Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja 2015. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 czerwca 2016

Veronica Roth - Niezgodna

Naprawdę trudnym zadaniem jest pisanie na temat książki, która w bardzo krótkim czasie osiągnęła aż tak wielki sukces. Cykl ten pokochały miliony czytelników na całym świecie i póki co nie zapowiada się, by miało to ulec jakiejkolwiek zmianie. Osobiście zapoznałam się z całością tej serii kilka tygodni po tym jak znajoma poleciła mi do obejrzenia ekranizację jej pierwszego tomu. Przez dłuższy czas biłam się z myślami, ponieważ kolejność ta była niezgodna z wyznawanymi przeze mnie zasadami. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że ani trochę nie ciągnęło mnie do serii stworzonej przez Veronice Roth, więc minęłyby lata zanim w ogóle udałabym się po nią do miejscowej biblioteki. W tym wypadku obejrzenie filmu wydawało mi się dość sensownym wyjściem z sytuacji, a ono z kolei pociągnęło za sobą wszystko inne co ostatecznie przyczyniło się do tego, że "Niezgodną" oraz jej kontynuacje pochłonęłam w tydzień. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to już któryś cykl z kolei, w którym autor porusza temat wizji świata w przyszłości, wcale nie było tak łatwo jakby się to mogło wydawać. Zanim jednak przejdziemy do ostatecznych wniosków jakie nasunęły mi się podczas obcowania z twórczością amerykańskiej autorki, chciałabym zacząć od krótkiego przedstawienia wymyślonej przez nią historii.

Społeczeństwo powstałe na ruinach Chicago zostało podzielone na pięć frakcji: altruizm (bezinteresowność), nieustraszoność (odwaga), erudycję (inteligencję), prawość (uczciwość) oraz serdeczność (życzliwość). Każda z nich spełnia w mieście określone funkcje i nie ma prawa wchodzić w kompetencje obywateli przynależących do innych grup. W chwili narodzin dziecko zostaje przyporządkowane do frakcji swoich rodziców i do szesnastego roku życia zobowiązane jest ją godnie reprezentować. Przychodzi jednak taki czas, gdy wszyscy nastolatkowie osiągający ten wiek przechodzą test predyspozycji, a następnie w krwawej ceremonii zobowiązani są do wybrania frakcji, w której przyjdzie im spędzić resztę swojego życia. Nie musi nią być oczywiście rodzima społeczność, należy jednak pamiętać, że osoba nie pasująca do żadnej z grup zostaje uznawana za bezfrakcyjną i zmuszona jest do dalszej egzystencji wraz z pozostałymi wykluczonymi. Przed podobnym wyborem staje szesnastoletnia Beatrice, która w dniu swojej inicjacji postanawia porzucić altruizm na rzecz silnej i jedynej w swoim rodzaju nieustraszoności. Zanim jednak stanie się ona pełnoprawną członkinią tej grupy, będzie musiała zmierzyć się ze swoimi największymi lękami, przejść brutalny trening oraz nauczyć się współżyć z pozostałymi nowicjuszami oraz rodzącą się między nimi rywalizacją...

Muszę przyznać, że zauroczyła mnie ta książka i choć od przeczytania jej minęły już ponad dwa miesiące to w dalszym ciągu czuję w stosunku do niej pewnego rodzaju sentyment. Co prawda nigdy nie obdarzyłam Tris jakimś szczególnym uczuciem, ponieważ od samego początku była mi dziwnie obojętna, a jej postępowanie co najmniej dziwne, jednak spodobał mi się ogólny koncept Veronicy Roth na całość tej historii. Dość często zdarza mi się sięgać po różnego rodzaju cykle dla młodzieży i choć spora część z tych spotkań usatysfakcjonowała mnie to cieszę się, ponieważ w końcu doczekałam się prawdziwej perełki. Oczywiście myślę tu w kategoriach serii, które poprzez swoją treść nawiązują do funkcjonowania świata w przyszłości, a przecież takich na polskim rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej. Amerykańska autorka potrafiła wybić się z tłumu innych pisarzy poruszających ten temat i myślę, że jeszcze przez bardzo długi czas nie znajdzie ona sobie równych. Od dawien dawna bowiem nie miałam do czynienia z równie dynamiczną i pełną emocji powieścią, która w bardzo prosty i przyjemny sposób uczy swoich czytelników tego czym jest prawdziwa przyjaźń i do czego może doprowadzić żądza władzy absolutnej. W całej tej sytuacji zaczęłam się nawet zastanawiać nad tym, skąd pisarka wzięła pomysł na powołanie do życia osób bezfrakcyjnych. Dopiero po dobrej chwili uzmysłowiłam sobie, że symbolizują oni ludzi wykluczonych społecznie, których każdego dnia zdarza nam się spotkać w naszym realnym życiu. Sam ogółu społeczeństwa do tychże obywateli został przez autorkę odwzorowany jeden do jednego i wydaje mi się, że fragmenty te były najlepszymi momentami tej książki, choć w tej części nie uraczymy ich aż tak wielu, jak w jej kontynuacjach.

Oczywiście książka ta bywa momentami nieco zbyt przewidywalna, choć wydaje mi się, że ma to miejsce w znacznie mniejszym stopniu niż w przypadku "Zbuntowanej" i "Wiernej", jednak w żaden sposób nie przeszkadza to w całościowym odbiorze tej lektury. Wydaje mi się, że "Niezgodna" jest pierwszym i zarazem ostatnim tomem, w którym byłam zafascynowana uczuciem rodzącym się między Tris a Tobiasem, ponieważ było ono niezwykle subtelne, ale i również pozbawione niekończących się kłamstw i kłótni o wszystko. Nie polecam również czytanie tej książki po wcześniejszym zapoznaniu się z jej ekranizacją, ponieważ jest ona wiernym odzwierciedleniem swojego pierwowzoru, a z doświadczenia wiem, że Mole Książkowe nudzą się, gdy mają do czynienia z powieściami, które są im bardzo dobrze znane. Momentami sama zastanawiałam się nad tym, czy jest sens dalej zapoznawać się z pierwszym tomem cyklu stworzonego przez Veronicę Roth skoro dzięki filmowi była mi ona doskonale znana. Nie mniej jednak uważam, że amerykańska autorka rozpoczęła swoją przygodę z pisaniem w naprawdę mocnym stylu i nie dziwię się, że została ona aż tak dobrze przyjęta wśród czytelników w różnym wieku. Całość tego tomu została napisana w fajnym stylu i nie ma w niej takiego momentu, w którym kompletnie nic by się nie działo, a w moim odczuciu jest to naprawdę duże osiągnięcie. 


Moja ocena: 8/10

środa, 15 czerwca 2016

Agnieszka Lingas-Łoniewska - W szpilkackach od Manolo

Agnieszka Lingas-Łoniewska niewątpliwie należy do grona polskich autorek, które swojego czasu rozkochały mnie w sobie do granic swoich możliwości. Do tej pory zdarza mi się drżeć na samo wspomnienie powieści takich jak: "Bez przebaczenia", "Zakrętów losu", czy też "Szóstego", bo choć od momentu przeczytania ich przeze mnie minęło już co najmniej kilka lat, nie sądzę, by pisarce kiedykolwiek udało się pobić ich fenomen. Przekonałam się o tym już w chwili, gdy pełna oczekiwania sięgałam po coraz to nowsze powieści autorki i nagle okazywało się, że pomimo jej najszczerszych chęci i wielu godzin spędzonych przy komputerze, Agnieszce Lingas-Łoniewskiej nie udało się utrzymać wysokiego poziomu, a chciałoby się nawet powiedzieć, że spadł on o co najmniej kilka stopni.

"W szpilkach od Malonolo" opowiada czytelnikom historię trzydziestopięcioletniej Liliany, ponad wszystko inne ubóstwiającej koty, niebotycznie wysokie szpilki, a także swoje ukochane auto. Do szczęścia tak naprawdę brakuje jej już tylko przystojnego mężczyzny i odrobiny odpoczynku od wymagającej pracy w korporacji, będącej niczym innym jak podkręconym do maksimum wyścigiem szczurów. Kobieta nigdy by się więc nie spodziewała, że jej życie już wkrótce zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, a całość tej przygody rozpocznie się na służbowym parkingu. Prowodyrem zamieszania okaże się jak zwykle wyglądający niczym młody bóg osobnik płci męskiej i nie obędzie się bez wielkiej irytacji bohaterki jego osobą, która w trakcie przerodzi się w naprawdę namiętną i szaloną miłość do grobowej deski...

Po lekturze tej powieści nie oczekiwałam niczego szczególnego. Pragnęłam jedynie spędzić miło czas w towarzystwie lekkiej i niezobowiązującej historii. Nie musiała ona wcale poruszać tematyki ambitnej, byłabym usatysfakcjonowana z przyzwoicie napisanego romansu. Tymczasem schemat gonił schemat i na dobrą sprawę mogłabym tej powieści nie czytać, bo każdy szanujący się czytelnik byłby w stanie przewidzieć większość następujących po sobie wydarzeń. Banalne w niej było totalnie wszystko: począwszy od nadopiekuńczej mamusi i zwariowanych przyjaciółeczek, a skończywszy na przyjacielu homoseksualiście, który pojawia się w większości tego typu pozycjach wydawniczych. Jestem wściekła na autorkę, że zdecydowała oddać się do druku taką miernotę, choć pewnie sama pisarka zdawała sobie sprawę z tego, iż stać ją było na o wiele więcej. Od kilku dni staram się znaleźć pozytywne cechy, którymi mogłabym opisać tę książkę, jednak żaden sensowny nie przychodzi mi do głowy. No może oprócz tego, że całość tej historii czytało się niezwykle szybko, więc nie miałam okazji, by rozwodzić się nad poszczególnymi wątkami i tym samym nie dane mi było odnaleźć kolejnych minusów. 

"W szpilkach od Manolo" najchętniej nie polecałabym nikomu, ponieważ nie mam w zwyczaju życzyć komuś tego co mi samej do gustu nie przypadło. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że Agnieszka Lingas-Łoniewska posiada rzeszę wiernych fanów i im ta pozycja z całą pewnością się spodoba. Osobiście nie żałuję czasu, który poświęciłam na zapoznanie się z tą pozycją literacką, jednak w chwili obecnej już wiem, że powinnam podchodzić do twórczości tej autorki z dużym dystansem. Intrygujący wydaje się być również fakt, że każdy pisarz, z każdą kolejną napisaną książką, powinien się coraz bardziej rozwijać, a w tym przypadku mam nieodparte wrażenie, że jest zupełnie na odwrót. Na dniach postaram się opublikować opinię na temat pierwszego tomu "Łatwopalnych" i przekonacie się, że niski poziom historii Liliany nie jest odosobnionym przypadkiem. W wolnej chwili postaram się również nadrobić zaległości czytelnicze i sięgnąć po dalsze tomy "Łatwopalnych", ale i również "Szukaj mnie wśród lawendy". Mam nadzieję, że okażą się one o wiele lepsze pod względem jakości i będę miała do czynienia z dużą ilością mieszaniny różnych uczuć. Tymczasem wracam do swoich obowiązków...

Moja ocena: 3/10

wtorek, 28 lipca 2015

Eric-Emmanuel Schmitt - Napój miłosny

Éric-Emmanuel Schmitt to mieszkający w Brukseli, francuski dramaturg, eseista oraz powieściopisarz, który pierwszą powieść napisał w wieku 11 lat. Ponadto mężczyzna ten ukończył jedną z przodujących francuskich uczelni humanistycznych, by dopiero w przyszłości odnieść sukces w branży wydawniczej, którego wszyscy moglibyśmy mu pozazdrościć. Książki tego autora przetłumaczono na 35 języków, a w 40 krajach świata wystawiane są sztuki, które na przestrzeni lat stanowiły bazę do tworzenia papierowych utworów o tych samych tytułach. 

"Napój miłośny" Erica-Emmanuela Schmitta to dość niepozorna książeczka, która liczy sobie niespełna sto stron i choć już pierwsze spotkanie z prozą tego autora dało mi nieźle do wiwatu, postanowiłam dać autorowi drugą szansę. Większość moich znajomych już od wielu lat zachwycała się twórczością francuskiego pisarza, licytując się przy tym, które z dzieł tego autora jest najlepsze. Przez cały ten czas dzielnie odpierałam wszelkie ataki przyjaciół w tym zakresie, a spotkanie z "Kiki van Beethoven" tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie należę do osób podążających za wszędobylską modą. Okazało się bowiem, że książka Schmitta wynudziła mnie do granic swoich możliwości i w sumie bliżej mi było do zakopania jej głęboko pod ziemią, niż do przekazania jej kolejnemu Molowi Ksiażkowemu. Dopiero po czterech latach nabrałam odwagi, by nabyć kolejną publikację jego autorstwa i zdecydować, czy jest sens sięgać po kolejne pozycje, czy też raz na zawsze odpuścić sobie twórczość uwielbianego przez społeczeństwo powieściopisarza. 

Długo zastanawiałam się, czy w tym konkretnym przypadku mogę pozwolić sobie na niestreszczanie fabuły tego utworu, jednak po przeanalizowaniu wszystkich "za" i "przeciw" uznałam, że będzie to jedyne słuszne rozwiązanie. Czymś niewyobrażalnie trudnym jest bowiem ukazanie w kilku niezobowiązujących zdaniach listów, które były wymieniane między dwójką bohaterów: kobietą i mężczyzną. W trakcie zapoznawania się z tą pozycją literacką zaczęłam się również zastanawiać nad tym, czy aby na pewno jestem zdrowa na umyśle, skoro po raz kolejny poczułam się oszukana przez Erica-Emmanuela Schmitta. "Napój miłośny" irytował mnie do granic swoich możliwości już od pierwszych stron. Nie odnalazłam w nim żadnej głębi, a co najwyżej słowne walki dwóch kogucików, którym nie wiadomo o co za bardzo chodzi. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że za chwilę mogę zostać zarzucona tysiącem komentarzy od "obrońców" francuskiego autora, a połowa z nich zawierać będzie mini wykład na temat geniuszu tego utworu, jednak ja wolę nazywać rzeczy po imieniu. W tej książce nie ma niczego interesującego i więcej emocji wywołało we mnie przeczytanie pierwszych tekstów kuzynki syna, aniżeli perypetie idealnej Luizy i również zachwycającego Adama. 

Teraz już wiem, że już nigdy więcej nie sięgnę po powieści tworzone przez Erica-Emmanuela Schmitta. W moim odczuciu jest to kompletna strata czasu, która pozbawiona jest jakichkolwiek przemyśleń. Listy pisane przez bohaterów spokojnie mogłabym porównać do nienauczonego studenta podczas egzaminu, tudzież jakiegokolwiek kolokwium zaliczeniowego. W końcu w większości przypadków taki osobnik będzie lać wodę na potęgę, a że nic wielkiego z tego wyniknie to zacznie nadrabiać formą. Dokładnie tak samo było w przypadku tej powieści, choć i całość narracji oraz doboru słownictwa pozostawiała wiele do życzenia. Na całe szczęście utwór ten był na tyle krótki, że nie zmarnowałam zbyt dużo czasu na zapoznanie się z nim. Oczywiście jest to tylko moje subiektywne zdanie i rozumiem, że innym osobom listy te mogą przypaść do gustu w stu procentach. Niestety w moim wypadku, urok twórczy francuskiego twórcy nie sprawdził się, choć to nie oznacza, że podziwiam go za całokształt jego niemałego dorobku. 

Moja ocena: 3/10


Recenzja została napisana we współpracy ze stroną niemabolu.pl. Znajdziecie na niej wiele darmowych materiałów, więc gorąco zachęcam Was do zajrzenia na nią w wolnej chwili. W dniu jutrzejszym natomiast na Recenzjach Leny możecie spodziewać się konkursu, w którym do wygrania będą interesujące nagrody.

sobota, 16 maja 2015

Jill Shalvis - Szczęśliwa przystań

Z twórczością Jill Shalvis zetknęłam się po raz pierwszy w maju 2012 roku i muszę przyznać, że niemalże w tej samej chwili straciłam dla niej głowę. Zupełnie nie spodziewałam się ze swojej strony aż tak pozytywnego odbioru jakiegokolwiek romansu i gdyby znalazł się życzliwy człowiek, który powiedziałby mi, że w towarzystwie "Oczarowanej" przepadnę, prawdopodobnie wyśmiałabym delikwenta i bez wątpienia podeszłabym do lektury tej książki ze sporym dystansem. Tymczasem dane mi było pominąć wszystkie te elementy i na spokojnie zaznajomić się z niezwykle subtelną historią, choć nie zabrakło w niej również mocniejszych momentów i to właśnie one sprawiły, że obiecałam sobie, że nie spocznę dopóki nie zdobędę i nie przeczytam pozostałych powieści amerykańskiej pisarki. 

Bajeczne miasteczko Lucky Harbor, te samo, które niegdyś połączyło losy trzech przyrodnich sióstr: Tary, Maddie oraz Phoebe, ponownie staje się miejscem, gdzie kobiety wspólnymi siłami starają się walczyć z dotykającymi je przeciwnościami losu. Kiedy życie najstarszej z nich rozpada się na milion małych kawałków, bohaterka postanawia na stałe osiedlić w miasteczku i pomóc najbliższym sobie osobom w renowacji i prowadzeniu, odziedziczonego po matce hotelu. Stopniowo Tara zaczyna odzyskiwać panowanie nad swoją egzystencją, jednak w tym samym czasie okazuje się, że pewien przystojny żeglarz stworzył dla niej zupełnie inny scenariusz na życie. Czy kobieta zrobi wszystko co w swojej mocy, by być szczęśliwą? Jaką rolę w całej tej sytuacji odegra nowa sympatia Stalowej Magnolii?

Zakochałam się w tej książce, choć muszę przyznać, że jest ona nieco słabsza od "Oczarowanej". Nie mniej jednak została ona naprawdę sprawnie napisana i spotkanie z nią można uznać za jak najbardziej udane. Obcując z historią przedstawioną nam przez Jill Shalvis poczułam się tak jakbym sama była częścią wydarzeń mających miejsce w Lucky Harbor. Z całą pewnością nie utożsamiałam się z głównymi bohaterami tej lektury, ale miałam nie odparte wrażenie, że dane mi jest obserwować to wszystko ze stosunkowo bliskiej odległości. Na kilka krótkich chwil sama stałam się mieszkanką tego bajecznego zakątka i całym sercem wspierałam ich decyzje. Po raz kolejny mamy do czynienia z bohaterami, którzy posiadają na swoim koncie spory bagaż doświadczeń, więc nic dziwnego, że w wielu przypadkach po prostu boją się zaryzykować, by ponownie spróbować zawalczyć o własne szczęście. Muszę przyznać, że Tara jest postacią, która intrygowała mnie od samego początku. Już w pierwszej chwili skojarzyła mi się z Natalią Anną Sucharską, bohaterką fenomenalnej powieści "Natalii5", choć to właśnie Stalowa Magnolia wywarła na mnie o wiele bardziej pozytywne wrażenie i z całą pewnością pozostanie ona w moich myślach na bardzo długi czas, choć jej siostrom również niczego nie brakowało.

"Szczęśliwą przystań" chciałabym polecić osobom lubującym się w lekkich i zarazem niezobowiązujących powieściach, które pozwalają im na przeniesienie się do zupełnie innej rzeczywistości. Książka ta z całą pewnością wpisze się w wasze gusta czytelnicze i sprawi, że spędzą one efektywnie czas w towarzystwie trzech uroczych kobiet, a także kręcących się wokół nich mężczyzn. Ponadto utwór został napisany przy pomocy całkiem fajnego języka, który dodatkowo podkręca mające w nim miejsce wydarzenia. Z całą pewnością powrócę do lektury tej pozycji literackiej za jakiś czas, ponieważ uważam, że naprawdę jest ona tego warta.

Moja ocena: 7/10

czwartek, 7 maja 2015

Jodi Picoult - Przemiana

Niektóre książki sprawiają, że człowiek zaczyna mieć tremę przed rozpoczęciem zapoznawania się z nimi. Zdarzają się bowiem przypadki, gdy dla własnego dobra musimy przełożyć ten moment na czas bliżej nieokreślony. Nie zawsze jesteśmy w stanie należycie docenić problemów, które zostają poruszane w tworzonych przez pisarzy pozycjach literackich, a męczenie się z czymś na siłę nie ma według mnie najmniejszego sensu. Dlatego też niezwykle ważne wydaje się być odłożenie danej pozycji z powrotem na półkę i powrócenie do niej w o wiele bardziej sprzyjającej ku temu chwili. Z tych samych powodów zabrałam się za czytanie "Przemiany" prawie półtora roku po pierwszym zetknięciu się z nią i ani przez chwilę nie miałam sobie za złe tego, że została ona przeze mnie dokończona po tak długim czasie. Zdaję sobie sprawę z tego, że dopiero teraz tak naprawdę dojrzałam do tego, by w pełni zrozumieć poruszoną w tej książce tematykę i choć pisanie o niej w dalszym ciągu sprawia mi duże problemy to wydaje mi się, że powieść ta jest na tyle istotna, że nie potrafiłabym przejść obok niej obojętnie i nie wspomnieć o niej na blogu, choćby miałoby się to odbyć przy pomocy kilku krótkich zdań. 

June Nealon jest szczęśliwą żoną i matką, gdy nagle dowiaduje się o tragicznej śmierci swojego pierwszego męża. Kobieta może jednak liczyć na wsparcie miejscowego funkcjonariusza policji, w którym jakiś czas później się zakochuje i postanawia z nim stworzyć szczęśliwy związek. Głównej bohaterce nie dane jest jednak żyć w pełnej rodzinie, bo już kilka lat później ponownie traci ważne dla siebie osoby: męża oraz córkę z poprzedniego małżeństwa. Co prawda sprawca zbrodni zostaje schwytany, a sąd skazuje go na karę śmierci, jednak nawet takie środki nie są w stanie ukoić serca kobiety, która w bestialski sposób została pozbawiona najbliższych. Przy życiu trzyma ją jedynie myśl, że nosi pod sercem dziecko swojego ukochanego i to właśnie dla niego musi nauczyć się walczyć z najrozmaitszymi przeciwnościami losu. Tym bardziej, że wraz z upływem czasu okazuje się, że Claire choruje na bardzo ciężką wadę serca i jedyną szansę na przeżycie umożliwia jej przeszczep organu, który dziewczynka mogłaby otrzymać od mężczyzny, który przed laty stał się mordercą jej bliskich. W jaki sposób zakończy się ta niezwykła historia?

Jodi Picoult stworzyła powieść, która podobnie jak jej poprzedniczki, na bardzo długi czas pozostanie w mojej pamięci. Nigdy w życiu nie chciałabym znaleźć się na miejscu głównej bohaterki i mam nadzieję, że los nie doświadczy mnie w przyszłości podobnymi przeciwnościami losu jak June. Powinniśmy być dumni z pisarzy poruszających w swoich książkach trudne tematy, a w moim odczuciu amerykańska autorka stoi na samym szczycie listy tychże osób. Do tej pory przeczytałam około piętnastu powieści Jodi Picoult, ale chyba jeszcze żadna aż tak bardzo nie skłoniła mnie do szeroko pojętych przemyśleń. Gwarantuję więc, że nie jest to książka, z którą potencjalny Mól Książkowy byłby w stanie się zapoznać podczas jednego spotkania. Podobnie jak w przypadku innych powieści tej autorki i tym razem mamy do czynienia z pełną gamą różnorodnych emocji i tylko od nas samych zależy, w którą stronę podążać będą nasze wszędobylskie refleksje.  Warty uwagi w tej powieści jest bowiem nie tylko wątek kobiety, która straciła w życiu niemalże wszystko to co najważniejsze, ale i również historia mężczyzny skazanego na śmierć za podwójne morderstwo. Niektórym w tej powieści może nie odpowiadać fakt, iż znajdujemy w niej pewnego rodzaju nawiązanie do wierzeń religii chrześcijańskiej, a mianowicie cudów, których dopuścił się sam Jezus Chrystus. 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może to przypaść do gustu, choć osobiście uważam, iż całość doskonale się ze sobą komponowała. W każdym razie, o wiele bardziej niż ogólna sytuacja kapelana więziennego, który przychodził z posługą kapłańską do samego Shay'a Bourne'a. Miałam wrażenie, że ze strony kapłana była ona nieco sztuczna i choć do pewnego stopnia jestem w stanie to zrozumieć to wydaje mi się, iż nieco inaczej powinno się to wszystko potoczyć. Oczywiście jestem świadoma tego, że nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji i niezwykle łatwo jest mi mądrować się na ten temat. Moim zdaniem, nie ma jednak rzeczy niemożliwych do wypracowania, więc zamiast mazać się, człowiek powinien zacząć działać i czym prędzej naprawiać popełniane błędy. Nie byłabym sobą, jeśli nie wspomniałabym o naprawdę zakończeniu tej powieści. W trakcie czytania kilkudziesięciu ostatnich stron, amerykańska pisarka zaskoczyła mnie aż czterokrotnie i na dobrą sprawę nadal nie uzyskałam odpowiedzi na niektóre z nurtujących mnie pytań. One zostały udzielone na łamach "Przemiany", jednak wymagają one niezwykle uważnego wczytania się w treść, ponieważ jest to jeden z tych utworów literackich, które można czytać wielokrotnie i za każdym razem odkrywa się coś nowego.


Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 4 maja 2015

Katarzyna Michalak - Nie oddam dzieci

Niedzielne popołudnie przeznaczyłam na spotkanie z najnowszą powieścią Katarzyny Michalak, która w bardzo krótkim czasie wspięła się na szczyty listy bestsellerów i zaczęła zdobywać pozytywne opinie wśród tysięcy czytelniczek w całym kraju. Nie mogłam więc przejść obok niej obojętnie, tym bardziej, że w między czasie dotarłam również do tekstu opisującego poruszaną w tej lekturze tematykę i byłam święcie przekonana, iż bez żadnego "ale" przypadnie mi ona do gustu. Ułożyłam się więc wygodnie na łóżku, obok siebie postawiałam karton ulubionego soku, a następnie wzięłam w swoje ręce długo wyczekiwaną książkę i ku swojemu ogólnemu przerażeniu już po pierwszych przeczytanych stronach poczułam się skrajnie zirytowana. 

Michał Sokołowski to młody i zarazem utalentowany chirurg, całkowicie oddany swojej pracy i niemalże zupełnie ignorujący własną rodzinę, która od kilkunastu ładnych lat nie może doprosić się o choćby odrobinę uwagi z jego strony. Nie widzi on niczego złego w przejawianym przez siebie zachowaniu i choć codziennie przeprasza żonę za to, że każdego dnia zmuszona jest do samodzielnego prowadzenia domu i opieki nad trójką (a wkrótce już czwórką) pociech. Marta Sokołowska zaczyna powoli wątpić w sens swojego małżeństwa z cenionym w środowisku lekarskim, mężem. Kocha go jednak miłością tak wielką i czystą, że raz po raz wybacza mu jego niedoskonałości. W dniu trzecich urodzin Antosia, kobieta zawozi swojego najmłodszego syna do szpitala, by zapracowany ojciec mógł mu złożyć życzenia. Nikt by się jednak nie spodziewał, że wieczór ten zakończy się aż tak wielką tragedią, a obwiniać się o nią będzie cały sztab ludzi bezpośrednio i pośrednio związanych z całą tą sprawą. Jakie przeciwności losu będą czekały na Michała Sokołowskiego? Czy uda mu się dojść do siebie po tej nieoczekiwanej stracie i wyciągnie wnioski ze swojego postępowania?

Muszę przyznać, że Katarzyna Michalak miała bardzo fajny pomysł na napisanie tej powieści i gdyby zrobiła to porządnie, "Nie oddam dzieci" stałoby się moją ulubioną książką, której autorką byłaby nasza rodzima pisarka. Tymczasem już od pierwszych stron zauważyłam, że Kejt Em nieco poniosło i zamiast naprawdę fajnej pozycji literackiej, mamy do czynienia z marnej jakości kiczem. Szczerze mówiąc wolałabym nie pamiętać faktu, że kiedykolwiek miałam do czynienia z tą historią i to jeszcze w tak beznadziejnej formie! Chyba po raz pierwszy w swojej blogowej karierze, wzięłam w dłoń długopis i wszystkie te absurdalne momenty zaznaczałam, by nie zapomnieć ich wypunktować. Zacznijmy może od stworzonych przez autorkę bohaterów, którzy w moim mniemaniu zostali aż do bólu przerysowani. Nie chodzi mi oczywiście o to, że na świecie nie istnieją pracoholicy, narkomanii, czy też lubujący się w przemocy psychopaci, ponieważ tacy ludzie rzeczywiście żyją wśród nas i dopóki nie stanie się jakaś większa tragedia, nie ma chętnych do tego, by zrobić z nimi jakikolwiek porządek. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Katarzyna Michalak wydaje się nie znać granicy między realizmem opisywanej sytuacji, a swoją wybujałą wyobraźnią, która w moim odczuciu niszczy wszystko co danej pozycji mogłoby znaleźć się na naprawdę wysokim poziomie. Tadeusz i Alfred stali się tak skrajnie zbezczeszczonymi bohaterami, których zachowanie ani przez chwilę mnie nie przeraziło, a co najwyżej rozśmieszyło. Czytanie o ich poczynaniach mogłabym porównać do nieudolnych prób zwrócenia na siebie uwagi uczniów przez nauczyciela matematyki - uda mu się to tylko w nielicznych przypadkach. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ludzie biorą się za coś o czym nie mają zielonego pojęcia. Jeśli ktoś decyduje się pisać o wyjątkowo bestialskich wydarzeniach to niech to zrobi odpowiednim do tego językiem, a nie próbuje udawać kogoś kim w ogóle nie jest. Rzadko decyduje się na umieszczanie cytatów w swoich powieściach, jednak czego nie robi się dla pisarki chlubiącej się tym, że z nie wiadomo jakich powodów, trafiają one na czołowe miejsca list bestsellerów i przez bardzo długi czas, nikt nie jest wstanie ich stamtąd zepchnąć.

"Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemalże dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para okrągłych piersi. Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła go do ust"[1].

Muszę przyznać, że przytoczony wyżej fragment powieści, prezentuje się całkiem przyzwoicie w porównaniu do innych kwiatków, które w możemy w niej znaleźć. Niejednokrotnie poraził mnie brak empatii autorki w stosunku do opisywanych przez nią wydarzeń. Rozumiem, że w tego typu przypadkach należy się wczuć w określoną sytuację, by w jak najbardziej produktywny sposób przelać swoje myśli na papier jednak, czy trzeba robić to w tak prostacki i niczego niewnoszący sposób? Zapewne Katarzyna Michalak obrała sobie za główny cel wzbudzenie w czytelnikach wielkich emocji, w końcu sama pisarka zapłaciła spora cenę za wyprodukowanie historii Michała, szkoda tylko, że nie była ona w stanie ochronić tej pozycji literackiej przed swoją zgubną wyobraźnią. Zresztą, bohaterowie to nie tylko Alfred Niro i Tadeusz Marszak, ale i również sztab wielu innych osób, które mimowolnie pojawiały się na poszczególnych kartach "Nie oddam dzieci". Na temat każdej z nich mogłabym napisać kilkustronicowy referat, bo prócz sierżanta Jacka Drozda, którego postać została przedstawiona w miarę realnie, wszystkie inne są doskonałym dowodem na to, że Kejt Em powinna wyjść nieco do ludzi i poznać ich zachowania, aniżeli wklepywać w komputer coś co jako całość nie posiada nawet racji bytu. Weźmy chociaż pod uwagę postać policjanta, który dziwnym trafem na służbie był sam i jakoś w żadnym momencie tej powieści nie zostało powiedziane, że pełni on służbę w towarzystwie swojego partnera, a tak to chyba powinno wyglądać w rzeczywistości.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Katarzyna Michalak z wydarzeń, które zasługiwały na choćby odrobinę szacunku, urządziła wielki kicz. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne wspominałam już o tym we wcześniejszych fragmentach swojej opinii, ale w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć: jak tak w ogóle można? Pierwsze miejsce w tej kategorii należą się bez wątpienia scenie, w której Michał Sokołowski informuje swoje dzieci, rodziców i teściów o tragicznym wypadku. Byłam przygotowana na skrajnie różne reakcje poszczególnych bohaterów, ponieważ w fazie szoku człowiek ucieka się do najrozmaitszych zachowań i w żadnym wypadku nie jest w stanie ich kontrolować, jednak autorka nie wytrzymała i jej podświadomość musiała wtrącić swoje trzy grosze do opisu tych chwil. Nie jestem w stanie ubrać tego w odpowiednie słowa, bo ten cyrk należałoby po prostu zobaczyć. Zadziwiające jest również to, że niemalże w jednej chwili bliscy odwracają się od Michała Sokołowskiego i zamiast wspierać go w trudnych dla niego chwilach, obie ze stron szykują się do frontalnego ataku, który będzie miał na celu odebranie głównemu bohaterowi trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia oraz dopiero co narodzonego Stasia. Jakim prawem autorka z ich tragedii uczyniła niskiej jakości sensację, która w ogóle nie powinna była ujrzeć światła dziennego.

"Zabrać ich do siebie, miejsca w wilii na Mokotowie jest dosyć, i zajmować się nimi dotąd, aż Michał, jej syn, stanie się dawnym sobą, spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, przejdzie terapię, wróci do domu i będzie mógł opiekować się dziećmi. Ale... dwoje dzieci w ich domu... Przecież ona, Maria, ze swoim reumatyzmem i kłopotami ze wzrokiem nie poradzi sobie z opieką nad sześcioletnim Zbyniem i trzynastoletnią Mają! O niemowlęciu jakoś wszyscy zapomnieli (...) Maria podjęła decyzję. Obok chmurnie milczał mąż. Nawet nie zająknął się, by to oni mogli wziąć wnuki do siebie. Wahał się jedynie, czy dać szansę synowi..."[2].

Czy tego rodzaju kipisz miałby rację bytu w realnym życiu? Fragmentarycznie być może i tak, ale na pewno nie jako spójna całość i ale to i tak po wcześniejszym przeredagowaniu wszystkich opisów i dialogów. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie wskazać choćby kilku fragmentów przemawiających na korzyść "Nie oddam dzieci", ponieważ fakt, że utwór ten czyta się naprawdę lekko i sprawnie, dla nikogo nie jest już żadną nowością. Zadziwiające wydaje się również to, że z pomocą Michałowi ruszyli zupełnie obcy ludzie, a rodzina w bardzo krótkim czasie wypięła się na niego i o mało nie doprowadziła do jeszcze większej tragedii. Wątpię by jacykolwiek szanujący się rodzice, odwrócili się od swojego dziecka. To już polityk Niro bardziej się postarał, choć tym kierowały zupełnie inne pobudki. Śmiechu warte wydają się również wszystkie te przemyślenia, w których poszczególne postacie oskarżają się o śmierć Marty Sokołowskiej i bynajmniej nie chodzi mi o samo odczuwanie przez nich poczucia winy, a o podkreślanie tego niemalże na każdym kroku. Podobny zabieg stosuje ona również w odniesieniu do innych wątków tej historii (m.in ciągle powtarzanie faktu, że "gnidy" żyją, a biedna Martusia i Antoś nie). Takim sposobem autorka nie wzbudzi w swoich czytelnikach jeszcze większego współczucia dla zmarłej i jej najbliższych, a wzbudzi w nich jeszcze większy gniew i chęć wyrzucenia tej powieści do kosza. 

"Michał, Tadek i Alfred... Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie. Jeden ocali ludzkie życie. Drugi zabije dwie niewinne istoty. Trzeci zawiśnie w więziennej celi. A bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość"[3].

Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najsłabszych książek stworzonych przez Katarzynę Michalak, choć od wczoraj zastanawiam się, czy ten tekst aby na pewno zasługuje na to, by nazywać go mianem powieści. W tym miejscu należałoby również wspomnieć o sztywnych opisach, które momentami sprawiały, że czułam się tak jakbym czytała tę pozycję literacką podczas niezbyt udanych wakacji na Grenlandii - szczękościsk murowany i bynajmniej nie z powodu gromadzących się w organizmie czytelnika emocji i uczuć. Na potępienie zasługują również wszelkie wstawki autorki, które mają miejsce bezpośrednio przed przeniesieniem akcji od jednego bohatera to drugiego. Czy Kejt Em nie widzi, jak bardzo te elementy wpływają na niekorzyść tej powieści? Czy tak trudno było jej poczekać, aż czytelnicy sami poznają dalszy ciąg wydarzeń, że musiała uciekać się do umieszczania w niej samonośnych spolejrów? Tego typu fragmentów podczas czytania zaznaczyłam chyba najwięcej i wydawały mi się być do duszy.


"Gdy za sześć minut dostanie wezwanie do wypadku i zobaczy, że to samo bmw, które własnie przepuścił zabiło kobietę z dzieckiem..."[4].

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem wściekła na autorkę, że w ten sposób podeszła do obranego przez siebie tematu. Pomysł sam w sobie wydaje się być naprawdę trafiony, ale wydaje mi się, że jeśli człowiek nie potrafi podejść do niego w odpowiedni sposób to nie powinien w ogóle się za niego zabierać. Zdaję sobie sprawę z tego, że Katarzyna Michalak uważa się za nadzwyczaj ambitną osobę, ale może przyszedł czas, by realnie oceniła swoje szansę i nieco odpuściła, bo być może to jej chciejstwo przyczynia się do tych wszystkich literackich tragedii. Strasznie żałuję, że problematyka ta nie została poruszona przez kilku innych pisarzy, bo jestem pewna, że wtedy można byłoby charakteryzować "Nie oddam dzieci" jako dramatyczną, wstrząsającą i do bólu prawdziwą. W chwili obecnej mamy raczej do czynienia z czarnym humorem w czystej postaci i ciemno można byłoby stwierdzić kto jest twórcą. Nie da się ukryć, że w podobnym tonie nagrywane są przez pisarkę filmiki na jej autorski vlog i już raczej nic nie będziemy w stanie na to poradzić, jeśli ona sama nie zechce czegoś zmienić. Głupio mi tylko, że zostałam postawiona w sytuacji, w której zmuszona jestem postawić niską notę lekturze, która w samym zamyśle na to w ogóle nie zasługuje. Nikt jednak nie mówił, że życie jest sprawiedliwe...


Moja ocena: 2/10

niedziela, 3 maja 2015

Kiera Cass - Elita

Kiera Cass jest obiecującą pisarką książek dla młodzieży, która w naprawdę przystępny i zarazem ciekawy sposób podeszła do tematu wizji świata w przyszłości. Pierwszy tom stworzonej przez nią serii przypadł do gustu rzeszy czytelników i sprawił, że nie mogli się oni doczekać kontynuacji miłosnych perypetii Ami i jej dwóch adoratorów. Sam pomysł na stworzenie takiej, a nie innej historii, niewątpliwie wymagało od autorki sporej kreatywności i dobrze przemyślanego pomysłu na poszczególne wydarzenia. Czymś naturalnym wydaje się natomiast fakt, że po raz kolejny główną bohaterką serii jest nastolatka znajdująca się o wiele niżej w hierarchii społecznej (lub mentalnej) niż ma to miejsce, gdy przyjrzymy się pierwszoplanowej postaci męskiej. 

Akcja "Elity" rozpoczyna się w momencie, gdy w pałacu pozostaje już tylko sześć dziewczyn rywalizujących o serce księcia Maxona. Wśród nich znajduje się również America, która nie należy do ścisłego grona ulubienic rodziny królewskiej, czy chociażby mediów lub społeczeństwa. Bohaterka może jednak liczyć na poparcie zakochanego w niej księcia i gdyby tylko chciała, eliminacje zostałyby zakończone w jednej chwili, a ona sama rozpoczęłaby przygotowania do pełnienia jednej z najważniejszych funkcji w Illei. Panna Singer jednak w dalszym ciągu zastanawia się nad tym, którego z młodzieńców powinna wybrać na towarzysza swojego dalszego życia, a podjęcie ostatecznej decyzji staje się coraz trudniejsze ze względu na wychodzące na jaw fakty dotyczące historii zamieszkiwanego przez nią państwa. 

Podczas zapoznawania się z kontynuacją "Rywalek" towarzyszyły mi o wiele chłodniejsze uczucia, niż miało to miejsce w przypadku tomu rozpoczynającego całość tej serii. Nie żałują poświęconego jej czasu, ponieważ okazał się on nad wyraz produktywny, jednak muszę przyznać, że momentami zaczęło wiać ostrą nudą oraz schematem, który został powielony w kilku momentach tej pozycji literackiej. Na ten temat mogłabym napisać osobny post, choć wolałabym tego uniknąć ze względu na fakt, że musiałabym postąpić wbrew obowiązującym w blogowym świecie regułom, a spojlerować nie mam najmniejszego zamiaru. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że spory udział w tym wszystkim ma fakt, że autorka w sposób nieprawidłowy rozplanowała poszczególne wątki wymyślonej przez siebie historii. Takim sposobem w pierwszym tomie tego cyklu działo się naprawdę wiele, w efekcie czego większość kandydatek na żonę dla księcia powróciło do swoich domów, a w drugiej części było ich już znacznie mniej, a więc nie było już większych możliwości do popisania się własną wyobraźnią, ale i również warsztatem pisarskim. Szkoda, że jak zwykle ambicje twórcy odbijają się echem na spragnionych dobrej zabawy czytelnikach. Na całe szczęście nie było najgorzej, a wręcz ciekawie, choć bez wyczekiwanych przeze ze mnie fajerwerków. Wielka szkoda, bo mogło być fenomenalnie!

"Elita" z całą pewnością przypadnie do gustu nieco młodszym czytelnikom oraz wszystkim tym, którzy od tego typu książek nie oczekują niczego poza mile spędzonym czasem. Minęło już sporo czasu odkąd sama przeczytałam drugi tom "Rywalek" i nie jestem pewna, czy jeszcze kiedykolwiek będę miała ochotę, by powrócić do niego chociażby myślami. Niby nie był zły i można byłoby przymknąć oko na jego mankamenty, gdyby nie irytujące zachowanie głównej bohaterki, które przeważyło o całościowym odbiorze tej lektury. Zdaje sobie sprawę z tego, że Ami jest zwyczajną nastolatką, a wiek zobowiązuje ją do różnego rodzaju błędów, rozterek sercowych i wielu innych zachowań, charakterystycznych dla jej rówieśników. Nie rozumiem jednak bezmyślności tej bohaterki, a także jej zabawiania się kosztem młodzieńców, którzy obdarzyli ją szczerym uczuciem. Sytuację tę dodatkowo nakręca widmo zbliżającej się wojny oraz konieczność ciągłej obserwacji otoczenia w obawie przed zbliżającym się wrogiem. Poza tym motyw ten jest częstym gościem różnego rodzaju serii i wydaje mi się, że powoli zaczyna się to robić strasznie przewidywalne i przez to wręcz nudne...


Moja ocena: 4/10

sobota, 2 maja 2015

Katarzyna Michalak - W imię miłości

Książki Katarzyny Michalak można kochać lub nienawidzić i bynajmniej nie ma to żadnego związku z poruszaną przez autorkę tematyką. Chodzi tu raczej o nadzwyczajne szybkie tempo pracy autorki, która niewątpliwie odbija się na jakości wydawanych przez nią dzieł, choć bez wątpienia znajdą się osoby uważające, że wcale tak nie jest. Wydaję mi się, iż tak naprawdę punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nigdy nie oceniam gustów czytelniczych innych Moli Książkowych, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że każdy z nas jest inny i potrzebuje do szczęścia czegoś innego, jednak nie oszukujmy się, istnieją również takie osoby, które podświadomie będą wychwalać danego autora ze względu na utrzymywany z nim kontakt. 

Wieloletnie doświadczenie udowodniło mi, że w sumie to jest jedyny sposób, by taka znajomość trwała. Wystarczy jedna negatywna opinia, a niektórzy z polskich autorów potrafią obrazić się do tego stopnia, że nie zwracają nawet uwagi na to, że obrabiają tyłek danemu blogerowi z jego bardzo dobrym znajomym. Inni jeszcze grupa pisarzy ma w naturze błyskawiczne usunięcie nieschlebiających im czytelników ze wszystkich możliwych komunikatorów, a co poniektórzy nawet roszczą sobie prawo do tego, by wybierać blogerom strona, na które mogą oni wchodzić, a które czym prędzej powinni znielubić tylko dlatego, że opublikowano na nich niesprzyjający dla nich post. Wróćmy jednak do faktycznego tematu dzisiejszej opinii, a mianowicie do kilku słów dotyczących mojego spotkania z jedną z bestsellerowych powieści pani Katarzyny Michalak. 

Dziesięcioletnia Ania nie ma łatwego życia. W odróżnieniu od innych dzieci, nie może sobie pozwolić na beztroską zabawę ze swoimi rówieśnikami, ani nawet na napełnianie swojego brzuszka pysznymi obiadkami autorstwa mamy. W jej domu to właśnie ona została obarczona wszystkimi obowiązkami, ponieważ rodzicielka bohaterki ciężko zachorowała, a ojciec ją porzucił. Pewnego dnia matka Ani zostaje zabrana do hospicjum, a dziewczynka w obawie przed zabraniem jej do domu dziecka, decyduje się odnaleźć dom człowieka, który przed wielu laty wyrzucił je obie za drzwi. Dziesięciolatce dość trudno jest się zaadaptować do nowej sytuacji i bynajmniej nie pomaga jej w tym wyjątkowo złośliwa kuzynka, która robi wszystko co w swojej mocy, by uprzykrzyć życie nieakceptowanego przez nią członka rodziny. Jakie tajemnice kryje przed wnuczką jej dziadek? Dlaczego w tak niegodziwy sposób zachował się on wobec najważniejszych kobiet w swoim życiu? Jaką rolę w całej tej historii odegra ojciec dziewczynki i czy uda mu się dojść do porozumienia ze swoją dziesięcioletnią córką?

"W imię miłości" dane było mi przeczytać na przełomie lipca/sierpnia 2013 roku, jednak w dalszym ciągu pamiętam towarzyszące mi wówczas emocje. Dzięki tej powieści ponownie uwierzyłam w to, że Katarzyna Michalak jeśli tylko się postara to jest w stanie napisać naprawdę przyzwoitą książkę, która skłania człowieka do licznych refleksji, a jednocześnie pobudza w nim wytwarzanie się endorfin. Strasznie żałuję, że nie wszystkie pozycje literackie tworzone przez tę pisarkę mogę pochwalić i polecić swoim znajomym, bo po prostu nie wszystkie na to zasługują. Jakość tworzonych przez nią historii jest bowiem uzależniona od poziomu rozbudowania planu wydawniczego na dany rok. Oczywiście jestem świadoma tego, że podobne zdanie powtarzam w dzisiejszym poście już po raz drugi, ale naprawdę tęsknie za powieściami tej autorki, które momentami były lekkie i niezobowiązujące, jednak przez cały ten czas znajdowały się na dość fajnym poziomie. Po niezbyt udanym "Mistrzu" i "Sklepiku z Niespodzianką. Lidka" polska pisarka ponownie powróciła na dobry tor i choć sytuacja ta nie trwała zbyt długo, ponieważ niedługo potem na rynek wydawniczy trafiły dużo słabsze pozycje literackie, to cieszę się, że miałam okazję przeczytać "W imię miłości". Książka ta bowiem w stosunkowo fajny sposób ukazuje nam cierpienie dziecka, które o wiele za wcześnie zmuszone jest do usamodzielnienia się i walki o lepsze jutro. Bardzo podziwiam Anię i jej determinację w dążeniu do postawionego sobie celu, ale zachowanie tej dziewczynki świadczy również o wielkiej mocy bezwarunkowej i zarazem szczerej miłości najmłodszych istot tego świata do swoich bliskich. Chociażby dla tych dwóch niezwykle mocnych akcentów tej książki należałoby czym prędzej ją przeczytać i zastanowić się nad tym, jak wiele dzieci znajduje się w podobnej sytuacji, a my nie robimy na dobrą sprawę niczego, by im pomóc, chociażby poprzez okazanie im swojego wsparcia.

Moja ocena: 8/10

piątek, 1 maja 2015

Lois Lowry - Dawca

Nie często zdarza mi się czytać książki, o których istnieniu dowiedziałam się po wcześniejszym obejrzeniu filmów nakręconych na ich podstawie. Zaczynają mi wtedy towarzyszyć mieszane emocje, bo nigdy nie jestem pewna, czy pierwowzór ekranizacji przypadnie mi do gustu skoro i tak już wiem o co w tym wszystkim chodzi. Zdaje sobie również sprawę z tego, że właśnie taka kolejność zapoznania się z wybranym przez siebie dziełem jest nienaturalna i całkowicie mija się z celem, ale czasami tak się po prostu zdarza i człowiek nie ma na to większego wpływu. Takim właśnie sposobem trafiłam na polecany mi przez Brata film pt.: "Dawca pamięci", który wywołał na mnie naprawdę pozytywne wrażenie i aż żałowałam, że do tej pory nie została nakręcona jego kontynuacja. 

Na całe szczęście zostałam uświadomiona co do tego, że lubiany przeze mnie film został nakręcony na podstawie historii stworzonej przez Lois Lowry i nic nie stoi na przeszkodzie ku temu bym zapoznała się z twórczością tej autorki. W tym celu zarezerwowałam sobie jeden wolny wieczór, zaparzyłam sobie kubek ulubionej herbaty, by następnie dać się ponieść magicznej chwili, którą niesie za sobą każdorazowe spotkanie ze słowem pisanym. 

Nastoletni Jonasz żyje w hermetycznym świecie, który pozbawiony jest jakichkolwiek uczuć i bliskości panującej pomiędzy poszczególnymi członkami społeczności. W miasteczku tym wszystko zostało przez nich zaplanowane z należytą czcią i dokładnością, więc nawet małżeństwa zostają dobierane na podstawie różnego rodzaju obserwacji, a osoby zainteresowane nie mają w tym zakresie nic do powiedzenia. Podobnie jest także w przypadku narodzin dzieci, które tak naprawdę nie są biologicznymi pociechami żyjących ze sobą osób, a zamiast tego zostają przez nich adoptowane. Mówiąc o tym należy wspomnieć, że ilość możliwych adopcji również jest odgórnie ustalona i nie ma nawet opcji, by dwoje dorosłych ludzi wzięło pod opiekę dwójkę dzieci tej samej płci. Takie obowiązywały zasady i wydawać by się mogło, że nie istnieje na całym świecie taka siła, która byłaby w stanie wywrócić cały ten system do góry nogami. Nadzieja na to pojawiła się w chwili, gdy podczas inicjacji dwunastolatków, główny bohater został wybrany nowym dawcą pamięci i rozpoczął swoje szkolenie w tym zakresie...

Rozpocznę może od tego, że film powstały na podstawie tej powieści, niemalże w stu procentach jest zgodny ze swoim pierwowzorem. Oczywiście znajdziemy między obiema wersjami kilka mniej (lub bardziej) znaczących różnic, jednak jestem pewna, że po obejrzeniu ekranizacji, mogłabym wcale nie sięgać po książkę, a i tak na jej podstawie byłabym w stanie stworzyć szczegółowy plan zdarzeń, który niemalże inaczej pasowałby do pierwowzoru. Muszę przyznać, że w zasadzie wcale mi to nie przeszkadzało, choć między mną a czytaną przeze mnie powieścią nie było już tego czegoś. Zdecydowanie nie polecam zapoznawania się z daną pozycją literacką, gdy wie się na jej temat już prawie wszystko. Uważam, że w film w porównaniu z książką wypadł znacznie korzystniej, choć tak naprawdę moje uczucia w tym zakresie mogą być uzależnione od kolejności w jakiej przyszło mi się zapoznać z historią Jonasza i jego przyjaciół. Niewykluczone, że gdybym podeszła do tematu jak należy i najpierw przeczytała jej wersję papierowo to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. W chwili obecnej ciężko jest mi powiedzieć coś więcej na ten temat, ponieważ nie ma to już najmniejszego sensu. Co się stało to się już nie odstanie i tyle.

Nie mniej jednak uważam, że "Dawca" jest jedną z ciekawiej napisanych powieści dla młodzieży. Moim zdaniem została ona całkiem nieźle przemyślana i choć w jakimś tam stopniu przypomina "Intruza" Stephenie Meyer oraz inne, które poprzez swoją treść nawiązują do przedstawienia czytelnikom wizji świata za kilkadziesiąt lat. Przez chwilę zaczęłam się nawet zastanawiać jakby to było zamienić się z bohaterami tego cyklu i spróbować dostosować się do obowiązujących ich reguł. Myślę, że co poniektórym z całą pewnością przydałoby się tego doświadczenie. Może wtedy zaczęlibyśmy bardziej doceniać to co posiadamy i w końcu nie mielibyśmy do czynienia z tak wielką ilością rozprzestrzeniającego się zła i każdy bez wyjątku miałby równe szanse na to być szczęśliwym.

Moja ocena: 7/10

środa, 29 kwietnia 2015

Olga Rudnicka - Do trzech razy Natalie

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku, choć tak naprawdę z wielką niecierpliwością wypatrywałam jej już od chwili, gdy ponad dwa lata temu zakończyłam swoją przygodę z poprzednim tomem tej serii. Szczerze mówiąc Olga Rudnicka jest chyba pierwszym twórcą powieści, który aż tak bardzo poprawiłby mi humor już po kilkunastu pierwszych przeczytanych stronach. Podobnie było zresztą z moim Bratem, choć w jego przypadku wszystko zaczęło przychodzić dopiero z czasem. Namawianie go do zapoznania się z tym cyklem zajęło mi swojego czasu aż dwa miesiące, bo choć zdawałam sobie sprawę, że gustuje on w zupełnie innym gatunku literackim to chciałam się przekonać, czy i na nim wywrze ona podobne wrażenie. Wkrótce okazało się, że i Młody nie miał żadnym szans w zetknięciu z pięcioma Pannami Sucharskimi, ponieważ w mig zademonstrowały mu, iż działają na ludzi niczym najdoskonalszy narkotyk, którego jak raz człowiek posmakuje to szybko przekona się, że nie jest się w stanie nad nim zapanować i dopóki oczy nie zobaczą jego ostatniej strony, dopóty od powieści tej nie odejdzie. Narozrabiała ta nasza rodzima autorka i w dalszym ciągu bezwstydnie stara się zaskoczyć swoich czytelników coraz to nowymi pomysłami na tworzone przez siebie powieści. 

Siostry Sucharskie za sprawą swoich mężczyzn decydują się na spontaniczny wyjazd do Międzyzdrojów. To właśnie w tej nadmorskiej miejscowości postanowiły one odpocząć od trudów życia codziennego i przy okazji dać nauczkę partnerom, którzy przyczynili się do tego, że kobiety straciły cierpliwość, spakowały swoje walizki i ruszyły na podbój polskiego morza. Nie mija jednak kilka dni a Nata, Magda i Natka całkiem przypadkiem wplątują się w kolejną intrygę kryminalną i tym razem na ich celowniku znajdują się przestępcy stojący za włamaniami do hoteli, a także morderstwem bezbronnej kobiety. Czy bohaterkom uda się wyjść bez szwanku z całej tej sytuacji i co wspólnego z tym wszystkim ma zakupiony przez gości weselnych kupon totolotka? Jakie niebezpieczeństwa czekają na Sucharskie zanim zdecydują się one na powrót do odziedziczonego po ojcu domu? Czy mężczyźni wybaczą im porzucenie jakiego dziewczyny się dopuściły i pomogą swoim ukochanym w szczęśliwym zakończeniu całej sprawy?

Po raz pierwszy jest mi trudno powiedzieć chociażby kilka słów na temat twórczości Olgi Rudnickiej, która jak wspomniałam wcześniej, zawsze wywierała na mnie dość pozytywne wrażenie. Nie mogę powiedzieć, że "Do trzech razy Natalie" mnie rozczarowała, ponieważ autorka miała naprawdę fajny namysł na napisanie tej książki i gdyby aż tak bardzo nie poniosła jej wyobraźnia to jestem pewna, że i tym razem byłabym zachwycona do granic swoich możliwości. Zabrakło mi w tej powieści dobrze znanego poczucia humoru, który w tym przypadku wydał się być pisany na siłę, a dialogi między głównymi bohaterkami a ich życiowymi partnerami straciły na swoim uroku. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ich związki trwają już od jakiegoś czasu, a więc i relacje wchodzą na inny stopień wtajemniczenia, jednak w dalszym ciągu czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Na poszczególne karty tej pozycji literackiej zaczęła wkradać pewnego rodzaju nuda i to właśnie ona sprawiła, że siostry Sucharskie straciły sporą część swojego uroku, a przecież w normalnych warunkach one wcale nie dopuściłyby do takiej sytuacji, a więc dlaczego autorka nie była w stanie zadbać o ich interes?

Byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że całość tej książki w ogóle mi się nie podobała, bo mimo wszystko odczuwam w stosunku do niej pewnego rodzaju sentyment. Cieszę się, że po raz kolejny miałam okazję spotkać się z tak doskonale znanymi mi bohaterkami. Nigdy wcześniej nie spotkałam równie wielkich wariatek, które w równie dużym stopniu kłóciłyby się ze sobą, a jednocześnie nie pozwoliłyby zrobić sobie nawzajem żadnej krzywdy i jeśli ktoś próbował zadrzeć z chociażby jedną z sióstr Sucharskich to musiał się liczyć z faktem, że tym samym będzie miał do czynienia z pięcioma wiedźmami i ich dziećmi. W dalszym ciągu zdarzały się momenty, kiedy to chichrałam się jak norka i czułam, że jestem odpowiednią osobą na właściwym miejscu, jednak nie trwały one tak długo jak miało to miejsce w przypadku poprzednich tomów. Nie da się ukryć, że książka ta została napisana nieco na siłę i o wiele lepiej by było, gdyby autorka zatrzymała się z pisaniem tej serii na "Drugim przekręcie Natalii", aniżeli zabierała się za opisywanie ich dalszych perypetii. Mam wrażenie, że całość tej sytuacji jest swojego rodzaju walką z wiatrakami, ponieważ jestem również świadoma tego, że gdyby Olga Rudnicka zdecydowała się na stworzenie czwartego tomu tego cyklu to i tak sięgnęłabym po niego z wielką przyjemnością i nie czułabym przy tym większego rozczarowania. 

"Do trzech razy Natalie" to powieść znajdująca się na dość przyzwoitym poziomie, choć nie ukrywam, że nijak ma się ona do swoich poprzedniczek. Na dobrą sprawę nie powinniśmy w ogóle rozwodzić się na temat realności zdarzeń mających w niej miejsce, ale czy siostry Sucharskie mogłyby splamić swoje dobre imię czymś zwyczajnym i zarazem banalnym? Dlatego też polecam tę pozycję literacką wszystkim tym, którzy nie wyobrażają sobie życia bez Natalii, Anny, Naty, Magdy i Natki. Wydaje mi się, że osoby, które do tej pory nie miały do czynienia z twórczością tej polskiej autorki, czym prędzej powinni nadrobić swoje zaległości, ponieważ w moim odczuciu wielu innych polskich pisarzy powinno się od niej uczyć.


Moja ocena: 5/10 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Jodi Picoult - Już czas

Nie mam zielonego pojęcia jakimi słowami powinnam rozpocząć opinię na temat książki, która wywołała na mnie naprawdę duże wrażenie, a w dodatku jej autorką jest nie kto inny jak Jodi Picoult we własnej osobie. Wydawać by się mogło, że nie będzie już ona w stanie zaskoczyć swoich czytelników kolejnym oryginalnym pomysłem i że drobne schematy, mimowolnie wkradające się na poszczególne strony jej powieści sprawią, że ludzie zaczną odsuwać się niezwykłej twórczości tej pisarki. Tymczasem grono jej wiernych fanów ciągle ulega cudownemu rozmnożeniu, a i poszczególne książki autorki stają się coraz ambitniejsze i znajdują się na naprawdę wysokim poziomie. 

"Już czas" opowiada czytelnikom historię nastoletniej Jenny Metcalf. Dziewczyna za punkt honoru bierze sobie odnalezienie, zaginionej w niewyjaśnionych przez nikogo okolicznościach, ukochanej matki. Pomóc bohaterce w poszukiwaniach miała dwójka ludzi, którzy podobnie jak ona, dźwigali na swoich plecach spory bagaż doświadczeń. Serenity Jones przed laty uznawana była za jednego z najbardziej utalentowanych i zarazem skutecznych jasnowidzów w całych Stanach Zjednoczonych, któremu z czasem woda sodowa zaczęła nieco uderzać do głowy i między innymi przez to utraciła swój wewnętrzny dar. Virgil Stanhope natomiast był niegdyś detektywem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginięcia Alice Metcalf oraz śmierci jednego z jej współpracowników. Czy bohaterom uda się rozwiązań zagadkę tajemniczego zniknięcia badaczki słoni? Do jakich informacji dojdą dzięki swojej współpracy i czy staną się one życiowym morałem każdej z tych osób? 

Najnowsza powieść Jodi Picoult została przeze mnie przeczytana przed kilkoma tygodniami i muszę przyznać, że od tamtej pory nie ma dnia bym nie wracała myślami do ukazanej na jej łamach, treści. Zostałam przez autorkę mile zaskoczona i zauroczona, a fragmenty książki, poświęcone Alice i jej badaniom nad słoniami rozkochały mnie w sobie bez pamięci. To właśnie one przybliżyły mi nieco bardziej życie tych egzotycznych zwierząt i zarazem ukazały, że są one o wiele bardziej wyjątkowe, aniżeli wydawało mi to do tej pory. Strasznie żałuję, że prawdopodobnie nigdy nie będzie mi dane poobserwować ich na wolności, ponieważ jestem pewna, że ludzie mogliby nauczyć się od tych istot żywych poszanowania dla osób ze swojego bliskiego otoczenia, ale i również wszystkich innych. Obcowanie z przyrodą stanowi najdoskonalszą lekcją pokory jaką moglibyśmy sobie wymarzyć. Szkoda tylko, że tak niewielki procent naszej społeczności zadaje sobie odrobinę trudu, by doświadczyć jej na własnej skórze. 

Amerykańska pisarka ma to do siebie, że z niezwykłym wyczuciem i zaangażowaniem dobiera informacje, które chciałaby zawrzeć w pisanych przez siebie pozycjach literackich. Dlatego też poruszana przez nią tematyka w jej książkach wydaje się być jeszcze bardziej wyjątkowa i niepowtarzalna. Wielu autorów powinno więc brać przykład z Jodi Picoult i nieco bardziej ambitnie podchodzić do pisanych przez siebie powieści. Być może dzięki temu mieliby większą szanse na to, by tworzone przez nich pozycje literackie trafiały do szerszego grona czytelników i nie stawałyby się aż tak bardzo przewidywalne jak ma to miejsce w większości przypadków. Bohaterowie stworzeni przez twórczynią "Już czas" i tym razem są jedyni w swoim rodzaju. Każdy z nich został przez nią dokładnie przemyślany i dzięki temu stał się na swój sposób nietuzinkowy. Podobnie jak większość społeczeństwa popełniają oni liczne błędy, ale też dzięki ich postępowaniu jesteśmy w stanie nauczyć się o życiu co najmniej kilku wartościowych rzeczy. Tak samo było w przypadku perypetii, które dane nam jest przeżyć wraz z Jenny, Serenity i Virgilem. W końcu nie od samego początku ich relacje można było nazwać idealnymi lub chociaż poprawnymi. Każdy z nich posiadał trudną przeszłość, jednak na samym końcu czytelnikom dane było dojść do kilku pouczających wniosków, które nie wprost dane jest nam sformułować za pośrednictwem ich zachowania i różnych motywów kierujących tych bohaterów do poznania prawdy na temat tajemniczego zaginięcia Jenny. 

Najnowszą powieść Jodi Picoult chciałabym polecić zarówno wieloletnim fanom tej autorki, ale i również osobom nie mającym do tej pory do czynienia z jej twórczością. Pisarka po raz kolejny udowodniła, że tworzone przez nią książki zasługują na miano bestsellerów i są czymś znacznie więcej, niż zwyczajnymi czytadłami do poduszki. "Już czas" podobnie jak inne opiniowane przeze mnie powieści amerykańskiej autorki posiadają głębię, która nadaje im jeszcze większego uroku i wartości. Tak jak wspomniałam wcześniej, podziwiam ją za dokładność i pełne zaangażowanie w tworzone przez siebie książki. Moim zdaniem lepiej jest bowiem napisać jedną lub dwie książki rocznie i zrobić to z należytą dokładnością, aniżeli obrać sobie ambitniejszy temat na powieść i maksymalnie go spłycić, a niestety zdarzają się i tacy twórcy. Dlatego własnie uważam, że warto jest znaleźć odrobinę czasu i zapoznać się z historią Jenny i jej przyjaciół.


Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź (Tom 3)

Tworzenie opinii na temat przeczytanej książki, znajduje się obecnie na szarym końcu mojej prywatnej listy rzeczy do zrobienia. Dzisiaj jednak postanowiłam podzielić się z Wami refleksjami na temat serii, która zapowiadała się naprawdę fajnie i choć od samego początku zauważałam w niej wiele mankamentów to jednak gdzieś pozostawała nadzieja, że chociaż na samym końcu Nina Reichter pokaże na co ją stać i czytelnicy będą mieli okazję zapoznać się z czymś o wiele bardziej ambitnym, niż z przeciętnej jakości fanfiction na temat wspomnianych już w poprzednim tekście braciach Kaulitz.

Chciałabym od razu zaznaczyć, że osobiście nie mam nic przeciwko tego typu utworom, bo choć sama nigdy nie byłam fanką tego zespołu to zdarzyło mi się popełnić kilka opowiadań z Billem i Tomem w roli głównej, a z setką kolejnych dane mi było się zapoznać podczas odwiedzin na zaprzyjaźnionych blogach. Większość z nich łączyła jedna zasadnicza cecha: były strasznie schematyczne i nawet "Moda na sukces" wydawała się być o wiele bardziej ambitna, choć także wśród tekstów fanfiction można było wynaleźć tekst, który znacząco różnił się od innych i dzięki temu czytało się go z nieukrywaną przyjemnością. Po cichu miałam więc nadzieję, że podobnych wrażeń doczekam się w końcu od wychwalanej przez wiernych czytelników Niny Reichter, ale niestety jedyne na co mogłam liczyć to wielkie rozczarowanie przeplatane z mieszaniną irytacji, a także znudzenia.

Po przeczytaniu ostatniego tomu "Ostatniej spowiedzi" zaczęłam zastanawiać się nad kilkoma zasadniczymi problemami, które bezustannie pojawiały się na łamach tej książki. O większości z nich zmuszona jestem powiedzieć w dużym skrócie, ponieważ musiałabym streścić wam większość fabuły, a tego bym bardzo nie chciała. Rozumiem, że jednym z głównych celów stworzenia tej książki było ukazanie czytelnikom specyfiki życia osób pracujących na scenie, jednak w moim odczuciu wyszła z tego raczej opera mydlana, aniżeli coś co faktycznie mogłoby mieć związek z rzeczywistością. Oczywiście zgadzam się z tym, że bycie osobą medialną niesie za sobą nieustanna walkę o utrzymanie się na rynku, a jak wiadomo ta nie zawsze bywa fair play. Uważam natomiast, że niektóre z wydarzeń opisanych przez Ninę Reichter za coś absurdalnego i naprawdę nie rozumiem osób, piszących w swoich opiniach piszą o niekończącej się liczbie wzruszeń jaka towarzyszyła im podczas zapoznawania się z treścią tej powieści. Na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć momenty, które faktycznie mogłyby takie być, ale zostały one przysłonięte przez wydarzenia tak nieprawdopodobnie żałosne, że nie zwróciłam na nie najmniejszej uwagi. Tym bardziej, że za chwile znowu mieliśmy do czynienia z kolejnym absurdem i z tego wszystkiego nie mogłam się nawet powstrzymać od nie relacjonowania tych zdarzeń przyjaciółce, która dzielnie wysłuchiwała moich opowieści. 

Autorka niewątpliwie nie wykorzystała potencjału wymyślonej przez siebie historii. Tym razem pojawiło się już znacznie mniej szczegółów świadczących o tym, że opowieść ta jest ściśle związana z zespołem Tokio Hotel, a jednak Nina Reichter i tak musiała zrobić coś, by człowiek nie mógł być zadowolony z czasu, który postanowił przeznaczyć na zapoznanie z jej twórczością. Książka ta nauczyła mnie jednak jednej ważnej rzeczy: kobieta powinna znaleźć sobie faceta posiadającego w swoim inwentarzu brata. Zawsze istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że po jego stracie nie pozostanie sama, ponieważ będzie miała się na kogo przerzucić, a jeśli otrzyma przy tym jeszcze błogosławieństwo ich matki to już w ogóle powinna zostać ona okrzyknięta największą szczęściarą na całym świecie. Zdaję sobie sprawę z tego, że być może moja opinia wydaje się być nieco niesprawiedliwa, ale nie potrafię napisać, że poznana przeze mnie historia była cudowna i spędziłam z nią cudowne chwile, jeśli w rzeczywistości nie miało to w ogóle miejsca. Na usta wciąż cisną mi się te same określenia i aż nieprzyzwoicie byłoby je w kółko powtarzać. Osobiście znam kilka fanfiction o Tokio Hotel, które o wiele bardziej zasługują na wydanie ich w formie książkowej, ale zdaję sobie sprawę z tego, że z wielu przyczyn tak się nigdy nie stanie. Jeśli miałabym wskazać na jakiś plus wiążący się z "radosną" twórczością Niny Reichter to niewątpliwie mogłabym wskazać na lekki styl, którym posługuje się autorka "Ostatniej spowiedzi", a także na ogólny pomysł na napisanie tej powieści.

Bardzo żałuję, że nie będę w stanie opowiedzieć Wam bliżej o absurdach mających miejsce w tej powieści, ale chyba lepiej będzie, jeśli przekonacie się o nich na własnej skórze. Jak już wspomniałam wcześniej, istnieje spora rzesza fanów tej powieści i choć nie rozumiem na jakiej podstawie przypadła im ona do gustu to jednak nie pozostaje mi chyba nic innego, jak tylko zaakceptować taki stan rzeczy. Z drugiej strony ciekawi mnie również fakt, czy Nina Reichter zdecyduje się na napisanie i wydanie kolejnej powieści. Muszę przyznać, że na pewno sięgnęłabym po nią w bliżej nieokreślonej przyszłości, by przekonać się, jak to właściwie jest z tym jej talentem pisarskim. Póki co pokazała się mi z dość przeciętnej strony, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że opowiadania powstające na poczet bloga, a w dodatku pozostające historiami natury fanfiction, żądzą się odmiennymi prawami, aniżeli ma to miejsce w przypadku powieści "standardowych", choć i to tak naprawdę jej nie usprawiedliwia.



Moja ocena: 3/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy