Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie miejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie miejskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2008

Podsumowanie wyzwania

Kilka dni temu skończyłam czytać ostatnią wyzwaniową książkę. Czas na podsumowanie.
Zaplanowałam następujące lektury:

BERLIN Christopher Isherwood "Pan Norris się przesiada"

BOMBAJ Salman Rushdie "Ostatnie westchnienie Maura"

KABUL Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

LIZBONA: Antonio Molina Munoz "Zima w Lizbonie"

BERLIN Erica Fischer "Aimee i Jaguar"

MOSKWA Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

OSLO Per Petterson "In the wake"

Wszystkie powyższe przeczytałam, dodatkowo sięgając po 3 kolejne książki:

KABUL Khaled Hosseini "Thousand splendid suns"

WIEDEŃ Radek Knapp "Lekcje pana Kuki"

BERLIN Sven Regener "Pan Lehmann".

Mój bilans nie jest jednoznacznie pozytywny, gdyż sporo książek mnie rozczarowało. Przede wszystkim Rushdie, czego dotąd nie mogę przeboleć. Nie wykluczam, że kiedyś sięgnę po inną pozycję tego autora. Nie zachwycił mnie również Per Petterson ani Sven Regener. Nie porwała mnie także proza Moliny Munoza. Najbardziej podobała mi się chyba druga książka Hosseiniego oraz lekka powieść Knappa. Mimo to nie żałuję, że wzięłam udział w wyzwaniu - poznałam kilku nowych pisarzy, wiele nowych autorów, głównie dzięki recenzjom innych uczestników. Myślę, że wyzwanie będzie dla mnie stanowić inspirację czytelniczą jeszcze przed długi czas. Chciałabym odwiedzić jeszcze wiele, nieznanych mi miast. Dzięki wyzwaniu zaprzyjaźniłam się również z biblioteką:) Jest tylko jeden minus, opuściłam się w czytaniu książek z mojego stosu.
Padmo, dziękuję za organizację, współuczestniczkom dziękuję za recenzje i komentarze. Mam nadzieję, że na kolejne wyzwanie zostanie wybrana moja propozycja:)

czwartek, 23 października 2008

"Mistrz i Małgorzata" Michaił Bułhakow

To moja ostatnia wyznaniowa lektura. Tę książkę czytałam już w liceum, wiele lat temu i postanowiłam odświeżyć lekturę. Poza mglistym wspomnieniem szatana i kota nie pamiętałam z lektury nic. Zupełnie nic. Sądziłam, że podczas czytania nadejdzie olśnienie, ale nie. Nadal pustka. Wiedziałam tylko, iż wtedy powieść bardzo mi się podobała.
Bułhakow splata w swojej książce kilka wątków. Do Moskwy lat trzydziestych ubiegłego wieku zawitał szatan wraz ze swoją świtą. Jako Voland, mistrz czarnej magii, sieje zamęt w całym mieście, a głównie w jego literackim i kulturalnym światku. Kulminacją jego działań jest występ w moskiewskim Variete. Równocześnie wplata Bułhakow swoją wersję ostatniego dnia Jezusa, napisaną z perspektywy Piłata. Powieść taką napisał tytułowy Mistrz, ukochany Małgorzaty. Szatan zawitał w Moskwie by wydać tradycyjny bal, odbywający się zawsze w noc pełni, 14 nisan. Królową balu zostaje zawsze kobieta o imieniu Małgorzata, która w zamian może prosić szatana o spełnienie jej życzenia. Małgorzata prosi o odnalezienie jej ukochanego Mistrza.
Bardzo dobrze czytało mi się tą powieść - piękny język, błyskotliwe opisy, bogactwo charakterów i nietypowa tematyka z pewnością wciągają. Jednak znów mam pewien niedosyt. Zabrakło mi zachwytu absolutnego, słabo przemawia do mnie symbolika powieści, z pewnością bogata. Nie brak tu satyry ówczesnego społeczeństwa sowieckiego, nie brak mistyki, wielu odniesień literackich a nawet wątku kryminalnego - to praktycznie kopalnia znaczeń, symboli i smaczków. Ja jakoś nie odczuwałam ochoty na odkyrwanie ich wszystkich, ale z miłą chęcią przeczytałabym dobrą interpretację powieści Bułhakowa. Przekonana jestem, że nie odkryłam nawet połowy z nich. Mimo to zadowolona jestem, że jeszcze raz (co mi się rzadko zdarza) sięgnęłam po tę książkę.
P.S. Trafiłam na ciekawą stronkę o tej powieści.

Michail Bulgakow, Der Meister und Margarita, tł. Thomas Reschke, 503 str., Deutscher Taschenbuch Verlag 2001.

czwartek, 9 października 2008

"Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini

Khaled Hosseini dostał u mnie, po rozczarowaniu "Chłopcem z latawcem" kolejną szansę. Głównie z tego powodu, iż akurat koleżanka miała tę książkę i mi ją pożyczyła. I za to jestem jej wdzięczna, bo ta pozycja podobała mi się znacznie bardziej. To właściwie lekka, mimo poważnej tematyki, lektura - książkę przeczytałam we dwa wieczory, głównie usypiając córkę. Tym razem chyba powinnam być jej wdzięczna, bo mogłam bez wyrzutów sumienia czytać i czytać.
Hosseini znów zabiera nas do Afganistanu, opowiadając życie dwóch kobiet. Pierwsza z nich, Mariam, jest dzieckiem z nieprawego łoża, co praktycznie piętnuje ją na całe życie. Jej matka jest pełna goryczy, której jednak nie udaje się jej przelać na córkę, kochającą bezwarunkowo swojego ojca. Nie chcę jednak zdradzić zbyt wiele z fabuły powieści. Gdy Mariam jest już mężatką od lat mieszkającą w Kabulu, "poznaje" w bardzo nietypowych okolicznościach Lailę, z którą ostrożnie się zaprzyjaźnia.
Hosseini bardzo barwnie, wartko i z dbałością o szczegół opisuje losy kobiet, ich codzienne życie, przemyślenia i obserwacje. Nie są to łatwe losy, pełno w nich przemocy, sponiewierania i pokory. Wiele miejsca autor poświęca szkicowaniu sytuacji politycznej w Afganistanie. Począwszy od monarchii, poprzez wkroczenie Rosjan, a skończywszy na wojnie domowej i panowaniu Talibów. Hosseini skrupulatnie opisuje poszczególne narody, żyjące w Afganistanie, przemiany polityczne oraz stosunek Afgańczyków do aktualnego rządu. Dla mnie to jeden z ciekawszych aspektów powieści, gdyż mimo ciągłej bytności tego kraju w mediach, brak mi podstaw afgańskiej historii. Sporo tej w powieści opisów Kabulu - miasta pełnego zapachów i ludzi, miasta pulsującego życiem, które powoli zamieniane jest w ruinę.
Trudno mi nazwać tę książkę literaturą wysokich losów - Hosseini jest dobrym rzemieślnikiem, wie jak napisać chwytliwą książkę, ale nie oceniam tego faktu negatywnie. Przeczytałam lub próbowałam ostatnio przeczytać książki z innej półki i wcale nie sprawiło mi to przyjemności, a Salman Rushdie wręcz mnie sfrustrował. Miałam ogromną ochotę na książkę, którą lekko się czyta i taką dostałam. W pierwszej powieści Hosseiniego nie podobały mi się "hollywoodzkie" triki oraz nagromadzenie nieszczęśliwych wydarzeń. Tutaj fabuła skontruowana jest tak, że przypadki, mające wpływ na losy bohaterów, nie rażą, są bardziej wiarygodne. Kilka razy natknęłam się znów na zdania w stylu: Złożyła podpis. Kolejny miała złożyć za 27 lat. Bardzo nie lubię takiego sugerowania czytelnikowi losów - odbieram je jako sztuczne budowanie napięcia. To właśnie raziło mnie w "Chłopcu z latawcem". Tutaj tych sformułowań było wyraźnie mniej. Zastanawiałam się czy Hosseini dojrzał pisarsko, czy może tematyka powieści jest dla mnie ciekawsza, czy może zadecydowały mniejsze oczekiwania z mojej strony? Tak, czy inaczej, książkę polecam, choćby tylko ze względów poznawczych.

Khaled Hosseini, Tausend strahlende Sonnen, tł. Michael Windgassen, 382 str., Bloomsbury Berlin 2007, ISBN 978-3-8270-0671-4

niedziela, 5 października 2008

"Zima w Lizbonie" Antonio Munoz Molina

Narrator powieści spotyka w Mardycie w jednej z knajpek dawnego znajomego - Santiago Biralbo - pianistę jazzowego. Boralbo gra w podrzędnym lokalu poz zmienionym nazwiskiem. W ciągu wielu, zakraianych bourbonem nocy, Biralbo opowiada swoją historię. Te morczne zwierzenia obracają sie wokół jego miłości do Lucrecii. Miłości praktycznie bez wyjścia, gdyż Lucrecia była mężatką. Jej mąż to podejrzany typ interesujący się sztuką i chorobliwie zazdrosny. Podczas wielu nocy narrator dowiaduje się dlaczego Biralbo zmienił nazwisko, czemu się ukrywa, czemu stale ma przy sobie broń i podejrzliwie spogląda przez okno. Opowieść pianisty przesiąknięta jest mroczną atmosferą, czytelnik wręcz słyszy muzykę. Oczywiście jest to jazz, a zwłascza kawałki napisane przez Biralbo "Lisboa" i "Burma". Wiele stron zajmują opisy atmosfery, nastrojów, muzyki, uczuć - akcja wtedy toczy się niespiesznie, ustępując miejsca melancholii. Skąd jednak w tytule Lizobna, skoro akcja toczy się głównie w San Sebastian i Madrycie? Lizoba to miasto marzeń Lucercii, to miejsce, które wręcz symbolizuje miłość jej i Biralbo. Do samej Lizobny dotrzemy jednak dopiero na 166 stronie książki. To zimowe, melancholijne miasto. Fizycznie nie odgrywa wielkiej roli, ważniejszy jest wyżej wspomniany utwór Biralbo właśnie tak zatytułowany. Narrator słucha go wiele, wiele razy. Książkę przeczytałam dość szybko, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła. To z pewnością wyśmienita powieść, bardzo poetycka, z własnym, niepowtarzalnym klimatem. Mnie jedak do końca nie ujęła.

Antonio Munoz Molina, Der Winter in Lissabon, tł. Heidrun Adler, rowohlt, 280 str., ISBN 3-498-04330-7

niedziela, 21 września 2008

"Ostatnie westchnienie Maura" Salman Rushdie

Bardzo się cieszyłam na spotkanie z Salmanem Rushdie. Podskórnie czułam, że to będzie to, że to autor na jakiego od dawna czekałam. Pozytywne recenzje tej książki dodatkowo mnie zachęciły. Nastawiłam się na długa przygodę z tym autorem. Czytam "Ostatnie westchnienie Maura" od 12 dni i jestem na stronie 130. Dwa dni temu pierwszy raz pojawiła się myśl o porzuceniu lektury. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę, bo sądziłam, że zbyt mało czasu poświęcam lekturze, że nastrój nie ten, że zbyt często przerywam lekturę itd. Ale nie mogę się do niej zabrać, odrzuca mnie wręcz. Czytam czasopisma, przeglądam inne książki, ale Rushdiego w ręce wziąć nie mogę. Czuję wręcz ulgę, że podjęłam taką deczyję. Co mnie odrzuca? Sama nie wiem. Rushdie opisuje historię osiadłej w Indiach rodziny da Gama. Historia pełna niespotykanych wydarzeń, barwnych charakterów i ciekawostek. Styl Rushdiego jest nietypowy, kwiecisty wrecz, pełen historyjek, dygresji, spostrzeżeń. Czyli wszystko gra. Do tego jestem zupełnie świadoma, że to naprawdę świetna literatura. Aż wstyd się przyznać, że dla mnie nie do przejścia. Co gorsze nie potrafię uzasadnić dlaczego. To już moja siódma wyznaniowa książka i jak dotąd nie trafiłam na powieść, która by mnie zachwyciła. Pecha mam:(

niedziela, 31 sierpnia 2008

"Pan Lehmann" Sven Regener


Pan Lehmann mieszka w Berlinie, konkretnie na Kreuzbergu. Już od dziewięciu lat i czuje się tam świetnie. Pracuje w jednej z knajpek Erwina, śpi w dzień i kręci się w swoim mikrokosmosie, który obejmuje tylko Kreuzberg 36. Jego świat jest zaburzony, gdy musi przejść przez jedną z ulic Neukölln, by dostać się do niemiłosiernie nudnego Kreuzbergu 61. Wyjazd do Charlottenburga jest już wyprawą. Franka Lehmann poznajemy tuż przed jego trzydziestymi urodzinami. Znajomi, pracujący w lokalach Erwina nazywają go Panem Lehmannem, ze względu na stateczny wiek, a Frank poznaje Katrin, w której się zakochuje i dowiaduje się, że do Berlina wybierają się rodzice. Ty wszystkie wydarzenia zmieniają uporządkowane życie bohatera. Frank swoje trzydzieste urodziny będzie obchodził 9 listopada, w dniu, w którym rozpadł się berliński mur.
Regener opisuje szczegółowo ulice Kreuzbergu, knajpy, życie bohaterów, które toczy się od jednego piwa, do drugiego piwa. Przez pierwszych niemal sto stron trudno było mi odnaleźć cokolwiek interesującego w tej historii. Jedynie opisy znanych mi miejsc trzymały mnie przy lekturze. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do stylu Regnera i doczytałam książkę do końca, nie znajdując w niej jednak niczego dla siebie. Styl Regnera nie jest łatwy - buduje on kolosalnie długie zdania, które mają śledzić tok myślenia Lehmanna. A tok ten często zakłócony jest przez alkohol i różne dziwne wydarzenia. "Głębokie" filozoficzne przemyślenia i dialogi bohaterów były dla mnie często tylko bełkotem podchmielonych błękitnych ptaków żyjących z jednego dnia na drugi:
"Er kommt sich noch großzügig dabei vor, wenn er die Leute zum Schnapstrinkenüberredte, dachte Herr Lehmann, dabei tut er das bloß, um selbst Vorwand zum Saufen zu haben, aber andererseits, dachte er, ist es auch nicht richtig, am Ende ist man immer selber schuld, wenn man Schnaps trinkt."


Jakoś nie mam szczęścia do wyzwaniowych książek, żadna dotąd mnie nie zachwyciła. Na razie robię przerwę i wracam do literatury islandzkiej.

sobota, 30 sierpnia 2008

"Lekcje pana Kuki" Radek Knapp


Radek Knapp - Polak mieszkający we Wiedniu - opowiada historię i przygody młodego polskiego chłopaka, który po raz pierwszy postanawia wyruszyć na Zachód. Już samo słowo Zachód wzbudza w nim tęskne wizje świata rajskiego, cudwonego, kuszącego od dawna. Do swojej podróży przygotowuje się skrupulatnie, zasięgając rady u obytego z życiem na zachodzie pana Kuki. Uzyskane trzy rady okażą się być nienajlepsze, ale wpierw pomogą podjąć Waldemarowi decyzje o wyjeździe do Wiednia i zapewnić środek transportu, jakim jest autokar firmy Dream Travel. Autokar okaże być się rzęchem pełnym przemytników o podejrzanych zamiarach, a po przyjeździe do stolicy Austrii o życiu Waldemara kierował będzie przypadek oraz szczęście w nieszczęściu:)
Knapp dowcipnie opisuje perypetie Waldemara oraz wielu innych Polaków, szukających szczęścia na Zachodzie. To lekka, pełna humoru lektura, w sam raz na jeden wieczór. Irytującym był dla mnie jednak język książki. Knapp z pewnością celowo użył języka potocznego, prostego, bez wyszukanych metafor i rozbudowanych zdań. Czasem jednak wywierał on na mnie wrażenie wręcz prymitywnego, a niektóre zdania przypominały wymuszoną rozprawkę na poziomie szóstej czy siódmej klasy. Niestety tak się złożyło, że czytałam powieść w polskim tłumaczeniu, więc być może to tylko niedociągnięcia tłumacza. Nie przeszkadzało to jednak w przeczytaniu tej pozycji z uśmiechem na twarzy, zwłaszcza że temat jest mi dość bliski.
Wiedeń i wiedeńczycy odgrywają tu sporą rolę - wraz z Walemarem zwiedzamy zabytki, poznajemy punkty miasta istotne dla nielegalnego imigranta i dziwimy się sposobowi bycia wiedeńczyków. Pierwsze obserwacje Waldemara wyglądają tak:

"Autobus wjechał na Ring i zobaczyłem wreszcie pierwszych wiedeńczyków. Wyglądali na całkiem nieszkodliwych. Tyle że trudno było odróżnić ich od siebie. U nas na pierwszy rzut oka wiadomo, kto jest robotnikiem, a kto dyrektorem banku. A wiedeńczycy byli do siebie zdumiewająco podobni. Nosili prawie identyczne modne ciuchy. Na dodatek wszędzie unosiła się jakaś dziwna powolność."


Tak charakteryzuje wiedeńczyków pani Simackowa, od której Waldemar wynajmuje łóżko:

"Nie mam nic przeciwko obcokrajowcom. Wręcz przeciwnie, uważam, że wiedeńczycy powinni się cieszyć, iż cudzociemcy przyjeżdżają wyręczać nas w najcięższych robotach. Czyszczenie ubikacji, zamiatanie ulic i sprzedawanie gazet, to zajęcia nie dla nas, my jesteśmy na to zbyt wytworni. A mimo to nie przepadamy za obcokrajowcami. (...) To właśnie dla waszego dobra głosuję zawsze na wolnościową partię FPÖ. Żeby do naszego kraju nie przyjeżdżało jeszcze więcej Murzynów i nie zabierało wam pracy."


Polecam jako lekką lekturę na letni dzień.

czwartek, 28 sierpnia 2008

"Chłopiec z latawcem" Khaled Hosseini

To historia dwóch chłopców - wzrastających w Kabulu lat siedemdziesiątych. Chłopców bardzo podobnych - obaj nie mają matki, obaj wychowywani są przez ojców, obaj kochają latawce. Jednak Amir jest synem bogatego ojca, a Hassan jego sługą. I wiernym przyjacielem, na dobre i na złe, w każdej sytuacji. Amir takim przyjacielem nie jest, nie starcza mu odwagi. W końcu Hassan jest tylko Hazarą, członkiem gorszego narodu.
To zaledwie początek długiej historii, którą Hosseini zgrabnie opisuje. Rozpoczyna w roku 2001, gdy Amir snuje wspomnienia, opisuje swoje dzieciństwo i wspólne życie z Hassanem. Podążamy za tą historią do momentu powrotu Amira do Afganistanu.
Nie można odmówić Hosseiniemu talentu pisarskiego, ciekawej kompozycji powieści, umiejętnie skontrułowanych zdań, żywego opisu postaci, miasta i przyrody. Ja jednak ciągle miałam wrażenie, że jestem wodzona za nos, że autor tych wszystkich zabiegów użył celowo, by właśnie skomponować zgrabną i wciągającą powieść (co oczywiście powinno być celem każdego pisarza, tu jednak ciągle się o tą myśl potykałam). Nie mogłam wyzbyć śledzenia warsztatu pisarskiego Hosseiniego, odgadywania celu zabiegów pisarskich. Sama historia, z pewnością ciekawa i wzruszająca, wydaje mi się niewiarygodna. Każde z opisywanych wydarzeń z osobna ma racje bytu, ale przytłacza mnie nagromadzenie ich wszystkich w życiu jednej osoby. Hosseini nie rezygnuje z niczego: jest śmierć, choroba, samobójstwo, gwałt, walka wręcz. A little bit to much.
Bardziej interesowało mnie tło powieści: życie w przedwojennym Kabulu, afga ńskie zwyczaje, stosunek do religii i szczególnie sytuacja imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Ten temat wydaje mi się być wartym rozszerzenia i dyskusji, a zwłaszcza takie punkty jak asymilacja, zachowanie zwyczajów czy znajomości języka.
Dużym walorem powieści jest Kabul - przedwojenny, wojenny i ten, zajęty przez Taliban. Sugestywne opisy pozwalają wchłaniać miasto wszystkimi zmysłami - Hosseini opisuje zapachy, rośliny, bazar, życie na ulicy. Nie szczędzi też opisów miasta zniszczonego, zrujnowanego, zamienionego w ruiny, wśród których wegetują ludzie. Opisy obejmują też inne miasta afgańskie i pakistańskie - choćby dla nich warto sięgnąć po tą książkę.
Z pewnością warto sięgnąć po "Chłopca z latawcem", ja jednak chyba zbyt bardzo oczekiwałam "dzieła".

piątek, 22 sierpnia 2008

"Aimée & Jaguar" Erika Fischer

Książka to niezwykła, poruszająca temat trudny i na pierwszy rzut typowy - temat miłości w czasie wojny. Jednak nie jest to zwykła miłość. To uczucie łączy dwie kobiety: Niemkę i Żydówkę, które po raz pierwszy spotykają się w 1942 roku. Elisabeth Wust nazywana Lilly czy Aimée, matka czterech synów jest zwykłą dziewczyną, która zbyt wcześnie wyszła za mąż i zakończyła szaleństwa młodości, wiodąc życie przykładnej żony i matki. Nie interesuje się polityką i wojną. Dzięki przydzielonej jej pomocy domowej, poznaje Felice czyli Jaguara - piękną, młodziutką Żydówkę, żyjącą, mimo trudnych warunków, pełnią życia. Felice uwodzi Lilly i tak rozpoczyna się historia miłości szalonej, bezwarunkowej, pełnej czułości i oddania. Lilly nie wie, że Felice jest Żydówką, dowiaduje się tego od niej samej dopiero później. Od tego momentu ich miłość jest coraz bardziej rozpaczliwa, podświadomie dążąca ku nieuchronnemu.
Jednak nie historia związku dwóch kobiet była dla mie w tej powieści najciekawsza. Zupełnie nieznane mi były losy Żydów, mieszkających w Berlinie - ich próby uniknięcia deportacji, kończące się najczęściej egzystencją w ukryciu. Ale nie w zupełnym ukryciu, jak uczyniła to rodzina Anny Frank. Tutaj Żydzi igrają ciągle z ogniem, podszywają się pod inne osoby, prowadzą na pozór normalne (na ile to w czasie wojny możliwe) życie, ciągle walcząc ze strachem przed odkryciem. Tutaj odnajdujemy wojenny Berlin - wręcz z mapą w ręce można śledzić miejsca, gdzie spotykają się bohaterki, gdzie mieszczą się berlińskie instytucje i bunkry.
Nie są to jednak poetyckie opisy. "Aimée & Jaguar" napisana jest oszczędnym językiem - brak tu długich opisów, rozbudowanych zdań. Pokusiłabym się o nazwanie tej książki reportażem, a nie powieścią. Autorka surowo, wręcz sucho zdaje relacje z wydarzeń, przeplatając je opisem sytuacji w Berlinie oraz cytując wypowiedzi bohaterów i listy Felice oraz Lilly. Długo było mi trudno zaprzyjaźnić się z tym stylem. Oczekiwałam powieści, w całkowitym tego słowa znaczeniu, a trzymałam w rękach suchy opis wydarzeń. Dopiero w momencie aresztowania Felice książka mnie wciągnęła. Aresztowano ją 21 sierpnia 1944 - 21 sierpnia skończyłam czytać książkę. Wzruszył mnie ten zbieg okoliczności. Wzruszjące są zresztą listy obu kobiet - tak przepłnione miłością i czułością, a zarazem pozbawione kiczu, że aż wyjątkowe.
Historia Lilly i Felice stawia wiele pytań - nie tylko tych oczywistych, dotyczących holokaustu. Najbardziej zaciekawiła mnie przemiana w Lilly - z osoby, dla której sytuacja Żydów i propoganada Hitlera w najlepszym przypadku była obojętna w zwolenniczkę judaizmu. Jej początkowa postawa to z pewnością przykład setek, tysięcy osób, które w jakiś sposób umożliwiły to, co się wydarzyło. A jej przemiana jest tylko wynikiem miłości do Felice, obejmuje tylko płaszczyznę emocjonalną, nie sięga do przekonań politycznych. Drugi aspekt warty dyskusji, to życie Lilly po wojnie. Jak wyglądałoby jej życie gdyby Jaguar wrócił? Czy byłyby szczęśliwe? Czy miałaby dość siły na życie w związku homoseksulanym? Pytań i refleksji mam wiele i czekam niecierpliwie na kolejne recenzje tej książki:)

wtorek, 12 sierpnia 2008

"Kradnąc konie" Per Petterson


Kolejna wyznaniowa książka - tym razem Oslo. Nie było łatwo ją zdobyć, ale zapisałam się na listę w bibliotece i za niewielką opłatą książkę mi zarezerwowano.
7 kwietnia 1990 roku wybuchł pożar na promie "Scandinavian Star", na skutek którego zgnięli rodzicie i dwaj młodsi bracia narratora. To powieść z elementami autobiograficznymi. Narrator, kilka lat po tragedii, wciąż boryka się z jej skutkami. Nie radzi sobie z własnymi uczuciami wobec zmarłego ojca, który był osoba diametralnie różną od niego. Nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze starszym bratem, który również pochłonięty jest żałobą. Arvida, głównego bohatera spotykamy na jednej z ulic Oslo, gdy stoi przed księgarnią, w której niegdyś pracował. Z urywanych wspomnień, krótko szkicowanych wydarzeń i przemyśleń Arvida pomału wyłania się obraz jego aktualnej sytuacji psychicznej i życiowej. Miota się on między wspomnieniami, miejscami swojego dzieciństwa, a jego mieszkaniem w ponurym bloku. Jego życie po katastrofie uległo diametralnej zmianie - nie jest już poczytnym pisarzem, opuściła go żona i nie ma prawa widzenia swoich córek.
Styl Pettersena jest bardzo surowy, wiele zdań jest bardzo krótkich, wręcz urywanych i wymaga sporej koncentracji czytelnika.
Długo szukałam na kartach książki Oslo - wśród mrocznego, zimnego, wciąż zaśnieżonych lub deszczowych bloków. Bloków, które mogłyby być wszędzie. Dopiero w połowie książki natykamy się na fjordy, nazwy dzielnic, zatłoczone ulice - wciąż zimne, wręcz mroźne, nieprzyjazne. Ja Oslo tu nie odkryłam - odniosłam wrażenie, że miasto nie odgrywa tu istotnej roli.
Nie da się ukryć, że książka mnie rozczarowała, zarówno wyzwaniowo jak i swoją treścią, czy też może sposobem jej przekazania. Sam styl pisania Pettersona jest bardzo ciekawy, zachwycił mnie sposób konstrukcji zdań. Nie wciągnęła mnie jednak historia Arvida i książkę tylko i wyłącznie skończyłam czytać ze względu na wyzwanie i trudności z jej zdobyciem. Nie jestem pewna, czy sięgnę po pierwszą powieść tego autora.

wtorek, 5 sierpnia 2008

"Pan Norris się przesiada" Christopher Isherwood

Berlin to pierwszy przystanek mojego miejskiego wyzwania. To miasto szczególnie mi bliskie, tak więc moje oczekiwania wobec książki Isherwooda były wysokie.
William Bradshaw - Anglik, mieszkający w Berlinie - poznaje w pociągu pana Norrisa. Osoba to bardzo oryginalna, dystyngowana, posługująca się wyszukanym słownictwem i mająca eleganckie maniery. Nic dziwnego, że od pierwszych chwil fascynuje on narratora powieści. Nawiązana w pociągu znajomość przeradza się w przyjaźń. William, wciąż pozostający pod urokiem Norrisa, przyjmuje zagadkowe wyjaśnienia, dotyczące jego zajęć i finansów, poznaje wraz z nim świat prostytutek oraz angażuje się po troszę w działania partii komunistycznej. Jego zainteresowania i przyjaźni do Norrisa nie zachwieją wskazówki znajomych ani wątpliwe tłumaczenia Arthura dotyczące jego zajęć. Krok po kroku William zbliża jednak się do poznania prawdziwego Arthura.
Isherwood opisuje postaci i wydarzenia bardzo dokładnie, wręcz fotograficznie. Wiele miejsca poświęca na szczegółowe opisy wyglądu i mimiki postaci, szczególnie Arthura Norrisa. Ten styl powoduje, że akcja powieści toczy się powoli, ró∑nocześnie nie nudząc czytelnika.
A co z Berlinem? Berlin tutaj to głównie atmosfera. Atmosfera nienawiści, rewolucji, niepokoju i dochodzenia nazistów do władzy. Czytelnik gdzieś ją miedzy wierszami przeczuwa, ale więcej miejsca na jej opis Isherwood poświęca dopiero w połowie książki oraz w ostatnim rozdziale, który poniekąd jest konkluzją i podsumowaniem całej narracji Bradshawa.
Dla mnie to zbyt mało, odczuwam niedosyt - oczekiwałam bardziej namacalnych opisów miasta, odszukiwania znanych mi ulic i realistycznych opisów stolicy w latach trzydziestych.
Mimo że książka mi się podobała, raczej nie planuje w najbliższym czasie sięgnięcia po kolejne utwory Isherwooda. Raczej sięgnę najpierw po inne książki z Berlinem w tle.

czwartek, 24 lipca 2008

Miejskie czytanie

Dziś rozpoczęło się nowe wyzwanie czytelnicze - należy wybrać cztery miasta i cztery książki, na których przeczytanie są trzy miesiące. Padma zebrała mnóstwo tytułów - wybór jest bardzo trudny. Z zadowoleniem stwierdziłam, że wiele z podanych tytułów jest mi znanych, choć w kilku przypadkach niestety treść już uleciała. Wtedy jeszcze nie pisałam bloga:(
Po długich rozważaniach, przeczytaniu informacji o autorach i pobieżnym przejrzeniu kilku recenzji zdecydowałam się na te pozycje:

BERLIN Christopher Isherwood "Pan Norris się przesiada"

BOMBAJ Salman Rushdie "Ostatnie westchnienie Maura"

KABUL Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

LIZBONA: Antonio Molina Munoz "Zima w Lizbonie"

Berlin wybrałam z przyczyn wiadomych - dobrze się chyba będzie czytało powieść, dziejącą się w mieście, które tak dobrze znam. Bombaj nie jest moim miastem marzeń, ale Salman Rushdie i jego "Szatańskie wersety" od dawna są na liście książek do przeczytania. Tak więc zacznę od innej książki tego autora. Podobnie rzecz ma się z Kabulem. Miasta bym nie wybrała, gdyby nie chęć poznania Khaleda Hosseini. I w końcu Lizbona - którą odwiedziłam w tym roku i którą pewnie jeszcze nie raz odwiedzę. Czas bliżej poznać to miasto od strony literackiej. Nie wykluczę, że sięgnę po inne książki z listy. Na drugi ogień wybrałam:

BERLIN Erica Fischer "Aimee i Jaguar"

MOSKWA Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

OSLO Per Petterson "In the wake"

Znowu Berlin - pamiętam film na podstawie książki Fischer. Ciekawił mnie, w Berlinie było mnóstwo plakatów, ale jednak go nie widziałam. Mam nadzieję sięgnąć teraz po książkę. Bułhakowa chcę sobie odświeżyć. Stoi na półce już kilku lat ale jakoś dotąd czasu mi na niego brakowało. Ostatni raz "Mistrza i Małgorzatę" czytałam pewnie piętnaście lat temu i niewiele pamiętam. A czemu Oslo? Sama nie wiem. Chyba udzieliła mi się fascynacja koleżanki, która właśnie w Oslo studiowała.

Zabieram się za kupowanie książek!