Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

"Strup" Katarzyna Kobylarczyk


Hiszpański strup jest wszechobecny, ale o jego istnieniu wiedziałam dramatycznie mało. Dzięki reportażowi Katarzyny Kobylarczyk wiem natomiast więcej, niż czasem da się unieść. Ale tej wiedzy nie żałuję. W okresie wojny domowej, w latach 1936-1939, zginęło pół miliona Hiszpanów i Hiszpanek, w tym 200 tysięcy cywili. Po obu stronach konfliktu, choć Kobylarczyk skupia się na ofiarach falangistów, zwolenników Franco, ofiarom drugiej strony poświęca zaledwie kilkanaście stron na końcu.

Autorka wykonała tytaniczną pracę – przeczytała ogrom tekstów, przeprowadziła wiele rozmów, odwiedziła dziesiątki miejsc, podążając za mogiłami i ekshumacjami. Prawicowcy chowali swoje ofiary gdzie popadnie – w rowach, studniach, na polach, pod drzewami. Wszyscy wiedzieli, nikt o tym nie mówił. Bo sąsiad zabijał sąsiada. Bo żył Franco. Bo po co rozdrapywać strupy. Aż Franco umarł. Aż ktoś zaczął. I nagle powstał problem – ekshumacji, lokalizacji mogił i ogromnego sanktuarium, w którym z woli dyktatora zgromadzono kości setki ofiar, nawet wrogów. Hiszpania ma problem, z którym nie uporała się dziś. A Kobylarczyk nam ten problem opisała, nie wartościując współczesnej polityki, spoglądając na zwykłych ludzi, którzy przede wszystkim pragną poznać losy ojców, wujów, kuzynów, braci. 

To dobry reportaż, przede wszystkim ze względu na drobiazgowe badania i rozmowy z osobami bezpośrednio zaangażowanymi w poszukiwania czy ekshumacje. Autorka postawiła natomiast na specyficzny styl, który lubią polscy autorzy i autorki reportaży – każdy rozdział rozpoczyna się od listy osób oraz okoliczności dat ich śmierci, na skupieniu na jakimś wydarzeniu, by dopiero potem rozszerzyć soczewkę reporterskiego oka. Wiele tu także krótkich zdań, powtarzających podobne frazy. Z zasady lubię taki styl, ale zauważyłam, że nie ma już w sobie tej świeżości, jak w pierwszych polskich reportażach, a to przeskakiwanie między perspektywami i czasami męczy i nie służy zapamiętywaniu faktów. Mimo tych zastrzeżeń uważam "Strup" za świetną książkę!

Moja ocena: 5/6

Katarzyna Kobylarczyk, Strup, 280 str., Wydawnictwo Czarne 2019.

piątek, 31 października 2025

"Ogród rozpaczy ziemskich" Beatriz Serrano


Marisa ma trzydzieści kilka lat, studiowała historię sztuki, mieszka w Madrycie i kocha zaglądać do muzeum Prado, a szczególnie kontemplować obraz Boscha, którego tytuł zainspirował polską wersję książki Hiszpanki Beatriz Serrano. Marisa jest też głęboko nieszczęśliwa. Pracuje w agencji reklamowej i nie widzi żadnego sensu w tym co robi. W pracy miga się od obowiązków na wszelkie sposoby, deleguje, kombinuje, robi na ostatnią minutę, a czas spędza na oglądania filmików na YouTubie. Te same filmiki kołyszą ją do snu w domu. Napady lęku i paniki kontroluje lekami i winem, a jej jedynym kontaktem socjalnym jest sąsiad Pablo, z którym spotyka się na wino, wspólne jedzenie i coś więcej. 

Marisa tkwi w tym status quo i nic nie robi, by z niego wybrnąć. Nie ma narzędzi, ale też wielkiego wyboru. Znienawidzona praca zapewnia jej dostatnie życie, powala uspokajać żyjących na wsi rodziców, że się jej powodzi i daje szansę nieprzemęczania się. Tą wątpliwą równowagą zachwieje śmierć koleżanki z pracy – która podobnie jak Marisa nie widziała sensu w tym zajęciu, ale też nie udawała dostosowania się. Na najbliższym wyjeździe integracyjnym jej śmierć, o której mówi się, że była z wyboru, zostanie uczczona minutą ciszy. 

Powieść Serrano na pewno uderza w kwestie bardzo aktualne, dotyczące setek, tysięcy ludzi, ponadto sporo tu sarkazmu, celnych uwag, ale i skrywanego smutku i poczucia bezsensu. Jestem przekonana, że stąd wynika spora popularność tej powieści. Ja jednak nie uważam jej ani za wybitną, ani nawet za świetną. Ot, lekko się czyta, ale zabrakło mi tu jednak głębi, a zakończenie odebrałam jako slapstickowe. Okładka przyciąga, treść nie rozczarowuje, ale jednak pozostawiła we mnie pewien niedosyt. Być może wynika to z tego, że rozterki Marisy mam za sobą, że jestem już z innego pokolenia i że wolę głębszą analizę postaci. Sama powieść przypominała mi poniekąd "Mój rok relaksu i odpoczynku" Ottesy Moshfegh, ale tę ostatnią uważam za dużo lepszą.

Moja ocena: 3,5/6

Beatriz Serrano, Ogród rozpaczy ziemskich, tł. Ewa Ratajczyk, 320 str., Wydawnictwo Znak 2025. 

czwartek, 10 lipca 2025

"Rytuały" Álvaro Ortiz


Dwóch kolegów wynajmuje mieszkanie w Barcelonie – wielkie szczęście, bo nie dość, że jest fajne, to jeszcze w dzielnicy gotyckiej. Lorenzo studiuje na akademii sztuk pięknych i do swojego projektu postanawia bliżej zainteresować się mieszkaniem piętro niżej. To rzekomo magazyn antykwariusza – ale, o dziwo, nikt tam nie wchodzi. Lorenzo postanawia więc się dostać tam przez okno i zobaczyć, o co chodzi z tym mieszkaniem. Ta wiodąca historia przeplatana jest szeregiem innych, pozornie nie mających ze sobą związku. Ortiz zabiera czytelniczkę w różne miejsca i epoki. Jest więc facet, który się roztapia, kebabownia w Szwecji, guwernantka w wiktoriańskiej Anglii, Caravaggio, seksworkerka, misjonarz i willa Mussoliniego. Ta powieść to szalony rajd przez epoki i wydarzenia ze sztuką w tle, a wszystkie te kadry łączy figurka z wydatnym przyrodzeniem. 

Nie mam zupełnie doświadczenia w powieściach graficznych – rzadko po nie sięgam, bez wyraźnej przyczyny, bo przecież lubię. Ta była cudnym prezentem, którego lektura sprawiła mi dużo przyjemności, nawet jeśli zamiar autora nie jest dla mnie do końca jasny. Te liczne wątki niekoniecznie dobrze się na końcu spięły fabularnie, bardziej doceniam tu pojedyncze historie, zwłaszcza te ze sztuką w tle. Trafiła też do mnie kreska Ortiza, natomiast mniej język, a może raczej wybory językowe tłumacza – nie podważam ich spójności z postaciami, niektóre wyrażenia były dla mnie dziwne. 

"Rytuały" to dla mnie zdecydowanie rzecz do ponownego czytania i wyszukiwania smaczków. Czuję się zachęcona do sięgania po więcej powieści graficznych.

Moja ocena: 4/6

Álvaro Ortiz, Rytuały, tł. Jakub Jankowski, 126 str., Timof i cisi wspólnicy 2023. 

piątek, 18 kwietnia 2025

"Lajla znaczy noc" Aleksandra Lipczak

 


Andaluzja jest mi bliska, ale wciąż nie do końca znana krajoznawczo, historycznie bardziej, ale dzięki Lipczak teraz już dużo lepiej. Autorka skupiła się na mauryjskiej przeszłości tej prowincji, broniąc swojej tezy o wielokulturowości Hiszpanii, obecności tego dziedzictwa do dziś i istnienia tego tyglu kulturowego mimo jednolitej fasady. 

Autorka nie prowadzi chronologicznej czy stricte historycznej narracji, dzieli swoją książkę na rozdziały geograficzne – skupia się na poszczególnych andaluzyjskich miastach, które są dla niej przyczynkiem do rozważań o arabskim dziedzictwie, przytaczaniu anegdot i informacji historycznych. Te rozdziały mają cechy eseju, ale wiele w nich fragmentów reporterskich. Lipczak skrzętnie wyszukuje rozmówczynie i rozmówców, by dowiedzieć się więcej na temat wielokulturowości i porusza trudne tematy, takie jak napływ uchodźców z Afryki. 

Sporo w tej książce samej autorki, która chętnie pisze o swojej podróży z małym dzieckiem, o pracy nad tym tematem i swoich odczuciach, przyznam, że w tej formie książki (która nie jest stricte reportażem) odebrałam te wstawki dobrze, z ciekawością poznałam kulisy powstania książki.

Najbardziej uderzył (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) mnie dogłębny research Lipczak. Książka naszpikowana jest ogromem wiadomości historycznych, geograficznych, architektonicznych. Podziwiam wielką pracę badawczą autorki oraz jej wiedzę. Nie sposób spamiętać tych wszystkich szczegółów, ale moja wiedza o tym regionie jest o niebo lepsza i dogłębniejsza, a i mam poczucie, że lepiej rozumiem mentalność Andaluzyjek i Andaluzyjczyków. Nie podzielam opinii, że książka jest nudna czy się dłuży – mnie wciągnęła i wręcz ją pochłonęłam. Dużą rolę tu na pewno odgrywa fakt, że to bliski mi geograficzne region, który odwiedziłam wiele razy i którego mieszkanki i mieszkańcy robią na mnie zawsze bardzo pozytywne wrażenie.

Moja ocena: 5/6

Aleksandra Lipczak, Lajla znaczy noc, 272 str., Wydawnictwo Karakter 2020.

środa, 12 czerwca 2024

"Fechmistrz" Arturo Pérez-Reverte

 


Jaime Astarloa to fechmistrz starej daty. Człowiek zasad i tradycji. Dobiegający sześćdziesiątki szermierz mieszka w Madrycie i pracuje jako nauczyciel. Oprócz tajników szermierki przekazuje swoim młodym uczniom zasady, tradycje i uczy honorowego zachowania. Czas spędza także ze swoim codziennym uczniem markiem Luisem de Arayolą, który jest całkowitym przeciwieństwem Astarloi, mimo to obu mężczyzn połączy przyjaźń. Popołudnia natomiast to wizyty w kawiarni, gdzie grupa przyjaciół żywo dyskutuje o polityce, a jest o czym dyskutować. W dziewiętnastowiecznej Hiszpanii wrze – królowa Izabela nie cieszy się popularnością, a monarchiści i rewolucjoniści walczą o władzę. To polityczne tło jest dla powieści ważne, choć równocześnie zupełnie nie interesuje fechmistrza, stoika nie angażującego się w spory, żyjącego w swoim zamkniętym świecie.

Pewnego dnia kontaktuje się z nim młoda i piękna Adela de Otero. Mistrz początkowo nie chce przyjąć kobiety – tradycyjne podejście do życia nie pozwala mu uczyć płci pięknej szermierki. Gdy się jednak okazuje, że Adela lepiej włada szpadą niż nie jeden mężczyzna, ulega. Ta znajomość zachwieje jego życiem – wstrząśnie jego donkichotowskimi przekonaniami, zmusi do konfrontacji ze współczesnością.

Ta niewielka powieść pełna jest szermierczych opisów, ale są one tak dobrze wplecione w akcję, a nawet z nią sprzężone, że, nawet mnie laiczki, nie były nudne. Jako takie odbierałam raczej wydarzenia polityczne. Dzięki przedsłowiu tłumacza, chwała mu za to, miałam szansę w ogóle zrozumieć ówczesną sytuację, ale nie wystarczyło to, by wzbudzić we mnie autentyczne zainteresowanie. Na nich zasadza się jednak intryga i dobrze się w te wydarzenia wgryźć i choć trochę je zrozumieć.

Pérez-Reverte jak zawsze zachwyca sprawnym piórem, rewelacyjnymi charakterami (Jaime i Adela są naszkicowani po mistrzowsku), ale i kontekstem, w którym umieszcza swoje powieści. Cieszę się, że wróciłam do jego prozy.

Moja ocena: 4,5/6

Arturo Péerez-Reverte, Fechmistrz, tł. Filip Łobodziński, 280 str., Muza 2006.

wtorek, 12 marca 2024

"Sobremesa" Mikołaj Buczak

 


Opowieść Mikołaja Buczaka o Hiszpanii to potoczysta gawęda pełna ciekawostek i informacji o tym kraju. Buczak zasadza tę książkę na własnym doświadczeniu – dzieli się swoją historią nauki języka i opisuje wyjazdy do Hiszpanii, a szczególnie spotkania z jej mieszkańcami i mieszkankami, które były dla niego inspiracją do pisania i źródłem wiedzy.

Buczak poruszył wiele tematów, skupiając się jednak na tym, by czytelniczka przede wszystkim poznała styl życia i mentalność mieszkańców tego kraju. Autor zaczyna więc o szeroko pojętym życiu – kulturze jedzenia i chodzenia do barów, pisze o sposobie spędzania wolnego czasu, ale i tego poświęconego na pracę, przy okazji pozwalając sobie na wiele wycieczek językowych. Tak czyni zresztą w wielu rozdziałach, ukazując jak język towarzyszy kulturze. Dla osób nie bardzo zainteresowanych lingwistyką mogą one być zbyteczne, mnie się bardzo podobały. 

Każda prowincja Hiszpanii znajdzie w tej książce swoje miejsce, choć widać, że serce autora bije mocniej dla Kraju Basków (tu znów świetna wycieczka na temat języka). Co więcej Buczak zdradza wewnątrzhiszpańskie stereotypy na temat mieszkańców poszczególnych regionów, przy okazji opisując popularne programy telewizyjne czy filmy. 

Buczak nie unika też tematów zapalnych – jak na przykład drapieżna turystyka niszcząca miasta i mająca ogromny wpływ na życie Hiszpanów i Hiszpanek. Podobnie jak kolonie, a może nawet getta emigrantów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec, które zawłaszczyły całe regiony i niespecjalnie integrują się z hiszpańską kulturą czy językiem. 

Sobremesa to nie jest wyczerpujące kompendium na temat Hiszpanii, ale krótkie wprowadzenia na temat feminizmu czy praw kobiet i LGBTQ+ nie tyle podają skondensowaną wiedzę, ale zachęcają do dalszych poszukiwań. 

Ta książka uwodzi językiem – prostym, ale i dowcipnym, celnym oraz podejściem autora, który potrafi przekazać swoją miłość do kraju, unikając idealizowania. Hiszpania sama w sobie mnie interesuje, więc z ciekawością sięgam po wszystko, co napisano na jej temat, Buczak mnie nie zawiódł, a przede wszystkim pokazał fakty i informacje, o których nie wiedziałam. I brawa za idealnie dobrany tytuł – ta książka jest jak nie kończąca się sobremesa z autorem.

Moja ocena: 4,5/6

Mikołaj Buczak, Sobremesa, 328 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

czwartek, 30 listopada 2023

"Ludzie z Placu Słońca" Aleksandra Lipczak

 


Hiszpania jako kraj mnie interesuje, już choćby z tego względu, że jej historia spleciona jest z portugalską. Poza tym lubię Hiszpanię, a skoro kraj lubię, to chętnie się o nim więcej dowiaduję. Dzięki Ludziom z Placu Słońca faktycznie w jakiś sposób pogłębiłam moja wiedzę. Lipczak na przykład opisała historię Franka Kanalarza, który dorobił się na budowaniu osiedli, albo małego miasteczka, które wsławiło się udzielaniem ślubów parom homoseksualnym i dzięki temu rozwinęło turystykę. Jest też głęboki kryzys i bezrobocie – historie osób, którym groziła eksmisja i tych, którzy się za nimi wstawili. Dużo miejsca autorka poświęciła Katalonii, językowi i ciągotom do niepodległości, a także pierwszej burmistrzyni Barcelony. Są też imigranci, mnóstwo tematyki LGBT, kościół, Pedro Almodovar, Franco, ekshumacje.... Jednym słowem, czego tu nie ma!

Lipczak postawiła na szeroką różnorodność tematów, wybierając te, które obdzierają Hiszpanię z jej stereotypowego obrazu obejmującego plażę, słońce i palmy. To dobrze i źle. Dobrze, bo cenię obalanie stereotypów, a źle, bo biorąc na tapet tak wiele tematów, autorka nie ustrzegła się chaosu. Każdy tekst sam w sobie nie jest zły i, oczywiście są wśród nich takie, które mnie bardziej zainteresowały, ale wszystkie razem nie tworzą spójnej całości. Tak, Hiszpania jest tematem je łączącym, ale zabrakło mi tu jakiegoś wątku przewodniego, wspólnej narracji. W takiej postaci to zbiór reportaży, z których każdy tworzy osobny tekst, ale wszystkie razem nie łączą się w jedną całość. 

Ludzie z Placu Słońca pokazały mi różne oblicza Hiszpanii, ale niestety nie mam poczucia, że ta książka zostanie ze mną na dłużej. Zapamiętam zapewne kilka faktów, ogólne wrażenia, ale wolałabym, żeby autorka skupiła się na jednym lub kilku powiązanych ze sobą tematach i je pogłębiła.

Moja ocena: 4/6

Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca, czyt. Paulina Raczyło, 256 str., Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2017.

czwartek, 11 maja 2023

"Potosí. Góra, która zjada ludzi" Ander Izagirre

 


Cerro Potosí przewijało się w mojej świadomości, ale poza wiedzą o egzystencji tej góry, nie miałam zbyt wielu informacji na temat życia w jej okolicy. Izagirre odwiedził to miejsce nie raz i stworzył obszerny reportaż, osnuwając go na historii nastolatki Alicii. Dziewczyna jak wiele innych dzieci pracuje w kopalni, Cerro Potosí bowiem to niezwykle płodna góra. Jej złoża cyny i srebra były eksploatowane przez wiele lat, bez troski o środowisko i dobro pracowników. 

Przemysł w Potosí załamał się już dawno, stanęły zmechanizowane kopalnie, podupadły stowarzyszenia górnicze, brak jakichkolwiek inwestycji. Pozostała przeraźliwa bieda, wyzysk, całkowicie zniszczone środowisko naturalne, przemoc i ciężka praca, która daje niewielki zarobek i zapewnia szybką śmierć na jedną z wielu chorób związanych z zanieczyszczeniami. Alicia pracuje, by wesprzeć matkę i siostrę, bo nie ma wyboru, bo zmarł ojciec, bo to jedyna możliwość dla dziecka w Potosí. Alicia walczy też o prawa dzieci, a przede wszystkim o prawo do godnej pracy. Tak, właśnie o to, bo paradoksalnie jej zakaz nie pomagał, lecz stwarzał jeszcze większe problemy.

Izagirre rozmawia z dziećmi i kobietami, stara się poznać ich sytuację, zrozumieć, ale także pokazać szerokie tło i to mu się świetnie udaje. Dzięki jego wywodom zrozumiałam, dlaczego życie w Potosí tak wygląda, co doprowadziło do katastrofalnej sytuacji górników i dlaczego Boliwia jest tak biednym krajem. Nie po raz pierwszy to USA, mieszając się w politykę innego kraju i manipulując jego gospodarką, przyczyniło się do upadku gospodarki i doprowadziło do ekstremalnej biedy.

Ten reportaż pokazuje sytuację praktycznie bez wyjścia, błędne koło, które przyczynia się do wzrostu przemocy, przestępczości i ataków w najsłabszych, czyli kobiety i dzieci. To obraz tak smutny i zagmatwany, że zapiera dech i obezwładnia. 

Autor wraca do Potosí, by pokazać, co się stało z bohaterkami i bohaterami jego reportażu, co bardzo mi się podobało, podobnie jak jego nienachalna rola, a właściwie przezroczystość. Zaledwie kilka razy czytelniczka mogła zauważyć jego obecność. Bardzo podobało mi się, że Hiszpan zadbał o pokazanie szerokiego tła społeczno-polityczno-historycznego, które doprowadziło do aktualnej sytuacji w Boliwii. 

Moja ocena: 5/6

Ander Izagirre, Potosí. Góra, która zjada ludzi, tł. Jerzy Wołk-Łaniewski, 288 str., Wydawnictwo Filtry 2021.

poniedziałek, 26 grudnia 2022

"W butach Valerii" Elísabet Benavent




Cztery przyjaciółki w hiszpańskim wielkim mieście - każda dobrze sytuowana, z interesującą pracą (menedżerki, tłumaczka, pisarka), można by powiedzieć ustawione w życiu, ale nie do końca. Carmen podkochuje się w koledze z pracy, ale nie bardzo wierzy w jego wzajemność, do tego ma ogromne problemy z szefem. Lola zalicza facetów po kolei, stawiając na szybki seks, Nerea natomiast jest dość konserwatywna, ułożona i właśnie wchodzi w nowy związek. Prowadząca narrację Valeria natomiast jest od sześciu lat mężatką i właśnie rzuciła pracę po tym, jak jej pierwsza powieść odniosła spektakularny sukces. Teraz pisze kolejną książkę, co zupełnie jej nie wychodzi, a do tego w jej małżeństwie nie dzieje się zbyt dobrze. Jej mąż Adrián jest fotografem jest wiecznie zmęczony, największym problemem jest dla Valerii jednak brak seksu. Kobieta nie potrafi rozwiązać tej kwestii, bo nie wpadła na taki pomysł, że można by z mężem pogadać, poznaje za to seksownego Víctora, który od razu przypadł jej do gustu.

Te niespełna czterysta stron poświęcone jest perypetiom tych przyjaciółek, które spędzają cały wolny czas na plotkowaniu, piciu, paleniu, jedzeniu i seksie. Wszystkie rozmowy kobiet (w wieku ok 28-30 lat) kręcą się wokół facetów i seksu. Nie ma ani jednej, dosłownie ani jednej rozmowy, w której chodziłoby o cokolwiek innego. Wszystkie piją na umór i dyskutują o wyglądzie facetów (płaskie brzuchy, twarde uda, wielkie wiadomo-co) lub o ubraniach (podkreślających figurę, uwypuklających krągłości, unoszących biust, do tego koniecznie niebotyczne szpilki). Jedynym innym zajęciem poza wyżej wymienionym, jakim oddają się bohaterki, są zakupy. 

Ta książka jest tak zła, tak głupia, że jako uwłaczające odczuwam opisywanie dlaczego. Obraz kobiet, jaki pokazuje tu Benavent jest tak stereotypowo słaby, że aż żenujący. Zresztą powyższy opis mówi chyba wszystko. Faceci oceniani są tylko po wyglądzie (nawet nieco odstający od standardu Borja), po długości penisa i możliwościach seksualnych. Pół książki zapełnione jest scenami seksu - a ten może mieć miejsce wszędzie (brama, sofa, prysznic, kuchnia, biurko), w każdej pozycji i może trwać randomowo długo i zawsze dostarcza co najmniej kilku orgazmów. Serdecznie współczuję tłumaczce tego wiekopomnego dzieła, bo wyobrażam sobie, że się potwornie namęczyła przy tłumaczeniu tej akrobatyki. 

Denerwujący był tez zabieg autorki, która wprawdzie uczyniła Valerię główną bohaterką i narratorką, ale co jakiś czas przeskakuje w perspektywę innych bohaterów - było to tak przypadkowe i mylące, że naprawdę nie wiem, czemu miała służyć ta maniera.

Pewnie zastanawiacie się, czemu w ogóle doczytałam tę książkę do końca. Klub książkowy ją wybrał, trzeba więc było się poświęcić. Odbieram ją jako eksperyment, wyjście poza moją strefę komfortu, który pokazał mi, jak durna może być tzw. literatura kobieca. Jako że już się poświęciłam i zmogłam to dzieło, radzę wam, żebyście sobie odpuścili/-ły.


Moja ocena: 1/6

Elísabet Benavent, W butach Valerii, tł. Barbara Bardadyn, 432 str., Wydawnictwo Kobiece 2020.

sobota, 17 grudnia 2022

"Przemieszczenie" Margaryta Jakowenko


 

To opowieść bardzo mi bliska, bo o emigracji, tożsamości, poczuciu obcości. Blisko trzydziestoletnia Daria właśnie otrzymała hiszpańskie obywatelstwo i ten fakt skłania ją do rozważań na temat własnego jestestwa. Do Hiszpanii przyjechała jako kilkulatka z Ukrainy, nie była to jej decyzja ani nie odczuwała chęci zmienienia swojego życia. To rodzice, a właściwie ojciec, wybrali tę drogę ze względów ekonomicznych. Dziewczynka szybko zaaklimatyzowała się w nowych warunkach. Jak to zazwyczaj bywa, dużo szybciej niż rodzice poznała język, styl życia, zasady panujące w nowym kraju. Idealnej integracji pozornie nic nie stało na przeszkodzie.

A jednak, napisałam świadomie, pozornej, bo Daria żyje na krawędzi między dwoma kulturami. Niezintegrowani rodzice duchem wciąż tkwią w Ukrainie, a ich córka wciąż zadaje sobie pytanie: kim jestem, skąd jestem, gdzie jest moja ojczyzna? Rozstanie z hiszpańskim partnerem, który zupełnie nie był zainteresowany pochodzeniem dziewczyny, pogłębia ten wewnętrzny konflikt. To są zresztą pytania, na które nie ma jednej odpowiedzi. Każda emigrantka i każdy emigrant musi odnaleźć swoją własną ścieżkę i samodzielnie zdefiniować, kim jest, kim się czuję i dokąd przynależy. 
Jakowenko fantastycznie opisuje i ujmuje te te wątpliwości i rozterki. W wielu zdaniach się odnalazłam, w wielu odszukałam moje własne doświadczenia, choć moja emigracja przebiegała inaczej niż książkowej Darii. Spotkałam jednak sporo takich dzieci, wywiezionych do Niemiec w latach 80., które dwadzieścia lat później już nie wiedziały, kim tak naprawdę są i często wbrew rodzicom, którzy w Niemczech nigdy się nie zadomowili i spędzali całe życie na dorabianiu się, przynależeli bardziej do Niemiec niż do Polski. 

Jakowenko pisze zwięźle, w krótkich rozdziałach, ale dobitnie, jej spostrzeżenia są celne i bardzo osobiste. Oczywistym jest, że kreacja Darii oparta jest na jej własnych doświadczeniach, które jednak będą uniwersalne dla wielu osób.

Dobra rzecz, warto!

Moja ocena: 5/6

Margaryta Jakowenko, Przemieszczenie, tł. Agata Ostrowska, 150 str., ArtRage 2022.

wtorek, 30 lipca 2019

"Rodzina Pascala Duarte" Camilo José Cela


Historia Pascuala Duarte to spisana przez niego samego książka odnaleziona po jego śmierci. Pasucal opisał swoje życie, czekając w więzieniu na egzekucję. Mężczyzna pochodzi z małej wioski nieopodal portugalskiej granicy, urodzony w biedzie i barbarzyńskich warunkach, z dziecięcą naiwnością opowiada swoje życie. 

To życie naznaczone brutalnością, przypadkowością, impulsami, agresywnością. Duarte nie był kochanym dzieckiem - matka to kobieta bezduszna, surowa, brutalna, mącicielka. W jego otoczeniu panuje alkoholizm, przemoc, bijatyki. Ów Pasucal w swoim życiu popełnia morderstwa, o których z biegiem historii opowiada. Opowiada szczerze, naiwnie wręcz, tłumacząc swoje czyny afektem, nagłym wezbraniem emocji, prowokacją, równocześnie kreując się na prostego, w zasadzie dobrego człowieka.

Nie jest to porywająca historia. Napisana w latach 40. ubiegłego wieku powieść jest dość archaiczna i zapewne jest zmorą dzieci w hiszpańskich szkołach, które (jak sądzę) muszą ją czytać jako lekturę obowiązkową. Na szczęście nie tak opasłą, jak dzieła naszych noblistów. 

Cela stawia pytanie na ile urodzenie, pochodzenie, wychowanie decydują o naszym życiu, charakterze, zachowaniu. Łatwo tłumaczyć morderstwa Pascuala ciężkim dzieciństwem, brakiem edukacji, okrucieństwem rodziców wobec upośledzonego brata, utratą dziecka, ale z drugiej strony nasuwa się myśl, czy nie jest on faktycznie zły do szpiku kości. Ja oczywiście mam tendencję do obarczania winą warunków zewnętrznych dorastania głównego bohatera, ale potrafię sobie wyobrazić, że można na ten temat dyskutować. 

Dla mnie ta lektura oznacza kolejnego zaliczonego noblistę, którego dalszych dzieł już raczej nie będę czytać.

Moja ocena: 3/6

Camilo José Cela, Pascual Duartes Familie, tł. George Leisewitz i Gerda Theile-Bruhns, 240 str., Arche 1989.

niedziela, 15 października 2017

"Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku" Roberto Santiago


Kolejna książka, czytana wspólnie z synem - niespodziewany prezent, który musiał zostać przeczytany w pierwszej kolejności. Przyznam, że mnie ta publikacja niezbyt się podobała, natomiast synowi zdecydowanie bardziej.

To już szósty tom o przygodach Najfutbolniejszych - drużyny piłkarskiej Soto Alto z niewielkiego hiszpańskiego miasteczka. Tym razem dzieci wyjeżdżają do Szkocji - trener drużyny jest Szkotem i zorganizował wyjazd na tajemniczy Turniej Sześciu Klanów. Hiszpanie zupełnie nie wiedzą o co turnieju chodzi i przekonani są, że będą w Szkocji grać w piłkę. Tymczasem trafiają na pustkowie, do starego zamczyska, w którym straszy duch. Do tego zaraz po przybyciu muszą wziąć udział w pierwszej, wcale niełatwej, konkurencji. Drużyn jest sześć i po każdych zawodach odpada jedna, reguły są jasne i niezachwiane. Przewagę mają oczywiście zawodnicy szkoccy, należący do klanu MacLeodów i broniący tytułu. 

Narratorem powieści jest Łamaga, jeden z członków Najfutbolniejszych. Chłopak staje się ofiarą zamkowego ducha, który podrzuca mu czarne krzyże. Dzieci próbują na własną rękę wyśledzić ducha, co oczywiście dostarcza im wiele nieplanowanych przygód. W obliczu niebezpieczeństwa zacieśnia się przyjaźń między nimi, a nawet następują pierwsze wyzwania miłosne - w drużynie jest przecież kilka dziewczyn. 

Autor zadbał o wartką akcję, różnorodne charaktery (w drużynie jest łamaga, maruda, dowcipniś), szkockie realia (aczkolwiek dość stereotypowe) oraz zaskakujące zaskoczenie. Dlaczego więc nie podobała mi się ta książka?

Przede wszystkim nie byłam w stanie strawić jej stylu. Dominują w niej krótkie zdania, każde z nich zaczyna nową linijkę, także graficznie nie widać jednolitego testu tylko szereg zdań, wyglądających jak podpunkty. Denerwowały mnie ciągle powtórzenia - co kilka stron autor powtarzał gdzie dzieci są, co to za turniej, co się wydarzyło. Jak w serialu albo telewizyjnym show. Nawet w dialogach ciągle powtarzane są te same informacje, tym bardziej, że Szkoci mówią po angielsku i jedna z osób stale tłumaczy. Taki sposób pisania przywoływał mi na myśl tylko jedno słowo - sieczka. Popatrzcie sami:

Znienacka wyskoczył ogromny cień.
Pochodnia nagle zgasła.
Telefon wypadł mi z ręki na posadzkę.
Coś mnie prawie stratowało.
Przeleciało jak na złamanie karku.
Z przeraźliwym hałasem.
Przpadłem do ziemi i zasłoniłem twarz.
I chyba też przeraźliwie wrzasnąłem.
Ale nie jestem tego pewien.
Minęła krótka chwila.
Gdy otworzyłem oczy, od razu go zobaczyłem.
Tuż obok mnie.
Na podłodze.
Czarny krzyż.
Tak wygląda cała książka. Serio. Nie zdawałam sobie sprawy, że można w ogóle tak pisać! Mojemu synowi to nie przeszkadzało, ale mnie przy czytaniu trafiał... Przemilczę może, co mnie trafiało. Zakładam, że taki styl ma zachęcić do lektury dzieci, które za czytaniem nie przepadają. I być może nawet zachęca, zwłaszcza, że kilka razy rozdziały przedstawione są w formie komiksu. Sama w efekcie nie wiem, czy lepiej, by dzieci czytały takie książki, czy by nie czytały wcale. 
Sama treść też nie jest specjalnie odkrywcza - jest wprawdzie akcja, są uczucia, ale wszystko to jest jakieś takie płaskie i niezbyt odkrywcze. 

Moja ocena: 3/6

Roberto Santiago, Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku, tł. Jan Wąsiński, 319 str., finebooks 2016.

wtorek, 13 czerwca 2017

"Das Geheimnis der Maurin" Lea Korte


Kilka lat temu czytałam pierwszy powieść historyczną Lei Korte o losach Zahry - Mauryjki, żyjącej w piętnastowiecznej Grenadzie. Duża przerwa niestety nie służy lekturze kontynuacji ale na szczęście nieznajomość czy też niemożność przypomnienia sobie uprzednich losów Zahry, nie wpłynęła znacznie na lekturę. Autorka w odpowiednich sytuacjach po krótce przypomina przeszłość bohaterki, a i ja stopniowo zaczęłam sobie przypominać najważniejsze fakty.

Powieść Korte to niemal saga rodzinna as-Sulamich, która rozgrywa się w okresie przejęcia panowania w południowej Hiszpanii przez kastylijskich chrześcijańskich władców. Bardzo religijna i pozostająca pod wpływem inkwizytora Cisnerosa Izabela nie dotrzymuje warunków kapitulacji Maurów. Od tego momentu zaczynają się represje wobec wszystkich, którzy nie są Chrześcijanami. Na pierwszy ogień idą Żydzi. Represje dotykają także rodzinę Zahry, która jest prawdziwym tyglem kultur. Żona jego brata jest Żydówką i z ciężkim sercem przyjmuje przymusowy chrzest. Kolejnymi ofiarami chrystianizacji są dzieci osób, które wcześniej poddały się konwersji na islam, a w końcu ręka inkwizytora sięga po Maurów.

Korte umiejętnie łączy fakty z historią as-Sulamich. Już na początku książki przedstawia wszystkich bohaterów, zaznaczając, którzy z nich są fikcyjni. Zahra jest matką trójki dzieci, których ojcem jest Jaime, Chrześcijanin. Konflikty w państwie przenoszą się więc na łono rodziny. Głęboka miłość nie wystarcza, by je przezwyciężyć. Zahra ciągle miota się między zrozumieniem dla Jaime, a obarczaniem go winą za rozkazy chrześcijańskich władców. Każda z osób niezłomnie trwa przy swoim wyznaniu i nie jest skłonna do żadnych ustępstw. Maurowie, którzy panowali w południowej wiele lat, gorzko przełykają dumę, gdy oddają ukochaną Alhambrę we władanie Chrześcijanom ale w momencie, gdy inkwizytor nakazuje spalenie wszystkich arabskich ksiąg wpadają w gniew i zaczynają przygotowywać powstanie. Ten akt oznacza zniszczenie wiele osiągnięć naukowych i medycznych, praktycznie zagładę wysoko rozwiniętej kultury i cywilizacji.

Autorce nie udało się jednak uniknąć pewnej dozy niewiarygodności. Jestem świadoma, że takie są prawa powieści historycznej i jej główni bohaterowie muszą mieć wiele przygód, by jak najlepiej oddać koloryt epoki. Ta kwestia nie przeszkadzała mi bardzo, akcja powieści jest różnorodna, świetnie dopasowana do realiów epoki i naprawdę wciągająca. Drażniła mnie kwestia religii, na którą oczywiście Korte nie ma wpływu. Fakt, że z powodu upartego obstawania przy swojej wierze, ginęły setki ludzi, że rozpadały się związki i rodziły konflikty. To wszystko tylko dlatego, że ktoś świętuje w niedzielę, ktoś w sobotę, a ktoś w piątek. Korte bardzo dobitnie opisuje konflikty i zapamiętałość wszystkich bohaterów w obstawaniu przy swoich rytuałach i wierzeniach. To właśnie przez religię definiują swoją osobowość, kulturę i dziedzictwo. Naturalnie rozumiem, że w piętnastym wieku wiara odgrywała dużo większą rolę, a podejście tolerancyjne było mało popularne - dziwi jednak, że wychwalająca łagodne i dopuszczające wszystkie wierzenia rządy emira Zahra, równocześnie nie jest w stanie na żadne ustępstwo w kwestii jej wyznania. Jej przeciwieństwem jest Chalida - jej córka - która jako jedyna wydaje się rozpoznawać, że nie jest istotnym jak nazywa się boga, do którego człowiek się zwraca. Mimo wszystko męczył mnie temat zaślepienia religią i dopiero pod sam koniec powieści poczułam jej klimat. Ostatnie kilka rozdziałów kosztowały mnie niemal zarwaną noc, uroniłam nawet kilka łez!

Moja ocena: 4/6

Lea Korte, Das Geheimnis der Maurin, 573 str., Knaur Taschenbuch Verlag 2012.

czwartek, 31 marca 2011

"Jedno drzewo, jedno pożegnanie" Marina Mayoral


Laura powraca do rodzinnej wsi, do domu ojca, który niedawno umarł, ponieważ pragnie tam posadzić drzewo. Sadzenie magnolii ma dopełnić trio jej życiowych dokonań, do których należą także napisanie książki i urodzenie dziecka. Sadzeniu drzewka towarzyszą wspomnienia Laury, która, jako młoda dziewczyna, odrzuciła miłość sąsiada i przyjaciela - Paco, by wyjść za mąż za artystę i zamieszkać w Madrycie. Miłość Paco nie wygasła przez lata, i teraz, po śmierci żony, znów spotyka Laurę.
Ta krótka książka (zaledwie 85 stron) to monolog Laury - jej rozrachunek z własnym życiem i zapis jej kwestii z rozmów z Naną - piastunką oraz Paco i jego wnukiem.
Powieść Mayoral podszyta jest smutkiem - Laura sprawia wrażenie kobiety starej, stojącej u progu śmierci (podczas gdy ma pięćdziesiąt lat). Mimo wielu wątpliwości Laura wie, że jej decyzja z lat młodzieńczych była słuszna.

Podobał mi się klimat oraz konstrukcja powieści Mayoral ale odłożyłam ją ze sporym niedosytem. Jej niewielki rozmiar pozostawia czytelnika z apetytem na więcej. Znalazłam informację, że napisana w 2004 roku powieść "W cieniu magnolii" przedstawia przemyślenia Paco. Chętnie ją przeczytam.

Moja ocena: 4/6

Marina Mayoral, Jedno drzewo, jedno pożegnanie, tł. Elżbieta Komarnicka, 85 str., Wydawnictwo Muza.

wtorek, 6 lipca 2010

"Światła września" Carlos Ruiz Zafón


Ta powieść Zafóna powstała w 1995 roku jako książka dla młodzieży i ukazała się pod tytułem "Las lucies de septiebre".

Lata trzydzieste XX wieku, rodzina Sauvelle przeżywa ogromny cios - ojciec właśnie umarł, a matka - Simone - pozostaje niemal bez środków do życia. Po kilku miesiącach walki o byt, Simone wydaje się, że wygrała los na loterii. Życzliwa jej osoba pośredniczy w znalezieniu jej posady. Rodzina przeprowadza się do Normandii, gdzie matka obejmuje prowadzenie domu Lazarusa Janna. Nowy chlebodawca wydaje się być osobą serdeczną, życzliwą. Sauvellowie otrzymuje mały dom u szczytu klifu, dzieci mogą uczęszczać do szkoły, a Simone szybko wdraża się w nowe obowiązki. Czternastoletnia Irene niebawem poznaje w pobliskiej wiosce Ismaela - w którym się z wzajemnością zakochuje.
Życie Sauvellów byłoby perfekcyjne gdyby nie Cravenmoore - rezydencja Lazarusa. Dom, przypominający średniowieczny zamek, roztacza aurę niepokoju. Pełen jest zakamarków, jego fasadę ozdabiają przedziwne rzeźby, a oprócz Lazarusa (który jest wynalazcą zabawek) mieszkają w nim setki skonstruowanych przez niego maszyn. Jedno ze skrzydeł zamku pozostaje dla Simone niedostępne. Mieszka tam ciężko chora żona Lazarusa - Alexandra.

Po takim początku czytelnik nastawia się na książkę z dreszczykiem, pełną niedopowiedzeń i mrożących krew w żyłach historii. I faktyczie Zafón szpikuje swoją powieść nieprawdopodobnymi wydarzeniami. Irene i Ismael trafiają na pamiętnik z niezrozumiałymi zapiskami, w lesie ginie Hanna - kuzynka Ismalea, a w Cravenmoore zaczyna grasować tajemniczy cień.

Mimo to książka mnie nudziła. Pełne detali opisy Zafóna zamieniały się w dłużyzny, mrożące krew w żyłach sceny pościgu i ucieczki w moich żyłach niczego nie zmroziły, a samo rozwiązanie historii mnie nie zaskoczyło. To jednak powieść dla młodzieży i, myślę, że zainteresuje jedynie zagorzałych fanów Zafóna.
Szkoda, iż mimo bardzo dobrego lektora (książki słuchałam) tylko czekałam na koniec tej niemiłosiernie długiej powieści.

Moja ocena: 3/6

Carlos Ruiz Zafón, Der dunkle Wächter, czytał Rufus Beck.

czwartek, 31 grudnia 2009

"Marina" Carlos Ruiz Zafón


Przeczytałam w jeden dzień, kołysząc niespokojnego syna:)

Jedna z pierwszych książek Zafóna, według autora przeznaczona dla młodzieży. Jednak nie odebrałam jej jako książki stricte młodzieżowej, moim zdaniem nadaje się również dla dorosłych:)

Zafón ponownie umieszcza akcję swej powieści w Barcelonie. Barcelonie zagadkowej, tajemniczej, pełnej krętych uliczek, nieznanych zaułków, zapomnianych zakątków i zrujnowanych pałaców. Barcelona i jej budowle to znów jeden z głównych bohaterów powieści. Aż chce się sprawdzić czy wszystkie te miejsca istnieją.
Drugim bohaterem jest Óscar - uczeń, mieszkający w internacie, który po lekcjach uwielbia włóczyć się po nieznanych uliczkach i odkrywać urok zapomnianych dzielnic Barcelony. Podczas swoich wędrówek trafia do zrujnowanej rezydencji, która okazuje się być zamieszkana przez Marinę i jej ojca. Marinę i Óscara łączy przyjaźń. Chłopiec zafascynowany jest wręcz piękną dziewczyną i jej historią. Podczas ich spacerów Marina zaprowadza Óscara na zapomniany cmentarz, gdzie co miesiąc zjawia się tajemnicza czarna dama, która pozostawia czerwoną różę na nieopisanym nagrobku. Brzmi może kiczowato ale konia z rzędem temu, kto w tym momencie odłoży książkę. Pod wpływem nagłego impulsu Marina i Óscar postanawiają śledzić damę. Trafiają do ukrytej za chaszczami zrujnowanej oranżerii. Tam odnajdują dziwny album ze zdjęciami upośledzonych ludzi i zostają wystraszeni przez półżywe manekiny. Oboje nie potrafią zapomnieć o przeżyciach w oranżerii i rozpoczynają śledztwo, mające na celu wyjaśnienie pochodzenia zagadkowego albumu i strasznych kukieł. Nie muszę chyba wspominać, że historia będzie coraz bardziej zagmatwana i przerażająca.

Atmosferę przerażenia i zagadkowości podkreślają opisy Zafóna - w Barcelonie ciągle leje, grzmi i błyska się. Najbardziej niebezpieczne wyprawy bohaterów odbywają się przy upiornym świetle księżyca. Nie sposób się nie bać:)
Moim zdaniem Zafón troszkę przesadził z nagromadzeniem tych efektów, niemniej książkę czyta się bardzo dobrze. Największym atutem powieści jest język autora - tak jak w pozostałych dwóch książkach - nie brak tu wyszukanych słów, eleganckich metafor i zgrabnie skonstruowanych zdań. Po raz kolejny zaskakuje mnie fantazja autora, który potrafił stworzyć tak niezwykłą fabułę.

Nie jest to powieść z najwyższej półki ale czyta się świetnie, więc polecam!

Carlos Ruiz Zafón, "Marina", tł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán, Casas, 302 str., Muza.

piątek, 2 stycznia 2009

"Gra anioła" Carlosa Ruiza Zafona

Ufff, przeczytałam. Zatopiłam się drugi raz w tajemniczych i wąskich uliczkach Barcelony, przemierzałam z Davidem Martinem ulice i parki tego miasta, towarzysząc mu w jego poczynianiach.
Zafón nawiązuje do swojej poprzedniej powieści, zabierając nas znowu na Cmentarz Zapomnianych Książek oraz do księgarni Sempere. Dopiero pod koniec książki jednak zakoczyłam, że poznajemy dziadka i młodego ojca Daniela, znanego z "Cienia wiatru" oraz jego matkę.
Daniel Martín stracił wcześnie swoją matkę i wychowywany był przez ojca tyrana i alkoholika. Po jego przedwczesnej śmierci pracuje w podrzędnej gazecie, potem jako dziennikarz, by w końcu poświęcić się pisarstwu. Tworzy cykl kyminałów, których akcję umieścił w Barcelonie. Gdy zebrał nieco grosza, spełnia swoje marzenie, wynajmując mroczny i tajmeniczy dom z wieżyczką. Wktórce poznaje swojego nowego zleceniodawcę, zwanego pryncypałem. Ów jegomość - postać dziwna, nieludzka wręcz - zleca mu napisanie powieści, będącej opisem nowej religii, suto Martina opłacając. Od tego momentu życie chorego Daniela radykalnie się znienia, a on sam coraz bardziej uwikłany jest w tajemnicze morderstwa i śledzenie motywów i pochodzenia swojego nowego zleceniodawcy.
Zafón pozostaje wierny swojemy stylowi, który tak bardzo mi się podobał - trzymające w napięciu, potoczyste zdania znowu mnie urzekły. Przekonana również jestem, że wiele zawdzięczamy parze tłumaczy. Miło mi było spotykac na kartach powieści słowa rzadko już używane w polszczyźnie. Podczas gdy "Cień wiatru" określiłabym bardziej jako nieco mroczny kryminał, "Grę anioła" skłonnabym była nazwać wręcz horrorem. Niektóre sceny potrafiły niemal przyprawić mnie o gęsią skórkę. Sądzę, że powieść Zafona to świetny materiał na scenariusz.
Niezbyt podobało mi się zakończenie książki, tajemnicze i niepewne. W poprzedniej książce krytykowałam podane jak kawa na ławę rozwiązanie zagadki, tutaj czuję niedosyt. Nie bardzo potrafię połączyć ze sobą wszystkie wątki. Byłam nieuważnym czytelnikiem, zbyt bardzo skoncentrowanym na akcji, czy taki był zamiar Zafona?
Na koniec wspomnę znów, że powieść Zafona to kopalnia cytatów o książkach, pisarstwie, czytaniu. Najbardziej barwną postacią jest zdecydowanie Isabella - jej charakter i sposób bycia nakreślony jest wręcz mistrzowsko. Jej osoba rozluźnia nieco ciężką atmosferę domu z wieżyczką.
Szalenie jestem ciekawa kolejnej książki Zafona, bo jestem przekonana, że to nie koniec.

Carlos Ruiz Zafón, "Gra anioła", tł. Katarzyna Okrasko i Carlos Maarrodán Casas, 605 str., Muza Warszawa 2008.

wtorek, 30 grudnia 2008

"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon


Czas nadrobić świąteczne zaległości i podzielić się z wam kilkoma recenzjami, a także nowymi nabytkami książkowymi. Najpierw parę słów o "Cieniu wiatru".

O książce słyszałam już dawno, ale jakoś ciągle było mi z nią nie podrodze. Wreszcie Kinga sprezentowała mi polskie wydanie i od razu zabrałam się za czytanie. Powieść wciągnęła mnie właściwie od pierwszych stron, a właściwie zafascynowała mnie wizja Cmentarza Zapomnianych Książek. Cóz to musi być za fascynujące miejsce! Pozazdrościłam Izaakowi zajęcia:) O czym książka jest większość chyba wie. Nie będę więc szczegółowo opisywać fabuły, wspominając jedynie, że poznajemy historię Daniela Sempere, syna księgarza i antykwariusza, któremu podczas wizyty na Cmentarzu Zapomnianych Książek wpada w ręce powieść nikomu nieznanego Juliana Caraksa "Cień wiatru". Chłopiec zafascynowany powieścią rozpoczyna poszukiwania wszelkich informacji na temat autora. Z początkowo mrocznej i pełnej tajemniczej atmosfery powieści pozostaje czytelnikowi jedynie zagadka kryminalna. Przyznam, że czułam się tym trochę rozczarowana, chętnie przeczytałabym więcej o książkach i porozkoszowała się mroczną atmosferą. Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie dosyć proste rozwiązanie zagadki w postaci listu Nurii Monforte do Daniela. Przyznam, że nie domyslałam się przedstawionych przez nią powiązań, ale podanie ich wręcz na talerzu nieco zubożyło powieść.

Zachwycił mnie za to styl Zafona. Pisze dokładnie tak, jak lubię. Długie (ale nie za długie!) zdania, opisujące dokładnie wydarzenia i postaci. Łatwo przy takich zdaniach popaść w dłużyzny, ale Zafonowi udało się ich uniknąć. Prawdziwymi perełkami jest dla mnie cała postać Fermina Romero de Torres, a zwłaszcza dialogi z jego udziałem. Zafón wzniósł się na wyzyny swojego warsztatu pisarskiego szkicując tę postać. Warto równiez wspomnieć, iz autor umiejscowił akcję w czasach dyktatury Franco - co równiez odgrywa niemałą rolę w akcji powieści.
Opisy dzielnic i zakamarków Barcelony aż proszą o odwiedzenie tego miasta. Bardzo podobały mi się te opisy domów, kamienic i zaułków.

Cieszę się, że przeczytałam "Cień wiatru" - to książka z kategorii tych, które czyta się na jednym oddechu, które wciągają w swój świat. Ostatnio brakuje mi takich lektur, tym chętniej sięgnęłam po "Grę anioła", którą znalazłam pod choinką.

P.S. Ksiązka juz powędrowała do kolejnego czytelnika, więc nie mogę posłuzyć się cytatami. Autor bloga moje lektury zestawił sporo pięknych cytatów, zapraszam więc do niego.

Carlosa Ruiza Zafón, Cień wiatru, tł. Beata Fabjańska-Potapczuk i Carlos Marrodán Casas, Wydawnictwo Muza.

niedziela, 5 października 2008

"Zima w Lizbonie" Antonio Munoz Molina

Narrator powieści spotyka w Mardycie w jednej z knajpek dawnego znajomego - Santiago Biralbo - pianistę jazzowego. Boralbo gra w podrzędnym lokalu poz zmienionym nazwiskiem. W ciągu wielu, zakraianych bourbonem nocy, Biralbo opowiada swoją historię. Te morczne zwierzenia obracają sie wokół jego miłości do Lucrecii. Miłości praktycznie bez wyjścia, gdyż Lucrecia była mężatką. Jej mąż to podejrzany typ interesujący się sztuką i chorobliwie zazdrosny. Podczas wielu nocy narrator dowiaduje się dlaczego Biralbo zmienił nazwisko, czemu się ukrywa, czemu stale ma przy sobie broń i podejrzliwie spogląda przez okno. Opowieść pianisty przesiąknięta jest mroczną atmosferą, czytelnik wręcz słyszy muzykę. Oczywiście jest to jazz, a zwłascza kawałki napisane przez Biralbo "Lisboa" i "Burma". Wiele stron zajmują opisy atmosfery, nastrojów, muzyki, uczuć - akcja wtedy toczy się niespiesznie, ustępując miejsca melancholii. Skąd jednak w tytule Lizobna, skoro akcja toczy się głównie w San Sebastian i Madrycie? Lizoba to miasto marzeń Lucercii, to miejsce, które wręcz symbolizuje miłość jej i Biralbo. Do samej Lizobny dotrzemy jednak dopiero na 166 stronie książki. To zimowe, melancholijne miasto. Fizycznie nie odgrywa wielkiej roli, ważniejszy jest wyżej wspomniany utwór Biralbo właśnie tak zatytułowany. Narrator słucha go wiele, wiele razy. Książkę przeczytałam dość szybko, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła. To z pewnością wyśmienita powieść, bardzo poetycka, z własnym, niepowtarzalnym klimatem. Mnie jedak do końca nie ujęła.

Antonio Munoz Molina, Der Winter in Lissabon, tł. Heidrun Adler, rowohlt, 280 str., ISBN 3-498-04330-7

piątek, 30 marca 2007

"Flamandzka szachownica" Arturo Pérez-Reverte



To najlepsza książka Pereza-Reverte jaką dotąd przeczytałam. Autor znów zdumiewa mnie dokładną znajomością przedmiotu, wzbudza podziw do uprzednich szczegółowych badań, a także do troski w ukazaniu szczegółów. Jestem zaskoczona intrygą, którą buduje na podstawie pietnastowiecznego obrazu. Dosłownie od drugiej strony nie mogłam oderwać się od książki i mimo, że wogóle nie znam się na szachach wręcz połykałam kolejne strony. Ale na kartach powieści autor zawiera także szczegółowe opisy uczuć, postaci, retrospekcje, dba o ukazanie kolorytu otoczenia - wszystkie te zabiegi jednak nie spowalniają akcji, pozwalają czytelnikowi zaczerpnąć oddech i zadumać się nad historią. A zakończenie już standardowo u Pereza-Reverte totalnie zaskakuje...