bardzo fajny pomysł na napisanie tej powieści i gdyby zrobiła to porządnie, "Nie oddam dzieci" stałoby się moją ulubioną książką, której autorką byłaby nasza rodzima pisarka. Tymczasem już od pierwszych stron zauważyłam, że Kejt Em nieco poniosło i zamiast naprawdę fajnej pozycji literackiej, mamy do czynienia z marnej jakości kiczem. Szczerze mówiąc wolałabym nie pamiętać faktu, że kiedykolwiek miałam do czynienia z tą historią i to jeszcze w tak beznadziejnej formie! Chyba po raz pierwszy w swojej blogowej karierze, wzięłam w dłoń długopis i wszystkie te absurdalne momenty zaznaczałam, by nie zapomnieć ich wypunktować. Zacznijmy może od stworzonych przez autorkę bohaterów, którzy w moim mniemaniu zostali aż do bólu przerysowani. Nie chodzi mi oczywiście o to, że na świecie nie istnieją pracoholicy, narkomanii, czy też lubujący się w przemocy psychopaci, ponieważ tacy ludzie rzeczywiście żyją wśród nas i dopóki nie stanie się jakaś większa tragedia, nie ma chętnych do tego, by zrobić z nimi jakikolwiek porządek. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Katarzyna Michalak wydaje się nie znać granicy między realizmem opisywanej sytuacji, a swoją wybujałą wyobraźnią, która w moim odczuciu niszczy wszystko co danej pozycji mogłoby znaleźć się na naprawdę wysokim poziomie. Tadeusz i Alfred stali się tak skrajnie zbezczeszczonymi bohaterami, których zachowanie ani przez chwilę mnie nie przeraziło, a co najwyżej rozśmieszyło. Czytanie o ich poczynaniach mogłabym porównać do nieudolnych prób zwrócenia na siebie uwagi uczniów przez nauczyciela matematyki - uda mu się to tylko w nielicznych przypadkach. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ludzie biorą się za coś o czym nie mają zielonego pojęcia. Jeśli ktoś decyduje się pisać o wyjątkowo bestialskich wydarzeniach to niech to zrobi odpowiednim do tego językiem, a nie próbuje udawać kogoś kim w ogóle nie jest. Rzadko decyduje się na umieszczanie cytatów w swoich powieściach, jednak czego nie robi się dla pisarki chlubiącej się tym, że z nie wiadomo jakich powodów, trafiają one na czołowe miejsca list bestsellerów i przez bardzo długi czas, nikt nie jest wstanie ich stamtąd zepchnąć.
Muszę przyznać, że przytoczony wyżej fragment powieści, prezentuje się całkiem przyzwoicie w porównaniu do innych kwiatków, które w możemy w niej znaleźć. Niejednokrotnie poraził mnie brak empatii autorki w stosunku do opisywanych przez nią wydarzeń. Rozumiem, że w tego typu przypadkach należy się wczuć w określoną sytuację, by w jak najbardziej produktywny sposób przelać swoje myśli na papier jednak, czy trzeba robić to w tak prostacki i niczego niewnoszący sposób? Zapewne Katarzyna Michalak obrała sobie za główny cel wzbudzenie w czytelnikach wielkich emocji, w końcu sama pisarka zapłaciła spora cenę za wyprodukowanie historii Michała, szkoda tylko, że nie była ona w stanie ochronić tej pozycji literackiej przed swoją zgubną wyobraźnią. Zresztą, bohaterowie to nie tylko Alfred Niro i Tadeusz Marszak, ale i również sztab wielu innych osób, które mimowolnie pojawiały się na poszczególnych kartach "Nie oddam dzieci". Na temat każdej z nich mogłabym napisać kilkustronicowy referat, bo prócz sierżanta Jacka Drozda, którego postać została przedstawiona w miarę realnie, wszystkie inne są doskonałym dowodem na to, że Kejt Em powinna wyjść nieco do ludzi i poznać ich zachowania, aniżeli wklepywać w komputer coś co jako całość nie posiada nawet racji bytu. Weźmy chociaż pod uwagę postać policjanta, który dziwnym trafem na służbie był sam i jakoś w żadnym momencie tej powieści nie zostało powiedziane, że pełni on służbę w towarzystwie swojego partnera, a tak to chyba powinno wyglądać w rzeczywistości.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Katarzyna Michalak z wydarzeń, które zasługiwały na choćby odrobinę szacunku, urządziła wielki kicz. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne wspominałam już o tym we wcześniejszych fragmentach swojej opinii, ale w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć: jak tak w ogóle można? Pierwsze miejsce w tej kategorii należą się bez wątpienia scenie, w której Michał Sokołowski informuje swoje dzieci, rodziców i teściów o tragicznym wypadku. Byłam przygotowana na skrajnie różne reakcje poszczególnych bohaterów, ponieważ w fazie szoku człowiek ucieka się do najrozmaitszych zachowań i w żadnym wypadku nie jest w stanie ich kontrolować, jednak autorka nie wytrzymała i jej podświadomość musiała wtrącić swoje trzy grosze do opisu tych chwil. Nie jestem w stanie ubrać tego w odpowiednie słowa, bo ten cyrk należałoby po prostu zobaczyć. Zadziwiające jest również to, że niemalże w jednej chwili bliscy odwracają się od Michała Sokołowskiego i zamiast wspierać go w trudnych dla niego chwilach, obie ze stron szykują się do frontalnego ataku, który będzie miał na celu odebranie głównemu bohaterowi trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia oraz dopiero co narodzonego Stasia. Jakim prawem autorka z ich tragedii uczyniła niskiej jakości sensację, która w ogóle nie powinna była ujrzeć światła dziennego.
Czy tego rodzaju kipisz miałby rację bytu w realnym życiu? Fragmentarycznie być może i tak, ale na pewno nie jako spójna całość i ale to i tak po wcześniejszym przeredagowaniu wszystkich opisów i dialogów. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie wskazać choćby kilku fragmentów przemawiających na korzyść "Nie oddam dzieci", ponieważ fakt, że utwór ten czyta się naprawdę lekko i sprawnie, dla nikogo nie jest już żadną nowością. Zadziwiające wydaje się również to, że z pomocą Michałowi ruszyli zupełnie obcy ludzie, a rodzina w bardzo krótkim czasie wypięła się na niego i o mało nie doprowadziła do jeszcze większej tragedii. Wątpię by jacykolwiek szanujący się rodzice, odwrócili się od swojego dziecka. To już polityk Niro bardziej się postarał, choć tym kierowały zupełnie inne pobudki. Śmiechu warte wydają się również wszystkie te przemyślenia, w których poszczególne postacie oskarżają się o śmierć Marty Sokołowskiej i bynajmniej nie chodzi mi o samo odczuwanie przez nich poczucia winy, a o podkreślanie tego niemalże na każdym kroku. Podobny zabieg stosuje ona również w odniesieniu do innych wątków tej historii (m.in ciągle powtarzanie faktu, że "gnidy" żyją, a biedna Martusia i Antoś nie). Takim sposobem autorka nie wzbudzi w swoich czytelnikach jeszcze większego współczucia dla zmarłej i jej najbliższych, a wzbudzi w nich jeszcze większy gniew i chęć wyrzucenia tej powieści do kosza.
Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najsłabszych książek stworzonych przez Katarzynę Michalak, choć od wczoraj zastanawiam się, czy ten tekst aby na pewno zasługuje na to, by nazywać go mianem powieści. W tym miejscu należałoby również wspomnieć o sztywnych opisach, które momentami sprawiały, że czułam się tak jakbym czytała tę pozycję literacką podczas niezbyt udanych wakacji na Grenlandii - szczękościsk murowany i bynajmniej nie z powodu gromadzących się w organizmie czytelnika emocji i uczuć. Na potępienie zasługują również wszelkie wstawki autorki, które mają miejsce bezpośrednio przed przeniesieniem akcji od jednego bohatera to drugiego. Czy Kejt Em nie widzi, jak bardzo te elementy wpływają na niekorzyść tej powieści? Czy tak trudno było jej poczekać, aż czytelnicy sami poznają dalszy ciąg wydarzeń, że musiała uciekać się do umieszczania w niej samonośnych spolejrów? Tego typu fragmentów podczas czytania zaznaczyłam chyba najwięcej i wydawały mi się być do duszy.
Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem wściekła na autorkę, że w ten sposób podeszła do obranego przez siebie tematu. Pomysł sam w sobie wydaje się być naprawdę trafiony, ale wydaje mi się, że jeśli człowiek nie potrafi podejść do niego w odpowiedni sposób to nie powinien w ogóle się za niego zabierać. Zdaję sobie sprawę z tego, że Katarzyna Michalak uważa się za nadzwyczaj ambitną osobę, ale może przyszedł czas, by realnie oceniła swoje szansę i nieco odpuściła, bo być może to jej chciejstwo przyczynia się do tych wszystkich literackich tragedii. Strasznie żałuję, że problematyka ta nie została poruszona przez kilku innych pisarzy, bo jestem pewna, że wtedy można byłoby charakteryzować "Nie oddam dzieci" jako dramatyczną, wstrząsającą i do bólu prawdziwą. W chwili obecnej mamy raczej do czynienia z czarnym humorem w czystej postaci i ciemno można byłoby stwierdzić kto jest twórcą. Nie da się ukryć, że w podobnym tonie nagrywane są przez pisarkę filmiki na jej autorski vlog i już raczej nic nie będziemy w stanie na to poradzić, jeśli ona sama nie zechce czegoś zmienić. Głupio mi tylko, że zostałam postawiona w sytuacji, w której zmuszona jestem postawić niską notę lekturze, która w samym zamyśle na to w ogóle nie zasługuje. Nikt jednak nie mówił, że życie jest sprawiedliwe...
Michał Sokołowski to młody i zarazem utalentowany chirurg, całkowicie oddany swojej pracy i niemalże zupełnie ignorujący własną rodzinę, która od kilkunastu ładnych lat nie może doprosić się o choćby odrobinę uwagi z jego strony. Nie widzi on niczego złego w przejawianym przez siebie zachowaniu i choć codziennie przeprasza żonę za to, że każdego dnia zmuszona jest do samodzielnego prowadzenia domu i opieki nad trójką (a wkrótce już czwórką) pociech. Marta Sokołowska zaczyna powoli wątpić w sens swojego małżeństwa z cenionym w środowisku lekarskim, mężem. Kocha go jednak miłością tak wielką i czystą, że raz po raz wybacza mu jego niedoskonałości. W dniu trzecich urodzin Antosia, kobieta zawozi swojego najmłodszego syna do szpitala, by zapracowany ojciec mógł mu złożyć życzenia. Nikt by się jednak nie spodziewał, że wieczór ten zakończy się aż tak wielką tragedią, a obwiniać się o nią będzie cały sztab ludzi bezpośrednio i pośrednio związanych z całą tą sprawą. Jakie przeciwności losu będą czekały na Michała Sokołowskiego? Czy uda mu się dojść do siebie po tej nieoczekiwanej stracie i wyciągnie wnioski ze swojego postępowania?
Muszę przyznać, że Katarzyna Michalak miała bardzo fajny pomysł na napisanie tej powieści i gdyby zrobiła to porządnie, "Nie oddam dzieci" stałoby się moją ulubioną książką, której autorką byłaby nasza rodzima pisarka. Tymczasem już od pierwszych stron zauważyłam, że Kejt Em nieco poniosło i zamiast naprawdę fajnej pozycji literackiej, mamy do czynienia z marnej jakości kiczem. Szczerze mówiąc wolałabym nie pamiętać faktu, że kiedykolwiek miałam do czynienia z tą historią i to jeszcze w tak beznadziejnej formie! Chyba po raz pierwszy w swojej blogowej karierze, wzięłam w dłoń długopis i wszystkie te absurdalne momenty zaznaczałam, by nie zapomnieć ich wypunktować. Zacznijmy może od stworzonych przez autorkę bohaterów, którzy w moim mniemaniu zostali aż do bólu przerysowani. Nie chodzi mi oczywiście o to, że na świecie nie istnieją pracoholicy, narkomanii, czy też lubujący się w przemocy psychopaci, ponieważ tacy ludzie rzeczywiście żyją wśród nas i dopóki nie stanie się jakaś większa tragedia, nie ma chętnych do tego, by zrobić z nimi jakikolwiek porządek. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Katarzyna Michalak wydaje się nie znać granicy między realizmem opisywanej sytuacji, a swoją wybujałą wyobraźnią, która w moim odczuciu niszczy wszystko co danej pozycji mogłoby znaleźć się na naprawdę wysokim poziomie. Tadeusz i Alfred stali się tak skrajnie zbezczeszczonymi bohaterami, których zachowanie ani przez chwilę mnie nie przeraziło, a co najwyżej rozśmieszyło. Czytanie o ich poczynaniach mogłabym porównać do nieudolnych prób zwrócenia na siebie uwagi uczniów przez nauczyciela matematyki - uda mu się to tylko w nielicznych przypadkach. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ludzie biorą się za coś o czym nie mają zielonego pojęcia. Jeśli ktoś decyduje się pisać o wyjątkowo bestialskich wydarzeniach to niech to zrobi odpowiednim do tego językiem, a nie próbuje udawać kogoś kim w ogóle nie jest. Rzadko decyduje się na umieszczanie cytatów w swoich powieściach, jednak czego nie robi się dla pisarki chlubiącej się tym, że z nie wiadomo jakich powodów, trafiają one na czołowe miejsca list bestsellerów i przez bardzo długi czas, nikt nie jest wstanie ich stamtąd zepchnąć.
"Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemalże dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para okrągłych piersi. Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła go do ust"[1].
Muszę przyznać, że przytoczony wyżej fragment powieści, prezentuje się całkiem przyzwoicie w porównaniu do innych kwiatków, które w możemy w niej znaleźć. Niejednokrotnie poraził mnie brak empatii autorki w stosunku do opisywanych przez nią wydarzeń. Rozumiem, że w tego typu przypadkach należy się wczuć w określoną sytuację, by w jak najbardziej produktywny sposób przelać swoje myśli na papier jednak, czy trzeba robić to w tak prostacki i niczego niewnoszący sposób? Zapewne Katarzyna Michalak obrała sobie za główny cel wzbudzenie w czytelnikach wielkich emocji, w końcu sama pisarka zapłaciła spora cenę za wyprodukowanie historii Michała, szkoda tylko, że nie była ona w stanie ochronić tej pozycji literackiej przed swoją zgubną wyobraźnią. Zresztą, bohaterowie to nie tylko Alfred Niro i Tadeusz Marszak, ale i również sztab wielu innych osób, które mimowolnie pojawiały się na poszczególnych kartach "Nie oddam dzieci". Na temat każdej z nich mogłabym napisać kilkustronicowy referat, bo prócz sierżanta Jacka Drozda, którego postać została przedstawiona w miarę realnie, wszystkie inne są doskonałym dowodem na to, że Kejt Em powinna wyjść nieco do ludzi i poznać ich zachowania, aniżeli wklepywać w komputer coś co jako całość nie posiada nawet racji bytu. Weźmy chociaż pod uwagę postać policjanta, który dziwnym trafem na służbie był sam i jakoś w żadnym momencie tej powieści nie zostało powiedziane, że pełni on służbę w towarzystwie swojego partnera, a tak to chyba powinno wyglądać w rzeczywistości.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Katarzyna Michalak z wydarzeń, które zasługiwały na choćby odrobinę szacunku, urządziła wielki kicz. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne wspominałam już o tym we wcześniejszych fragmentach swojej opinii, ale w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć: jak tak w ogóle można? Pierwsze miejsce w tej kategorii należą się bez wątpienia scenie, w której Michał Sokołowski informuje swoje dzieci, rodziców i teściów o tragicznym wypadku. Byłam przygotowana na skrajnie różne reakcje poszczególnych bohaterów, ponieważ w fazie szoku człowiek ucieka się do najrozmaitszych zachowań i w żadnym wypadku nie jest w stanie ich kontrolować, jednak autorka nie wytrzymała i jej podświadomość musiała wtrącić swoje trzy grosze do opisu tych chwil. Nie jestem w stanie ubrać tego w odpowiednie słowa, bo ten cyrk należałoby po prostu zobaczyć. Zadziwiające jest również to, że niemalże w jednej chwili bliscy odwracają się od Michała Sokołowskiego i zamiast wspierać go w trudnych dla niego chwilach, obie ze stron szykują się do frontalnego ataku, który będzie miał na celu odebranie głównemu bohaterowi trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia oraz dopiero co narodzonego Stasia. Jakim prawem autorka z ich tragedii uczyniła niskiej jakości sensację, która w ogóle nie powinna była ujrzeć światła dziennego.
"Zabrać ich do siebie, miejsca w wilii na Mokotowie jest dosyć, i zajmować się nimi dotąd, aż Michał, jej syn, stanie się dawnym sobą, spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, przejdzie terapię, wróci do domu i będzie mógł opiekować się dziećmi. Ale... dwoje dzieci w ich domu... Przecież ona, Maria, ze swoim reumatyzmem i kłopotami ze wzrokiem nie poradzi sobie z opieką nad sześcioletnim Zbyniem i trzynastoletnią Mają! O niemowlęciu jakoś wszyscy zapomnieli (...) Maria podjęła decyzję. Obok chmurnie milczał mąż. Nawet nie zająknął się, by to oni mogli wziąć wnuki do siebie. Wahał się jedynie, czy dać szansę synowi..."[2].
Czy tego rodzaju kipisz miałby rację bytu w realnym życiu? Fragmentarycznie być może i tak, ale na pewno nie jako spójna całość i ale to i tak po wcześniejszym przeredagowaniu wszystkich opisów i dialogów. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie wskazać choćby kilku fragmentów przemawiających na korzyść "Nie oddam dzieci", ponieważ fakt, że utwór ten czyta się naprawdę lekko i sprawnie, dla nikogo nie jest już żadną nowością. Zadziwiające wydaje się również to, że z pomocą Michałowi ruszyli zupełnie obcy ludzie, a rodzina w bardzo krótkim czasie wypięła się na niego i o mało nie doprowadziła do jeszcze większej tragedii. Wątpię by jacykolwiek szanujący się rodzice, odwrócili się od swojego dziecka. To już polityk Niro bardziej się postarał, choć tym kierowały zupełnie inne pobudki. Śmiechu warte wydają się również wszystkie te przemyślenia, w których poszczególne postacie oskarżają się o śmierć Marty Sokołowskiej i bynajmniej nie chodzi mi o samo odczuwanie przez nich poczucia winy, a o podkreślanie tego niemalże na każdym kroku. Podobny zabieg stosuje ona również w odniesieniu do innych wątków tej historii (m.in ciągle powtarzanie faktu, że "gnidy" żyją, a biedna Martusia i Antoś nie). Takim sposobem autorka nie wzbudzi w swoich czytelnikach jeszcze większego współczucia dla zmarłej i jej najbliższych, a wzbudzi w nich jeszcze większy gniew i chęć wyrzucenia tej powieści do kosza.
"Michał, Tadek i Alfred... Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie. Jeden ocali ludzkie życie. Drugi zabije dwie niewinne istoty. Trzeci zawiśnie w więziennej celi. A bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość"[3].
Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najsłabszych książek stworzonych przez Katarzynę Michalak, choć od wczoraj zastanawiam się, czy ten tekst aby na pewno zasługuje na to, by nazywać go mianem powieści. W tym miejscu należałoby również wspomnieć o sztywnych opisach, które momentami sprawiały, że czułam się tak jakbym czytała tę pozycję literacką podczas niezbyt udanych wakacji na Grenlandii - szczękościsk murowany i bynajmniej nie z powodu gromadzących się w organizmie czytelnika emocji i uczuć. Na potępienie zasługują również wszelkie wstawki autorki, które mają miejsce bezpośrednio przed przeniesieniem akcji od jednego bohatera to drugiego. Czy Kejt Em nie widzi, jak bardzo te elementy wpływają na niekorzyść tej powieści? Czy tak trudno było jej poczekać, aż czytelnicy sami poznają dalszy ciąg wydarzeń, że musiała uciekać się do umieszczania w niej samonośnych spolejrów? Tego typu fragmentów podczas czytania zaznaczyłam chyba najwięcej i wydawały mi się być do duszy.
"Gdy za sześć minut dostanie wezwanie do wypadku i zobaczy, że to samo bmw, które własnie przepuścił zabiło kobietę z dzieckiem..."[4].
Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem wściekła na autorkę, że w ten sposób podeszła do obranego przez siebie tematu. Pomysł sam w sobie wydaje się być naprawdę trafiony, ale wydaje mi się, że jeśli człowiek nie potrafi podejść do niego w odpowiedni sposób to nie powinien w ogóle się za niego zabierać. Zdaję sobie sprawę z tego, że Katarzyna Michalak uważa się za nadzwyczaj ambitną osobę, ale może przyszedł czas, by realnie oceniła swoje szansę i nieco odpuściła, bo być może to jej chciejstwo przyczynia się do tych wszystkich literackich tragedii. Strasznie żałuję, że problematyka ta nie została poruszona przez kilku innych pisarzy, bo jestem pewna, że wtedy można byłoby charakteryzować "Nie oddam dzieci" jako dramatyczną, wstrząsającą i do bólu prawdziwą. W chwili obecnej mamy raczej do czynienia z czarnym humorem w czystej postaci i ciemno można byłoby stwierdzić kto jest twórcą. Nie da się ukryć, że w podobnym tonie nagrywane są przez pisarkę filmiki na jej autorski vlog i już raczej nic nie będziemy w stanie na to poradzić, jeśli ona sama nie zechce czegoś zmienić. Głupio mi tylko, że zostałam postawiona w sytuacji, w której zmuszona jestem postawić niską notę lekturze, która w samym zamyśle na to w ogóle nie zasługuje. Nikt jednak nie mówił, że życie jest sprawiedliwe...
Moja ocena: 2/10