Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2026

"Karawele" António Lobo Antunes


Moją pierwszą książką Antunesa były "Zadupia" i zaiste nie była to lektura łatwa. Podejrzewałam, że nie zostanę fanką frazy Portugalczyka, ale równocześnie wiedziałam, że muszę przeczytać kolejne jego powieści. Bo to pisarz z gatunku tych – nie rozumiem do końca, ale doceniam. Nie inaczej jest w przypadku "Karaweli", w których trudno szukać linearnej akcji, bohaterów i konsekwentnego prowadzenia wątków. 

Antunes tworzy swój własny świat poza czasem i miejscem, z Lizbony tworząc Lixbonę, w której umieszcza cały kalejdoskop portugalskich postaci historycznych. Spotykają się tu osoby z różnych epok, okresów, miejsc, by wspólnie czekać na portugalskiego zbawcę, czyli króla Sebastiana, który w XVI wieku zginął w bitwie w Maroku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Mit sebastianizmu jest do dziś żywy w Portugalii, choć oczywiście w powrót monarchy na białym koniu nikt już nie wierzy.

Punktem wyjścia "Karawel" jest Rewolucja goździków, która dla Portugalii oznaczała koniec dyktatury, ale i koniec kolonializmu. Tysiące obywateli wracają więc do ojczyzny jako "retornados". Wraz z nimi wracają duchy największych postaci portugalskiej historii i wcale nie jest to powrót w chwale. Antunes tworzy groteskowy obraz wielkich żeglarzy, odkrywców, poetów, często czyniąc z nich nieudaczników, przegranych, rozczarowanych życiem. Portugalczyk opisuje przy tym Lizbonę jako miasto brzydkie, zaśmiecone, smutne, zaniedbane. Jego arsenał duchów ma za kulisy miasteczko strachów. Tytułowe karawele nie wiozą już Portugalczyków ku chwale i nowym odkryciom, teraz są symbolem powrotu na kontynent i to powrotu z podkulonym ogonem.

Antunes w długich zdaniach kolekcjonuje metafory, by opisać ten bezsens, brzydotę miasta i ludzi. Zachwyca tu celnością obserwacji, ale i obrazoburczością. Bez wstydu i respektu demaskuje ludzi, historię i portugalskie mity. Jego fraza, która świetnie pasowałaby do baroku, nie ułatwia jednak tej demaskacji. Czytelniczka musi dać się jej ponieść, zrezygnować z prób doszukania się wątków, postaci, narracji, lecz rzucić się w rozbujane sztormem fale i obserwować kolejne opisy, porównania, zaskakujące metafory. Trudno mi sobie wyobrazić, że osoba nieobeznana z Portugalią wyłapie nawiązania Antunesa, nawet po przeczytaniu wstępu Wojciecha Charchalisa i zaglądaniu do przypisów. Co więcej nawet osoba nieco obeznana z Portugalią, nie wyłapie wszystkich nawiązań – ale ma szansę poczuć klimat tej powieści zmysłami, zrozumieć na poziomie emocjonalnym nieuchwytność portugalskiej melancholii, zbliżyć się nieco do tego, co kryje w sobie portugalska dusza. I jak pisałam wyżej – bardzo doceniam pióro Antunesa, ale jednak nie odczuwam na tej samej płaszczyźnie. 

Za możliwość tego drugiego spotkania z prozą Antunesa dziękuję wydawnictwu. 

Moja ocena: 4/6

António Lobo Antunes, Karawele, tł. Wojciech Charchalis, 212 str., Wydawnictwo Noir sur Blanc 2026.


piątek, 6 lutego 2026

"Puste domy" Maria Judite de Carvalho




Dora straciła dość wcześnie męża. Duarte nie był najbardziej zaradnym człowiekiem, więc zostawił żonę i córkę niezaopatrzone finansowo. Lisa początkowo mieszka u babki Any – kobiety zamożnej i zdecydowanej oraz ciotki Júlii – która marzy pozostała w domu matki i zatapia się w marzeniach o latających talerzach. Dora przywdziewa żałobę i próbuje utrzymać córkę, początkowo biorąc pożyczki, a potem podejmując pracę w sklepie z antykami, którą zdobyła dzięki narratorce. Ta praca pozwala jej na opłacenie dla Lisy prywatnych lekcji języka i życie na przyzwoitym poziomie. Dora jednak zaniedbała samą siebie, ciągle żyje wspomnieniem Duarte, pielęgnuje w sobie jego obraz i odcina się od życia. Pewnego dnia do sklepu przychodzi bogaty i zblazowany Ernesto, który urządza swój nowy dom i szuka odpowiedniego dywanu. Początkowo traktuje Dorę jak brzydkie kaczątko, ale stopniowo nawiązuje z nią znajomość. Cała ta historia opowiadana jest przez tajemniczą przyjaciółkę Dory, której tożsamość odkrywana jest stopniowo.

By zrozumieć tę powieść, trzeba znać kontekst powstania "Pustych szaf". Opisana historia rozgrywa się w okresie portugalskiej dyktatury i choć nie jest to powiedziane w książce wprost, to widać to w stosunkach społecznych. Kobiety są tu uległe, podporządkowane mężczyznom, skupione na zajęciach domowych, pasywne. Konieczność podjęcia pracy przez Dorę jest tu wyjątkiem, który jest jedynie niewygodną potrzebą. Córka Dory natomiast marzy o podróżach, zobaczeniu świata, a jedynym zawodem, jaki jej przychodzi do głowy jest stewardessa. Jednak w obliczu lukratywnego małżeństwa porzuci ten plan bez większych sentymentów. 
Ernesto tak jak kobiety jest produktem swoich czasów – zapatrzony w swoje potrzeby, przyzwyczajony do sięgania po to, czego zapragnie, zadufany, próżny. Dla współczesnej czytelniczki nieznośny typ o wątpliwych skłonnościach – końcówka książki nie pozostawia tu żadnych złudzeń.

Wszystkie przedstawione tu kobiety są tytułowymi pustymi szafami, czekającymi na coś, na lepsze jutro, na wielką miłość, na zrozumienie. Wikła je jednak pozycja społeczna, finansowa i polityczna. Maria Judite de Carvalho stworzyła powieść o dusznej atmosferze, w której nic nie jest takie, jakie się wydaje na początku. Ukrywając tożsamość narratorki, zwodzi czytelniczkę, ale i stawia wiele pytań o powody takich, a nie innych decyzji kobiet. 

Książka ukazała się w polskim przekładzie Janiny Z. Klave pod tytułem "Puste szafy".

Moja ocena: 4/6

Maria Judite de Carvalho, Os armários vazios, 153 str., Livraria Bertrand 1978.

środa, 19 marca 2025

"Encyklopedia. Notatki" Gonçalo M. Tavares

 


Ta książka to luźne zapiski Portugalczyka dotyczące mnogości tematów, sam autor dzieli je na cztery grupy. To notatki o nauce, strachu, muzyce i związkach. Rozpoczęłam tę lekturę z wielką ciekawością, licząc na drugiego Pessoę, odkrywcze myśli, inspirujące spojrzenia. Niestety niemal od pierwszych stron się rozczarowałam i nie potrafiłam w sobie wskrzesić nawet krzty zainteresowania. Przemyślenia Tavaresa ani są głębokie, ani odkrywcze, ani nawet poruszające. To luźne spostrzeżenia, nawet niezbyt ze sobą związane. 

Pierwszą część, czyli notatki o nauce nawet jeszcze jakoś zwalczyłam, ale każda kolejna była dla mnie coraz większym wyzwaniem i wiała nudą, a ja zaczęłam przewracać strony, szukając końca. Kilka dni po skończeniu lektury nie jestem nawet w stanie streścić tej książki. Zdecydowanie nie polecam.

Moja ocena: 1/6

Gonçalo M. Tavares, Encyklopedia. Notatki, tł. Wojciech Charchalis, 176 str., Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria 2018.

czwartek, 2 stycznia 2025

"Zadupia" António Lobo Antunes

 


António Lobo Antunes to jednen z najważniejszych pisarzy portugalskich, którego proza wprawdzie jest dostępna dla polskiej czytelniczki, ale po którą sięgnęłam dopiero teraz, na początek wybierając powieść o tytule zdecydowanie przyciągającym oko. Używam zresztą bardzo często tego słowa określając miejsce, w którym w Portugalii mieszkam. Antunes nie odnosi się jednak do tego kraju, a do Angoli, w której w latach 70. Portugalia prowadziła krwawą wojnę, wysyłając na front kolejne pokolenia młodych mężczyzn. Nie inaczej było w przypadku autora, który tę powieść zasadził na własnych doświadczeniach. Jako lekarz spędził na angolskich bezdrożach ponad dwa lata i doświadczył najgorszego oblicza wojny. Dodać trzeba, wojny bezsensownej, prowadzonej uporczywie przez Salazara podczas silnych ruchów niepodległościowych w Afryce.

Zadupia to spowiedź człowieka złamanego wojną, który nigdy nie wyzbył się obrazów i przeżyć, które padły cieniem na jego życie. To człowiek samotny, który utracił życie rodzinne, który nie spełnił oczekiwań rodziny i widział, jak wojna doświadcza jego towarzyszy i miejscową ludność.

Te smutne wnioski nie są nowatorskie, wyjątkowości nadaje tej powieści język. Zadupia to bardzo trudna lektura, trudna na wielu płaszczyznach. Po pierwsze naszpikowana jest odwołaniami do portugalskiej literatury, kultury, historii – większość z nich na szczęście objaśnia tłumacz – które utrudnią odbiór polskiej czytelniczce. Po drugie Antunes operuje bardzo trudnym językiem. Każde zdanie naszpikowane jest metaforami z rodzaju nietypowych, zaskakujących, zastanawiających. Portugalczyk porównuje kwestie zupełnie niepodobne, zestawia grozę czy fizjologię z pięknem, zmusza czytelniczkę do wielokrotnego czytania tych samych kwestii. Łatwo tu ulec zmęczeniu w obliczu gęstości tej prozy, przebiec zaledwie po jej powierzchni, a tu każde zdanie to majstersztyk, przyczynek do analizy i zadumy.

Warto jednak nabrać tchu i zatopić się w zaduchu tego świata – przycupnąć za wiekową komodą w zakurzonym mieszkaniu lizbońskiej klasy wyższej i schować się za suchym krzakiem na angolskim zadupiu. I dać sobie przestrzeń na niezrozumienie wszystkiego, nawet jeśli trafi do nas połowa, to będzie tego już bardzo dużo.

Moja ocena: 4,5/6

António Lobo Antunes, Zadupia, tł. Wojciech Charchalis, 224 str., Noir Sur Blanc 2021.

niedziela, 26 maja 2024

"O retorno" Dulce Maria Cardoso


 

Jednym z najważniejszych, a często zapominanym, skutkiem Rewolucji goździków w 1974 było uzyskanie niepodległości przez portugalskie, liczne wtedy, kolonie. Mieszkańcy tych krajów na gwałt musieli opuścić swoje domy i wracać do metropolii, czyli do Portugalii. Dla większości z nich było to bardzo traumatyczne wydarzenie, abstrahując oczywiście od tego, jak traktowali mieszkańców danych krajów i czym się zajmowali. Ta powieść pokazuje perspektywę nastolatka, który traci dom, swoje otoczenie, kolegów, całe życie i z jedną walizką musi wyruszyć wraz z rodziną w nieznane. Zanim to się jednak stanie, Angolczycy porwą jego ojca, a rodzina na łeb na szyję zostawi dom, by potem koczować na lotnisku, czekając na samolot repatriacyjny.

Po przybyciu do Lizbony, retornados zostają zakwaterowani w hotelach, dostają zapomogę i najczęściej wegetują w oczekiwaniu na pomoc, pracę, perspektywę, tęsknią, czują się porzuceni i cierpią z powodu komentarzy miejscowej ludności. Rui, główny bohater, opisuje te wszystkie rodzinne zmagania, lęk o ojca, lęk przed nieznanym, stopniowe poznawanie nowego kraju, pierwsze zakochania, represje ze strony nauczycieli, różne zachowania i nastawienie innych mieszkańców hotelu do nowego życia.

Cardoso zaskakuje językiem, korzystając z różnych stylów i sposobów pisania. Dialogi nie są wyróżnione, wiele tu powtórzeń, urwanych myśli – to sposób rozumowania i myślenia nastolatka. W pewnym sensie to monolog wewnętrzny, który jednak nie jest męczący, Portugalka bardzo umiejętnie odtwarza mikrokosmos Ruiego, jego zmartwienia, pragnienia, plany. To nie jest linearny tok myślenia i tak Cardoso pisze. Zarazem czyta się to lekko, potoczyście, opowieść chłopca wciąga. Pewnie dlatego, że Cardoso sama była retornada, w podobnym wieku jak bohater jej powieści musiała opuścić Angolę.

Bardzo ciekawym aspektem tej powieści jest wszechobecny rasizm. Przede wszystkim ten Portugalczyków w Angoli – nawet, gdy sami twierdzą, jak dobrze traktowali osoby czarnoskóre, to przejawia się on w każdym zdaniu i wypowiedzi. Innym aspektem jest jednak niechęć Portugalczyków do retornados, którzy według nich byli rasistami. To odsuwanie odpowiedzialności jest bardzo interesującą kwestią, podobnie jak tło polityczne w rodzącej się nowej państwowości portugalskiej po obaleniu reżimu. 

Bardzo ciekawa powieść, polski przekład bardzo by się przydał!

Moja ocena: 5/6

Dulce Maria Cardoso, O retorno, 267 str., Tinta-da-China 2013.

środa, 24 kwietnia 2024

"Miasto ślepców" José Saramago




Miasto ślepców to historia epidemii, która po kolei ogarnia wszystkich mieszkańców miasta, a póżniej kraju. Pierwsza osoba zaraża najbliższych tylko przez krótki kontakt z nimi, aż epidemia rozprzestrzenia się na całe społeczeństwo. Pierwsi oślepli zostają internowani w byłym szpitalu psychiatrycznym. Okazuje się jednak, że żona jednego ze ślepych widzi, ukryła to, by móc towarzyszyć mężowi. Nie zdradza jednak tego faktu innym. Mimo braku wody i funkcjonujących urządzeń sanitarnych grupa ślepców jako tako radzi sobie. Po pewnym czasie dołączają do nich kolejni chorzy i warunki życia stają się katastrofalne – wszystko tonie w brudzie i smrodzie. Ponadto grupa ślepców przejmuje przydzielane racje żywnościowe, by czerpać z ich rozdzielania profity.

Od pierwszych stron zaskoczył mnie język Saramago – autor nie wydziela graficznie dialogów,  wplecione są natomiast w długie zdania i oznaczane wielką literą. Potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić się do tego sposobu pisania, zwłaszcza, że czytałam tę powieść po portugalsku. Dzięki temu zabiegowi Saramago przykuwa czytelniczkę do swojej powieści, nie ma tu miejsca na oddech czy pauzę.

Miasto ślepców można rozważać na wielu płaszczyznach. Naturalnie najpierw będzie to sama treść i akcja powieści, czyli obserwacja zachowań ludzkich wobec epidemii. Saramago podsuwa czytelniczce wiele pytań – jak szybko człowiek przejmuje zachowania zwierzęce, jak istotny jest wzrok do normalnego funkcjonowania, czy możliwa jest organizacja państwa, jeśli wszyscy są niewidomi, jaki sens ma takie życie, czy niewidomi mają jakąkolwiek przyszłość poza wegetacją i walką o pożywienie, jakie znaczenie ma miłość?

Saramago nakreśla jednak także drugą płaszczyznę – funkcjonowanie państwa i społeczeństwa. MOżna oceniać zachowanie państwa wobec początku epidemii – najpierw będzie to walka o przetrwanie i zachowanie organizacji państwowych, a później terror i bezduszność.

Nie sposób nie dostrzec, że Miasto ślepców to powieść-metafora. Saramago na płaszczyźnie językowej korzysta z ogromnego bogactwa portugalskich przysłów, powtarza wiele razy podobne lub te same słowa, a nawet sposób zapisywania dialogów wiąże się z tematyką powieści – na początku czytelniczka czuje się ślepa. Te metafory językowe rozciągają się na treść i rozważania: czy osoba widząca może być ślepa? Czy zachowanie wzroku wśród niewidomych jest błogosławieństwem czy przekleństwem? Czy odzyskanie wzroku oznacza utratę ślepoty?

Saramago niezwykle plastycznie oddaje obrazy destrukcji i zezwierzęcenia, pobudzając w czytelniczce wszystkie zmysły (nie tylko wzrok!). Zadziwiająca alegoria, która po ostatniej pandemii nabiera innego wymiaru.

José Saramago, Ensaio sobre a Cegueira, 299 str., Porto Editora 2016.

czwartek, 15 lutego 2024

"Księga" José Luís Peixoto


Wioska gdzieś w Portugalii, a w tej wiosce różne postaci i charaktery. Ilídio, Cosmé, Galopim, Adelaide. Najpierw dzieci, potem nastolatkowie, a wreszcie dorośli. Wszystkich łączy pewne poczucie osamotnienia.  Ilídio mieszka u murarza – gdy miał sześć lat mama oddała go na wychowanie, Galopim zajmuje się upośledzonym bratem, Adelaide natomiast zamieszkała u ciotki, która wzięła bratanicę na wychowanie, odciążając obficie obdarzoną potomstwem siostrę. Żadne z nich nie ma wpływu na swój los, kilkoro wbrew własnej woli ląduje we Francji – jak wielu Portugalczyków, którzy w latach 60. XX wieku uciekali przed biedą, reżimem, brakiem perspektyw. 

Adelaide stała się ponownie pionkiem w rękach niespełnionej ciotki, a Ilídio podążył za miłością. Francja przyjmuje emigrantów, daje im lepsze życie, ale nie jest eldorado. Zresztą to nie jest tylko powieść o emigracji, a raczej o jestestwie, o poczuciu osobowości, o życiu między językami, kulturami, ale i o osaczeniu. Peixoto zastanawia się, co wpływa na nasz los, jak okoliczności i inne osoby determinują nasze życie.

Pierwsza część to opowieść – nietuzinkowa, ale jednak. Peixoto nie uwodzi łatwą narracją, przeskakuje w czasie i przestrzeni, wplata wspomnienia i historie z przeszłości. Nie unika także opisów brutalnych zachowań, prostego życia i choć nie sądzę, by jego celem było ukazanie warunków w małomiasteczkowej Portugalii, to ten obraz świetnie się przeplata między wierszami. Druga część to zupełnie inny sposób narracji – to wielkie bum, zaskoczenie, zwrot w historii, którego się zupełnie nie spodziewałam. Portugalczyk eksperymentuje ze stylem, nawiązuje do opowiedzianej historii, ale stawia wiele pytań o język, tożsamość i własne ja.

To niezwykła książka – jak przygoda, bo nie wiadomo, co czeka za rogiem, ale i jak labirynt, który zwodzi i plącze. Polecam!

Moja ocena: 5/6

José Luís Peixoto, Księga, tł. Katarzyna Mojkowska, 256 str., Wydawnictwo Świat Książki 2018.


piątek, 23 czerwca 2023

"Opowiadania przy ginie z tonikiem" Mário-Henrique Leiria


Tę książkę od bardzo dawna miałam na liście do przeczytania, ale wciąż czekałam, aż mój portugalski będzie dość dobry. Jedno z opowiadań w końcu przeczytałam po portugalsku i planowałam kolejne, ale w sukurs przyszło mi Wydawnictwo Lokator i grupa tłumaczek i tłumaczy, którzy wraz z Wojciechem Charchalisem ułatwili mi lekturę. 

Opowiadania przy ginie z tonikiem to klasyka literatury portugalskiej, Mário-Henrique Leiria to najsłynniejszy bodajże przedstawiciel portugalskiego surrealizmu i to od razu w dwóch dziedzinach - literaturze i malarstwie. Portugalczyk jednak musiał opuścić swój kraj, ponieważ reżim Salazara nie tolerował takiego rodzaju sztuki, a swoje opowiadania opublikował dopiero po powrocie z Brazylii i upadku dyktatury. 

Ten zbiór to krótkie i bardzo krótkie teksty, niektóre przypominają wręcz wiersze. Czyta się je lekko, co nie oznacza, że ich treść jest równie beztroska. W wielu nawiązania do represji reżimu są ewidentne i łatwe do odczytania, ale jest tu mnóstwo tekstów, które zaskakują, bawią, śmieszą, ale ich przesłanie pozostaje dla mnie enigmatyczne. Wydają się być zabawą z formą, językiem, czytelniczką - co dla surrealizmu oczywiście jest typowe, ale czasem pozostawiło mnie z poczuciem, że nie sięgam prawdziwego dna opowiadań, mimo że realia portugalskie nie są mi obce, a przynajmniej bardziej dostępne niż dla przeciętnej Polki. 

Jeśli odrzucić konotacje polityczne, można te teksty odczytywać na wiele sposobów. Ja przede wszystkim widzę je jako wyżej wspomnianą zabawę z formą, eksplorowanie możliwości narracyjnych i językowych. Oczywiście doszukiwałam się nawiązań politycznych, ale myślę, że można te teksty czytać w oderwaniu od miejsca i czasu. Leiria zaskakuje, wzbudza zdumienie i konsternację, ale i podziw dla inwencji i pomysłów. Wielokrotnie Portugalczyk mnie zadziwił wysublimowanymi aluzjami czy krytyką społeczną, sposobem przedstawienia problemów międzyludzkich. Te teksty wciąż są aktualne! Warto sięgnąć po tę książkę - by poznać kawałek literatury portugalskiej, żeby zachwycić się formą i treścią, przeczytać tak zwane coś innego.

A na marginesie moje marzenie - wziąć udział w takim projekcie!

Moja ocena: 5/6

Mario-Henrique Leiria, Opowiadania przy ginie z tonikiem, tł. Magdalena Czarnata, Adam Filonik, Zuzanna Franaszek, Alicja Jancelewicz, Kiok Kim, Julian Konopelski, Katarzyna Maź, Żaneta Orlik, Piotr Wąsowicz-Kiryło, Izabela Wdowicz, Wojciech Charchalis, 180 str., Wydawnictwo Lokator 2023.

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

"Lalka z Lizbony" Iwona Słabuszewska-Krauze

 


Po tę książkę sięgnęłam tylko i wyłącznie ze względu na portugalski kontekst. Lalka z Lizbony faktycznie bardzo mocno osadzona jest w portugalskich realiach, zwłaszcza tych historycznych. To opowieść o Inês, z tego, co wywnioskowałam Polce, która spędza urlop w Lizbonie wraz z portugalskim? partnerem Wiktorem i przyjaciółką Zo. Niestety nigdy nie zostało to wyjaśnione, a Wiktor uparcie pisany jest w polskiej wersji tego imienia, natomiast Inês w portugalskiej, czego do końca książki nie zrozumiałam. Ten urlop kończy się niefortunnie, bo partner i przyjaciółka znikają, a Inês zostaje sama. Podczas wizyty na targu staroci, kupując starą lalkę, poznaje Humberto - Portugalczyka, z którym połączy ją nić porozumienia. Oboje zajmą się śledzeniem jego przeszłości, wbrew pozorom historia związku kobiety szybko przestanie mieć znaczenie. Inês dość szybko zapomina o swojej tragedii, bo wciąga ją przeszłość Humberto, która bardzo ściśle wiąże się z historią Portugalii. Jego ojciec prześladowany był przez reżim Salazara, a rodzina nigdy nie dowiedziała się, kto poinformował tajną policję PIDE o jego opozycyjnej działalności. Inês pobudza Humberto do działania i oboje udają się w podróż w przeszłość. Rozmawiają z mieszkańcami w dzielnicy, odwiedzają cmentarz, przeglądają stare listy, ale także udają się do Algarve, sprawdzić, czy Wiktor dotarł tam z Zo. 

Dzięki Lalce z Lizbony czytelniczka czy czytelnik może poznać bliżej Portugalię, jeśli jednak czytelniczka realia portugalskie już zna, nie dowie się niczego nowego, co więcej będzie wyłapywać nieścisłości. 
W pierwszej linii ta książka to jednak tzw. comfort read - przyjemna historia z miłością i zagadką z przeszłości w tle. Portugalski anturaż dodaje jej tylko smaku i nieco egzotyki. Dla mnie tych dwóch elementów zabrakło, a przyjemne historie mnie nie wzruszają, więc była to tylko poprawna lektura. Niestety straszliwie zepsuta przez lektorkę audiobooka. Książka jest siłą rzeczy naszpikowana portugalskimi nazwami i imionami, a to co lektorka z nimi zrobiła, zakrawa na farsę. Nie oczekuję bynajmniej perfekcyjnej wymowy, ale wymagam choć minimum przygotowania. Tutaj zabrakło tego całkowicie, a lektorka czytała, jak jej przypłynęło, parafrazując słynne słowa Tamary Gonzalez Perey. Wynotowałam sobie nawet co okropniejsze przykłady. Już nie mówię, że niemal ani jedno portugalskie imię nie zostało przeczytane poprawnie, a nie chodzi tu o językowe łamańce, a imiona proste w wymowie dla Polki takie jak Carlos (czyt. karlusz) czy Matias (czyt. matijasz). To co Joanna Domańska zrobiła jednak z nazwą najsłynniejszej portugalskiej rzeki, czyli Tagu, zakrawa na farsę. Otóż jest on zawsze nazywany "tegiem", podobnie jest w przypadku truskawek, czyli morangos (czyt morangusz), w wersji Domańskiej to "morengos". Humebrto pochodzi z algarwijskiej (jak zrozumiałam) miejscowości Azinhal (czyt. azinjal), według lektorki to "anizhal", serio! Lizbońska słynna dzielnica Baixa to bai-x-a,  autentycznie z dobitnym "x". Natomiast imię Vicente jest czytane, chyba z włoska, jako visencze. Alentejo, prowincja położona na północ od Algarve, w swojej przymiotnikowej wersji aletejański czytana jest przez "j". Ulica 24 lipca to ulica dzwadzieścia cztery de julho. Ale te niedociągnięcia nie dotyczą tylko języka portugalskiego. Airbnb zostało bowiem odczytane jako a-i-r bnb. Serio. Podczas słuchania miałam drgawki na przemian z palpitacjami serca i z czasem zamiast się koncentrować na treści, skupiałam się na kolejnych potknięciach. Wierzcie mi, że było ich dziesiątki. W obliczu tej masakry na języku, blakły potknięcia autorki, a znalazłam ich kilka. Najbardziej rzuca się w oczy "bufos", czyli szpicle, nagminnie używane w liczbie pojedynczej, ale i drażni zamek w Lagos, w który zmieniły się mury otaczające stare miasto oraz jego rzekoma lokalizacja kilkaset metrów od linii brzegowej oceanu (w rzeczywistości mury od wody oddziela maksymalnie sto metrów) czy podobno niewielka plaża w Salemie (w rzeczywistości to długa i spora plaża). 

W obliczu tych niedociągnięć nie jestem w stanie nikomu polecić tego audiobooka - zepsuje on cały portugalski koloryt i wydźwięk książki. A sama książka - cóż, poprawna lektura na wakacyjne dni, jednak bez zachwytu.

Moja ocena: 3/6

Iwona Słabuszewska-Krauze, Lalka z Lizbony, czyt. Joanna Domańska, 370 str., Wydawnictwo Lira 2021.

piątek, 8 lipca 2022

"Raquels Töchter" Helena Marques


 

Portugalska saga, której akcja osadzona jest u końca XIX wieku na Maderze zaciekawiła mnie od razu. Trochę niepokoiła mnie jednak dość szczupła objętość książki jak na sagę i słusznie. Ale po kolei. 

Tytułowa Raquel to ikona rodu, którego historię snuje Marques. Matka i żona cierpliwie czekająca na męża lekarza, który regularnie wybywa z domu, przyjmując posady na statkach, które na przykład sondują wybrzeże południowoafrykańskie, by zapobiec handlowi niewolnikami. Mimo to parę łączy namiętne uczucie. Gdy więc mąż wraca z kolejnej wyprawy Raquel zachodzi w trzecią ciążę, co nie jest mądrym wyborem, ponieważ poprzednie porody były bardzo trudne. Takie wprowadzenie sugeruje już nieuniknione, ujmując narracji jakiegokolwiek napięcia. Ten stosunek był dla Raquel także przełomowy w inny sposób - po raz pierwszy doznała orgazmu, co niezwykle cieszy małżonków i wprawiło w konsternację czytelniczkę, czyli mnie. Marques zresztą rości sobie pretensje do pisania głównie o kobietach i stworzenia powieści z feministycznym zacięciem. Przedstawia więc na jej kartach losy kilku kobiet z rodziny - tych traktowanych jak przedmioty, wyswatanych bardzo młodo, nieszczęśliwych w małżeństwie, oszukanych i opuszczonych w aurze skandalu. Są kobiety, które rodzą po kilkanaście dzieci, wyczerpane i zmaltretowane i jest jedna dziewczyna, przyjaciółka córki Raquel, która studiuje medycynę i staje się pierwszą lekarką na wyspie. Wszystkie te wątki są zaledwie zarysowane i opisane bardzo schematycznie oraz naiwnie. Nie bardzo wiedziałam, czemu one mają służyć, poza odciąganiem uwagi od losów rodziny głównej bohaterki. 

Raquel zresztą, jak się można domyślić, przy porodzie umiera i potem żyje jako niemalże bóstwo w pamięci innych. Wspominana jest jako kobieta anioł, silna, wyjątkowa, bohaterska, mądra - tymczasem ja ją poznałam jako uległą Penelopę, która siedzi w domu, czeka na męża, zajmuje się dziećmi i marzy o podróżach, zwłaszcza na Maltę, skąd pochodził jej protoplasta. Ta postać zupełnie wymknęła się autorce spod kontroli, a jej kreacja wyszła groteskowo. Podobnie ma się też sytuacja z mężem lekarzem, który popada w niekończącą się żałobę. W pewien sposób wyrywie go z niej sprytna kobieta, z którą się zwiąże w późnym wieku. Nie bardzo zrozumiałam istotę tego związku - kobieta przedstawia go jako pełen korzyści dla niej, ale poza prestiżem bycia partnerką (bo nie było ślubu) lekarza żadnych innych nie odnalazłam.

Tytułowe córki natomiast (portugalski tytuł ich jednak nie podkreśla) zupełnie zanikają w mnogości wątków. Starsza staje się kopią matki, ale tylko wizualną, bo jej życie dąży do jak najszybszego małżeństwa i posiadania dzieci, nie widać w nim żadnych feministycznych przesłanek przypisywanych matce. Młodsza znów nie odgrywa praktycznie żadnej roli i przewija się tylko jak łączniczka ojca z kandydatkami na drugą partnerkę. 

Dziwna to powieść, niedopracowana, powierzchowna, ale uwiodła mnie klimatem Madery - z chęcią poznałam nieco historii wyspy, warunków życia, krajobrazów, z przyjemnością odszukałam znane mi miejsca i okolice. 

Moja ocena: 3/6


Helena Marques, Raquels Töchter, tł. Karin von Schweder-Schreiner, 218 str., btb 1999.

poniedziałek, 25 października 2021

"Kain" José Saramago

 


To moje drugie spotkanie z prozą Saramago, spotkanie udane, bo Kain to powieść zaskakująca, prowokacyjna i pełna humoru. Portugalski noblista opisuje historię stworzenia świata, wygnania z raju i następnie skupia się na Kainie, które za zabójstwo brata zostaje przez Boga skazany na wieczne błąkanie.

W ten sposób Kain odwiedza różne biblijne miejsca i asystuje przy wielu znanych z Biblii wydarzeniach, takich jak budowa wieży Babel, wygnanie z Sodomy i Gomory, oddanie Izaaka jako ofiarę itd. Saramago przytacza biblijne opowieści, czyni to jednak z innej perspektywy. Obserwatorem, ale i uczestnikiem wydarzeń jest Kain. To uczestnik aktywny, który stara się wpłynąć na decyzje i wkracza do akcji, np. gdy Abraham chce złożyć w ofierze Izaaka. Kain jednak przede wszystkim komentuje decyzje i zachowania Boga, oceniając je. Jako osoba pokrzywdzona przez boskie decyzje - preferowanie Abla bez wyraźnej przyczyny, uzurpuje sobie do tego prawo. Kain bardzo celnie i bez skrupułów punktuje okrucieństwo Boga, jego zerojedynkowość, brak współczucia, nieprzemyślane decyzje. 

Saramago skupia się na ukazaniu niekonsekwencji wielu biblijnych wydarzeń. Jego powieść skrzy się od humoru, pełna jest odwołań do współczesności (a nawet do Portugalii, np. w historii o wieży Babel), a zarazem jest bardzo krytyczna wobec Starego Testamentu. Co jednak istotne, Portugalczyk nie uprawia krytyki wprost, nie gardłuje się, nie wywyższa, jego krytyka jest dyskretna, inteligentna, ironiczna, a przez to niezwykle celna. Kain jest tu przeciwnikiem Boga, ale to przeciwnik konsekwentny, racjonalny, który bada boskie decyzje z rozmysłem, mądrze wyszukując wszelkie niekonsekwencje. Tworząc takiego bohatera, Saramago nie musi uprawiać krytyki bezpośredniej, nie musi wchodzić w polemikę, samo działanie Kaina obnaża wszystkie powyższe boskie wady.

Ta książka zaskakuje, zmusza do zastanowienia, wyraża w sposób skondensowany to, nad czym pewnie wiele osób się zastanawiało (czyli okrucieństwo boskich decyzji, bujna seksualność wielu biblijnych postaci, łatwość w zabijaniu itd). Powieść Saramago można odczytywać jako igraszkę, literacką zabawę z biblijnym kanonem, ale zdecydowanie należy ją widzieć jako rozrachunek i krytykę Biblii spisaną w stylu najwyższej klasy.

Moja ocena: 5/6

José Saramago, Kain, tł. Karin von Schweder-Schreiner, czyt. Helmut Krauss, Hoffmann und Kampe Verlag 2011.

niedziela, 15 sierpnia 2021

"Średni współczynnik szczęścia" David Machado

 


Słyszałyście/-liście o indeksie szczęścia? Na tej właśnie tabelce David Machado zasadził pomysł na swoją powieść. Trzech kolegów boryka się z kryzysem gospodarczym w Portugalii. Almodôvar stracił pracę i siedzi w więzieniu po tym jak zdecydował się na napad na stację benzynową. Daniel również stracił pracę w biurze podróży i z całych sił próbuje się gdzieś zaczepić. Xavier natomiast od lat nie wychodzi z mieszkania, boryka się z agorafobią i depresją. Daniel jako narrator opowiada historię przyjaciół, często prowadząc wewnętrzny dialog z Alomodôvarem, który od momentu pójścia do więzienia nie utrzymuje z nikim kontaktu. To właśnie Xavier trafia na tabelę krajów ułożonych według poczucia szczęścia ich obywateli, a pokazując ją Danielowi daje mu impuls do przemyśleń. U Daniela nic się nie układa - pieniądze kończą się w zastraszającym tempie, żona i dzieci przeprowadzają się do teściów na północ Portugalii, a on ciągle wysyła aplikacje i przegląda ogłoszenia. 

Gdy zamieszkuje w aucie, wydaje się, że gorzej być nie może. Tymczasem przypadkowo na ulicy spotyka syna Almodôvara, który wpadł w złe towarzystwo. Daniel postanawia pomóc chłopcu i pracującej ponad siły matce. Początkowo obserwowanie codziennych zmagań Daniela jest dość nużące, ale z czasem byłam ciekawa, czy uda mu się ogarnąć swoje życie i podwyższyć własny współczynnik szczęścia. Jego rozważania na temat tego, od czego owo poczucie zależy są ciekawe. Mimo złej sytuacji ekonomicznej, Daniel wciąż szacuje swoje szczęście dość wysoko w przeciwieństwie do dziewięcioletniego syna, który pragnie odnaleźć spełnienie w przejściu na buddyzm.

Ta pozornie prosta powieść staje się z czasem niezwykle ciekawa. Opisy codzienności kryją bowiem wiele ciekawych wątków. Machado ukrywa tutaj głębsze rozważania na temat kondycji świata - kompulsywnie wyszukająca negatywne słowa w prasie córka Daniela jest tutaj postacią kluczową. Dziewczyna trafnie zauważa, że współczesne media pełne są negatywnych doniesień, które stoją w głębokim kontraście z poczuciem szczęścia przez zwykłego obywatela. Na pierwszym miejscu rankingu znalazła się przecież Kostaryka, która nie jest pierwszym krajem, który przychodzi na myśl, gdy myślimy o dobrobycie i szczęśliwym życiu. To również powieść o altruizmie i pomocy drugiej osobie. To właśnie Almodôvar wpada na pomysł utworzenia strony internetowej, na której ludzie proszący o pomoc i chętni do pomocy mogą się odnaleźć. Altruizm każe Danielowi zrezygnować z możliwości pracy, by pomóc dawnemu nauczycielowi matematyki czy kobiecie, która umieściła prośbę o pomoc na stronie Almodôvara, a przede wszystkim Vasco, synowi przyjaciela i jego matce. Daniel nie potrafi odmówić, traci w ten sposób potencjalne szanse na znalezienie pracy, ale równocześnie zyskuje wdzięczność i przyjaźń innych. 

Wraz z tokiem lektury coraz bardziej doceniałam tę książkę, która równocześnie wiele mówi o portugalskiej mentalności i skłania do przemyśleń na temat tego, co daje nam szczęście.

Moja ocena: 4,5/6

David Machado, Średni współczynnik szczęścia, tł. Wojciech Charchalis, 328 str., Wydawnictwo Ezop 2020.

czwartek, 12 sierpnia 2021

"Lizbona. Miasto, które przytula" Weronika Wawrzkowicz-Nasternak, Marta Stacewicz-Paixão


Nietrudno się domyślić, dlaczego kupiłam tę książkę. W ostatnim czasie byłam w Lizbonie kilkanaście razy, a wolny czas spędzałam przemierzając nieznane mi dzielnice. Nie te turystyczne, lecz takie zwykłe, zamieszkane przez Lizbończyków. Chodziłam ulicą za ulicą i oglądałam domy, parki, architekturę, azulejos (pokrywające fasady płytki), calçadę (układana we wzory kostka brukowa)... Ta książka miała uzupełnić moją wiedzę, chciałam się dowiedzieć, jak to miasto odbierają inni, wysłuchać opowieści tych, którzy znają je lepiej. 

Zastanawiacie się więc pewnie, czy książka spełniła moje oczekiwania? Tak i nie. Ilość podkreśleń i zaznaczeń świadczy sama za siebie - nie są to jednak sprawy zupełnie dla mnie nowe. Zatrzymałam się przy pojedynczych słówkach czy zwrotach, których nie znałam, przy ciekawostkach, wspomnieniach nieznanych mi budynków, odwołaniach do innych książek. Jako że Weronika Wawrzkowicz-Nasternak porusza się głównie po szlakach turystycznych (najczęściej jest to Alfama), mogłam zakreślić odwołania do jej miejsc, bo faktycznie tam rzadziej bywam. Rozwodzę się jednak nad szczegółami, a pewnie oczekujecie informacji o całokształcie. Nie jest to więc przewodnik, to raczej opowieść, gawęda o stolicy Portugalii. Większość rozdziałów to wywiady Wawrzkowicz-Nasternak z Martą Paixão lub innymi osobami. Marta jest przewodniczką po portugalskim świecie, języku, ciekawostkach, smaczkach z portugalskiej codzienności. Mieszkała wiele lat w Lizbonie, miała okazję zatopić się w portugalską kulturę dzięki mężowi i jego rodzinie  i to właśnie ona pozwala współautorce wyjść poza typowe ścieżki turystki. Autorki rozmawiają więc najpierw o języku, stosując bardzo nowatorską transkrypcję portugalskich słów. Po prostu opisują wymowę za pomocą fonetyki języka polskiego, co dla laika może być pomocne, niestety zabrakło tu konsekwencji, a dla mnie jako filolożki było denerwujące. 
Kolejne rozdziały to opowieści o życiu codziennym, sąsiedzkim na lizbońskich ulicach, o kulinariach (tutaj to wywiad z kucharzem Davidem Gaboriaudem oraz znanym propagatorem kultury portugalskiej Januszem Andraszem), o muzyce, są wycieczki historyczne, polityczne, a także wspomniane są ważne osobistości portugalskie (od José Saramago po markiza Pombala). 

Wszystkie rozdziały informacyjne to wywiady, które przelatane są krótkimi rozdzialikami - impresjami Wawrzkowicz-Nasternak. Ich treścią może być opowieść o bibelocie, na który trafiła w jakimś zakurzonym sklepiku albo impresja z podróży, scena, którą zaobserwowała na lizbońskiej ulicy. Czy te fragmenty są w tej książce potrzebne, niech każdy sam rozsądzi. W moim odczuciu nie musiałoby ich być, mają swój urok, podtrzymują konwencję gawędy, ale w takiej formie bardzo trudno ustrzec się górnolotności. 

Czy jest to więc książka dla kogoś, kto planuje pierwszą podróż do Lizbony? Moim zdaniem - nie. To zdecydowanie rzecz dla kogoś, kto Lizbonę już pokochał i chce zagłębić swoją wiedzę albo wrócić do miasta myślami i wspomnieniami. Dla kogoś, kto do miasta jedzie po raz pierwszy książka zbyt skupia się na szczegółach, jest zbyt chaotyczna, zbyt, powiedzmy, insiderska

Ogromną zaletą tej publikacji jest piękne wydanie - np. takie smaczki jak wklejki ze wzorem z azulejos i powtórzenie tego motywu przy numerach stron. Mnóstwo tu świetnych, klimatycznych fotografii, które często lepiej przenoszą do Lizbony niż sama treść. 

Dla mnie to była urocza lektura, częściowo pouczająca, ale raczej nie nostalgiczna, przecież w każdej chwili mogę w trzy godziny znaleźć się nad Tagiem. 

Moja ocena: 4,5/6

Weronika Wawrzkowicz-Nasternak, Marta Stacewicz-Paixão, Lizbona. Miasto, które przytula, 388 str., Wielka Litera 2019.

środa, 25 listopada 2020

"Lizbona. Muzyka moich ulic" Marcin Kydryński

 


Po książki luzofońskie sięgam niezależnie od tematyki, z czystej żądzy dowiadywania się więcej czy poznawania nowych perspektyw. I nawet jeśli nie jestem fanką fado, a nazwisko Marcina Kydryńskiego mów mi niewiele, to Lizbonę kupiłam i zabunkrowałam na czytniku. Z okazji licznych podróży do tego miasta, sięgnęłam wreszcie po tę książkę i przeczytałam błyskawicznie. Oczywiście, jak się można domyślić, błędem jest czytanie tej pozycji na czytniku, bo to właściwie album, w którym zdjęcia odgrywają istotną rolę. Tu tekst nie ma racji bycia bez zdjęć. I bez muzyki. Czytając, trzeba jej słuchać, by podążać za odkryciami Kydryńskiego.

Z założenia ta książka (autor wielokrotnie nazywa ją książeczką, co mnie niemożebnie irytowało) jest bardzo osobista - to wyznanie miłości do Lizbony, pełne muzyki, wina i obrazów. Kydryński opisuje więc swoją drogę do Portugalii, pierwsze spotkania z muzyką, spacery po wąskich uliczkach Alfamy, rozmowy, koncerty, potrawy, widoki. To opowieść pełna dygresji, osobistych uwag, ciekawostek o organizacji koncertów i realizacji nagrań. Kydryński zaraził się portugalskim saudade i tęskni za Lizboną sprzed kilku lat, za widokami, których nie ma, za budynkami, które zniknęły, za knajpkami, które zamknęły lub zmieniły się w nowoczesne restauracje. Przyznam, że mam ambiwalentny stosunek do takich tęsknot, zakładając, że każde miejsce ma prawo do rozwoju, a my wprawdzie mamy prawo do tęsknoty, ale już niekoniecznie do odrzucania zmian w imię własnych wspomnień.

To nie jest odkrywcza książka, no może w kwestii muzyki dla mnie tak (bo fado nie słucham), to raczej upominek, gratka, cacko dla wielbicieli Lizbony. U Kydryńskiego nie ma Lizbony bez muzyki i nie ma fado bez Lizbony, dla mnie to trochę przesuwa tę książkę w obszar mniejszego zainteresowania - Lizbona jest dla mnie stolicą kraju, w którym mieszkam, owszem ładną, ale nie mam do niej nabożnego stosunku, a fado, jak wyżej pisałam, niekoniecznie porusza moją duszę. Mimo to przeczytałam tę książkę do końca, bo luzofońska żądza wiedzy jest u mnie nieskończona, a poszerzanie horyzontów jednym z moich mott życiowych. 

Moja ocena: 4/6

Marcin Kydryński, Lizbona. Muzyka moich ulic, 250 str., Wydawnictwo G+J 2013.

poniedziałek, 27 lipca 2020

"O Atlas da V" Lisa Vicente



Lisa Vicente jest lekarką, ginekolożką i seksuolożką. Ta książka powstała, by przybliżyć w prostej formie temat żeńskich narządów płciowych. Nie tylko kobietom, ale wszystkim posiadaczkom i posiadaczom wyżej wymienionych oraz osobom zainteresowanym tą tematyką. Vicente zadbała o przejrzystą strukturę, krótkie rozdziały, które nie przytłaczają medycznymi terminami, lecz w jasny i klarowny sposób przedstawiają najnowszą wiedzę. Tekstom towarzyszą liczne ilustracje, które pomagają zrozumieć tekst. 

Autorka rozpoczyna od vulvy (celowo używam terminów z książki, bo chodzi tu także o mylenie tych dwóch słów), opisując szczegółowo jej budowę i rozróżnienie od vaginy, następnie w kolejnych rozdziałach przechodzi do organów wewnętrznych i do seksualności. Tutaj bierze pod uwagę takie kwestie jak płeć biologiczna, orientacja seksualna, orgazm, podniecenie, zapobieganie ciąży. 
Kolejny rozdział to zmiany zewnętrznych organów seksualnych od narodzin po menopauzę. Ostatnia część książki porusza inne problemy, np. okaleczanie narządów, pochwica a także sam wygląd narządów płciowych. Autorka wielokrotnie podkreśla i omawia tę ostatnią kwestię, twierdząc, że nie ma ideału, ceniąc różnorodność i potępiając propagowany w firmach porno idealny wygląd sromu.

Ten atlas to bardzo ciekawe kompendium, dla osób w każdym wieku, które borykają się z różnymi pytaniami i problemami. W wielu rozdziałach Vicente zawarła pytania pacjentek, dając na nie krótkie odpowiedzi, a na końcu książki zamieściła wiele linków do stron internetowych i innych publikacji.

Bardzo podoba mi się tolerancyjne podejście autorki, kwestia wzięcia pod uwagę wszystkich osób posiadających żeńskie narządy płciowe (nie nazywa ich tylko kobietami), obiektywne podejście do seksualności, antykoncepcji oraz ważna kwestia wyglądu narządów płciowych.

Moja ocena: 5/6

Lisa Vicente, O Atlas da V, 157 str., Arena 2019.

piątek, 3 stycznia 2020

"Ona śpiewała fado" Fernando Sobral


Gdy dostałam tę książkę, bardzo się ucieszyłam, bo portugalskie klimaty bardzo mnie kręcą, wiadomo. Niestety powieść Fernada Sobrala okazała się dla mnie niestrawna. To niby kryminał, w którym detektyw Manuel da Rosa próbuje rozwiązać zagadkę zabójstwa fadystki Marii de Lurdes. Młodej, pięknej kobiety, która występowała w jednym z lizbońskich barów. Ciało kobiety zostaje znalezione w wielkim apartamentowcu, w którym zajęte jest tylko jedne mieszkanie. Detektyw podejrzewa powiązania ze światem polityki i biznesu. Śledztwo rozpoczyna więc od ustalenia inwestora opuszczonego budynku oraz przyczyn budowy bloku, w którym nigdy nie wynajęto mieszkań. Jego poszukiwania doprowadzą go do kandydata na nowego burmistrza Lizbony, tajemniczej Mary Nubii prezeski firmy inwestycyjnej. 

O samym Manuelu da Rosie nie dowiadujemy się wiele - w przeszłości był najemnikiem w Afryce, teraz mieszka z Aną Moreno, ale co go z nią łączy nie wiadomo. Cała książka opiera się na dialogach, naszpikowanych złotymi myślami. Niestety są to złote myśli w stylu Paula Coelho. Te objawione prawdy wyskakują z każdego zdania, zakłócając narrację. Atmosfera tajemniczości, ulice Lizbony, portugalskie tło rozpływają się wśród banalności tych myśli. 

Ciekawy zamysł, niestety autor nie wystrzegł się pretensjonalności.

Moja ocena: 2/6

Fernando Sobral, Ona śpiewała fado, tł. Jakub Jankowski, 237 str., Świat Książki 2018.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

"Przypadki Lenza Buchmanna" Gonçalo M. Tavares



Powieść Tavaresa zaskakuje, uwiera, niepokoi i dziwi. Umiejscowiona w jakimś umownym czasie i nieokreślonym miejscu skazuje czytelnika na domysły. Najbardziej prawdopodobne wydają się Niemcy (ze względu na nazwiska i imiona głównie, ale także ewentualne skojarzenia z nazizmem), ale tę powieść można odczytywać bardzo uniwersalnie. To czwarty tom cyklu O Reino, noszący w oryginale tytuł "Nauka modlitwy w erze techniki", który moim zdaniem nadaje powieści zupełnie inny wydźwięk.

Główny bohater Lenz Buchmann - wychowany przez surowego ojca - jest wybitnym chirurgiem. Jego ręka to ręka geniusza medycyny, jego operacje są precyzyjne, a talent powszechnie znany. Ten genialny lekarz nie posiada jednak za grosz empatii. To człowiek pozbawiony uczuć, skupiony na sobie, wynaturzony. Jego celem jest zachowanie dziedzictwa ojca w postaci nieskalanego nazwiska - z tego powodu odczuwa ulgę, gdy umiera starszy brat i gdy może z powrotem połączyć bibliotekę ojca. Buchmann czerpie satysfakcję z poniżania innych ludzi - zaprasza do domu żebraków, którym każe z pokorą czekać na pozwolenie na jedzenie oraz obserwować go podczas uprawiania seksu z żoną. 
Gdy Buchmann nabiera poczucia, że w medycynie osiągnął wszystko, postanawia postawić na karierę w polityce. Jego niezachwiana idealna ręka nie będzie teraz operować lecz wskazywać ludziom drogę.

Tavares zaskoczył mnie także konstrukcją powieści - poszatkowaną na wiele krótkich rozdziałów, które znowu podzielone są na kolejne podrozdziały. Podczas pierwszego czytania skupiona byłam na śledzeniu akcji, czy może bardziej rozwoju Buchmanna. Ta powieść jednak zawiera w sobie wiele więcej. Każdy akapit gęsty jest od dwuznaczności, ukrytych myśli, nawiązań. Ze wstydem przyznaję, że nie miałam dość samozaparcia, by czytać tę książkę z namysłem i spokojem. A może faktycznie wymaga drugiego czytania? Przede wszystkim ciekawa byłam losów Lenza, a rozważania mi umykały, a właściwie umykały moje myśli.
To pierwsza książka portugalskiego pisarza, która wywarła na mnie tak bardzo nieportugalskie wrażenie. Niemiecko brzmiące nazwiska mnie zwodziły, bo, jak pisałam wyżej, przemyślenia Tavaresa są bardzo uniwersalne. Mnie jednak wystarczająco uderzyła kreacja człowieka głęboko dysfunkcyjnego, skrzywdzonego w dzieciństwie, niezdolnego do empatii, chorego.

Moja ocena: 4/6

Gonçalo M. Tavares. Przpadki Lenza Buchmanna, tł. Wojciech Charchalis, 304 str., Wydawnictwo Literackie 2015.

wtorek, 7 sierpnia 2018

"Histórias de bolso" Gonçalo Duarte


W ramach poznawania kolejnych pisarzy i krajów luzofońskich oraz szlifowania języka sięgnęłam po tę pozycję. Ta książka zawiera dwadzieścia jeden opowiadań, opracowanych dla czytelników, którzy języka się uczą. Na marginesach są tłumaczenia trudniejszych słów lub zwrotów oraz słów typowych dla innych wersji języka portugalskiego. Opowiadaniom towarzyszą także ćwiczenia, kontrolujące rozumienie treści, krótki szkic trudniejszych zagadnień językowych czy gramatycznych oraz dopasowane zadania. Autor podrzuca też kilka impulsów do dyskusji na temat poruszanych w opowiadaniach problemów.

I o ile te ćwiczenia są świetne, to mnie jednak bardziej interesowały same teksty i możliwość poznania dzięki nim wszystkich krajów portugalskojęzycznych. Tematyka opowiadań jest różnorodna, często jednak bardzo mocno związana kulturowo z danym krajem, tak jest w przypadku opowiadania pochodzącej z Wyspy św. Tomasza i Książęcej Olindy Beja, która opisuje świętowanie Dnia Portugalii 10 czerwca oraz sposób w jaki tłumacz przełożył na lokalny język przemowę kapitana. Bardzo podobało mi się opowiadanie Jorge Listopada, pisarza czeskiego pochodzenia, w którym narrator relacjonuje spotkanie z kolegą ze studiów, słynnym poetą. Zachwycający jest także tekst Berenice, w którym Ivana Arruda Leite pisze o długo planowanym weselu tytułowej Berenice, która w drodze do kościoła ląduje w brazylijskiej faweli. 

Z przyjemnością spotkałam znanych mi już pisarzy, takich jak pochodzący z Angoli José Eduarda Agualusa oraz Pepetela czy Timorczyk Luís Cardoso. 

Duarte prezentuje szeroki przekrój opowiadań i choć są to przeważnie bardzo krótkie teksty, to wystarczą, by odnaleźć wśród pisarzy swoich faworytów. Dla mnie to przede wszystkim impuls do sięgnięcia po dłuższe formy literackie pisarzy, którzy najbardziej trafili w mój gust, ale także możliwość poznania krajów, których literatura jest dla mnie trudniej dostępna, jak np. z Gwinei-Bissau. 

Nie będę ukrywać, że niektóre z tekstów były bardzo wymagające językowo, a ich głębszy sens zrozumiałam dopiero dzięki ćwiczeniom, które zmusiły mnie do powrotu do niektórych fragmentów i głębszego zastanowienia się nad sensem wypowiedzi. 

Polecam tę książkę wszystkim osobom, które uczą się portugalskiego i znudzeni są podręcznikami. To świetny sposób na pierwszy kontakt z literaturą w oryginale.

Moja ocena: 5/6

Gonçalo Duarte, Histórias de bolso, 176 str., Lidel 2016.

środa, 20 czerwca 2018

"Opowiadania portugalskie XIX i XX w."


Wyszukane na allegro opowiadania portugalskie musiałam mieć - czyż istnieje lepszy sposób na przynajmniej pobieżne poznanie literatury danego kraju? No właśnie pobieżne. I sposób lepszy zapewne istnieje, ale jest bardziej czasochłonny. Dzięki tej książce mogłam jednak poznać prozę aż trzydziestu sześciu pisarek i pisarzy. Te skrupulatnie dobrane teksty mają ukazać czytelnikowi różnorodność poruszanej tematyki, zapoznać z prądami literackimi w Portugalii oraz przybliżyć portugalską duszę. 

Myślę, że warto sięgnąć po te teksty, gdy zna się już trochę luzofońską literaturę i portugalską historię - wtedy ich odbiór będzie z pewnością pełniejszy i bardziej wartościowy. 
Sama treść tekstów jest przeróżna - przede wszystkim obejmują one poza Portugalią także Wyspy Zielonego Przylądka, Angolę i Makao, ukazując przynajmniej część portugalskojęzycznego środowiska. Akcja wielu z opowiadań rozgrywa się na prowincji i na wsi, a stale przewijającym się  tematem jest miłość i kłótnia. Traktują o nich przede wszystkim starsze teksty, przy okazji ciekawie obrazując warunki życia w ówczesnej Portugalii oraz wiejskie zwyczaje, np. pogrzebowe. Innym dominującym wątkiem jest bieda, który przewija się przez niemal wszystkie teksty. Wrażliwość autorów na nędzę oraz problemy życia codziennego rzuca się w oczy. Podobnie ważna jest cnota i honor kobiet, ożenek, nieszczęśliwa miłość, a także zachowywanie pozorów, troska o opinię publiczną. Są tez opowiadania o zabarwieniu politycznym, jedno z nich ukazuje działania członka ruchu oporu, a inne wojnę z Francją.

Zaskoczona byłam, że dużo bardziej przypadły mi do gustu opowiadania początkowe, czyli najstarsze, bo nie jestem szczególną miłośniczką XIX-wiecznej prozy, poza naturalizmem może. Jak to w zbiorach opowiadań bywa, niektóre teksty zupełnie nie trafiły w mój gust, ale było ich faktycznie niewiele. Przeważały opowiadania interesujące, pouczające powiedziałabym wręcz. Ciesze się, że zdecydowałam się na lekturę tych tekstów. Obcowanie z tymi stosunkowo dawno tłumaczonymi opowiadaniami było w większości przypadków ucztą literacką - zachwycałam się starannością tłumaczenia, doborem słów i środków stylistycznych.

Moja ocena: 4/6

Opowiadania portugalskie XIX i XX w., tł. Krystyna i Wojciech Chabasińscy, Janina Z. Klave, 426 str., Wydawnictwo Literackie Kraków 1977.

środa, 31 maja 2017

"Moja Portugalia" Franciszek Ziejka


Tę książkę kupiłam zupełnie w ślepo, skusił mnie tylko i wyłącznie tytuł. Autor przybył do Portugalii w 1979 roku, by założyć na uniwersytecie w Lizbonie pierwszy lektorat języka polskiego.

Pierwsza część książki to zapiski Ziejki z pierwszych trzech miesięcy pobytu w Lizbonie. To niezwykle autentyczny pamiętnik - autor stopniowo oswaja się z portugalską rzeczywistością, ale także z układami panującymi w ambasadzie. Pozostawiony poniekąd sam sobie początkowo żyje bardzo skromnie, bez uposażenia, w wynajmowanym pokoju u portugalskiej rodziny. Jego pierwsze działania skierowane są na poznanie miasta, jego zabytków i muzeów, naukę języka, która idzie mu początkowo bardzo opornie oraz na zagłębianie się w portugalską historię i literaturę. Sporo w tych zapiskach potknięć językowych i błędów w odmianie nazw portugalskich - zakładam jednak, że autor celowo nie zmieniał nic w swoich notatkach, tworzonych zapewne na gorąco. To bardzo często bardzo osobiste wyznania - walka z tęsknotą, zniechęceniem i przeciwnościami losu. Ziejka także analizuje swoje otoczenie i zachowanie Portugalczyków. Nie zawsze zgadzałam się z jego opinią, z drugiej jednak strony, z końcem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku percepcja wielu aspektów była zupełnie inna.

Niestety ta pierwsza część książki jest bardzo krótka. Kolejne rozdziały już mnie niestety nie ujęły. Po zadomowieniu się w Lizbonie, autor zaczyna eksplorować inne części Portugalii i zwiedza Evorę, Algarve, Porto i wiele innych miejsc. Ciekawe są dość szczegółowe opisy zabytków, informacje o ich historii, ciekawostki i legendy, niestety niestrawny jest styl autora. Jego zdania są górnolotne, pełne emfazy i wykrzyknień. Taka maniera staje się po pewnym, w moim przypadku krótkim, czasie męcząca. 

Część trzecia to słynna historia nieszczęśliwej miłości królewicza Pedra i Ines. Bardzo ucieszył mnie ten rozdział, bo od dawna chciałam bliżej poznać tę najsłynniejsze portugalskie losy nieszczęśliwych kochanków. Ziejka z wielką skrupulatnością opisuje ówczesne życie, stosunki polityczne na półwyspie Iberyjskim, powiązania między rodami królewskimi oraz uwarunkowania, które doprowadziły do konkretnych zachowań wszystkich uczestników tego dramatu. Dla mnie było to niezwykle pouczająca lektura, musiałam tylko ponownie przymknąć oko na styl autora. 

Podobnie miała się rzecz z kolejnym rozdziałem, w którym Ziejka tematyzuje historię Władysława Warneńczyka, który rzekomo po bitwie pod Warną miał ukryć się i żyć incognito na Maderze. Miałam pojęcie o tej teorii, byłam nawet w miejscowości, gdzie Warneńczyk miał spędzić ostatnie lata swojego życia, więc chętnie uzupełniłam moją wiedzę. 

Dwa ostatnie rozdziały to krótkie szkice o wizycie najsłynniejszego renesansowego humanisty Portugalii - Damião de Góisa w Krakowie oraz o recepcji Powstania Styczniowego w Lizbonie. Autor analizuje liczne teksty źródłowe, wysuwając swoje hipotezy i przypuszczenia. 

Moja Portugalia to przede wszystkim książka pouczająca ale skierowana raczej do pasjonatów tego kraju niż do turystów czy przypadkowych czytelników. Wiele ustępów wymaga sporego samozaparcia i autentycznego zainteresowania tematem, gdyż autor cechuje się niezwykłym zamiłowaniem do detali, jak na naukowca zresztą przystało.

Moja ocena: 4/6

Franciszek Ziejka, Moja Portugalia, 398 str., Wydawnictwo Universitas 2009.