Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie azjatyckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie azjatyckie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2013

Podsumowanie wyzwania azjatyckiego



Celem wyzwania było przeczytanie książek z każdego kraju Azji Południowo-Wschodniej oraz Dalekiego Wschodu czyli odwiedzenie czternastu krajów. Autorka wyzwania dopuszczała także książki przekrojowe, co pozwalało na zaliczenie kilku krajów za jednym zamachem.

W ramach wyzwania przeczytałam szesnaście książek i odwiedziłam wszystkie wymagane kraje. Najtrudniej było znaleźć mi książki z Brunei i Timoru Wschodniego ale dla chcącego nic trudnego:)
Przeczytałam trzy książki przekrojowe, wszystkie pozostałe dotyczyły tylko jednego kraju. 
To chyba jedno z najowocniejszych wyzwań - myślę, że dzięki niemu oraz biorąc pod uwagę moje wcześniejsze lektury, mogę powiedzieć, że całkiem dobrze znam literaturę tego rejonu świata.

Zestawienie moich wszystkich recenzji znajdziecie pod tym linkiem.

Agnieszce bardzo dziękuję za zorganizowanie wyzwania, a współuczestnikom za inspirujące lektury i recenzje. Ciekawa jestem gdzie teraz nas zabierze Agnieszka?

piątek, 1 marca 2013

"Die Kinder der Killing Fields" Erich Follath


Die Kinder der Killing Fields to najbardziej dogłębna książka przedstawiająca najnowszą historię Kambodży. Moim zdaniem Follath stworzył swoiste kompendium wiedzy o tym kraju. 

W pierwszych rozdziałach autor przedstawia świadków ludobójstwa Czerwonych Khmerów. Follath odwiedza i rozmawia z jednym z nielicznych, którzy przeżyli pobyt w więzieniu S-21. Vann Nath przetrwał dzięki talentowi malarskiemu - w czasie rządów Czerwonych Khmerów malował portrety Pol Pota, po uwolnieniu sceny z pobytu w piekle. Follath podróżuje przez cały kraj by spotkać się z byłym komendantem więzienia czy tamtejszym fotografem. Równocześnie w międzynarodowym trybunale po wielu miesiącach przygotowań rozpoczyna się proces Ducha - dyrektora S-21.
Follath skrupulatnie opisuje losy mężczyzn, ich zachowanie podczas okresu Czerwonych Khmerów oraz ich życie po wyzwoleniu kraju. Podczas tych rozważań stale towarzyszy mu pytanie o winę, o zadośćuczynienie, o konieczność sądu i rozrachunku. Zdumiewające jest jak byli oprawcy wciąż żyją wśród ludności, często pracując na wysokich stanowiskach. 

Follath próbuje dojść do przyczyn takie stanu rzeczy ale także zrozumieć jak w tak spokojnym kraju mogło dojść do objęcia władzy przez jednego z najbrutalniejszych dyktatorów świata. W tych rozważaniach nie może zabraknąć Angkor Wat, a przede wszystkim złotego czasu w dziejach Kambodży, gdy to miejsce było jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji świata. Follath odwiedził kompleks świątyń tuż po wyzwoleniu Kambodży, doświadczył bezpośrednio skutków dyktatury Czerwonych Khmerów, a także przemieszczał się po całkowicie zmilitaryzowanym i wciąż bardzo zaminowanym kraju. 

Niezwykle fascynujące są rozdziały o królu oraz spotkaniu z bratem Pol Pota. Norodom Sihanouk to interesująca postać - król, który przetrwał upadek swojego kraju, trudno jednoznacznie ocenić jego rolę podczas panowania Czerwonych Khmerów. W swoim wywiadzie z Follathem tłumaczy genezę swoich decyzji, jednocześnie jednak epatuje narcyzmem i wyszukaną elegancją.
Wizyta u brata Pol Pota nie przybliża autora do zrozumienia osobowości dyktatora. Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie Pol Pot stał się tak brutalnym władcą. Zdumiewający jest kontrast między pierwszą wizytą u jego brata, wtedy Follath był pierwszy dziennikarzem, który go odwiedził, a drugą, gdy zmęczony wywiadami starszy człowiek wcale nie chce z nim rozmawiać. 

Szukanie ludzkich cech w osobowości potwora wraca w rozdziale opisującym życie Ducha, który po upadku Czerwonych Khmerów prowadził życie szanowanego obywatela, bardzo religijnego, pracującego w amerykańskiej organizacji praw człowieka. Gdy Duch staje przed trybunałem wiele z ofiar odczuwa zadośćuczynienie ale im dłużej trwa proces, tym mniej prości obywatele Kambodży rozumieją jego sens i towarzyszące mu prcedury.

Nabardziej spektakulanym wywiadem książki jest rozmowa z obrońcą khmerskich oprawców. Francuski prawnik, Jacques Vergès, słynie z tego, że przyjmuje obronę najgorszych zbrodniarzy świata, co więcej otwarcie głosi zrozumienie wobec ich działań i nie boi się trudnych tematów oraz niewygodnych pytań.

Follath stara się przedstawić Kambodżę współczesną - kraj, który wydaje się zapominać o swojej najnowszej historii (w szkole ten temat jest pomijany), który niewiarygodnie szybko się rozwija, kraj, w którym rodzi się wiele dzieci, by zapełnić lukę w społeczeństwie. W tym kraju żyją dwie kobiety walczące na dwóch różnych frontach. Somaly Mam pomaga dziewczynom, które zmuszane są do prostytucji, a Soth Som próbuje na nowo stworzyć balet Apsara, którego niemal wszystkie członkinie zginęły.
Jest jeszcze trzecia kobieta, córka Pol Pota, która całkowicie odcięła się od przeszłości i coraz bardziej zbliża się do świty premiera Kambodży Hun Sena, którego ówczesne powiązania z Czerwonymi Khmerami nie są całkiem wyjaśnione.

Książka Follatha stawia wiele trudnych pytań - o winę, o przyczyny ludobójstwa, o jego genezę i o zaadośćuczynienie. Pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. 
Lektura wymaga od czytelnika dużej dozy koncentracji - mimo lekkiego pióra autora, nagromadzenie faktów i nazwisk oraz trudna tematyka zatrzymały mnie przy tej książce na ponad dwa tygodnie.

Moja ocena: 5/6

Erich Follath, Die Kinder der Killing Fields, 365 str., Goldmann 2010.

piątek, 22 lutego 2013

"Cesarzowa" Pearl S. Buck



Bardzo nie lubię pisać recenzji tak długo po ukończeniu lektury - niestety przez ostatnie prawie dwa tygodnie nie mogłam wykroić dłuższej chwili ani wykrzesać w sobie energii do pisania. A teraz pewnie część wrażeń już niestety uleciała.

Buck poświęciła swoją powieść życiu cesarzowej Tz'u Si. Kobiecie niezwykle inteligentnej, silnej i rządnej władzy. Książka Buck to jednak nie biografia lecz dogłębny rys psychologiczny tytułowej bohaterki. Niejako przy okazji czytelnik poznaje historię Chin z okresu jej panowania - to okres gdy Europejczycy zaczynają się interesować tym krajem, próbują walczyć o prawo handlu i osiedlania się. Również sytuacja wewnętrzna w Chinach nie jest najlepsza - w różnych zakątkach kraju wybuchają powstania, zachwiana jest także stabilność pochodzącej z Mandżurii dynastii panującej.

Opisując dzieje Tz'u Si Buck porusza całą gamę tematów. Jednym z nich jest kwestia tradycji - cesarzowa ceni ją ponad wszystko. Wszelakie obce wpływy odbiera jako zagrożenie kraju, jej zdaniem siła Chin leży w zachowaniu jednorodności i zamknięciu na emigrantów. Do końca swoich dni Cesarzowa nie potrafi pogodzić się z faktem, że jej kraj zamieszkują Europejczycy, którzy wywierają wpływ na jej poddanych, stawiają warunki i, w jej oczach, niszczą chińskie dziedzictwo.

Kluczowym tematem powieści jest jednak władza - władza zaborcza i dumna. Cesarzowa gotowa jest dla władzy zrobić wszystko. Szczerość jej miłości do syna blaknie, gdy chodzi o chiński tron. To pytanie przewija się przez całą powieść, a konkluzja jaka pozostaje nie przedstawia cesarzowej w pozytywnych świetle. To kobieta niezdolna do miłości, mimo że sama o głębi swego uczucia jest przekonana. Ale niezależnie czy chodzi tu o kuzyna, którego traktuje jako miłość swego życia czy o syna jej uczucie odchodzi na drugi plan, gdy zagrożone jest posiadanie tronu. Chiński tron oznacza władzę absolutną, dumę i niemal boski status. To gra warta świeczki, zwłaszcza dla osoby tak dumnej, łasej na pochwały i inteligentnej jak  Tz'u Si. Cena jaką płaci za władzę jest jednak ogromna - samotność towarzyszy jej przez całe życie, a świadomość, że nawet zainteresowanie rodziny nie jest bezinteresowne jest bolesna. Buck świetnie ukazuje rozterki tej kobiety - jej miotanie się między uczuciem i genialnym umysłem, który wszelkie słabości każe odsunąć i  konsekwentnie dążyć do celu. Cesarzową mogę podziwiać ale nie zrozumiem motywów jej postępowania. Ogranicza mnie z pewnością moja mentalność, bardzo odległa od chińskiej oraz serce matki, dla której dziecko zawasze będzie stało na pierwszym miejscu.

Pearl S. Buck zadbała o każdy szczegół powieści - niezwykle dokładnie przedstawia wygląd oraz życie w Zakazanym Mieście, dba o charakterystykę wszystkich postaci, celnie analizuje ich motywy postępowania. Cesarzowa swoją objętością i wszechstronnością zakrawa na epos o ówczesnych Chinach, a równocześnie wymaga zaangażowania czytelnika. Przyznam że mnie momentami ogarniało znużenie, które jednak przyspisuję też przesytowi prozą Buck. Przeczytałam kilka jej książek i mam wrażenie, że mimo że każda z nich traktuje o innej postaci czy okresie, wszystkie obracają się w tym samym mikrokosmosie. I nie mam na myśli tu tylko miejsca akcji ale styl pisania i postrzeganie świata przez autorkę, które bezsprzecznie ma ogromny wpływ na jej prozę.

Moja ocena: 4/6

Pearl S. Buck, Cesarzowa, tł. Krzysztof Szreyer, 496 str., Muza 2011.

środa, 30 stycznia 2013

"Życie jak w Tochigi na japońskiej prowincji" Anna Ikeda



Autorka książki jest nauczycielką angielskiego i ten zawód wykonuje w Japonii. Nie bardzo jednak wiadomo jak do tego doszło. Anna Ikeda dość chętnie dzieli się detalami ze swojego prywatnego życia, wiadomo więc, że wyjechała do Japonii jako pracownica agencji reklamowej (?) w USA, gdyż szef potrzebował kogoś, który pracowałby w amerykańskich godzinach urzędowania. Wiadomo też, że swojego przyszłego męża poznała także z dala od Japonii - był jej byłym uczniem. Wynika z tego, że przeprowadzka do Japonii z mężem była już drugą do tego kraju. Pewności jednak uzyskać nie sposób. Pewnie zresztą mało kogo to interesuje, a ja mam fobię dokładności:)

Ikeda mieszka w Nikko - na północy Japonii, na prowincji, jak sama pisze. Życie w Nikko bardzo odbiega od tego w Tokio - jest tu zimno i mroźnie, niemal wszystko jest inne. Autorka opisuje więc swoje przygody i japońskie doświadczenia. Wiele miejsca poświęca na zarys historyczny prowincji, w której leży Nikko, szeroko opisuje słynne kompleksy świątynne, dzieje ich powstania oraz krajobraz tej części Japonii.
Przede wszystkim jednak Życie w Tochigi to właśnie książka o codziennym życiu, o zdziwieniach i zadumaniach obcokrajowca, o przeważnie śmiesznych przygodach, o niespotykanych sytuacjach i naturalnie o obserwacjach autorki. Nie porusza ona wielu typowych dla Japonii tematów takich jak chociażby manga, bo albo jej nie interesują albo nie dotyczą prowincjonalnego Nikko. Przedstawia faktycznie inny świat niż ten znany z powieści traktujących o życiu w Tokio.

Życie w Tochigi jest bardzo różne od Japońskiego wachlarza Bator i to na każdej płaszczyźnie. Nie należy tych książek czytać w tak krótkim odstępie czasu. Po lekturze Bator, powieść Ikedy wydawała się być pamiętnikiem zaledwie. Wiele razy miałam wrażenie, że czytam blog, a nie książkę. Ale nie tylko lektura Japońskiego wachlarza miała na to wpływ, wzmocniła tylko moje odczucia.

Najbardziej przeszkadzał mi język Ikedy - pełen kolokwializmów, symulujący rozmowę, pozostawiał we mnie wrażenie spoufalania się z czytelnikiem. Przeszkadzały mi zapewne w zamierzeniu dowcipne lub ironiczne wstawki - mnie one nie tyle nie śmieszyły, co czasem żenowały.
Podobne odczucia miałam gdy autorka pisała o teściowej, nazywanej regularnie babskiem. Rozumiem używanie takich określeń w rozmowie, ale w książce opowiadającej o własnych przeżyciach? Czyżby autorka zakładała, że teściowa nigdy jej publikacji nie przeczyta?
Dziwną rolę odgrywa także jej mąż, praktycznie wiecznie nieobecny, mimo że Ikeda poza tym bardzo chętnie dzieli się detalami ze swojego życia. Mąż pojawia się tylko jako fanatyk wycieczek górskich lub jako niegroźny dodatek do życia, z którego można się czasem pośmiać.

Nie moge zaprzeczyć, że książkę czyta się dobrze - pełna jest ciekawych informacji i przede wszystkim wspaniałych fotografii autorki - ale to jednak, powtórzę się, relacja bardziej przystająca blogowi, niż słowu drukowanemu.

Po napisaniu tych słów przeszukałam blogosferę i okazuje się, że chyba tylko ja nie jestem zadowolona z lektury tej książki. Przyznaję, że najbardziej przeszkadzał mi właśnie język autorki, do treści się nie przyczepiam, ale dziwi mnie, że wśród innych czytelników taki sposób pisania spotkał się z poklaskiem.

Moja ocena: 3,5/6

Anna Ikeda, Życie jak w Tochigi na japońskiej prowincji, 315 str., Wydawnictwo WAB 2012.

środa, 23 stycznia 2013

"Der gelbe Bleistift" Christian Kracht



Nigdy nie czytałam felietonów pochodzącego ze Szwajcarii Krachta, nie znam także jego powieści i pewnie nadal nie poznałabym jego pisarstwa gdyby nie mały dopisek w tytule tej książki. Reisegeschichten aus Asien. Jeśli czytam gdzieś Azja, a do tego, że chodzi o historie i to związane z podróżami, ślepo kupuję. 

Der gelbe Belistift czyli Żółty ołówek to zbiór reportaży czy raczej felietonów, które Kracht publikował w latach 1992 - 1999 w Welt am Sonntag. Autor porusza się między Baku a Tokio, ale azjatyckie metropolie i krajobrazy są raczej tłem jego własnych doznań niż głównym tematem. 

Kracht lubi ironię, a sarkazm to jego drugie imię, ale przede wszystkim lubi popadać w przesadę. Czyni to, by ukazać jak obrzydliwie czysty jest Singapur, jak denerwująco chaotyczny Bangkok, jak zorganizowane Tokio i jak pełne emerytowanych hippisów Goa. Kracht porusza problemy istotne, czasem oczywiste, a czasem odkrywcze, ale nie analizuje lecz ironizuje. Do felietonów przenika jego życie osobiste, do którego także podchodzi z przymrużeniem oka. To egocnetryk, zblazowany dandys - uroczy i brutalny i zawsze prześmiewczy względem świata i siebie. Ta maniera, nie przeczę, całkiem odpowiednia dla felietonu, który ukazuje się raz w tygodniu, zdaje egzamin ale w nadmiarze denerwuje. Należy być świadomym, że ładunek poznawczy książki nie jest zbyt wysoki - służy ona raczej rozrywce i sygnalizowaniu problemów. Podejrzewam, że mój odbiór jest inny, niż osoby, która opisywanych miejsc nie znają. Wiele ze spostrzeżeń Krachta dzielę, ale ja moje obserwacje ujęłabym w zupełnie inny sposób.

Nietety niemal wszystkie felietony straciły na ważności. O ile pisane około trzydzieści lat temu reportaże Sieberta nadal interesują, to lekkie teksty Krachta wydają się być przestarzałe. Jego spostrzeżenia dotyczą aktualnych fenomenów czy wydarzeń i niestety wydały mi się w większości nie przystawać do stanu aktualnego. Azja zmienia się w tak zawrotnym tempie, że HongKong na rok przed przejęciem przez Chiny był zupełnie innym miastem, a Koi Samui w 1999 roku była urokliwym rajem, a nie centrum masowej turystyki. Rzeczowa analiza Sieberta nie traci tak bardzo na aktualności, jak chwilowe odbicie rzeczywistości prezentowane przez Krachta.

Felietony Szwajcara czyta się dobrze, ale dokładnie tak jak poranną gazetę przy kawie czy herbacie. Zebranie ich w książkę jest chwytem na wyrost.

Moja ocena: 3/6

Christian Kracht, Der gelbe Bleistift. Reisegeschichten aus Asien, 186 str., Fischer Taschenbuch Verlag 2011.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

"Japoński wachlarz. Powroty" Joanna Bator



Wydawało mi się, że moja wiedza o Japonii nie jest najgorsza, ale Joanna Bator zadbała o moją mentalną rewolucję - uporządkowałam to, co wiedziałam ale przede wszystkim przekonałam się, że wiedziałam bardzo, bardzo mało.

Bator opisuje swoją wyprawę do Japonii, chronologicznemu opisowi towarzyszą wrażenia, które piętrzą się, rozrastają w dygresje i analizy, aż w końcu autorka i jej przygody odchodzą na drugi plan, by ustąpić miejsca Japonii i Japończykom. A jeśli czytacie dygresje i sądzicie, że będzie nudno, to się mylicie. Obiecuję wam, że Japoński wachlarz jest pasjonujący i wciąga bez reszty. Jeśli dot ąd Japonia interesowała was tylko trochę, a podróż do tego kraju nigdy nie była przedmiotem waszych rozmyślań, teraz zapragniecie odwiedzić to państwo, a po Tokio poruszać się będziecie z Batorowym (Batorowskim?) wachlarzem w dłoni. 

Nie ma chyba sfery japońskiego życia, której nie opisałaby Bator. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły i powielać jej analizy i spostrzeżeń - to musicie przeczytać sami. Naprawdę, chyba po raz pierwszy nie zająknę się ani słowem o treści książki. 

Zachwyciłam się ponownie językiem autorki - bardzo odpowiada mi jej poczucie humoru oraz sposób postrzegania świata. Z zachwytem i podziwem czytałam kolejne uwagi autorki - dogłębne, przemyślane, a przede wszystkim rzeczowe. Naturalnie nie da uniknąć się oceniania czy zadziwienia japońskim życiem, ale Bator posiada tak cenioną przeze mnie pokorę wobec inności. 
Ponadto wydaje się także posiadać łatwość nawi ązywania kontaktów, zdobywa sobie przyjaźń kilku Japonek, które stają się jej przewodniczkami po zawiłościach japońskiej kultury i tokijskiego krajobrazu. Uroku i pełni dodaje książce ciekawość Bator - nie stroni ona od eksperymentów kulinarnych czy mieszkaniowych, jest gotowa wypróbować każdą nowość.

Jedno słowo o treści - z przyjemnością przeczytałabym więcej na temat języka japońskiego. To wynik zainteresowań prywatnych, tylko w przypadku tego rozdziału odczułam niedosyt. 

Bardzo chciałabym kiedyś odwiedzić Japonię, może kiedyś mi się uda?

Moja ocena: 5/6

Joanna Bator, Japoński wachlarz. Powroty, 371 str., Wydawnictwo WAB 2011.

sobota, 15 grudnia 2012

"Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków" Juliette Morillot, Dorian Malovic



Dawno nie czytałam tak poruszającego reportażu - chciałam napisać, lecz przecież w tym roku czytałam wiele świetnych książek reporterskich. Należą do nich także Uchodźcy z Korei Północnej. Książka trudna tematycznie, aczkolwiek przystępna językowo, naszpikowana licznymi informacjami lecz mimo to łatwa w lekturze. Na pewno przeczytałabym ją dużo szybciej, gdyby nie brak czasu (pisałam w listopadzie o tym). 

Wiedziałam o Korei niezbyt wiele, słyszałam o obozach, o głodzie, o bezgranicznym uwielbieniu dla wodza, przeczytałam właśnie Phenian Delisle. Z relacji Koreańczyków wyziera przede wszystkim groza: potworny głód, jedzenie ryżu, później ziół, korzonków, a w końcu kory drzew; absolutne oddanie wodzowi, który steruje całym życiem obywateli - pracą, mieszkaniem, strojem, nawet życiem intymnym; wysyłanie do obozów za najmniejsze przewinienie, takie jak na przykład utrata odznaki z podobizną Kim Ir Sena lub Kim Dzong Ila. 
Uchodźcy nie opowiadają z patosem, są wręcz beznamiętni - nie zdawali sobie sprawy z inności życia poza granicami kraju, co więcej trzy dziewczyny, które wyjeżdżały na praktykę do Chin nawet nie zdawały sobie sprawy, że poza Koreą Północną obowiązuje inny kalendarz.
Dopiero poza granicami wielu uciekinierów reflektuję jak zmanipulowane było ich życie, nadal jednak twierdzą, że Kim Ir Sen był ich ojcem, dbał o nich, dopiero Kim Dzong Il doprowadził kraj do ruiny. 

Uchodźcy pochodzą z różnych warstw społecznych - od wojskowych wysokiej rangi, zwykłych ludzi, handlarzy, którzy regularnie przekraczali granicę z Chinami po prostytutkę. Autorzy dbają bardzo, by czytelnik otrzymał jak najpełniejszy obraz życia w Korei Północnej - wiele razy podkreślają, że starali się zdobyć zaufanie swoich rozmówców oraz skłonić ich do opowiedzenia o ich zwykłym życiu. Wielu uchodźców wiedziało bowiem już z wcześniejszych wywiadów jakie wiadomości interesują dziennikarzy i relacjonowali tylko najbrutalniejszy fakty. Morillot i Malovicowi udaje się wykrzesać emocje z Koreańczyków i zamienić beznamiętność ich relacji w pełne emocji opowiadania. Dodać jednak muszę, że autorzy starają się być niewidzialni - z książki dowiadujemy się, że podróżowali wiele miesięcy po Mandżurii, Korei Południowej, Japonii, poznali pas graniczny wzdłuż 38 równoleżnika i wreszcie odwiedzili Koreę Północną. W pozyskiwaniu rozmówców a przede wszystkim ich zaufania pomagała im znajomość języków chińskiego i koreańskiego, a w szczególności dialektu północnego. Z pewnością zrozumienie i nić porozumienia ułatwiała im dogłębna znajomość koreańskiej historii. Ten duet to reporterzy idealni!

Ze szczególnym zainteresowaniem czytałam o problemach adaptacyjnych Koreańczyków z Północy na południu, o stosunkach między oboma koreańskimi państwami. Wielokrotnie przewija się problematyka  ewentualnego zjednoczenia, przedstawiane są paralele do zjednoczenia Niemiec, które jednak w porównaniu z Koreami było przysłowiową bułką z masłem. Nie miałam pojęcia o tym, jak trudna jest adaptacja uciekinierów - po przybyciu na południe przechodzą trzymiesięczne szkolenie, na którym uczą się na przykład obchodzenia z pieniędzmi, zakupów czy życia w społeczeństwie.

Gdy kupowałam tę książkę, sądziłam, że znajdę w niej zbiór opowieści uchodźców, ale mimo, że stoją oni w centrum uwagi, ich opowieści nie wysuwają się na pierwszy plan. Francuzi poniekąd chronologicznie umieszczają swoje spotkania z uciekinierami - dzięki nim można śledzić podróż autorów i podążać ich śladem. Jak pisałam, reporterzy są niemal przeźroczyści, z krótkich akapitów można się tylko domyślać jak trudna i niebezpieczna była ich podróż. Zaskoczyły mnie najbardziej informacje wyróżnione inną czcionką i ramkami - to zarys historii Korei, Mandżurii, a po części nawet Japonii, to informacje o architekturze koreańskiej, o języku, o polityce nuklearnej Korei Północnej, a nawet szkic stosunków koreańsko-japońskich czy koreańsko-chińskich. Bardzo żałuję, że książka nie wybiega poza rok 2004, bo odczuwam niemal dziesięcioletnią lukę w wiedzy na temat wydarzeń na Półwyspie Koreańskim. Teraz będę uważniej śledzić doniesienia stamtąd - mam dużo lepszą bazę, by je zrozumieć i odpowiednio ocenić.

Moja ocena: 5/6

Juliette Morillot, Dorian Malovic, Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków, tł. Katarzyna Bartkiewicz, 365 str., WAB 2008.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Phenian" Guy Delisle



Guy Delisle wyjechał na dwa miesiące do Phenianu, gdzie pracuje w SEK-u, czyli tamtejszym studio animacji. Rzeczywistość koreańska jest niezwykle egzotyczna, każda strona, każdy rysunek Delisle jest pełen zdumienia i zadumy. W znany mi już z Kronik birmańskich sposób obserwuje i opisuje rzeczywistość - różnic jednak między książkami jest sporo.

Bardzo podobał mi się układ Kronik - poszczególne historyjki tematycznie tworzyły osobne rozdziały. W Phenianie natomiast takiego rozgraniczenia nie ma, kilka razy wracałam, by zorientować się czy nadal czytam o tym samym, czy też autor opisuje już inne wydarzenie.

Phenian ma ogromny ładunek poznawczy - z dziką wręcz ciekawością rzuciłam się na książkę, bo o Korei Północnej poza wytartymi sloganami nie wiem nic. Dzięki Delisle poznałam przynajmniej mały, niestety przerażający, wycinek północnokoreańskiej rzeczywistości.
Nie mogę uniknąć porównań z Kronikami, które podobały mi się bardziej - może mały Louis spowodował, że z większą ciekawością czytałam o Birmie, a może większe zainteresowanie tym krajem? Trudno mi powiedzieć.

Mimo to także gorąco polecam Phenian - świetna lektura, świetny rysownik, zaskakujące spostrzeżenia. To nie jest ostatnia książką Delisle, którą przeczytałam.

Moja ocena: 5/6

Guy Delisle, Pjöngjang, tł.Jochen Schmidt, 176 str., Reprodukt 2007

sobota, 1 grudnia 2012

"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert


Jakiś czas temu czytałam azjatyckie reportaże Sieberta, które, mimo że powstały kilkanaście lat temu i straciły na aktualności, bardzo mi się podobały. 
Długo zastanawiałam się nad zakupem ostatniej książki tego autora, dotyczącej Mekongu. Siebert wraz z żoną wybrał się na kolejną wyprawę wzdłuż tej rzeki na przełomie lat 2008/2009. 6 stycznia nagle zmarł w małym miasteczku w Kambodży. Żona autora postanowiła wydać już gotowe rozdziały oraz pamiętnik autora, prowadzony podczas podróży. Niedawno wreszcie kupiłam tę książkę i nie żałuję.

Siebert bardzo skrupulatnie opisuje wszystko, co dotyczy Mekongu. Pierwszy rozdział to geografia rzeki - jej bieg, długość, a przede wszystkim problemy związane z odkryciem i umiejscowieniem źródeł. Mieszczą się one w Tybecie wśród lodowców na znacznej wysokości. Ich dokładne określenie jest tak trudne, ponieważ lodowiec wciąż się topi i zmienia położenie.

W kolejnych rozdziałach autor zapoznaje czytelnika z mitami i legendami o rzece oraz z pozostałościami ludzi (np. rysunkami skalnymi), którzy żyli nad Mekongiem przed wiekami. Arcyciekawe są rozdziały o pierwszych podróżnikach, którzy próbowali spłynąć rzekę do jej źródeł. Nieprzystępna dżungla, liczne bystrza i wodospady utrudniały eksplorowanie rzeki. Najciekawszą i najważniejszą postacią był Francuz - Henri Mouhot, który samotnie przemierzał dżunglę. To on jako pierwszy szczegółowo zbadał i opisał świątynie kompleksu Angkor Wat oraz powiadomił szersze grono o swoim odkryciu. Wyczerpany trudnymi warunkami zmarł w Luang Prabang, gdzie do dziś stoi nad jednym z dopływów Mekongu jego grób.

Pisząc o odkryciach geograficznych, Siebert przedstawia problematykę kolonializmu w Azji Południowo-Wschodniej - robi to świetnie, globalnie opisuje problematykę, sposób działania Anglików i Francuzów oraz wpływ kolonizacji na późniejsze losy krajów. Arcyciekawe są informacje na temat historii najnowszej, czyli głównie dwudziestowiecznej Laosu, Kambodży, Wietnamu i Tajladnii. Dzięki tym rozdziałom usystematyzowałam i poszerzyłam moją wiedzę - bardzo mnie to cieszy!

I wreszcie Siebert pisze o własnej podróży, o wycieczkach rowerowych wzdłuż Mekongu, o podróżach autobusem, a przede wszystkich o sowich spostrzeżeniach i wrażeniach. Autor jest świetnym obserwatorem - pisze o ludziach, o architekturze, budynkach, o życiu zwykłych ludzi, ale także o problemach ekologicznych, przemysłowych czy ekonomicznych. Dzięki uprzednim podróżom w te regiony, Siebert analizuje zmiany, ich przyczyny i skutki ale, co najważniejsze, nie ocenia! Wiele z procesów zmieniających ekosystem Mekongu, zaśmiecających rzekę czy zmieniających wioski w betonowe, krzykliwe, chaotyczne osiedla go zasmuca ale nigdy nie krytykuje, nie wywyższa się, nie staje na pozycji osoby wszystkowiedzącej. Taką postawę cenię najbardziej, zwłaszcza po przeczytaniu Powiedział mi wróżbita Terzaniego, który swoją postawą mnie wręcz zniesmaczył.
Pokora, bystrość i zdolność obserwacji i analizy oraz zachwyt nad azjatyckim krajobrazami, a zwłaszcza nad Mekongiem, są największymi atutami i autora i jego reportażu.

Ostatnia część książki to zapiski pamiętnikarskie Sieberta - krótkie obserwacje, spis faktów, spostrzeżenia, opisy noclegów, cen. Wszystko bardzo ludzkie, ciepłe, szczere. Potrafię sobię wyobrazić w jaki sposób Siebert wykorzystywał swoje zapiski, pisząc książkę. Opublikowanie pamiętnika to takie spojrzenie za kulisy pracy autora, dostrzeżenie w nim człowieka, turysty właściwie i w końcu możliwość pożegnania się z nim.

Wspaniała, pouczająca lektura!

Moja ocena: 5/6

Rüdiger Siebert, Mythos Mekong, 223 str., Horlemann Verlag 2011.

środa, 28 listopada 2012

"Kroniki birmańskie" Guy Delisle



Nie mogłam w lepszy sposób poznać życia w Birmie. Bardzo cieszę się, że sięgnęłam właśnie po tę pozycję z mojej listy książek dotyczących tego kraju.

Autor przyjeżdża do Rangoon z żoną/partnerką Nadège, która pracuje dla Lekarzy bez Granic. Guy przejmuję opiekę nad małym synem. Wraz z nim krok po korku poznaje otoczenie i reguły życia w nowym kraju. 
Luis okazuje się być świetną przepustką do wielu miejsc i ludzkich serc - mały berbeć zachwyca i rozwiązuje języki. Ten sposób świetnie sprawdza się także w przypadku moich dzieci:) Równocześnie, odwiedzając przeróżne grupy dla bobasów, Guy utrzymuje kontakty z innymi cudzoziemcami, mieszkającymi w Birmie. Dzięki nim poznaje wszystkie lokalne ploteczki ekspatów oraz zna sytuację innych organizacji pozarządowych.

Birmańskie ulice i miasta widzimy oczyma Guya - bardzo przypadł mi do gustu jego sposób postrzegania świata, jego humor i naturalnie rysunki. Książka dzieli się na wiele krótkich historyjek - niektóre z nich to tylko grafika, autorowi udaje się przekazać wrażenia bez słów. 
Z ogromną przyjemnością śledziłam doświadczenia i przygody autora - zaskoczyło mnie to, że nie przeczytałam książki błyskawicznie, jak to zazwyczaj bywa z komiksami. Kroniki birmańskie zaliczam zdecydowanie do gatunku graphic novel - to nie tylko rozrywka, to także baza do dalszych przemyśleń. 

Genialna książka, pędzę szukać pozostałych prac Delisle, mam nadzieję, że biblioteka nie zawiedzie:)

Moja ocena: 6/6

Guy Delisle, Aufzeichnungen aus Birma, tł. Kai Wilksen, 272 str., Reprodukt 2009.

sobota, 13 października 2012

"Some Girls: My Life in a Harem" Jillian Lauren



Pewnie zastanawiacie się skąd pomysł na tę książkę. Od dawna szukałam powieści z Brunei - gdy odkryłam, że odnalezienie brunejskiego autora jest rzeczą niemal niemożliwą, skoncentrowałam się na książkach, których fabuła związana jest z tym państwem. Niedawno trafiłam właśnie na tę powieść i od razu ją zamówiłam.

Nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Obawiałam się słodkiego romansidła podbarwionego orientem, a otrzymałam raczej psychologiczną powieść o życiu i poszukiwaniu siebie. 

Jillian jest dzieckiem adoptowanym przez żydowską rodzinę, miota się między marzeniem o aktorstwie, dorabianiem jako tancerka w klubie nocnym i poszukiwaniem swojej tożsamości. Podczas kręcenia bardzo miernego horroru osiemnastoletnia Jill poznaje dziewczynę, pracującą jako dama do towarzystwa bogatych biznesmenów. I, jak nie trudno się domyślić, pewnego dnia podczas kolejnego frustrującego obiadu u rodziców dzwoni pod zanotowany numer i rozpoczyna nową pracę. Kolejnym krokiem w jej karierze kochanki jest udział w castingu, gdzie poszukuje się dam do towarzystwa dla bogatych przedsiębiorców z Singapuru. Gdy Jill zostaje wybrana okazuje się, że jej prawdziwym chlebodawcą będzie młodszy brat sułtana Brunei. Robin, takim imieniem zwracają się do księcia Jafri kochanki, to niebieski ptak, dandys i chłoptaś - przystojny, tajemniczy i okrutny. Lubi się bawić uczuciami innych ludzi, robi to jednak w tak czarujący sposób, że zjednuje sobie szybko wszystkie dziewczęta. Po przybyciu do Bendar Seri Begawan okazuje się bowiem, że harem Robina jest ogromny: są w nim Indonezyjki, Filipinki, Tajki i kilka Amerykanek. Jill jest jedną z pierwszych Amerykanek na dworze księcia, przybyła już w drugiej turze dziewczyn z Zachodu.
Dziewczęta spędzają dnie na nic-nie-robieniu, ewentualnie leżeniu przy basenie, które z nic-nie-robieniem jest właściwie równoznaczne, lub na grze w tenisa. Każdego wieczoru sadowią się w pałacowej dyskotece, gdzie Robin spędza noce. Celem dziewcząt jest przywilej siedzenia na jednym z krzeseł obok Robina, który wydaje się obserwować świat z ogromnym dystansem. Każdy wieczór kończy się wyborem dziewczyny na noc. Wybranka Robina może opuścić z nim dyskotekę, a jeśli spodoba mu się na tyle, iż zostanie jego faworytą, ma szanse spędzić z nim wiele dni w ekskluzywnych apartamentach. Jill dość prędko osiąga ten status. Seks z Robinem oznacza przede wszystkim kosztowne prezenty, zakupy na jego koszt (podczas których dosłownie można wykupić wszystkie ekskluzywne butiki), wycieczki helikopterem czy nowym lamborghini księcia. By trwać w mikrokosmosie haremu trzeba mieć silną konstrukcję psychiczną. Wśród dziewcząt toczy się walka - zawiązują się unie, rozprzestrzeniają plotki i złośliwości. Każda z nich ma ten sam cel, a gdy któraś z nich zostaje odsunięta na drugi tor, popada w depresję lub rozpaczliwie, wszystkimi sposobami próbuje wrócić do łask. Monotonia, nuda i niepewność życia skłaniają Jill do powrócenia do Nowego Jorku, gdzie wydaje się starać zmienić w swoim życiu wszystko. Nowa fryzura, ekstrawagancki tatuaż, nowy chłopak, powrót do teatru eksperymentalnego i próba odnalezienia biologicznej matki nie pomogą w niczym. Jill nadal miota się, popełnia błędy, podejmuje nieprzemyślane decyzje i po roku wraca do Brunei. Tam jednak wiele się zmieniło, a ona nigdy już nie osiąga statusu wybranki. Dopiero po kolejnym powrocie przestaje się szarpać i traktować życie jako walkę.

Podtytuł książki (Moje życie jako kochanka najbogatszego człowieka świata) oraz jej reklama zwracają głównie uwagę na Brunei, jednak to zdecydowanie powieść-autoterapia. Początkowo obawiałam się grafomaństwa i psychologizowania na siłę ale Jillian Lauren się obroniła, głównie dzięki dobremu językowi. I oczywiście dzięki Brunei - jej relacja z pałacu księcia jest fascynująca i wręcz niewyobrażalna. Gdyby nie fakt, że autorka pisze o swoich doświadczeniach, włożyłabym tę fabułę między bajki.
Dodać muszę, że Jill jest szczera do bólu - odsłania swoje najskrytsze myśli, bolączki, opisuje swoje odczucia podczas seksu z klientami, swoją niepewność i brak akceptacji własnego ciała. Wbrew pozorom jednak nie znużyły mnie jej wynurzenia - i tu ponownie dzięki naprawdę niezłemu językowi.

Mój cel poznania Brunei został, choć częściowo, osiągnięty - na pewno nie jest to obraz życia w tym kraju, autorka ogranicza się tylko do tego, co poznała, czyli pałacu księcia. Mam nadzieję, że uda mi się odnaleźć jeszcze inne powieści traktujące o tym państwie. Gdybyście mieli jakieś wskazówki to chętnie przyjmę każdą sugestię:)

Moja ocena: 4/6

Jillian Lauren, Harem Girls. Mein Leben als Geliebte des reichsten Mannes der Welt, tł. Ingrid Exo, 333 str., Bastei Lübbe 2012.

poniedziałek, 17 września 2012

"Kambodża" Martyna Wojciechowska

Ta książka była całkiem przypadkowym zakupem. Skusiła mnie tylko i wyłącznie Kambodża. O Martynie Wojciechowskiej niewiele wiem, nie pałam do niej szczególną sympatią, ale jeśli odwiedziła Kambodżę, chętnie o jej wrażeniach poczytam.

Na początku książki zamieściła wiele praktycznych informacji na temat kraju, takich jak zarys historyczny, wielkość, klimat. Wojciechowska wskazuje także, kiedy najlepiej odwiedzić Kambodżę, jakie miejsca warto odwiedzić, podaje przydatne adresy czyli robi wszystko, by czytelnik odniósł wrażenie, że do rąk wziął (mini-)przewodnik. Nic bardziej mylnego!

Książka to bowiem z przewodnikiem czy opisem wrażeń z podróży nie ma nic wspólnego. Wojciechowska przybyła do Kambodży, by zobaczyć jedno z pól rozminowanych przez organizację Mines Advisory Group. Kambodża należy do najbardziej zaminowanych krajów. Nietrudno sobie wyobrazić jak ogromne skutki ma ten fakt - społeczeństwo tego kraju jest bardzo młode. Reżim Pol Pota praktycznie wyniszczył naród, w Kambodży nie sposób odnaleźć rodzinę, która nie ucierpiałaby, najczęściej straciła jednego lub więcej jej członków. Aktualnie ulice i wioski Kambodży pełne są dzieci i kobiet w ciąży - pęd do odnowienia narodu jest ogromny, ale rozwój ograniczony, przede wszystkim przez miny. Rozminowywanie to niezwykle precyzyjna, a co za tym idzie, wolna praca. Każda odnaleziona i rozbrojona mina wydaje się być kroplą w morzu. Turyście natomiast trudno nie zauważyć ofiar min - ludzie bez nóg czy bez rąk czy też osoby, które straciły wzrok tworzą zespoły muzyczne, w ten sposób zarabiając na swoje utrzymanie.

Wojciechowska pisze o ogromnej roli kobiet w procesie rozminowywanie kraju - jednostka, którą odwiedziła składa się bowiem niemal wyłącznie z kobiet, które dzięki tej dobrze płatnej pracy są w stanie utrzymać nie tylko najbliższą rodzinę. Ryzykują życie, by zapewnić byt bliskim.

Niewątpliwie jest to ważna tematyka, na którą warto uczulać, ale w moim odczuciu to za mało na książkę. Nieco ponad sto stron, z czego połowę stanowią zdjęcia, mały format, mnóstwo informacji wprowadzających - jestem rozczarowana. Gdybym wiedziała, że Wojciechowska napisała tę książkę, by przekazać dochód z jej publikacji na rzezc rozminowywania Kambodży, nie powiedziałabym ani jednego złego słowa. Jeśli jednak nie (pewna nie jestem, ale zakładam, że gdyby tak było, na pewno zamieściłaby na ten temat informację), to publikacja tej książki jest dla mnie komercyjnym oszustwem. Tekstu starczyłoby na średniej długości artykuł. Informacje Wojciechowskiej wydają się być bardzo powierzchowne. Na stronach roi się od faktów, danych statystycznych nie popartych żadnymi źródłami - w takim natężeniu nużą i nudzą. Autorka nie przekonała mnie także rzekomym zbliżeniem się do kobiet i zalążkiem porozumienia, wręcz przeciwnie odniosłam wrażenie, że do nie udało się jej znaleźć przepustki do kambodżańskiego serca. Naturalnie nie musi to być celem wyprawy, a wręcz nie powinno być, ale Wojciechowska wydaje się do tego dążyć - jedna wspólna wyprawa do salonu piękności tutaj nie wystarczy, a poniższa scena wprawiła mnie wręcz w zażenowanie:

"Choć wiem, że Khmerzy nie uznają bliskiego kontaktu fizycznego przy powitaniach i pożegnaniach, tuż przed wyjazdem przytulam się mocno do So Tonh. Ona się czerwieni i zaczyna nerwowo chichotać. Tłumaczę jej, że w Polsce panuje taki zwyczaj. Mimo jej speszenia nie mogę się powstrzymać i jeszcze ją całuję. Tak jak w Polsce. Trzy razy."

Jedynym mocnym punktem książki są zdjęcia - niezwykle autentyczne. Dzięki nim domyślam się, że autorka spędziła w kraju więcej czasu niż zaaranżowana przez MAG wyprawa. Jedno z nich tylko mnie odrzuciło - Wojciechowska skorzystała z rybnego pedicure oferowanego w kilku miejscach w Siem Reap (na 99% poznałam nawet, gdzie była, bo moje dzieci potrafily godzinami obserwować owe rybki i naiwnych turystów, którzy wkładali nogi do wody o wątpliwej czystości): rozumiem, że autorka może lubić takie wątpliwe atrakcje, ale czemu akurat takie zdjęcie wstawiła do książki o problemie pól minowych. No nie rozumiem, nie pojmę.

Moja ocena: 3/6 (za zdjęcia)

Martyna Wojciechowska, Kambodża, 127 str., Wydawnictwo G+J 2011.

niedziela, 16 września 2012

"Pałac kobiet" Pearl S. Buck

 
 
Jeśli macie ochotę na powieść o silnych, świadomych kobietach, sięgnijcie po Pałac kobiet noblistki Pearl S. Buck.
Pani Wu kończy czterdzieści lat i postanawia zmienić swoją dotychczasową rolę. Uważa, że spełniła już swoje zadanie jako matka, żona oraz głowa domu Wu. Teraz pragnie usunąć się w cień, poświęcić swój czas księgom i samodoskonaleniu. By jednak umilić życie mężowi, wyszukuje dla niego młodą konkubinę, zdolną do rodzenia dzieci. Jej decyzja szokuje wszystkich mieszkańców domu i nikt nie spodziewa się jaki będzie miała wpływ na dalsze życie.
 
Niezwykle inteligentna, bystra, posiadająca, mimo życia w izolacji, szeroki horyzont, pani Wu błędnie oszacowała potrzeby męża oraz wybranej Drugiej Pani. Swój błąd zrozumie jednak dopiero po tym, gdy pozna obcego księdza Andre. Początkowo zatrudnia go jako nauczyciela angielskiego dla swojego trzeciego syna Fengmo. To pierwszy obcokrajowiec, który przekroczył progi niezwykle tradycyjnego domu państwa Wu. Ksiądz, a przede wszystkim jego słowa, zaczynają interesować pani Wu do tego stopnia, iż po opuszczenia domostwa przez syna, sama kontynuuje lekcje. Tych dwoje prowadzi rozmowy filozoficzno-teologiczne, które są przyczynkiem do rozważań o roli kobiety i mężczyzny, o roli religii, a także o tradycji. Zdumiewający jest rozwój mentalny pani Wu, jej stopniowe dopuszczanie nowości i akceptowanie jej u synów czy synowych.
 
Pearl S. Buck napisała Pałac kobiet w latach czterdziestych, zaskakuje jednak aktualność jej spostrzeżeń oraz świeżość języka. Powieść czyta się sprawnie, przyjemnie można by powiedzieć. Szczególnie interesowała mnie kwestia stopniowego ustępowania tradycji, na rzecz nowoczesnych, rewolucyjnych poglądów. Zdumiewającym jest jak surowym zasadom podlegało życie chińskiej arystokracji jeszcze w wieku dwudziestym.
 
Napisałam, że książka Buck ma za bohaterki silne kobiety. Niewątpliwie dominuje w niej pani Wu, jednak autorka ukazuje kobiecą niezależność i siłę na różne sposoby. Mężczyźni zsuwani są na drugi plan, może tylko poza ojcem Andre. Obok pani Wu poznajemy jednak szereg innych kobiet - jej synowe: od tradycyjnej Meng, poprzez upartą Rulan i niepokorną Linyi; jej przyjaciółkę pani Kang: matronę, kochającą dzieci i gwarny dom oraz zagubioną Druga Panią. Domostwo Wu zaludniają w końcu małe kobietki - sieroty przygarniane przez ojca Andre. Taka ilość żeńskich bohaterek, to świetna możliwość ukazania wielu aspektów kobiecości. Z ciekawością odkrywałam ich postawy, adaptację do tradycji i zasad panujących w domostwie.
 
Pałac kobiet to okazja do odkrywania Chin - bez pośpiechu, w wytwornym towarzystwie.
 
Moja ocena: 5/6
 
Pearl S. Buck, Pałac kobiet, tł. Adam Chmielewski, 397 str., Wydawnictwo MUZA 2011.

piątek, 17 sierpnia 2012

"The Girl in the Picture" Denise Chong



Bardzo cieszyłam się na lekturę tej książki - Wietnam jest jednym z państw, które chciałabym odwiedzić. Mieliśmy bardzo konkretne plany wycieczki do tego państwa podczas naszego pobytu w Tajlandii, ale niestety musieliśmy z nich zrezygnować. Cudodziemcy nie mają możliwości wypożyczenia samochodu, a to aktualnie jedyna opcja transportu, jaką bierzemy pod uwagę. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, a tymczasem przeczytałam powieść, a właściwie reportaż, Denise Chong.

Implusem do napisania tej książki było słynne zdjęcie, ukazujące grupę dzieci, która ucieka po wybuchu bomby napalmowej. W środku zdjęcia widać nagą, dziewięcioletnią dziewczynkę, która rozpostarła poparzone ręce, a jej usta skrzywione są w bolesnym okrzyku. Ta dziewczynka to Kim Phuc. 

 Zdjęcie pochodzi ze strony www.kimfoundation.com

Zdjęcie znałam od lat, ale nigdy nie zastanawiałam się nad losami dziewczynki. I, co ważniejsze, nigdy dotąd nie zagłębiłam tła wojny wietnamskiej. Moja wiedza nie sięgała ponad ogólnie znane fakty.
Książka Chong wypełniła te luki bardziej niż dokładnie. Nawał faktów niemal nie skłonił mnie do rezygnacji z lektury. Pierwsze sto stron to wojna, wojna, wojna. Mnóstwo faktów i szczegółów, które z pewnością miały ukazać czytelnikowi tło wydarzeń w Wietnamie, ale niestety nie porywa sposób ich podania. Czasu waymaga przyzwyczajenie się do stylu autorki - brak tu błyskotliwości i wręcz polotu. Chong przywiązuje wagę do szczegółowego i jak najbardziej dokładnego oddania wydarzeń, niestety cierpi na tym jej styl. Można jednak przyzwyczaić się do jego przyciężkawości. W moim przypadku stało się to, gdy hhistoria Kim Phuc wysunęła się na pierwszy plan. 

Życie Kim Phuc okazało się być niezwykle skomplikowane i przede wszystkim zależne od przypadku i wpływu innych osób. Po zakończeniu wojny i przejęciu władzy przez północny rząd komunistyczny, dziewczyna staje się gorącym tematem. Jej historia dobrze sprzedaje się dziennikarzom, co powoduje totalną manipulację jej życiem. Ponieważ właśnie życie Kim jest niezwykle ciekawe, nie chcę zdradzać żadnych szczegółów. Gdybym je znała, nie wiem czy książka na tyle by mnie zainteresowała. 

Kim Phuc to osoba bardzo optymistyczna, zawsze uśmiechnięta, znosząca swój los z pokorą. Właśnie taka postawa otwiera jej wszystkie drzwi i zapewnia sympatię dziennikarzy. I z pewnością dzięki niej znosi ciierpienie oraz późniejsze skutki poparzenia napalmem.

Ostatnie sto stron przeczytałam jednym tchem, czytałam do późna w nocy, póki nie dotarłam do ostatniej strony;)

Polecam ze względu na niezwykłe losy Kim Phuc ale także ze względu na ogromny ładunek wiedzy. To nie tylko wojna wietnamska, ale także wojna z Kambodżą (o której wiedziałam bardzo niewiele) oraz sytuacja w komunistycznym Wietnamie. Bardzo interesowały mnie warunki życia w ówczesnym Wietnamie i na Kubie - nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo podobne one były do polskich, a równocześnie jak dotkliwe dla przyzwyczajonych do zupełnie innego życia Wietnamczyków z Południa. Szalenie ciekawa lektura!

Nie zniechęcajcie się stylem, czytajcie, bo naprawdę warto!

Moja ocena: 4,5/6

Denise Chong, Das Mädchen auf dem Foto, tł. Sabine Schulte, 448 str., Bastei Lübbe 2003.

piątek, 8 czerwca 2012

"Crónica de Uma Travessia" Luis Cardoso



To pierwsza powieść autora pochodzącego z Timoru Wschodniego, jaką miałam możliwość przeczytać. Luis Cardoso stworzył opowieść mocno zabarwioną autobiograficznie, utrzymaną jednak w stylu abstrakcyjno-poetyckim, czyli w takim, jakiego nie lubię.

Trudno mi było wyłuskać treść spoza zagadkowych zdań. Cardoso opisuje życie młodego człowieka, syna pielęgniarza, w kolonialnym Timorze. Życie mieszkańców tej niewielkiej kolonii polaryzuje między zapatrzeniem w katolicką Portugalię, a kultywowaniem starych tradycji i pradawnej wiary w naturę. Gdy główny bohater wyjeżdża do Lizbony na studia, w jego ojczyźnie wybuchają krwawe zamieszki, spowodowane przez wkroczenie Indonezyjczyków. 

Koncepcja powieści Cardoso nie obejmuje jednak opisu sytuacji w Timorze, konkretnych informacji czy danych. To na pewno powieść wielowarstwowa, przesiąknięta głębokim smutkiem, magią i wierzeniami. Bardzo trudno było mi odkrywać owe warstwy, odgadywać znaczenie treści, co więcej wiele razy łapałam się na tym, że moje oczy tylko prześlizgują się po tekście, a myśli uciekają.
Wolałabym przeczytać powieść, która bardziej przybliżyłaby mało znaną historię Timoru Wschodniego. Nie oznacza to, iż powieść Cardosa jest zła. To po prostu książka, która zupełnie nie pokrywa się z moimi upodobaniami literackimi. Szkoda:(

Moja ocena: 2/6

Luis Cardoso, Chronik einer Überfahrt (Crónica de Uma Travessia), tł. Karin von Schweder-Schreiner, 173 str., Aufbau Verlag 2001.

czwartek, 17 maja 2012

"Bambus läßt sich nicht brechen" Rüdiger Siebert



Zbiór Sieberta zawiera jakiego reportaże publikowane już wcześniej w niemieckiej prasie. Pisane w latach osiemdziesiątych teksty zostały na cele tego zbioru ponownie opracowane. Autor kładzie szczególny nacisk na zmiany społeczno-gospodarcze oraz warunki życia najbiedniejszych obywateli na Filipinach, w Indonezji, Malezji i Tajlandii. Dodać należy, że książka powstała we współpracy z organizacją terre des hommes, która wspiera dzieci żyjące w ciężkich warunkach.

Podczas lektury należy pamiętać, że Siebert pisał swoje reportaże około trzydzieści lat temu. Kraje Azji Południowo-Wschodniej rozwijają się tak szybko, że wiele z uwag autora nie ma już przełożenia na rzeczywistość. Jednocześnie zaskakująco wiele spostrzeżeń jest uniwersalnych, jak na przykład informacje historyczne, zarys rozwoju danego kraju czy stosunki społeczne. Każdy z krajów zaciekawia swoim indywidualnym rysem.

Pierwsza część książki poświęcona jest Filipinom, rządzonym przez Ferdinanda Marcosa. Siebert koncentruje się między innymi na kwestii zamieszek między ludnością chrześcijańską i muzułmańską na Mindanao - z jednej strony opisuje niewyjaśnione zniknięcia ludzi, samowolkę armii, a z drugiej strony zwykłych ludzi, ich codzienne problemy, dzień dziewczyny pomagającej najbiedniejszym. Niektóre z reportaży to krótkie impresje - autor obserwuje beztrosko śmiejące się dzieci czy walkę kogutów. Bardzo podobała mi się historia podróży zdezelowanym busem po niebezpiecznej drodze, podczas której podróżujący cudem uniknęli wypadku, mimo to jednak ze stoickim spokojem obserwowali poczynania kierowcy, który za pomocą zardzewiałego gwoździa naprawił autobus oraz ruszyli z nim dalej. Nie wątpię, iż dla autora była to jedna z najbardziej stresujących podróży w życiu. Nie brak w zbiorze także spostrzeżeń na temat najważniejszego środka lokomocji na Filipinach czyli jeepney. Te fantazyjnie ozdobione i polakierowane przerobione jeepy służą Filipińczykom nie tylko w Manilii, ale także na innych wyspach. Najsmutniejsze reportaże opowiadają o życiu dzieci w slumsach - dzieci, które wykonują ciężką pracę przekopując śmietniska w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów; dzieci, które na śmietnisku się urodziły i w ciągu całego życia nie widziały niczego innego.

Indonezja jest mi krajem mało znanym. Podczas lektury nie mogłam w duchu kiwać głową, potwierdzając spostrzeżenia autora lub rozpoznając opisywane miejsca. Siebert analizuje sytuację zaopatrzenia kraju w ryż - opisuje rozwój gospodarki i eksplozję urbanizacyjną w Jakarcie, nie pomija skutków nieprzemyślanego rozrostu miasta. Świetny jest reportaż o roli bambusa w życiu codziennym Azjatów. Ta niewiarygodna roślina jest wykorzystywana (podobnie jak palmy kokosowe) na wszystkie możliwe sposoby. 

Tylko jeden reportaż poświęcony jest Singapurowi. Z ciekawością przeczytałam (znaną mi już wprawdzie) historię powstania tego niewielkiego państwa. Siebert opisuje ówczesny boom budowlany w Singapurze - już wtedy zaskoczony był stopniem rozwoju tego tygrysa Azji Południowo-Wschodniej. Czytelnik jednak uśmiechnie się, wiedząc jak dalece Singapur zmienił się w ciągu ostatnich trzydziestu lat.

Kolejna część poświęcona jest Malezji z chińską mniejszością (a czasami nawet większością), jej kolonialną przeszłością (vide cmentarz w Penang) i z dawno minionymi problemami - wszak Kuala Lumpur to metropolia high-tec. Siebert zwraca uwagę na brak wiedzy o ochronie środowiska - wycinanie lasów, niekontrolowane wydobywanie miedzi na zboczach największego szczytu Azji Południowo-Wschodniej Mount Kinabalu czy niezwykle nieprzyjazne środowisku kopalnie cyny.

I wreszcie Tajlandia. Jeden z reportaży zaskakuje aktualnością - problem powodzi w Bangkoku nie jest nowy. Od lat mieszkańcy borykają się ze skutkami likwidacji kanałów. Siebert ponownie obraca się wśród podobnej gamy tematów - wykorzystanie dzieci jako siła robocza, bieda rolników uprawiających ryż, rozwój miast kosztem natury oraz napływ taniej siły roboczej ze wsi. Rolnicy, którzy porzucają swoje domostwa i uprawę roli, skuszeni szybkim zarobkiem na licznych budowach w Bangkoku, szybko pozostają bez środków do życia i lądują w slamsach.

Pomimo pewnej jednostronności tematyki dobrze czyta się reportaże Sieberta. Autor potrafi uchwycić chwile, umiejętnie podsumować swoje obserwacje oraz dobrze przedstawić przyczyny opisywanych fenomenów i procesów społecznych. Z przyjemnością czytałam o miejscach mi znanych ale  zdecydowanie wolałabym by teksty były bardziej aktualne.

Moja ocena: 4/6

Rüdiger Siebert, Bambus läßt sich nicht brechen, 215 str., Arena Verlag1986.

sobota, 3 marca 2012

"Wohin Du auch gehst. Die Geschichte einer fast unmöglichen Liebe" / "Same same but different" Benjamin Prüfer



Benjamin ma dwadzieścia trzy lata, prowadzi beztroskie życie, pracuje wprawdzie w redakcji sporej gazety, ale czas wolny spędza na imprezach i rozmowach z kumplami, nie przejmując się niczym. Jeden z nich namawia go do wyprawy do Azji i zanim Benjamin przemyślał tę propozycję, zabukował (na rauszu) lot. 

W trakcie swojej podróży trafił do Phnom Penh, gdzie zamieszkał w niewielkim pensjonacie w okolicy szczególnie odwiedzanej przez backpackerów. Z poznanymi tam ludźmi poznawał nocne życie stolicy Kambodży i wypróbowywał nowe narkotyki. Którejś z nocy poznał w słynnej dyskotece Heart of Darkness Sreykeo. Mimo, że dziewczyna pracowała jako prostytutka, to ich spotkanie nie przypominało typowej nocy z bargirl. Oboje odczuwają jakiś rodzaj przyciągania i kontynuują spotykania. Gdy Benjamin musi wracać do Niemiec są już parą, obiecują sobie utrzymanie kontaktu i ponowne spotkanie. 

Życie w Niemczech jest całkowicie odmienne od trzymiesięcznego pobuty w Kambodży, Banjamin od razu wpada w jego wir ale kontakt z Sreykeo utrzymuje. Częste infekcje dziewczyny okazują się nie być przypadkowe, jest zarażona wirusem HIV. Mimo tej diagnozy Benjamin nie zrywa z nią kontaktów, tylko rozpoczyna rozpaczliwą walkę. Pragnie pomóc zmienić jej życie, wyrwać się z prostytucji, uzdrowić chore stosunki rodzinne (matka nie okazuje dzieciom żadnych uczuć, wymaga jedynie pieniędzy) i przede wszystkim chce zdobyć dla niej leki, co okazuje się być niezwykle trudne. 

To nie jest historia czarno-biała. Wątpliwości, niewyobrażalne kłopoty finansowe, odległość i odmienność kultur wydają się zabijać uczucie między Benjaminem i Sreykeo. Dziewczyna i jej rodzina ciągle potrzebują pieniędzy, Benjamin jednak nie ma kapitału, by im zapewniać wystarczające kwoty, co więcej tonie w długach, żyje na granicy egzystencjalnego minimum, a ich rozmowy telefoniczne kręcą się tylko wokół finansów i choroby.
Związek jest bardzo burzliwy, gdy Benjamin dowiaduje się, że Sreykeo wróciła do prostytucji, zrywa z nią. Nie będzie to jednak zerwanie ostateczne, chłopak wraca do Kambodży, walczy o znalezienie najlepszej terapii dla niej i uzdrowienie rodziny.

Nie potrafię sobie wyobrazić książki lepiej opisującej codzienne życie Khmerów. Benjamin sam je poznaje, uczy się języka, dziwi się zachowaniom i obyczajom. Stara się przejąć rolę autorytetu w rodzinie, zrozumieć sposób myślenia Khmerów, by jak najlepiej argumentować w dyskusjach. Przy okazji opisuje buddyjskie święta, khmerskie wesele, życie na wsi i skomplikowane stosunki rodzinne.
Autor nie jest reporterem, który obserwuje obcą kulturę, on w tej kulturze żyje, stara się z nią zintegrować i właśnie z takiej perspektywy życie w Kambodży opisuje. Książka tym bardziej fascynująca, że przecież pobyt w tym kraju mam świeżo w pamięci. 

Autor nie pisze wyszukanym językiem, powieść jest raczej relacją i wspomnieniami, zaskakuje jednak szczerością, trzeźwością opinii, szczególnie ujęła mnie brakiem tkliwego sentymentalizmu. 
Zanim przeczytałam książkę widziałam film, nakręcony przez Detleva Bucka - przyjemny w odbiorze ale o lata świetlne płytszy od książki. Brakowało w nim przemyśleń i spostrzeżeń Benjamina na temat życia Khmerów czyli tego, co najbardziej interesowało mnie w powieści. Mimo to polecam zarówno książkę, jak i film. Tylko koniecznie najpierw sięgnijcie po powieść!

Moja ocena: 4/6

Benjamin Prüfer, Same same but different, 329 str., Fischer Taschenbuch Verlag 2010.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Nowe wyzwanie literackie - Literatura w Azji, Azja w literaturze



Literatura w Azji, Azja w literaturze to wyzwanie idealnie pasujące do moich zainteresowań literackich:) Od kilku lat już przecież staram się poznawać literaturę z Azji Południowo-Wschodniej. 
Celem wyzwania jest odbycie wędrówki przez wszystkie kraje tego obszaru czyli przez Birmę, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Laos, Malezję, Singapur, Indonezję, Timor Wschodni, Brunei i Filipiny oraz przez Chiny, Japonię i Koreę.

Nie jestem pewna czy uda mi się przeczytać książki ze wszystkich krajów, ale na pewno chciałabym odwiedzić Laos, Birmę, Wietnam i Kambodżę.

Zapraszam was bardzo serdecznie do dołączenia do wyzwania!