Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2026

"Wdowi las" Margaret Atwood


 

Zbiór opowiadań Atwood podzielony jest na trzy części. Pierwsza z nich wprowadza nas w małżeństwo Nell i Tiga, ukazując bliską więź między nimi. To para, która rozumie się bez słów, co szczególnie widać w pierwszej historii o pierwszej pomocy. W tych trzech tekstach to Tig gra pierwsze skrzypce, a temat starości i odchodzenia przewija się gdzieś w tle. 

Druga część to opowiadania dłuższe, zupełnie niezwiązane z poprzednimi. To wywiad z Orwellem prowadzony przez medium, szkic dystopijny, filozoficzne rozważania o reinkarnacji ślimaka w człowieka, a także świetny tekst, znany mi już z innego zbioru, "Moja mama czarownica". 

W trzeciej części Atwood wraca do pary, tym razem w tytule jednak Nell stoi na pierwszym miejscu. Tig nie żyje, a kobieta układa sobie życie jako wdowa. Spotyka się z koleżankami, innymi wdowami, przegląda spuściznę po mężu, wspomina. To bardzo nostalgiczne teksty, choć nie brak w nich dystansu do siebie i humoru.

Początkowo sądziłam, że środkowa część jest najlepsza, po lekturze całego zbioru doceniam opowiadania z Nell i Tigiem w roli głównej. W przypadku tych ze środkowej części nie mogłam się pozbyć poczucia przypadkowości doboru i takie przeskoki tematyczne wybijały mnie z rytmu. 

Nawet jeśli uważam część pierwszą i trzecią za spójną, to całość mnie nie przekonała. Nie ujął mnie ani język, ani treść. Oczywiście doceniam ją, a szczególnie pomysły na opowiadania z części środkowej, ale niestety ogólnie ten zbiór mnie nie przekonał. Wiele z tekstów mnie nie porwało, a wręcz nudziło, co mnie zaskoczyło, bo powieści Atwood uważam za świetne.

Moja ocena: 3/6


Margaret Atwood, Wdowi las, tł. Olga Dziedzic, 288 str., Wielka Litera 2024.

czwartek, 16 października 2025

"Nieprzyjaciel" Michael Crummey


Niewielka osada o wymownej nazwie Mockbeggar położona na północnym krańcu Nowej Fundlandii stanowi kulisy tej powieści. Abe Strapp i Wdowa Caines trzęsą życiem w tym miejscu. To rodzeństwo, które ze sobą walczy. Abe odziedziczył biznes po ojcu i dąży do powiększenia fortuny i wpływów. Zarazem jest odrażającym typem, który nie boi się nikogo i za nic ma sobie prawo. Zabija, gwałci, organizuje burdy i hulanki mocno zakrapiane alkoholem. Wdowa natomiast żyje sama i zarządza biznesem odziedziczonym po mężu. W osadzie uchodzi za bardzo ekscentryczną, ze względu na męski strój, nietypowe dla kobiet hobby (rysowanie i ptaki), ale i sposób bycia nacechowany zdecydowaniem i odwagą. Wdowa cieszy się także estymą i jest zdecydowanie bardziej lubiana niż jej brat, zwłaszcza wśród młodych chłopaków. Kobiety widzą więcej i dostrzegają, że jej motywacja nie zawsze jest altruistyczna. 

Crummey szkicuje obraz życia w niewielkim miejscu, w którym o być lub nie być decyduje surowość natury, kolejne epidemie i kaprysy dwojga najbogatszych mieszkańców. Przypływające statki mogą przynieść dobrobyt w postaci obfitego połowu, ale też zgryzotę, jeśli to będą piraci czy inni niesprzyjający goście. Troska o mieszkańców wioski to tylko pozory, bo każdy jest tu pionkiem w grze toczonej o władzę, a właściwie każdy jest lub może stać się nieprzyjacielem. To powieść o lojalności, zależności, woli przetrwania i brutalności.

Autor kreśli świetne, nietuzinkowe charaktery – nie tylko parę głównych bohaterów, ale i służące u wdowy rodzeństwo, nawróconego młodego złodziejaszka, chrzestnego Abe'go czy wioskową znachorkę. Równie dobry jest obraz życia w surowym krajobrazie i zależności finansowych między Nową Fundlandią, a Anglią, prób przeciągnięcia majątku i władzy na swoją stronę, ale i kostycznej religijności kwakrów. Mimo że tego autora miałam na oku od lat, to dopiero moje pierwsze spotkanie z jego prozą, przyznam, udane. Może nie jest to zachwyt absolutny, ale to świetna proza i ciekawe portrety psychologiczne.

Moja ocena: 5/6

Michael Crummey, Nieprzyjaciel, tł. Robert Sudół, 352 str., Świat Książki 2025.


środa, 25 czerwca 2025

"Wysokie góry Portugalii" Yann Martel

 


Sięgnęłam po tę książkę ze względu na jej tytuł. Proza Martela interesowała mnie zdecydowanie mniej niż samo miejsce akcji. I faktycznie sporo tu portugalskich miejsc, imion, nazwisk, a w ostatniej części zdań, ale poza egzotycznym anturażem nie stanowią one tutaj żadnej wartości dodanej. Opisane historie mogłyby się wydarzyć wszędzie i pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego Kanadyjczyk wybrał północno-wschodnią na miejsce większości akcji. 

Powieść dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich rozpoczyna się w 1904 w Lizbonie, gdzie młody mężczyzna Tomás, po śmierci ukochanej, dziecka i ojca decyduje się wybrać w wysokie góry Portugalii w poszukiwaniu zagadkowego krucyfiksu. Podczas swojej pracy w muzeum odkrył bowiem pamiętnik portugalskiego misjonarza, który ów bliżej nieokreślony obraz/rzeźbę wysłał do Portugalii z Wysp św. Tomasza i Książęcej. Tomás wyrusza w swoją podróż jednym z pierwszych samochodów w Portugalii, pożyczonym przez wujka, co wzbudza wielką sensację na dość niekonwencjonalnej trasie. Mężczyzna jedzie bowiem przez interior, niewielkie miejscowości, cała trasa niespecjalnie koresponduje z rzeczywistością.

Druga część rozgrywa się jednego dnia – w sylwestra 1938 roku w Bragançy, gdzie medyk sądowy wysłuchuje monologu swojej żony na temat kryminałów Agathy Christie i ich powiązań z ewangelią, a następnie przyjmuje nietypową klientkę. Starsza kobieta przybywa z wysokich gór Portugalii z ciałem męża w walizce, by poddać je autopsji. O ile pierwsza część miała jakikolwiek realizm, to tu autor totalnie odpłynął w magię, czy też może też w realizm, ale magiczny.

Trzecia część to lata 80. – stojący tuż przed emeryturą Kanadyjczyk emigruje do Portugalii wraz z wykupionym z laboratorium szympansem. Podobnie jak Tomás z pierwszej części owdowiał i próbuje sobie w ten sposób poradzić z życiem. Peter wyjeżdża w, a jakże, wysokie góry Portugalii i wynajmuje dom w zabitej dechami wiosce, która przypadkowo jest tą wioską z poprzednich części. Ów Peter za pomocą słownika porozumiewa się z mieszkańcami (całymi zdaniami!), którzy bez problemu akceptują wśród nich obcokrajowca i szympansa. 

Autor wszystkie te części łączy, ale to lepiszcze jest toporne i kruche, a zakończenie nie niesie żadnego katharsis ani nawet efektu wow, choć zdecydowanie jest na jedno i drugie wymierzone. Nie zachwycił mnie ani język Kanadyjczyka, ani pomysł, ani historia – nudziłam się podczas lektury i gdybym nie słuchała audiobooka na pewno bym ją porzuciła. Mam więc nauczkę – nie wszystko, co ma w tytule Portugalię, warte jest lektury. 

Moja ocena: 2/6

Yann Martel, Die hohen Berge Portugals, tł. Manfred Allié, 416 str., S. Fischer 2016.

środa, 10 maja 2023

"Córki Klanu Jeleni" Danielle Daniel


W XVII wieku plemię Algonkinów zamieszkujące tereny współcześnie frankofońskiej części Kanady jest na granicy przetrwania. Z jednej strony wojny z Irokezami dziesiątkują jego członków - mężczyźni giną, a kobiety i dzieci są porywane. Z drugiej strony są Francuzi, którzy kolonizują ten obszar, narzucając rdzennym mieszkańcom swoją wiarę, obyczaje i kulturę. Marie jest ofiarą Irokezów, którzy zabili jej męża i porwali dwoje malutkich dzieci. Kobieta jako plemienną zielarką, podnosi się po tragedii i ulega namowom wodza, by poślubić Francuza Pierre'a. Ochrona, jaką obiecują Francuzi stanowi gwarancję przetrwania plemienia, ale przetrwania z ustępstwami. Marie to rozumie i choć nie darzy mężczyzny uczuciem, decyduje się na ten krok. Pierre w przeciwieństwie do innych Francuzów to dobry mąż, kocha Marie, dba o nią i liczne dzieci, ale to także zagorzały katolik, który wzbrania się przed tradycyjną medycyną i wierzeniami Algonkinów, ale na szczęście ich nie tępi, a z czasem zaczyna rozumieć.

Marie balansuje między nowym, a starym, którego nie chce i nie zamierza porzucić. Przekazuje  dzieciom swój język, kulturę, sposób życia, co trafia na mniej lub bardziej podatny grunt, pokazując jej, że koniec znanego jej świata jest bliski. Autorka wplata umiejętnie do powieści wątek miłości homoseksualnej, która w plemieniu była powszechnie akceptowana, a wśród Francuzów jest oczywiście niedopuszczalna. Los najstarszej córki nie wprowadzi jednak rozłamu między rodziców. Pierre mimo swojej głębokiej wiary stanie po stronie dziecka. Zresztą chociaż to powieść o kobietach, najbardziej podobała mi się postać Pierre'a, który nauczył się języka Algonkinów, korzysta z ich wiedzy praktycznej i stara się zrozumieć. Świetnie widać, jak wiara niszczy jego samego, zmusza do samoumartwiania i powoduje konflikt wewnętrzny. Daniel pokazuje hipokryzję kościoła, działania jezuitów, przedmiotowe traktowanie rdzennych mieszkańców - to wszystko jest bezbrzeżnie smutne oczywiście i poruszające, zwłaszcza, że Marie jest bardzo świadoma utraty swojej tożsamości.

To ciekawa, poruszająca powieść, która ukazuje dwie perspektywy, co jest jej największą siłą. W jej przypadku nie polecam audiobooka, ponieważ lektorka nie zadbała o poprawną wymowę francuskich imion czy nazw. Widać tu jakieś próby, ale gdy Simon został sajmonem, wiedziałam, że to kolejny audiobook, w którym nie zadbano o tę kwestię.

Moja ocena: 5/6

Danielle daniel, Córki Klanu Jeleni, tł. Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, czyt. Joanna Domańska, 328 str., Wydawnictwo Mova 2023.

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

"Washington Black" Esi Edugyan


Wash ma jedenaście lat i jest niewolnikiem na plantacji Faith na Barbadosie. Co tu dużo mówić, życie go nie rozpieszcza i nie ma większych szans na wywinięcie się z plantacji. Gdy na Barbados przyjeżdża brat właściciela plantacji, życie chłopca się odmienia. Brat przypadkowo wybiera go na swojego asystenta i pomocnika w eksperymentach naukowych. Christopher Wilde, podobnie jak jego ojciec, to wynalazca, wizjoner, marzyciel, który pracuje nad konstrukcją pojazdu latającego. Wash początkowo nie wierzy w swoje szczęście, jest podejrzliwy i lękliwy, ale po czasie zdobędzie do nowego pana zaufanie i wraz z nim opuści wyspę. 

Esi Edugyan stworzyła fascynującą i wciągającą historię życia George'a Washingtona Blacka, który po opuszczeniu Barbadosu przeżył wiele przygód, spotkał wielu nie zawsze mu sprzyjających ludzi i miał okazję rozwijać swoje talenty. Można by pomyśleć, że to typowa powieść przygodowa, pełna zbiegów okoliczności i epatująca nagromadzeniem wyjątkowych zdarzeń, by zaciekawić czytelnika, ale nic takiego. Edugyan nie przesadziła w żadną stronę, są tu przygody, ale i przestoje, są dobre zrządzenia losu, ale i upadki, są smutki i radości. Jak to w życiu bywa. Jest również świetnie oddany klimat epoki oraz każdego miejsca, które odwiedza Wash. Wszystkie charaktery są ciekawe, nie zawsze jednoznaczne, często sprzeczne i zawsze wielowymiarowe. 

To powieść o szukaniu własnej tożsamości (nie tylko w przypadku głównego bohatera), swojej drogi, o dorastaniu i dojrzewaniu. To oczywiście też powieść o niewolnictwie, o niejednoznacznej motywacji abolicjonistów, a także Wilde'a, który Washa uratował, ale którego intencje niekoniecznie były całkowicie pozytywne. 

Widziałam różne opinie o tej książce, mnie ta opowieść wciągnęła i zaciekawiła. Podoba mi się jej niejednoznaczne przesłanie i otwarte zakończenie. 

Moja ocena: 5/6

Esi Edugyan, Washington Black, tł. Bohdan Maliborski, czyt. Marcin Popczyński, 448 str., Wydawnictwo Świat Książki 2020.

środa, 29 marca 2023

"Anne z Redmondu" Lucy Maud Montgomery


Trzeci tom przygód Anne przeczytałam wraz ze specjalnie utworzoną w tym celu grupą na Facebooku. Przez kilkanaście tygodni omawialiśmy poszczególne rozdziały, większość uczestników czytała starszy przekład, ja natomiast sięgnęłam po tłumaczenie Anny Bańkowskiej. Już podczas lektury poprzednich tomów przekonałam się, że Bańkowska stworzyła świetny, potoczysty, przystępny, a przede wszystkim oddający wszystkie niuanse przekład i w tym tomie trzyma podobnie wysoki poziom. Jestem przekonana, że gdybym sięgnęła po tłumaczenie Janiny Zawiszy-Krasuckiej nie byłabym tak usatysfakcjonowana lekturą, bo co tu ukrywać, Anne to jednak pod wieloma względami ramotka. Tradycyjna rola kobiety, ciągłe zwracanie uwagi na wygląd, podejście do zwierząt, romantyczne uniesienia - to nie są tematy, które przekonają współczesną czytelniczkę.
Co więc ją przekonuje? Oczywiście sentymentalizm. Bo wiadomo, że czytała Anię w młodości i każdy powrót to lektury dzieciństwa obarczony jest emocjami i wspomnieniami. Choć przyznam, że w przypadku tego tomu nie miałam ich wiele. Podejrzewam nawet, że czytałam go tylko raz. 

Anne wraca na studia i wraz z przyjaciółkami zamieszkuje w Ustroniu Patty, uroczym domku, o którym marzyła od dawna. Wbrew pozorom i tytułowi, nie ma tu zbyt wielu opisów życia uniwersyteckiego, nauki czy uniwersyteckich zajęć, Montgomery koncentruje się przede wszystkim na życiu miłosnym Anne, która poznaje Raya. To przystojny i bogaty mężczyzna, odpowiadający dokładnie jej ideałowi z dzieciństwa. Anne po pierwszym zauroczeniu odkrywa, że nie odczuwa takich uniesień, jakich się spodziewała. Krótkie powroty do Avonlea pokazują proces dorastania i dojrzewania oraz zmiany w otoczeniu Anne, która  podejmuje pierwsze próby literackie. Wraz z Anne zmienia się natura, otoczenie, ale także inne osoby - niektóre odchodzą, inne rozpoczynają nowe etapy w życiu. Sporo w tym tomie nostalgii i poczucia przełomu, oczekiwania na coś nowego. 

Cieszę się, że wreszcie nowe tłumaczenie skłoniło mnie do powrotu do tego cyklu, kolejny tom już czeka na lekturę!

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Anne z Redmondu, tł. Anna Bańkowska, 320 str., Wydawnictwo Marginesy 2022.

niedziela, 27 listopada 2022

"Anne z Avonlea" Lucy Maud Montgomery

 


Po lekturze pierwszego tomu w nowym tłumaczeniu, poszłam za ciosem i sięgnęłam od razu po kolejny. Okazało się, że Anne z Avonlea pamiętałam dużo słabiej, więc lektura była dla mnie tym przyjemniejsza. I ten tom utwierdził mnie w przekonaniu, że nowe tłumaczenie jest genialne. Nie mam tu na myśli tylko dokładności, ale i wierność nazwom własnym, skrupulatność w kwestii cytatów i nazw roślin. 

Anne rezygnuje ze studiów i zostaje w Avonlea z Marillą, której grozi utrata wzroku. Szesnastolatka przyjmuje posadę nauczycielki i zatapia się we wioskowe życie. Wraz z przyjaciółmi tworzy grono entuzjastów, którzy pragną upiększyć osadę, angażuje się w działania charytatywne, zaprzyjaźnia z nowym sąsiadem, poznaje nowe osoby i mierzy się z zawodem nauczycielki. To powieść o małomiasteczkowym, a właściwie wioskowym życiu: o plotkach, zmartwieniach, problemach, sąsiedzkiej przyjaźni i pomocy. Montgomery świetnie opisała ten klimat i atmosferę. To także powieść o dorastaniu Anne - dziewczyna zamienia się w kobietę, dojrzewa, z nostalgią wspomina swoje wybryki, dorośleje, a praca nauczycielki pomaga jej w tym procesie. Marilla i Anne przyjmują pod swój dach kilkuletnie bliźniaki zmarłej krewnej tej pierwszej, a opieka nad nimi to częściowo szkoła życia, zwłaszcza że Davey to niezwykle figlarne dziecko. Opisy jego figli są niezwykle komiczne i przypominają częściowo Anne z dzieciństwa. Montgomery niestety szkicuje charaktery rodzeństwa bazując na kontraście - ułożona i pokorna Dora nie wzbudza takich uczuć w opiekunkach jak łobuzowaty i przymilny Davey. Ta kreacja z całym dowcipem budzi mój sprzeciw - zresztą w zasadzie nie dowiadujemy się niczego o dziewczynce, która zaszufladkowana została jako nudna. 

Kolejnym tematem, który chętnie porusza Kanadyjka jest miłość - oczywiście romantyczna i oczywiście z happy endem, choć nie bez uprzednich kłopotów. Taką historię opisuje na przykładzie nowej przyjaciółki Anne - panny Lavender. Anne zresztą faworyzuje w szkole jedno z dzieci (co też wzbudza mój sprzeciw), które okazuje się być synem byłego ukochanego nowej znajomej. Od początku wiadomo, że ta historia musi się skończyć dobrze i trzeba umieć przełknąć tę porcję lukru i słodyczy, choć przyznam, że piórze Montgomery nie brakuje uroku w opisie tego wątku. Jest on także tłem do budzącej się delikatnie relacji między Gilbertem a Anne. Chłopak próbuje już dawać jej sygnały swojego uczucia, które Anne oczywiście bezdyskusyjnie odrzuca. Widać jednak, że sama czuje, że i w jej sercu coś się dzieje. Zresztą zaręczyny przyjaciółki czynią ten temat bardzo aktualnym. 

Mimo tych wszystkich wad, które oczywiście w większości wynikają z epoki, w której Montgomery pisała swoją powieść, to urocza i krzepiąca lektura. Coś jak comfort food dla duszy.

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Anne z Avonlea, tł. Anna Bańkowska, 320 str., Marginesy 2022.

środa, 16 listopada 2022

"Anne z Zielonych Szczytów" Lucy Maud Montgomery


Nie przypominam sobie, bym od czasów dzieciństwa wracała do tego cyklu Montgomery. Moje stare wydanie stoi na półce i od dawna planowałam ponowną lekturę, ale skłoniło mnie do niej wreszcie nowe tłumaczenie Anny Bańkowskiej. Oczywiście i tu nie byłam czytelniczką pierwszej chwili, bo sięgnęłam po audiobook dopiero teraz. Ale cóż to była za przyjemność! Vanessa Aleksander przeczytała tekst rewelacyjnie, a tłumaczenie Bańkowskiej jest potoczyste, ujmujące i po prostu wciągające. Zupełnie, ale to zupełnie nie przeszkadzał mi brak Ani, Małgorzaty, Maryli czy Mateusza. Weszłam w tę wersję bez żadnego kłopotu, nie odczułam żadnych zgrzytów ani stylistycznych nierówności. Nie tęskniłam za facjatką i wzgórzem. Bardzo się cieszę, że miałam malutki udział w powstaniu tego tłumaczenia - napiszę o tym, bo dlaczego się nie pochwalić? - bo to właśnie ja skontaktowałam Anię Bańkowską z Bernadetą Milewski, specjalistką od Lucy Maud Montgomery.  

A sama treść? Wiadomo, że nie napiszę niczego odkrywczego, bo o tym cyklu napisano już wszystko. Podczas lektury czułam jednak mnóstwo nostalgii i zaskoczona byłam, jak dobrze pamiętałam treść. Losy Anne wzruszyły i zainteresowały mnie tak samo jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Trudno ukryć, że jest tu sporo wątków zaskakujących współczesną czytelniczkę - dotyczących wychowania, religijności, moralności. Metody wychowawcze czy Rachel Linde, czy matki Diany czy Marilli są często dziwne, poniżające, uwłaczające godności dziecka, ale kobietami zawsze kieruje miłość i głębokie poczucie, że ich działania wyjdą dziewczynce na dobre. 

Autorka natomiast świetnie oddała poszczególne charaktery. Sama Anne i jej impulsywność, rozmarzenie i zapalczywość to niezwykle udany portret, choć zaskakuje, jak dobrze dziewczynka sobie radzi psychicznie ze swoją przeszłością. Być może ogromna wyobraźnia ratuje ją przed traumatycznymi skutkami zaniedbania, wykorzystania i braku miłości. Montgomery szkicuje kolejne postaci z ogromną dozą humoru i sympatii - zwłaszcza widocznych w przypadku na pozór kostycznej Marilli. Zresztą humor to jedna z głównych cech stylu Kanadyjki - wszystkie przygody i nieszczęścia Anne są opisane z taką serdecznością i w tak dowcipnym stylu, że nie sposób się nie uśmiechnąć.  

Postaci męskie nie odgrywają tak dużej roli jak kobiece. Mamy do czynienia jedynie z Matthew i kolegami Anne, z których najwięcej miejsca przypada Gilbertowi. Oczywiście rola Matthew jest niezaprzeczalnie ogromna, ale na dobrą sprawę to dość kuriozalna postać - ten niewytłumaczalny lęk przed kobietami, samotnictwo i milcząca natura skłaniają do myślenia o jakichś traumatycznych przeżyciach lub zaburzeniu. 
Avonlea to jednak miejsce silnych i zdecydowanych kobiet. Oprócz nich ogromną rolę odgrywa tu natura - to chyba największa i najważniejsza bohaterka tej powieści. Życie toczy się w zgodzie z rytmem pór roku, a zmieniająca się przyroda nieustannie zachwyca Anne. Autorka wplata opisy otaczającego świata na każdym kroku, ale nie czyni z nich przydługich wywodów, lecz przepiękne tło dla wydarzeń. 

Bardzo jestem ciekawa kolejnych tomów w nowym tłumaczeniu, na pewno wreszcie przeczytam cały cykl!

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Anne z Zielonych Szczytów, tł. Anna Bańkowska, czyt. Vanessa Aleksander, Marginesy 2021.

wtorek, 18 października 2022

"Jak wymówić knife" Souvankham Thammavongsa

 


Autorka zbioru Jak wymówić knife jest córką emigrantów z Laosu i o życiu emigrantów traktują jej opowiadania. To teksty krótkie, acz dobitne w swojej wymowie, ale i nie pozbawione emocji. Co ciekawe, nie zawsze będą to emocje negatywne, sporo tu humoru, ironii, dystansu.
Jak to ze zbiorami opowiadań bywa, nie każde zachwyci w tej samej wierze, ale nie znalazłam tu tekstu, który odstawałby od innych, był wyraźnie słabszy. 

Thammavongsa bierze na tapet całą gamę tematów, z jakimi borykają się uchodźcy czy emigranci. Pierwszym z nich będzie oczywiście język - podstawowa bariera, na jaką natykają się świeżo upieczeni emigranci. Inne tematy to samotność i osamotnienie, tęsknota, poczucie niższości, praca poniżej swoich umiejętności i wreszcie problemy rodzinne. Tu przede wszystkim chodzi o niezrozumienie między rodzicami i dziećmi, które szybciej i łatwiej integrują się w nowych warunkach. Autorka świetnie przedstawia ten konflikt pokoleniowy, który staje się konfliktem emigracyjno-integracyjnym.

Dla mnie ten zbiór jest szczególnie ciekawy, bo emigrację obserwuję od wielu lat - widzę różne jej oblicza, działania, taktyki i sposoby na integrację. Perspektywa laotańska wcale nie jest odmienna od polskiej - może anturaż jest inny, ale problemy dokładnie takie same. Thammavongsa świetnie ujmuje najistotniejsze problemy i prezentuje je bez zbędnych ozdobników. Dobra rzecz, ale ze względu na krótkość poszczególnych tekstów zapewne szybko uleci z mojej pamięci. Chętnie przeczytałabym dłuższą formę tej autorki, potrafię sobie zresztą wyobrazić przynajmniej kilka opowiadań jako zalążki powieści.

Moja ocena: 4/6

Souvankham Thammavongsa, Jak wymówić knife, tł. Emilia Skowrońska, 144 str., Wydawnictwo Labreto 2022.

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"Grace i Grace" Margaret Atwood

 


Grace Marks - słynna kanadyjska morderczyni, która w połowie XIX wieku została skazana na dożywocie za zamordowanie wraz z Jamesem McDermottem pana Kinneara, właściciela domu, w którym pracowali oraz jego gospodyni Nancy Montgomery. Grace miała zaledwie 16 lat i nie przypominała sobie okoliczności zabójstwa, dlatego odstąpiono od kary śmierci i umieszczono dziewczynę najpierw w domu dla obłąkanych, a następnie w więzieniu.

Przypadek Grace rozogniał umysły ówczesnej śmietanki towarzyskiej, wśród której modny był spirytyzm i filantropia. Mocna grupa wierząca w niewinność dziewczyny zaangażowała doktora Simona Jordana, psychiatrę z USA, który podczas rozmów z kobietą chciał dotrzeć do prawdy i spróbować pomóc jej odzyskać pamięć. Podczas długich i intymnych rozmów Grace opowiada młodemu lekarzowi swoje życie - biedę w Irlandii, traumatyczną emigrację do Kanady, opisuje śmierć matki, przemocowego ojca, podjęcie pracy, utratę przyjaciółki i wreszcie nieszczęsną posadę u Kinneara. To fascynująca opowieść inteligentnej kobiety, bystrej obserwatorki, nie stroniącej od humoru i ironii. Między doktorem, a piękną Grace nawiązuje się nić zrozumienia, fascynacja wykraczająca poza zawodowe ramy. Równocześnie trudno określić, czy Grace to uwikłana w nieszczęśliwe zdarzenie kobieta, manipulantka czy osoba chora psychicznie. 

To wspaniała powieść psychologiczna - poznajemy nie tylko postać Grace, ale i rozterki doktora - która jednak nie daje prostych odpowiedzi i pozostawia czytelnika z domysłami. Konstrukcja powieści oparta jest na rozmowach, przeplatanych listami, relacjami z wydarzeń aktualnych, cytatami z procesu, zapiskami osób, które miały z Grace styczność oraz publikacjami na jej temat. Każdy rozdział zatytułowany jest nazwą wzoru używanego do ozdabiania kołder - taka własnoręcznie wykonana dla siebie kołdra jest też marzeniem Grace, zdolnej szwaczki. 

Zachwycił mnie styl tej powieści, jej wieloznaczność, mnogość szczegółów i podtekstów. Zachwycił feministyczny, ale i seksualny kontekst - nierozerwalny podział na świat kobiecy i męski oraz dominacja tego drugiego. Zachowanie postępowego przecież lekarza jest tu znamienne i dobitnie ukazuje, jak postrzegane są kobiety. Los każdej z przedstawionych tu postaci kobiecych zresztą naznaczony jest przez mężczyzn - poczynając od matki Grace, poprzez jej przyjaciółkę Mary, na kobietach w domu komendanta i stancji lekarza kończąc. Życie i osądy opierały się na stereotypach, Atwood fantastycznie pokazuje, jak mocno zawężały one horyzont zarówno kobiet jak i mężczyzn. 

To była wspaniała lektura, a do mojego zachwytu przyczyniła się świetna interpretacja Anny Dereszkowskiej oraz bardzo udane tłumaczenie Aldony Możdzyńskiej-Białej - autentycznie nie mogłam się oderwać od słuchania.

Moja ocena: 6/6

Margaret Atwood, Grace i Grace, tł. Aldona Możdżyńska-Biała, czyt. Anna Dereszkowska, 576 str., Wydawnictwo Noir Sur Blanc.

wtorek, 22 marca 2022

"Nikolski" Nicolas Dickner

 


Nikolski to opowieść o trzech osobach, których na pozór nic nie łączy. Jest antykwariusz, którego jedynym wspomnieniem ojca jest tandetny kompas, jest także Noah wychowany w kamperze poruszającym się w rytmie pór roku po bezdrożach Kanady i jest Joyce - potomkini piratów, wychowana przez ojca i dziadka. 

Tę trójkę łączą skomplikowane więzy rodzinne, ale nigdy się o tym nie dowiedzą. Będą krążyć wokół siebie, spotykać się i potykać się o siebie, podążając za własnym losem i przeznaczeniem. Wszyscy będą szukać - nie tylko sensu życia, ale przedmiotów, odpowiednio: książek, artefaktów z przeszłości i części komputerowych. Nikolski to powieść o szukaniu właśnie - to szukanie polega na umieszczaniu własnej egzystencji w szerszym kontekście, a także na odnajdywaniu własnej ścieżki z dala od rodziny (często niepełnej). To także rozważanie o tym, na ile pochodzenie i skład DNA ma wpływ na nasze życie. Czy dzielenie genotypu uczyni z nas podobnymi ludźmi, osobami o takich samych zainteresowaniach? A może paradoksalnie oddali nas od siebie jeszcze bardziej?

Mimo tych ciekawych dla mnie założeń, powieść Dicknera mnie nie ujęła i raczej nie będę jej po latach wspominać. Podobało mi się wprawdzie nawiązanie do wielu kanadyjskich problemów: rdzenni mieszkańcy, piraci, przesiedlenia, ale są one w tej książce jedynie dodatkiem, tłem, a nie głównym tematem. Podobała mi się także przeplatająca narracja, chętnie odkrywałam połączenia między bohaterami, ale same postaci mnie nie ujęły. Nie mogę Nikolskiemu w zasadzie nic zarzucić, to dobrze napisana proza, z twistem, łamigłówką, wieloma wątkami, ale jednak czegoś (tylko czego?) tu zabrakło.

Moja ocena: 4/6

Nicolas Dickner, Nikolski, tł. Andreas Jandl, 304 str., Frankfurter Verlagsanstalt 2009.

wtorek, 11 stycznia 2022

"Pat z Srebrnego Gaju" Lucy Maud Montgomery

 


Jakże ciężko mi się czytało tę książkę! Nie poznałam Pat w dzieciństwie, a dorosłe podejście nie pozwoliło mi na bezkrytyczne czytanie tej powieści. Zmęczyłam się więc niekończącymi monologami Judysi oraz romantyczną wizją życia.

Pat poznajemy jako kilkulatkę i towarzyszymy jej aż do osiągnięcia dorosłości. To rezolutna dziewczynka, która wychowuje się wśród licznego rodzeństwa, a jej najważniejszą powiernicą jest Judysia - pomoc domowa. Judy pochodzi z Irlandii i jej liczne monologi utrzymane są w dialekcie i pełne są galickich wierzeń. To właśnie Judysia ma największy wpływ na wychowanie i kształtowanie światopoglądu Pat. Matka jest wieczną nieobecną. I chociaż w rodzinie wszyscy ją kochają i poważają, co uwydatnione jest pod koniec książki, to trudno w to uwierzyć, skoro przewija się tylko w tle. Nie w powieści praktycznie żadnych interakcji między Pat a mamą, dziewczynka z wszystkimi problemami zwraca się do Judy. 

Pat bezgranicznie za to kocha swój dom i ogród. Jej największym marzeniem jest, by rodzina nigdy się nie rozstała i wiecznie mieszkała w Srebrnym Gaju. Dziewczyna z niechęcią podejmuję naukę, by wyszkolić się na nauczycielkę, ponieważ nie ma żadnych ambicji naukowych czy zawodowych. W odróżnieniu do innych powieści Montgomery, Pat nie ma także zadatków na pisarkę, ale uwielbia czytać poezję i nadawać nazwy różnym miejscom. Niestrawne jest natomiast charakterystyczne dla ówczesnych czasów podejście do kobiet - ciągłe ocenianie wyglądu, stroje, rozmowa o zamążpójściu jako jedynym celu życia.

Życie Pat to nie tylko piękne wydarzenia - są tu oczywiście trudne chwile związane ze stratą i śmiercią. Wątek śmiertelnej choroby, z której główna bohaterka ledwo wychodzi, wydaje się być typowy dla twórczości Montgomery tak samo jak wielka niezauważona miłość. Przyznam, że męczyły mnie te sztampowe rozwiązania podobnie jak wyżej wspomniane monologi. Zresztą cała narracja zasadzona jest właśnie na rozmowach Pat z Judysią, co po jakimś czasie staje się monotonne. 

Najciekawsze są piękne opisy przyrody, wyspy, okolic i samego domu oraz ogrodu. Montgomery maluje piórem, tworząc bardzo sugestywne obrazy, ale to nie wystarczy, żeby ta powieść mogła zainteresować.

Moja ocena: 3/6

L.M. Montgomery, Pat of Silver Bush, 278 str., Seal Books 1988.

środa, 1 września 2021

"Motherhood" Sheila Heti

 


Temat macierzyństwa, a właściwie chęci posiadania dziecka uważam od dawna za interesujący. Kobiety poniekąd z automatu wpadają w rolę matki, bezrefleksyjnie przejmując oczekiwania społeczne za własne pragnienie. Oczywiście nie wszystkie, ale jednak bardzo wyraźnie czuć tę presję i to właśnie te kobiety, które dzieci nie chcą, często zmuszane są do wyjaśniania swojej postawy.

Sheila Heti w swojej powieści rozprawia się właśnie z tą kwestią, opisując ja z perspektywy kobiety po trzydziestce i pisarki, nie pomijając takich aspektów jak jej związek oraz stosunek do matki. Heti nigdy nie pragnęła mieć dzieci, ale liczne koleżanki i znajome poniekąd wepchnęły ją w rozterki. Wraz z kolejnymi ciążami i spotkaniami wahanie Heti rośnie do tego stopnia, że staje się obsesją.

Ta książka to zbiór jej zapisków, krótkie eseje, ale także opisy rozmów z innymi kobietami, z partnerem, z matką oraz krótki szkic historii rodziny. Heti wciąż obraca się wokół tego samego tematu. Początkowo jej rozważania są ciekawe, wiele spostrzeżeń bardzo celnych a jej rozterki całkowicie zrozumiałe. Z czasem jednak książka robi się męcząca, szczególnie gdy autorka odwołuje się do wróżb i snów. Ten aspekt jest zupełnie niepotrzebny i z krytycznych esejów tworzy poniekąd farsę. Myślę, że gdybym czytała tę książkę, podkreśliłabym kilka myśli, ale tylko kilka. Zbyt dużo tu kręcenia się w kółko, nadmiernego analizowania, kombinowania, wracania do tych samych myśli. Spodziewałam się książki dużo bardziej odkrywczej.

Moja ocena: 3/6

Sheila Heti, Mutterschaft, tł. Thomas Überhoff, czyt. Claudia Michelsen, 320 str., Finch&Zebra Verlag 2019.

wtorek, 9 marca 2021

"Testamenty" Margaret Atwood

 


Sięgając po tę książkę, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Wyobrażałam sobie, że zacznie się tam, gdzie Opowieść podręcznej się skończyła. Tymczasem Atwood stworzyła odrębną narrację, o zupełnie innej strukturze i kompozycji. 

Akcja Testamentów umieszczona jest piętnaście lat później, gdy w Gileadzie dorasta kolejne pokolenie kobiet, które nie zna już życia sprzed dyktatury. Poznajemy je z punktu widzenia trzech z nich - ciotki Lydii, która stoi na czele domu Arua i pociąga za wszystkie sznurki w świecie kobiet, Agnes, która jest uczennicą w szkole dla dziewcząt, pochodzi z dobrego, wysoko postawionego domu i wychowywana jest na przyszłą żonę komendanta oraz Daisy, która mieszka w Kanadzie i o Gileadzie uczy się w szkole. 

Dzięki każdej z tych postaci, ukazuje się inny obraz Gileadu. Ciotka Lydia pokazuje korupcję, wewnętrzne walki o stanowiska, władzę, sposób podejmowania decyzji. Jej bliska znajomość z komendantem Juddem ukazuje, jak chory jest od środka system Gileadu - oczywiście, to żadna nowość. Wiemy, że to, co wymagane jest od obywateli zupełnie nie dotyczy rządzących. Ciotka Lydia, pisząc pamiętnik, wspomina o swojej przeszłości, o tym, jak została złapana, wyrwana z zawodu sędzi, o jej pierwszych miesiącach w dyktaturze. Te fragmenty świetnie ukazują zamysł Atwood - jej dogłębne przemyślenie konstrukcji obu powieści. Jeszcze ciekawsze są opowieści dwóch nastolatek - jednej głęboko zakorzenionej w ideologii Gileadu i tej drugiej, która jej zupełnie nie rozumie. Każda z nich relacjonuje swoje życie. Agnes przygotowywana jest na bliski ożenek, nie potrafi czytać ani pisać, w szkole poznała tylko umiejętności przydatne każdej żonie. Daisy natomiast oburzona jest traktowaniem kobiet za południową granicą i bierze udział w protestach. Jej punkt widzenie całkowicie się zmienia, gdy dowiaduje się, że z Gileadem łączy ją więcej, niż by się mogła kiedykolwiek spodziewać. 

Ta książka nie zawiera w sobie takiej niespodzianki jak Opowieść podręcznej. W końcu wiemy już, o co chodzi w Gileadzie i bardziej ciekawi nas, jak się państwo rozwija. Dzięki potrójnej perspektywie czytelnik ma szansę poznania państwa z wielu punktów widzenia. Najwięcej zdradza tu oczywiście Ciotka Lydia, której zamiary poznajemy praktycznie od początku powieści. Atwood nie ma na celu zaskoczenia czytelnika, dość szybko domyślamy się powiązań i rozwoju wydarzeń, ale to nie ujmuje książki atrakcyjności. Dużo ciekawsze jest odkrywanie zamysłu autorki, nawiązań do aktualnej sytuacji na świecie. W tej powieści Kanadyjka jeszcze dobitniej ostrzega przed tym, co może się wydarzyć i przed tym, co już się dzieje. Mam tu na myśli oczywiście prawa kobiet, ale i przemiany klimatyczne.

Największym błędem będzie porównanie tej powieści do Opowieści podręcznej - nie ma tutaj tego efektu zaskoczenia. Atwood postawiła na zupełnie inną narrację, konstrukcję, skupia się na innych aspektach Gileadu, ten rozrodczy przecież już znamy. Początkowo nie planowałam lektury tej książki, sięgnęłam po nią, ponieważ będziemy ją omawiać na następnym spotkaniu mojego klubu książkowego i teraz cieszę się jednak, że się na lekturę zdecydowałam.

Moja ocena: 4,5/6

Margaret Atwood, Die Zeuginnen, tł. Monika Baar, 574 str., ebook Berlin Verlag 2019.

czwartek, 17 września 2020

"Dzban ciotki Becky" Lucy M. Montgomery

 


Na fali czytania powieści Montgomery sięgnęłam po tę, dotąd mi nieznaną, książkę. Przyznać muszę jednak, że była to lektura nad wyraz męcząca i długa. Montgomery nie udało się wyjść ponad sentymentalny schemat, a przyjemności z czytania nie przysłużyła się tytułowa plątanina charakterów, postaci i imion. 

Ciotka Becky to seniorka dwóch rodów, które od wielu lat praktykują lżejszą wersję kazirodztwa. Na słynnych podwieczorkach u ciotki spotykają się wszyscy przedstawiciele powiązanych ze sobą ściśle rodów, co jest świetną okazją do wyśmiewania ich przywar, do plotkowania i obserwowania kto, z kim i co. Ciotka Becky szykuje się jednak do umierania i wzywa ród po raz ostatni, by zdecydować komu przekaże słynny dzban - rodzinną pamiątkę. Ciekawość, zawiść i chciwość pędzą wszystkich krewnych na to mało ciekawe i przyjemne spotkanie. Ciotka oczywiście wystrychnie wszystkich na dudka, bo oprócz tego, że przekaże wybranym krewnym niektóre ze swoich bibelotów (przeważnie prezent jest nietrafiony), nie ogłosi spadkobiercy dzbanu. Za to ogłosi kilka przykazań, według których chętni na dzban mają żyć, pozostawiając przedmiot w rękach jednego z mężczyzn, który po roku od jej śmierci przekaże go wybrankowi. 

Zakaz przeklinania, obowiązek żeniaczki i inne bezsensowne nakazy będą miały wpływ na chciwych krewnych, do tego stopnia, że kawalerowie i stare panny na siłę będą chcieli się żenić. Na tym tle Montgomery szkicuje bliżej historię niektórych z członków rodów. Jest małżeństwo, które nie spędziło ze sobą ani dnia na skutek kłótni po przekroczeniu progu nowego domu tuż po uczcie weselnej. Przez dziesięć lat nie udało im się wyjaśnić tego konfliktu, którego istoty nikt nie zna, co oczywiście jest świetną pożywką do plotek. Jest osiemnastolatka beznadziejnie i romantycznie zakochana w chłopaku z innego rodu, co nie podoba się jej krewnym. Jest para starych kawalerów, która dotychczas wiodła spokojne życie pod jednym dachem, aż kłótnia o dzban i nakazy ciotki Becky ich rozdzieli. Jest romantyczna pięćdziesięciolatka, która pisze wiersze i marzy o własnym domku. Jest sierota, chłopak niecnie wykorzystywany przez wuja i ciotkę, samotny, niekochany, nieszczęśliwy.

Czytając tę książkę, trzeba mieć mocne nerwy, by znieść taką ilość romantyczno-cukierkowych bzdur, obłudy i plotkarstwa oraz nie pogubić się w nudnych perypetiach wujków, ciotek, kuzynek i kuzynów. Polecam tylko zagorzałym miłośniczkom i miłośnikom Montgomery.

Moja ocena: 3/6

Lucy M. Montgomery, A Tangled Web, 288 str., Seal Books 1989.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

"Janka z Latarniowego Wzgórza" L.M. Montgomery

 


O dziwo w dzieciństwie nie czytałam tej książki L.M. Montgomery, a teraz trafiłam na nią dzięki wyzwaniu, o którym wspominałam przy okazji postów o cyklu o Emilce. 

Tytułowa Jane wychowuje się w kostycznym domu wraz z matką, babką i ciotką. Matka odgrywa jednak zupełnie nieistotną rolę w wychowaniu córki. To babka rządzi domem, ustanawia zasady i decyduje o wychowaniu Jane, mając pod pantoflem swoje dzieci i wnuczkę. Dwoje z dzieci założyło rodziny i spotyka matkę tylko na obiady, natomiast córka Gertrud, która nigdy nie wyszła za mąż mieszka z matką. Robin zaś do domu wróciła z trzyletnią córką, gdy przestało się układać w jej związku. Matka nigdy nie aprobowała jej małżeństwa, więc z chęcią przyjęła córkę z wnuczką, choć życie w separacji nie jest pozbawione skandalu.

Na Jane skupia się cała niechęć babki do wybranka najmłodszej córki. Dziecko wychowywane jest niezwykle surowo, ciągle musi znosić sarkastyczne uwagi na temat jej zainteresowań i gustu, nie wolno się jej śmiać, bawić, głośno zachowywać. Jane jest tak zastraszona, że ciągle popełnia błędy, porusza się niezdarnie, nie radzi sobie w szkole. Jej matka znosi dryl babki, na czułości z córką pozwala sobie tylko wieczorami, gdy babka jej nie widzi. Aż trudno uwierzyć, że Jane całkowicie nie zwariowała w tym pozbawionym miłości, serdeczności, szczerości i rozmów domu. Jej los odmienia się, gdy przychodzi list, w którym ojciec zaprasza ją do siebie na wakacje - na Wyspę Księcia Edwarda. Tam Jane rozkwita, gdyż od pierwszego wejrzenia nawiązuje z ojcem bliską więź. Co więcej, dziewczynka odkrywa w sobie niespotykane umiejętności - potrafi wspaniale gotować, gospodarzyć, prowadzić ogród, pływać. Jest śmiała, odważna, zdolna, otoczona przyjaciółmi. Ten kontrast między życiem na wyspie a w Toronto nie mógłby być większy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Montgomery tutaj nieco poniosło i stworzyła postać nierealną, wyidealizowaną. 

W przeciwieństwie do rezolutnej Jany, jej rodzice są życiowymi niezdarami - nie mają za grosz zainteresowań praktycznych, żyją urojeniami. Ojciec jako autor przebywa w swoim świecie, matka natomiast rozpieszczona pieniędzmi matki spędza czas na przyjęciach i spotkaniach. Nie trudno się domyślić, że i tu autorka zbyt przejaskrawiła te postaci, czyniąc je karykaturalnymi. Zresztą to samo można powiedzieć o babce. 

Mimo tych wad przeczytałam tę powieść z przyjemnością, a to ze względu na potoczysty, gawędziarski styl Montgomery. Jej powieści po prostu się połyka, aczkolwiek zapewne tylko w wypadku, gdy zapałało się miłością do jej prozy w dzieciństwie. Trudno mi sobie wyobrazić, że współcześni młodzi czytelnicy znajdą w tej książce coś dla siebie.

Moja ocena: 3/6

L.M. Montgomery, Jane from Lantern Hill, 274 str., McClelland & Stewart 1989

czwartek, 23 lipca 2020

"Emilka ze Srebrnego Nowiu", "Emilka dojrzewa", "Emilka na falach życia" Lucy Maud Montgomery

                                    

Cykl o perypetiach Emilki Lucy Maud Montgomery jest mniej znany niż Ania z Zielonego Wzgórza, ale niemniej warty uwagi. Z lektury tych książek mam mniej wspomnień, zachowały się u mnie da tomy - pierwszy i trzeci, więc drugi (zapewne wtedy nie udało mi się go zdobyć) przeczytałam po angielsku. 
Emilkę poznajemy w przełomowym momencie jej życia - właśnie umiera jej ojciec i dziewczynka zostaje sierotą. Jej mama nie żyje od dawna, jedynymi krewnymi jest rodzeństwo matki. Rodzina kostyczna, o sztywnych zasadach i o dobrym zapleczu finansowym. Spotkani ciotek i wujów z Emilką jest jednak zderzeniem dwóch światów. Emilka została wychowana w swobodzie, dziko, bez reguł, karcenia, za to otoczona miłością i zrozumieniem. Nowo poznani członkowie rodziny są zgoła inni - krytykują dziecko na każdym kroku w jego obecności, traktują ją jak przedmiot, który należy rozdysponować. Nieświadoma niestosowności swoich zachowań Emilka od razu sprawia złe wrażenie. Na szczęście zostaje zabrana do domu ciotek Elżbiety i Laury, który wydawał się być jej najmniej obcy. I faktycznie Laura to dobra dusza, emocjonalna, która od razu pokochuje dziewczynkę. Elżbieta bardzo długo utrzymuje wiktoriańską fasadę w swojej próbie wychowania Emilki na rozsądną panienkę. Na szczęście na Srebrnym Nowiu mieszka też kuzyn Jimmy, który jest nieco dziwaczny i na swoje dziwactwa może sobie pozwolić. W dzieciństwie z winy Elżbiety wpadł do studni i na skutek urazu jest podobno nieco upośledzony, np. pisze wiersze. Emilka znajduje w nim pokrewną duszę, ponieważ tak jak on kocha naturę, zachwyca się nią, uwielbia poezję i prowadzi pamiętnik, w którym sama tworzy pierwsze wiersze.

Emilka stara się zadowolić swoim zachowaniem surowe wymagania nowej rodziny, ale jej nieokiełznana, fantazyjna natura nie raz wprowadza ją w tarapaty, a rodzina matki nie rozumie zamiłowania do pisania i tworzenia fikcji, uznając że te zainteresowania musiała odziedziczyć po ojcu. Emilka bardzo szybko zakochuje się w urodzie okolicy nowego domu i poznaje przyjaciół - Ilzę, Perry'ego i Tadzia. W kolejnych tomach Montgomery opisuje dorastanie dziewczyny, jej wyjazd do miasta, gdzie kontynuuje naukę, mieszkając u bardzo jej niechętnej ciotki Ruth. Wtedy też coraz bardziej poważnie zaczyna myśleć o pisarstwie, zwłaszcza gdy po raz pierwszy jej wiersze zostaną opublikowane w czasopismach. Wraz z ukończeniem szkoły, Emilka wraca na Srebrny Nów, a jej przyjaciele rozjeżdżają się na studia. Młoda kobieta decyduje poświęcić się pisarstwu, ale jako panna na wydaniu ma sporo innych problemów. Jej miłość z dzieciństwa - Tadzio nie wydaje się być nią zainteresowany, a wszyscy kandydaci do jej ręki są nie do zaakceptowania. Najpoważniejsza jest przyjaźń z Deanem Priestem - przyjacielem jej ojca, którego zna od pierwszego roku zamieszkania na Srebrnym Nowiu i który jest dla niej niekończącą się inspiracją do rozmyślań i źródłem wiedzy. To jedna z najbardziej polaryzujących postaci cyklu. Trudno go polubić, bo jego stosunek do Emilki jest dziwny, czasem wręcz zatrważający - od momentu poznania oplata dziewczynkę siecią, stale sugerując, że należy do niego. Emilka poddaje się tej przyjaźni, Dean traktuje ją poważnie, wspiera w pasjach, pokazuje wielki świat, opowiada o podróżach. Ten związek jednak budzi niepokój, dorosły mężczyzna spędza nad wyraz dużo czasu z dzieckiem, a potem nastolatką.

Montgomery bardzo ciekawie przedstawia charaktery - szczególnie Emilki, Ilzy, Perry'ego, kuzyna Jimmy'ego i ciotki Elżbiety. Dość blado wypada natomiast ciotka Laura oraz Tadzio. Niewiele dowiadujemy się o ich usposobieniu. Zwłaszcza ten ostatni, postać tak ważna, znika wśród innych silnych postaci. Autorka stawia przede wszystkim na wiele niespotkanych wydarzeń i przypadków, które zmieniają bieg akcji. Mimo że daleko wielu tym przygodom do realizmu, to jednak czynią one akcję wartką i zwyczajnie ciekawą. Liczne opisy przyrody, która tak zachwyca romantyczną Emilkę są po prostu piękne - dobór słów, antropomorfizacja wielu zjawisk i ścisłe powiązanie ich z akcją czynią z Wyspy Świętego Edwarda kolejnego bohatera książki. 

To nie jest cykl, który poleciłabym każdemu współczesnemu czytelnikowi. Wiem, że moja córka na pewno by nie strawiła tego stylu, a także zasad, podziału klasowego, roli kobiety w ówczesnych czasach. I mnie ówczesne traktowanie i wychowanie dzieci oraz naiwność Emilki mierziły, ale dla mnie była to raczej nostalgiczna podróż wstecz - w trakcie lektury przypominałam sobie niektóre fragmenty, choć całości już nie pamiętałam. Cieszę się, że wróciłam do L. M. Montgomery już teraz - planowałam ten powrót dopiero na przyszły rok, tymczasem Emilka umiliła mi pandemiczną rzeczywistość.

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Emilka ze Srebrnego Nowiu, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 334 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1988.
Lucy Maud Montgomery, Emily rises, 325 str., Starfire 1983.
Lucy Maud Montgomery, Emilka na falach życia, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 222 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1990.

środa, 13 listopada 2019

"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood


Od dawna planowałam wreszcie sięgnąć po prozę Margaret Atwood i wreszcie zmotywowałam sama siebie, proponując Opowieść podręcznej mojemu DKK. Myślę, że o tej książce napisano wiele, najpóźniej po słynnym serialu, ja jednak, na szczęście, nie znałam wcześniej jej treści, nawet w zarysie. Nie spodziewałam się, że Atwood stworzyła swego rodzaju dystopię - świat podporządkowany surowym regułom i doprowadzonej do absurdu wierze w boga. W tym świecie każdy ma przypisaną rolę - mężczyźni mogą być komendantami lub powieszonymi na murze dysydentami. Kobiety natomiast to Żony, Marty, Gospożony, Podręczne lub ewentualnie prostytutki. Jeśli ktoś nie pasuje do żadnej z tych ról, czeka go zesłanie do Kolonii. Największym problemem jest utrzymanie przyrostu naturalnego - dzieci to rzadkie dobro, a Podręczne mają służyć jako naczynia, czyli, dosadnie mówiąc, jako kobiety rozpłodowe. Przyczyną spadku urodzeń były katastrofy ekologiczne, niekontrolowany rozwój przemysłu - tyle można wyczytać pomiędzy wierszami. Reżim jest odpowiedzią na swobodę kobiet, na ich prawa i wolności. Freda, jako jedna z pierwszych została umieszczona w ośrodku prowadzonym przez Ciotki, których zadaniem jest manipulacja kobiet i ich zmiana. Kobieta pamięta jednak swoje uprzednie życie i szuka sposobu na ucieczkę od swojego losu. Nadzieję dają jej małe sygnały - słowa wyryte w jej szafie, krótkie informacje od innych Podręcznych, postawa Moiry - byłej przyjaciółki, która nie chce się ugiąć. 

Narracja powieści rozgrywa się niemal całkowicie w głowie głównej bohaterki - Fredy. Wiele dzieje się tu na poziomie uczuć. Fredzie nie wolno czytać, praktycznie nie ma możliwości mówienia, więc cały świat odbiera za pomocą zmysłów. Obserwuje, sucha, wyraża uczucia za pomocą mimiki, a w głowie analizuje swoje położenie i wspomina życie przed reżimem. Zmiany następowały stopniowo - wizja Atwood jest jednak przerażająca. Gdy pisała tę książkę, była zapewne zupełnie nierealna, mnie napawa jednak lękiem fakt, jak wiele z opisanych przez nią mechanizmów właśnie teraz się dzieje. Co gorsza autorka oparła się na wielu reżimach i uregulowaniach wypróbowanych na różnych etapach rozwoju ludzkości, kompilując je w tę przerażającą wizję.

Dla mnie najgorszą wizją jest niemożność czytania, bezczynność, bierność, bycie traktowanym jak przedmiot. Koszmarna wizja, życie, którego nie da się przeżyć.

To dobra, poruszająca powieść, świetna proza.

Moja ocena: 5/6

Margaret Atwood, Opowieść podręcznej, tł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, 368 str., Wielka Litera 2017.


środa, 4 stycznia 2017

"Zatrute ciasteczko" Alan Bradley


Od dłuższego już czasu obserwowałam entuzjastyczne recenzje kolejnych książek o Flavii de Luce i przymierzałam się do lektury tej serii. W grudniu sięgnęłam po pierwszy tom i raczej po kolejne nie sięgnę. Nie złapałam bakcyla, nie polubiłam ani Flavii, ani jej rodziny, ani miasteczka, w którym mieszka. A co gorsza nie zainteresowała mnie zupełnie zagadka kryminalna. Minęły niecałe dwa tygodnie od lektury, a ja z wysiłkiem przypominam sobie szczegóły akcji.

Flavia do bez wątpienia rezolutna, inteligentna i wyjątkowo intensywnie zainteresowana chemią nastolatka. W domu nie ma łatwo - dwie starsze siostry są jej największymi wrogami, ojciec zatopiony w swojej kolekcji znaczków ignoruje córki, a mama zginęła podczas wspinaczki, gdy Flavia była małym dzieckiem. Jedyną bratnią duszą wydaje się być ogrodnik, bo na pewno nie zrzędliwa kucharka. Dziewczyna zajęta jest głównie wymyślaniem podstępów i sposobów na dogryzienie siostrom. Domowy rytm zakłóca jednak dziwna, nocna wizyta w domu de Luce oraz trup w ogrodzie! Trup oczywiście znaleziony przez Flavię, która, niedoceniana przez policję należy dodać, rozpoczyna własne śledztwo, które polega na karkołomnych wycieczkach, przeglądaniu starych gazet, rozmowach i wielu wyprawach na rowerze.

Akcja powieści rozgrywa się na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i zachwyca angielskim klimatem. I to chyba jedyny aspekt, który naprawdę mi się podobał. Mnóstwo informacji na temat kolekcjonowania znaczków, o filatelistycznych rarytasach, o funkcjonowaniu angielskich szkół czy policji. Flavia próbując odkryć ogródkowego mordercę trafia na nieznane jej fakty z przeszłości ojca, przez pewien czas nawet właśnie jego podejrzewa o zabójstwo.
Sama zagadka nie wydała mi się być szczególnie pasjonująca, zabójca był dla mnie oczywisty dosyć wcześnie, a starania i przygody Flavii nierealne.

Nie jestem przekonana do kolejnego spotkania z Flavią. Myślałam, by polecić tę książkę mojej córce, być może jej przypadnie bardziej do gustu.

Moja ocena: 3/6

Alan Bradley, Mord im Gurkenbeet, tł. 

wtorek, 26 lipca 2016

"Widok z Castle Rock" Alice Munro



Po drugim podejściu do prozy Munro stwierdzam, że się z nią chyba nie polubię. Przepadam za historiami rodzinnymi, za poszukiwaniem przodków i splataniem odnalezionych informacji w całość. Na taką wyprawę w przeszłość wybrała się autorka. Najstarsze dokumenty zaprowadziły ją do Szkocji, gdzie tropiła informacje o rodzinie Laidlawów. Pierwsza część książki to właśnie mozaika faktów i dopisanych do nich historii, zlepek pojedynczych informacji, fragmenty i urywki połączone w całość.

Munro opisuje trudne, pełne wyrzeczeń życie na szkockim pustkowiu oraz emigrację do Ameryki. Większa część rodziny osiadła na terenach kanadyjskich ale nowy świat nie okazał się być przyjazny. To ponownie wyrzeczenia, poznawanie nowego kraju, ciężka praca i walka z przyrodą.

Ostatnia część książki to dzieciństwo autorki, lata młodzieńcze i w końcu wiek dojrzały. Wszystkie jedenaście opowiadań tworzą spójną całość - to właściwie powieść, a opowiadania w moim odczuciu mają funkcję rozdziałów. Język noblistki jest stosunkowo prosty, dopasowany do opisywanych wydarzeń. To przecież książka o zwykłym życiu zwykłych ludzi. Ich losy kręcą się wokół walki o przeżycie, ich dogmatem jest uczynność, religijność i prawość. Nie ma miejsca w ich życiu na fanaberie, artyzm czy rozrywkę.

W zasadzie nie mogę tej książce nic zarzucić, mimo to zabrakło mi w niej ikry, tego nieuchwytnego składnika, który nie pozwala oderwać się od lektury. Po raz kolejny Munro zaprezentowała mi dobrą prozę, która jednak w żaden sposób mnie nie porwała i nie pozostawiła po sobie żadnego wrażenia. Pewna jestem, że za miesiąc nie będę już pewnie pamiętać wiele z treści. Nie sądzę, bym skusiła się na kolejne spotkanie z prozą Munro.

Moja ocena: 3/6

Alice Munro, Wozu wollen Sie das wissen?, tł. Heidi Zerning, 384 str., Fischer Verlag.