Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2025

"Kolekcjoner śniergu" Jan Štifter

 


Dominik ma dwadzieścia kilka lat, jest pół-Romem i prowadzi niezbyt ciekawe życie. Dorabia na budowie, układa sobie życie z Renatą, która ciągle odwala szalone numery. Dla Dominika w życiu liczy się tylko piwko, stosunki wiadomo jakie i zakup samochodu, który leży poza jego zasięgiem finansowym. I byłby całkiem przeciętnym facetem, gdyby nie duch dziecka, który mu się ukazuje co noc. Domonik nie zdaje sobie nawet sprawy, że budynek w którym mieszka niesie ze sobą historię. To w jego okolicach w latach 50. mieszkało dwóch chłopaków – wujek Dominika Karlos oraz jego przyjaciel Adolf. Dzieciaki mieszkają w dzielonych mieszkaniach dla wysiedleńców i penetrują pobliskie ruiny i cmentarz, a towarzyszy im Josef – duch dziecka, które utonęło wraz z matką tuż po wojnie. Trzeci plan czasowy przenosi nas w lata 30.-40., do domu Dominika, w którym mieszka rodzeństwo. Ich matka popełniła samobójstwo, więc brat decyduje się na założenie zakładu pogrzebowego, by utrzymać siebie i siostrę.

Štifter przeskakuje między tymi trzema historiami, które pozornie poza miejscem nic nie łączy. W latach 30. pozostajemy najdłużej – brat erotoman, który decyduje się być po ojcu Niemcem odnosi sukces, bo idealnie wpasowuje się w wydarzenia polityczne. Po wojnie osoby z małżeństw czesko-niemieckich nie mają jednak lekko, podobnie jak te z pochodzeniem romskim. Wspólne życie pod jednym dachem jest dla nich ogromnym wyzwaniem. Ale to tło historyczne zarysowane jest ledwie mimochodem – najważniejsze są tu jednostkowe losy, które splatają się w niespodziewany sposób i nawet jeśli już nie pamiętam o jednostkowych tragediach, to mają one wpływ na przyszłe pokolenia. Znamienne jest to, że Dominik nie interesuje się odnalezionym na strychu dziennikiem, ale zachowuje przeszłość pod postacią trzymanego w zamrażarce śniegu. 

Ta niewielka objętościowo powieść kryje w sobie wiele dobra – charakterne postaci, które potrafią denerwować, dużo historii, trudne losy i świetny język. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Jan Štifter, Kolekcjoner śniegu, tł. Anna Radwan-Żbikowska, 264 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2023.

wtorek, 11 listopada 2025

"Krzywy kościół" Karin Lednická


Barbara mieszka w Karwinie, mieście górniczym i wiedzie szczęśliwy żywot. Ma udane dzieci i kochającego męża, a niebawem spodziewa się kolejnego potomka. W górniczej Karwinie wszyscy pracują na kopalni, gdy więc w 1894 zdarza się wypadek, niemal każda rodzina jest dotknięta tragedią. Nie inaczej jest w przypadku Barbary, która traci męża i syna. Kobieta wpada w rozpacz, a zgorzknienie będzie jej cechą aż do śmierci. Nie inaczej jest w przypadku małego Ludwika – i on traci ojca, a na wychowanie trafia do przypadkowej rodziny, która przygarnęła chłopca. Przyjaciółka Barbary – Julka – ucieka od agresywnego męża i szuka szczęścia w Ostrawie, gdzie w końcu znajduje miłość. Wreszcie córka Barbary – Basia – dzieli los wielu ciężko pracujących kobiet i matek, których mężowie pracują na kopalni. 

Te postaci i ich rodziny służą Karin Lednickiej do nakreślenia historii górniczej Karwiny – miasta, które już nie istnieje, bo współczesna Karviná powstała w innym miejscu. To jednak nie tylko dzieje górnictwa i opis skromnego, wypełnionego pracą życia, bo na ten rejon wielki wpływ miały wydarzenia ogólnoeuropejskie. I wojna światowa zabrała wielu mężczyzn, a wojenny lazaret zastąpił pobliskie sanatorium. Wraz z jej końcem nie nastąpił jednak pokój w tych okolicach – tereny między Cieszynem, Ostrawą czy Karwiną stały się kością niezgody między Polską, a nowo powstałą Czechosłowacją. Te walki bezpośrednio dotknęły mieszkańców, każdy mógł się stać celem nienawiści, a decyzja co do przynależności państwowej spędzała sen z powiek. Wiele z rodzin było mieszanych: polsko-czesko-śląskich, większość znała wszystkie języki. Jak w takiej sytuacji podjąć decyzję? 

O tym wszystkim pisze Czeszka, przyjmując perspektywę tych najbiedniejszych, najmniej wykształconych, najprostszych, którzy po prostu chcą żyć w pokoju, bez wojen, głodu i konfliktów. Lednická spisała sagę rodzinną, by zachować ówczesne nastroje, ale i pamięć o miejscowości, której już nie ma. Takie założenie jest jak najbardziej słuszne i dla mnie niemal gwarancją świetnej lektury, co potwierdzają wysokie oceny na portalu Goodreads. Tymczasem ja czytałam tę książkę wyjątkowo długo! Niestety Czeszce nie udało się uwieść mnie i spowodować zatopienie się w losach opisywanych postaci. Upatruję przyczyn w języku, który niestety nie ma potencjału angażującego. To raczej relacja, i to prosta relacja, nawet dialogi nie są "żywe". Bohaterek i bohaterów nie poznajemy przez ich czyny, lecz przez opisy ich działań, a te mają vibe wypracowania. Ten język jest drętwy i zupełnie nieporywający. Niestety uważam też za niezbyt udane tło historyczne – nie widzę tu faktycznej kroniki miasta, poza wybuchem na kopalni i stworzeniem uzdrowiska nie ma tu zbyt wiele miejskich opowieści. Spodziewałam się więcej kolorytu, opisu ściśle lokalnych wydarzeń, jakichś ważniejszych person, miejsc, a jest tego jak na lekarstwo. Brakowało mi też długo informacji na temat języka, Lednická dopiero na samym końcu wyciąga kwestię narodowości i języka, bo wtedy staje się aktualna w świetle wydarzeń politycznych. Rozumiem, że robi to celowo, ale równocześnie jej bohaterki i bohaterowie mówią przedziwną mieszanką, bo wplatają pojedyncze śląskie słowa, że aż się prosi, by choćby między wierszami wyjaśnić to czytelniczce, która nie zna historii Śląska Cieszyńskiego. 

Podchodziłam do tej książki, oczekując napisanej z rozmachem sagi rodzinnej z gruntownym tłem historycznym, więc moje rozczarowanie jest spore. Może rozpieściły mnie inne książki pisane w tym stylu, może faktycznie zbyt wiele oczekiwałam? To nie jest zła książka, ale w moim rankingu plasuje się bliżej czytadła niż dobrej powieści.

Za przekazanie mi tej książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

Moja ocena: 3,5/6

Karin Lednická, Krzywy kościół, tł. Joanna Goszczyńska, 448 str., Wydawnictwo Znak Horyzont 2025.

środa, 26 lutego 2025

"W ciemność" Anna Bolavá


Anna Bartaková mieszka na czeskiej wsi i od dziecka fascynuje się ziołami. Tę pasję zaszczepiła w niej babcia, która była specjalistką na tym polu. Anna mieszka samotnie w domu po babci, pracuje jako tłumaczka, a w każdej wolnej chwili zbiera zioła i co wtorek zwozi je do skupu. Od pierwszych stron powieści wchodzimy w głowę Anny, która obsesyjnie oddaje się swojej pasji. Całe jej życie kręci się wokół ziół – co aktualnie kwitnie, co można zrywać, jak zrywać, kiedy, jak suszyć i kiedy odwieźć do skupu. Praca zawodowa schodzi na drugi plan, jedzenie, życie – to wszystko się nie liczy.
Wśród myśli Anny pojawiają się przebłyski z przeszłości – stopniowo dowiadujemy się, że był mąż i znienawidzony teść, że są kuzynki, jak zmarła babcia, kto jeszcze mieszka w wiosce. Wszystkie te informacje jednak są przefiltrowane przez myśli Anny.

Ta powieść to dogłębne studium pogrążania się w obsesji. Bolavá fantastycznie opisuje stopniowe odcinanie się bohaterki od świata, która minimalizuje kontakty, porzuca pracę, ignoruje ból i własne dolegliwości. Ponadto w innych widzi często złą wolę, podejrzliwie podchodzi do większości ludzi, także tych, którzy starają się jej udzielić pomocy. Sporą rolę odgrywa tu zapewne samotność kobiety – nie ma punktu odniesienia ani nikogo, z kim dzieliłaby swoją pasję do ziół. 

Bolavá stworzyła bardzo spójną postać, ukazując jej stopniowe osuwanie się w tytułową ciemność, zarazem nie dopowiadając zbyt wiele. Czytelniczka otrzymuje zaledwie strzępy informacji o przeszłości Anny, samo zakończenie też jest w pewien sposób otwarte. Czeszka pięknie opisuje naturę, poszczególne rośliny i cały proces zbierania ziół. Ta powieść to coś wyjątkowego, odmiennego, potrafi zachwycić tym florystycznym klimatem. Dajcie się uwieść tej pięknej okładce, warto!

Moja ocnea: 5/6

Anna Bolavá, W ciemność, tł. Agata Wróbel, 296 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2015.

piątek, 16 sierpnia 2024

"Ostatnia podróż Winterberga" Jaroslav Rudiš

 



Winterberg ma blisko sto lat, właściwie jego kolejną podróżą miło być przejście w inny świat, w czym zawodowo pomaga Jan Kraus, ale ten ostatni pomógł mu tak dobrze, że Winterberg zapragnął odbyć tę ostatnią podróż koleją. Ten były maszynista i fascynat historii wyrusza ze swym opiekunem z Berlina do Czech, Austrii, Chorwacji, próbując dotrzeć do Sarajewa. W tej wyprawie towarzyszy mu przewodnik Bedekera z 1913 roku, z którego obficie cytuje, ciągle powtarzając te same informacje. W tym zalewie, przemycają oboje, i Winterberg i Kraus, strzępki wydarzeń ze swojego życia.
Kraus zbiegł z Czech, siedział w więzieniu, przeżył nieszczęśliwą miłość. Podobnie jak Winterberg, który kochał i nadal kocha Lenkę – Żydówkę. 

Ta nierówna para podróżuje więc pod dyktando Winterberga, który niezmordowanie czyta przewodnik i zasypuje Krausa i czytelniczkę informacjami o wojnach, bitwach (Königgrätz szczególnie), muzeach, armiach. Informacje o życiu obu mężczyzn trzeba mozolnie wyłuskiwać z tego potoku słów. Jeśli weźmie się na siebie to zadanie, to można wyłuskać wiele dobrego o wspólnej historii obu krajów, o czeskości Niemców i niemieckości Czechów, o chichocie historii, o umieraniu, o trupach, o miłości i jedzeniu. Rudiš potrafi uwieść językiem, pracując powtórzeniem i krótkim zdaniem w kontraście do powtórzeń i zawiłych zdań Bedekera. 

Moim problemem był ten kosmiczny ładunek z Bedekera, powtarzany i powtarzany, restauracja tu, hotel tam, widok znowuż tu, a muzeum takie i takie. O ile kocham przewodniki, to tylko, gdy sama zwiedzam dane miejsce i tylko, gdy są aktualne. Lubię podróże koleją, ale ta książka nie pozwoliła mi poczuć tej atmosfery, mimo że to właśnie jazda pociągiem jest clou całej podróży. I zrozumcie, ja nie mówię o trzystu stronach, a o niemal sześciuset, które tłuką ten sam temat i zmuszają mnie do wyszukiwania tego, co mnie rzeczywiście interesuje, czyli ludzi i ich losów. 

Moja ocena: 3,5/6

Jaroslav Rudiš, Ostatnia podróż Winterberga, tł. Małgorzata Gralińska, 584 str, Książkowe Klimaty 2021.

sobota, 8 czerwca 2024

"Arystokratka pod ostrzałem miłości" Evžen Boček

 



Jako niepoprawna fanka arystokratki bardzo długo zwlekałam z przeczytaniem ostatniej części, która, nie wiadomo czemu, została rozbita na dwie króciutkie książki. Uważam ten zabieg za zupełnie zbędny i w jakiś tam sposób skłania mnie do myślenia, że stoją za nim tylko względy finansowe. 

To pierwsza arystokratka, której słuchałam i choć nic nie mogę zarzucić lektorce, to książka nie śmieszyła mnie tak jak poprzednie, choć, owszem, kilka razy wybuchłam śmiechem. Mam jednak wrażenie, że moja interpretacja w głowie mnie bardziej śmieszy niż ta narzucona. A co się dzieje u Marii? Po powrocie z Niderlandów ma dwóch absztyfikantów – dotychczasowego Maksa i nieprzytomnie bogatego Holendra Marka. Maria miota się w wyborze, a na zamku jak zwykle cyrk. Deniska niemal zagłodziła osoby, które pozostały w zamku podczas gdy pani Cicha, mama i hrabianka wojażowały. Po powrocie wszystko staje do góry nogami, bo z Holandii przyjeżdżają Helena z Emmą, by nakręcić film o nietypowej rodzince i zamku. Co gorsza obie panie znajdują sobie na miejscu wybranków. Pani Cicha wraca do gotowania, raczenia się orzechówką i komentowania rzeczywistości, ojciec zamieszkuje w fotelu obok cioci Nory, żeby wyczaić, skąd ta bierze pieniądze, matka wyjeżdża do USA i tak toczy się niekonwencjonalne życie na zamku Kostka.

Po tę książkę/te książki nie sięgnie nikt, kto arystokratki nie zna, a kto zna i lubi na pewno sam z siebie je przeczyta, więc recenzowanie ich mija się właściwie z celem. Warto jednak wiedzieć, że nie jest to już ten sam poziom humoru – oczywiście brakowało mi efektu świeżości i zaskoczenia – niemniej przeczytać trzeba, a potem udać się na zamek Kostka i zostać muflonem.

Moja ocena: 4/6

Evžen Boček, Arystokratka pod ostrzałem miłości vol.1, tł. Mirosław Śmigielski, 176 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2023.

Evžen Boček, Arystokratka pod ostrzałem miłości vol.2, tł. Mirosław Śmigielski, 176 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2024.

wtorek, 26 marca 2024

"Jestem głód" Petra Dvoráková



Jestem głód to spowiedź dorosłej kobiety, historia jej życia wyjaśniająca przyczyny anoreksji. Główna bohaterka stopniowo analizuje swoje losy, poczynając od wychowania przez rodziców, dorastania, poprzez pobyt w klasztorze i internacie, przyjaźnie, miłości, małżeństwo, po chorobę dziecka. Ze względu na swoją dobitną szczerość ta powieść powinna poruszać, a może nawet wstrząsać, ale niestety we mnie nie wywołała takiego efektu.

Mając w pamięci fantastyczne Wrony, miałam wobec tej powieści wysokie oczekiwania. Początkowo nawet odniosłam wrażenie, że czytam dalszy ciąg Wron, z małymi zmianami, ale jednak odkrywam dalszą historię Basi. Szybko jednak okazało się, że autorka ogrywa podobny temat, zasadzając problem jednak na anoreksji. W wyzwaniu narratorki bardzo dużo jest punktów wspólnych z życiem Basi, ale odróżnia je koncentracja na religii, stosunku do wiary, jej ratującej roli, a także stopniowego odchodzenia od kościoła po związku z księdzem. Ten wątek dominuje, choć przewijają się tu inne tematy jak despotyczna matka, nieudane małżeństwo, ciężka choroba dziecka. Problemem jednak jest brak pogłębienia tematu – autorka zaznacza te kwestie, wspomina osoby otaczające bohaterkę, ale nie ciągnie wątków. Nie wiemy, co się dzieje z drugim dzieckiem, gdy choruje syn, nie wiemy, jaki jest stosunek matki do córki po jej zamążpójściu, nagle pojawiają się przyjaciele ratujący kobietę, o których wcześniej nie było mowy. Takich przykładów można się doszukać wiele. O ile rozumiem, że jest to emocjonalna spowiedź, która ze swojej natury jest subiektywna, to jednak takie unikanie lub naginanie fabuły ma wpływ na jej wiarygodność.

Trudno mi ocenić przedstawienie motywacji i sposobu myślenia anorektyczek, bo moja wiedza nie jest na tyle głęboka, ale nie wszystko kupuję bez zastrzeżeń. Z pewnością można znaleźć wiele osób o podobnych losach, wychowywanych w chłodnych emocjonalnie domach, związanych z nieodpowiednimi partnerami itd, a jednak nie wpadają one akurat w anoreksję. Także zbyt dużo tu na mój gust kościoła, wręcz zaskoczyło mnie taki nacisk na tę tematykę w czeskiej książce. 

Myślę, że Wrony postawiły poprzeczkę bardzo wysoko, do której ta książka niestety nie sięga.

Moja ocena: 3,5/6

Petra Dvoráková, Jestem głód, tł. Mirosław Śmigielski, 176 str., Stara Szkoła 2023.

piątek, 10 listopada 2023

"Kamienica" Alżběta Bublanová


 

Kamienica jak kamienica - mieszkają w niej różni luzie, starzy, młodzi, single, rodziny. Główna bohaterka to sześćdziesięcioletnia wdowa, która wiedzie dość nudne i przewidywalne życie opierające się na obserwacji sąsiadów, zakupach, przygotowywaniu posiłków, zdawkowych rozmowach i martwieniu się o niespełna czterdziestoletnią córkę. 
Śledzimy tok myślenia głównej bohaterki i jej stopniową mentalną przemianę. Kobieta małymi kroczkami zaczyna wychodzić z domu - zaprasza sąsiadkę, wyjeżdża na wycieczkę, idzie do teatru czy kawiarni. Towarzyszymy jej myślom, które biegną w różne strony - sąsiedzi i ich życie, przeszłość, małżeństwo i życie córki, która po dziesięciu latach porzuciła alkohol. To właśnie ten temat najbardziej martwi wdowę, która pragnęłaby, by jej dziecko ułożyło sobie życie, znalazło partnera i zaznało macierzyństwa.

Te skłonności do nadmiernego przemyśliwania i roztrząsania różnych tematów pokazują, jak bardzo możemy się mylić w ocenie innych i świata. Kobieta sama zaczyna zmieniać swój świat, a także siebie - dbając o strój, wygląd, posiłki, a zarazem ten świat zmienia się przez pewne wydarzenia dookoła niej. Teraz do rozmyślań o starzeniu się, roli kobiety, życiu dochodzą rozważania na temat córki, jej partnera i ich przyszłości.

Bublanová prowadzi niespieszną narrację, pierwszoosobową, pozwalającą nam na wkroczenie w głowę bohaterki,  zrozumienie jej myśli, nastawienia, rozumienia świata. Bardzo doceniam, że powieść kręci się dookoła życia starszej, samotnej kobiety. To nie jest wdzięczna i częsta bohaterka prozy współczesnej, Czeszka pozwala zrozumieć, jak wygląda życie wdów, czym się zamartwiają, co je cieszy. Nie jest to powieść, która wciągnie bez reszty, raczej nie zachwyci, ale pozwala dostrzec inny wymiar otaczającej nas rzeczywistości.

Moja ocena: 4/6

Alżběta Bublanová, Kamienica, tł. Justyna Pokorska, 216 str., Wydawnictwo MocMedia 2021.

wtorek, 31 października 2023

"Najlepiej dla wszystkich" Petra Soukupová

 


Viktor mieszka z mamą w Pradze. Mama, Hana, jest aktorką i nie jest w stanie poświęcić chłopcu tyle czasu, ile wymagałoby wychowanie rozbrykanego dziesięciolatka. Po kolejnym wybryku syna, Hana rozmawia z mieszkającą na wsi matką Evą i kobiety wpadają na pomysł przeniesienia Viktora do babci. Z dala od wielkomiejskich pokus i złego towarzystwa, pod oko mającej czas i troskliwej babci. Eva niedawno owdowiała i Hana sądzi, że opieka nad wnukiem może pomóc matce w zajęciu czasu i poradzeniu sobie z żałobą. Chłopiec jest zrozpaczony, nie chce opuszczać swoich kolegów, pokoju i komputera. Babcia się cieszy, ale jest też przerażona i pełna obaw. Mama natomiast pełna rozterek - z jednej strony nie chce rozstać się z synem, z drugiej wie, że taka zmiana może mu dobrze zrobić. I jest jeszcze nowa rola, która może jej wreszcie pozwolić wybić się na rynku. 

Jak się można domyślić, planowana przeprowadzka nie obędzie się bez problemów, a Soukupová świetnie opisze zadawnione niesnaski tej rodziny. Narracja poprowadzona jest z perspektywy tych trzech bohaterów i każda z postaci pozwoli nam zrozumieć swoje motywacje i myśli. Wiele tu kłótni i milczenia, które wynikają z niezdolności przekazania własnych myśli i bolączek. Zarówno matka jak i córka mają tendencję do oceniania tej drugiej, do osądzania po pozorach, zarzucania złych lub egoistycznych intencji. To powieść o tym, jak trudno rozmawiać w rodzinie, jak łatwo się zapętlić i uwikłać. To także historia dziecka, które szybko zostało zaszufladkowane jako niegrzeczne. Autorka dobrze ukazuje perspektywę chłopca, sposób, w jaki radzi sobie z konfliktami w rodzinie i z problemami.

Czeszka stworzyła powieść pełną emocji, bardzo życiową, dobrze oddając perspektywę każdej z postaci oraz dialogi, a właściwie kłótnie bohaterek. Językowo nie jest to może wybitna literatura, ale dobrze się czyta i na pewno przypadnie do gustu osobom, które lubią czytać o zagmatwanych relacjach rodzinnych.

Moja ocena: 5/6

Petra Soukupová, Najlepiej dla wszystkich, tł. Julia Różewicz, 424 str., Wydawnictwo Afera 2019.

środa, 8 lutego 2023

"Krzycz po cichu, braciszku" Ivona Březinová


Krzycz po cichu, braciszku to opowieść o rodzinie, w której żyje dziecko w spektrum autyzmu. Jeremiasz i Pamela mają po czternaście lat. Pamela to zwykła nastolatka, która znów musi zmienić środowisko - szkołę, dom, otoczenie - bo z powodu Jeremiasza ponownie musieli się przeprowadzić. Jeremiasz jest w spektrum, bez pomocy nie jest w stanie funkcjonować, co krok stwarza tak wielkie problemy, że placówki, w których spędza dzień, zmuszają do przeniesienia chłopaka w inne miejsce. I tak jest tym razem - nowe osiedle i nowa szkoła, Najpierw jednak poznajemy życie rodziny, której rytm całkowicie podporządkowany jest bratu. Każdy dzień to inny kolor, ścisły rytm, kurczowe trzymanie się godzin i rutyny. Jeremiasz bywa agresywny, nieobliczalny, głośny, niezwykle trudny. Matka bliźniaków spędza czasem całe noce z synem (ojciec wykolegował się z rodziny, gdy chłopiec dostał diagnozę), pracuje w tak zwanym międzyczasie, a Pamela przejmuje rolę drugiego rodzica. 

Gdy skończyłam czytać tę książkę byłam zachwycona - podobało mi się, jak autorka podeszła do tematu, jak opisuje różnorodne problemy, z jakimi boryka się rodzina (sąsiedzi, opieka społeczna, policja, szpitale, placówki wychowawcze) oraz to, że ukazuje, jak ogromnym obciążeniem dla siostry jest opieka nad bratem, mimo że ona nigdy się nie skarży. Březinová wskazuje na wewnętrzny konflikt matki - oddania chłopca do ośrodka opiekuńczego czy zatrzymania go w domu. Mama i siostra muszą zrozumieć, że nawet największe oddanie i czułość nie są w stanie zapobiec agresji i uchronić ich samych przed atakami. 

Po pewnym czasie widzę jednak coraz więcej wad tej powieści. Przede wszystkim nie poznajemy zupełnie pozycji oraz opisu miejsca, w którym przebywa Jeremiasz. Nie wiemy, dokąd właściwie chodzi, jak wygląda jego pobyt w szkole. Dziwnym jest, że placówki przecież przeznaczone do opieki nad dziećmi z zaburzeniami sobie nie radzą, ignorują czasem przyzwyczajenia chłopca. 
Inną drażniącą w powieści sprawą jest Pamela, która w nowej klasie ma chłopca w spektrum, w książce używane jest określenie zespół Aspergera, i zupełnie nie orientuje się, że Patryk ma jakieś zaburzenie. Gdy oboje się bliżej zaprzyjaźniają, wiele z reakcji Pameli jest takich, jakby zupełnie nigdy nie miała do czynienia z autyzmem. 
Kolejna kwestia to problemy z sąsiadami, których denerwują krzyki i zachowanie Jeremiasza. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego matka nie mogła jasno postawić sprawy na początku - mam chore dziecko, zachowuje się czasem tak i tak, proszę o wzięcie tego pod uwagę. Może łatwo mi mówić, bo nie jestem w takiej sytuacji, ale w książce widać, że prędzej czy później wszyscy się dowiadują o zaburzeniu Jeremiasza, a i okazuje się, że są sąsiedzi, którzy w ekstremalnej sytuacji pomogą. Podobnie zachowuje się Pamela - nie zdradza w szkole, że jej brat jest chory, doprowadzając do mało przyjemnej konfrontacji. 
Zdumiewająca jest cierpliwość i siła matki - wiadomo legendarna - ale myślę, że aż nierealistyczna. Są tu momenty załamania, ale jednak na tyle krótkie, że trudno mi było uwierzyć, że ta kobieta sama daje radę utrzymać rodzinę, pracować i non-stop zajmować się synem.

Te wszystkie argumenty nie czynią tej książki złą, nadal mi się podobała, ale jednak nadają moim przemyśleniom inny wymiar. Cieszę się, że mimo wad, ta książka powstała, że ma szansę trafić do osób, które o spektrum niewiele wiedzą. 

Moja ocena: 4/6

Ivona Březinová, Krzycz po cichu, braciszku, tł. Mirosław Śmigielski, czyt. Mirella Rogoza-Biel, 210 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2018.


poniedziałek, 31 października 2022

"Śmierć pięknych saren" Ota Pavel

 


Bardzo długo chciałam przeczytać tę książkę, ale nie sposób było ją wtedy kupić. Niedawno ukazało się wreszcie wznowienie, które od razu nabyłam i, jak to często bywa, nie przeczytałam. Książka czekała i czekała i doczekała się audiobooka, po którego sięgnęłam od razu. To pięknie przeczytana, nostalgiczna opowieść, której wysłuchałam z wielką przyjemnością.

Ota Pavel napisał te teksty, gdy zmagał się z chorobą psychiczną. Wspominanie najpiękniejszych chwil z dzieciństwa było dla niego zapewne terapeutyczne i oczywiście nostalgiczne. Czech opisuje w krótkich impresjach najbardziej znamienne momenty jego życia, które składają się stopniowo na pełniejszy obraz jego młodości. Nie odebrałam tej książki jako zbioru opowiadań, dla mnie to powieść, choć nie posiada ona ciągłej narracji. 
Ota jest najmłodszym synem, ma dwóch braci, ojca komiwojażera i mamę. Swojego tatę opisuję z ogromną czułością - szczególnie jego szalone pomysły na dorobienie się, sukcesy i porażki. W domu zawsze wiernie czeka na niego żona, która ojcu wybaczała i zawsze pomagała wykaraskać się z kłopotów. Ojciec był zapalonym wędkarzem i swoją miłością do ryb zaraził synów, którzy od małego towarzyszyli mu w jego wyprawach. Dzięki tym wycieczkom pokochał czeski krajobraz i nic nie roztaczało dla niego takiego czaru jak czeska prowincja, a na niej niewielkie jeziorko lub rzeczka, wodne rośliny, śpiew ptaków, cisza, spokój i wędka. Nie było też większego przysmaku od karpia, węgorza czy suma. 

Te pozornie banalne opowieści kryją jednak drugie dno - dzieciństwo Pavla przypadało na okres drugiej wojny światowej, a jego rodzina była żydowska. Oznacza to, że ojciec i starsi bracia znaleźli się w obozach koncentracyjnych. Autor tych informacji nie ukrywa, ale wspomina o nich tak samo, jak pisze o wyprawie na ryby czy innych banalnych wydarzeniach. Ta prostota i szczerość są bardzo ujmujące i poruszające. 

Pavel niewątpliwie jest mistrzem w kreowaniu nostalgicznego nastroju, jego teksty zarażają miłością do natury, napawają spokojem, ale i skłaniają do uśmiechu. 

Druga część książki pod tytułem Jak spotkałem się z rybami opowiada już o dorosłym życiu autora, jego wyprawach na ryby oczywiście, ale także o małżeństwie (z rybami w tle) i chorobie psychicznej. Tutaj ilość ryb jest bardzo duża, trzeba umieć strawić te wszystkie spławiki, wędki i sposoby na łowienie. Mi one nie przeszkadzały, ale jednak teksty dotyczące dzieciństwa wydały mi się być ciekawsze.

Przyznam, że oczekiwanego zachwytu jednak nie mam. Myślę, że za bardzo nastawiłam się na coś wyjątkowego. To faktycznie piękne teksty, zachwycające językiem i delikatnym humorem, bardzo czeskie, ale nie zaliczę ich do moich ulubionych książek.

Moja ocena: 4,5/6

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren, tł. Mirosław Śmigielski, czyt. Jacek Dragun, 256 str., Wydwnictwo Stara Szkoła 2021.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

"Wrony" Petra Dvořáková


Basia ma 12 lat, siostrę starszą o dwa lata, mamę i tatę. Ma też dom, pokój, biurko i talent plastyczny. Zwykła rodzina, zwykłe życie, zwykłe problemy. Basia jednak nie ma poczucia bezpieczeństwa, zrozumienia i miłości. Basia żyje w lęku, że zrobi coś źle, że zdenerwuje mamę, że dostanie lanie od taty, że się zbłaźni, że nikt jej nie lubi. Basia nie ma poczucia własnej wartości. 

Dvořáková fantastycznie opisuje rodzinę i jej funkcjonowanie z perspektywy Basi i jej matki. Matka to zatroskana o dobro rodziny kobieta. To matka, która kompulsywnie dba o porządek, nie jest zadowolona ze swojej pracy ani z męża, przykłada natomiast ogromną wagę do tego, jakie wrażenie robi jej rodzina na zewnątrz. Jest żądna poklasku koleżanek, potrzebuje tego podziwu, by widzieć sens w swoich działaniach. Matka nie zauważa, że preferuje starszą córkę i swoim zachowaniem psychicznie maltretuje Basię. Jest przekonana, że Basia to niesforne, trudne do ułożenia dziecko, które z premedytacją robi jej na złość. Ciągle stawia córki w opozycji do siebie, ciągle wywołuje awantury, używając męża jako ostatniej instancji w wymierzaniu kary. Ta przemoc psychiczna obejmuje całą rodzinę. Kasia, starsza córka bezwolnie się jej poddaje, robiąc wszystko to, czego oczekuje matka. Wacław, mąż, chce tylko świętego spokoju, więc spełnia życzenia żony i przyjmuje jej wyrzuty. Basia w tych czworokącie jest najbardziej zagubiona, poddaje się matce, nie rozumie jednak, dlaczego nigdy nie zaspakaja jej żądań.

Paradoksalnie ta demoniczna matka wzbudza współczucie - bo nie zachowuje się tak świadomie, wręcz przeciwnie, przekonana jest, że poświęca dla rodziny wszystko. Wszystkie jej myśli kręcą się przecież wokół córek i domu, wszystkie jej działania są skierowane na utrzymanie perfekcyjnej rodziny. Można by tu snuć domysły, dlaczego właśnie taki model rodziny obrała, zresztą jest to model nierzadki. Co ciekawe mimo że wzbudza on podejrzenia u osób postronnych, żadna z nich nie podejmuje konkretnych kroków, by pomóc dziewczynce.

Dvořáková genialnie oddała funkcjonowanie tej rodziny, a szczególnie sposób myślenia matki i córki, choć w przypadku tej ostatniej czasem miałam wrażenie, że jest pokazana zbyt infantylnie. Rodzina z Wron to rodzina jakich wiele. Sposób jej funkcjonowania to nie jest wytwór fantazji autorki, to mechanizm, który działa w wielu miejscach. Postawienie ludzkiej rodziny w opozycji do wroniej, obserwowanej przez okno przez Basię to mądry i poruszający zabieg. 

Świetna, poruszająca proza.

Moja ocena: 6/6

Petra Dvoráková, Wrony, tł. Mirosław Śmigielski, czyt. Kaja Walden, Ilona Chojnowska, 184 str., Stara Szkoła 2020.

piątek, 14 maja 2021

"Ein Himmel voller Raben" Jaroslav Seifert

 


Jaroslav Seifert to noblista poeta, więc miałam ciężki orzech do zgryzienia, wybierając jego książkę do przeczytania. Chciałam uniknąć poezji, bo bez bicia przyznaję, że ani jej nie umiem czytać, ani recenzować. Z drugiej strony w przypadku poety należy czytać te jego działa, które zostały uhonorowane. W końcu zdecydowałam się na wspomnienia, w których zamieścił też kilka wierszy. 

Dopiero po zakupie książki zorientowałam się, że to drugi tom, co jednak w niczym nie przeszkadzało, bo nie jest to chronologiczny dziennik, a raczej luźne, nie powiązane ze sobą wspomnienia. Nie jestem w stanie ocenić poezji, ale Seifert potrafi w prozę. Jego opowieści są bardzo plastyczne, zachwycające językowo, często urocze, a także dowcipne. Noblista pisze wiele o spotkaniach z innymi postaciami czeskiego świata literackiego - wspólnym pisaniu, wymienianiu poglądów, piciu, rozmowach, ale i o kolejnych pogrzebach przyjaciół. Bardzo dużo tu odwołań do polityki, ówczesnych wydarzeń oraz ich wpływu na życie literatów. Czech zamieszcza także wiele opisów Pragi, a zwłaszcza jego rodzinnego Žižkova i innych przez niego odwiedzanych rejonów. W przypadku stolicy są to wspomnienia szczególnie sentymentalne, pełne emocji. Mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych zalet ta książka mnie nie zachwyciła, powiem szczerze, wymęczyłam ją. Główną przyczyną jest to, że nie jestem zupełnie zorientowana w czeskiej scenie literackiej opisywanego okresu. Nic mi nie mówią wymieniane nazwiska, wydarzenia, dyskusje, postaci. Zupełnie nic. Co więcej, by zrozumieć teksty Seiferta, ta wiedza jest jednak potrzebna. Nie mogłam się wyzbyć ciągłego wrażenia, że tracę świetną część znaczenia, dowcipu czy nawet pointy, nie potrafiąc umieścić tych opowieści w ramach kulturowych. Tym sposobem wspomnienia Seiferta, tak mocno osadzone w czeskich realiach, były dla mnie nudne. 

Jedynym pozytywnym aspektem tej lektury jest dla mnie fakt, że poznałam bliżej czeskiego noblistę, mam wyobrażenie o jego życiu i twórczości.

Moja ocena: 3/6

Jaroslav Seifert, Ein Himmel voller Raben, tł. Hans Gaertner, Paul Taussig, 311 str., Goldmann 1988.

czwartek, 22 kwietnia 2021

"Świece w pogańskim raju" Jiři Kamen


Bardzo lekki zbiór opowiadań, na który zapewnie nigdy nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie klub książkowy. Pisząc lekki, mam na myśli ten rodzaj lektury, gdy po po przeczytaniu książki, niewiele w głowie zostaje, a i podczas w głowie nie pojawiają się żadne głębsze przemyślenia. 

Opowiadania Kamena łączy wiele - na przykład często powtarzająca się postać podstarzałego faceta, który ma lub szuka kochanki. Czech sięga także do takich ogranych tematów jak nietypowy seks czy zdrada, podlewając je czarnym humorem. Taki dość typowy czeski sposób na literaturę, można by powiedzieć. Można by, bo ja jednak kojarzę Czechów z poważniejszymi formami wbrew ogólnej opinii.

Co ciekawe moje wrażenia z lektury tych opowiadań podzielili uczestnicy klubu, kategoryzując je także jako lekkie i przyjemne, ale nie pozostawiające po sobie śladu. W wielu tekstach postaci nawet nie są wyposażone w żadne cechy osobowe, co ma ogromny wpływ na brak emocji w czytelniku. Jeśli miałabym wyróżnić któreś z tekstów, zwróciłabym uwagę na dwa. Jeden z nich opowiada o młodzieńczej miłości Czecha i Niemki z Mannheim, która zaplątana była w działania RAF-u (Frakcja Czerwonej Armii, organizacja terrorystyczna działająca w Niemczech Zachodnich w latach 60. i 70.). Moje zainteresowanie zapewne przyciągnął ten niemiecki wątek, tematyka niemiecka zawsze jest mi bliska. 
Kolejne opowiada historię małżeństwa, które wybrało się na wycieczkę do Bułgarii, gdzie mąż choruje na anginę. W drodze powrotnej podczas jednego z przystanków autobusu żona ginie. Tak jak w we wszystkich tekstach i tu Kamen nie daje gotowej odpowiedzi. Jego specjalnością jest pozostawianie czytelnika z domysłami, czasem zaskakującym końcem, ale raczej bez ciekawej pointy.

Nie potrafię polecić tych opowiadań z czystym sumieniem, bo w moim odczuciu są typową lekturą na plażę lub urlop, a ja nieczęsto sięgam po takie książki (chyba że są kryminałem).

Moja ocena: 3/6


Jiři Kamen, Świecie w pogańskim raju, tł. Elżbieta Zimna, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2021.

wtorek, 23 lutego 2021

"Arystokratka na królewskim dworze" Evžen Boček

 


To nie będzie obiektywny tekst, nic a nic. Obawiałam się, że z każdym kolejnym tomem formuła tej serii mi się znudzi, dowcipy staną się oklepane, bo przecież ile można. Poza tym mnie rzadko śmieszą książki, do łez nigdy. Poza Arystokratką. Ta działa na mnie od pierwszych słów i to jedyne książki, które czytam stricte dla rozrywki. Podczas lektury chichram się nieustannie, tak, do łez! To faktycznie jedyne książki, które mnie potrafią rozbawić do tego stopnia. Humor Bočka idealnie współgra z moim poczuciem humoru. Całkowicie i niezaprzeczalnie.

Po próbie kradzieży słynnego obrazu Rembrandta z Kostki, został on zwrócony Niderlandom. Pełna wdzięczności królowa Beatrycze wysyła oficjalne zaproszenie do Kostki na uroczyste odsłonięcie obrazu w Mauritshuis. Ojciec Marii wpada w furię - nigdzie się nie wybiera, szczególnie że spodziewa się, że taka podróż oczywiście zrujnuje zamek. Maria jednak ma inne plany, poza tym sądzi, że wyprawa do Holandii dobrze zrobi załamanej śmiercią Lady Di matce. Problem w tym, że na miejsce ojca można zabrać trzecią osobę - kogo wybrać? Okazuje się, że protokół dyplomatyczny sugeruje zabranie kustosza, który tak wspaniale zajmował się przez lata obrazem. Co tu dużo mówić, obrazem zajmowała się pani Cicha i to ona ma po raz pierwszy od komuny opuścić Kostkę. Ku zadowoleniu ojca, bilety na samolot fundują czeskie linie lotnicze, a nowe stroje mecenas Benda. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli napiszę, że Maria na dworze królewskim zrobi furorę, a pani Cicha będzie hitem książki. Orzechówki będzie mało, ostrzegam!

Jestem pewna, że wierne czytelniczki i czytelnicy serii po tym krótkim opisie potrafią sobie wyobrazić poziom komizmu. Co więcej, jeszcze pewniejsza jestem, że żadnego opisu nie potrzebują, bo książkę na pewno już przeczytali. Ale wiecie, co w tym tomie jest najlepsze? Zakończenie, które wyraźnie wskazuje, że będzie dalszy ciąg. 

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček, Arystokratka na królewskim dworze, tł. Mirosław Śmigielski, 200 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2021.

poniedziałek, 9 listopada 2020

"Mona" Bianca Bellová

 



Pozwólcie, by Bianca Bellová zabrała was w świat Mony. Świat tropikalny, pogrążony w wojnie, gdzie jutro jest niepewne, szpital się rozsypuje, a kobiety muszą zakrywać włosy. Świat, w którym wydarzyło się wiele złego i w którym niewiele dobrego ma okazje człowieka spotkać. 

Mona jest pielęgniarką, na oddziale opiekuje się zranionymi i umierającymi żołnierzami, wśród których jej uwagę zwraca Adam, młody mężczyzna, któremu amputowano nogę. W tych sypiących się, pożeranych przez wybujałą naturę wnętrzach rodzi się między nimi nic porozumienia i delikatne uczucie. 

Opisując codzienność Mony, autorka przemyca informacje z jej dzieciństwa i młodości - przerażające, traumatyczne. Taka przeszłość uczyniła z Mony kobietę silną, nieugiętą, która ma siłę zawalczyć w szpitalu o Adama, ale także o godność i swoje pierwsze namacalne uczucia. Dotychczas nie miała bowiem okazji odczuwać tak głęboko - pozbawiona rodziców, wychowana surowo przez babkę, wydana za dobrego człowieka, który nie wzbudza w niej jednak drgnień serca, matka syna, który się jej wstydzi. Szpital jest jej domem, praca misją, praca, dodać trzeba, syzyfowa, bo na miejscu brakuje wszystkiego, a pielęgniarki mogą najwyżej zapewnić chorym jak najbardziej godne odejście. Odczłowieczeni przez wojnę żołnierze umierają w męczarniach, nie tylko fizycznych. Jedyny czynnik, który żyje i pulsuje to natura, która wdziera się do szpitala przez szpary, okna, dachy i stopniowo zagrabia tę przestrzeń.
Ta rozbuchana natura współgra z odkrywaną przez Monę kobiecością, zmysłowością i to ona wydaje się pokazywać drogę osaczonym przez kraj kobietom. To cud, że Mona w ogóle pracuje, bo największym szczęściem jest mąż, który nie bije. Kobieta nie ma praw, nie liczy się nawet dla własnego syna, jeśli nie ukryje włosów pod hidżabem.

Powieść Bellovej jest duszna, osaczająca, wciągająca i nieoczywista. Moja interpretacja wcale nie jest jedyną, każdy może odczytać Monę inaczej, zwrócić uwagę na inny aspekt - podążając za własnym doświadczeniem. To zdumiewające, że Czeszka potrafiła stworzyć tak szczupłą a zarazem wielowymiarową powieść. Nawet jeśli Jezioro podobało mi się bardziej, to Bellová na pewno pozostanie w kręgu pisarzy, których proza mnie interesuje.

Moja ocena: 5/6

Bianca Bellová, Mona, tł. Anna Radwan-Żbikowska, 176 str., Wydawnictwo Afera 2020.

poniedziałek, 16 marca 2020

"Mapa Anny" Marek Šindelka


Bardzo cieszyłam się na lekturę Mapy Anny - od kilku lat bardzo chętnie sięgam po czeską prozę. Niestety opowiadania Marka Šindelki zupełnie nie trafiły w mój gust. Nie lubię prozy poetyckiej, niejasnej, zwodzącej, a właśnie taką czytelnikowi autor oferuje. 

Te dziesięć opowiadań pozornie nic nie łączy, jednak uważny czytelnik dostrzeże powtarzalność postaci, tematów i stylu. Šindelka porusza się na płaszczyźnie związków międzyludzkich i cielesności, skupia na emocjach, obrazuje nieporozumienia i szkicuje mapę. Tytułowa mapa to nic namacalnego, konkretnego, lecz szkic emocji, gestów, spojrzeń, tego, czego nie sposób wypowiedzieć. 

Kilka tygodni po lekturze pozostało w mojej głowie niewiele, przypominam sobie raczej moje zniechęcenie i rozczarowanie. Zapamiętałam tylko dwa opowiadania - o komiku i jego walce z tremą przed występem oraz parze, która wyjeżdża na urlop. Okazuje się, że są ze sobą tylko ze względu na ciążę, żadne z nich jednak nie podejrzewa, że partner myśli tak samo. Brak zdolności komunikacji skazuje ich na bycie w nieszczęśliwym związku. Oba te opowiadania, mimo całej poetyckości, podszyte są sporą dozą ironii.

Mimo braku zachwytu z mojej strony, chcę podkreślić piękną okładkę oraz świetne tłumaczenie Anny Wanik.

Moja ocena: 3/6

Marek Šindelka, Mapa Anna, tł. Anna Wanik, 180 str., Wydawnictwo Afera 2020.

niedziela, 16 czerwca 2019

"Wypędzenie Gerty Schnirch" Kateřina Tučková



Tę pierwszą powieść Kateřiny Tučkovej, która właśnie ukazała się w świetnym tłumaczeniu Julii Różewicz, musiałam koniecznie przeczytać, tak bardzo podobały mi się przecież jej Boginie z Zitkovej.

Wypędzenie Gerty Schnirch to książka całkiem inna - tematycznie, konstrukcyjnie i językowo, ale także bardzo dobra. Tytułowe wypędzenie odnosi się do wygnania Niemców z Brna, tuż po wojnie, nazywanego berneńskim marszem śmierci. Temat, który bardzo mnie interesuje - wysłuchałam wielu opowieści mojej teściowej i jej koleżanek, które musiały opuścić Prusy Wschodnie, Szczecin, Śląsk. Zawsze w dramatycznych okolicznościach, nigdy dobrowolnie. Tęsknota i trauma ucieczki pozostały w nich na zawsze, podobnie jak w Gercie.

Gerta jest pół-Czeszką, ale nazwisko zawdzięcza znienawidzonemu ojcu-naziście. Czeskie pochodzenie po matce nie wystarcza, by mogła być pełnoprawną Czeszką. Wojna przemyka zresztą obok niej, dorastająca dziewczyna nie interesuje się polityką, chce kochać, uczyć się, beztrosko żyć. Niestety polityka szykuje dla niej wojnę, podczas której nie będzie już obywatelką Brna, tylko Niemką. Najgorsze piekło zacznie się dla niej jednak dopiero po wyzwoleniu Czech - naloty, wegetowanie w schronach, trupy nie będą tak straszne, jak to, co zgotują dla niej sąsiedzi i współobywatele Brna. Mężczyźni i starsi chłopcy niemieckiego pochodzenia zagnani zostaną do obozu, a kobiety i starcy wypędzeni z miasta. Podczas marszu będą dręczeni, bici, zabijani, głodzeni, a przede wszystkim kobiety będą gwałcone. Grupa pracowników jednej z fabryk i Rosjanie nie przepuszczą żadnej z nich. Kresem wędrówki będzie przepełniony obóz, gdzie ludzi dziesiątkuje czerwonka. Gerta ma szczęście, zostanie wybrana wraz z grupą kobiet do pomocy w gospodarstwie rolnym. W ten sposób zamieszkuje u serdecznej, starszej kobiety, dzięki której przetrwa i ona i jej córka. Przetrwanie nie będzie jednak happy endem tej historii - bo fizyczna zdolność do życia nie załatwi traumy, bólu, nie pozwoli zapomnieć okropieństw, przez które przeszła kobieta. Paradoksalnie to miłość do dziecka - owocu gwałtu - da Gercie siłę do życia i znoszenia upokorzeń.

Poniżanie, traktowanie jak osoby drugiej kategorii stanie się chlebem codziennym. Im bardziej Gerta stara się być Czeszką, tym bardziej odczuwa w sobie swoją niemieckość. Mimo to wychowuje córkę na Czeszkę, nie uczy jej niemieckiego, nie opowiada o pochodzeniu, przeszłości i dziadku. To sposób Gerty na przetrwanie, inne kobiety obchodzą się ze swoim pochodzeniem inaczej - niektóre pielęgnują niemieckość, inne uciekają do Austrii. Żadna z nich nie jest szczęśliwa. Odrzucenie przez społeczeństwo przenosi się na ich dzieci, które starają się uchronić przed niemieckim piętnem. Te kobiety nie mają domu - w swojej ojczyźnie są obywatelkami drugiej kategorii, zagranicą podobnie, gdzie traktowane są jako nazistki, przybłędy.

Powieść Tučkovej wpisuje się w całą listę książek antywojennych - pokazujących kolejną płaszczyznę, na której wojna niszczy ludzi i ich potomków, którzy z tą wojną już nic wspólnego nie mają. Przekonana jednak jestem, że można tutaj doszukać się wielu aspektów do dyskusji. Jest przecież trudna rodzina - Gerta nienawidzi ojca i preferowanego przez niego syna, kocha matkę - Czeszkę, która jest dręczona przez męża. To powieść o tym, jak sąsiedzi zamieniają się we wrogów, o oportunizmie, o podsycaniu nienawiści, o sterowaniu tłumem.

Autorka bardzo dobrze oddaje atmosferę wojennych i powojennych, a wreszcie współczesnych Czech, oddając głos różnym osobom. Dzięki rozdziałom, w których głównym głosem jest Barbora - córka Gerty - dowiadujemy się, jak ona widziała zmagania matki z przeszłością, tożsamością i podszytą gwałtem miłością do córki. Ta dbałość o szczegóły, o wielowymiarowość powieści jest największą siłą Tučkovej.

Świetna książka!

Moja ocena: 6/6

Kateřina Tučkova, Wypędzenie Gerty Schnirch, tł. Julia Różewicz, 448 str., Wydawnictwo Afera 2019.

środa, 20 lutego 2019

"Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka" Evžen Boček


Oh, jak bardzo czekałam na kolejną Arystokratkę i jak bardzo mi była teraz potrzebna - akurat skończyłam czytać dość męczącą trylogię Rolleczek, a i życie ostatnio mnie nie rozpieszcza. Ten tom jest tak cudowny, jak pierwszy, podczas lektury płakałam ze śmiechu, chichrałam się na głos, a moja rodzina tylko z politowaniem kiwała głową. Córka w końcu stwierdziła, że sama przeczyta, żeby sprawdzić, co mnie tak śmieszy.

Książka rozpoczyna się sceną, gdy Maria wiezie chorego na boreliozę i nieprzytomnego Maxa do szpitala. Maxa, który właśnie się jej oświadczył. Niestety Maria nie jest pewna, czy chory działał świadomie. Gdy wraca na zamek, nie może jednak poświęcić się rozmyślaniom, bo zastaje scenę wręcz absurdalną. Policja próbuje wykombinować kto, co próbował na zamku ukraść i zidentyfikować cztery osoby, które nagle znalazły się w różnych zakamarkach Kostki. Dodam, że jedna z tych osób ma na sobie zbroję, a właściwie tylko jej górną część, tak tę, która mieści się na głowie. Sytuacja jest jednak tak zagmatwana, że rozwiązanie tej zagadki zajmie całą książkę.

Zbieg niespodziewanych wypadków, w których najważniejszą rolę odgrywa śmierć Lady Di, jest absurdalnie komiczny. Najcudowniejsze są jednak postaci - z dotąd znanych jak zwykle rządzą Józef w mundurze Heinricha Himmlera i leżący w trumnie przeznaczonej dla Marii pan Spock, który czeka na śmierć. Boček wprowadza jednak cała gamę nowych postaci, które są niemniej urocze. Autor przejaskrawia, uwydatniając najbardziej typowe cechy, a robi to idealnie - jego kreacja zmarnowanej życiem pary nauczycieli oraz nieszczególnie rozgarniętej dwójki młodych ludzi, której zadaniem była kradzież czaszek z zamkowej krypty, jest fantastyczna. W pewien sposób czułam się jakby chłopaki z Make life harder pisali razem z Bočkiem. Poziom mojego rozbawienia był na pewno podobny.

Boček jest genialny w swoim komizmie sytuacyjnym, slapstickowych kreacjach, ale także w obserwowaniu rzeczywistości. Mam tylko jedno ale, przez tę książkę prześladuje mnie wiadomy hit Helenki Vondráčkovej!

Ma wielką nadzieję, że Boček nie zakończył swojego cyklu. Apeluję wręcz, bo Arystokratka jest mi potrzebna do życia, na trudne chwile, na ratunek!

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček, Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka, tł. Mirosław Śmigielski, 178 str., Stara Szkoła 2019.

środa, 17 października 2018

"Jezioro" Bianca Bellová


Jezioro - żywiciel, źródło wody, ochłody, miejsce zadumy. Jezioro, które truje. I które znika. Człowiek korzysta z jego zasobów bez szacunku, niszcząc je. Najpierw niemożliwa jest kąpiel, ciało od razu pokrywa się wysypką. Potem brzeg coraz bardziej się oddala, pozostawiając toksyczny szlam. Ale to nie człowiek jest winny, lecz gniewa się duch jeziora. Zagniewanego ducha trzeba obłaskawić, więc wędrują do niego kolejne czółna ze zmarłymi lub nieuleczalnie chorymi. Nic nie zmienia beznadziei, jaka panuje w Borosie. Mężczyźni niby pracują, ale w zasadzie najchętniej piją. Kobiety znoszą bicie i rodzą zniekształcone dzieci. Młode dziewczyny próbują nie zostać zgwałcone przez panoszących się rosyjskich żołnierzy, choć i tak się im nigdy nie udaje. 

Nami dorasta w białym domku, pod czułym okiem babci. W jego świadomości rodzą się pytania, jego ciało go zdumiewa. Zachwyca milcząca Zaza. Gdy babcia odchodzi do ducha, nadchodzą ciężki czasy dla Namiego. Nie ma wyboru, życie w Boros stało się nie do zniesienia i chłopak wyrusza do miasta, gdzie ma nadzieję odnaleźć matkę. Zanim jednak do tego dojdzie, Nami dorośnie, sam się wychowa. Ciężką pracą i doświadczeniami. Spotka życzliwych mu ludzi i szaleńców, zobaczy jak żyją inni, pozna smak alkoholu i prostytutki. 

W tej powieści nie ma miejsca na nadzieję, szczęśliwe zakończenie i radość. Tak jak ginie jezioro, tak zanikają więzi międzyludzkie. Społeczność wokół zbiornika żyje w maraźmie, zagubieniu, rozedrganiu. Panuje tu przemoc, brak zaufania, rozpad więzi społecznych. Nami musi odnaleźć siebie w takich warunkach, przepoczwarzyć się, parafrazuję tu tytuły poszczególnych części, w osobę dorosłą. Temu nastrojowi towarzyszy oszczędna i dosadna proza autorki. Bellová jest mistrzynią krótkich, celnych zdań, które trudno zapomnieć. Bywają one przykre, wulgarne, ale także czułe. Zawsze są zachwycające w swojej prostoście. 

To świetna książka, która na długo pozostanie w pamięci. To typ prozy, który idealnie wpisuje się w mój gust literacki. Realistyczny, bez przesadnych ozdobników, pełen treści. I smutku.

Moja ocena: 6/6

Bianca Bellová, Jezioro, tł. Anna Radwan-Żbikowska, 224 str., Wydawnictwo Afera 2018.

wtorek, 18 września 2018

"Nad piękną modrą Dřevnicą" Antonín Bajaja



Powieść Antonína Bajai pełna jest wspomnień i nostalgii. Autor opisuje swoje dzieciństwo, które przypadało na lata 40. i 50. w Zlinie, a robi to w formie listów do siostry. Te listy to prawdziwe epistoły, w których wspomnienia żyją własnym życiem, rozrastają się, piętrzą, są powodem licznych dygresji i przyczynkiem do przeskoków do współczesności. Dzięki nim czytelnik poznaje losy rodziny oraz wielu krewnych, sąsiadów i przyjaciół. Powieść ta bowiem rozrasta się do sagi, w której Bajaja szkicuje rodzinne dzieje na tle przemian politycznych w Czechach. 

Dziecięce przygody i psoty, melancholijne i ckliwe czasem wspomnienia poszerzane są o szerszą perspektywę. Perspektywę Zlina przede wszystkim - to tutaj obok fabryki Baty żyją mieszczanie, burżuazja, inteligencja, którzy nmuszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie plucie na delikatesy rodziców jednego z kolegów małego Tonika, jest normą. Dla wychowywanych w Czechosłowacji dzieci największym dobrem jest upragniona pionierska chusta, a socjalistyczne pieśni śpiewane są dla rozrywki. Dzieci wyrastają więc w uwielbieniu dla komunistycznego ustroju, nieświadome niechęci rodziców, którzy dla ich dobra, starają się ukrywać własne nastawienie. Mimo to w domu widoczna jest miłość do kultury - muzyki, książek, rozmów na poziomie. Bajaja świetnie przedstawia to życie na krawędzi dwóch światów - nostalgię za minionym i uporczywe ignorowanie nowego porządku. 

W tej powieści przewija się wiele wątków - wyżej wymienione życie pomiędzy światami obejmuje także tych członków rodziny, którzy wrócili do ojczyzny ze Stanów Zjednoczonych oraz ciocię Lili, która tam wróciła. To wieczna tęsknota, rozdarcie, widoczne przede wszystkim na płaszczyźnie językowej, gdzie mieszają się czeski z angielskim. Żadna z osób nie może wybrać, bo zawsze będzie żyć z poczuciem straty - ojczyzny, domu (dziadkowie zmuszeni są opuścić dom i zamieszkać na wsi), języka, zwyczajów, wartości. 

Czytając tę powieść miałam ciągle poczucie, że nie jestem w stanie jej zrozumieć tak, jak czeski czytelnik. Miałam świadomość, ze nie znam na tyle czeskiej kultury, że nie mam w sobie dość czeskości, by odkryć wszystkie zawarte w niej konotacje, nawiązania i smaczki. Siłą rzeczy porównywałam ją do także nominowanej do Nagrody Angelusa Po trochu Weroniki Gogoli i mimo, że miałam poczucie, że Nad piękną modrą Dřevnicą jest o wiele bardziej monumentalna, to ta druga jest zwyczajnie bardziej swojska. Gogolę czuję intuicyjnie, bez słów, Bajaję przyjmuję tylko rozumem, nie potrafię zanuczyć się w nurcie Dřevincy tak, jak to z pewnością bez trudu uczyni Czeszka czy Czech. 

Kilka słów należy powiedzieć jeszcze o narracji Bajai - jego listy potrafią nużyć, odmalowane obrazy nudzić, a przeskoki w czasie wymagają sporej uwagi czytelnika. To nie jest prosta powieść do czytania przy okazji, lecz wymagająca narracja. Bajaja potrafi przeskakiwać do kolejnego wersu pozostawiając w poprzednim tylko jedno słowo, wytłuszczać niektóre wyrazy, wplatać piosenki i cytaty, czym nie zawsze mnie zachwycał. I przyznam, że nie zawsze byłam w stanie odgadnąć jego zamiar, dlatego duży ukłon w stronę tłumaczki, pewna jestem, że przekład tej powieści był bardzo wymagający. 

Moja ocena: 4/6

Antonín Bajaja, Nad piękną modrą Dřevnicą, tł. Dorota Dobrew, 556 str., Książkowe Klimaty 2017.