Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2026

"Mock. Ludzkie zoo" Marek Krajewski


Po latach wróciłam do przedwojennego Wrocławia i serii o Eberhardzie Mocku. Ten kryminał zapowiadał się pysznie, bo nie dość, że cofamy się do młodości policjanta, to jeszcze do 1914 roku, gdy Niemcy były państwem kolonialnym. A to oznacza, że z kolonii czerpały korzyści, wykorzystywały ludność, zasoby i to często w niezwykle okrutny sposób. 

Młody Mock adoruje Marię, z zamiarami bardzo poważnymi. Kobieta jednak ma pewien problem, z mieszkania mieszczącego się blisko starego dworca słyszy dziwne odgłosy, każące jej podejrzewać obecność sił nadprzyrodzonych. Mock oczywiście nie wierzy w tę ewentualność i poniekąd z chęci zaimponowania wybrance rusza na poszukiwania. I trafia w piekło. To bowiem tajny burdel z afrykańskimi kobietami oraz szalone laboratorium, w którym pierwsze skrzypce grają gorylice. A cały ten proceder ściśle wiąże się ze zorganizowanym we wrocławskim ogrodzie zoologicznym tytułowym ludzkim zoo. Pod przykrywką poznawania innych, ehem, kultur, można było sobie pooglądać przez płot sprowadzonych z Afryki ludzi przy codziennych zajęciach. Można było nawet w nich rzucić kamieniem. Podebatować nad wyglądem. Tak samo jak przy klatce z małpami. To bardzo ciekawy, choć nie nieznany wątek. Ucieszyłam się, że Krajewski go podjął i ciekawie rozwinął. 

Niestety po wrocławskich wydarzeniach narracja się rozjeżdża, a Mock ląduje w Kamerunie. Początkowo zrzucałam moje niezadowolenie z konstrukcji tego kryminału mojemu ewentualnemu rozkojarzeniu podczas lektury, bo w tej afrykańskiej części przestały mi się sklejać wątki i zupełnie zgubiłam przesłanie. Pobieżny przegląd recenzji potwierdza jednak, że nie jestem w tych odczuciach osamotniona. A szkoda, bo uważam, że podjęcie tematu kolonializmu było świetnym posunięciem, językowo jest to także świetna robota. Niestety nie mam na tyle samozaparcia, by wracać i próbować zrozumieć wszystkie powiązania.

Moja ocena: 3,5/6

Marek Krajewski, Mock. Ludzkie zło, 400 str., Wydawnictwo Znak 2017. 

poniedziałek, 4 maja 2026

"Ostatnia wizyta" Jacek Ostrowski


 

Tym tomem kończę Serię na F/Aktach i jest to zakończenie niestety mało satysfakcjonujące. Książka Ostrowskiego jest zdecydowanie najsłabsza w tym cyklu. Autor rozpracowuje historię porwania lekarki Stanisławy Krzemińskiej z perspektywy sprawcy. To drobiazgowy opis Zbigniewa Pielacha – Ukraińca, współpracownika KGB, doświadczonego mordercy, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Ostrowski relacjonuje, jak Pielach terroryzuje żonę, boryka się z problemami finansowymi i napadami gniewu, jak umiejętnie ma w garści wszystkie ważne w Koninie osoby, jak za pomocą szantażu i presji potrafi manipulować ludźmi. Gdy po latach odzywa sie do niego major z KGB nie na wyboru i zaczyna planować porwanie lekarki. 

Autor dokonał ogromnej pracy śledczej, widać, że przeczytał wiele akt, ale i dokumentów z epoki. Jego drobiazgowe opisy kolejnych dni zabójcy są bardzo autentyczne, czytelniczka zostaje wręcz zasypana kolorytem lat 70., co samo w sobie jest bardzo dobrym zabiegiem, niemniej z czasem czułam przesyt, bo gdzieś umykała mi istota tej książki. Owszem Ostrowskiemu udało się świetnie naszkicować portret psychologiczny zabójcy i jego żony, niestety uczynił to tak prostym językiem, że czułam się, jakbym czytała wypracowanie.

Mimo tych wad doceniam pracę badawczą autora oraz przedstawienie dotąd mi zupełnie nieznanej sprawy – najbardziej jednak żałuję, że ta seria nie doczekała się kontynuacji.

Moja ocena: 4/6

Jacek Ostrowski, Ostatnia wizyta, 300 str., Wydawnictwo Od deski do deski 2017.

czwartek, 30 kwietnia 2026

"Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" Anna Bikont


Sześć dziewczynek, które cudem, ale i wysiłkiem wielu osób przetrwały Holokaust. Każda z nich pochodziła z innego środowiska, miała inny start, stopień znajomości języka polskiego, możliwości przetrwania. Żadna z uratowanych nie znalazła poczucia szczęścia po wojnie. 

Bikont przedstawia sześć życiorysów, rozmawia z niektórymi z bohaterek, z ich rodzinami i przyjaciółmi, cytuje listy, pokazuje fotografie, próbuje zrozumieć decyzje i powojenne koleje losu. Gdy tylko może dopuszcza te kobiety do głosu. Tak jak różne są te kobiety, tak odmienne mogły być losy wojenne – kryjówki w domach, lasach, stogach, pomoc bliskich lub przerażająca samotność, zawsze niepewność, głód, przemożny lęk, często rezygnacja. Powojenne losy też są różna – w Polsce lub zagranicą, ale wszystkie naznaczone traumą i smutkiem. 

O Holokauście można przeczytać wszystko i wciąż odnajdywać inną perspektywę. Bikont zdecydowanie ma talent do odnajdywania takich nowych punktów, jej osobiste podejście do swoich bohaterek zawęża soczewkę i pokazuje tę zwykłą stronę codziennych zmagań w trakcie i po wojnie. Autorka jest tu widoczna, wspomina swoje próby kontaktu, rozmowy, ale nie jest to obecność zacieniająca meritum. 

Pięć z tych opowieści pochłonęłam jednym tchem, tylko jedną uważam kompozycyjnie za mniej udaną – tę o Małce i Wojdowskim, którą odebrałam jako zbyt chaotyczną. Niemniej to kolejna świetna pozycha spod pióra Bikont, zdecydowanie warta lektury.

Moja ocena: 5/6

Anna Bikont, Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu, 248 str., Wydawnictwo Czarne 2023.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

"Helena Wiktoria" Katarzyna Witerscheim





Gdy umiera Stanisław Kroll, właściciel ogromnej fortuny, okazuje się, że dziedziczką zostaje jego siostrzenica kilkuletnia Helena. Rodzina jest w szoku, bo spodziewano się, że spadek przypadnie dorosłemu bratankowi – Edwardowi. Mała Helena wyjeżdża z matką i traci kontakt z przyjacielem Arturem. Gdy dziewczyna wraca jest już niemal dorosłą idealną partią do zamążpójścia. Piękna i bogata przyciąga wielu kandydatów, ale też budzi w rodzinie złą krew. Fortuna to możliwość wywindowania rodziny do arystokracji! Helena nawiązuje kontakt listowny ze studiującym we Wrocławiu Arturem i zwierza mu się ze swoich problemów. W kolejnych tomach akcja nabiera rumieńców, bo pojawia się konkretny kandydat na męża, zubożały hrabia, który ma zdecydowanie inne preferencje sercowe. Helena próbuje wdrożyć się w sprawy finansowe, co nie zawsze jest łatwe i często doprowadza ją do rozpaczy. Zdecydowanie nie ma tu łatwych rozwiązań, bo wiele osób forsuje swoje interesy finansowe i sercowe. 

Witerscheim wprowadza w tych trzech powieściach graficznych wiele kolorytu lokalnego i historycznego. W rozmowach przewijają się trzy języki: polski, niemiecki i śląski, a ich statu zmienia się wraz z miejscem zamieszkania i środowiskiem. Autorce udaje się pokazać, że Śląsk to tygiel kulturowy, a w jednej rodzinie współżyje wiele tożsamości. Historycznie to okres sankcji wprowadzanych przez Bismarcka oraz problemach na kopalniach, którymi zarządza rodzina Heleny. Artur jako nosiciel polskiego nazwiska nie ma łatwego startu jako przyszły lekarz we Wrocławiu. I wreszcie mamy różnice klasowe – aspirująca z powodu majątku do arystokracji rodzina Krollów to ówcześni nowobogaccy. 

Autorka umiejętnie wprowadziła wątki LGBTQ, co akurat bardzo mi się podobało. Mniej sama postać Heleny – oczekiwałam od niej większej emancypacji i świadomości, widać jednak rozwój tej postaci i spodziewam się, że w kolejnych tomach będzie ciekawie. 

Co do samej kreski, to u mnie zachwytu nie ma. Zdecydowanie bardziej podobają mi się postaci męskie, żeńsie są na mój gust zbyt barokowe. 

Z przyjemnością przeczytałam te trzy tomy, przede wszystkim ze względy na śląskie tło – to zawsze dla mnie największy smaczek. 

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Szlajfki, 190 str., Wydawnictwo Studio JG 2018.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Kusiki, 255 str., Wydawnictwo Studio JG 2020.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Ymocyje, 313 str., Wydawnictwo Studio JG 2024.

niedziela, 5 kwietnia 2026

"Oto ciało moje" Aleksandra Pakieła


Natalia ma za sobą lata walki z bulimią. Teraz, gdy wreszcie jest lepiej, odnajduje dom – ten prawdziwy, składający się z czterech ścian i dachu, ale i ten w swoim ciele. Przytulny i gościnny. Zanim do tego doszło, były lata wymiotów, kompulsywnego jedzenia, nienawiści do samej siebie, zmuszania do jedzenia przy rodzinnych obiadkach, braku zrozumienia i wsparcia. 

Ta niewielka objętościowo powieść jest wielka treścią. To szczery obraz zmagań z chorobą – Pakieła nie szczędzi opisów jedzenia i wymiotowania, tłumaczy przeróżne triki bulimiczek w kwestii kolejności jedzenia, ale i jego tekstury, koloru, łatwości zwracania. Autorka nie stawia jednak psychologicznych diagnoz, nie doszukuje się przyczyn choroby, choć oczywiście zostawia wiele tropów, opisując choćby zachowanie dziadka, szkicując swoje dorastanie, cytując rozmowy z rodzicami czy siostrą. Można doszukiwać się własnych diagnoz, można szukać paralel z własnym życzeń, ale można też w ogóle pominąć ten aspekt. 

Jak pisałam wyżej, to krótka powieść, podzielona na niewielkie rozdziały, między którymi mieszczą się rozmowy czy plan dnia podporządkowany jedzeniu i próbie wyjścia z uzależnienia od wymiotów. Ta konstrukcja wydaje się odzwierciedlać życie Natalii – porwane, przerywane atakami bulimii, naznaczone nawrotami. 

"Oto ciało moje" to bardzo dobre świadectwo, zakładam, że autofikcyjne, ukazujące prawdziwe oblicze tej strasznej choroby. Dla mnie niezwykle poruszające, uderzające i dające do myślenia. Bez zbędny słów, prosto w twarz. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Aleksandra Pakieła, Oto ciało moje, 140 str., Wydawnictwo ArtRage 2022.

czwartek, 29 stycznia 2026

"Ostatnie życzenie", "Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski


 

W świat Sapkowskiego wsiąknęłam na początku studiów, gdy w składnicy księgarskiej (kto pamięta?) trafiłam na pierwszy tom opowiadań. Dokładnie pamiętam tamto wydanie – niewielką książkę w niemal kieszonkowym formacie. Nie pamiętam natomiast, czemu po nią sięgnęłam? Na szczęście kupiłam i totalnie przepadłam. Potem czytałam wszystko i na lekturze pozostałam, nie znam filmów i gier. Do Wiedźmina nigdy nie wróciłam, z wielu przyczyn. Jedną z nich była obawa, jak te książki odbiorę po latach. Wtedy, a mówię tu o połowie lat 90., mój światopogląd był inny, miałam inną wrażliwość i ma pewno dużo mniejszą świadomość społeczno-polityczną. 

Teraz sięgnęłam wreszcie po oba tomy opowiadań, głównie dzięki wyborowi mojego klubu czytelniczego, ale nie bez wielkiej chęci. Tym razem jednak postawiłam na wychwalane słuchowisko, które faktycznie jest bardzo dobrze i starannie nagrane, ale jednak nie trafiło do mnie na 100%. By opisać mój problem, będę musiała użyć ostatnio nagminnie używanego słowa, ale faktycznie czułam się przebodźcowana. Niektóre głosy były dla mnie zbyt natarczywe, aktorskie, niektóre frazy, zwłaszcza opisy walk, czytane zbyt szybko, na jednym tchu. Niemniej jest to bardzo dobrze zrobiony audiobook i myślę, że do wielu osób trafi. 

Co jednak z treścią? Otóż, jest taki sam szał jak te trzydzieści lat temu! Podobało mi się wszystko! Najpierw język – wartki, potoczysty, ale i ironiczny, dowcipny, celny. Postaci – świetne, spójne, interesujące. Na wielki plus cała gama postaci kobiecych – różnorodnych, silnych, decyzyjnych. Do bohaterów ludzkich dochodzi nieprzebrana ilość postaci magicznych – wszystkie świetnie, plastycznie opisane. Co jednak mnie najbardziej ujęło i nadal zachwyca to komentarz społeczny i polityczny oraz fantastyczne wplecenie baśni i powiedzonek. Sapkowski wiele z nich zdemontował, nadał nowego znaczenia, dowcipnie spointował – nadal mnie to bawi. Po ponownej lekturze pozostaję fanką Sapkowskiego, chyba nie było wątpliwości (nie zapraszam do dyskusji), teraz nastawiam się na powtórzenie całego cyklu. 

Moja ocena: 6/6

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, 288 str., SuperNova 2010.

Andrzej Sapkowski, Miecz przeznaczenia, 344, SuperNova 2011. 

piątek, 28 listopada 2025

"Zbędni" Wojciech Chmielarz


 

W Kowarach byłam dawno temu i wróciłam do nich w tej powieści, choć w sumie za wiele się o samym mieście nie dowiedziałam. Za to wiem, że mieszkają tam mało sympatyczni ludzie. Na przykład taki Jan – pijaczyna zwany Jaśkiem, który klepie biedę i pilnuje pola kempingowego. Od piwa do piwa. Albo Alina i Mirek – niby dobre małżeństwo, a za drzwiami aż kipi od toksyczności. Do tego trzymają w domu dorosłego syna, bo coś przeskrobał, a w ich hotelu mieszka dziwna kobieta, której wszyscy się boją. 
No i Maria Szulej – policjantka, najmilsza z tego towarzystwa i jedyna na komendzie, która słucha swojego instynktu. Nie zapomnijmy o wójcie, który kombinuje z samochodami, o Belgu, który nie wiadomo czemu uparcie mieszka na kempingu, gogusiowatym koledze Darka, syna Aliny i Mirka.... Słabo w tych Kowarach. Do tego Jasiek po pijaku śmiertelnie potrąca kobietę, która nagle wtargnęła na drogę. Jest pijany, ale nie na tyle, żeby nie skojarzyć, że to mu wyjdzie na złe. Zakopuje więc ciało i zatapia się w wyrzutach sumienia, bo duch kobiety będzie go męczył i straszył. Tymczasem nikt zabitej nie szuka, a Jasiek chce się dowiedzieć, kim była. 
Maria Szulej natomiast śledzi poszukiwania zaginionego dziecka – mała Karolina została porwana i zniknęła na dobre. 

Chmielarz poszedł w wiele wątków, które wprawdzie się dobrze łączą i splatają, ale w tym procesie jednak mało jest prawdopodobieństwa. Nie kupuję tych zbiegów okoliczności i sentymentalizmu na linii dziadek - wnuczka. Nie jest to zły kryminał, ale też niczym szczególnym się nie wyróżnia. Intryga jest dość rozwleczona, więc słabo trzyma napięcie, samo przestępstwo też nie jest jasne, bo trudno się zorientować, co jest wątkiem wiodącym i na czym się skupić, a zakończenie obfituje w fajerwerki i miałam wrażenie, że jest ich o przynajmniej jeden za dużo. 

Chmielarz ma dobre pióro i talent do kreacji bohaterów, więc dobrze się tego kryminału słucha. Ja po prostu przyzwyczaiłam się u niego do wyższej klasy. 

Moja ocena: 4/6

Wojciech Chmielarz, Zbędni, 424 str., Marginesy 2024.

poniedziałek, 10 listopada 2025

"Alchemia" Katarzyna Zyskowska

 


Maria pozbierała się po tragicznej śmierci męża, dalej pracuje, wykłada, sama wychowuje córki i zakochuje się. Niestety wybranek jej serca ma żonę i dzieci. Co gorsza zazdrosną i podejrzliwą żonę. Marie i Paul świetnie się rozumieją na płaszczyźnie osobistej, ale co ważniejsze, także na zawodowej. Niestety opinii publicznej nie podoba się ten romans, a ujawnienie przez zazdrosną żonę listów kochanków wywołuje skandal. Jest on tak wielki, że grozi niemożnością przyjęcia przez Marię Nagrody Nobla. Tę opowieść przeplata historia młodej Manii, która jako osiemnastolatka przyjmuje posadę guwernantki na dworku gdzieś za Ciechanowem. Tam zakochuje się w synu chlebodawców, co wywołuje ostry sprzeciw tych ostatnich. Maria i Kazio trwają jednak w swojej miłości, ale do czasu.

Zyskowska naprzemiennie snuje te dwa wątki, próbując ukazać Skłodowską jako kobietę, kochankę, matkę, zwykłą osobę, którą targają namiętności, zmartwienia i rozterki. To kobieta, która żyje w czasach, gdy wciąż musi udowadniać, że jest tyle samo warta, co mężczyzna, że jej życie prywatne nie ma nic wspólnego z zawodowym, że ma prawo do miłości i do nauki. Praca naukowa noblistki nie odgrywa w tej książce pierwszych skrzypiec, jest obecna, ale autorka pragnie pokazać Marię, która jest normalną kobietą, a nie papierową geniuszką. W tym celu zapewne przejrzała mnóstwo materiałów, ale także w wielkim stopniu wsparła się własną fantazją, by stworzyć dialogi, przemyślenia i konkretne sytuacje.

To nie jest powieść, po którą sięgnęłabym z własnej inicjatywy, skusiła mnie akcja czytaj.pl i po lekturze mam odczucie, że jednak nie jest to literatura dla mnie. Gdyby ta historia nie dotyczyła Marii Skłodowskiej-Curie, zapewne porzuciłabym ją po kilku stronach jako obyczajówkę z mocnym wątkiem romansowym. Nie mam też poczucia, czy faktycznie czegoś się o naukowczyni dowiedziałam, bo przecież jej postać jest w dużej mierze produktem wyobraźni autorki. Owszem nie miałam pojęcia o romansie i nie wiedziałam wiele o rodzeństwie Skłodowskiej, ale z drugiej strony takich kwestii wolę dowiadywać się z biografii. Z tych powodów kończę te lekturę z mieszanymi uczuciami.

Moja ocena: 3,5/6

Katarzyna Zyskowska, Alchemia, 364 str., Wydawnictwo Znak Literanova 2024.


piątek, 7 listopada 2025

"Dom zła" Jakub Rutka


W 1994 roku w całkiem zwykłej rodzinie ojciec morduje żonę i dzieci. Nikt nie wie dlaczego, nagle, bez żadnych konfliktów i wcześniejszych oznak. Od tego czasu dom stoi opuszczony i uchodzi za nawiedzony. Trzydzieści lat później Jacek Gadowski prowadzi w lokalnym radiu audycję o niewyjaśnionych zbrodniach, równocześnie tworząc na ten temat podcast. Podczas audycji odbiera telefony od słuchaczy, którzy wypowiadają się na temat omawianych zbrodni lub opowiadają o swoich doświadczeniach. Pewnego dnia jednym z nich jest Karol, który zwraca uwagę Jacka na nawiedzony dom w Ostrołęce. Mimo że Gadowski mieszka od urodzenia w tym mieście, nigdy o tym miejscu nie słyszał, a temat szybko rozpala jego wyobraźnię. Dziennikarz zaczyna drążyć i omawiać zbrodnię sprzed lat na antenie, a Karol dzwoni ponownie, dorzucając kolejne rewelacje na temat domu duchów. Gdy dzwoni po raz ostatni zapowiada nieszczęście, które niebawem wydarzy się w tym miejscu – grupa nastolatków świętuje w nim osiemnastkę, a Karol sugeruje, że ktoś zginie. I tak faktycznie się dzieje, a Gadowski jest niemal świadkiem zbrodni, bo prosto ze studia udaje się na miejsce. 

Ciekawski dziennikarz prowadzi śledztwo na własną rękę – łączy oba wątki, ten z 1994 roku, ale i aktualne morderstwo, trafia przy okazji na brudy w rodzinie ofiary, które wydają się być przyczyną współczesnej zbrodni. Policja natomiast błądzi we mgle i gdyby nie Gadowski pewnie nigdy by sprawy nie rozwiązała. Łączniczką między tymi dwoma postaciami stanie się Paulina, młoda policjantka, którą dziennikarz poznaje podczas pierwszej wizyty w nawiedzonym domu. 

Debiut Rutki to sprawnie napisany kryminał, który autentycznie mnie wciągnął. Mimo wielu niedociągnięć fabularnych słuchałam go z przyjemnością i byłam ciekawa, jak autor rozwikła wątki. Dość szybko domyśliłam się wprawdzie zakończenia, ale w kryminałach bardziej interesuje mnie jednak sposób konstrukcji intrygi niż finał. Sama postać Gadowskiego jest ciekawym zabiegiem – nie czytałam jeszcze kryminału, w którym główny bohater byłby podcasterem z zajawką na niewyjaśnione zbrodnie. Owszem jest tu kilka dość nierealistycznych kwestii – brak zgody na ojca na porzucenie dziecka przez matkę (przecież musiał się na to zgodzić?), dziura fabularna w kwestii samego morderstwa czy nagłe zainteresowanie Pauliny psychologią – ale mimo wszystko dobrze się bawiłam, o ile tak można to określić, podczas lektury. 

Moja ocena: 4/6

Jakub Rutka, Dom zła, 368 str., Znak JednymSłowem 2025.


czwartek, 6 listopada 2025

"Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej" Małgorzata Grzebałkowska


Do Konopnickiej-pisarki stosunek mam ambiwalentny. Nie czytam, nie przepadam, nie tęsknię za czytanymi w dzieciństwie utworami. Podobnie było więc z życiem autorki – ani mnie szczególnie nie interesowało, ani nie emocjonowało. Natomiast stosunek zdecydowanie jednoznaczny mam do Magdaleny Grzebałkowskiej. Lubię jej styl, jej sposób pisania, jej obecność w reportażu, jej odwagę w podejściu do materiałów i źródeł oraz fantazję w szkicowaniu realiów życia. 

Nie inaczej stało się w przypadku biografii Marii Konopnickiej, która mnie bez reszty wciągnęła i przedstawiła postać pisarki w wielu aspektach – jako matki, żony, kobiety pracującej, chorej, walczącej, patriotki. Konopnicka jako pisarka nie wysuwa się tu na pierwszy plan, to raczej kobieta ciągle zabiegana, walcząca o byt, spłacająca długi, szyjąca, troszcząca się, chora. Konopnicka to postać niejednoznaczna – z jednej strony opuściła męża, by zamieszkać samotnie w Warszawie, z drugiej strony to zaborcza, kontrolująca matka, preferująca niektóre ze swoich dzieci. To także anyklerykałka, która jednak oficjalnie się pokajała w kościele w obliczu grożącego ostracyzmu, patriotka, która walczyła o sprawę polską w całej Europie, przyjaciółka Marii Dulębianki. Ten wzbudzający emocje związek czy też przyjaźń między dwoma Mariami odgrywa dużą rolę w biografii, ale Grzebałkowska nie spekuluje i nie szuka sensacji.

Podczas lektury widać, jak tytaniczną pracę wykonała autorka, ile przeczytała listów, ale i książek z epoki, by jak najlepiej oddać jej atmosferę, ile przeprowadziła rozmów, ile przejrzała źródeł, zdjęć, map, dokumentów. Jak pisałam wyżej, mnie zupełnie nie przeszkadza to, że autorka jest tu obecna, że wspomina o sobie, że dopisuje możliwe rozmowy i listy – w przypadku Grzebałkowskiej jest to tak delikatne, dopasowane stylistycznie, nienachalne, że wypada zdecydowanie na plus.

Ciekawa biografia, którą czyta się niemal jak przygodówkę, polecam.

Moja ocena: 5/6

Magdalena Grzebałkowska, Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej, 464 str., Wydawnictwo Znak 2024.

czwartek, 7 sierpnia 2025

"Trans-Atlantyk" Witold Gombrowicz


W szkole nie przeczytałam jednej, jedynej lektury. Owszem, zaczęłam, ale porzuciłam. Coś, czego kiedyś nigdy nie robiłam. Niestety, mając siedemnaście lat, nie przeskoczyłam "Ferdydurke" Mając lat o wiele więcej, zapragnęłam wrócić do Gombrowicza, sądząc, że ówcześnie nie doceniłam pisarza. "Trans-Atlantyk" od dawna czekał na czytniku i dzięki wyzwaniu 25 książek na 2025 wreszcie się lektury doczekał. To nie jest długa książka, ale zajęła mi zdumiewająco dużo czasu. Przeczytałam wstęp, przeczytałam powieść i przeczytałam posłowie. Dzięki temu ostatniemu wiem, o czym czytałam i jaki był cel Gombrowicza. Ale tylko dzięki temu. 

Opierająca się na własnych doświadczeniach pisarza powieść ma na celu zdemaskowanie Polonii, układów, układzików, stosunków i pojęcia ojczyzny. Gombrowicz przypływa do Argentyny na krótko przed rozpoczęciem wojny i decyduje się tam zostać. Jako że nie śmierdzi pieniądzem, szuka wsparcia wśród licznej Polonii i w placówce dyplomatycznej, co jest dla niego przyczynkiem do napisania tej groteskowej i prześmiewczej powieści. To rzecz, która nie zasadza się na fabule, a na słowie. Gombrowicz wyraża wiele za pomocą powtórzeń, wyolbrzymień czy innych zabiegów językowych, nie poświęcając wiele uwagi prowadzeniu narracji. Ta książka to eksplozja słowa, przytłaczająca, rozbuchana i męcząca. O ile jestem w stanie docenić pojedyczne zabiegi, pomysły, wyrażenia, to całościowo jest tego dla mnie za dużo. Nie rozumiem tego stylu, nie kupuję tego natłoku, nie odnajduję się w takiej grotesce, a co za tym idzie, do Gombrowicza już nie wrócę.

Moja ocena: 2/6

Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk, 164 str., Wydawnictwo Literackie 2012.

czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

czwartek, 12 czerwca 2025

"Śląsk, którego nie ma" Kamil Iwanicki


Śląsk to mój hajmat i wszystko na jego temat mnie bardzo interesuje. Nawet jeśli książka skupia się na rejonach trochę odleglejszych od mojego miasta czy tematach nie leżących w bezpośrednim kręgu moich zainteresowań, to łykam wszystko. Bo Śląsk. Pozycja Iwanickiego zainteresowała mnie szczególnie ze względu na tytuł i tematykę – czuję wielki sentyment do miejsc ginących, ratowanych i zarośniętych. I w tej kwestii autor zaspokoił moją ciekawość.

Iwanicki na tapet bierze śląskie budynki, które zostały wyburzone, uległy powolnemu rozkładowi, miały szczęście zostać odratowane, zostały przebudowane, a nawet rewitalizowane. Opisuje więc pałace i rezydencje śląskich magnatów przemysłowych, familoki budowane dla tłumnie ściągających do pracy robotników, cmentarze niemieckie i żydowskie, kopalnie, huty, ale i masowo budowane po wojnie hotele, hale, wieżowce, dworce i bloki. Iwanicki bazuje na swoich własnych obserwacjach, przemierza śląskie miasta w poszukiwaniu niemieckich napisów, starych murów, resztek budynków czy nagrobków, śledzi historię ich właścicieli oraz zmianę funkcjonalności czy rozbudowę poszczególnych obiektów. 

Iwanicki bardzo skrupulatnie opisuje kolejne budowle, dba o zarys historyczny, przytacza życiorysy właścicieli lub mieszkańców, opisuje stan aktualny, potrafi też plastycznie przedstawić architekturę. W swoich relacjach opiera się na wielu źródłach, ale także osadza je w kontekście historycznym, nakreślając przemiany, jakie dotknęły ten region. Dla osoby, która ma jednak jakąś tam wiedzę, niekoniecznie głęboką, są to jednak oczywistości. 

Mimo tych wszystkich zalet, mam do tej książki sporo pretensji. Przede wszystkich na płaszczyźnie językowej. Styl Iwanickiego często jest bardzo szkolny, wielokrotnie powtarzane są te same frazy czy stwierdzenia ubrane w nieco inne słowa, tak jakby autor koniecznie chciał nadać każdemu rozdziałowi pointę. Dużo tu niezręczności, potknięć językowych i niekonsekwencji w kwestii języka niemieckiego. Straße czasem jest pisana tak, ale przeważnie jednak Strasse, Victor bywa Viktorem, brakuje znaków diakrytycznych, a w przypadku niemieckich słów czasem wielkiej litery. Być może są to drobnostki, ale ten prosty, szkolny styl jak i zamiłowanie autora do słowa industria zupełnie zepsuły mi lekturę. Mam wrażenie, że autorowi nie udało się wyjść ponad relację, swoisty przewodnik – mimo pracy włożonej w zbieranie materiałów ta książka jest tylko i wyłącznie ich sprawozdaniem i uporządkowaniem. Dobre są momenty, gdy autor odsłania samego siebie, ale jest ich za mało, by czytać tę publikację jako osobisty przewodnik, a za dużo, by widzieć tu reportaż.

Moja ocena: 3/6

Kamil Iwanicki, Śląsk, którego nie ma, 272 str., Wydawnictwo Editio 2025.

piątek, 2 maja 2025

"Tkacz iluzji" Ewa Białołęcka


To książka, która na pewno już czytałam, ale kompletnie nic z niej nie pamiętałam. Tak zupełnie nic, a nic. Wiele poleceń skłoniło mnie do ponownej lektury, która wprawdzie okazała się wciągająca, ale jednak nie na tyle, by wiele pozostało w mojej głowie i by moja chęć na kontynuacje cyklu była natychmiastowa.

Białołęcka stworzyła fantastyczny świat alternatywy, w którym żyją magowie o różnych specjalnościach, a wyspy południowe zamieszkują smoki. Główny bohater to Kamyk – głuchy chłopiec, który wychowuje się na wsi i uważany jest za niepełnosprawnego. Przypadkiem trafia do jego rodziny mag, który natychmiast rozpoznaje wyjątkowe umiejętności dziecka. Kamy potrafi tkać iluzję, tzn. stwarzać z niczego przedmioty, kreować całe sceny pełne kolorów i ruchu. Jedynego, czego nie potrafi oddać, to dźwięk. W tym jednak pomoże mu przyjaciel – smok. Kamyk spędzi wiele dni w podróżach, ale i w szkole dla czarodziejów, która oczywiście w pewien sposób będzie przypominać Hogwart, bo od czasu powstania cyklu Rowling wszystkie magiczne szkoły będą się tak kojarzyć.

Siłą tej książki jest kreacja charakterów – Białołęcka świetnie oddaje ich rozterki, uczucia, emocje. Potrafi zagłębić się w umysły i dusze, bohaterowie są autentyczni, przekonujący i spójni. Tak jak pisałam powyżej, bardzo podziwiam autorkę za kreację świata. Wykreowanie nowej przestrzeni oraz pomysł na postać Kamyka to naprawdę wielki wyczyn. 

Same przygody natomiast podeszły mi mniej. Owszem, czyta się je lekko i autorka potrafi utrzymać napięcie, ale jest to bardziej literatura dla młodszych czytelniczek lub osób dopiero zaczynających przygodę z fantasy. 

Moja ocena: 4/6

Ewa Białołęcka, Tkacz iluzji, 354 str., Wydawnictwo Supernova 1999.

środa, 30 kwietnia 2025

"Opowiadania bizarne" Olga Tokarczuk


Ten zbiór to dziesięć bardzo różnorodnych i dających do myślenia tekstów. Tokarczuk eksploruje w nich bardzo odmienne tematy, przestrzenie i osobowości, za każdym razem zabierając mnie w zupełnie nieoczekiwaną podróż. To może być na przykład wyprawa wstecz w osiemnastowieczną Polskę, lub w przyszłość – w dystopijny świat. To może być akcja umiejscowiona w Polsce, albo w Szwajcarii, albo w Tajlandii. Bohaterką może być mężczyzna, albo kobieta, albo dzieci, a nawet zwierzę czy przedmiot. Autorka żongluje także z różnymi sposobami narracji, czyniąc lekturę faktycznie interesującą wyprawą w tokarczukowskie światy. 

Przyznać muszę, że niektóre z tych opowiadań przywodziły mi na myśl powieści noblistki. "Zielone Dzieci" (chyba mój ulubiony tekst) wydawał się być podrozdziałem "Ksiąg Jakubowych", motyw podróży i rozmowy przywodził mi na myśl "Biegunów", ale są tu też bardzo swojskie, zwykłe historie, jak "Przetwory". Tytułowa bizarność jest świetnie dobranym słowem. Te teksty niepokoją, łaskoczą wewnętrznie, pozostawiają czytelniczkę z poczuciem nieuchwytności świata, z chęcią szukania drugiego dna. Najdziwniejsze rzeczy zrobiła ze mnę "Góra Wszystkich Świętych", choć "Transfugium" oraz "Kalendarz ludzkich świąt" też są warte więcej niż jednej a nawet dwóch myśli. 

Bardzo satysfakcjonująca lektura, polecam!

Moja ocena: 5/6

Olga Tokarczuk, Opowiadania bizarne, 256 str., Wydawnictwo Literackie 2008.

wtorek, 29 kwietnia 2025

"Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak


Ze względu na moje dość bliskie związki z Islandią chętnie sięgam po literaturę z i o tym kraju. Ta książka leżakowała długo na czytniku, choć przecież z przyjemnością przeczytałam inną publikację tych autorów. I tak jak poprzednio bardzo przyjemnie czytało mi się i te teksty – punktem wyjścia dla Lenard i Mikołajczaka były opuszczone domy na wyspie. W poszukiwaniu historii ich mieszkańców oraz przyczyn opuszczenia wybrali się w podróż wzdłuż i wszerz w Islandii. I te domy gdzieś w tle majaczą, ale, jak to często bywa, obrany szlak zaprowadził autorów w zupełnie różne rejony, nie tylko geograficzne, ale i reporterskie. 

Lenard i Mikołajczak pozostają przy nieco blogerskim stylu, opisując swoje podróże i wyprawy po Islandii, okraszone są one osobistymi odczuciami, wrażeniami, spostrzeżeniami. To właśnie te subiektywne wstawki nadają tej książce specyficzny rys, który zapewnie trafił do mnie tak dobrze, bo, jak się zdaje, dzielę z autorami wrażliwość na ciszę, niezmąconą przyrodę i dzikość. Tytułowe szepty kamieni są tu obecne, a zagłuszają je tylko ludzie, których Lenard i Mikołajczak spotkali przypadkowo na swojej drodze, ale też ci, z którymi rozmowy specjalnie szukali. Owi rozmówcy i rozmówczynie są bardzo różni, jest nawet perspektywa polska. Każda osoba przedstawia swoją wizję Islandii, szczególnie tej po zalewie turystów. To już nie jest ten dziki i nieznany kraj, a turyści zadeptują najbardziej oblegane miejsca. Nie jest to odkrywcze, ale mnie ta perspektywa bardzo interesowała, bo obserwowałam powstawanie kampanii reklamowej, której na celu było przyciągnięcie turystów i która odniosła wielki sukces. Podobnie interesuje mnie kwestia obosieczności tej branży, o czym Lenard i Mikołajczak sensowne piszą.

To nie jest może wybitna literatura, ale bardzo przyjemna w odbiorze. Mimo że bardzo dużo wiem o wyspie, to ta książka mnie nie nudziła, stanowiła nostalgiczne uzupełnienie, pełne melancholii i respektu dla natury i człowieka. 

Moja ocena: 5/6

Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, 256 str., Wydawnictwo Otwarte 2017.

piątek, 18 kwietnia 2025

"Lajla znaczy noc" Aleksandra Lipczak

 


Andaluzja jest mi bliska, ale wciąż nie do końca znana krajoznawczo, historycznie bardziej, ale dzięki Lipczak teraz już dużo lepiej. Autorka skupiła się na mauryjskiej przeszłości tej prowincji, broniąc swojej tezy o wielokulturowości Hiszpanii, obecności tego dziedzictwa do dziś i istnienia tego tyglu kulturowego mimo jednolitej fasady. 

Autorka nie prowadzi chronologicznej czy stricte historycznej narracji, dzieli swoją książkę na rozdziały geograficzne – skupia się na poszczególnych andaluzyjskich miastach, które są dla niej przyczynkiem do rozważań o arabskim dziedzictwie, przytaczaniu anegdot i informacji historycznych. Te rozdziały mają cechy eseju, ale wiele w nich fragmentów reporterskich. Lipczak skrzętnie wyszukuje rozmówczynie i rozmówców, by dowiedzieć się więcej na temat wielokulturowości i porusza trudne tematy, takie jak napływ uchodźców z Afryki. 

Sporo w tej książce samej autorki, która chętnie pisze o swojej podróży z małym dzieckiem, o pracy nad tym tematem i swoich odczuciach, przyznam, że w tej formie książki (która nie jest stricte reportażem) odebrałam te wstawki dobrze, z ciekawością poznałam kulisy powstania książki.

Najbardziej uderzył (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) mnie dogłębny research Lipczak. Książka naszpikowana jest ogromem wiadomości historycznych, geograficznych, architektonicznych. Podziwiam wielką pracę badawczą autorki oraz jej wiedzę. Nie sposób spamiętać tych wszystkich szczegółów, ale moja wiedza o tym regionie jest o niebo lepsza i dogłębniejsza, a i mam poczucie, że lepiej rozumiem mentalność Andaluzyjek i Andaluzyjczyków. Nie podzielam opinii, że książka jest nudna czy się dłuży – mnie wciągnęła i wręcz ją pochłonęłam. Dużą rolę tu na pewno odgrywa fakt, że to bliski mi geograficzne region, który odwiedziłam wiele razy i którego mieszkanki i mieszkańcy robią na mnie zawsze bardzo pozytywne wrażenie.

Moja ocena: 5/6

Aleksandra Lipczak, Lajla znaczy noc, 272 str., Wydawnictwo Karakter 2020.

czwartek, 20 marca 2025

"Dwunaste. Nie myśl, że uciekniesz" Filip Springer


Dania powszechnie kojarzy się z hygge, szczęśliwymi ludźmi, łatwością współżycia i cenieniem sobie czasu wolnego, dobry work life balance i w ogóle idealnym krajem do życia. Prawo Jante praktycznie nie istnieje w świadomości przeciętnej czytelniczki czy czytelnika, ja wprawdzie o nim słyszałam, ale bez większych szczegółów.

Springer udał się do Dani w poszukiwaniu istoty owego prawa, o którym wszyscy w Danii wiedzą, wielu się odżegnuje i niewielu zna jego źródło. Autor właśnie na poszukiwaniu jego źródła zasadził swoją książkę. Powstało ono bowiem w powieści Aksela Sendemosego "Uciekinier przecina swój ślad", o której nigdy wcześniej nie słyszałam, a jak się okazuje i w Danii nie jest powszechnie znana. Springer próbuje bliżej poznać autora i jego motywację do stworzenia prawa, udając się w podróż jego śladami. 

Ten reportaż to wiele rozmów z Dunkami i Duńczykami z różnych regionów i o różnym pochodzeniu, wieku, wykształceniu, które mają na celu ukazanie rozumienia przez nich prawa oraz jego postrzegania we współczesnej Danii. Springer przeplata te rozdziały o ludziach krótkimi tekstami o duńskich mostach – które w tym wyspiarskim kraju są jednoznaczne z byciem oknem na świat. Prawo Jante okazuje się siedzieć w każdym z nas, niezależnie od pochodzenia, a obraz Danii jednak nie jest tak różowy, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Springer stworzył tekst, który czyta się lekko, mimo ciężaru treści. Z ciekawością śledziłam jego poszukiwania, rozmowy, sposoby na dotarcie do rozmówców. Ciekawa publikacja, cieszę się, że po nią sięgnęłam. 

Moja ocena: 5/6

Filip Springer, Dwunaste. Nie myśl, że uciekniesz, 264 str., Wydawnictwo Czarne 2019.

środa, 12 marca 2025

"Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości" Michał Bilewicz


Nie wiem, jak mogła mi umknąć ta książka! Na szczęście została wybrana przez klub czytelniczy, który obserwuję i od razu zwróciła moją uwagę, bo traktuje o tematyce, która żywo mnie interesuje. Czytałam i recenzowałam tu nawet książkę niemieckiej autorki o podobnej tematyce. Michał Bilewicz z perspektywy psychologa społecznego porusza cały wachlarz tematów związanych z traumą, lękami, poczuciem dumy w całych społeczeństwach. Jego punkt ciężkości leży oczywiście na Polsce, ale dzięki współpracy z psycholożkami i psychologami z wielu krajów, wspaniale rozszerza perspektywę na inne kraje o podobnych problemach lub przeszłości. Książka Bilewicza bardzo mocno zasadza się na licznych badaniach prowadzonych przez niego czy w jego zespole, ale także tych prowadzonych przez koleżanki i kolegów po fachu. Bilewicz lekkim i przystępnym językiem referuje metodologię oraz wnioski z badani, interpretując je na podstawie polskich bolączek i problemów. Porusza tu takie tematy, jak zachowanie obywatelek i obywateli Polski w trakcie pandemii, po katastrofie smoleńskiej czy po wojnie. 

Nie chcę tu się uciekać do streszczenia wniosków autora, bo lektura jest na tyle ciekawa, że pewna jestem, że każda czy każdy z was z ciekawością je odkryje samodzielnie. Dla mnie to była lektura tak ciekawa jak najbardziej wciągający kryminał, przede wszystkim z tego względu, że temat mnie interesuje od dawna i wiele z wniosków z cytowanych badań było zgodnych z moimi, oczywiście laickimi i intuicyjnymi przemyśleniami. Bilewicz wspaniale je usystematyzował, podsumował i fachowo ugruntował. Brak mi słów, by opisać mój zachwyt nad tą publikacją i planuje zakup wersji papierowej, by móc do niej wracać. Po tej lekturze widzę, że psychologia społeczna to moja dotąd nieodkryta pasja. Co więcej nawet nie miałam świadomości takiej specjalizacji! 

Uważam, że ta książka to lektura obowiązkowa – co więcej widziałabym ją w liceum na lekcjach. Traumaland uczy samoświadomości, tłumaczy własne zachowania, pomaga je zrozumieć, a co za tym idzie, lepiej sobie z nimi radzić. Bardzo dziękuję autorowi za tę książkę.

Moja ocena: 6/6

Michał Bilewicz, Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości, 336 str., Wydawnictwo Mando 2024.

sobota, 1 marca 2025

"Wczoraj byłaś zła na zielono" Eliza Kącka

 


Ta książka to swoisty pamiętnik autorki z okresu macierzyństwa. Pamiętnik epizodyczny, niechronologiczny i bardzo osobisty. Kącka opisuje w nim swoje doświadczenia z matkowania dziecku nieneurotypowemu, nigdy nie podając nazwy choroby czy zaburzenia córki. Bo nie jest to relacja skupiona na dziecku lecz na matce. Kącka opisuje swoją drogę do zrozumienia córki i zostania jak najlepszą matką, a czyni to w sposób bardzo poetycki i uważny. Z wielkim podziwiem czytałam o jej wysiłkach, by zapewnić Rudej jak najlepsze warunki do rozwoju, ale także uważność na jej potrzeby, nie zmuszanie do równania do normy, akceptowanie i wspieranie. A zauważyć należy, że nie była to droga łatwa, Kącka opisuje w krótkich rozdziałach zdania, z jakimi spotykała się u lekarzy, w poradniach, jakie słyszała od innych. Zdania się wykluczające, oceniające, bolesne. 

To piękna książka, ale niełatwa w odbiorze. Kącka swoim stylem nie ułatwia lektury, brakiem chronologii zwodzi na manowce, wydaje się, że tak jak jej córka się nie komunikuje z otoczeniem lub komunikuje tylko skąpo, tak samo jej matka nie pomaga czytelniczce w lekturze. Wiele razy miałam poczucie wchodzenia z butami w bardzo hermetyczny, intymny świat. I nie, nie zarzucam autorce, że zdradza rodzinne sekrety, bo jestem przekonana, że tą pozycją przyczyni się do zrozumienia trudów wychowania dziecka nieneurotypowego, ale też pomoże rodzicom borykającym się z podobnymi trudnościami. Chodzi i raczej o to, że mimo wielkiego zainteresowania samym tematem, miałam trudności z utrzymaniem uwagi przy niektórych wspomnieniach i opowieściach dnia codziennego.

Mimo to uważam, że jest to cenna książka, potrzebna i naprawdę pięknie napisana. Duży podziw dla autorki i jej rodziców za drogę, jaką przeszli.

Moja ocena: 4/6

Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono, 288 str., Wydawnictwo Karakter 2024.