Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

piątek, 6 czerwca 2025

"Kobiety, o których myślę nocą" Mia Kankimäki


Mia Kanikmäki zapragnęła zmienić swoje życie. Stoi przed napisaniem drugiej książki, ale brakuje jej pomysłu i na treść i na siebie. Zaczyna więc nocą rozmyślać o kobietach i te rozmyślania zaprowadzą ją w nieznane miejsca: dosłownie i w przenośni. Pierwszą kobietą, o której myśli Finka, jest Karen Blixen. I to chyba najbardziej znana i najbardziej kontrowersyjna postać tej książki. Kanikmäki wyrusza do Tanzanii, po trosze śladem Blixen, po trosze, by odnaleźć swoje przeznaczenie. Ta wyprawa będzie więc początkiem drogi, długiej drogi do zrozumienia istoty pisania, tworzenia, motywowania siebie, odnajdywania celu i sensu, w tym, co się robi. 

Ta powieść to z jednej strony życiorysy wielu kobiet, które działały wbrew normom i konwenansom, które miały odwagę wyjechać, porzucić, pogonić za swoimi marzeniami. Są to podróżniczki i artystki, postaci arcyciekawe i nietuzinkowe. Czytając o nich, szukałam zdjęć i ich prac, porównywałam wrażenia autorki z moimi, doczytywałam życiorysy. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałam o Idzie Pfeiffer, Nellie Bly czy Artemisii Gentileschi i innych. Jestem absolutnie zachwycona tymi kobietami i ich dokonaniami. Wypada jednak napisać słowo o Blixen, bo to jednak bardzo kontrowersyjna postać. Wbrew wielu krytycznym recenzjom, uważam, że Finka dość dobrze rozegrała ten temat. Nie koloryzuje ani wybiela, pisze wprost o kolonializmie, zabijaniu zwierząt i prawdopodobnej depresji Blixen, pokazując, że te zachowania były na miarę owych czasów i że Dunka wpisywała się w tamte trendy, równocześnie w pewien sposób płynąc pod prąd. Pytanie, czy w ogóle warto pisać o takiej postaci? Uważam, że tak. W końcu istniała, nie można o niej zapomnieć, tym bardziej, że dla wielu osób jest rozpoznawalna. Kanimäki dobrze podjęła jej temat, być może odzierając Blixen z wyidealizowanej przez film aury.

Z drugiej strony jest to książka o autorce, właściwie dziennik podróży i zmagań z samą sobą. Wiele tu wątpliwości i niepewności, poszukiwań i stagnacji, spotkań i rozmów. Finka pisze z humorem, czerpie z doświadczeń nocnych kobiet, tworzy listy na podstawie ich przeżyć, pisze do nich, rozmyśla. Ta forma książki była dla mnie największą zaletą. Autorce udało się uciec od biografii, tworząc coś nowego, świeżego.

Moja ocena: 5/6

Mia Kankimäki, Kobiety, o których myślę nocą, tł. Iwona Kiuru, 560 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

środa, 7 maja 2025

"Wyspa snów" Heikki Kännö

 


Wyspa snów, czyli Sömnö to niewielka wysepka, na której Werner Berger czerpie inspiracje dla swojej sztuki i która stanowi swego rodzaju refugium w rzeczywistości i przenośni. Izaak Severin postanawia spisać historię życia słynnego malarza, Berger go fascynuje jako artysta, ale losy jego rodziny to dopiero fantastyczny materiał. Pierwsza część książki to rodzinna saga, która rozpoczyna się od dziadka Samuela Schmala, który był niespokojnym duchem marzącym o eksploracji Afryki. Ten pochodzący z biednej rodziny chłopak musi się jednak najpierw wydostać z rąk przemocowego ojca, który jest austriackim szewcem. Jego droga poprowadzi go przez Francję i Kongo do Austrii i w końcu Finlandii. Będzie to oczywiście droga pełna przygód i ciekawych postaci, które staną na jego drodze. Autor błyskotliwie i z dużą dozą humoru szkicuje te losy, tworząc coś na kształt powieści łotrzykowskiej pełnej barwnych indywiduum. Oczywiście czytamy tu o Kongu na początku XX wieku, więc nie są to łatwe kwestie, zwłaszcza, że relacjonowane są z białej perspektywy. Jeśli jednak uda się to przełknąć, można się w tej historii zatopić. Podobnie ma się kwestia z dziećmi Samuela i ich pokręconymi losami. Gdy jednak narracja dociera do współczesności i zasadza się na samym malarzu, zaczyna się robić trudniej.

Kännö pokusił się o dygresje i rozważania na tematy wielorakie, powiązane w jakiś sposób ze sztuką, szczodrze okraszone Wagnerem (którego nie trawię). Autor eksploruje szeroki wachlarz przeróżnych kwestii, takich jak poszukiwanie prawdy i doświadczanie cienkiej granicy między nią, a fantazją, duchowość w różnych jej wymiarach, zakres działania i oddziaływania sztuki itp. Przyznam jednak, że niespecjalnie do mnie trafiły te rozważania i nie wzbudziły mojego zainteresowania. Książkę wprawdzie doczytałam, pędząc zapewne na fali pierwszej, dynamicznej i pełnej kuriozalnych postaci części, ale to nagłe wyhamowanie i zmiana konceptu mnie zniechęciły.

"Wyspa snów" to bardzo obszerne dzieło, któremu odchudzenie zapewne wyszłoby na dobre. Myślę, że przydałaby się tu redakcja, bo dygresji i postaci pobocznych jest tu wiele, za wiele. Co ciekawe, to najmniej fińska powieść, jaką przeczytałam!

Moja ocena: 3/6

Heikki Kännö, Wyspa snów, tł. Artur Bobotek, 520 str., Państwowy Instytut Wydawniczy 2024.

wtorek, 11 marca 2025

"Mokradła" Maria Turtschaninoff

 


Mokradła to opowieść o wielu pokoleniach jednej rodziny osnuta wokół jej domu wybudowanego blisko bagna i prastarego lasu. Poczynając od XVII wieku, stopniowo poznajemy kolejne pokolenia rodu, skończywszy na współczesności. Opowieści o losach rodziny towarzyszy gawęda o dziejach lasu, bagna i bogatej flory i fauny tych okolic, wzbogacona o fantastyczne postaci zamieszkujące tytułowe mokradła. Początkowo życie ludzi bardzo mocno współgra z naturą i jej mitycznymi mieszkańcami i mieszkankami. To ciężka praca, uprawa pola, wydzieranie ziemi z lasu czy bagien, ale z poszanowaniem natury. Stulecie po stuleciu zmieniają się warunki, sytuacja polityczna, podejście ludzi, ale natura pozostaje wciąż drogowskazem i wyznacznikiem życia. 

To ciekawe, jak Turtschaninoff stawia punkt ciężkości na przyrodzie, czyniąc z wielu jej elementów swoisty leitmotiv, jak na przykład z ptaków czy kwiatów. Te elementy przewijają się przez epoki, naznaczając życie kolejnych pokoleń. Dodać należy, że wiodącymi osobami są tu kobiety. One mają siłę sprawczą, one spotykają magiczne postaci, widzą więcej i mają więcej uważności na naturę, chroniąc ją i dbając o jej zachowanie. Jedna z kobiet skończy studia i stanie się leśniczką, pracując w tym silnie zmaskulinizowanym środowisku. Te feministyczne akcenty ciągną się przez całą narrację i bardzo mi się podobały, podobnie jak ekologiczne i nawet pacyficzne. 

Niestety całościowo ta powieść mnie nie przekonała. Głównie ze względu na dość trudny w odbiorze język – stylizacja na język z epoki, polegająca na konsekwentnym wstawianiu czasownika na koniec zdania bardzo mnie męczyła. Rozumiem oczywiście zamysł tłumaczki, ale odebrałam go tu jako przerost formy nad treścią. Jako że każdy rozdział poświęcony jest innym członkiniom rodu, nie każdy był dla mnie równie ciekawy, co miało wpływ na płynność lektury. 

Lust but not least książka miała dla mnie spory walor poznawczy, głównie ze względu na szwedzkojęzyczną perspektywę obywatelek i obywateli Finlandii oraz tło historyczne. Było w niej wiele momentów wzruszających i chwytających za serce. Ciekawa lektura, choć nie do końca mnie zachwyciła.

Moja ocena: 4/6

Mokradła, Maria Turtschaninoff, tł. Agata Teperek, Mokradła, 400 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

niedziela, 19 stycznia 2025

"Korzenie" Miika Nousiainen

 


Pekka i Esko spotykają się zupełnie przypadkowo – ten pierwszy niezbyt dobrze dba o zęby i ciągle ma problemy natury stomatologicznej. Ten drugi zaś jest dentystą i całe swoje życie poświęcił tej profesji. Gdy Pekka przychodzi do jego gabinetu, dostrzega, że mają to samo, rzadkie, nazwisko. Od słowa, do słowa obaj się domyślają, że są braćmi, tyle że Pekka jest tym podekscytowany, a Esko zupełnie ten fakt odrzuca. Pekka wychowywał się tylko z matką, a Esko był dzieckiem adopcyjnym. Stopniowo odkrywają, że ich ojciec porzucał rodzinę, gdy chłopcy byli mali. Stopniowo między odnalezionymi braćmi rodzi się przyjaźń, choć nie mogliby się od siebie bardziej różnić. Pekka jest spontaniczny, gadatliwy, wesoły, a Esko to kostyczny mruk, który ciągle sprowadza wszystko do swojego zawodu. Ich interakcje przeważnie są przekomiczne. 
Bracia postanawiają odnaleźć ojca, co okazuje się być zadaniem bardzo trudnym i wymagającym. Szybko odkrywają, że rodzeństwa jest więcej i to w przeróżnych zakątkach globu. Nousiainen umiejscowił odnalezione siostry w różnych punktach zapalnych – są szwedzkie przedmieścia i imigranci, jest Tajlandia i problem prostytucji oraz Australia z Aborygenami. I tu widzę największą słabość tej książki. O ile początkiem byłam zachwycona i nie mogłam się oderwać od lektury, to te dydaktyczne, toporne wręcz, wykłady były zupełnie niepotrzebne.

Gdyby Fin pozostawił tę fabułę jako opowieść o wspólnych korzeniach, zasadzoną na stomatologicznej metaforze, uznałabym ją za fantastyczną, ale te umoralniające wykłady mnie denerwowały. Nie dość, że nie były odkrywcze, to odbierały tej powieści realizm i nadawały jej szkolnego rysu. Wplecenie w historię jednej rodziny wygnania Romów z Finlandii, biedy w Tajlandii, szwedzkich problemów imigracyjnych oraz australijskiego kolonializmu to zdecydowanie za dużo grzybów w tym barszczu. I wielka szkoda, bo autentycznie świetnie się bawiłam, obserwując rodzące się braterstwo między tak różnymi osobami jak Pekka i Esko. Autor świetnie oddał pod postacią Eska stereotypowego Fina, a pod Pekką nowoczesnego ojca z wszystkimi jego zmartwieniami. 

Mimo tych wad, nie żałuję lektury, podobał mi się styl, podobały mi się dentystyczne porównania i podobał mi się humor. 

Moja ocena: 5/6

Miika Nousiainen, Korzenie, tł. Sebastian Musielak, 420 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2024.

niedziela, 5 stycznia 2025

"Las powieszonych lisów" Arto Paasilinna



To już trzecia powieść Paasilinny, po którą sięgnęłam i po raz kolejny dobrze się bawiłam. Fin nie zawiódł mnie w kwestii humoru i pomysłów. Ta powieść to jazda bez trzymanki i plejada niespotykanych bohaterów. 

Oiva Juntunen to drobny rzezimieszek. Wraz z dwoma kumplami uknuł napad na transport sztabek złota, ale tak się ustawił, że ci dwaj poszli siedzieć, a on miał przechowywać zdobycz. Na złocie jednak żyje się tak wygodnie, że Oiva decyduje się nim nie dzielić. W tym celu zaszywa się na północy Laponii, licząc na to, że kumple nie wpadną na jego trop. Kumple może nie, ale wpadnie za to major Remes, który ma dość wojska, żony i życia, za to kocha likier pomarańczowy. By zmienić swoje losy, postanawia się zaszyć na północy Laponii. Tak, dokładnie tam, gdzie Oiva. Obaj panowie początkowo się obwąchują, nie dowierzając swoim zamiarom, ale stopniowo tworzy się między nimi kuriozalna komitywa. Gdyby przyjaźń między żołnierzem a przestępcą nie była wystarczającą dawką humoru, dołącza do nich dziewięćdziesięcioletnia kobieta, która uciekła z transportu do domu starców. Trudno sobie wyobrazić bardziej niedopasowaną trójcę! A jak wam powiem, że do nich dołączą dwie prostytutki i lis? 

Las powieszonych lisów to jednak nie tylko podlana ogromną dozą sarkazmu dobra rozrywka. Paasilinna między wierszami utyka przesłanie, dla tych, którzy poza ową rozrywką szukają w powieści czegoś więcej. Jest tu o samotności, o rodzinie, o szukaniu swojej drogi w życiu, o przywiązaniu do swojego miejsca, o umiłowaniu tradycji i zapewne wiele więcej. 

Polecam nie tylko wielbicielom satyry i fińskiej literatury. 

Moja ocena: 4/6

Arto Paasilinna, Las powieszonych lisów, tł. Karolina Wojciechowska, 312 str., Książkowe Klimaty 2024.

sobota, 2 listopada 2024

"Niewidzialni" Pajtim Statovci


Arsim mieszka w Prisztinie, jest młodym studentem, marzy o pisaniu książek, ma żonę i jest Albańczykiem. Pewnego dnia w kawiarni przypadkiem poznaje Miloša – studenta medycyny i Serba. Taka kombinacja narodowości z końcem lat 90. nie wróży niczego dobrego, a jeszcze gorzej wróży, że obaj się w sobie zakochują. Rozpoczyna się karkołomny związek, zwłaszcza, że żona Arsima zachodzi w ciążę, a wojna jest na wyciągnięcie ręki. Rodzina Arsima decyduje się na ucieczkę, Miloš zostaje.

Statovci opowiada tę historię z perspektywy Arsima, Miloša poznajemy dzięki zapiskom z jego dziennika. To wszystko przeplatane jest regionalną legendą o Bolli – wężokształtnym stworze, diable, która stanowi swoistą metaforę związku obojga. Obaj mężczyźni wplątani są w niejednoznaczne sytuacje, obaj walczą z traumami. Arsima nie sposób polubić, jego wybory są egoistyczne, nieprzemyślane, zarazem to postać bardzo autentyczna, ludzka. Ktoś, kto się myli, popełnia błędy, miota się w życiu, żyje mrzonkami. Pozornie ten bardziej pozytywny Miloš jest ofiarą wojny, straumatyzowany nie ma szans na dalsze, normalne życie, a z jego zapisków wynika bardzo niejednoznaczny obraz. Równie ciekawa jest postać Ajsze – żony Arsima. To fantastycznie skonstruowany charakter, kobieta, która się rozwija, rośnie wraz ze swoimi zadaniami. 

Niewidzialni to językowy majstersztyk, Statovci nie boi się przeskoków w czasie, dwutorowej narracji, wplatania legend i peozji, doskonale panując nad swoją powieścią. Równocześnie historia obu mężczyzn jest poruszająca i skłania do przemyśleń na temat uwikłania w historii, naszych wyborów, odpowiedzialności za drugą osobę, słabości.... Dobra proza, polecam.

Moja ocena: 5/6

Pajtim Statovci, Niewidzialni, tł. Adam Sandach, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

czwartek, 4 lipca 2024

"Powiedziała, że nie żałuje" Tommi Kinnunen


 

Losy Finlandii w czasie drugiej wojny światowej nie były proste – początkowa współpraca z Niemcami zamieniła się w 1944 w zerwanie stosunków dyplomatycznych i przystąpienie do strony alianckiej. Dla głównych bohaterek tej powieści miało to poważne skutki. Każda z nich zaciągnęła się do pracy przy wojsku niemieckim – jako kucharki, sekretarki, pielęgniarki. Z różnych przyczyn opuściły swoje domy i ruszyły wraz z armią. Niektóre z nich znalazły wśród żołnierzy kochanków, niektóre zaszły w ciążę. Początkowo traktowane jako zwykłe kobiety pracujące zamieniają się w kolaborantki i niemieckie k..wy. Z końcem wojny Niemcy opuszczają Laponię, paląc wszystko, co napotkają. Po dotarciu do Norwegii okazuje się, że i ten kraj opuszczają, a kobiety zostają umieszczone w obozach jenieckich. 

Ta niepewność ich losów jest trudna do zniesienia, kobiety lękają się o życie, podejrzewają, że zostaną zabite. Gdy zostają wywiezione na ciężarówkach spodziewają się najgorszego. Kierowca jednej z nich zawozi jednak pasażerki na granicę z Finlandią, oddaje ich paszporty i pozostawia samym sobie. Grupa kilku z nich wyrusza do domów pieszo. Kinnunen opisuje ich wędrówkę – bardzo uciążliwą. Najpierw kobiety idą przez pustkowia, w zimnie, bez odpowiedniej odzieży, bez jedzenia, bez pewności, że dojdą do celu. Stopniowo trafiają na powojenny krajobraz – zniszczone mosty i domy, spalone wsie, zaminowane drogi. Następnie spotykają ludzi, którzy najczęściej nie są przyjaźni. Ogolne głowy kobiet są najgorszą wizytówką, ale i ich sama obecność zaskakuje, bo w Laponii na razie są sami mężczyźni. Grupka więc zaczyna unikać spotkań, ale częściowo jest od nich zależna, bo to jedyna szansa na osuszenie, ogrzanie i zdobycie jedzenia. 

To nie jest jednak tylko powieść o wędrówce. Kinnunen stworzył głębokie portrety psychologiczne każdej z bohaterek – rozważania na temat własnych losów, sprawczości, wyborów, a także przyczynienia się do wojennych zbrodni zaprzątają umysły kobiet podczas długiej wyprawy. Nie poznajemy zbyt wiele z ich przeszłości, to zaledwie fragmenty, urywki wspomnień, które pozwalają domyślać się, dlaczego opuściły swoje domy. Na pierwszy plan wysuwa się tu Irene, która wyrwała się z nieudanego małżeństwa i frustracji po tym, jak jedyny syn zerwał z rodzicami kontakty. Ale każda z bohaterek ma zupełnie inną motywację i przeszłość i każda wybierze inną drogę. Można by sądzić, że ciężkie przeżycia, mozolna wędrówka czy wspólnota doświadczeń połączą te kobiety na zawsze, ale nie, wojna nigdy nie łączy, zawsze dzieli. Wobec niej każdy jest samotny.

To bardzo ciekawa powieść, oszczędna w słowach, Kinnunen nie prezentuje łatwych odpowiedzi, nie ocenia, nie dopowiada – nakreśla za to prawdę trywialną, ale zawsze aktualną. Podczas wojny najbardziej cierpią najsłabsi, a po niej nigdy nie ma wygranych. 

Moja ocena: 5/6

Tommi Kinnunen, Powiedziała, że nie żałuje, tł. Sebastian Musielak, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2020.

piątek, 27 stycznia 2023

"Lód" Ulla-Lena Lundberg


Pastor Petter Kummel wraz z żoną Moną i niespełna dwuletnią córeczką Sanną przybywa na Wyspy Alandzkie, a właściwie na ich zachodni kraniec, gdzie przejmuje parafię. Młode pastorostwo jest pełne energii, werwy, chęci, by pracować dla parafian i zbudować na wyspie wspólne życie. Akcja rozgrywa się tuż po wojnie, Finlandia wciąż nie otrząsnęła się z trudnych wydarzeń, biedy i głodu. Ludzie jednak są pełni nadziei na lepsze życie i pokój. Wojna najbardziej dotknęła Irinę, lekarkę szwedzkiego pochodzenia, która urodziła się w Rosji. Kobieta musiała zostawić w Rosji dziecko, niepewna swojego losu mieszka teraz na wyspach i uczy się do egzaminu lekarskiego - jej rosyjskie wykształcenie nie zostało uznane. 

Idylliczne wyspy i surowa natura odgrywają ogromną rolę w tej powieści - pogoda dyktuje rytm życia gospodarskiego, odcina od świata, pozwala na zbiór plonów. Surowe wyspy pozwalają na uprawę ogródka, hodowlę bydła, połowy. W ten świat zatapiają się Petter i Mona, którzy od pierwszego wejrzenia pokochali ten nieprzyjazny krajobraz. Mona to prawdziwa gospodyni, która dba o inwentarz, gospodarstwo, dom, posiłki, dzieci, męża. Jej dom jest zawsze otwarty dla licznych gości pastora, gospodyni uwija się jak w ukropie, nie pozwala sobie pomóc. Mona to także dość surowa, konsekwentna matka, która dba, by nie rozpuścić dzieci. Petter natomiast ma tendencje do bujania w obłokach, nie potrafi odmówić, bardzo serio bierze swoją pracę duszpasterską, która nie ogranicza się tylko do odprawiania nabożeństw i głoszenia kazań. Bierze udział w spotkaniach parafialnych i gminnych, dba o to, by skłócone ze sobą wioski wschodnie i zachodnie odnalazły kompromis, walczy o wybudowanie ośrodka zdrowia, mostu między wyspami i zawsze ma otwarte ucho dla swoich parafian. To także kochający ojciec, który ma chęć rozpuszczać córeczki, uwielbia się z nimi bawić i rozmawiać, choć wciąż żałuje, że nie ma na to dość czasu.

Ulla-Lena Lundberg opisuje społeczność wysp z wielką precyzją - szkicuje charaktery, napięcia oraz to jak tak izolowane miejsce życia wpływa na mieszkańców. Udało jej się fantastycznie naszkicować wszystkie postaci - kantora, kościelnego, sklepikarki, lekarki, pastorowej, pastora, a nawet ich dzieci. To autentyczne osoby o spójnym charakterze. Sposób prowadzenia narracji Finki jest interesujący - bardzo opisowy, czasem ma się wrażenie, że to relacja osoby postronnej, obserwującej wyspę, ale do mnie ta wyważona, spokojna narracja trafiła. Całkowicie zatopiłam się w wyspowym świecie, a pod koniec niemal uroniłam kilka łez. Lundberg fantastycznie opisała ostatnie wydarzenia - spokój jej języka nagle znika, ustępuje rozpaczy i smutkowi. 

To bardzo dobra powieść, ale na tyle specyficzna, że wyobrażam sobie, że nie do wszystkich może trafić pióro Lundberg.

Moja ocena: 5/6

Ulla-Lena Lundberg, Lód, tł. Justyna Czechowska, czyt. Hanna Chojnacka, 416 str., Marpress 2022.

niedziela, 18 grudnia 2022

"Powieść lekarska" Riku Korhonen

 


Niklas i Ina, trzydziestolatkowie, którzy od wielu lat tworzą szczęśliwy (?) związek i spokojnie sobie żyją w Turku. On pracuje na uczelni, ona jest nauczycielką. A właściwie była, bo przechodzi żałobę po śmierci ojca i na nowo definiuje swoje życie. Niklas natomiast doświadcza kryzysu w pracy, próbuje pisać powieść, miota się między wyjazdami służbowymi i rekreacyjnymi, na których dominuje przygodny seks i hektolitry alkoholu. To życie dobrze usytuowanej fińskiej klasy średniej płynie sobie właściwie bez celu i bezrefleksyjnie, a nawet nużąco, bo ile można czytać o piciu, pieprzeniu się, rzyganiu, spaniu i tego typu ekscesach. Ciekawsze kwestie dzieją się w tej powieści w tle. To świat po ataku 9/11, w którym, gdzieś w tle, toczy się kolejna wojna, giną ludzie i pozostają okaleczone dzieci. To też świat, w którym małomiasteczkowi nacjonaliści głoszą swoje prawdy. I wreszcie świat, w którym wojna wcale jednak nie jest tak odległa, bo obecna w postaci okaleczonego dziadka, który przeżył ją na własnej skórze.

Ina i Niklas krążą w tym świecie, obijając się od spotkań, rozmów i doświadczeń. Zbliżają się do siebie i oddalają, prowadzą rozmowy mniej lub bardziej sensowne, na szczęście przetykane retrospekcjami, dzięki którym czytelniczka w jakiś sposób może umieścić ich działania w kontekście społecznym. Mimo to, czytając tę książkę, ciągle zadawałam sobie pytanie, do czego ta narracja zmierza. Co gorsza, zadawałam sobie to pytanie do ostatniej strony. To nie jest zła proza, ale jest to proza, która do niczego nie prowadzi. Owszem bawi się słowem, sytuacjami, nawiązaniami, kuriozami (gąsienica z gwoździem!), porusza nawet ważne tematy (samotność, komunikacja, miałkość życia, wojny), ale czyni to w sposób tak przypadkowy, że nie poruszyła we mnie żadnej struny. Owszem, to się dobrze czyta, ale nic poza tym. Abstrahując od treści, znalazłam tu wiele ciekawostek - choćby zaskakującą ilość słów na określenie penisa i czynności wykonywanych przez niego i z nim (chapeau bas dla tłumacza!), ale jednak w ostatecznym rozrachunku nie po to czytam książki.

Zarówno Ina jak i Niklas nie wzbudzili we mnie krzty sympatii, podobnie zresztą jak cała paleta innych mniej lub bardziej istotnych dla historii postaci, które pojawiają się znikąd i równie nagle znikają. Ha, nawet tytuł jest dziwny i w jakiś sposób może oddaje przesłanie tej książki, ale muszę się bardzo wysilić, żeby znaleźć dla niego gruntowne wytłumaczenie. Życie bohaterów toczy się bowiem wokół dolegliwości, głównie psychosomatycznych, ojciec Niklasa jest lekarzem, a jego hipotetyczna powieść także umieszczona jest w środowisku medycznym, ale co z tego? Przymiotnik "lekarska" jest dziwny, kanciasty (pewnie jak cała ta proza), owszem intrygujący, ale jednak to nie jest to.

To kolejna książka z serii Bałtyk, na której określenie nie przychodzi mi lepsze słowo niż dziwna.

Moja ocena: 2/6

Riku Korhonen, Powieść lekarska, tł. Sebastian Musielak, 532 str., Marpress 2022.

piątek, 4 listopada 2022

"Oneiron" Laura Lindstedt

 


Co się dzieje w tym krótkim momencie między śmiercią, a opuszczeniem ciała przez duszę? Nad tym zastanawia się Lindstedt, tworząc wizję miejsca, w którym spotkało się siedem kobiet. Amerykanka, Rosjanka, Senegalka, Brazylijka, Francuzka, Holenderka i Austriaczka nagle znajdują się w miejscu bez przestrzeni i granic - same zdezorientowane próbują sobie przypomnieć własny moment śmierci. 

Lindstedt balansuje między relacją sytuacji w niebycie, a opisem doczesnego życia poszczególnych kobiet, czego nie czyni chronologicznie. Stawia raczej na fragmenty, wspomnienia, urywki. Niektórym bohaterkom poświęca więcej miejsca, jak na przykład Amerykance, innym mniej (Rosjanka). Te siedem kobiet nie mogłoby się bardziej różnić. Amerykanka była znaną performerką, artystką cierpiącą na anoreksję, Polina księgową i alkoholiczką, Senegalka piękną młodą kobietą niefortunnie wplątaną w przemyt, Francuzka nosiła bliźniaczą ciążę i tkwiła w niezbyt szczęśliwym małżeństwie z bardzo bogatym mężczyzną, Holenderka wegetowała ciężko chora na raka, odrzucona i uprzednio maltretowana przez syna, a Austriaczka dopiero co wchodziła w życie. 

Oneiron to eksperyment literacki - Lindstedt bada opcje tego, co może się stać po śmierci. Robi to na płaszczyźnie treści, ale i formy. Są tu różne teksty - listy, ogłoszenia, fragmenty artykułów, rozmowy, odczyty, rozważania, są różne języki i różne sposoby narracji. Powieść zaczyna się zwrotem w drugiej osobie liczby pojedynczej, co już samo w sobie nie jest często spotykanym zabiegiem, a potem będzie jeszcze bardziej ciekawie. Przyznam, że potrzebowałam trochę czasu, zanim się zorientowałam, o co chodzi w treści i do czego (mniej więcej) autorka zmierza.

Oneiron to nierówna powieść. Są tu fragmenty fantastyczne, ale i dłużyzny. To odczucie będzie jednak pewnie zależeć od zainteresowań konkretnej osoby. Niektóre życiorysy uznałam po prostu za ciekawsze od innych. Punkt ciężkości leży na losach Amerykanki i właśnie tu sporo było dłużyzn - autorka cytuje w całości jej list czy wykład, które same w sobie są ciekawe, ale w pewien sposób wybijają z rytmu. Zresztą stawianie na różne formy jest zaletą i wadą - urozmaica powieść, ale też zbacza z tropu. Nie do końca też doszukałam się sensu wprowadzania aż tylu dygresji - czasem miałam wrażenie, że autorka chce w jakiś sposób się popisać własną elokwencją. 

Nie żałuję jednak lektury, powieści o kobietach zawsze mnie interesują, a eksperymenty formalne ciekawią. Lindstedt zachwyciła mnie jednak najbardziej zakończeniem - ostatni rozdział jest świetny i treściowo i formalnie, dobrze podsumowuje całą powieść i spina wszystkie opowieści klamrą. Oneiron nie będzie jednak książką dla każdego - to raczej powieść dla osób gotowych na eksperyment literacki i odrobinę fantazji.

Moja ocena: 4/6

Laura Lindstedt, Oneiron. Fantazja o kilku sekundach po śmierci, tł. Sebastian Musielak, 480 str., Wydawnictwo Poznańskie 2021.

wtorek, 20 września 2022

"Niebo w kolorze siarki" Kjell Westö

 


Bardzo dawno nie czytałam powieści tak klasycznej, napisanej z takim rozmachem, a zarazem tak stonowanej. Niebo w kolorze siarki przypomina mi powieści klasyków, które czytałam na studiach. Tak, właśnie te, które czasem mają dłużyzny, w których autor ma czas na opisy, spokojne prowadzenie narracji, ale które pozostają na długo w pamięci.

Westö w swojej powieści portretuje fińskie społeczeństwo w drugiej połowie XX wieku, opisując przyjaźń grupy osób. Bezimienny narrator jako chłopiec poznaje przypadkiem rodzeństwo Alexa i Stellę, którzy latem zamieszkują rezydencję na półwyspie położonym niedaleko Helsinek. Tam malutki domek wynajmuje także ojciec narratora, który, w przeciwieństwie do matki, uwielbia spędzać czas na łonie natury, łowiąc ryby i pracując w ogrodzie. Ta przyjaźń jest nierówna, bo dzieci pochodzą z zupełnie innych klas społecznych i, przez większość czasu, to Alex decyduje o być albo nie być tej znajomości. To on dopuszcza lub nie narratora do swoich sekretów i swojego życia, a rodzina Rebellów ma ich kilka. Pierwszym i najważniejszym jest choroba psychiczna ojca, która jest skrzętnie ukrywana. 

Na ponad pięciuset stronach poznajemy koleje przyjaźni narratora, rodzeństwa oraz dalszych przyjaciół tej trójki aż do okresu, gdy narrator piszę tę powieść jako dojrzały mężczyzna. To powieść o przyjaźni i o miłości, o odchodzeniu i o powracaniu. Westö opisuje zwykłe koleje losów - sukcesy, porażki, momenty przestoju, mimo to z ciekawością śledziłam losy wszystkich bohaterów. Nawet rozpoczynające powieść wydarzenia, które stworzą klamrę z końcowymi rozdziałami nie stanowiły siły napędowej tej lektury, choć oczywiście są dobry i satysfakcjonującym czytelniczkę i czytelnika zabiegiem. 

Autor bardzo ciekawie wprowadza do Nieba w kolorze siarki motyw pamięci - narrator opowiada historię swoich przyjaźni i miłości bazując na wspomnieniach. Pamięć jednak bywa zwodnicza i zawodna, co dla niego samego okazuje się być zaskoczeniem. To emocje decydują o tym, co i jak pamiętamy. Zresztą wszystkie związki bazują tu na emocjach - bardziej lub mniej stonowanych. 

Ta powieść nie zawiera górnolotnych stwierdzeń ani zaskakujących zwrotów akcji, ona niesie w sobie zwykłe życie.

Moja ocena: 5/6

Kjell Westö, Niebo w kolorze siarki, tł. Katarzyna Tubylewicz, 520 str., Wydawnictwo Poznańskie 2021.

wtorek, 28 grudnia 2021

"Przejście" Pajtim Statovci

 


Fińska powieść, która w zasadzie z Finlandią wiele wspólnego nie ma. To raczej opowieść o emigracji, tożsamości, zagubieniu. Główny bohater Bujar pochodzi z Albanii - jego dorastanie przypada na schyłek epoki Envera Hodży. Wraz z przyjacielem Agimem snuje marzenia o ucieczce z kraju, w którym się nie da żyć. Aktualna beznadzieja i warunki w kraju kontrastują z legendami i opowieściami ojca Bujara, które przekonują o wyjątkowości i waleczności Albańczyków. Bujar niczego z tych legend nie odnajduje w swoim życiu - widzi za to biedę, kombinacje i niepewną sytuację polityczną. Widzi też, że jego transpłciowy przyjaciel nie ma szans na godne życie. Rozdziały traktujące o czasie w Albanii to najciekawsze fragmenty książki - najbardziej spójne i pełne nieznanych mi dotąd legend.

Przejście nie jest jednak powieścią chronologiczną - Bujar na swojej emigracyjnej ścieżce odwiedza wiele krajów: Włochy, Hiszpanię, USA czy Finlandię i te przeżycia przewijają się w kolejnych rozdziałach, zadaniem czytelnika jest jednak wyłuskanie z nich chronologii oraz dopowiedzenie sobie prozy życia, czyli na przykład, jak Bujar dostaje się do kolejnych krajów, skąd bierze pieniądze na życie itd. Statovci skupia się na scenach, wydarzeniach, migawkach, pomijając jednak praktyczne tło, co odbiera przeżyciom Bujara wiarygodność.

Autor skupia się na problemie tożsamości - zarówno imigranta jak i osoby transpłciowej. Tutaj poszukiwanie swojego ja, umiejscawianie się w nowej przestrzeni, poznawanie panujących w niej reguł odnosi się do obu tych aspektów. Przeżycia Bujara w kwestii poszukiwania pracy, zdobywania przyjaciół mogą być tożsame dla imigranta jak i dla osoby transpłciowej, połączenie ich to mieszanka wybuchowa. Ciekawe jest, jak otoczenie kształtuje człowieka, w każdym kraju Bujar pokazuje inne oblicze, inaczej się zachowuje i snuje inną historię swojego pochodzenia. Ukrywanie się za kolejnymi maskami, przybieranie kolejnych, nowych kreacji to możliwość wielokrotnych emigracji - zmiana kraju zawsze daje szansę na odnalezienie siebie na nowo, ale mimo usilnych prób zapomnienia o kraju pochodzenia, nie sposób go wymazać.

Przejście mnie nie zachwyciło. Doceniam tu wiele aspektów - wyżej wspomniane dzieciństwo w Albanii, ale też udział w castingu słynnego talent show w Finlandii. Nie jest wprawdzie odkryciem, że to nie dobry głos i prawdziwy talent jest w nim najważniejszy, a ciekawa osobowość. Fiński reżyser postawił więc na transpłciowość, która się sprzeda i wzruszy serca widzów. Zabrakło mi tu jednak spójności - działania Bujara nie mają punktu wspólnego, są chaotyczne jak konstrukcja powieści i nie prowadzą do żadnego katharsis. I o ile nie oczekuję od powieści pointy i punktu kulmiancyjnego, to podczas tej lektury czułam się zagubiona. 


Moja ocena: 4/6

Pajtim Statovci, Przejście, tł. Sebastian Musielak, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2020.

wtorek, 26 października 2021

"Polowanie na małego szczupaka" Juhani Karila

 


Sięgając po tę książkę, spodziewałam się głęboko osadzonej w realiach lapońskich powieści obyczajowej. I w zasadzie tak się cała rzecz zaczyna. Elina wraca na północ, jak co roku odwiedza rodzinne strony, by uczynić zadość tradycji i złowić szczupaka. Wyprawa do Laponii jawi się jak wyjazd do innego świata - stopniowe zanikanie cywilizacji, granica, coraz bardziej dominująca natura i coraz dziwaczniejsi ludzie. Sama Elina też nie jest całkiem zwyczajna - z poważnie uszkodzonym palcem u nogi, obcięta na jeżyka, surowa, zacięta, silna. Już od pierwszych stron zostajemy zbombardowani potokiem fachowego słownictwa dotyczącego wędkarstwa i ryb. W tym momencie trochę się zaczęłam obawiać, że ta kaskada słownictwa mnie zaleje, a także, że czytam coś na kształt Legendy o samobójstwie Davida Vanna.

Żadna z tych obaw nie była jednak konieczna, bo wszystko toczy się zupełnie inaczej. Stopniowo zaczęłam się orientować, że Karila stworzył swoistą powieść fantasy, choć nieco się przed tym przeczuciem wzbraniałam. Mój wewnętrzny opór przed tym gatunkiem literackim nie obejmuje tylko Pratchetta. Tymczasem karty powieści Fina zaczęły zaludniać stwory nie z tej ziemi, a nawet niekoniecznie z lapońskiej. Bo kogo tu nie ma! Karila garściami czerpie z mitologii wszelakich, omijając jedynie tę lapońską, twierdząc, że nie czuł się dość kompetentny, by korzystać z dorobku kulturowego Saamów. Uważny czytelnik dopatrzy się tu inspiracji powieściami Sapkowskiego, ale doszuka się także podobieństw do twórczości Pilipiuka na przykład. Ja natomiast nie mogłam się wyzbyć skojarzeń z powieściami graficznymi KaReLa. 

Karila zaludnia karty powieści całym szeregiem dość kuriozalnych czy też dziwacznych postaci - są tu szamani, jest postać o ksywce Szambonurek czy zagadkowy Sowa. No i policjantka, która zostaje oddelegowana z południa do zbadania sprawy podejrzanej o morderstwo Eliny. Co ciekawe, policjantka bez żadnych problemów wchodzi w fantastyczny świat Laponii i od razu akceptuje obecność chyłka w swoim aucie.

Sam wątek obyczajowy, choć bazuje na klątwie, potrafi wciągnąć. Dzięki niemu poznajmy dzieciństwo Eliny i historię jej miłości. Dużo tu opisów jej charakteru, który wydaje się być typowy dla mieszkańców północno-wschodniej Finlandii, ale także ciekawa jest kwestia chęci opuszczenia hajmatu i poznania czegoś nowego. O ile w przypadku Eliny nie jest to wyraźna potrzeba serca, to jej przyjaciel stoi już na innym stanowisku i wyraża dobitnie chęć poznania innego życia niż na lapońskiej zabitej dechami wsi. Tutaj nie można nie wspomnieć o języku, który w tej powieści zajmuje rolę dominującą. Otóż w oryginale bohaterzy mówią dialektem, który po polsku należało oddać. Bardzo dobrze rozumiem dylemat tłumacza, który przecież nie mógł tego dialektu zastąpić dowolnym dialektem czy gwarą polską. Musielak tłumaczy w posłowiu, jak stworzył język bohaterów, bazując na różnych, dość typowych fenomenach polskich dialektów, kompilując je w odrębny język. Mnie się ten zabieg bardzo podoba, zresztą nie widzę innej opcji, by oddać polskiemu czytelnikowi klimat oryginału. Potrafię sobie zresztą wyobrazić, jak trudne koncepcyjnie i pracochłonne w wykonaniu było to zadanie. Podobało mi się wprowadzenie tu słów, jak się okazuje z gwary kaszubskiej, które nie były na pierwszy rzut oka rozpoznawalne i nadają tym samym postaci tajemniczego klimatu. 

I wreszcie natura, przyroda, krajobraz - to kolejny bohater tej powieści. Bagna, ryby, drzewa, insekty, komary, upał, zaduch - to wszystko odgrywa ogromną rolę. Mimo że nigdy nie odwiedziłam Laponii, to uwierzyłam w każde słowo Karili, co więcej wędrowałam po opisywanych miejscach wraz z google maps. 

Podsumowując, nie jest to może powieść, po którą bym sięgnęła w pierwszej kolejności, ale wcale nie żałuję, że ją przeczytałam, przede wszystkim ze względu na miejsce akcji, ale i cały ten folklorystyczny entourage, mimo że z Laponią nie ma wiele wspólnego.

Moja ocena: 5/6

Juhani Karila, Polowanie na małego szczupaka, tł. Sebastian Musielak, 340 str., Marpress 2021.

czwartek, 29 lipca 2021

"Po lecie wszystko będzie inaczej" Siri Kolu

 


Dziesięć rozdziałów to dziesięć lotów szybowcem ojca z synem i dziesięć okazji do rozmowy o sprawach błahych i trudnych. Peetu ma niecałe osiemnaście lat i czeka na operację klatki piersiowej w ramach procesu zmiany płci. Urodzony jako Petra od zawsze źle czuł się w swoim ciele, chłopięca tożsamość była dla niego oczywista. Ojciec akceptuje, że ma dwóch synów (Peetu ma starszego brata Pyry) i krótkie, lakoniczne rozmowy w chmurach zmieniają się w wymianę uczuć, bo i on dzieli się swoimi problemami z synem.

Problematyczna jest Anita, matka, która nie potrafi do końca pogodzić się z tym, że jej córka okazała się być chłopcem. Jej zachowanie i próby poradzenia sobie z transpłciowością są całkowicie nieudane, krzykliwe, chaotyczne, bolesne. Całkowitego wsparcia Peetu nie ma także w starszym bracie. Natomiast bardzo wspiera go dziewczyna Aurora, z którą mieszka.

Dzięki przemyśleniom i rozmowom chłopca poznamy jego problemy na przestrzeni lat - począwszy od wyboru przebieralni w szkole po konieczność noszenia całej dokumentacji medycznej w najbardziej błahych sytuacjach. Sporo w książce informacji na temat przebiegu tranzycji płci w Finlandii. 

Rozterki i zmartwienia Peetu pozwalają wejść w głowę, w sposób myślenia osoby transpłciowej, a zarazem nastoletniej. Chłopak jest całkowicie skoncentrowany na sobie i nie ma krzty zrozumienia dla matki czy brata. Nie ulega wątpliwości, że sposób w który mama próbuje rozmawiać z Peetu, i w który wyraża swoje wątpliwości jest nieakceptowalny, ale równie przykry jest absolutny brak zrozumienia dla niej, choćby dla faktu, że chciała zatrzymać zdjęcia córki/syna z młodości. To faktycznie książka o transpłciowym nastolatku, więc jego punkt widzenia jest najważniejszy i to rozumiem, zresztą o dynamice rodzinnej nie jest tu aż tak dużo, by do końca zrozumieć niechęć Peetu do matki.

Pomysł na konstrukcję książki jest świetny. Loty szybowcem wprowadzają element kontemplacyjny, dają nić porozumienia, pozwalają na najtrudniejsze rozmowy, bo syn i ojciec siedzą jeden za drugim, nie widząc swoich twarzy. Wynoszenie ponad ziemię, pozwala spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Niestety zupełnie nie podszedł mi język autorki - odebrałam go jako dość toporny, niemelodyjny i choć lubię i cenię lakoniczność, tu ona mi zupełnie nie leżała. Historia jest naprawdę świetna i ważna, ale ten język zepsuł mi przyjemność lektury. Bardzo trudno mi ocenić tłumaczenie, bo nie znam oryginału, ale często nie leżały mi wybory tłumacza, na tytule poczynając.

Moja ocena: 4/6

Siri Kolu, Po lecie wszystko będzie inaczej, tł. Adam Sandach, 120 str., Wydawnictwo dziwny pomysł 2021.

sobota, 22 maja 2021

"Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" Aleksandra Michta-Juntunen

 


Finlandia nie jest dla mnie tabula rasa, choć nigdy w tym kraju nie byłam. Sporo wiadomości uzyskałam od znajomych, którzy tam mieszkają, z różnych tekstów, a także z pierwszej ręki w mojej poprzedniej pracy. Autorkę tej publikacji cenię od dawna i bardzo cieszyłam się na lekturę książki o tak pięknej okładce. I faktycznie tę opowieść o Finlandii i Finach czyta się przyjemnie, określiłbym nawet to czytanie jako ładne, bo choć Michta-Juntunen kilka razy zaznacza, że jej nowa ojczyzna nie jest tak idealna, jak się o niej mówi, to w swoich opowieściach tematy zapalne omija lub tylko zaznacza.

Autorka chce pisać o wyjątkowości Finlandii, o jej kuriozach, ciekawostkach, zwyczajach i mieszkańcach, a także o swoich własnych spostrzeżeniach i relacjach z mieszkańcami tego kraju. I dobrze jej to wychodzi. Michta-Juntunen potrafi gawędzić, ale także popiera swoje spostrzeżenia twardymi danymi, często ucieka się do statystyk czy tekstów źródłowych. Jeśli od dawna fascynuje was fenomen fińskiej edukacji i wierzycie święcie w każde doniesienie medialne na temat tego cudu, autorka was chętnie wyprowadzi z błędu. Podobnie będzie z legendarną małomównością Finów czy rzekomymi zawiłościami języka fińskiego. Przyznam jednak, że o fińskim chętnie przeczytałabym więcej niż przykładowe odmiany czy listy słów.

Sporo tu także o kuchni - o legendarnych salmiakkach, ale także ogólnie o fińskich potrawach. Autorka lubi gotować i od wielu lat prowadzi blog o fińskiej kuchni, nie mogła więc nie zamieścić w swojej książce przykładowych przepisów. Wybory kuchenne Finów popiera danymi historycznymi i oczywiście uwarunkowaniami geograficznymi.

Można się pokusić o stwierdzenie, że w tej publikacji autorka zahaczyła o każdy aspekt życia - wychowanie, edukację, czas wolny, pracę, sposób jedzenia, ubierania, język, zwyczaje. Bardzo ciepło pisze o swojej fińskiej rodzinie, o przyrodzie, bezkresie i ciszy. Sporo miejsca poświęca tytułowym trzem "s". O salmiakkach już wspomniałam, ale sisu i sauna są równie ważne. Sisu to fińska wersja słynnego hygge, która jednak ma nieco inne znaczenie i określa niewzruszoną postawę i sposób na życie mieszkańców tego kraju. Nie napiszę więcej, bo przecież nie chcę wam odbierać przyjemności z lektury. Natomiast sauna to rzecz w Finlandii święta, a że autorka pokochała ją conajmniej tak bardzo jak Finowie, to sporo można się dowiedzieć o kulturze saunowania, która ściśle się wiąże ze spędzaniem wolnego czasu i relaksem.

Ta książka to lektura z kategorii lekkich - rozdziały i opowieści są krótkie, utrzymane w stylu blogowym, okraszone pięknymi fotografiami. Ja czuję po niej niedosyt, chętnie pogłębiłabym tę dość powierzchowną wiedzę, przeczytała więcej o negatywnych stronach życia w Finlandii, jestem pewna, że autorka mogłaby opowiadać bez końca. Jeżeli potraktujecie tę książkę jako mini-przewodnik kulturowy przed wyjazdem do Finlandii lub jako wstęp do wiedzy o tym kraju, to myślę, że lektura was zadowoli. Jeśli jednak szukacie tekstu bardziej krytycznego, pogłębionego o analizę choćby socjologiczną, to może was czekać rozczarowanie.

Moja ocena: 4/6

Aleksandra Michta-Juntunen, Finlandia, Sisu, saune i salmiakki, 313 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Codziennie jest piątek" Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek

 


Choć z krajów nordyckich znam tylko Islandię, a i tę tylko pośrednio, to chętnie sięgam po książki traktujące o tych krajach, ale także napisane przez autorów z nich pochodzących. Mam wrażenie, że nordycka mentalność, o ile oczywiście można aż tak uogólniać, bardzo współbrzmi z moim podejściem do życia. Innym, ważnym impulsem do sięgnięcia po tę książkę były jej autorki, a zwłaszcza trzy z nich, które cenię i znam z klubu Polek na Obczyźnie. Co ciekawe, książkę sprezentowała mi jedna z klubowiczek, mieszkająca w Danii, w ramach naszej corocznej akcji mikołajkowej. To była cudowna niespodzianka - w przeciwnym razie nie miałabym szans na dostanie wersji papierowej przez wiele miesięcy. 

O Skandynawii i krajach nordyckich powstało już mnóstwo publikacji, czy więc ta książka ma szansę na wyróżnienie w tym natłoku? Moim zdaniem tak, a to dlatego, że autorki nie starały się stworzyć obszernego kompendium o tych krajach, lecz wyszły z założenia, że opowiedzą o swoich nowych ojczyznach, wybierając za leitmotiv poczucie szczęścia. Poszukiwanie szczęścia to temat oczywiście medialny, szczególnie w okresie pandemii, która pobrzmiewa także na kartach tych książki, a szczęście nordyckie przewija się przecież od dawna w licznych publikacjach - czy będzie to słynne duńskie hygge, czy mniej znane szwedzkie lagom, fińskie sisu, norweskie kos, farerskie hugni czy tak dobrze mi znane islandzkie þetta reddast

Począwszy od wstępu Kingi Eysturland, która przybliża mniej zorientowanemu czytelnikowi pojęcia nordyckości i skandynawizmu, poprzez wywiady i teksty o istocie szczęścia, kuchni i dobrobycie, czytelnik stopniowo zagłębia się w tematykę książki. Te wstępne rozdziały mają na celu poszerzenie perspektywy oraz ukazanie pewnych wspólnych punktów łączących w gruncie rzeczy dość różne kraje. 

Kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym nacjom - tu widać, że każda z autorek ma swój styl i swoją koncepcję przedstawienia pojmowania poczucia szczęścia w swojej ojczyźnie. I o ile dopiero na podstawie tej lektury widać spore różnice między mieszkańcami europejskiej północy, to warto się skupić na podobieństwach. Wszystkie te kraje łączy minimalizm, który wyraża się nie tylko w wystroju mieszkań, ale i w kuchni i podejściu do życia. To właśnie on jest moim zdaniem kluczem do szczęścia. Unikanie zalewu rzeczy czy informacji poprzez obcowanie z naturą jest tym, co sama odnalazłam dla siebie. Mieszkaniec krajów nordyckich z nabożną czcią traktuje swój dom letniskowy, do którego wyjeżdża na weekend, by celebrować czas wolny, kontemplować naturę i ewentualnie zmęczyć się podczas pracy fizycznej. Niezbyt zachęcająca pogoda przez większą część roku nauczyła Skandynawów do korzystania z każdej pięknej chwili. Od dziecka wyrastają w głębokim poszanowaniu dla natury i respekcie dla innego człowieka, co wydaje się być kluczem do poczucia spełnienia. Tu nie trzeba wodotrysków i wielkich pieniędzy - wystarczy dobre jedzenie (żadne cuda, pizza robi robotę), bycie w gronie bliskich i wspólne spędzanie czasu. Dla Fina kropką nad i będzie sauna, dla Islandczyka gorące źródło, dla Norwega wyprawa na ryby - niczego więcej nie trzeba. 

Rozdziały poświęcone poszczególnym krajom są wprawdzie zbudowane według podobnego schematu, ale każda z autorek nadała im indywidualny rys. Najmniej podobał mi się ten o Danii, bo miałam problem ze stylem autorki (co ciekawe ten rozdział ma inną redaktorkę), pozostałe były świetne. To ogromna dawka wiedzą w pigułce, podana z perspektywy każdej z autorek. Świetnym uzupełnieniem są wywiady z obywatelami poszczególnych krajów, a przede wszystkim przepisy z przepięknymi fotografiami. Zdjęcia są zresztą integralną częścią tej pięknie wydanej książki, dlatego tak bardzo cieszę się, że mogłam przeczytać ją w wersji papierowej. 

Moja ocena: 5/6

Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek, Codziennie jest piątek. Szczęście po nordycku, 240 str., Wydawnictwo Pascal 2020.

wtorek, 25 września 2018

"W Dolinie Muminków" Tove Jansson



To nasze drugie spotkanie z Muminkami - i o ile Kometa w Dolinie Muminków w pewien sposób mi się podobała, to ten tom trafił do mnie znaczniej mniej. Niespecjalnie odnajduję się w świecie Muminków - mój syn przyjmuje tę opowieść taką, jaką jest, ja nie mogę się powstrzymać od doszukiwania się aluzji, nawiązań, głębszego sensu i za każdym razem muszę stwierdzić, że nie czuję percepcji świata Jansson. Nie współgramy, nie nadajemy na tych samych falach.

W tym tomie Muminki powoli budzą się ze snu zimowego i podczas pierwszej wiosennej wyprawy odnajdują Czarodziejski Kapelusz, który przysporzy im wielu kłopotów. Niepozorne, choć spore nakrycie głowy okaże się być bardzo kłopotliwe, a do tego jest zgubą Czarnoksiężnika, który oczywiście ją musi odzyskać. Jak najbardziej pokojowo, ma się rozumieć. Muminki jednak zbyt wiele czasu nie poświęcają na rozmyślania, wolą wyruszyć na wycieczkę jachtem, by spędzić czas na małej wyspie. Owa wyspa nie jest jednak tak samotna, jak się spodziewali, trafiają tam bowiem na wielbiących barometr Hatifnatów. Przygód będzie więcej, bo Kapelusz spowoduje zarośnięcie domku dżunglą, a dzięki przybyciu Topika i Topci, serdecznie przyjętych przez Muminków, kłopoty osiągną apogeum i rozwiązana zostanie zagadka Kapelusza.

Przyznam, że z ulgą zakończyłam lekturę tego tomu - fantastyczne przygody i wydarzenia nużyły mnie, na szczęście sytuację ratowały charaktery niektórych z postaci. I mój syn, który, właściwie ku memu zdziwieniu, słuchał z ciekawością.

Pochwalić muszę koniecznie piękne wydanie tej książki i oczywiście nastrojowe, urocze ilustracje.

Tove Jansson, W Dolinie Muminków, tł. Irena Szuch-Wyszomirska, 181 str., Nasza Księgarnia 2016.

środa, 28 grudnia 2016

"Kometa nad Doliną Muminków" Tove Jansson


Aż trudno uwierzyć ale właściwie nigdy nie czytałam Muminków. Pamiętam, że kiedyś któryś z tomów wypożyczyłam z biblioteki ale nie zachwycił mnie w latach wczesnoszkolnych, a później już nie próbowałam ponownej lektury. Trochę żałowałam, widząc jak wielu fanów mają Muminki. Pomyślałam, że może z córką sięgniemy po tę klasykę, ale ona nie chciała. Na szczęście chciał syn.  I na szcz ęście zostaliśmy obdarowani tą książką. Razem przeczytaliśmy Kometę i wygląda na to, że każdemu z nas podobało się w niej coś innego.

Podczas jednej z wypraw na plażę Muminek i Ryjek odkrywają grotę. To grota Ryjka, bo on pierwszy ją zauważył. Muminek nie spiera się jednak o takie sprawy i cieszy się ze znalezionych pereł oraz wspólnej wycieczki. Pewnego dnia nawiedza dolinę wielki deszcz, a na drugi dzień cała okolica pokryta jest dziwnym pyłem. Podczas ulewy przychodzi do domku Muminków Piżmowiec, którego norka została zalana. To właśnie on straszy Muminki wizją zagłady. Muminek i Ryjek wyruszają więc do Obserwatorium, by sprawdzić czy zbliżająca się do Doliny Kometa faktycznie w nią trafi i wszystko zniszczy.
Podczas wyprawy spotykają Włóczykija i dalej ruszają już we trójkę. Nie jest to łatwa wycieczka, natrafią na wiele niebezpieczeństw, ale, jak się zapewne domyślacie, szczęśliwie wrócą do domu i zdążą uratować bliskich przed kometą. 

Zaskoczona byłam jak wyraziście Jansson nakreśliła każdą z postaci. Każda z nich to inne cechy charakteru, inne spojrzenie na świat, a wspólnie tworzą zgarną kompanię. Nie uciekłam oczywiście od doszukiwania się wśród bohaterów książki typowych osobowości ludzkich, mój syn za to koncentrował się na akcji, przygodzie. I dobrze, bo gdyby zaczął porównywać mnie z zapobiegliwą i pobłażliwą Mamą Muminka wypadłabym bardzo blado. Podczas gdy ja raczej odnajdywałam się w postaci Włóczykija, on śledził z większą uwagą wypowiedzi Muminka i Ryjka.

Nic nie napisałam o ilustracjach, które oczywiście są piękne, świetnie wplecione w tekst. Syn długo się im przyglądał, a i mnie się podobały. Tak samo zresztą jak nowe wydanie, w nieco większym formacie niż dotychczas. 



Mam ochotę poznać kolejne tomy, więc pewnie w przyszłości obdaruję nimi syna. Jakiś pretekst zawsze się znajdzie. 

Moja ocena: 5/6

Tove Jansson, Kometa nad Doliną Muminków, tł. Teresa Chłapowska, 179 str., Nasza Księgarnia 2014.

sobota, 22 października 2016

"Harjunpää i kapłan zła" Matti Yrjänä Joensuu


To jedna z najdziwniejszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Kryminał, nie-kryminał, ale powieść obyczajowa też nie, choć porusza wiele trudnych kwestii. Krótkie rozdziały zachęcają do szybkiej lektury ale mnie ta książka nie ujęła. 

To dziesiąty tom o policjancie Timo Harjunpää, napisany podobno po przerwie i okrzyknięty jako wielki powrót Joensuu. Ale jeśli to jest wielki powrót, to po wcześniejsze tomy nie mam ochoty sięgać. Z drugiej strony to ciekawa książka, zaskakująca konstrukcja, mnóstwo niedopowiedzeń i otwarte zakończenie. Ze względu na te punkty nie żałuję, że ją przeczytałam. 

Tytułowy policjant zajmuje się zagadkowymi przypadkami śmierci w metrze - zupełnie nie związane ze sobą osoby wpadają pod nadjeżdżający na stację pociąg, a dokładnie między jego wagony. Policjanci przyjmują, że nie są to samobójstwa, jednak bardzo trudno znaleźć świadków tych wydarzeń, którzy naprawdę coś zaobserwowali, mimo że metro było pełne.

Konstrukcja powieści ujawnia od samego początku działania sprawcy - fanatyka religijnego, który wierzy w Macierz, ma zdolności hipnotyczne i telepatyczne, a zabójstwa w metrze są jego sposobem składania ofiar. 
Autor prowadzi nas więc trzema nitkami - obserwujemy działania policji, gnoma-szaleńca, który żyje swoją religią oraz słynnego pisarza i jego syna. Ten ostatni wątek jest najbardziej przejmujący. Mikko - pisarz - dorastał w rodzinie bez uczuć, manipulowany przez rodziców, zastraszany i niekochany. Ożenił się z podobną im kobietą, rozstał się z nią i cierpi z powodu braku weny pisarskiej. Jego syn - Matti - mieszka z matką, która traktuje go podobnie jak dziadkowe traktowali ojca. Te dwie postaci są najbardziej tragiczne, bardzo trudno było mi czytać o ich życiu. Opisy drętwoty uczuciowej, braku empatii mają na mnie zdecydowanie zły wpływ. Zagubiony i niepewny Matti łatwo ulega wpływowi kapłana, podobnie jak jego otyła koleżanka.

W tej książce nic do końca nie jest wyjaśnione - przez pierwszych kilkadziesiąt stron czytelnik dopiero układa sobie w głowie porządek wydarzeń, a autor rozpoczyna wątki, porzuca je, rozkłada poszlaki, sugeruje motywy, nie dopowiada.

W mój gust autor nie do końca trafił, choć zauważam w tej książce wiele pozytywów.

Moja ocena: 4/6

Matti Yrjänä Joensuu, Harjunpää i kapłan zła, tł. Bożena Kojro, 320 str., Wydawnictwo Kojro 2005.