Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kambodża. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2020

"Pianie kogutów, płacz psów" Wojciech Tochman


Kambodża należy do tych krajów, które wspominam najmilej. Nasza dość krótka wizyta w Siam Raep w 2011 roku była jedną z najcudowniejszych podróży. Były z nami nasze wtedy dwu- i sześcioletnie dzieci, które były wspaniałym pretekstem do nawiązywania rozmów, których udało się nam przeprowadzić zaledwie kilka. Mając w pamięci historię tego kraju, miałam nadzieję na poruszenie tego tematu. Ale, ja pierwsza nie zaczynałam, a Khmerowie go unikali. Rozmawialiśmy o życiu, dzieciach, szkole i obserwowaliśmy codzienne życie. Odbierałam ich jako osoby niezwykle uprzejme, przyjazne, gościnne. Mam wielką świadomość, że obserwowanie kraju tak doświadczonego i biednego z perspektywy turysty, ma wiele wad, a mnie zawsze stawia w niezręcznej pozycji. Zdaję sobie sprawę, że w oczach Khmerów byłam bogatą białą, która wpadła na chwilę do ich świata i która niczego nie zmieni. Gdybym wtedy znała książkę Tochmana, czułabym się pewnie jeszcze gorzej.

Jadąc przez wioski i bezdroża, pewnie dokładniej spoglądałabym w zieleń za domami na palach, by dostrzec uwięzionych chorych. Przedzierając się przez grupy żebrzących dzieci, byłabym jeszcze bardziej dotknięta ich losem. Patrząc na uśmiechy ludzi, jeszcze częściej myślałabym z jakimi traumami się zmagają. Książka Tochmana to tekst o beznadziei, biedzie, rozpaczy, braku uczuć, przemocy, odrętwieniu o wieloletniej, wielopokoleniowej, nie kończącej się traumie. Książki, które tematyzują traumę dotykają mnie najbardziej. Bo by zachorować na zespół stresu pourazowego, nie trzeba iść na wojnę, nawet nie trzeba żyć w nieludzkich warunkach przez wiele lat, nie trzeba nawet patrzeć na mordowanie bliskich, tu wystarczy jedno tragiczne wydarzenie. Jak głęboka, jak otępiająca musi być więc trauma Khmerów, którzy wydarzeń indukujących tę chorobę widzieli i przeżyli setki. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Co ciekawe, to, co dotknęło mieszkańców Kambodży ma swoją własną jednostkę chorobową - baksbat, syndrom złamanej odwagi.

Tochman napisał książkę trudną, bolesną, szczerą. Szukałam w niej choć jednego pozytywnego zdania, jednej pozytywnej historii. Nie ma ich. Został smutek, zagubienie i beznadzieja. Jeśli macie siłę zmierzyć się z taką tematyką, powinniście sięgnąć po ten reportaż. Nie tylko ze względu na przedstawione historie, ale ze względu na postawę autora. To ona najbardziej mnie ujmuje - pokora, tolerancja, brak oceny, empatia, próba zrozumienia. Tego szukam u reporterów i tak sama próbuję postępować, gdy podróżuję. To wybitna i empatyczna proza.

Moja ocena: 6/6

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów, 224 str., Wydawnictwo Literackie 2019.

piątek, 1 marca 2013

"Die Kinder der Killing Fields" Erich Follath


Die Kinder der Killing Fields to najbardziej dogłębna książka przedstawiająca najnowszą historię Kambodży. Moim zdaniem Follath stworzył swoiste kompendium wiedzy o tym kraju. 

W pierwszych rozdziałach autor przedstawia świadków ludobójstwa Czerwonych Khmerów. Follath odwiedza i rozmawia z jednym z nielicznych, którzy przeżyli pobyt w więzieniu S-21. Vann Nath przetrwał dzięki talentowi malarskiemu - w czasie rządów Czerwonych Khmerów malował portrety Pol Pota, po uwolnieniu sceny z pobytu w piekle. Follath podróżuje przez cały kraj by spotkać się z byłym komendantem więzienia czy tamtejszym fotografem. Równocześnie w międzynarodowym trybunale po wielu miesiącach przygotowań rozpoczyna się proces Ducha - dyrektora S-21.
Follath skrupulatnie opisuje losy mężczyzn, ich zachowanie podczas okresu Czerwonych Khmerów oraz ich życie po wyzwoleniu kraju. Podczas tych rozważań stale towarzyszy mu pytanie o winę, o zadośćuczynienie, o konieczność sądu i rozrachunku. Zdumiewające jest jak byli oprawcy wciąż żyją wśród ludności, często pracując na wysokich stanowiskach. 

Follath próbuje dojść do przyczyn takie stanu rzeczy ale także zrozumieć jak w tak spokojnym kraju mogło dojść do objęcia władzy przez jednego z najbrutalniejszych dyktatorów świata. W tych rozważaniach nie może zabraknąć Angkor Wat, a przede wszystkim złotego czasu w dziejach Kambodży, gdy to miejsce było jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji świata. Follath odwiedził kompleks świątyń tuż po wyzwoleniu Kambodży, doświadczył bezpośrednio skutków dyktatury Czerwonych Khmerów, a także przemieszczał się po całkowicie zmilitaryzowanym i wciąż bardzo zaminowanym kraju. 

Niezwykle fascynujące są rozdziały o królu oraz spotkaniu z bratem Pol Pota. Norodom Sihanouk to interesująca postać - król, który przetrwał upadek swojego kraju, trudno jednoznacznie ocenić jego rolę podczas panowania Czerwonych Khmerów. W swoim wywiadzie z Follathem tłumaczy genezę swoich decyzji, jednocześnie jednak epatuje narcyzmem i wyszukaną elegancją.
Wizyta u brata Pol Pota nie przybliża autora do zrozumienia osobowości dyktatora. Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie Pol Pot stał się tak brutalnym władcą. Zdumiewający jest kontrast między pierwszą wizytą u jego brata, wtedy Follath był pierwszy dziennikarzem, który go odwiedził, a drugą, gdy zmęczony wywiadami starszy człowiek wcale nie chce z nim rozmawiać. 

Szukanie ludzkich cech w osobowości potwora wraca w rozdziale opisującym życie Ducha, który po upadku Czerwonych Khmerów prowadził życie szanowanego obywatela, bardzo religijnego, pracującego w amerykańskiej organizacji praw człowieka. Gdy Duch staje przed trybunałem wiele z ofiar odczuwa zadośćuczynienie ale im dłużej trwa proces, tym mniej prości obywatele Kambodży rozumieją jego sens i towarzyszące mu prcedury.

Nabardziej spektakulanym wywiadem książki jest rozmowa z obrońcą khmerskich oprawców. Francuski prawnik, Jacques Vergès, słynie z tego, że przyjmuje obronę najgorszych zbrodniarzy świata, co więcej otwarcie głosi zrozumienie wobec ich działań i nie boi się trudnych tematów oraz niewygodnych pytań.

Follath stara się przedstawić Kambodżę współczesną - kraj, który wydaje się zapominać o swojej najnowszej historii (w szkole ten temat jest pomijany), który niewiarygodnie szybko się rozwija, kraj, w którym rodzi się wiele dzieci, by zapełnić lukę w społeczeństwie. W tym kraju żyją dwie kobiety walczące na dwóch różnych frontach. Somaly Mam pomaga dziewczynom, które zmuszane są do prostytucji, a Soth Som próbuje na nowo stworzyć balet Apsara, którego niemal wszystkie członkinie zginęły.
Jest jeszcze trzecia kobieta, córka Pol Pota, która całkowicie odcięła się od przeszłości i coraz bardziej zbliża się do świty premiera Kambodży Hun Sena, którego ówczesne powiązania z Czerwonymi Khmerami nie są całkiem wyjaśnione.

Książka Follatha stawia wiele trudnych pytań - o winę, o przyczyny ludobójstwa, o jego genezę i o zaadośćuczynienie. Pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. 
Lektura wymaga od czytelnika dużej dozy koncentracji - mimo lekkiego pióra autora, nagromadzenie faktów i nazwisk oraz trudna tematyka zatrzymały mnie przy tej książce na ponad dwa tygodnie.

Moja ocena: 5/6

Erich Follath, Die Kinder der Killing Fields, 365 str., Goldmann 2010.

środa, 23 stycznia 2013

"Der gelbe Bleistift" Christian Kracht



Nigdy nie czytałam felietonów pochodzącego ze Szwajcarii Krachta, nie znam także jego powieści i pewnie nadal nie poznałabym jego pisarstwa gdyby nie mały dopisek w tytule tej książki. Reisegeschichten aus Asien. Jeśli czytam gdzieś Azja, a do tego, że chodzi o historie i to związane z podróżami, ślepo kupuję. 

Der gelbe Belistift czyli Żółty ołówek to zbiór reportaży czy raczej felietonów, które Kracht publikował w latach 1992 - 1999 w Welt am Sonntag. Autor porusza się między Baku a Tokio, ale azjatyckie metropolie i krajobrazy są raczej tłem jego własnych doznań niż głównym tematem. 

Kracht lubi ironię, a sarkazm to jego drugie imię, ale przede wszystkim lubi popadać w przesadę. Czyni to, by ukazać jak obrzydliwie czysty jest Singapur, jak denerwująco chaotyczny Bangkok, jak zorganizowane Tokio i jak pełne emerytowanych hippisów Goa. Kracht porusza problemy istotne, czasem oczywiste, a czasem odkrywcze, ale nie analizuje lecz ironizuje. Do felietonów przenika jego życie osobiste, do którego także podchodzi z przymrużeniem oka. To egocnetryk, zblazowany dandys - uroczy i brutalny i zawsze prześmiewczy względem świata i siebie. Ta maniera, nie przeczę, całkiem odpowiednia dla felietonu, który ukazuje się raz w tygodniu, zdaje egzamin ale w nadmiarze denerwuje. Należy być świadomym, że ładunek poznawczy książki nie jest zbyt wysoki - służy ona raczej rozrywce i sygnalizowaniu problemów. Podejrzewam, że mój odbiór jest inny, niż osoby, która opisywanych miejsc nie znają. Wiele ze spostrzeżeń Krachta dzielę, ale ja moje obserwacje ujęłabym w zupełnie inny sposób.

Nietety niemal wszystkie felietony straciły na ważności. O ile pisane około trzydzieści lat temu reportaże Sieberta nadal interesują, to lekkie teksty Krachta wydają się być przestarzałe. Jego spostrzeżenia dotyczą aktualnych fenomenów czy wydarzeń i niestety wydały mi się w większości nie przystawać do stanu aktualnego. Azja zmienia się w tak zawrotnym tempie, że HongKong na rok przed przejęciem przez Chiny był zupełnie innym miastem, a Koi Samui w 1999 roku była urokliwym rajem, a nie centrum masowej turystyki. Rzeczowa analiza Sieberta nie traci tak bardzo na aktualności, jak chwilowe odbicie rzeczywistości prezentowane przez Krachta.

Felietony Szwajcara czyta się dobrze, ale dokładnie tak jak poranną gazetę przy kawie czy herbacie. Zebranie ich w książkę jest chwytem na wyrost.

Moja ocena: 3/6

Christian Kracht, Der gelbe Bleistift. Reisegeschichten aus Asien, 186 str., Fischer Taschenbuch Verlag 2011.

sobota, 1 grudnia 2012

"Mythos Mekong" Rüdiger Siebert


Jakiś czas temu czytałam azjatyckie reportaże Sieberta, które, mimo że powstały kilkanaście lat temu i straciły na aktualności, bardzo mi się podobały. 
Długo zastanawiałam się nad zakupem ostatniej książki tego autora, dotyczącej Mekongu. Siebert wraz z żoną wybrał się na kolejną wyprawę wzdłuż tej rzeki na przełomie lat 2008/2009. 6 stycznia nagle zmarł w małym miasteczku w Kambodży. Żona autora postanowiła wydać już gotowe rozdziały oraz pamiętnik autora, prowadzony podczas podróży. Niedawno wreszcie kupiłam tę książkę i nie żałuję.

Siebert bardzo skrupulatnie opisuje wszystko, co dotyczy Mekongu. Pierwszy rozdział to geografia rzeki - jej bieg, długość, a przede wszystkim problemy związane z odkryciem i umiejscowieniem źródeł. Mieszczą się one w Tybecie wśród lodowców na znacznej wysokości. Ich dokładne określenie jest tak trudne, ponieważ lodowiec wciąż się topi i zmienia położenie.

W kolejnych rozdziałach autor zapoznaje czytelnika z mitami i legendami o rzece oraz z pozostałościami ludzi (np. rysunkami skalnymi), którzy żyli nad Mekongiem przed wiekami. Arcyciekawe są rozdziały o pierwszych podróżnikach, którzy próbowali spłynąć rzekę do jej źródeł. Nieprzystępna dżungla, liczne bystrza i wodospady utrudniały eksplorowanie rzeki. Najciekawszą i najważniejszą postacią był Francuz - Henri Mouhot, który samotnie przemierzał dżunglę. To on jako pierwszy szczegółowo zbadał i opisał świątynie kompleksu Angkor Wat oraz powiadomił szersze grono o swoim odkryciu. Wyczerpany trudnymi warunkami zmarł w Luang Prabang, gdzie do dziś stoi nad jednym z dopływów Mekongu jego grób.

Pisząc o odkryciach geograficznych, Siebert przedstawia problematykę kolonializmu w Azji Południowo-Wschodniej - robi to świetnie, globalnie opisuje problematykę, sposób działania Anglików i Francuzów oraz wpływ kolonizacji na późniejsze losy krajów. Arcyciekawe są informacje na temat historii najnowszej, czyli głównie dwudziestowiecznej Laosu, Kambodży, Wietnamu i Tajladnii. Dzięki tym rozdziałom usystematyzowałam i poszerzyłam moją wiedzę - bardzo mnie to cieszy!

I wreszcie Siebert pisze o własnej podróży, o wycieczkach rowerowych wzdłuż Mekongu, o podróżach autobusem, a przede wszystkich o sowich spostrzeżeniach i wrażeniach. Autor jest świetnym obserwatorem - pisze o ludziach, o architekturze, budynkach, o życiu zwykłych ludzi, ale także o problemach ekologicznych, przemysłowych czy ekonomicznych. Dzięki uprzednim podróżom w te regiony, Siebert analizuje zmiany, ich przyczyny i skutki ale, co najważniejsze, nie ocenia! Wiele z procesów zmieniających ekosystem Mekongu, zaśmiecających rzekę czy zmieniających wioski w betonowe, krzykliwe, chaotyczne osiedla go zasmuca ale nigdy nie krytykuje, nie wywyższa się, nie staje na pozycji osoby wszystkowiedzącej. Taką postawę cenię najbardziej, zwłaszcza po przeczytaniu Powiedział mi wróżbita Terzaniego, który swoją postawą mnie wręcz zniesmaczył.
Pokora, bystrość i zdolność obserwacji i analizy oraz zachwyt nad azjatyckim krajobrazami, a zwłaszcza nad Mekongiem, są największymi atutami i autora i jego reportażu.

Ostatnia część książki to zapiski pamiętnikarskie Sieberta - krótkie obserwacje, spis faktów, spostrzeżenia, opisy noclegów, cen. Wszystko bardzo ludzkie, ciepłe, szczere. Potrafię sobię wyobrazić w jaki sposób Siebert wykorzystywał swoje zapiski, pisząc książkę. Opublikowanie pamiętnika to takie spojrzenie za kulisy pracy autora, dostrzeżenie w nim człowieka, turysty właściwie i w końcu możliwość pożegnania się z nim.

Wspaniała, pouczająca lektura!

Moja ocena: 5/6

Rüdiger Siebert, Mythos Mekong, 223 str., Horlemann Verlag 2011.

poniedziałek, 17 września 2012

"Kambodża" Martyna Wojciechowska

Ta książka była całkiem przypadkowym zakupem. Skusiła mnie tylko i wyłącznie Kambodża. O Martynie Wojciechowskiej niewiele wiem, nie pałam do niej szczególną sympatią, ale jeśli odwiedziła Kambodżę, chętnie o jej wrażeniach poczytam.

Na początku książki zamieściła wiele praktycznych informacji na temat kraju, takich jak zarys historyczny, wielkość, klimat. Wojciechowska wskazuje także, kiedy najlepiej odwiedzić Kambodżę, jakie miejsca warto odwiedzić, podaje przydatne adresy czyli robi wszystko, by czytelnik odniósł wrażenie, że do rąk wziął (mini-)przewodnik. Nic bardziej mylnego!

Książka to bowiem z przewodnikiem czy opisem wrażeń z podróży nie ma nic wspólnego. Wojciechowska przybyła do Kambodży, by zobaczyć jedno z pól rozminowanych przez organizację Mines Advisory Group. Kambodża należy do najbardziej zaminowanych krajów. Nietrudno sobie wyobrazić jak ogromne skutki ma ten fakt - społeczeństwo tego kraju jest bardzo młode. Reżim Pol Pota praktycznie wyniszczył naród, w Kambodży nie sposób odnaleźć rodzinę, która nie ucierpiałaby, najczęściej straciła jednego lub więcej jej członków. Aktualnie ulice i wioski Kambodży pełne są dzieci i kobiet w ciąży - pęd do odnowienia narodu jest ogromny, ale rozwój ograniczony, przede wszystkim przez miny. Rozminowywanie to niezwykle precyzyjna, a co za tym idzie, wolna praca. Każda odnaleziona i rozbrojona mina wydaje się być kroplą w morzu. Turyście natomiast trudno nie zauważyć ofiar min - ludzie bez nóg czy bez rąk czy też osoby, które straciły wzrok tworzą zespoły muzyczne, w ten sposób zarabiając na swoje utrzymanie.

Wojciechowska pisze o ogromnej roli kobiet w procesie rozminowywanie kraju - jednostka, którą odwiedziła składa się bowiem niemal wyłącznie z kobiet, które dzięki tej dobrze płatnej pracy są w stanie utrzymać nie tylko najbliższą rodzinę. Ryzykują życie, by zapewnić byt bliskim.

Niewątpliwie jest to ważna tematyka, na którą warto uczulać, ale w moim odczuciu to za mało na książkę. Nieco ponad sto stron, z czego połowę stanowią zdjęcia, mały format, mnóstwo informacji wprowadzających - jestem rozczarowana. Gdybym wiedziała, że Wojciechowska napisała tę książkę, by przekazać dochód z jej publikacji na rzezc rozminowywania Kambodży, nie powiedziałabym ani jednego złego słowa. Jeśli jednak nie (pewna nie jestem, ale zakładam, że gdyby tak było, na pewno zamieściłaby na ten temat informację), to publikacja tej książki jest dla mnie komercyjnym oszustwem. Tekstu starczyłoby na średniej długości artykuł. Informacje Wojciechowskiej wydają się być bardzo powierzchowne. Na stronach roi się od faktów, danych statystycznych nie popartych żadnymi źródłami - w takim natężeniu nużą i nudzą. Autorka nie przekonała mnie także rzekomym zbliżeniem się do kobiet i zalążkiem porozumienia, wręcz przeciwnie odniosłam wrażenie, że do nie udało się jej znaleźć przepustki do kambodżańskiego serca. Naturalnie nie musi to być celem wyprawy, a wręcz nie powinno być, ale Wojciechowska wydaje się do tego dążyć - jedna wspólna wyprawa do salonu piękności tutaj nie wystarczy, a poniższa scena wprawiła mnie wręcz w zażenowanie:

"Choć wiem, że Khmerzy nie uznają bliskiego kontaktu fizycznego przy powitaniach i pożegnaniach, tuż przed wyjazdem przytulam się mocno do So Tonh. Ona się czerwieni i zaczyna nerwowo chichotać. Tłumaczę jej, że w Polsce panuje taki zwyczaj. Mimo jej speszenia nie mogę się powstrzymać i jeszcze ją całuję. Tak jak w Polsce. Trzy razy."

Jedynym mocnym punktem książki są zdjęcia - niezwykle autentyczne. Dzięki nim domyślam się, że autorka spędziła w kraju więcej czasu niż zaaranżowana przez MAG wyprawa. Jedno z nich tylko mnie odrzuciło - Wojciechowska skorzystała z rybnego pedicure oferowanego w kilku miejscach w Siem Reap (na 99% poznałam nawet, gdzie była, bo moje dzieci potrafily godzinami obserwować owe rybki i naiwnych turystów, którzy wkładali nogi do wody o wątpliwej czystości): rozumiem, że autorka może lubić takie wątpliwe atrakcje, ale czemu akurat takie zdjęcie wstawiła do książki o problemie pól minowych. No nie rozumiem, nie pojmę.

Moja ocena: 3/6 (za zdjęcia)

Martyna Wojciechowska, Kambodża, 127 str., Wydawnictwo G+J 2011.

sobota, 3 marca 2012

"Wohin Du auch gehst. Die Geschichte einer fast unmöglichen Liebe" / "Same same but different" Benjamin Prüfer



Benjamin ma dwadzieścia trzy lata, prowadzi beztroskie życie, pracuje wprawdzie w redakcji sporej gazety, ale czas wolny spędza na imprezach i rozmowach z kumplami, nie przejmując się niczym. Jeden z nich namawia go do wyprawy do Azji i zanim Benjamin przemyślał tę propozycję, zabukował (na rauszu) lot. 

W trakcie swojej podróży trafił do Phnom Penh, gdzie zamieszkał w niewielkim pensjonacie w okolicy szczególnie odwiedzanej przez backpackerów. Z poznanymi tam ludźmi poznawał nocne życie stolicy Kambodży i wypróbowywał nowe narkotyki. Którejś z nocy poznał w słynnej dyskotece Heart of Darkness Sreykeo. Mimo, że dziewczyna pracowała jako prostytutka, to ich spotkanie nie przypominało typowej nocy z bargirl. Oboje odczuwają jakiś rodzaj przyciągania i kontynuują spotykania. Gdy Benjamin musi wracać do Niemiec są już parą, obiecują sobie utrzymanie kontaktu i ponowne spotkanie. 

Życie w Niemczech jest całkowicie odmienne od trzymiesięcznego pobuty w Kambodży, Banjamin od razu wpada w jego wir ale kontakt z Sreykeo utrzymuje. Częste infekcje dziewczyny okazują się nie być przypadkowe, jest zarażona wirusem HIV. Mimo tej diagnozy Benjamin nie zrywa z nią kontaktów, tylko rozpoczyna rozpaczliwą walkę. Pragnie pomóc zmienić jej życie, wyrwać się z prostytucji, uzdrowić chore stosunki rodzinne (matka nie okazuje dzieciom żadnych uczuć, wymaga jedynie pieniędzy) i przede wszystkim chce zdobyć dla niej leki, co okazuje się być niezwykle trudne. 

To nie jest historia czarno-biała. Wątpliwości, niewyobrażalne kłopoty finansowe, odległość i odmienność kultur wydają się zabijać uczucie między Benjaminem i Sreykeo. Dziewczyna i jej rodzina ciągle potrzebują pieniędzy, Benjamin jednak nie ma kapitału, by im zapewniać wystarczające kwoty, co więcej tonie w długach, żyje na granicy egzystencjalnego minimum, a ich rozmowy telefoniczne kręcą się tylko wokół finansów i choroby.
Związek jest bardzo burzliwy, gdy Benjamin dowiaduje się, że Sreykeo wróciła do prostytucji, zrywa z nią. Nie będzie to jednak zerwanie ostateczne, chłopak wraca do Kambodży, walczy o znalezienie najlepszej terapii dla niej i uzdrowienie rodziny.

Nie potrafię sobie wyobrazić książki lepiej opisującej codzienne życie Khmerów. Benjamin sam je poznaje, uczy się języka, dziwi się zachowaniom i obyczajom. Stara się przejąć rolę autorytetu w rodzinie, zrozumieć sposób myślenia Khmerów, by jak najlepiej argumentować w dyskusjach. Przy okazji opisuje buddyjskie święta, khmerskie wesele, życie na wsi i skomplikowane stosunki rodzinne.
Autor nie jest reporterem, który obserwuje obcą kulturę, on w tej kulturze żyje, stara się z nią zintegrować i właśnie z takiej perspektywy życie w Kambodży opisuje. Książka tym bardziej fascynująca, że przecież pobyt w tym kraju mam świeżo w pamięci. 

Autor nie pisze wyszukanym językiem, powieść jest raczej relacją i wspomnieniami, zaskakuje jednak szczerością, trzeźwością opinii, szczególnie ujęła mnie brakiem tkliwego sentymentalizmu. 
Zanim przeczytałam książkę widziałam film, nakręcony przez Detleva Bucka - przyjemny w odbiorze ale o lata świetlne płytszy od książki. Brakowało w nim przemyśleń i spostrzeżeń Benjamina na temat życia Khmerów czyli tego, co najbardziej interesowało mnie w powieści. Mimo to polecam zarówno książkę, jak i film. Tylko koniecznie najpierw sięgnijcie po powieść!

Moja ocena: 4/6

Benjamin Prüfer, Same same but different, 329 str., Fischer Taschenbuch Verlag 2010.

czwartek, 10 grudnia 2009

"Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę" Robb Maciąg



Robert wyjeżdża do studiującej w Chinach żony. Tam okazuje się, że żona nie tylko studiuje ale również znalzała nowego partnera. Załamany Robert postanawia wybrać się w trasę. W tym celu kupuje chiński rower, skromny namiot i rusza przed siebie. Staje po 7000 kilometrach. Przez te siedem tysięcy kilometrów przemierza Chiny, Wietnam, Kambodżę i Laos (nota bene czemu Laosu brakło w tytule?). Brak tu jednak przewdnikowych informacji o zabytkach i atrakcjach.

Książka Maciąga to raczej spis migawek, próba uchwycenia chwil, ukazania krajów z innej strony. A równocześnie to zapis myśli i rozterek autora - wszak wyprawa rowerowa ma być terapią na zbolałą duszę. Maciąg dopuszcza czytelnika do najbardziej prywatnych odczuć i emocji. Pisze o swoim cierpieniu, rozczarowaniu i goryczy, ale nie odbierałam tej tematyki jako dominującej. Czasem może jako zbyt pompatyczną. Głównym tematem książki są jednak odwiedzane przez Maciąga kraje, a przede wszystkim ich mieszkańcy. Spostrzeżenia autora są ciekawe, jego spojrzenie na mieszkańców interesujące, tak że czułam lekki niedosyt, że Maciąg wybrał tak krótką formę dla swojej książki. Chętnie przeczytałabym więcej o jego wrażeniach, spotkaniach i przeżyciach. Podobało mi się również, że Maciąg nie przedstawia podróżowania tylko w róźowych kolorach - jest pot, męka, ból, kradzieże i psujący się rower. Są dobre dni, gdy autor jest pogodzony ze sobą i światem i są dni, o których najlepiej od razu zapomnieć.

Lekturę umilają liczne zdjęcia - brak tu praktycznie zabytków, są za to krajobrazy, ludzie, sceny rodzajowe. Piękne fotografie! Czyta się szybko i przyjemnie, polecam!
O dalszych podróżach Roberta i Ani można poczytać tutaj.

Robb Maciąg, Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę, 179 str., Zysk i s-ka.

"Angkor" Jacek Pałkiewicz


Nie mogłam się doczekać tej książki. Jak najprędzej chciałam skończyć poprzednią, by móc zabrać się za "Angkor". Co chwilę łypałam łakomie w stronę książkowego stosu i zacierałam z rozkoszą ręcę na tę ucztę. Angkor Wat to jeden z moich wymarzonych celów podróżniczych, byłam już bardzo blisko ale różne okoliczności nie pozwoliły mi pojechać do Kambodży. Był tam za to niedawno mój mąż, który nie przepada za zabytkami i świątyniami. Wrócił oczarowany, przywożąc setki przepięknych zdjęć. Od tego czasu oglądamy i czytamy wszystko, co na temat Angkoru nam w ręce wpadnie. Miesiąc temu oglądaliśmy szalenie ciekawą dokumentację o powstawaniu budowli i miałam ogromną nadzieję pogłębić moją wiedzę na ten temat.

Spodziewałam się po książce Pałkiewicza gruntownych informacji na temat budowy, konstrukcji i historii świątyń. Jakże gorzko się zawiodłam. Niestety ten pan nie potrafi pisać. Zupełnie nie potrafi. Nie chcę umniejszać jego osiągnięć odkrywczo-podróżniczych, bo są one naprawdę ogromne, ale książek nie powinien pisać. Planowałam zacytowanie kilku zdań z książki, ale są one tak żenująco toporne, że jednak z tego pomysłu zrezygnuje. Nie tylko jednak brak jakiegokolwiek stylu przeszkadza, radzi również megalomania i samozachwyt podróżnika. Wręcz zawstydzały mnie opisy własnych osiągnięć i dygresje na własny temat. À propos dygresji - pan Pałkiewicz nie miał pomysłu na konstrukcję książki. Mimo podziału na rozdziały (zatytułowane nazwami poszczególnych świątyni) czytelnik zatapia się w chaosie. Autor snuje swoje opowiadania nie trzymając się tematu, wrzucając nie powiązane tematycznie dygresje na temat napotykanych podróżników czy własnych przeżyć w innych krajach. Jeszcze gorsze są liczne truizmy o masowym wzroście turystów, o nieszczeniu środwiska - zdania tak oczywiste, że aż wstyd je czytać. Chyba właśnie to odbieganie od tematu najbardziej mnie denerwowało.
Pan Pałkiewicz stworzył kompilację cytatów z dzienników innych podróżników, okraszoną wyciągami z przewdoników i własnymi dygresjami. Bardzo niestrawną kompilację.

Mimo to polecę tę książkę, ale jako album. Zdjęcia są przepiękne (choć pewnie trudno w Angkor zrobić zdjęcia złe), książka starannie wydana na kredowym papierze. Na pewno jeszcze wiele razy będę do książki zaglądać, ale tylko po to, by nacieszyć oko.

Jacek Pałkiewicz, Angkor, 306 str., Zysk i s-ka.

czwartek, 8 października 2009

"Gdy zabili naszego ojca" Loung Ung


Poruszająca, dogłębna, ciekawa książka. Loung Ung wspomina swoje dzieciństwo w Kambodży. Spotykamy rezolutną, ruchliwą pięcioloetnią dziewczynkę, mieszkającą wraz z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa w Phnom Penh. Loung kocha swoją rodzinę, cieszy się dostatkiem i stosunkowo dobrym poziomem życia. Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo kończy się w kwietniu 1975 roku, gdy rodzina nagle musi opuścić mieszkanie. Po powstaniu władzę w Kambodży przejeli Czerwoni Kmerowie, którzy rozpoczynają wielkie akcje prześedleńcze ludzkości. Rodzina Ung wiele dni jedzie na wieś do rodziny matki. Niestety to nie jest koniec tułaczki, Ungowie muszą zmieniać co rusz miejsce zamieszkania - boją się rozpoznania (ojciec Loung pracował dla poprzedniego rządu) oraz jako osoby z miasta należą do gorszej kategorii. Loung opisuje koleje ich losów z perspektywy pięciolatki, która dopiero zaczyna rozumieć świat i która w ciągu kilku miesięcy musi dojrzeć i nauczyć szkoły życia, pracy ponad siły, przyzwyczaić do nieustannego głodu i lęku o rodzinę. Loung Ung opisuje motywy i postępowanie Czerwonych Kmerów, ich propagandę i tworzenie z małych dzieci żołnierzy. Ukazuje przeraźliwe szykany, przejmujący głód i lęk.
To również bardzo pouczająca książka - ukazuje historię Kambodży z perspektywy obywatelki tego kraju, subiektywnie, dotkliwie. Równocześnie autorka opisuje wiele kambodżańskich zwyczajów oraz nakreśla różnice między Kambodżą a Tajlandią czy Wietnamem - dla Europejczyka z pewnością zupełnie niewidoczne.
Podobał mi się styl książki - proste, ale przejmujące zdania, bez zbytecznych ozdobników, poruszające serce czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem. Dla mnie pouczająca i ciekawa lektura - obowiązkowa dla osób, chcących poznać bliżej Kambodżę.

Loung Ung, Der weite Weg der Hoffnung, tł. Astrid Becker, 340 str., Fischer.