Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2025

"Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak


Ze względu na moje dość bliskie związki z Islandią chętnie sięgam po literaturę z i o tym kraju. Ta książka leżakowała długo na czytniku, choć przecież z przyjemnością przeczytałam inną publikację tych autorów. I tak jak poprzednio bardzo przyjemnie czytało mi się i te teksty – punktem wyjścia dla Lenard i Mikołajczaka były opuszczone domy na wyspie. W poszukiwaniu historii ich mieszkańców oraz przyczyn opuszczenia wybrali się w podróż wzdłuż i wszerz w Islandii. I te domy gdzieś w tle majaczą, ale, jak to często bywa, obrany szlak zaprowadził autorów w zupełnie różne rejony, nie tylko geograficzne, ale i reporterskie. 

Lenard i Mikołajczak pozostają przy nieco blogerskim stylu, opisując swoje podróże i wyprawy po Islandii, okraszone są one osobistymi odczuciami, wrażeniami, spostrzeżeniami. To właśnie te subiektywne wstawki nadają tej książce specyficzny rys, który zapewnie trafił do mnie tak dobrze, bo, jak się zdaje, dzielę z autorami wrażliwość na ciszę, niezmąconą przyrodę i dzikość. Tytułowe szepty kamieni są tu obecne, a zagłuszają je tylko ludzie, których Lenard i Mikołajczak spotkali przypadkowo na swojej drodze, ale też ci, z którymi rozmowy specjalnie szukali. Owi rozmówcy i rozmówczynie są bardzo różni, jest nawet perspektywa polska. Każda osoba przedstawia swoją wizję Islandii, szczególnie tej po zalewie turystów. To już nie jest ten dziki i nieznany kraj, a turyści zadeptują najbardziej oblegane miejsca. Nie jest to odkrywcze, ale mnie ta perspektywa bardzo interesowała, bo obserwowałam powstawanie kampanii reklamowej, której na celu było przyciągnięcie turystów i która odniosła wielki sukces. Podobnie interesuje mnie kwestia obosieczności tej branży, o czym Lenard i Mikołajczak sensowne piszą.

To nie jest może wybitna literatura, ale bardzo przyjemna w odbiorze. Mimo że bardzo dużo wiem o wyspie, to ta książka mnie nie nudziła, stanowiła nostalgiczne uzupełnienie, pełne melancholii i respektu dla natury i człowieka. 

Moja ocena: 5/6

Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, 256 str., Wydawnictwo Otwarte 2017.

czwartek, 27 czerwca 2024

"Ognie. Miłość i inne katastrofy" Sigríður Hagalín Björnsdóttir

 


Ziemia pod islandzkim półwyspem Reykjanes ciągle drży. Sztab specjalistów spodziewa się najgorszego, czyli erupcji wulkanu. Problem w tym, że system wulkanów w tym miejscu jest skomplikowany i nie bardzo wiadomo, jak przemieszcza się magma. Na pewno nie będzie to erupcja stożkowa, a szczelinowa, a gdzie te szczeliny się otworzą nie wie nawet najlepszy specjalista. Sytuacja jest bardzo delikatna, bo na polach lawy z dawnych erupcji pobudowano rozległe osiedla domów. To okręg stolicy Islandii, gdzie mieszka większość obywateli.

W sztabie naukowym ważną rolę odgrywa Anna – wulkanolożka, specjalistka w swoim fachu i autorytet dla wielu osób. Anna, jako córka wulkanologa, ma ogromną wiedzę i wyczucie tematu, lecz napięcie przed erupcją przenosi się na jej życie. Podczas jednego z lotów zwiadowczych poznaje Tomasa – fotografa, który przyciąga ją jak magnes. Naukowyczyni zdolna jest postawić na szalę wspaniałego męża, dzieci i wpaść w ramiona kochanka. Nie czyni tego jednak bez wątpliwości, które buzują w niej niczym magma pod skorupą ziemi. Tytułowe ognie to określenie tego typu erupcji, ale to także emocje władające sercem i ciałem Anny. 

Kolejne rozdziały wprowadzają cytaty z rozpraw naukowych na temat wulkanologii – przyznam, że były one często ciekawsze od fragmentów fabularnych. Björnsdóttir nie kupiła mnie tą opowieścią. Romans Anny mnie nie przekonał, jej rozterki są niewiarygodne, a zachowanie nieracjonalne. Ciekawym wątkiem są jej rodzice, zwłaszcza matka, ale także niedopracowanym. Nie potrafię sobie wyobrazić, co autorka chce w tej powieści przekazać? Że romans po czterdziestce zaćmiewa umysł i się zemści? Że nie warto iść za głosem serca? Że uporządkowane życie kryje niespełnione marzenia i niezrealizowane emocje? Wszystkie te wnioski wydają mi się być miałkie. Niemniej przeczytałam tę książkę do końca i się nie rozczarowałam, bo samo zakończenie jest świetne, choć przyznam, że znamion thrilleru w tej powieści nie widzę.

Na moje niezadowolenie z lektury miał ogromy wpływ przekład – nie rozumiem, dlaczego usunięto wszystkie islandzkie litery i znaki diakrytyczne? Czytelniczka wie, że jest w Islandii, zresztą tekst jest wręcz naszpikowany islandzkimi nazwami miejscowymi, dlaczego więc taka zbrodnia na tekście (ale na okładce nie)? Drga kwestia to absolutnie nielogiczne i niekonsekwentne używanie feminatywów, chyba na zasadzie, jak mi się napisze – na jednej stronie mamy ministrę i naukowca, geolożkę i wulkanologa, wszystko w odniesieniu do kobiet. Gdy Anna została nazwana islandzkim geologiem to już w ogóle straciłam serce do tego tekstu. Jeszcze rozumiem, gdyby w całej powieści używano maskulatywów, jakoś bym to przełknęła, ale ten miszmasz przyprawiał mnie o wewnętrzne drgawki. 

Moja ocena: 3/6

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, Ohnie. Miłość i inne katastrofy, tł. Jacek Godek, 360 str., Wydawnictwo Literackie 2021.

sobota, 20 kwietnia 2024

"O czasie i o wodzie" Andri Snær Magnason

 


Zdecydowanie nie tego się spodziewałam, sięgając po tę książkę. Jak to mam w zwyczaju, nie wiedziałam, o czym będę czytać, a przeczytałam tę powieść, bo Islandia u mnie zawsze jest krajem pierwszego wyboru, choć czytam już znacznie mniej literatury z wyspy niż jeszcze te kilka lat temu.
Otóż książka Magnasona to nie powieść, a raczej esej o przemijaniu i klimacie. Autor na podstawie historii własnej rodziny i swoich przeżyć pisze o niepokojących zmianach klimatycznych, apelując o ich zauważenie. Tak, trochę jak w filmie Nie patrz w górę – naukowcy uczulają, nawołują, prezentują badania, zapewniają, a my to mamy gdzieś. Bo zmian w klimacie nie widzimy na tyle, by nas zabolało. Że jest cieplej? Fajnie, przecież milej mieć dłuższe lato niż srogą zimę. One gdzieś tam są, ale daleko i w sumie nie wiadomo, na ile silne i bolesne. Andri Snær udowadnia jednak, że przejmować się należy i to jak najszybciej. 

Swoje przekonanie popiera licznymi przykładami z Islandii – jak wiadomo, miejsca o ekstremalnym klimacie są bardziej narażone na zmiany i są one tam bardziej widoczne. Lodowce zmieniają swój kształt, niszczone są ekosystemy, by mogły powstać kolejne fabryki, giną ostatnie okazy flory i fauny. Magnason powołuje się tu na swoich dziadków, którzy należeli do pierwszych eksploratorów lodowców, angażowali się w badania na zmarzliną i jej zmianami. Autor może się zresztą pochwalić niezwykle ciekawą rodziną – inny dziadek pracował w Stanach Zjednoczonych jak uznany chirurg, na swoim stole operacyjnym miał wiele znanych postaci, a nawet Oppenheimera, jeden z wujków natomiast był bardzo zaangażowany w walkę o odbudowanie populacji kajmanów. Te rodzinne historie przeplatają się z rozważaniem na temat upływu czasu i zmianach w świecie. Bardzo ciekawe są także  rozmowy autora z Dalajlamą oraz rozważania na temat mitologii nordyckiej i hinduskiej.

Magnason pisze potoczyście, interesująco, jego rodzinne gawędy są bardzo ciekawe, a spostrzeżenia trafne i poparte argumentami. Podczas lektury czuć zaangażowanie i desperację autora, ogrom wiedzy i czasu, jaki spędził i zapewne spędza na zbieraniu informacji i agitowaniu innych do działania. Warto sięgnąć po tę książkę, mnie może nie otwarła oczu, ale utwierdziła w przekonaniach.

Moja ocena: 5/6

Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie, tł. Jacek Godek, 304 str., Wydawnictwo Karakter 2020.

piątek, 22 lipca 2022

"Blizna" Auður Ava Ólafsdóttir


Powieść Auður Evy Ólafsdóttir była dla mnie sporym zaskoczeniem. Islandii bowiem w niej mało, a właśnie takich realiów się spodziewałam. Nie oznacza to jednak, że Blizna mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, jej spokojna, solidna narracja mnie ujęła. 

Jónas dobiega pięćdziesiątki, prowadzi dość spełnione, dostatnie życie. Jest wprawdzie samotny, a po rozwodzie dowiedział się, że wychowywał nieswoje dziecko, ale ma dobre stosunki z córką. Jego dni mijają na odwiedzinach u cierpiącej na Alzheimera matki, na majsterkowaniu i korzystaniu z życia - Jónas jednak nie jest w stanie tego docenić. Poczucie samotności i braku jest tak wielkie, że nie widzi sensu w swoim życiu. Nie chce jednak narazić córki na szok odnalezienia ojca, który popełnił samobójstwo i decyduje się na wyjazd. Jego wybór pada na kraj, do którego nikt nie jeździ. Właśnie skończyła się tam wojna, nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie myśli o urlopie w takim miejscu. Jónas jednak pakuje narzędzia, małą walizkę i wyjeżdża do tego miejsca, by zakończyć tam swoje życie. W powojennych zgliszczach spotyka poranionych ludzi, straumatyzowane dzieci, porusza się wśród ruin i min, a hotel Silence daleki jest od idyllicznego miejsca na urlop. Plan Jónasa siłą rzeczy musi czekać na realizację, mężczyzna mimowolnie zostaje zaangażowany w prowadzenie i reparowanie nadszarpniętego zębem czasu i działaniami wojennymi hotelu. 

Mimo że ta fabuła być może brzmi dość sensacyjnie i przewidywalnie, wcale taka nie jest. Akcja powieści toczy się niespiesznie, Ólafsdóttir stawia na proste, treściwe zdania, które potrafią być bardzo poetyckie.
Blizna to powieść o samotności wśród ludzi i o pragnieniu śmierci, ale także o tym, jak te odczucia się relatywizują w momencie, gdy człowiek zaczyna się czuć potrzebny. Ta elementarna ludzka potrzeba staje się ratunkiem dla Jónasa. Brak poczucia bycia ważnym zmusił go przecież do stawiania sobie pytań na temat sensu jego egzystencji. Świadomość, że nikogo nie poruszy jego śmierć, że jego zniknięcie nie zmieni świata była dla mężczyzny obezwładniająca. 

To powieść o zwykłym życiu zwykłego człowieka, które ma szansę mieć znaczenie i zmieniać rzeczywistość - ciekawa koncepcja, niezłe wykonanie.

Moja ocena: 4/6

Auður Ava Ólafsdóttir, Blizna, tł. Jacek Godek, 216 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

sobota, 29 stycznia 2022

"Tregasteinn" Arnaldur Indriðason


To już trzeci tom z Konraðem w roli głównej - ten emerytowany policjant wciąż nie rozwiązał zagadki swojego życia, czyli nie dowiedział się, kto zamordował jego ojca. Z każdym tomem coraz więcej dowiadujemy się o wątpliwej karierze ojca, który dorabiał się na oszukiwaniu ludzi, sugerując, że wraz z kolegą, rzekomym medium, nawiązują kontakt ze zmarłymi z ich rodzin. 

Także w tym tomie działalność ojca odgrywa sporą rolę, bo Konrað będzie rozwiązywał zagadkę, która sięga czterdzieści lat wstecz. Pewnego dnia nawiązała z nim kontakt kobieta, która pragnie odszukać dziecko oddane tuż po porodzie do adopcji. Konrad nie decyduje się na przejęcie tej sprawy, a tuż później kobieta zostaje zamordowana. Wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju i postanawia odszukać dziecko Walborg. Konrað podejrzewa, że Walborg została zgwałcona i nie była w stanie zatrzymać dziecka.

Poprzednie tomy z Konraðem w roli głównej mnie nie zachwyciły, ale ten już niestety zakończył moją przygodę z tą serią. Styl prowadzenia śledztwa opiera się tylko i wyłącznie na rozmowach - nieporadnych, nudnych, niekonsekwentnych. Konrad powtarza te same pytania, ale nie zadaje tych, które narzucają się od razu, czasem wpada w gniew, czasem reaguje nielogicznie. Zawsze w najważniejszej chwili dzwoni jego telefon. Swoimi odkryciami oczywiście nie dzieli się z prowadzącą oficjalne śledztwo Martą, utrudniając działania policji. Nie wiadomo dlaczego wpada na tropy, które z łatwością można było odkryć wiele lat wcześniej. 

Narracja jest tak nudna i tak przewidywalna, że dokończenie tej książki było dla mnie męczarnią. To już nie jest dawany Indriðason, choć widać tu wyraźnie jego ciągoty do wątków historycznych, ukazania dawnego Reykjaviku, ale sama intryga jest niestrawna. Jedynymi ciekawymi fragmentami były te dotyczące życia sprzed czterdziestu lat.


Moja ocena: 2/6


Arnaldur Indriðason, Tiefe Schluchten, tł. Kristof Magnusson, czyt. Walter Kreye, 400 str., Lübbe Audio 2021.

niedziela, 26 grudnia 2021

"Pułapka", "Sieć", "Klatka" Lilja Sigurðardóttir

 




Po trylogii Lilji Sigurðardóttir nie spodziewałam się cudów i słusznie, bo nie są to wyżyny kunsztu kryminalnego, co dotkliwie pokazał mi tom trzeci, który z braku dostępu do audiobooka, przeczytałam. Już nie raz się przekonałam, że to co bezrefleksyjnie wchłaniam podczas słuchania, nie zawsze jest strawne, gdy się tę książkę czyta. Zacznę może jednak od pozytywów.

Akcja tego cyklu ma miejsce tuż po krachu finansowym, podczas którego bardzo ucierpiała Islandia. Okazało się, że dynamiczny rozwój banków był tylko wielką bańką pełną spekulacji. Teraz tzw banksterzy podlegają prawu i ich kombinacje i machlojki są stopniowo rozpracowywane przez specjalną policyjną komórkę. Jedną z banksterek jest Agla - nieprzytomnie bogata, niezwykle elegancka, lwica jeśli chodzi o finanse i zupełnie nieśmiała w kwestii związku. Agla prowadzi bowiem niecałkiem oficjalny związek z Sonją - ładną, zgrabną matką kilkuletniego chłopca. To ich tête-à-tête doprowadziło do rozpadu małżeństwa Sonji. Adam, jej ex, to sprytny zawodnik, również bankster. Tak ustawił całą sprawę, że dziecko mieszka u niego, a spragniona kontaktów z synem matka musi o nie walczyć. To właśnie ta sytuacja wplątała je w szemrane interesy i teraz pracuje jako kurierka narkotyków. Niewykształcona i w zasadzie niezbyt rozgarnięta Sonja dobrze odnalazła się w tej czynności i może poszczycić się najlepszą skutecznością wśród islandzkich kurierów. W pierwszym tomie dowiadujemy się więc, jak doszło do tego, że Sonja działa w świecie narkotyków oraz kto stoi za wielkim handlem. Autorka wprowadzi też postać Bragiego - celnika, który zbliża się do emerytury i bardzo potrzebuje pieniędzy. Miałam zacząć od pozytywów, więc podkreślę na plus wprowadzenie wątku lesbijskiego, a także dość szczegółowe (aczkolwiek mogą ono być nużące) wyjaśnienie tła islandzkiego krachu finansowego.

Kolejny tom to próba Sonji wyrwania się z macek bossów narkotykowych i jej ucieczka z synem na Florydę. Ucieczka oczywiście nieudana, bo, jak się okazuje, na plecami islandzkiego bossa stoi wielka mafia, dla której nic nie jest problemem. Sonja więc zamiast wyrwać się z bagna, pogrąża się jeszcze bardziej. W tym tomie autorka przenosi się z Islandii do Londynu i Meksyku, by bardziej szczegółowo pokazać kulisy narkobiznesu. 

Trzeci tom miał wszystko rozwiązać, sądziłam. Tymczasem Sonji jest tu jak na lekarstwo, przejawia się gdzieś w tle, a na plan pierwszy wysuwa się Agla, która mimo wielu prób oszukania służb śledczych ląduje w więzieniu oraz znana z wcześniejszych tomów Maria - była inspektorka śledcza, która chciała wiedzieć zbyt wiele. Sigurðardóttir wprowadza jeszcze postać nastolatka, którego obsesją jest konstrukcja bomby.

Podsumowując więc pozytywy - oprócz świata finansów i związku homoseksualnego, trzeba ich szukać na siłę. O ile kupuję opis islandzkich realiów, to już w kwestii działań mafii narkotykowej niespecjalnie autorce wierzę, zwłaszcza, że niektóre sceny były rodem jak z serialu na Netfliksie. Zresztą wyżej wymieniony związek między Aglą i Sonją też do końca nie przekonuje - stereotypami i sztucznością rozmów i interakcji. Rozumiem, że autorka chciała pokazać zahamowania Agli, która właściwie była prowodyrką tej relacji, ale całe zachowanie tej postaci jest wręcz śmieszne i dziecinne, a zalewanie problemów alkoholem bardziej niż stereotypowe. Zresztą żadna z wykreowanych przez Lilję potaci nie zyskała mojej sympatii - na pozór uwikłana w narkotyki wbrew swojej woli Sonja nie wzbudziła mojego współczucia. Najciekawsze są w zasadzie postaci drugoplanowe - Bragi i Maria. 

Cała reszta to już niestety same minusy. Wymienię tu przede wszystkim nudne prowadzenie narracji bazujące na wciąż i wciąż samych sekwencjach (rozmowy, spotkania z tymi samymi osobami, konflikt z matką, weekendy z synem, nagłe przeskoki w czasie bez wyjaśnienia jak między drugim a trzecim tomem). Porzucenie w trzecim tomie głównego wątku jest całkowicie zaskakujące, tak jakby autorka pisała scenariusz i aktorka grająca główną bohaterkę umarła. Zamiast Sonji mamy więc Elísę - postać niespójną i zupełnie niepasującą do całokształtu cyklu.

Ten cykl to chyba pierwsza islandzka seria kryminalna, która aż tak mnie rozczarowała. Gdyby nie islandzki koloryt i dobrze mi znane wydarzenia w tle oraz fantastyczna lektorka, który idealnie wymawiała wszystkie islandzkie nazwy, imiona i nazwiska, pewnie porzuciłabym lekturę.

Moja ocena: 3/6

Lilja Sigurdardóttir, Das Netz, tł. Anika Wolff, czyt. Christiane Marx, 360 str., Audible Studios 2020. 
Lilja Sigurdardóttir, Die Schlinge, tł. Tina Flecken, czyt. Christiane Marx, 350 str., Audible Studios 2020.
Lilja Sigurdardóttir, Der Käfig, tł. Anika Wolff, czyt. Christiane Marx, 384 str., Audible Studios 2021.

wtorek, 8 czerwca 2021

"Mała księga dawnych Islandczyków" Alda Sigmundsdóttir


Wydawało mi się, że o Islandczykach wiem wszystko. No dobra, może nie wszystko, ale dużo. Tymczasem okazało się, że jednak nie, a to dlatego, że ta książka nie traktuje o Islandczykach współczesnych, lecz o ich przodkach.

Znana z social mediów Alda Sigmundsdóttir bardzo dowcipnie w krótkich rozdziałach opisała wiele aspektów życia w dawnej Islandii. Książka ta ukazała się po angielsku i miała szansę pojawienia się na polskim rynku tylko dzięki historii z plagiatem. Bardzo mnie cieszy, że taki był efekt tego skandalu, bo to urocza pozycja i choć nie zawsze moje poczucie humoru koreluje z tym Islandki, to wiele się z tej książki dowiedziałam i faktycznie kilka razy się uśmiechnęłam. Od razu dodam, że czasem powodu uśmiechu było tłumaczenie, a zwłaszcza słynny "Ojat", które wyczaiłam chyba dwa razy. 

Alda wzięła na tapetę wszystkie aspekty codziennego życia. Pisze więc o higienie, domach, spędzaniu czasu, wychowywaniu dzieci, porodzie, chorobach, jedzeniu, przesądach itd. Dużo tu ciekawostek, bardzo specyficznych dla Islandii, związanych z położeniem wyspy, izolacją oraz warunkami atmosferycznymi, a co za tym idzie ograniczonymi źródłami jedzenia, transportu i komunikacji. 
Oczywiście niektóre z faktów dotyczyły większości Europy - jak stosunek do higieny czy decydująca rola kościoła we wszystkich aspektach życia - i Alda o tym wspomina, dodając jednak informacje specyficzne dla wyspy.

Książka Aldy to lektura lekka, ale jednak pouczająca. Autorka dba o przytaczanie islandzkich zwrotów, źródeł, opatrzyła zresztą swoją publikację spisem źródeł, dla żądnych wiedzy czytelników. To może być lektura na jeden wieczór, ale ma także duże szanse stać się książką, do której się wraca, a już na pewno warto ponownie zajrzeć do poszczególnych rozdziałów.

Moja ocena: 5/6

Alda Sigmundsdóttir, Mała księga dawnych Islandczyków, tł. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chijnacki, 250 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

czwartek, 18 lutego 2021

"Stúlkan hjá brúnni" Arnaldur Indriðason

 


Nie pytajcie, dlaczego sięgnęłam po kolejny tom cyklu o Konráðzie, skoro poprzedni mi się nie podobał. Tego się po prostu lekko słucha, a ja mam teraz wielką fazę na audiobooki. Pytacie często, kiedy słucham. No więc ciągle - w samochodzie, przy prasowaniu, gotowaniu, rozwieszaniu prania, pracach w ogrodzie, na spacerach z psem. Audiobooki czynią wiele znienawidzonych prac domowych znośnymi. Czasami nawet wymyślam sobie nowe, żeby móc posłuchać. Ale do rzeczy. 

Ten tom bardzo ściśle powiązany jest z przeszłością Konráða, który wychował się w dzielnicy cieni - jednej z najbiedniejszych okolic Reyjkavíku. Konráð mieszkał z ojcem, jego matka wyprowadziła się wraz z siostrą Betą po tym, gdy ojciec dopuścił się wobec dziewczyny molestowania. Konráð nie do końca zdawał sobie z tego sprawę jako dziecko, ale na pewno nie był z ojcem szczęśliwy. Chłopiec wychowywał się niemal sam, podczas gdy ojciec oddawał się podejrzanym interesom, między innymi organizowaniu seansów spirytystycznych, które w owych czasach cieszyły się sporą popularnością. Teraz Konráð chce wreszcie dociec, jak doszło do śmierci ojca i kto go zamrodował. W tym samym czasie kontaktuje się z nim Eygló - znajoma z młodości, której ojciec przyjaźnił się z ojcem Konráða i był medium podczas seansów. Eygló także posiada zdolności medialne i opowiada Konráðowi o dziewczynce z lalką, która się pojawia w jej wizjach. I faktycznie wiele lat temu odnaleziono ciało dwunastolatki oraz jej lalkę w jeziorze Tjörnin. Konráð chce zagłębić tę sprawę, ale okazuje się, że akta są bardzo szczupłe a sekcja zwłok nie była kompletna. Śledztwo prowadzi emerytowanego policjanta w środowisko pedofilskie, które ówcześnie dość bezkarnie działało w Reykjaviku. Równocześnie z Konráðem kontaktuje się starsze małżeństwo, które przyjaźniło się z jego żoną. Ich wnuczka, którą wychowują, zniknęła. Dziewczyna jest już dorosła, ale nadal mieszkała u dziadków. Teraz nie ma z nią kontaktu, ale istnieje podejrzenie, że jest zamieszana w handel narkotykami i właśnie na tym tle zaginęła. 

Ten tom także nie przekonał mnie do tego cyklu. Śledztwo jest ślamazarne i chaotyczne, działania Konráða nie przekonują, a opieranie się na wizjach znajomej-medium zupełnie nie pasuje do powieści kryminalnej. Za dużo tu przypadków, zbiegów okoliczności, spraw, które nagle po latach wypływają. Narracja jest bardzo powolna, brak tu napięcia, ciekawią, jak zwykle u Indriðasona, jedynie realia islandzkie. 

Moja ocena: 2/6

Arnaldur Indriðason, Das Mädchen auf der Brücke, tł. Anika Wolff, czyt. Walter Kreye, 380 str., Lübbe Audio 2020.

wtorek, 16 lutego 2021

"Myrkrið veit" Arnaldur Indriðason

 


Konráð jest emerytowanym policjantem. Jego żona, lekarka, zmarła na raka, syn, także lekarz, mieszka wraz z żoną i synami bliźniakami osobno, więc Konráð ma dużo za dużo wolnego czasu i czuje się samotny. Jego główne zajęcie to rozmyślanie o przeszłości, o życiu z Erną, o swoim pochodzeniu, o sprawach, którymi zajmował się zawodowo. Jedną z nich jest śmierć pewnego biznesmena, która nigdy nie została rozwiązana. Poważne podejrzenie padło na jego partnera - Hjaltalína, z którym na krótko przed śmiercią się pokłócił. Ciała Sigurvina nigdy nie znaleziono, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań. Gdy z Konráðem kontaktuje się Marta - policjantka kryminalna - jest bardzo ożywiony. Odnaleziono bowiem ciało! Kurczący się z powodu globalnego ocieplenia lodowiec ukazał świetnie zakonserwowanego trupa. Konráð angażuje się w śledztwo, po części na prośbę Marty, a po części kierowany ciekawością i nudą. Konráð nigdy nie był w stanie udowodnić winy Hjatlatína, biznesmena, który szedł do celu po trupach, i potrafił manipulować ludźmi. Te cechy nie ułatwiały śledztwa, mimo to nie można było mu udowodnić zbrodni, choć jego alibi było bardzo podejrzane. Teraz Hjaltalín leży w szpitalu i chce rozmawiać tylko z Konráðem. Marta ma nadzieję, że to jest moment na wyznanie prawdy, niestety Hjaltalín nadal twierdzi, że jest niewinny. Konráð bierze sobie swoją rolę doradcy do serca i rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Pomaga mu w tym jego pochodzenie - wychował się bowiem w jednej z biednych dzielnic Reykjavíku, gdzie łatwo mu zdobyć zaufanie i wyciągnąć informacje, na przykład o wielkim jeepie, który mógł wywieźć ciało na lodowiec. 

Indriðason wplata w akcję wiele informacji o Islandii - o wyżej wymienionym ociepleniu i jego wpływie na krajobraz, o masowej turystyce, o kryzysie gospodarczym - i to są najciekawsze fragmenty. Samo śledztwo Konrada jest nieudolne, zastanawia, dlaczego pewne fakty wypływają dopiero teraz, mimo że dochodzenie było rzekomo prowadzone bardzo sumiennie i zajmowało policjanta dziesiątki lat. Już podczas lektury poprzedniego cyklu uznałam, że Indriðasonowi brakuje pomysłów. Ta seria mnie w tym utwierdziła. Postać Konrada jest może i dobrze nakreślona, ale przeraźliwie nudna, a jego działania chaotyczne i niekonsekwentne. Fabuła i dialogi ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem, a rozwiązanie zagadki ani nie jest zaskakujące, ani ciekawe.

Moja ocena: 2/6

Arnaldur Indriðason, Verborgen im Gletscher, tł. Anika Wolff, czyt. Walter Kreye, 368 str., Lübbe Audio 2019.

środa, 10 lutego 2021

"Mgła" Ragnar Jónasson

 


Mgła to ostatni i najtrudniejszy tom cyklu o Huldzie. Autor przedstawia bardzo bolesną i niepotrzebną zbrodnię, wspominając najstraszniejsze momenty z życia Huldy. Trudno tutaj nie napisać za dużo dla osób, które nie czytały poprzednich tomów. Te jednak, które je znają, od razu domyślą się o jakie wydarzenie z życia policjantki chodzi. 

Hulda wraca do pracy w lutym, dwa miesiące po tragicznych wydarzeniach i od razu na jej biurku ląduje sprawa zagadkowej śmierci na wschodzie Islandii. W położonym na odludziu gospodarstwie znaleziono dwa ciała starszego małżeństwa. Hulda wyjeżdża na wschód - podróż na miejsce jest bardzo uciążliwa, drogi nadal są zasypane, nieprzejezdne. Na miejscu okazuje się, że ciała musiały leżeć w domu już od Bożego Narodzenia i obie osoby zostały zamordowane. To bardzo zagadkowa śmierć, starsze małżeństwo przeważnie przez długi okres w zimie nie miało kontaktu z nikim z najbliższej wsi, przede wszystkim bardzo trudno było się do nich dostać, ponieważ przez większość czasu świątecznego szalał blizzard. 
Zanim Hulda przeszła na przedłużony urlop zajmowała się zaginięciem młodej dziewczyny, która wybrała się w podróż po bezdrożach Islandii. Okazuje się, że te dwie sprawy w zadziwiający sposób się łączą.

Ragnar bardzo sugestywnie opisuje życie na odludziu - samotność, izolację, ale i piękno natury. Atmosfera, którą odmalowuje jest bardzo duszna, mroczna, niepewna. Erla i Einar są nietypowym małżeństwem. Erla pochodzi z miasta i choć pokochała naturę dookoła ojcowizny Einara, nigdy się tam do końca nie zadomowiła. Wolne chwile spędza na czytaniu książek i to one są dla niej odskocznią od samotności. Gdy w Wigilię do drzwi puka samotny wędrowiec, Erla staje się bardzo podejrzliwa. Nikt nie chodzi po bezdrożach w trakcie wichury i śnieżycy. Stopniowo zaraża swoim niepokojem męża, a gdy niespodziewany gość zaczyna węszyć w domu, niemal wpada w panikę. Autor nakreśla narastającą grozę, lęk, niepewność, zwodząc czytelnika. To po raz kolejny świetny portret psychologiczny, zwłaszcza Erli, Jónasson nie stroni od opisu wielu trudnych momentów w życiu swoich bohaterów, jednocześnie robiąc to sugestywnie, a zarazem delikatnie.

Mgła to świetne podsumowanie tego cyklu, który składa się, niestety!, tylko z trzech tomów.

Moja ocena: 5/6

Ragnar Jónasson, Nebel, tł. Andreas Jäger, czyt. Katja Bürkle, 352 str., der Hörverlag 2020.

poniedziałek, 8 lutego 2021

"Wyspa" Ragnar Jónasson


Drugi tom cyklu o Huldzie cofa czytelnika w przeszłość. Mimo że Ragnar dobrze przedstawił swoją bohaterkę w pierwszej części cyklu i opisał jej historię, nie będzie tu więc zaskakujących informacji, ten tom jest równie wciągający. Hulda ma pięćdziesiąt lat i praktycznie zerowe szanse na karierę. Koledzy przeciwnej płci ją wyprzedzili, mimo braku doświadczenia i sukcesów. Hulda jest samotna, ma więc czas i spędza długie godziny w biurze w weekend. Tym sposobem to na jej biurku ląduje sprawa śmierci na odległej wyspie archipelagu Vestmannaeyar. Okazuje się, że czwórka przyjaciół spędzała tam weekend i jedna z osób spadła ze stromego klifu. Hulda wybiera się na wyspę, by przeprowadzić pierwsze rozmowy i zapoznać się ze sprawą. Stopniowo okazuje się, że czwórka przyjaciół już raz straciła koleżankę, dziesięć lat wcześniej. Katla zginęła tragicznie w letnim domu rodziny w odległych fiordach na zachodzie wyspy. Pozostała czwórka spotyka się dziesięć lat później, by wspomnieć dawne czasy i przyjaciółkę. 
Dagur jest bratem Katli, Benedikt jej byłym chłopakiem, Klara i Alexandra przyjaciółkami. W grupie panuje napięcie - Klara ciągle ma wizje Katli, Alexandra, która straciła kontakt z grupą już dawno, czuje się nieswojo, Dagur obarczony jest mnóstwem problemów (jego ojciec został oskarżony o morderstwo córki, a matka nie poradziła sobie z podwójną stratą i wegetuje w domu opieki), tylko Benni próbuje zadbać o dobrą atmosferę. Ten weekend kończy się jednak tragicznie - śmiercią Klary.

Hulda zajmuje się tą sprawą z typową dla niej pedanterią i bardzo szybko wpada na trop, śmierci Katli sprzed dziesięciu lat - uczestniczy wyprawy na wyspę nie kwapią się bowiem, by przypomnieć tę tragedię. Te dwie sprawy nie dają jej spokoju i zaczyna drążyć, co jest nie w smak jej szefowi, który wcześniejsze morderstwo bardzo szybko przypisał ojcu dziewczyny. Ragnar wspaniale buduje napięcie, duszną atmosferę, pełną niedopowiedzeń i domysłów.

To świetny psychologiczny kryminał, w którym autor nie tylko opisuje rozterki Huldy, ale i czwórki pozostałych bohaterów. Świetnie przedstawione są rozterki Dagura, ale i Benedikta, do tego stopnia, że niemal do końca nie byłam pewna rozwiązania. Co tu ukrywać, zostałam fanką Huldy i kolejny tom na pewno tego nie zmieni.

Moja ocena: 5/6

Ragnar Jónasson, Die Insel, tł. Kristian Lutze, 384 str., czyt. Katja Bürkle, Der Hörverlag 2020.

sobota, 6 lutego 2021

"Gatið" Yrsa Sigurðardóttir

 


Czwarty tom z komisarzem Huldarem i psycholożką Freyą w rolach głównych jest o wiele bardziej udany od poprzedniego. Wprawdzie i tutaj nie udało się Yrsie uniknąć powtórzeń (niczym na początku każdego serialowego odcinka), ale interakcje między policjantami i psycholożką nie były aż tak dziecinne, co nie oznacza, że całkowicie inne. Huldar nadal zachowuje się jak w przedszkolu jeśli chodzi o znienawidzonego kolegę Joela, a jego rozmowy z szefową Erlą wciąż nie osiągnęły poziomu poważnej konwersacji. Te mankamenty blakną jednak wobec ciekawej intrygi.

Podczas oficjalnej wizyty chińskiego ministra spraw zagranicznych i tuż przed eleganckim przyjęciem w rezydencji prezydenckiej na skale wisielców pojawia się, nomen omen, wisielec. Ciało trzeba jak najszybciej usunąć, by żaden z gości, nie daj boże, nie dojrzał nieszczęśnika. Nie jest to łatwa sprawa - bo do ciała trudno się dostać, a jeszcze trudniej je usunąć, nie zrzucając go po prostu ze skały. Grozy całej sytuacji dodaje fakt, że skała ta już kiedyś służyła egzekucjom, gdy jeszcze duński namiestnik decydował o Islandii. 
Ofiara ma na imię Helgi i okazuje się być bogatym mężczyzną, który nie ma powiązań z żadnym środowiskiem przestępczym. Policjanci są w kropce, gdy w mieszkaniu Helgiego odkrywają czteroletnie dziecko. Chłopczyk wie jedynie, że ma na imię Siggi, imiona rodziców podaje tylko w postaci zdrobnień, które pasują do całego szeregu imion, nie zna swojego adresu i nie potrafi wyjaśnić, jak się znalazł w takiej sytuacji. Podczas gdy dziecko umieszczone zostaje w opiece zastępczej, policjanci gorączkowo poszukują jego rodziców. Gdy podczas rozmów z chłopcem okazuje się, że jego mama jest w bardzo zaawansowanej ciąży i kilka tygodni wcześniej odwiedziła szpital, poszukiwania nabierają rozpędu. 

By nie zdradzić zbyt wiele, napiszę tylko, że śledztwo dotrze do grupy mężczyzn, przyjaciół od czasów szkolnych, których rozrywką jest seks z przygodnymi kobietami i nagrywanie własnych wyczynów. Konsekwencje tej dla nich pozornie niewinnej rozrywki są zaskakujące.

To kryminał o dobrze skonstruowanej intrydze, w której na końcu nic nie jest takie, jakie wydawało się być. Szkoda, że wątki prywatne nie są tak dobre, to zdecydowanie nie jest mocna strona autorki. Po czterech tomach nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy darzę sympatią któregokolwiek z bohaterów. 

Moja ocena: 4/6

Yrsa Sigurðardóttir, Abgrund, tł. Tina Flecken, 400 str., czyt. Dietmar Wunder, der Hörbuchverlag 2020.

niedziela, 31 stycznia 2021

"Ciemność" Ragnar Jónasson

 



Przyznam, że nie mogłam się od tego kryminału oderwać. Do sięgnięcia po ten cykl zachęcił mnie wywiad z autorem i to, jak opowiadał o głównej bohaterce. Otóż Hulda ma 64 lata, niebawem odchodzi na zasłużoną emeryturę, ale niespecjalnie cieszy ją ta perspektywa. Kobieta żyje samotnie, a praca wypełnia cały jej czas. Sytuacja się pogarsza, gdy szef obwieszcza Huldzie, że na emeryturę może odejść już teraz, bo za dwa tygodnie rozpoczyna pracę jej następca. Hulda jest tak zaskoczona, że jej protest wypada dość blado, dostaje jednak pozwolenie na poprowadzenie jeszcze jednej sprawy, którą może sama wybrać ze stosu odłożonych ad acta.

Hulda postanawia zająć się sprawą śmierci pewnej Rosjanki, która starała się na Islandii o azyl. Jej ciało zostało znalezione w nieprzystępnej, rzadko odwiedzanej zatoce, a śledztwo zakończone z adnotacją o samobójstwie. Taka konkluzja była dla prowadzącego komisarza Alexandra najprostsza - nie przyłożył się do niego specjalnie. Hulda wie, że jest od niego lepsza, tak jak od wielu innych kolegów. Niestety ze względu na płeć nigdy nie zrobiła zawrotnej kariery. Tymczasem Hulda jest cierpliwa, drobiazgowa, solidna i nie odpuszcza. Teraz czuje, że trzeba oddać sprawiedliwość Jelenie, o którą nikt nie dba i jej sprawa została potraktowana po macoszemu. Huldzie wystarczy kilka rozmów, by się domyślić, że śmierć Rosjanki nie mogła być samobójstwem i że kilka miesięcy przed nią zaginęła jej przyjaciółka - Katja. Niestety Hulda swoimi rozmowami krzyżuje plany w szeroko zakrojonym innym śledztwie, a co gorsza podąża za złym tropem. Czyżby faktycznie była gotowa na emeryturę? Przynajmniej tak sądzi jej szef, srodze zdenerwowany jej postępowaniem i zakazuje jej kontynuowania dochodzenia. 

Ciemność to świetnie napisany kryminał - Ragnar rewelacyjnie szkicuje postać Huldy oraz jej przeszłość. Autor zmienia perspektywę narracji, przedstawiając wydarzenia współczesne, przeżycia ofiary oraz dzieciństwo policjantki. Rozdziały są krótkie, trzymające w napięciu. Intryga jest ciekawa, przewrotna, świetnie zahacza o problem emigracji, ale najbardziej zaskakująca jest historia Huldy. Autor wykorzystuje tę postać, by ukazać islandzkie realia po II wojnie światowej i dylematy kobiet. Sytuacja kobiet zresztą jest w tym kryminale tematem bardzo istotnym - poczynając na matce Huldy, poprzez nią samą, na emigrantkach kończąc.

Nie spodziewałam się tak wciągającej lektury - świetny początek cyklu, zaskakujące zakończenie, dużo Islandii to zdecydowanie przepis na dobry kryminał. 

Moja ocena: 5/6

Ragnar Jónasson, Dunkel, tł. Kristian Lutze, czyt. Katja Bürkle, 384 str., Der Hörverlag 2020.

czwartek, 28 stycznia 2021

"Rozgrzeszenie" Yrsa Sigurðardóttir

 



Ostatnio przypomniałam sobie o kontynuacji cyklu islandzkiej królowej kryminału, którego głównymi bohaterami są psycholożka Freya i policjant Huldar. Trzeci tom poświęcony jest bardzo ważnemu tematowi - szkolnemu mobbingowi, jednak Yrsa zajęła się tym problemem od nietypowej strony.

W Reykjavíku ginie dwoje nastolatków - Stella i Egill. Nic ich nie łączy, nigdy się nie spotkali, nie mają wspólnych znajomych ani zajęć. Początkowo policjanci są w kropce, lecz stopniowo wiele zaczyna wskazywać na to, że ważną rolę odgrywa tu mobbing. Jednak ani Stella ani Egill nie byli ofiarami, lecz sprawcami tego procederu. Oboje byli prowodyrami grup, które w najgorszy możliwy sposób dręczyły uczniów ze swoich szkół - głównie przez internet, popychając ich do myśli samobójczych. 
Śledztwo utrudnia fakt, że nie ma żadnego punktu zaczepienia co do sprawcy i narzędzia zbrodni, a Erla, szefowa wydziału kryminalnego, i pozostali policjanci początkowo nie wierzą w powiązania ze szkolnym mobbingiem. W tym śledztwie ważną rolę odgrywa Freya, która jako psycholożka towarzyszy rozmowom z nastolatkami, a także wspiera policję informacjami o mobbingu. 
Morderca nastolatków posługuje się sprawnie Snapchatem, wysyłając znajomym ofiar snapy ze zdjęciami ofiar. Telefon Stelli zostaje odnaleziony w skrzynce pocztowej pewnej pielęgniarki, która jednak wypiera się jakichkolwiek kontaktów ze Stellą. 

Śledztwo jest zagmatwane i wielowątkowe, sama intryga i rozwiązanie zagadki ciekawie skonstruowane, niestety styl i sposób pracy policji nie przekonują. Między Huldarem i Erlą panuje spore napięcie (które jest wynikiem wydarzeń z poprzednich tomów), które zarysowane jest bardzo naiwnie. Zresztą cała organizacja pracy policji przypomina przedszkole - Huldar i jego najbliższy współpracownik muszą pokątnie dowiadywać się o postępach w śledzctwie, Erla osobiście przesłuchuje podejrzanych naprzemiennie dobierając sobie partnerów, wiedząc, że w ten sposób podsysa niesnaski w grupie. W wydziale brak jest jakiejkolwiek jasnej organizacji pracy, Huldar robi swoje, reszta nie wiadomo co, a Erla robi wszystko dzień i noc. Podobnie śmieszne jest zainteresowanie Huldara Freyą, których kontakty są na poziomie młodszych nastolatków, tak jakby nie mieli żadnych zdolności komunikacyjnych.

Kryminały Yrsy od dawna nie mają dla mnie świeżości ani magicznej siły przyciągania, raczej sięgam po nie z sentymentu do autorki, ale i do Islandii (bo tej zawsze jest tu sporo), a poza tym świetnie nadają się do słuchania.

Moja ocena: 3/6

Yrsa Sigurdardóttir, R.I.P., tł. Annika Wolf, 464 str., czyt. Dietmar Wunder, der Hörverlag 2019. 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Codziennie jest piątek" Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek

 


Choć z krajów nordyckich znam tylko Islandię, a i tę tylko pośrednio, to chętnie sięgam po książki traktujące o tych krajach, ale także napisane przez autorów z nich pochodzących. Mam wrażenie, że nordycka mentalność, o ile oczywiście można aż tak uogólniać, bardzo współbrzmi z moim podejściem do życia. Innym, ważnym impulsem do sięgnięcia po tę książkę były jej autorki, a zwłaszcza trzy z nich, które cenię i znam z klubu Polek na Obczyźnie. Co ciekawe, książkę sprezentowała mi jedna z klubowiczek, mieszkająca w Danii, w ramach naszej corocznej akcji mikołajkowej. To była cudowna niespodzianka - w przeciwnym razie nie miałabym szans na dostanie wersji papierowej przez wiele miesięcy. 

O Skandynawii i krajach nordyckich powstało już mnóstwo publikacji, czy więc ta książka ma szansę na wyróżnienie w tym natłoku? Moim zdaniem tak, a to dlatego, że autorki nie starały się stworzyć obszernego kompendium o tych krajach, lecz wyszły z założenia, że opowiedzą o swoich nowych ojczyznach, wybierając za leitmotiv poczucie szczęścia. Poszukiwanie szczęścia to temat oczywiście medialny, szczególnie w okresie pandemii, która pobrzmiewa także na kartach tych książki, a szczęście nordyckie przewija się przecież od dawna w licznych publikacjach - czy będzie to słynne duńskie hygge, czy mniej znane szwedzkie lagom, fińskie sisu, norweskie kos, farerskie hugni czy tak dobrze mi znane islandzkie þetta reddast

Począwszy od wstępu Kingi Eysturland, która przybliża mniej zorientowanemu czytelnikowi pojęcia nordyckości i skandynawizmu, poprzez wywiady i teksty o istocie szczęścia, kuchni i dobrobycie, czytelnik stopniowo zagłębia się w tematykę książki. Te wstępne rozdziały mają na celu poszerzenie perspektywy oraz ukazanie pewnych wspólnych punktów łączących w gruncie rzeczy dość różne kraje. 

Kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym nacjom - tu widać, że każda z autorek ma swój styl i swoją koncepcję przedstawienia pojmowania poczucia szczęścia w swojej ojczyźnie. I o ile dopiero na podstawie tej lektury widać spore różnice między mieszkańcami europejskiej północy, to warto się skupić na podobieństwach. Wszystkie te kraje łączy minimalizm, który wyraża się nie tylko w wystroju mieszkań, ale i w kuchni i podejściu do życia. To właśnie on jest moim zdaniem kluczem do szczęścia. Unikanie zalewu rzeczy czy informacji poprzez obcowanie z naturą jest tym, co sama odnalazłam dla siebie. Mieszkaniec krajów nordyckich z nabożną czcią traktuje swój dom letniskowy, do którego wyjeżdża na weekend, by celebrować czas wolny, kontemplować naturę i ewentualnie zmęczyć się podczas pracy fizycznej. Niezbyt zachęcająca pogoda przez większą część roku nauczyła Skandynawów do korzystania z każdej pięknej chwili. Od dziecka wyrastają w głębokim poszanowaniu dla natury i respekcie dla innego człowieka, co wydaje się być kluczem do poczucia spełnienia. Tu nie trzeba wodotrysków i wielkich pieniędzy - wystarczy dobre jedzenie (żadne cuda, pizza robi robotę), bycie w gronie bliskich i wspólne spędzanie czasu. Dla Fina kropką nad i będzie sauna, dla Islandczyka gorące źródło, dla Norwega wyprawa na ryby - niczego więcej nie trzeba. 

Rozdziały poświęcone poszczególnym krajom są wprawdzie zbudowane według podobnego schematu, ale każda z autorek nadała im indywidualny rys. Najmniej podobał mi się ten o Danii, bo miałam problem ze stylem autorki (co ciekawe ten rozdział ma inną redaktorkę), pozostałe były świetne. To ogromna dawka wiedzą w pigułce, podana z perspektywy każdej z autorek. Świetnym uzupełnieniem są wywiady z obywatelami poszczególnych krajów, a przede wszystkim przepisy z przepięknymi fotografiami. Zdjęcia są zresztą integralną częścią tej pięknie wydanej książki, dlatego tak bardzo cieszę się, że mogłam przeczytać ją w wersji papierowej. 

Moja ocena: 5/6

Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek, Codziennie jest piątek. Szczęście po nordycku, 240 str., Wydawnictwo Pascal 2020.

środa, 29 lipca 2020

"Duszpasterstwo koło Lodowca" Halldór Laxness



Ta książka islandzkiego noblisty jest dla mnie całkowitym znaczeniem. Inne jego utwory wspominam jako realistyczne, mocno osadzone w islandzkich realiach i historii. Tymczasem Duszpasterstwo koło Lodowca to powieść surrealistyczna, absurdalna, magiczna wręcz.

Główny bohater, młody człowiek, zostaje przedstawicielem biskupa Islandii, który wysyła go na jeden z lodowców w zachodniej Islandii, by skontrolował sytuację tamtejszego kościoła. Do biskupa doszły bowiem słuchy, że pastor Sira Jon nie spełnia swoich obowiązków, że kościół niszczeje, że rozwiódł się z żoną, a na lodowcu ukryto trumnę z ciałem młodego mężczyzny. Wszystkie te fakty są wielce niepokojące, więc wysłannik udaje się wraz z aparatem do nagrywania w odległe okolice. I faktycznie napotyka tam na całą gamę dziwacznych postaci. Począwszy od pastora, który właściwie pastorem nie jest, bo zajmuje się naprawą starych urządzeń, ale cieszy się wśród wiernych ogromną estymą. Jest też hodowca koni, który ciągle szuka zwierząt. I kucharka pastora, która dzień i noc piecze torty i częstuje kawą nawet w środku dnia polarnego. Pod lodowiec przybywa także były imigrant islandzki z trzema uczniami-hipisami, który głosi kazania na tematy teologiczno-eschatologiczne, łącząc wszystkie religie świata. Nie zapomnijmy o kobiecie, która podobno jest rzekomą żoną pastora i być może żyje, a być może jest martwa. 
Sam kościół jest zabity dechami, dosłownie. W środku zdemolowany, zarośnięty grzybem i pozbawiony schodów wejściowych. Natomiast zdeponowany na lodowcu sarkofag powraca, by zostać uroczyście otwarty i zaskoczyć swoją zwartością. 

Laxness postawił na krótkie rozdziały i telegraficzny miejscami styl. Wypowiedzi poszczególnych osób przedstawione są po dwukropku, w taki sposób, jak nagrywa i notuje je przedstawiciel biskupa, który nazywa sam siebie niżej podpisanym lub skrótem od powyższego tytułu (tu niestety nie wiem, jak to wygląda w polskim tłumaczeniu). 

Nie powiem, że jest to książka, którą polecę każdemu. Na pewno nie na pierwsze spotkanie z islandzkim noblistą. Ta powieść wymaga pewnej wiedzy na temat Islandii, ale także sporo samozaparcia, by móc towarzyszyć bohaterom i faktycznie zrozumieć jej przesłanie. Dla mnie to była dość dowcipna, groteskowa opowieść, która niespecjalnie mnie porwała.

Moja ocena: 3/6

Halldór Laxness, Am Gletscher, tł. Bruno Kress, Steidl 2002.

poniedziałek, 25 maja 2020

"Zostanie tylko wiatr" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak



Zapewne wiecie, że Islandia u mnie zawsze na tapecie. Czytam wszystko, co mi w ręce wpadnie, choć od czasu, gdy z tym krajem już nie jestem związana zawodowo, czytam Islandczyków mniej, to jednak sentyment mam ogromny. Reportaż Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka zabrał mnie do słynnych zachodnich fiordów. To miejsce na Islandii niemal legendarne, trudno dostępne. Życie tam oznacza izolację, trudne warunki pogodowe i wymaga ogromnej siły ducha. Dni z piękną pogodą można policzyć na palcach, jak zresztą widać na (pięknych) fotografiach zamieszczonych w tej publikacji. 

Takie miejsca jak fiordy zachodnie zawierają wiele tajemnic, ich mieszkańcy kuszą nietypowością, krajobrazy zachwycają. Tak przynajmniej twierdzą autorzy i mają rację. Ich książka to bowiem opowieść o ludziach, a nie o ziemi czy pięknych widokach. Ludziach, którzy na tę ziemię mieli wpływ (nie zawsze pozytywny), którzy z nią współżyli, z niej korzystali, ale także z nią walczyli o przetrwanie. Autorzy udają się na poszukiwanie postaci nietypowych, naznaczonych, pokiereszowanych. Jest więc kobieta, która jako dziecko przeżyła lawinę, jest pustelnik, który przez całe życie żył samotnie bez kontaktu z innymi, jest zagorzały komunista, żołnierz, który stacjonował w amerykańskiej bazie we fiordach, organizator wycieczek, mieszkająca samotnie kobieta i wiele innych, arcyciekawych osób. 

Islandia, powiem generalizując, to w ogóle kraj wielu ciekawych osobowości. Poznałam tylu pisarzy, muzyków i artystów z tego kraju, że można by sądzić, że to społeczeństwo liczy sobie wiele milionów. Dlatego nie dziwi mnie ani jedna z postaci przedstawionych w reportażu Lenard i Mikołajczaka. Fascynuje za to sposób w jaki współżyją z niegościnną naturą, surowym krajobrazem, jak sobie radzą z odosobnieniem. Cudowna jest historia mężczyzny, który dorastając w Isafjörður, sądził, że to miejsce to pępek świata, ponieważ w porównaniu z resztą osad w tej okolicy, było metropolią. Czytając tę książkę, warto nieco znać historię Islandii, bo i ona odgrywa tu sporą rolę - ogromny skok rozwojowy, tworzenie się osiedli ludzkich, stosunki z Grenlandią, a także rola Islandii w czasie II wojny światowej mają wpływ na to, jaki ten kraj jest teraz. 

Autorzy potrafią malować słowami, oddać melancholię, odosobnienie, surowość krajobrazu i mieszkańców tej okolicy. To piękna, nostalgiczna książka, która zmusza do przemyślenia własnego stylu życia.

Moja ocena: 5/6

Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Zostanie tylko wiatr, 261 str., Wydawnictwo Czarne 2019.

piątek, 29 marca 2019

"Petsamo" Arnaldur Indriðason


Czytanie kolejnych książek Indriðasona jest trochę jak czytanie Jeżycjady. Jest coraz słabiej, intryga szyta coraz grubszymi nićmi, ale ja brnę dalej. Kryminały Islandczyka, szczególnie ta seria, której akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej, mają jedną, niezaprzeczalną zaletę. Otóż, w lekki sposób przedstawiają mało znaną historię tej wyspy. Szczególnie ciekawe są nastroje w społeczeństwie, stosunki między okupującymi Islandię Amerykanami a mieszkańcami, a także nazistowskie resentymenty. Ten właśnie koloryt najbardziej mnie przyciąga, poza sentymentem do autora.

Ponownie Flóvent i Thorson prowadzą razem śledztwo, ten pierwszy z ramienia policji w Reykjavíku, ten drugi jako żołnierz i z pochodzenia Islandczyk. W zasadzie prowadzą oni kilka spraw, które pozornie nie są ze sobą powiązane. Przed lokalem o bardzo wątpliwej opinii, do którego chętnie przychodzą zabawić się żołnierze, zostaje znalezione zmasakrowane ciało młodego mężczyzny. Okazuje się, że zaginęła także kobieta, która świadczyła żołnierzom usługi jako prostytutka. Równocześnie na jednej z plaż odnaleziono ciało mężczyzny - prawdopodobnie samobójcy. Przypadkiem jednak zostaje poddany badaniom szpik denata, co wykazuje, że zmarłemu podano przed śmiercią środek zwiotczający mięśnie. Trzy pozornie niepowiązane sprawy - każda z nich jednak głęboko osadzona w sytuacji wojny.

Autor relacjonuje śledztwo, naprzemiennie oddając głos pewnej kobiecie, która dwa lata wcześniej, tuż po wybuchu II wojny światowej załapała się na ostatni rejs do Islandii. Ta podróż, znana pod nazwą Petsamo, była wyjątkowa w swoim rodzaju - mieszkający lub uczący się w Danii czy Norwegii Islandczycy mogli wrócić do kraju na czas wojny. Podczas tego rejsu ginie jeden z pasażerów, a narratorka dowiaduje się, że jej narzeczony został aresztowany przez gestapo.

Te wątki są faktycznie ciekawe, ale samo prowadzenie akcji przez Arnaldura nudne. Islandczyk nigdy nie był specjalistą od dialogów, ale mam wrażenie, że w tej serii osiągnął szczyt drętwoty. Pytania Flóventa, jakie zadaje w ramach śledztwa, są wręcz dziecinne, a nagromadzenie przypadków, które prowadzi do zakończenia dochodzenia, kuriozalne.

Na szczęście Indriðasona słucham, więc łatwiej łykam tę miałkość narracji.

Moja ocena: 3/6

Arnaldur Indriðason, Graue Nächte, tł. Anika Wolff, 432 str., czyt. Walter Kreye, Lübbe Audio 2018.

sobota, 8 grudnia 2018

"Wyspa" Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Nieco sceptycznie podeszłam do tej książki, ale chciałam wrócić do czytania literatury islandzkiej, której kiedyś, z racji mojej pracy, czytałam bardzo wiele, więc zdecydowałam się na zakup. Jak wiadomo na niewielkiej Islandii pisarzy jest bez liku, stąd mój sceptyzm, zwłaszcza, że ta powieść jest debiutem Sigríður. Przez sporą część książki nie mogłam się więc wyzbyć wrażenia, że to niezbyt udana powieść, ot kolejne czytadło, ale stopniowo pochłaniała mnie wizja autorki i nagle okazało się, że nie mogłam przestać słuchać. Myślę, że Wyspa będzie ciekawsza dla osób, które znają Islandię i specyfikę tej wyspy.

Sigríður przedstawia scenariusz współczesnej katastrofy. Otóż pewnego dnia zostaje zerwana łączność ze światem: nie działa Internet, samoloty i statki znikają z radarów, wszystkie alternatywne i awaryjne ścieżki łączności są martwe. Nikt nie wie dlaczego. Premier i prezydent Islandii są w Europie, więc szybko utworzony zostaje sztab kryzysowy i ustanowiony nowy premier i prezydent. Nikt nie wie, jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy, pojawiają się najdziwniejsze teorie o katastrofie, którą przetrwała tylko Islandia. Wyspa staje przed szeregiem problemów - przede wszystkim kwestią wyżywienia a także kilkudziesięciu tysięcy turystów i cudzoziemców, którzy przebywają w kraju. Mimo usilnych prób zachowania porządku, zaczyna szerzyć się anarchia.

Te wydarzenia dotykają Hjaltiego i jego byłą partnerkę. Hjalti jest dziennikarzem, który ma bliskie kontakty z nową premier, Maria i jej dwójka dzieci są cudzoziemcami. Mają wprawdzie islandzkie paszporty, ale kobieta pochodzi z Hiszpanii, a jej młodszy syn jest ciemnoskóry. Maria była skrzypaczką, ale z chwilą, gdy najważniejsze jest zdobywanie jedzenia, nikogo nie interesuje muzyka poważna. Hjalti miota się między tym, co widzi na ulicach, a tym, co głosi rząd. Gdy staje się pomocnikiem nowej premier i tworzy dla niej propagandowe teksty, ta przepaść staje się coraz wyraźniejsza. Dzieci i młodzież tworzą gangi i komuny, w których żyją wspólnie i razem zdobywają jedzenie z ostatnich jeszcze nie do końca splądrowanych sklepów. Na ulicach rządzą nowe siły, których rzekomych zadaniem jest utrzymanie porządku, a tak naprawdę są brutalną bojówką, szykanującą cudzoziemców i turystów. Gdy zaczyna brakować leków, ludzie zaczynają umierać na dotychczas niegroźne choroby.

Słuchając tej powieści, podświadomie szukałam słabych punktów w wizji Sigríður. I faktycznie, jej dystopia nie miałaby racji bytu, gdyby została umiejscowiona w którymś z europejskich krajów. Na Islandii świetnie się sprawdza, znając Islandczyków z przerażeniem podążałam za narracją. Świetnie potrafiłam sobie wyobrazić jak izolacja i surowy klimat wyspy ograniczają szansę zapewnienia wyżywienia takiej liczby osób. Największym zaskoczeniem jednak była dla mnie rosnąca niechęć, a potem nienawiść do cudzoziemców. W obliczu katastrofy, stają się oni zbędni, co więcej umniejszają szanse przeżycia rdzennych Islandczyków.

Podobała mi się konstrukcja powieści - połączenie wydarzeń po katastrofie i sprzed. Początkowo sądziłam, że dzielą je lata, nie spodziewałam się, jak szybko może nastąpić rozkład w społeczeństwie, jak wątpliwa i krucha jest jego stabilność i nie wątpię, że dotyczy to tylko Islandii. Brak jedzenia i kontroli niszczy wszelkie humanitarne odruchy, a ludzi zamienia w hordę zwierząt.

Mimo moich niezbyt wysokich oczekiwań, polecę wam więc tę książkę. Nie spodziewajcie się jednak islandzkich krajobrazów, a nastawcie na dość uniwersalną opowieść o upadku więzi społecznych.

Moja ocena: 4/6

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, Wyspa, tł. Jacek Godek, czyt. Andrzej Ferenc, 288 str., Wydawnictwo Literackie 2018.

środa, 16 maja 2018

"Þýska húsið" Arnaldur Indriðason


Najnowsza książka Islandczyka to kolejny kryminał, w którym śledztwo prowadzą znani ze Skuggasund Flóvent i Thorson. Akcja tej powieści rozgrywa się jednak wcześniej, w trakcie II wojny światowej, gdy obaj śledczy dopiero się poznają. Sprawą morderstwa zajmuje się najpierw Flóvent, który zaskoczony jest sprawą, którą przyszło mu badać - morderstwa niezbyt często zdarzają się w Reykjavíku. Ofiarą jest komiwojażer, którego zabito strzałem w głowę. Wszystko wskazuje na to, że w zbrodnię muszą być zamieszani stacjonujący na Islandii żołnierze amerykańscy. Dlatego do śledztwa dołącza ich przedstawiciel Thorson - Kanadyjczyk islandzkiego pochodzenia.

Oboj policjanci zaczynają żmudne śledztwo, które przede wszystkim zawiedzie ich do powiązań z hitlerowskimi Niemcami, z ideami dziedziczenia skłonności do przestępstw oraz ze szpiegostwem. Te wątki nazistowskie opierają się na przekonaniu ideologów hitlerowskich o pragermańskości narodu islandzkiego. Właśnie na tej najczystszej nacji prowadzono badania i przeprowadzano eksperymenty. I to są zdecydowanie najlepsze fragmenty książki - szczególnie interesujące dla osób zainteresowanych historią Islandii (czyli dla mnie). Podobnie ma się sprawa z opisami realiów w stolicy kraju w tym okresie - współżycie ze stacjonującymi na wyspie aliantami, postawy mieszkańców wobec wojny, obecność i wyjazd Niemców, związki kobiet z żołnierzami, zaopatrzenie odległych fiordów w towary poprzez komiwojażerów. To wszystko składa się na barwny obraz życia w Reykjavíku.

Wątek kryminalny za to jest niestety bardzo słaby. Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką gorzej mi się czyta Arnaldura. Proste, prostackie wręcz rozmowy, ociężałość w wyciąganiu wniosków, ustawiczne powtarzanie informacji są zwyczajnie męczące. Nie wiem czy w poprzednich kryminałach było lepiej czy ja po prostu mam przesyt Islandczyka, ale tym razem byłam naprawdę rozczarowana. Rozumiem, że specyfika śledztwa w okresie II wojny światowej i to w kraju nie dotkniętym groźnymi przestępstwami była inna, może bardziej prymitywna, ale Flóvent jest tak nieporadny, jego rozmowy tak infantylne, że wiele razy z niesmakiem potrząsałam głową. Gdyby nie ciekawa intryga, historyczne tło i w pewnym stopniu zaskakujące wnioski, zapewne przerwałabym słuchanie tego kryminału.

Moja ocena: 2,5/6

Arnaldur Indriðason, Der Reisende, tł. Anika Wolff, 415 str., czyt. Walter Kreye, Lübbe Audio 2018.