Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dredy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dredy. Pokaż wszystkie posty

11 marca 2012

Nowy, letni pomysł i sopockie molo



Dziurzaste kule i rurki polubiły dredy, ale wielkimi krokami zbliża się wiosna (nawet na biegunie zimna), znalazłam więc w mojej pomysłowni nowe dla nich ubranko. A to wszystko na fali mojej fascynacji lnem w każdej postaci...no, może pomińmy siemię lniane. Tak oto dred jest w środku, a spowija go (widzicie dziewczyny, nawet poetycznie ten len traktuję) tkanina lniana w kolorze ziemi, owinięta szydełkowym sznurkiem, oczywiście z lnianej cienkiej nitki.







Naszyjniki poniżej już pokazywałam, ale nie były jeszcze wykończone, teraz w całej krasie, chociaż muszę przyznać, słabej jakości mam dziś fotki. Mój "kanonik" chyba zupełnie zaniemógł, kolejnej reanimacji nie daję rady wykonać, więc radzę sobie u kogo mogę, i to jeszcze w trybie pilnym.







Dzisiaj wieczorem wróciłam z weekendowego wypadu do Trójmiasta. Jako kura udomowiona bardzo łaknęłam ostatnio jakieś odmiany, wszak moja grzęda, to głównie dłubanina w glinie i wełnie. Najmłodsze, gimnazjalne kurczątko zostawiłam w domu z antybiotykiem i babcią. Bez odwiedzenia sopockiego mola nie mogło się obyć mimo bardzo wietrznej pogody. Przy okazji doświadczyłam czegoś, co jest typowym znakiem czasu. Otóż na żywo pomachaliśmy chorej córce i siostrze z mola, korzystając z internetowej kamery. Ona w domu przy laptopie, my na dechach mola. Muszę przyznać że fajne to było.



Za tydzień ma być dużo cieplej, może wybiorę się na nasze, mazurskie molo, też "niczegowate" a co...
Dziękuję Wam za liczne odwiedziny i pozostawione po nich ślady, nie muszę zapewniać, że to zawsze uskrzydla. Mam do Was małe pytanko, jak zadziałać, żeby nowe obserwowane przeze mnie blogi umieścić na pasku bocznym. Od jakiegoś czasu nie udaje mi się to. Podobno trzeba zrobić nową listę. Tylko po prostu nie wiem gdzie znaleźć tą opcję, a szukałam długo. Wyszło na to, że chyba w gadżetach, ale nie wychodzi mi, pewnie robię coś źle, może mnie naprowadzicie, będę wdzięczna:)
Życząc szybkiego wkroczenia wiosny w Wasze blogi, obejścia i serducha......do następnego:)))

11 lutego 2012

Wszystkiego po trochu...



Witam Was gorąco po długiej przerwie, kolejnej już zresztą. Ociąganie się w blogowaniu nie oznacza zaniedbywania realizacji moich pomysłów, tyle że na efekty niestety trzeba zawsze poczekać. Tak jak z tymi elementami .....wyjmowanymi po kilka razy z pieca, kilkakrotnie poprawianymi (oczywiście nie mam na myśli filcu)......i wciąż czekającymi w kolejce do wykończenia. Potem pewnie poczekają na fotki...ostatnio mój aparat się zmroził, wystarczyło pół godziny na -17 st.


Coś mi szwankuje dziś blogger, ale pokażę co się da. Na początek niby powtórkowy naszyjnik, ale dred jakby bogatszy o pofarbowane przeze mnie koronki i takie tam. To dla tych, co to lubią żeby się na swetrze czy golfie.....działo.












Drugi naszyjnik to żółć i niebieskości z dodatkiem minimalnych ilości innych barw.




A teraz kilka bransolet pt."a kysz zimo wstrętna", kolorów nam trzeba, nie sopli!!!!!!! Pamiętajcie, że jam prawie z bieguna zimna. Nie tylko śniegu ci u nas dostatek. Gradusów jeszcze więcej.


Bardzo chcę z tego miejsca podziękować Beatce , od której otrzymałam kilka dni temu przesyłkę z aż tyloma cukierasami. Była w niej moja wygrana candy, zawieszka, wymiankowe szyldy ( któż ich nie zna ), ale niespodzianka mnie powaliła...królica autorstwa QRKI ,zobaczcie same....



Wcale nie łatwo uwiecznić taką długaśną królicę....na siedząco też nie lepiej:))

A tu pozostałe słodkości. Te cudne szyldy będą ozdabiać przez 3 miesiące nasz dobytek nad jeziorem, umilać harcerski sznyt obejścia i........ przypominać o Qrczęcim talencie. Duży ci on....oj duży!:)





Kilka dni później u Mamurdy również wygrałam candy. Radość moją możecie sobie tylko wyobrazić....w tak krótkim odstępie czasu...to prawie jak w .....lotto:))) Zgodnie z obietnicą mam zająć się należycie tymi dwoma szkrabami, uszytymi przez mega ciekawą i optymistyczną osóbkę, jaką jest autorka wspomnianego bloga. Bardzo gustownie i ciepło ubrane przyjechały pod moje skrzydła te walentynkowe stworki ( kurcze...skarpety robione na drutach wyglądają spod tych czaderskich jeansów...no i ucięłam je)
Adopcja ku uciesze całej rodziny, będzie więc im jak w puchu...

Tak się ucieszyłam, że królica Mimi nie będzie sama.....zobaczcie, jak im dobrze we trójkę...choć pewnie do czasu...bo znając życie.....
Teraz muszę wybrać imiona dla nowych domowników...może jakieś propozycje?
Dziewczyny...obu Wam baaaaaardzo dziękuję!:))))


Temat filmowy również trafił mi się na blogu, a to za sprawą zaproponowanej przez Monikę

zabawy pod takim oto tytułem:
Nie jestem zbyt serialowa, ale jeżeli już, to patriotycznie , tylko polskie. "Na wspólnej" staram się nie omijać, a jak już się zdarzy, próbuję złapać powtórkę. Właśnie ten serial , "M jak miłość", i "Rodzinka pl" to takie uprzyjemniacze wieczoru. Ale dwa pierwsze mają też całkiem praktyczne zastosowanie. Otóż oglądam je z mężem razem i służą one też do relacjonowania zdarzeń mijającego dnia. W tvn-ie wiadomo.... w przerwie ( chyba z 15 min), a "M jak miłość" czasem cały przegadamy, bo zazwyczaj nic ciekawego się nie dzieje i dialogi często wołają o ...., ale tak się utarło i chyba o rytuał tu chodzi, bo już nie raz planowaliśmy wziąć rozwód z Mostowiakami. Konwersację przerywam zwykle, gdy pojawiają się kadry w ogrodzie na Deszczowej, z kwiecistym gankiem w Lipnicy i te ich zielone łąki.......teraz w te mrozy...to prawdziwy balsam dla duszy. No a "Rodzinka pl" (nowy serial, jeszcze nie nałóg) ewidentnie służy do śmiechoterapii. Bardzo go lubię. Medycznie..."Doktor Haus" od czasu o czasu i ostatnio rodzime "Na dobre i na złe" zapożyczając werwę z serialu rzeczonego przed chwilą, stało się nawet ciekawym serialem. Więcej seriali nie oglądam, nie lubię się ograniczać, bo łatwo wpaść....... jak z tą Lipnicą....
Tak na marginesie...tyle jest hałaśliwych reklam nowych seriali.....a jak przyjdzie premiera...ręce opadają...też tak macie? Ciekawa jestem kiedy powtórzy się coś na miarę "Usta, usta"....bardzo mi się podobał. Fajnie, że Pilaszewska dopisuje dalsze dzieje " Przepisu na życie".

Teraz zgodnie z zasadami, zapraszam do podzielenia się swoimi serialowymi gustami:
dwie niezwykle zdolne i pracowite dziewczyny, które poznałam na kursie u Beaty
Anetę z bloga "Szopinistka"
i Roksanę z "Roksana styl"
Kinię z " Here comes the sun..."
"Ceramiczny kamień"
"Ulubione robótki"

Zasady zabawy:
Przedstawienie ulubionych seriali, przekazaniu zabawy dalej, do kolejnych 5 osób i umieszczeniu banerka zabawy na swoim blogu.

Dziękuję za to , że zaglądacie tutaj, pomimo mojego mniejszego niż kiedyś zaangażowania....
Serdecznie Was pozdrawiam i do miłego...może już nie mroźnego:)

6 stycznia 2012

Mój drugi NOWY ROK z Wami


Dziękuję Wam serdecznie za tyle pięknych życzeń...zdrowia przede wszystkim często czytałam i słyszałam, a tu masz....Przełom roku u mnie, to przede wszystkim okropne, nie dające spokoju wirusisko. Takiego paskudztwa całe lata nie miałam...katar, zatoki, migdał ( na szczęście jeden), dzisiaj doszło ucho, i to wszystko bez temperatury. Bez antybiotyku nie dałabym rady. Święta miałam zdrowe i urocze, między innymi za sprawą znanego już dla części z Was, mojego ukochanego siostrzeńca....już 10-miesięcznego.

Nie, nie.... tyle lampek to ja nie mam:) To gdzieś w niemieckim centrum handlowym.
A to już w Polsce.






Przed świętami dość dużo się działo. Ręce pełne pracy od rana do wieczora, ale najważniejszą sprawą dla mnie było poznanie Beaty Jarmołowskiej na dwudniowym kursie. Mogłam na własne oczy oglądać te cudne materie, którymi wprowadza w zachwyt na swoim blogu. W realu są to rzeczy jeszcze bardziej cudne. Dziewczyny....długo nie mogłam dojść do siebie, tyle wspaniałych wrażeń, wspomnień, mnóstwo rad, " Beacinych myków" ( a to osóbka niesłychanie doświadczona i utalentowana w różnorakich technikach) , ciekawostek, a co za tym wszystkim idzie...w głowie cała masa pomysłów. Wreszcie wiem do czego użyję tekstylne, włóczkowe, szydełkowe różności, które przez lata gromadziłam, jako dziewiarka, biżuteryjka i lumpeksomaniaczka. I to wszystko po kursie tak jakby I stopnia...tak, tak, to były podstawy, a drugiego dnia czapka i torba. Przez ostatnie dwa lata zrobiłam pewnie z 10 szali, tyleż czapek i kapeluszy, dwie torby .... i zazwyczaj byłam zadowolona ze swoich poczynań w tym temacie. Ale dopiero teraz widzę, jak moje " internetowe szkoły " mnie ograniczały. Oczywiście ceramiki nie zostawię, ale niesamowicie otworzyły mi się oczy na czarodziejską moc merino. Czapkę już noszę, a torba czeka na wkomponowanie ceramiki. Pokażę innym razem, obiecuję:)
Cóżby tu dzisiaj pokazać......Część biżutów chce się sprzedać i leży w różnych miejscach , bliżej i dalej...część u nowych właścicielek... a z tego co na miejscu...... tak naprawdę nie mam fotek dobrej jakości. W domu mam ciemno, słońce nawet jak gdzieś się wyłania, to zaraz znika za sąsiednim blokiem, albo w ogóle znika. Na obrabianie zdjęć nie miałam czasu, a teraz choróbsko...trudno...... daję cokolwiek mam.....

Broszka pstrokata......
Broszka metaliczna......

Broszka z moim ulubionym wgłębieniem....
Jakiś guzior się zaplątał.....





Naszyjnik zimowy w jednej z moich nowych odsłon. Polubiłam ten pomysł i będzie tego więcej w różnych kolorach. Tylko te foty, pożal....






Ten cudny len farbowała kiedyś.... Beata.
Teraz trochę fragmentów innych dredzisk, z różnymi wydumkami. Nie ze wszystkich jestem zadowolona, ale są takie......moje.....wymyślone którejś nocki.











Bardzo dużo wzruszeń i radości przyniósł mi niespodziankowy czas przedświąteczny. Również za sprawą blogowych koleżanek. Niestety znalazłam fotki tylko z jednej niespodziewajki. 23 chyba grudnia listonosz przytaszczył wielką pakę od Magdaleny. Po jej otwarciu ......że też nikt nie zrobił zdjęcia mojej zaskoczonej miny......miałabym ubaw na całe święta.....
Imponujący rozmiar, nieprawdaż?
Jakiś czas temu wygrałam u Magdy moje jedyne candy, śliczną filiżankę. Wtedy Magda leżała w szpitalu i meilowo wyszło na jaw, że nas obie los poczęstował tą samą chorobą.... w życiu nie ma przypadków...trochę czasu upłynęło, z różnych powodów ( które rozumiem) nie dotarła do mnie owa filiżanka.... i gdy teraz dokopałam się do super zapakowanych "skorup"...... okazało się, że filiżanka rozmnożyła się, dokładnie 4 razy. No i xxx-owy dzwoneczek. Bardzo mnie ucieszył, bo muszę się Wam pochwalić, że zaraziłam i Magdę rękodziełem.

Już nie będę narzekać, że nie mam szczęścia w blogowych zabawach:)

Madziu, jeszcze raz dziękuję i mocno Cię ściskam:)))))

W następnym poście podziękuję jeszcze Peninii i Kini .


A na koniec super wiadomość. Małgosia ( przeszłyśmy na Ty) wczoraj do mnie przyszła z wiadomością o założonym przez siebie blogu. Nazwała go przewrotnie ma-szkarada Bardzo się ucieszyłam i będę ją dopingować i służyć pomocą. Tak na marginesie, doskonale wyczułam u niej coś, co nazywam "zarażenie rękodziełem", (już kilka osób udało mi się zarazić). Małgosia planuje fajne sprawy... jak ja się cieszę z tego powodu:)))) Taka młoda.....jak ona się rozwinie.....och!!! Zachęcam, polecam, bo będzie co oglądać:)

Moje drogie, na ten NOWY (@)!@ z shiftem tak wygląda 2012) 2012 ROK - samych dobroci, pomyślności, radości, wspaniałych pomysłów, optymizmu, rodzinnego ciepełka.............i tego banalnego zdrowia, ale jakże ważnego:)

Na zdrowiu zaczęłam, i na nim skończyłam:)
Mam nadzieję, że słońce pozwoli mi porobić zdjęcia, więc życząc słonecznego długiego weekendu Wam również, pozdrawiam Was cieplutko:)))

3 grudnia 2011

Odkrycie talentu za miedzą.



Witam Was po lekkiej zmianie trybu, nie tyle życia, co blogowej cząstki tegoż właśnie ( życia oczywiście). Same wiecie, gorący sezon przedświąteczny sprzyja używaniu rąk do tego, czym nas opatrzność obdarzyła. Ale nie, to nie to.... to znaczy też, ale głównie chodzi o to, że trudno mi wytłumaczyć sobie samej, że moja doba nie jest z gumy. Już tłumaczę. Nie potrafię po prostu przeczytać waszych postów, obejrzeć, pozachwycać się, coś skrobnąć na fali wzruszeń, nie, ja zaraz planuję co sama zrobię w nowych technikach, którymi się zarażam jak ...no nie wiem czym. Podglądając Joasię zaraziłam się krzyżykami, i już nawet kupiłam co trzeba, by zacząć konturowe obrazy do sypialni. U Arkadii i Eleny dech zapiera ich koralikowy kunszt, no i jak nie pomyśleć, by swoje kolorowe ceramiczne kaboszony obudować choćby klasycznie tymi toho. Wprawdzie nie kupiłam, ale powypruwałam trochę, pozbierałam z szuflad dawne zasoby moich córek, i mogę zaczynać. A gdy zobaczyłam jak Jolinka niemal debiutując szaleje w tej technice, no przecież to szok. Wnętrza też fajnie ocieplić... U QRKI tyle drukowanych klimatycznych cudowności ( a jaki tutek!!!), i również serce aż się rwie. Lny odkopane z pawlaczowych czeluści, druki skrupulatnie powybierane, nawet drukarkę laserową gotowa byłam od męża z firmy zabrać, nie mam litości. I to nie jest tak, że spróbuję tak trochę tylko, podstawy liznę, popatrzę, czy to dla mnie, przecież oczy mam chore, nie.... ja kompletuję całe zestawy.....i to leży ....i czeka. Bo gliny i czesanki przecież nie zdradzę, to moja druga i trzecia miłość robótkowa. Pierwsza to szydełko, oczywiście. Trzeba więc było zrobić porządki w głowie i sercu, no i przeprosić swoje "wybranki", że mi jakieś "boki" zaprzątają rękodzielniczy ład. Powiedziały mi na ucho, że moja pracownia za mała i nie będą się cisnąć jeszcze bardziej....no dobrze, już dobrze...wystraszyłam się, że się jeszcze wyprowadzą....hi hi.
Wróciłam więc czem prędzej na utarte tory dłubaniny, a że wprowadziłam szlaban na nocne moje blogów oglądanie ( wzrok też ma tu swoje trzy grosze), to starym zwyczajem masa nowych pomysłów zaczęła się rodzić przed zaśnięciem. Jest na to mój czas po prostu. Część już zrealizowana, część czeka w kolejce. Najgorsze jest to, że zdjęcia koszmarne wychodzą, słońca jak na lekarstwo. Dzisiaj wybrałam tylko to co w miarę wyszło na fotkach.



Naszyjnik z jednej strony taki....


....a z drugiej taki.

Same broszki.

Kilka czapek i kapelusz ugniotłam, ale te zdjęcia...och.... tylko tej czapki w miarę...



Taki drobiazg w srebrze, ale kula z 2,5 cm ma.




Dredzisk zrobiłam z 10, no ale....

Te frywolitkowe cudowności od Agnieszki dostałam już wcześniej, no i ta wymianka mnie powaliła . Tak drobniutkie i równiutkie prace...jakie one piękne, zarówno zakładka, jak i kolczyki. Agnieszko, baaaaaaardzo Ci dziękuję raz jeszcze. U mnie też ten turkus jest mało turkusowy. Ale w realu takie właśnie są te arcydzieła:)










Na koniec chcę Wam pokazać co ostatnio mi się zdarzyło. Otóż dwie ulice ode mnje mieszka ukryty talent o imieniu Małgosia. Przyszła do mnie w celu wynajęcia miejsca w piecu do wypalenia prac swoich i jej dzieci. Jak powiedziała..."tak sobie razem dłubiemy czasem, bo dzieci lubią". Trochę końcówek się odkleiło w piecu, np. różki i uszko tej pani , no i lód, którego trzymała w "ręce" i lizała.



Ten zawadiaka też jest świetny, nieprawdaż? Dopiero po zrobieniu tych fotek dowiedziałam się od autorki, że on też jest skierowany w stronę tego loda, który niestety odpadł. Ta urocza para powinna stać obok siebie.







Małgosia zaczęła lepić zwierzątka do szopki bożonarodzeniowej, bardzo ją namawiałam, żeby kontynuowała, no i oczywiście, by sama zaczęła chociażby blogować. Ciekawa jestem Waszych opinii.



Gdy słoneczko zawita na dłużej, pokażę swoje wypociny w całej okazałości. Tymczasem życzę właśnie słonecznej niedzieli i serdecznie pozdrawiam:)