Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starocie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2014

starocie można kochać...

Podszedł do samochodu - starego busa wypełnionego po dach przedmiotami tymi z duszą i takimi bez niej,
kocami, (bo wszak na giełdę nad ranem trzeba przyjechać i dospać trochę), książką i kubkiem z wystygła już herbatą i...
przyniósł z niego... młotek.
Zwykły, stary młotek...?
"Wie pani, bo to moja ostatnia zdobycz" i przeciągnął palcem po jego dłuższym boku z takim namaszczeniem jakby to był najdelikatniejszy alabaster. "Takiego kształtu nigdy nie spotkałem, jest piękny, mam już ich około sześćdziesięciu, ale ten jest wyjątkowy.... Nigdy go nie sprzedam."
Trzymał go w dłoniach obracając i pokazując mi go ze wszystkich stron, a w oczach miał tyle radości, tyle zachwytu! Miłości.
Miłości do tego co robi. To się nazywa pasja.
Człowiek handlujący starociami. Przewożący w samochodzie cząstki ludzkiej historii i kochający to co robi. Piękny człowiek. Człowiek z osobistym maniactwem, swoją fascynacją.
To sztuka znaleźć w życiu coś, co sprawia Ci frajdę, satysfakcję. Zamiłowanie które zatraca Cię w czasie. To sztuka rozpoznać ten moment, nie przegapić chwili, która uświadomi Ci, że to jest właśnie jest TO.
Cokolwiek to będzie.
"... bo gdy Twoją pracą będzie coś co kochasz, nie przepracujesz w życiu ani jednej godziny..."
















Była to wrocławska giełda staroci.
*

wtorek, 11 marca 2014

loftowa lampa i czekoladowa tarta...

Moje nowe odkrycie - znalezisko podczas kolejnego oczyszczania piwnicy w domu moich Rodziców. W życiu nie sądziłabym, że ją tam znajdę. Chociaż w garażu mój Tata miał kanał (taką dziurę w podłodze jakby ktoś nie wiedział, która miała służyć do ewentualnych napraw samochodu), no i tam ona - moja lampa - znalezisko, pewnie mogła się przydać. Choć nie pamiętam, aby choć raz mój Tata siedział w tym kanale.
Gdy przyjechałam do domu, lampa już leżała na kupie śmieci przeznaczonych do wywiezienia. "Matko! Jaka piękna!' I już wyciągałam ją za okrutnie długi, utytłany w wieloletnim brudzie kabel. Mój ślubny już wcale niedziwiący się moim nagłym entuzjazmom, nic nie mówił tylko patrzył i kiwał głową. Ale potem w domu odświeżył ją i pomalował zardzewiałą metalową kratownicę. :D Urok ma jedynie z żarówką starego typu. Albo jestem sentymentalna...?
Lampa pochodzi ze Spółdzielni Pracy Chemików i nazywa się lampa warsztatowa. Tak na niej wygrawerowano. Wisi w kuchni i cieszy mnie ogromnie.
Lampą zwyczajnie się chwalę ;) Ale przepisem na tartę z musem z gorzkiej czekolady z Wami się podzielę. Jest boska! Pod warunkiem, że lubi się gorzką czekoladę.







TARTA Z MUSEM Z GORZKIEJ CZEKOLADY 

 mus:
- 300 g czekolady gorzkiej (70% ale może też być łagodniejsza )
- 100 g masła
- 3 łyżki rumu/wiśniówki/amaretto
- 100g cukru
- 120ml gęstej śmietanki 36%
- 4 jajka
- 1 słoik konfitury z wiśni/pomarańczy/malin (w zależności od upodobań)

ciasto:
może być kruche jak na tartę, ale lepsze do tego jest ciasto piaskowe:
- 300g mąki
- 90g cukru pudru
- 90g masła
- 3 żółtka
- 4 łyżki zimnej wody.
Zagnieść, zawinąć w folię i schłodzić jak ciasto kruche.

1. Rozgrzej piekarnik do 190stopni bez termoobiegu. Wyjmij ciasto z lodówki, rozwałkuj na grubość ok 3mm i wyklej nim formę do tarty.
2. Nakłuj ciasto widelcem, przykryj pergaminem i obciąż fasolą. Wstaw do pieca na 15min.
3. Rozpuść czekoladę z masłem na parze lub w teflonowym garnku. Dodaj śmietankę i rum. Wymieszaj. Ostudź.
4. Rozdziel żółtka od białek. Żółtka ubij z cukrem na kogel - mogel. Białka ubij osobno ze szczyptą soli. 
5. Dodaj kogel - mogel do czekoladowej masy i delikatnie wymieszaj. Dodaj ubite białka i jeszcze raz wymieszaj, żeby było puszyste.
6. Wyjmij ciasto z piekarnika, zdejmij papier i fasolę. Na ostudzonym cieście rozsmaruj warstwę konfitury a na wierzch wyłóż czekoladowy mus.
7. Wstaw do piekarnika na 20 - 25min. Ważne jest żeby jej nie przesuszyć. Bardziej wilgotna = bardziej pyszna. ;)

Ten mus można również nałożyć do pucharków, ozdobić konfiturą i wstawić do lodówki na 1/2godz. Będzie pyszny mus. Lub zamrozić, będą lody.
Ale jeśli upieczemy go na tarcie, najpierw widowiskowo urośnie, a potem w czasie studzenia opadnie i pięknie popęka. Nie trzeba się tym przejmować, tak właśnie ma być.
Posypać cukrem pudrem.
Kroić po ostudzeniu.

Powiem Wam, że mnie smakuje bardziej na drugi dzień, gdy ciasto przesiąknie konfiturą... Mmmm...
(Kto do diabła wymyślił  diety i odchudzanie...???!  ;/ )


Uściskuję! ♥


piątek, 11 października 2013

drugie życie kredensu...

To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Wiecie jak to jest. Spada na nas jak grom z pogodnego nieba, wbija w ziemię i koniec. Nie ma zmiłuj!
Był piękny słoneczny, wiosenny dzień a ja z otwartą głową (i sercem) wędrowałam po giełdzie pełnej przedmiotów z odzysku, porzuconych, niepotrzebnych, wygrzebanych i do wzięcia (czyt. kupienia).
Stał tam. Razem z mnóstwem staroci i klamotów, zastawiony jakimś stołem, brudny, po przejściach, no i samotny... ;)  A ja z otwartym sercem przecież! I jak tu nie przygarnąć nieszczęśnika? Miał w sobie wiele potencjału i pomyślałam, że warto byłoby włożyć w niego trochę pracy i zainwestować z nadzieją, że drugą młodość przeżyje przy mnie. Że cieszyć mnie będzie swoim jestestwem w nowej odsłonie. Nakręciłam się potwornie. Wróciłam z nim do domu. Już oczami wyobraźni widziałam jak pięknieje w mojej nowej letniej kuchni w altanie, co mi ślubny miał tej wiosny wybudować w ogrodzie ("... no możemy wybudować..., a na pewno chcesz...? po co właściwie Ci ta altana??) .
Taaaa.... będzie cudnie! Będzie pięknie.
Kredens kuchenny z lat 50-tych - moja nowa miłość.
Z dnia na dzień widziałam więcej uszczerbków w jego wyglądzie i coraz więcej pracy.
Moją miłość opuszczało powoli szaleństwo zachwytu.
Zaczęło się szlifowanie, klejenie, zaciskanie, malowanie, przecieranie, znów malowanie, znów przecieranie, poszukiwanie brakujących w środku szufladek, kupowanie siatki, mocowanie itd...
Kredens gotowy nigdy nie wydostał się z garażu, bo kuchnia letnia w altanie nie powstała. Altana również nie powstała, "bo właściwie wcale nie jest nam potrzebna" ;)
Kredens znalazł nowy dom, a Wam pokazuję zdjęcia. Robił je mój M. co pewnie widać, bo mebel stał się bohaterem... drugiego planu... ech... :))








Kredens przed metamorfozą wyglądał tak:


Nie obiecuję, że znów uczucie mnie nie opęta, że będę ostrożniejsza i nie krzyknę " o jejku!" przed jakimś kolejnym starociem.
No, nie. Nie mogę obiecać.... ;)
*
A to maleństwo wyciągnęłam wrzeszczące wniebogłosy z nadkola jakiegoś samochodu. Był przerażony i potwornie głodny. Ze strachu przesiedział cały dzień za bojlerem. Słodziak...


*
Na podstronie Biżuteria promocje pojawiło się kilka pozycji w korzystnych cenach.

Pięknego weekendu Wam życzę! ♥

niedziela, 18 sierpnia 2013

woda sodowa czyli stare syfony...

Marzył mi się stary syfon.
Byłoby pięknie, gdyby był wyprodukowany w Polsce i miał choć szczątki oryginalnej etykiety...
Bardzo lubię stare grube szkło począwszy od kieliszków, z których wyjątkowo smakuje schłodzona zrobiona w domu lemoniada albo woda z listkami mięty z własnego ziołowego ogródka, po świeczniki..., butle..., karafki... Proste, siermiężne szkło.
Syfonów w moich zbiorach jeszcze nie miałam, więc wypatrywałam oczy poszukując je na różnych giełdach i bazarach.
I jak się okazało, wcale nie trzeba było daleko szukać! Wystarczyło wziąć się za gruntowne porządki w piwnicy mojego rodzinnego domu! I gdzieś głęboko na półkach, pod stosem desek i starych ocynkowanych rynien, nad którymi w końcu zlitowaliśmy się wywożąc je do skupu złomu - ODKRYCIE!
Dwa polskie cudnej urody szklane syfony pochodzące z Wytwórni Wód Gazowanych "Wrocławianka" mieszczącej się niegdyś przy ul. Grabiszyńskiej. I jak sięgam pamięcią najwcześniejsze dzieciństwo spędziłam mieszkając na jednej z bocznych ulic od Grabiszyńskiej właśnie. A w pobliżu skrzyżowania stał warzywniak. A w tym warzywniaku na półce stały syfony właśnie. Przy przeprowadzce pewnie te dwa pojechały z nami.
Jak więc okazało się, syfony czekały na odkrycie we własnym domu. Wniosek...? Bierzmy się za gruntowne porządki piwnic, strychów i zakamarków. To nic że tam masa pajęczyn. Właśnie wśród nich możemy natknąć się na najciekawsze zapomniane przedmioty. A nóż odkryjemy jakiś "skarb", który sprawi nam wyczekaną radość...? A do tego z historią przeplecioną z naszym dzieciństwem...?












Pasują do moich butli jak ulał! :)





wtorek, 30 lipca 2013

giełda staroci plus terminarz...

Wrocławska giełda staroci odbywa się w każdy ostatni czwartek, piątek i sobotę miesiąca.
Zwykle jest duże zainteresowanie koneserów i entuzjastów antyków i staroci w ogóle, ale w ostatnią sobotę pewnie z uwagi na okres wakacyjny klientów i wystawców było niewielu.
Mimo tego miło spędziłam poranek a dla Was zrobiłam kilka zdjęć.















To białe ceramiczne naczynie (pytałam sprzedawcę bo z niczym nie mogłam tego przedmiotu skojarzyć) służyło kiedyś do parzenia herbaty. Ten "kubek" (ma dziurki w dnie) stawiało się na naczyniu, w którym chciało się zaparzyć herbatę, wsypywało do niego jej liście i przelewało wrzątkiem. Procedura parzenia przebiegała podobnie jak w ekspresie przelewowym...










A widok wałków do malowania ścian ucieszył mnie najbardziej! Nigdy nie udało mi się spotkać ich na giełdzie. Służyły jak z pewnością wiecie do nanoszenia wzorków na ścianach. Kiedyś dekorowano w taki sposób ściany w prawie każdym domu, najczęściej na wsiach. W domu mojej Babci też były takie dekoracje. To była taka tańsza wersja tapet...
Dziś powraca moda wałkowania ścian. Zajrzyjcie na blog http://kotburykot.blogspot.com/2013/06/waek-roller.html i zobaczcie jak Ania świetnie ozdobiła takim wałkiem ściany w swoim domu. Ale nie tylko ściany! http://kotburykot.blogspot.com/2013/06/jelonki-sarenki.html



Pan który sprzedawał, wyceniał wałki (bez rękojeści) na 8zł za sztukę.

*

A jeśli chodzi o moje zakupy na giełdzie staroci...
Wyszłam z metalowym koszem za 40zł i miętową butelką z grubego szkła za 5zł... :)



Kalendarium GIEŁD I TARGÓW STAROCI na rok 2013 znajdziecie TUTAJ

*

I na koniec... nie mogę się oprzeć...!, żeby nie pokazać Wam czegoś tak słodkiego jak...
 czekoladowa mufinka z kremem! ♥
(siedmiotygodniowa labradorka moich znajomych)


Jest jak ciastko, prawda...? ;)

Serdeczności, kochani! ♥

*


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...