Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie reporterskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie reporterskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

Wyzwanie reporterskie - podsumowanie



W zeszłym roku udało mi się zrealizować mój plan w ramach wyzwania reporterskiego. Z nawiązką nawet.
Przeczytałam w sumie 14 książek, z czego 10 zrecenzowałam tutaj na blogu, a 4 dla Archipelagu:

"Autoportret reportera" Ryszard Kapuściński
"Laska nebeská" Mariusz Szczygieł
"Kambodża" Martyna Wojciechowska
"Wyspa klucz" Małgorzata Szejnert
"Lalki w ogniu" Paulina Wilk
"Droga 66" Dorota Warakomska
"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert
"Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków" Juliette Morillot, Dorian Malovic
"Bambus lässt sich nicht brechen" Rüdiger Siebert
"Das Mädchen hinterm Foto" Denise Chong

"Mulat w pegeerze" Krzysztof Tomasik
"Dalej od Buenos" Stefan Czerniecki
"Campa w sakwach" Piotr Strzeżysz
"Majowie - Reaktywacja" Radosław Fiedler

W wyzwaniu już nie będę brała udziału, bo wygląda na to, że umarło. Jestem jedną z nielicznych osób, która jeszcze publikuje na wyznaniowym blogu.
Ale to nic, mam ochotę na nowe wyzwania:) Na razie kończę jeszcze azjatyckie i naturalnie nie zamierzam przestać kontynuowania moich wyzwań bezterminowych (noblistów, peryferii i nagród literackich) ale jak tylko uda mi się zarwać jakąś noc i ukończyć przygotowania zaproszę was do nowego wyzwania:)


sobota, 15 grudnia 2012

"Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków" Juliette Morillot, Dorian Malovic



Dawno nie czytałam tak poruszającego reportażu - chciałam napisać, lecz przecież w tym roku czytałam wiele świetnych książek reporterskich. Należą do nich także Uchodźcy z Korei Północnej. Książka trudna tematycznie, aczkolwiek przystępna językowo, naszpikowana licznymi informacjami lecz mimo to łatwa w lekturze. Na pewno przeczytałabym ją dużo szybciej, gdyby nie brak czasu (pisałam w listopadzie o tym). 

Wiedziałam o Korei niezbyt wiele, słyszałam o obozach, o głodzie, o bezgranicznym uwielbieniu dla wodza, przeczytałam właśnie Phenian Delisle. Z relacji Koreańczyków wyziera przede wszystkim groza: potworny głód, jedzenie ryżu, później ziół, korzonków, a w końcu kory drzew; absolutne oddanie wodzowi, który steruje całym życiem obywateli - pracą, mieszkaniem, strojem, nawet życiem intymnym; wysyłanie do obozów za najmniejsze przewinienie, takie jak na przykład utrata odznaki z podobizną Kim Ir Sena lub Kim Dzong Ila. 
Uchodźcy nie opowiadają z patosem, są wręcz beznamiętni - nie zdawali sobie sprawy z inności życia poza granicami kraju, co więcej trzy dziewczyny, które wyjeżdżały na praktykę do Chin nawet nie zdawały sobie sprawy, że poza Koreą Północną obowiązuje inny kalendarz.
Dopiero poza granicami wielu uciekinierów reflektuję jak zmanipulowane było ich życie, nadal jednak twierdzą, że Kim Ir Sen był ich ojcem, dbał o nich, dopiero Kim Dzong Il doprowadził kraj do ruiny. 

Uchodźcy pochodzą z różnych warstw społecznych - od wojskowych wysokiej rangi, zwykłych ludzi, handlarzy, którzy regularnie przekraczali granicę z Chinami po prostytutkę. Autorzy dbają bardzo, by czytelnik otrzymał jak najpełniejszy obraz życia w Korei Północnej - wiele razy podkreślają, że starali się zdobyć zaufanie swoich rozmówców oraz skłonić ich do opowiedzenia o ich zwykłym życiu. Wielu uchodźców wiedziało bowiem już z wcześniejszych wywiadów jakie wiadomości interesują dziennikarzy i relacjonowali tylko najbrutalniejszy fakty. Morillot i Malovicowi udaje się wykrzesać emocje z Koreańczyków i zamienić beznamiętność ich relacji w pełne emocji opowiadania. Dodać jednak muszę, że autorzy starają się być niewidzialni - z książki dowiadujemy się, że podróżowali wiele miesięcy po Mandżurii, Korei Południowej, Japonii, poznali pas graniczny wzdłuż 38 równoleżnika i wreszcie odwiedzili Koreę Północną. W pozyskiwaniu rozmówców a przede wszystkim ich zaufania pomagała im znajomość języków chińskiego i koreańskiego, a w szczególności dialektu północnego. Z pewnością zrozumienie i nić porozumienia ułatwiała im dogłębna znajomość koreańskiej historii. Ten duet to reporterzy idealni!

Ze szczególnym zainteresowaniem czytałam o problemach adaptacyjnych Koreańczyków z Północy na południu, o stosunkach między oboma koreańskimi państwami. Wielokrotnie przewija się problematyka  ewentualnego zjednoczenia, przedstawiane są paralele do zjednoczenia Niemiec, które jednak w porównaniu z Koreami było przysłowiową bułką z masłem. Nie miałam pojęcia o tym, jak trudna jest adaptacja uciekinierów - po przybyciu na południe przechodzą trzymiesięczne szkolenie, na którym uczą się na przykład obchodzenia z pieniędzmi, zakupów czy życia w społeczeństwie.

Gdy kupowałam tę książkę, sądziłam, że znajdę w niej zbiór opowieści uchodźców, ale mimo, że stoją oni w centrum uwagi, ich opowieści nie wysuwają się na pierwszy plan. Francuzi poniekąd chronologicznie umieszczają swoje spotkania z uciekinierami - dzięki nim można śledzić podróż autorów i podążać ich śladem. Jak pisałam, reporterzy są niemal przeźroczyści, z krótkich akapitów można się tylko domyślać jak trudna i niebezpieczna była ich podróż. Zaskoczyły mnie najbardziej informacje wyróżnione inną czcionką i ramkami - to zarys historii Korei, Mandżurii, a po części nawet Japonii, to informacje o architekturze koreańskiej, o języku, o polityce nuklearnej Korei Północnej, a nawet szkic stosunków koreańsko-japońskich czy koreańsko-chińskich. Bardzo żałuję, że książka nie wybiega poza rok 2004, bo odczuwam niemal dziesięcioletnią lukę w wiedzy na temat wydarzeń na Półwyspie Koreańskim. Teraz będę uważniej śledzić doniesienia stamtąd - mam dużo lepszą bazę, by je zrozumieć i odpowiednio ocenić.

Moja ocena: 5/6

Juliette Morillot, Dorian Malovic, Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków, tł. Katarzyna Bartkiewicz, 365 str., WAB 2008.

sobota, 1 grudnia 2012

"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert


Jakiś czas temu czytałam azjatyckie reportaże Sieberta, które, mimo że powstały kilkanaście lat temu i straciły na aktualności, bardzo mi się podobały. 
Długo zastanawiałam się nad zakupem ostatniej książki tego autora, dotyczącej Mekongu. Siebert wraz z żoną wybrał się na kolejną wyprawę wzdłuż tej rzeki na przełomie lat 2008/2009. 6 stycznia nagle zmarł w małym miasteczku w Kambodży. Żona autora postanowiła wydać już gotowe rozdziały oraz pamiętnik autora, prowadzony podczas podróży. Niedawno wreszcie kupiłam tę książkę i nie żałuję.

Siebert bardzo skrupulatnie opisuje wszystko, co dotyczy Mekongu. Pierwszy rozdział to geografia rzeki - jej bieg, długość, a przede wszystkim problemy związane z odkryciem i umiejscowieniem źródeł. Mieszczą się one w Tybecie wśród lodowców na znacznej wysokości. Ich dokładne określenie jest tak trudne, ponieważ lodowiec wciąż się topi i zmienia położenie.

W kolejnych rozdziałach autor zapoznaje czytelnika z mitami i legendami o rzece oraz z pozostałościami ludzi (np. rysunkami skalnymi), którzy żyli nad Mekongiem przed wiekami. Arcyciekawe są rozdziały o pierwszych podróżnikach, którzy próbowali spłynąć rzekę do jej źródeł. Nieprzystępna dżungla, liczne bystrza i wodospady utrudniały eksplorowanie rzeki. Najciekawszą i najważniejszą postacią był Francuz - Henri Mouhot, który samotnie przemierzał dżunglę. To on jako pierwszy szczegółowo zbadał i opisał świątynie kompleksu Angkor Wat oraz powiadomił szersze grono o swoim odkryciu. Wyczerpany trudnymi warunkami zmarł w Luang Prabang, gdzie do dziś stoi nad jednym z dopływów Mekongu jego grób.

Pisząc o odkryciach geograficznych, Siebert przedstawia problematykę kolonializmu w Azji Południowo-Wschodniej - robi to świetnie, globalnie opisuje problematykę, sposób działania Anglików i Francuzów oraz wpływ kolonizacji na późniejsze losy krajów. Arcyciekawe są informacje na temat historii najnowszej, czyli głównie dwudziestowiecznej Laosu, Kambodży, Wietnamu i Tajladnii. Dzięki tym rozdziałom usystematyzowałam i poszerzyłam moją wiedzę - bardzo mnie to cieszy!

I wreszcie Siebert pisze o własnej podróży, o wycieczkach rowerowych wzdłuż Mekongu, o podróżach autobusem, a przede wszystkich o sowich spostrzeżeniach i wrażeniach. Autor jest świetnym obserwatorem - pisze o ludziach, o architekturze, budynkach, o życiu zwykłych ludzi, ale także o problemach ekologicznych, przemysłowych czy ekonomicznych. Dzięki uprzednim podróżom w te regiony, Siebert analizuje zmiany, ich przyczyny i skutki ale, co najważniejsze, nie ocenia! Wiele z procesów zmieniających ekosystem Mekongu, zaśmiecających rzekę czy zmieniających wioski w betonowe, krzykliwe, chaotyczne osiedla go zasmuca ale nigdy nie krytykuje, nie wywyższa się, nie staje na pozycji osoby wszystkowiedzącej. Taką postawę cenię najbardziej, zwłaszcza po przeczytaniu Powiedział mi wróżbita Terzaniego, który swoją postawą mnie wręcz zniesmaczył.
Pokora, bystrość i zdolność obserwacji i analizy oraz zachwyt nad azjatyckim krajobrazami, a zwłaszcza nad Mekongiem, są największymi atutami i autora i jego reportażu.

Ostatnia część książki to zapiski pamiętnikarskie Sieberta - krótkie obserwacje, spis faktów, spostrzeżenia, opisy noclegów, cen. Wszystko bardzo ludzkie, ciepłe, szczere. Potrafię sobię wyobrazić w jaki sposób Siebert wykorzystywał swoje zapiski, pisząc książkę. Opublikowanie pamiętnika to takie spojrzenie za kulisy pracy autora, dostrzeżenie w nim człowieka, turysty właściwie i w końcu możliwość pożegnania się z nim.

Wspaniała, pouczająca lektura!

Moja ocena: 5/6

Rüdiger Siebert, Mythos Mekong, 223 str., Horlemann Verlag 2011.

"Droga 66" Dorota Warakomska



Któż nie słyszał o słynnej route 66, łączącej Chicago z Los Angeles? Wybrałam się z Dorotą Warakomską na przejażdżkę tą drogą - kosztowało mnie to nieco samozaparcia, bo nie pałam aż takim entuzjazmem do USA jak autorka. Co więcej liczne pobyty i podróże w tym kraju mój zapał skutecznie zmniejszyły. Uściślę - kocham amerykańskie krajobrazy, parki stanowe i narodowe ale jest w tym kraju jeszcze więcej rzeczy, których nie kocham:(
Dlatego zachwyt i podziw Warakomskiej mnie zaciekawiły - po lekturze rozumiem ich źródło, ale nadal nie podzielam.

Autorka jadąc słynną drogą opisuje jej historię ale to nie jest powieść tylko o route 66, to przede wszystkim opowieść o ludziach, mieszkających przy niej. Legendę drogi tworzą bowiem jej pasjonaci, którzy prowadzą hotele, restauracje, bary, sklepy przy niej, którzy nie zwątpili w jej magię po powstaniu autostrad i drastycznym spadku ruchu drogowego. Ciekawość Warakomskiej i naturalna gadatliwość Amerykanów pozwalają jej poznać wiele burzliwych historii, często bardzo intymnych. Podziwiam autorkę za jej zdolność rozmowy, a przede wszystkim słuchania oraz autentyczne zainteresowanie drugim człowiekiem. 

Droga 66 ma ogromny ładunek poznawczy - autentycznie cieszyłam się, że mogłam się dowiedzieć tylu ciekawostek o tej niezwykłej drodze, równocześnie z przyjemnością rozpoznawałam znane mi miejsca. Kiedyś nawet mieliśmy pomysł wybrania się w trasę właśnie tą drogą ale nigdy go nie zrealizowaliśmy. Na razie wystarczą mi te fragmenty, które przejechaliśmy, ale może kiedyś zdecydujemy się na wyprawę śladem Warakomskiej.

Wszystkich entuzjastów drogi 66 łączy głęboka wiara w to, co robią. Każda z nich podsumowuje opowieść o własnym losie słowami, że siłę do życia i szczęście dało jej robienie tego, co kocha. Nie mogłam pozbyć się uczucia płytkość tych twierdzeń - nie potrafię tutaj odnaleźć siebie, ani podzielić entuzjazmu. Warakomska opisuje wiele tragicznych losów ale chyba każda z postaci ma niebywałą siłę walki i stawiania czoła przeciwnościom. Nie potrafię w tym odnaleźć szczerości - wiem, że teraz bardzo generalizuję - ale to jedna z cech Amerykanów, której nie rozumiem i nie lubię. Męczy mnie ten optymizm i zalatuje powierzchownością.
Nie ma to jednak nic wspólnego z książką Warakomskiej, które jest dobra i ciekawa. Wspomniana już wartość poznawcza to dla mnie ogromny atut - Droga 66 to wręcz literacki przewodnik.

Książki wysłuchałam - do głosu i sposobu czytania autorki szybko się przyzwyczaiłam. Jej nieco beznamiętny ton przeszkadzał mi tylko przez kilka pierwszych minut, niestety do ostatniego rozdziału o zgrzytanie zębów doprowadzała mnie angielska wymowa Warakomskiej. Naprawdę nie oczekuję perfekcyjnej znajomości języka, ale ja zwyczajnie wiele razy musiałam dwa razy się zastanowić jakie słowo autorka wymawia. Nawet z tytułowej drogi zrobiła wibruj ące i krótkie rut. Siłą rzeczy reportaż naszpikowany jest angielskimi wtrętami, więc przysłowiową gęsią skórkę i zgrzyt zębów miałam niestety co chwilę.

Moja ocena: 4/6

Dorota Warakomska, Route 66, 408 str., WAB 2012.

sobota, 3 listopada 2012

"Lalki w ogniu" Paulina Wilk



Nigdy nie byłam w Indiach, co więcej gdzieś w głowie plącze mi się stos niesprawdzonych stereotypów, do książki Pauliny Wilk podeszłam więc, chcąc nie chcąc, z ufnością laika. Takie nastawienie było jednak, jak się okazało pod koniec lektury, jedynym możliwym i właściwym - autorka pisze tak, że nie sposób jej nie wierzyć. Jej obraz Indii mnie przekonał, nie wyczułam w nim fałszu, czy wywyższania się, nie odnalazłam zadufania człowieka świata zachodniego, ani wartościowania obserwowanych obrazów.

Paulina Wilk dzieli swoje wrażenia na szesnaście obszarów - każdy z nich jest zlepkiem, układanką obserwacji, czasem bardzo zaskakujących. Autorka pisze o sprawach bardzo skomplikowanych i trudnych, takich jak sytuacja kobiet w Indii, żebractwo, bieda, religia, ale także całkiem prozaicznych jak na przykład codzienna kąpiel czy higiena włącznie z załatwianiem się.

Zachwycona jestem jej zmysłem obserwacji, fotograficznym wręcz. Wilk opisuje dokładnie to, co widzi, oddaje dokładny obraz rzeczywistości. Nie ocenia, nie wartościuje, raczej ukazuje wszystkie aspekty danej sprawy - tłumaczy, stara się odkryć przyczynę oraz uwarunkowania historyczne.

Czemu nie piszę więcej o treści? Bo bardzo mi zależy, żebyście przeczytali tę książkę. Nie chcę ukazywać mojej wersji, mojego postrzegania i wreszcie mojego obrazu Indii. Chcę byście poznali świat widziany oczyma autorki. A przede wszystkim chcę, byście zobaczyli jak świetnym językiem pisze - na tę kwestię zwracam zawsze szczególną uwagę. W Lalkach w ogniu zachwyciłam się pisarstwem Wilk od pierwszych stron.

Nie planowałam podróży do Indii, teraz jestem od niej równie daleka, ale bardzo się cieszę, że mogłam chociaż odbyć tam podróż literacką.

Moja ocena: 6/6

Paulina Wilk, Lalki w ogniu, 259 str., Carta Blanca 2011.

poniedziałek, 8 października 2012

"Wyspa klucz" Małgorzata Szejnert



Wiele razy na blogu wspominałam, że pasjami czytam Duży Format. Jestem fanką reporterów związanych z Gazetą Wyborczą, ślepo rzucę się na każdą ich książkę. Wyspa klucz dodatkowo ma dla mnie szczególne znaczenie - jednym z moich hobby (ostatnio niestety zaniedbanym) jest genealogia. Siłą rzeczy wiele razy zetknęłam się już z Ellis Island. Niewielką wysepką o ogromnym znaczeniu.

Położona na rzece Hudson, w pobliżu Statuy Wolności, niepozorna wyspa odegrała ogromną rolę w historii amerykańskiej emigracji. To tutaj przypływały statki z Europy wypełnione po brzegi emigrantami, którzy niepewnym krokiem schodzili na ląd i poddawali się długiej procedurze oględzin i badań, by wreszcie usłyszeć słowa decydujące o ich dalszym życiu.
Sięgając po książkę Szejnert spodziewałam się opowieści o losach przybyszów, a wystarczyło uwierzyć tytułowi, bo głównym bohaterem jest właśnie Ellis Island.

Autorka koncentruje swoją opowieść wokół losów wyspy - bohaterkę poznajemy gdy była małą zabagnioną wyspeką należącą do Indian Lenni Lenape. To właśnie przemiany, wzrost znaczenia i jej wielkości, jej rola i pracownicy odgrywają najważniejszą rolę w książce. Emigranci przewijają się w tle, ale to nie ich relacje cytuje autorka, a wypowiedzi osób, które na wyspie ich przyjmują. Szejnert przybliża nie tylko losy komisarzy wyspy (także te przed i po objęciu tego stanowiska), ale pochyla się nad szeregowymi pracownikami, którzy byli najbliżej przybyszów. Dzięki ich wypowiedziom, wyłania się obraz koszmarnych przepraw przez Atlantyk, wielogodzinnych procedur wjazdowych, uwłaczających badań, a przede wszystkim lęku przed nowym.

Mnie oczarowały zdjęcia - kocham stare fotografie! Cudowne, czarno-białe ujęcia ukazujące emigrantów i budynki na Ellis Island zatrzymały mnie na długi czas. Trzeba przyznać, że czytanie o rozwoju wyspy nie jest najbardziej pasjonującym zajęciem i przez pierwszych kilkanaście stron dopasowywałam się do rytmu książki, ale właśnie fotografie oraz nietuzinkowa perspektywa, z której autorka opisuje rolę wyspy, czynią z tej książki lekturę, powiedziałabym nawet, pasjonującą.
Wiecie jak wielką ochotę miałabym na przeglądanie zapisków i relacji zarówno emigrantów, jak i pracowników wyspy! Szejnert bowiem nie zaspokoiła mojej ciekawości, co więcej dopiero ją na dobre rozbudziła!

I powtórzę jeszcze raz reporterzy Wyborczej to dla mnie najwyższa klasa - chylę czoła.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Szejnert, Wyspa klucz, 315 str., Wydawnictwo Znak 2009.

poniedziałek, 17 września 2012

"Kambodża" Martyna Wojciechowska

Ta książka była całkiem przypadkowym zakupem. Skusiła mnie tylko i wyłącznie Kambodża. O Martynie Wojciechowskiej niewiele wiem, nie pałam do niej szczególną sympatią, ale jeśli odwiedziła Kambodżę, chętnie o jej wrażeniach poczytam.

Na początku książki zamieściła wiele praktycznych informacji na temat kraju, takich jak zarys historyczny, wielkość, klimat. Wojciechowska wskazuje także, kiedy najlepiej odwiedzić Kambodżę, jakie miejsca warto odwiedzić, podaje przydatne adresy czyli robi wszystko, by czytelnik odniósł wrażenie, że do rąk wziął (mini-)przewodnik. Nic bardziej mylnego!

Książka to bowiem z przewodnikiem czy opisem wrażeń z podróży nie ma nic wspólnego. Wojciechowska przybyła do Kambodży, by zobaczyć jedno z pól rozminowanych przez organizację Mines Advisory Group. Kambodża należy do najbardziej zaminowanych krajów. Nietrudno sobie wyobrazić jak ogromne skutki ma ten fakt - społeczeństwo tego kraju jest bardzo młode. Reżim Pol Pota praktycznie wyniszczył naród, w Kambodży nie sposób odnaleźć rodzinę, która nie ucierpiałaby, najczęściej straciła jednego lub więcej jej członków. Aktualnie ulice i wioski Kambodży pełne są dzieci i kobiet w ciąży - pęd do odnowienia narodu jest ogromny, ale rozwój ograniczony, przede wszystkim przez miny. Rozminowywanie to niezwykle precyzyjna, a co za tym idzie, wolna praca. Każda odnaleziona i rozbrojona mina wydaje się być kroplą w morzu. Turyście natomiast trudno nie zauważyć ofiar min - ludzie bez nóg czy bez rąk czy też osoby, które straciły wzrok tworzą zespoły muzyczne, w ten sposób zarabiając na swoje utrzymanie.

Wojciechowska pisze o ogromnej roli kobiet w procesie rozminowywanie kraju - jednostka, którą odwiedziła składa się bowiem niemal wyłącznie z kobiet, które dzięki tej dobrze płatnej pracy są w stanie utrzymać nie tylko najbliższą rodzinę. Ryzykują życie, by zapewnić byt bliskim.

Niewątpliwie jest to ważna tematyka, na którą warto uczulać, ale w moim odczuciu to za mało na książkę. Nieco ponad sto stron, z czego połowę stanowią zdjęcia, mały format, mnóstwo informacji wprowadzających - jestem rozczarowana. Gdybym wiedziała, że Wojciechowska napisała tę książkę, by przekazać dochód z jej publikacji na rzezc rozminowywania Kambodży, nie powiedziałabym ani jednego złego słowa. Jeśli jednak nie (pewna nie jestem, ale zakładam, że gdyby tak było, na pewno zamieściłaby na ten temat informację), to publikacja tej książki jest dla mnie komercyjnym oszustwem. Tekstu starczyłoby na średniej długości artykuł. Informacje Wojciechowskiej wydają się być bardzo powierzchowne. Na stronach roi się od faktów, danych statystycznych nie popartych żadnymi źródłami - w takim natężeniu nużą i nudzą. Autorka nie przekonała mnie także rzekomym zbliżeniem się do kobiet i zalążkiem porozumienia, wręcz przeciwnie odniosłam wrażenie, że do nie udało się jej znaleźć przepustki do kambodżańskiego serca. Naturalnie nie musi to być celem wyprawy, a wręcz nie powinno być, ale Wojciechowska wydaje się do tego dążyć - jedna wspólna wyprawa do salonu piękności tutaj nie wystarczy, a poniższa scena wprawiła mnie wręcz w zażenowanie:

"Choć wiem, że Khmerzy nie uznają bliskiego kontaktu fizycznego przy powitaniach i pożegnaniach, tuż przed wyjazdem przytulam się mocno do So Tonh. Ona się czerwieni i zaczyna nerwowo chichotać. Tłumaczę jej, że w Polsce panuje taki zwyczaj. Mimo jej speszenia nie mogę się powstrzymać i jeszcze ją całuję. Tak jak w Polsce. Trzy razy."

Jedynym mocnym punktem książki są zdjęcia - niezwykle autentyczne. Dzięki nim domyślam się, że autorka spędziła w kraju więcej czasu niż zaaranżowana przez MAG wyprawa. Jedno z nich tylko mnie odrzuciło - Wojciechowska skorzystała z rybnego pedicure oferowanego w kilku miejscach w Siem Reap (na 99% poznałam nawet, gdzie była, bo moje dzieci potrafily godzinami obserwować owe rybki i naiwnych turystów, którzy wkładali nogi do wody o wątpliwej czystości): rozumiem, że autorka może lubić takie wątpliwe atrakcje, ale czemu akurat takie zdjęcie wstawiła do książki o problemie pól minowych. No nie rozumiem, nie pojmę.

Moja ocena: 3/6 (za zdjęcia)

Martyna Wojciechowska, Kambodża, 127 str., Wydawnictwo G+J 2011.

wtorek, 31 lipca 2012

"Láska nebeská" Mariusz Szczygieł



Uwielbiam reportaże Szczygła, a jeszcze bardziej szanuję go za miłość do Czech. Przepadam za naszymi południowymi sąsiadami i za ich językami, dlatego z ogromną przyjemnością siegam po książki o ich kulturze, języku, społeczności, historii... Najnowszy zbiór reportaży Szczygła musiał chwilę poczekać na swoją kolej, dopiero nieco ponad tydzień temu brat przywiózł mi książkę z Polski.

Szczygieł swoje rozważania o Czechach łączy z literaturą - to dodatkowy smaczek tego zbioru. Moja lista tytułów do przeczytania znacznie się powiększyła, zwłaszcza że, wstyd przyznać, nie znam jeszcze literatury słowackiej.

Co więc fascynuje mnie w Czechach i Słowakach? Mimo tak dużej bliskości językowej, geograficznej i kulturowej jesteśmy przecież tak różni. Zauważyłam to gdy poznałam mojego wieloletniego kolegę, prawdziwego Czecho-Słowaka:) Szczygieł świetnie ujmuje i analizuje wspomniane przeze mnie różnice. Czeska pogoda ducha, uprzejmość, zamiłowanie do absurdalnego komizmu jest tak odmienna od polskiej dumy, przesadnego patriotyzmu i katolicyzmu.
Szczygieł ma rację pisząc:

"Zresztą mam wrażenie, że po to właśnie zostali wymyśleni Czesi. Żeby wprowadzać w Polaków w dobry nastrój".

Nie dało się tego ująć celniej:) Ale nie chcę popadać w trywializm. Czechy i Czesi to przecież nie tylko śmiesznie brzmiący język, szwejkizm i dobre poczucie humoru. Nie brak w zbiorku historii trudnych i tragicznych. Autor porusza bardzo szeroką gamę tematów, jak choćby walkę męża Heleny Vondráckovej z agresywnym dziennikarstwem tabloidów, stan czeskiego czytelnictwa (o wiele lepszy niż w Polsce!), represje i śledzenie Havla w latach komunizmu, twórczość najbardziej antydepresyjnego pisarza Oty Pavla, napisy w czeskich toaletach, które wydają się żyć swoim życiem, kwestię często całkiem nieskomplikowanego współistnienia Czechów, Słowaków i Czechosłowaków, pisze o samoobsługowym barze w lesie, gdzie ludzie wrzucają opłatę za napoje do skarbonki czy przechowywaniu urn z prochami w domu. I wierzcie mi, to jeszcze nie wszystkie tematy!

Felietony Szczygła są krótkie, przyczynkiem do powstania większości z nich było jedno zdanie z czeskich powieści, które uczepiło się głowy autora i snuło w niej własną historię. Jak dobrze, że tak się stało - historie, które w szczygłowej głowie się wysnuły są fascynujące! Krótka forma reportaży nie oznacza jednak, że są one niekompletne. Błyskotliwy styl oraz subiektywny punkt widzenia autora czynią z nich perełki, majstersztyki więc! Szczygieł jest dla mnie gwarancją dobrej literatury. Czyli polecam:)

Moja ocena: 5/6

Mariusz Szczygieł, Laská nebeská, 167 str., Wydawnictwo Agora 2012.

wtorek, 31 stycznia 2012

"Autoportret reportera" Ryszard Kapuściński



Dziwnym trafem nie przeczytałam dotąd żadnej książki Kapuścińskiego, jedynie drukowane w GW "Lapidaria". Od dawna planowałam zapoznanie się z prozą tego wybitnego reportera, a pierwszą książką, która wpadła mi w ręce jest Autoportret reportera właśnie. Podejrzewam, że nie jest to najlepsza lektura na początek, ale dała mi dobry pogląd na postać Kapuścińskiego jako reportera i zachęciła do przyspieszenia moich planów zapoznania się z jego twórczością. Ponadto wiele z jego wypowiedzi zawartych w Autoportrecie wydaje się być wątpliwymi po ukazaniu się biografii Domosławskiego (której także nie czytałam) - warto je skonfrontować. Niemniej zaskoczyło mnie jak bliskie okazały się być moje poglądy wypowiedziom Kapuścińskiego. Potrafi on celnie ująć w słowa to, co kołacze się od dawna w mojej głowie i nie potrafi się zwerbalizować.

Sama książka jest dość szczupła i zawiera faktycznie tylko cytaty z wywiadów i książek Kapuścińskiego. Są one pogrupowane w pięć rozdziałów poświęconych różnym aspektom reporterskiej kariery - jest tu droga Kapuścińskiego do zawodu reportera oraz jego rozumienie swojej pracy, jego zdanie na temat roli mediów i dziennikarzy we współczesnym świecie czy opis sposobu pracy i procesu pisania.

Chciałam zaprezentować wam kilka wypowiedzi Kapuścińskiego, które szczególnie trafiły w mój gust:

"Gdy przyjeżdża się do jakiegoś kraju po dziesięciu czy po dwudziestu latach nieobecności - i widzi się, że już niemal wszystko jest nowe, to tym bardziej uzasadniona jest ta ustawiczna pokusa, ustawiczna próba, by pokazywać świat w ruchu, w jego własnej akcji, w trakcie jego ustawicznej wielkiej przemiany..."

Bardzo orzeźwiająca opinia, jakże różna od denerwującego mnie lamentu nad faktem, że nic już nie jest takie jak kiedyś. Nad faktem, że zmiany pogarszają obraz świata, że kiedyś dane miasto/państwo miało specyficzną atmosferę, a teraz wszędzie jest tak samo.

"Nie można już dzisiaj wyobrazić sobie życia społeczności światowej bez mediów. (...) Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że media, które stały się potegą, przetsały się zajmować wyłącznie informacją. Wysunęły sobie ambitniejszy cel: zaczynają kształtować rzeczywistość. Coraz częściej odbieramy taki obraz świata, jaki prezentuje nam telewizja, a nie widzimy go takim, jaki jest naprawdę."

Dosadne ujęcie tego, co od dawna mnie denerwuje: ślepa wiara w przekaz telewizji, brak refleksji nad faktem, że prezentowane informacje to przefiltrowany wycinek świata, zgodny z gustem lub percpecją konkretnego dziennikarza. Fokus na jedną informację i kompletne ignorowanie wielkich połaci świata, zafiksowanie na Europę i USA to niektóre z od lat obserwowanych przeze mnie zjawisk.

"Przeciętny człowiek wie tyle, ile mu pokaże amerykańska telewizja. Wszystkie inne telewizje, z naszą włącznie, kupują materiały od telewizji amerykańskiej i wzorują sie na niej."
"W gazetach korespondencje z zagranicy zajmują coraz mniej miejsca, przeważają informacje lokalne i regionalne. Żyjemy w paradoksalnej sytuacji. Z jednej strony, stajemy się globalną wioską, dysponujemy nieograniczoną liczbą danych o świecie, z drugiej zaś strony, ludzi coraz mniej interesuje to, co się dzieje za granicami ich kraju."
Zaskakujące prawda? Dokładnie to samo obserwuję u siebie. Jedyna gazeta jaką jeszcze czytam to regionalne pismo dzielnicowe. Pozostałe informacje czerpię wyrywkowo z Internetu.

Moja ocena: 4/6

Ryszard Kapuściński, Autoportret reportera139 str., Wydawnictwo ZNAK 2003.

piątek, 13 stycznia 2012

Podsumowanie wyzwania reporterskiego



Gdy przyłączyłam się do wyzwania planowałam przeczytać te pozycje:

1. Mariusz Szczygieł "Gottland"
2. Ryszard Kapuściński "Autoportret reportera"
3. Beata Pawlikowska "Blondynka śpiewa w Ukajali"
4. Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag"
5. Małgorzata Szejnert "Wyspa klucz"

Przeczytałam natomiast:

"Gottland" Mariusz Szczygieł
"Kaprysik" Mariusz Szczygieł
"Der entfesselte Globus" Ilja Trojanow
"Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę" Wolfgang Büscher

czyli tylko 4 książki i tylko jedną z planowanych.
W kolejnym roku trwania wyzwania planuję więc przeczytanie pozostałych czterech książek z powyższej listy i dodatkowo

"Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert
"Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

Dziękuję organizatorce za opiekę nad wyzwaniem, a wszystkim uczestnikom za ciekawe recenzje! 
Jeśli są chętni do dołączenia do wyzwania, wystarczy kliknąć na powyższy baner.

wtorek, 2 sierpnia 2011

"Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę" Wolfgang Büscher


Pewnego dnia Büscher zakłada plecak i rusza z Berlina do Moskwy, przez Polskę i Białoruś. Nie jest to jednak książka z rodzaju blogowych relacji z podróży. Początkowo autor zaskakująco mało pisze o swoich przeżyciach jako wędrowiec na rzecz spostrzeżeń dotyczących mijanych miast i ich uwarunkowań historycznych. II wojna światowa odgrywa tu ogromną rolę. Büscher wciąż spotyka ludzi, którzy relacjonują mu swoje przeżycia z tego okresu, a wszystkie odwiedzane miejsca zdają się nosić piętno polsko-niemieckich stosunków. Część dotycząca Polski zresztą jest dość krótka. Najwięcej miejsca autor poświęca Białorusi – pod każdym względem zaskaującej. Büscher odwiedza zrujnowane miasteczka, których nikt nie remontuje, nocuje w urągających jakiemukolwiek smakowi hotelach, ciesząc się z dachu nad głowem i spotyka interesujące osoby.
Nietypowym dla tego typu relacji jest także język Büschera, który stara się nie wartościować, lecz w krótkich, dosadanych zdaniach opisywać rzeczywistość. Autor nie wyciąga daleko idących wniosków, nie analizuje. Najmocniejszą stroną jego relacji są celne spostrzeżenia, nietypowe spotkania oraz zdolność asymilacji. Büscher staje się w czasie wędrówki Białorusinem, a potem Rosjaninem. Dodać jednak muszę, że autor ma skłonności do uciekania w dygresje, czy nawet w fantazję, gdy opisuje stan swojego ducha, co mi zdecdyowanie najmniej odpowiadało.
Dopiero opuszczając Białoruś i wkraczając do Rosji autor poświęca więcej czasu na opis trudów wędrówki, zmęczenia, głodu, niepewności i dążenia do celu. O samej Rosji dowiadujemy się już mniej niż o poprzednich krajach.
Polskiego czytelnika z pewnością zainteresują przede wszystkim rozdziały dotyczące Polski, choć opisy Białorusi wydają się być dużo bardziej fascynujące. Spojrzenie Niemca jest z pewnością różne od słowiańskiego oka, tak więc tym bardziej ciekawe.
Moja ocena: 4/6
Wolfgang Büscher, Berlin-Moskau, 237 str, Rowohlt Taschenbuch Verlag.

czwartek, 17 marca 2011

"Der entfesselte Globus" Ilija Trojanow


Ilija Trojanow urodził się w Bułgarii, jako chłopiec wyemigrował z rodzicami do Niemiec, dorastał w Kenii, mieszkał w Indiach, Azji, Afryce, aktualnie osiadł we Wiedniu. "Der entfesselte Globus" to zbiór reportaży, które powstały w latach 1981-2007 w Afryce, Azji i Bułgarii.

W rozważaniach i spostrzeżeniach Trojanowa zawsze na pierwszym miejscu stoi człowiek. Autor nie spogląda jednak na niego z oddalenia, z pozycji obcego, lecz z punktu widzenia tubylca. Lata spędzone w Azji i Indiach bezsprzecznie mu w tym pomagają. Autor porusza przeróżne problemy - sytuację pisarzy i wydawnictw w Afryce i Indiach, kurczenie się zasobw afrykańskiej fauny, rolę piłki nożnej w Afryce, powstawanie i rozwój slumsów w Bombayu, opisuje życie w Bahrajnie, przebieg lustracji w Bułgarii, a także zawiera w książce swoje rozważania o podróżowaniu i języku. I właśnie te teksty najbardziej zapadły mi w pamięć. W trakcie rejsu statkiem z Singapuru do Dubaju, Trojanow obserwuje pasażerów - niezainteresowanych kulturą odwiedzanych krajów, wygłaszających płytkie, krzywdzące opinie i narzekających na jakość usług na pokładzie.
Trojanow uczęszczał w Kenii do szkoły niemieckiej i właśnie ten język traktuje jako swój ojczysty - obserwuje jego rozwój, nawał anglicyzmów i jest zwolennikiem propagowania tego języka na świecie.
Podczas lektury wynotowałam sobie także nazwisko pisarza z Tanzanii (Adam Shafi), którego mam zamiar poznać i z zaciekawieniem przeczytałam hymn pochwalny o pisarstwie Kapuścińskiego.
Zbiór Trojanowa jednak nie sprostał moim oczekiwaniom - teksty są nierówne, widać, że ukazały się w różnych publikacjach i miały różnych adresatów.

Szalenie podoba mi się okładka książki, niestety nie podano, gdzie zostało wykonane zdjęcie. Mnie ono niezmiennie przypomina tę fotografię:


Została ona zrobiona w 2004 roku w jednym z moich ulubionych miast - Manilii.

Moja ocena: 3,5/6

Ilija Trojanow, Der entfesselte Globus, 195 str., Hanser.

sobota, 22 stycznia 2011

"Kaprysik" Mariusz Szczygieł


Dzięki uprzejmości Karto_flanej, która bez mrugnięcia okiem, pożyczyła mi tę książkę (dziękuję!), mogłam znowu przypomnieć sobie, czytane już w Wysokich Obcasach, reportaże Mariusza Szczygła.

I znowu wpadnę w zachwyt, bo Szczygieł jest po prostu rewelacyjny w swoich spotrzeżeniach, w prostocie pytań, w surowości, a zarazem delikatności języka.
Zbiorek obejmuje sześć reportaży. Najbardziej zafascynował mnie pierwszy z nich. Szczygieł opisuje w nim dzienniki Janiny Turek. Pani Turek przez całe dorosłe życie katalogowała skrupulatnie wszystkie wydarzenia - przypadkowe spotkania, prezenty nawet te najmniejsze, wizyty, wyjścia, przeczytane książki i obejrzane filmy, śniadania, kolacje, obiady, rozmowy telefoniczne. Każde wydarzenie otrzymało numer i zostało podliczone. Coś niesamowitego! Zaskakującym jest, że rodzina o pasji? przymusie? pani Janiny nic nie wiedziała. Uważni czytelnicy mojego bloga wiedzą, że nie stronię od statystyk - do takiego katalogowania jest mi jednak daleko - i pewnie dlatego poczynania bohaterki reportażu mnie zafascynowały.

Pozostałe reportaże są niemniej ciekawe. Szczygieł próbuje się dowiedzieć co kieruje panią Anią, która regularnie udaje się na pełne rozmachu sesje zdjęciowe. W kolejnym utworze przeprowadza śledztwo, którego przyczynkiem sta się przypadkiem znaleziony stary spis dziewcząt wraz z ich adresem i datą urodzenia. Poznajemy także historię powstania pomnika czytającej dziewczyny, który stoi w jednym z korytarzy krakowskiej AGH oraz koleje losu Izabelli Skrybant-Dziewiątkowskiej, wokalistki Tercetu Egzotycznego. Ostatni reportaż to fragmenty listów pań Henryki i Teresy, które razem studiowały. Ich korespondencja trwa 52 lata, a listy wysyłają do siebie co tydzień.

Cieszę się, że miałam okazję poznać te kobiety, że Mariusz Szczygieł potrafił przybliżyć ich wyjątkowość w tak mistrzowski sposób.
Nie wiedziałam, że pan Mariusz pisze bloga - od dziś ląduje u mnie w ulubionych:)

Moja ocena: 6/6

Mariusz Szczygieł, Kaprysik, 192 str., Agora SA

czwartek, 13 stycznia 2011

"Gottland" Mariusz Szczygieł


Od dawna bardzo chciałam przeczytać tę książkę, bo cenię reportaże pana Szczygła, które znam z Dużego Formatu. Reportaże zresztą czytam pasjami i należę do grona wielbicieli DF. Wdzięczna jestem więc Kwiecience za pożyczenie książki.

Mimo że teksty Szczygła czytałam uleciało mi wiele szczegółów i z ogromną przyjemnością zagłębiłam się w lekturze. Czym więc zachwycił mnie Polak piszący o Czechach?

Dzięki dobremu znajomemu Czecho-Słowakowi (w autentycznym tego słowa znaczeniu) interesowałam się Czechami już wiele lat temu, co więcej zdarzyło mi się nawet przez bodajże dwa semestry uczyć języka czeskiego. Niestety miałam pecha trafić na niezbyt dobrą nauczycielkę, ale to już inna opowieść:) Tym chętniej czytałam o największym pomniku Stalina w Europie, o losach Marty Kubišovej, o kafkárnie, o Karelu Gotcie, Karcie 77 i Antykarcie, o wpływie Szwejka na Czechów czyli o istocie czechizmu. Czy też może o tym jak Szczygieł Czechów i ich czeskość widzi.

Szczygieł jest bardzo skrupulatny, w jego tekstach aż roi się od szczegółów i szczególików. Wszak każdy z nich może być istotny. Mistrzostwem świata jest dla mnie konstrukcja reportaży. Autor przeplata wątki, łączy nieporównywalne, zestawia pozornie niezwiązane ze sobą fakty. Poszukuje on drugiego dna, stara się dotrzeć do sedna czeskiej natury ale nie podaje gotowych rozwi ązań na tacy. Nie muszę dodawać, że jego reportaże to materiał do wielu własnych przemyśleń.
Zdumiewającym jest jak odmiennie rozwijał się komunizm w Czechach i jak różne od polskiegi podejście do życia mają Czesi. Naprawdę warto bliżej poznać naszych południowych sąsiadów, zwłaszcza, że Szczygieł pisze po mistrzowsku.

Moja ocena: 5/6

Mariusz Szczygieł, Gottland, 242 str., Czarne

wtorek, 4 stycznia 2011

Kolejne wyzwanie: reportaż i literatura faktu

Bardzo, bardzo lubię czytać reportaże. Namiętnie czytuję je w Dużym Formacie GW i mam swoich ulubionych autorów.

Zasady wyzwania można znaleźć tu. Ja przystąpię od razu do wyboru lektur. Staram się, by wyzwania motywowały mnie do czytania książek z tego szarego regału, który prezentowałam poniżej, więc na początek postaram się przeczytać:


1. Mariusz Szczygieł "Gottland"
2. Ryszard Kapuściński "Autoportret reportera"
3. Beata Pawlikowska "Blondynka śpiewa w Ukajali"
4. Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag"
5. Małgorzata Szejnert "Wyspa klucz"

Zapraszam wszystkich w imieniu organizatroki do wyzwania!