Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

"Księga łabędzi" Alexis Wright


Oblivia Ethy(lene) mieszka wraz z opiekującą się nią Bellą Donną na bagnie – gdzieś na północy Australii. Tam, gdzie życie niewygodne i dokąd można zepchnąć wszystko, co niepotrzebne. Na przykład zdezelowane łodzie. Albo Aborygenów. Niech sobie tam mieszkają na bagnie, wierzą w swoje mity i męczą się z łabędziami. Jak będą daleko, to nie będą stanowić problemu, a może się nawet uda o nich, tak jak o starych łodziach, zapomnieć. Brzmi znajomo? I słusznie. Taktyka znana i stosowana wobec rdzennych mieszkańców nie tylko w Australii.

Wright osadza jednak tę powieść w niedalekiej przyszłości, gdy katastrofa klimatyczna na pełnej, a poprawność polityczna na drugiej pełnej, więc zróbmy z Aborygena prezydenta. I nie zapominajmy o łabędziach. I oczywiście o kulturze i wierzeniach aborygeńskich. Autorka to wszystko miesza i tworzy powieść mało zrozumiałą. Problemem nie jest to język, nawet jeśli wiele tu obcych wstawek, ani wierzenia – wszak z ciekawością poznaję nieznane mi kultury, a kompozycja. Przez pierwszą jedną trzecią książki w ogóle nie wiedziałam, o czym czytam. A gdy się już dowiedziałam, byłam tak znudzona, że nie umiałam w sobie wskrzesić ni krzty entuzjazmu dla tej prozy. I dla łabędzi. Przebrnęłam z dwóch względów. Książkę czytałam na klub książkowy, a sama autorka ułatwiła lekturę dużą dozą humoru, i to czarnego. 

Niestety brnęłam z taką niechęcią, że nic więcej mądrego o tej powieści nie napiszę. Nie mój vibe, nie moja wrażliwość. Szkoda, bo tematyka jak najbardziej wydawała mi się być moja.

Moja ocena: 2/6

Alexis Wright, Księga łabędzi, tł. Aga Zano, 362 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.


piątek, 3 stycznia 2025

"Powrót do Uluru" Mark McKenna


Sięgając po tę książkę, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Oczywiście wiem, czym jest i gdzie znajduje się Uluru, ale moja wiedza dokoła góry była nikła.

Marc McKenna stworzył opowieść o australijskim interiorze i jego kolonizacji osnutą wokół tej zagadkowej góry. Każdy inselberg to ciekawostka, która przyciąga oko ludzkie i ma szanse stać się miejscem kultu, jak to miało miejsce w Australii. Tu jednak zaczyna się problem – zagarnianie dla siebie kontynentu przez białego człowieka trafiło na całkowite niezrozumienie wśród Aborygenów, których sposób życia i mentalność nie mogły być bardziej odmienne od białej. Na początku XX wieku jednym z policjantów, którzy dbali o porządek w australijskim interiorze był Bill McKinnon. To syn swoich czasów, który kolonializm miał we krwi, ale i urodzony włóczykij z ambicjami pozostawienia śladu w historii ludzkości. Każdy swój dzień zapisywał w notesie, podążając w australijskie pustkowia, do pomocy mając wielbłądy i dwóch aborygeńskich tropicieli. Jedna z jego wypraw wywarła ogromne piętno na historii australijsko-aborygeńskiej. To właśnie on podążył za grupą uciekających tubylców, posądzonych o zabójstwo człowieka i to właśnie on zabił jednego z nich w jednej z jaskiń Uluru. To miejsce w swoim kulturowo-religijnym wymiarze samo w sobie nadało temu czynowi wielkiego znaczenia. Ponadto zabity poświęcił swoje życie, by uratować pobratymców, w tym rodzinę strażników góry. Policjant nie zdawał sobie z tego sprawy, a z wszystkich procesów wyszedł obronną ręką.

Jego pamiętnikarska pasja oraz smykałka do fotografowania jak i zbieractwo artykułów prasowych umożliwiły dogłębne badania ówczesnego życia i nastrojów w interiorze, czemu z zapałem oddał się autor.

W swoim reportażu nie koncentruje się jednak a ukazaniu życia Aborygenów czy wszystkich krzywd i wyrządzonych, lecz skupia się na Billu próbując oddać atmosferę owych czasów z naciskiem na nieprzyjazny klimat wnętrza kontynentu i na napięcia między kolonizatorami a tubylcami. Główną bohaterką jest jednak Uluru – jej magia, znaczenie mistyczne, kulturowe, historyczne, problematyka z rosnącą turystyką oraz przynależnością tego terenu do Aborygenów.

To niezwykle ciekawy i fantastycznie udokumentowany reportaż, który pozwolił mi, wiem truizm, pogłębić moją wiedzę w tym temacie. I choć to faktycznie truizm, to jednak jest to dla mnie wciąż najważniejszy aspekt czytania.

Moja ocena: 4,5/6

Mark McKenna, Powrót do Uluru, tł. Tomasz S. Gałązka, 280 str., ArtRage 2022.

niedziela, 25 czerwca 2023

"Wielkie kłamstewka" Liane Moriarty


Australijskie przedmieścia dla białej klasy średniej, dobra podstawówka i jej mały światek: przewrażliwione mamuśki, wścibskie plotkary, bogaczki i jedna samotna matka, która wcale nie pasuje do tego mikrokosmosu. Moriarty stworzyła świat, który zupełnie mnie interesuje. Klachanie o sukienkach, butach i świr na punkcie dzieci to nie mój krąg zainteresowań, więc żadna z bohaterek mnie nie ujęła. Na szczęście jest tu w tle historia kryminalna - do końca nie jest jasne, co się konkretnie wydarzyło, autorka na szczęście umiejętnie buduje napięcie, opisując szkolne wydarzenia, które stopniowo podkręcają atmosferę. Wszystko zaczyna się od tego, że do szkoły przychodzą nowe dzieci, w tym Ziggy, który na dniu otwartym podobno dusił Amabellę, córkę najbogatszej matki szkoły. Matka Ziggy'ego zupełnie do reszty nie pasuje - nie dość, że dopiero co przeprowadziła się do tej dzielnicy, to jest absurdalnie młoda i sama wychowuje syna. Na szczęście jest Maddie - krzykliwa, pełna emocji i gadatliwa, która bierze ją pod swoje skrzydła i broni jak lwica. Jej przyjaciółka Celeste to natomiast zupełnie przeciwieństwo - płochliwa, spokojna i nieprzytomnie piękna matka bliźniaków. Ta pierwsza, nieudowodniona zresztą, scysja między dziećmi zaważy na przyszłych stosunkach i wystarczy, by szkolne matki wyrobiły sobie opinię o Jane. Jak to wszystko się skończy, nie napiszę, ale zapewniam, że będzie element zaskoczenia. 

Moriarty upchnęła w tej powieści zaskakującą ilość tematów (bardziej w kierunku to much of everything niż podziwiam za poruszenie tylu ważnych kwestii) - jest więc życie i wychowywanie dzieci w rodzinie patchworkowej, jest rodzicielstwo i balansowanie między nadopiekuńczością a pracą, jest plotkarstwo i zawiść wśród kobiet, jest przyjaźń ponad wszystko, jest molestowanie seksualne, jest Amnesty International i problemy całego świata, jest przemoc rodzinna. Aha i wątek miłosny też jest. To wszystko bardzo zręcznie połączone w sprytną narrację, przeplataną fragmentami wywiadów z dziennikarką, które nastąpiły po TYM wydarzeniu. 

Wielkie kłamstewka to inteligentnie skonstruowana powieść, widać, że autorka trzymała się swojego planu i bardzo świadomie prowadziła narrację. To również powieść o wielorakich i oczywiście pozytywnych przesłaniach, które jednak toną w ich nadmiarze. To wreszcie, mimo tak wielu problemów, powieść dość płytka, powierzchowna, którą określiłabym jako czytadło (najlepiej na wakacje). Odebrałam ją w ten sposób ze względu na dość prześmiewczy ton, przejaskrawione postaci i tę całą pustą otoczkę. Żaden z problemów zresztą nie został pogłębiony, a zaledwie gdzieś zarysowany, tak jakby autorka bała się pójść o krok dalej i choćby użyć słowa gwałt. Nie przeczę, że tę powieść się dobrze czyta, co więcej czyta się ją fantastycznie, ale dla mnie pozostanie easy readem z tłem społecznym.

Moja ocena: 3,5/6

Liane Moriarty, Wielkie kłamstewka, tł. Magdalena Moltzan-Małkowska, 496 str., Wydawnictwo Prószyński i s-ka 2017.

piątek, 12 maja 2023

"Mógłby spaść śnieg" Jessica Au


Główna bohaterka pragnie odbyć podróż ze starzejącą się matką. Na cel spotkania wybiera Japonię - kobiety spotykają się w Tokio, a potem podróżują po kraju. To spotkanie jest przyczynkiem do rozważań o przeszłości, pochodzeniu, wychowaniu, celach w życiu i o starości. Między wierszami przemycane są oszczędne informacje o pochodzeniu matki, dzieciństwie córki, jej aktualnej sytuacji życiowej. 

To krótka powieść, która pokazuje, jak różne stały się światy matki i córki, jak bardzo kobiety od siebie się oddaliły i jak trudno jest im odnaleźć dawną więź. Japoński anturaż jest tu bardziej potrzebą córki niż matki, która nie jest zbyt zainteresowania zwiedzaniem, raczej stara się kupić prezenty dla wnuków niż zobaczyć kolejny zabytek. 

Jessica Au stworzyła refleksyjną, spokojną powieść, bez punktów kulminacyjnych i bez katharsis. To przyjemna powiastka, ale raczej nie pozostanie ze mną na dłużej. Jest tu kilka ciekawych momentów, historii z życia narratorki, ale pozostają one momentami, które nie splatają się w całość. Widziałabym tę książkę jako zbiór opowiadań lub jako jedną nowelkę, bo w takiej formie jest ona dla mnie zbyt ulotna, nieuchwytna. 

Dla tej pięknej okładki jednak warto było po nią sięgnąć.

Moja ocena: 3/6

Jessica Au, Mógłby spaść śnieg, tł. Aga Zano, 120 str., Wydawnictwo ArtRage 2023. 

sobota, 24 lipca 2021

"Migracje" Charlotte McConaghy

 


Franny Stone jest zapaloną ornitolożką, dla której świat bez ptaków jest potworny. Udaje się więc na Grenlandię, by odnaleźć ostatnie rybitwy popielate, które szykują się do lotu na południe. Te ptaki słyną z najdłuższej pokonywanej trasy, bo dolatują aż do Antarktydy. Niestety w świecie, gdzie ptaków nie ma, taka podróż stanowi dla nich zagrożenie. Franny wyposaża trzy z nich w transpondery i ma zamiar je śledzić. W tym celu nawiązuje znajomość z Ennisem Malonem - kapitanem kutra do odłowu śledzi, jednego z ostatnich, bo ryb też już niemal nie ma. Nie jest łatwo przekonać kapitana do karkołomnego pomysłu, Franny jednak obiecuje, że rybitwy doprowadzą kuter do ryb. Załoga wyrusza w karkołomną podróż, a czytelnik/czka dzięki retrospekcjom zaczną poznawać przeszłość Franny.

Niewysłane listy, obsesyjne szukanie ptaków, nocne lęki, lunatykowanie - załoga statku zaczyna podejrzewać, że rzekoma badaczka skrywa w sobie wiele tajemnic i że jej wyprawa w poszukiwaniu rybitw ma drugie dno. Franny od dzieciństwa nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu, wciąż była w ruchu, wciąż odkrywała nowe i od zawsze kochała morze. Niezależnie od jego temperatury zanurzała się w jego wodach. Franny ma także skomplikowaną przeszłość. Przeprowadzkę z Australii do Irlandii, utratę ojca, utratę matki, niedokończoną szkołę, surową babkę, trudności w nawiązywaniu relacji. McConaghy stopniowo odkrywa tę przeszłość, zabierając czytelników/czki wstecz, pozostawiając jednak ogromne pole do domysłów. Całą prawdę zachowuje dopiero na koniec. Także obsada statku to ludzie okaleczeni, problematyczni, niepewni swojej przyszłości.

To powieść o wielu aspektach i płaszczyznach. Po pierwsze to rzecz o ucieczce i ciągłym szukaniu własnego ja. O decyzjach i ich konsekwencjach. Żyje z nimi Franny, ale także Ennis. To powieść o lękach, niepewności, demonach przeszłości. I wreszcie, co mnie najbardziej zaskoczyło, to powieść ekologiczna, której akcja umieszczona jest w przyszłości, w świecie bez ptaków i bez ryb, w świecie, gdzie nie ma już dzikich zwierząt. 

Nie zachwyciła mnie ta powieść bez reszty, ale to niezaprzeczalnie dobra rzecz łącząca ciekawy wątek osobisty z dystopijną wizją świata w trakcie katastrofy ekologicznej.

Moja ocena: 4,5/6

Charlotte McConaghy, Zugvögel, tł. Tanja Handels, 400 str, czyt. Eva Meckbach, Argon Verlag 2020.

niedziela, 26 stycznia 2020

"The Guilty Feminist" Deborah Frances-White



Wprawdzie książki o wydźwięku feministycznym są mi bliskie, to tej sama nie wybrałam. Mój DKK podrzucił ten tytuł i mimo bardzo pozytywnego nastawienia, bardzo mnie ta lektura rozczarowała. 

Deborah Frances-White jest Australijką, która od wielu lat mieszka w Wielkiej Brytanii i zasłynęła ze swoich występów komediowych. Ich mottem przewodnim jest właśnie feminizm a zdaniem rozpoczynającym każdy podcast jest: I am a feminist but... I właśnie po owym but zaczyna się to, co ciekawe i z założenia dowcipne. Piszę z założenia, bo ja w ogóle mam problem ze stand-upami

Książka Frances-White napisana jest wprawdzie lekko, ale ma tworzyć przeciwwagę do działalności komediowej i być na serio.
Autorka bazuje oczywiście na swoich wystąpieniach, rozwija je jednak o liczne aluzje, przemyślenia i wspomnienia. W kolejnych rozdziałach porusza mnogość tematów - cultural appropriation, płeć i jej definicję, ciałopozytywność, asertywność, dyskryminację pozytywną i wiele innych. Podczas przedstawiania swoich poglądów powołuje się na aktualne wydarzenia polityczne, cytuje rozmowy z działaczkami i aktywistkami oraz opiera się na własnych przeżyciach. I z tym mam problem. W tej książce jest po prostu za wiele wszystkiego - dla mnie to typowa kompilacja bazująca na podcastowej popularności. Gdyby autorka zdecydowała się napisać autobiografię, wplatając do niej wątki feministyczne, wyszłaby jej zapewne dużo lepsza pozycja. W tej książce najciekawsze są bowiem wątki wspomnieniowe - Frances-White została adoptowana, jej rodzina zdecydowała się na przystąpienie do Świadków Jehowy, gdy córka była nastolatką itd. Niestety upychanie przez nią fragmentów autobiograficznych między wywiadami i rozważaniami nie uatrakcyjnia tej książki tylko czyni ją jeszcze bardziej chaotyczną.

To zdecydowanie książka do czytania fragmentami i dla osób, które podzielają poczucie humoru autorki, ja niestety do nich nie należę.

Moja ocena: 3/6

Deborah Frances-White, The Guilty Feminist. From Our Noble Goals to Our Worst Hypocrisies, 336 str., Little, Brown Book Group 2018.

czwartek, 9 czerwca 2016

"Jabłko" Michel Faber


Po przeczytaniu Szkarłatnego płatka i białego zapragnęłam pozostać dłużej w wykreowanym przez Fabera wiktoriańskim świecie. Jak pewnie u wielu innych czytelników, otwarte zakończenie rozbudziło moją ciekawość. Odkryłam wtedy właśnie ten zbiór opowiadań ale nie wiedzieć czemu, odłożyłam go na półkę i zupełnie o nim zapomniałam. Dopiero 4 lata później stosikowe losowanie przypomniało mi o tej książce, i dobrze! 

We wstępie autor wspomina o setkach listów, jakie otrzymał od czytelników Płatka. Większość z nich błagała go o dopisanie zakończenia. Faber jednak definitywnie odżegnuje się od tego pomysłu. Ten zbiór nie ma pretensji bycia kontynuacją Płatka, to raczej wariacje na jego temat. Każde z siedmiu opowiadań przedstawia znane z powieści postaci w różnych momentach ich życia. Spotykamy więc młodziutką Sugar w Boże Narodzenie, prostytutkę Clarę, Williama u kresu życia, a także Sophie. Mimo że Faber wyraźnie zapowiada, że nie chce ujawnić dalszych losów Sugar, to jednak ten zbiorek, a zwłaszcza ostatnie opowiadanie, sugerują delikatnie, jak jej życie mogło się potoczyć. Dużo więcej natomiast dowiadujemy się o samej Sophie. 

Faber ma tę wyjątkową umiejętność przeniesienia czytelnika w inny świat już po przeczytaniu pierwszego zdania. Mimo, że ta książka ma niespełna dwieście stron, udało mi się powrócić do atmosfery Szkarłatnego płatka. Bardzo podoba mi się dosadny język Fabera - to zapewne moje zamiłowanie do naturalizmu.
Ten powrót do tego autora przypomniał mi, że jeszcze nie kupiłam jego najnowszej książki, obawiam się, że wysuwa się na pierwsze miejsce na liście. 

Moja ocena: 5/6

Michel Faber, Sugars Gabe. Geschichten rund um das karmesinrote Blütenblatt, tł. Eike Schönfeld, 184 str., claassen Verlag 2006.

sobota, 10 stycznia 2015

"Dom w Riverton" Kate Morton


Nie pamiętam kto i kiedy polecił mi tę książkę ale kilka lat temu kupiłam ją w prezencie dla cioci męża. Ona także zachęciła mnie do lektury, a ja zwlekałam z nią tak długo, aż stosikowe się ulitowało:)

I wiecie co, książkę połknęłam jednym tchem. To bardzo przyjemna, dość lekka ale nie płytka lektura. Z przyjemnością zatopiłam się w świecie Anglii z początku XX wieku. Narratorką powieści jest Grace, która jako czternastolatka rozpoczyna służbę w posiadłości Riverton. Dziewczyna, córka byłej służącej, od początku wdrażana jest w rolę pokojówki, a szczytem jej kariery ma być zostanie osobistą służącą pani. Morton szkicuje pozornie czarno-biały świat - służby i państwa. Kamerdyner Hamilton dba, by nie został on zachwiany. Tu każdy wie, jaką ma rolę, jakie obowiązki, jak mu się wolno zachować, co wypada, a co nie. Te ramy w pewien sposób ułatwiają życie, nie pozostawiają pola do zmian, ale równocześnie wiążą, zamykają w ścisłych konwenansach i wydaje się, że jest to bardziej dotkliwe dla kobiet dobrze urodzonych. 

To jednak także świat pełen skrywanych tajemnic, niedomówień i niezdolności rozmawiania o uczuciach. Dzięki konstrukcji książki czytelnik już na pierwszych stronach dowiaduje się o jaką tajemnicę chodzi, ale aż do ostatniej strony autorka trzyma w napięciu. Akcja bowiem przeplatana jest wydarzeniami z 1999 roku, kiedy to prawie stuletnią już Grace odwiedza amerykańska reżyserka, kręcąca film o ostatnich mieszkańcach Riverton. Ale nawet jej Grace nie zdradza swojej tajemnicy. Nagrywa za to dla wnuka-pisarza historię swojego życia na kasety - opowiada o dziejach rodu Hartfordów, koncentrując się na rodzeństwie - Davidzie, Emmeline i Hannah. To przede wszystkim ich losy poznajemy, a dzięki nim szalone lata dwudzieste, emancypację kobiet oraz grozę I wojny światowej. 

Taka konstrukcja powieści, świetnie oddane realia epoki, ciekawa zagadka oraz perspektywa narracji - z punktu widzenia służącej oraz starszej kobiety czynią z tej książki naprawdę niezły kawałek literatury. Morton udało się wciągnąć mnie w swój świat, pobudzić moją wyobraźnię i zmusić do niemal nieprzerwanej lektury.

Moja ocena: 5/6

Kate Morton, Dom w Riverton, tł. Anna Gralak, 528 str., Wydawnictwo Albatros 2013.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

"Wiwisekcja" Patrick White



Z ogromnym respektem rozpoczynałam lekturę Wiwisekcji - przerażała mnie nie tylko ilość stron ale i rzekoma trudna tematyka powieści. Tymczasem pierwsza część mnie zachwyciła. Australijska prowincja z początku XX wieku - w biednej, wielodzietnej rodzinie dorasta Hurtle Duffield. Ojciec zbiera butelki, a matka donosząc kolejne ciąże, pierze i prasuje bieliznę bogatych ludzi. 
To właśnie matka przeczuwa, że w jej najstarszym synu drzemie coś innego, coś odróżniającego go od rodziców. Może właśnie dlatego zabiera go ze sobą do domu bogatych państwa, gdzie ma on możliwość poznać (wpierw jako obserwator) inne życie. Bystry chłopiec wzbudza zainteresowanie Alfredy i Harry'ego Courtneyów. Ich córka, Rhoda, nie spełniła oczekiwań rodziców - dziewczyna jest ułomna fizycznie. 

U przybranych rodziców Hurtle rozwija się intelektualnie, emocjonalnie, a przede wszystkim artystycznie. Większa część powieści poświęcona jest opisowi dorosłego życia Hurtle'a - cenionego artysty malarza. White stworzył postać malarza, który całe życie walczy i poszukuje. Hurtle próbuje w swojej sztuce ująć sprawy niemożliwe do wypowiedzenia, do ogarnięcia. Jego próby ukształtowania i przedstawienia własnej głębi, alienują go, uniemożliwiają nawiązanie kontaktu z innymi. 
Jedyne bliskie mu osoby to kobiety. Większość z nich ma na niego działanie destrukcyjne - począwszy od Alfredy Courtney, poprzez Boo Hollingrake, Hero Pavloussi, a skończywszy na Kathy Wołkow - młodziutkiej wybitnej pianistce. Wspracie uzyskał tylko w prostytutce Nance Lightfood i swojej bratniej duszy czyli przybranej siostrze Rhodzie. 

Lektura powieści White'a nie jest lekka - mało tu dialogów, za to sporo poetyckich wręcz analiz procesu tworzenia, wnętrza Duffielda. Czytelnik śledzi jego rozwój, ewolucję myśli i przekonań, ma możliwość zrozumienia procesu tworzenia i zmagań z własną niemocą. White stworzył dzieło kompletne, studium rozwoju malarza i jego zmagań z talentem i męką tworzenia. To swoista wiwisekcja artysty. Czytelnik do ostatniej chwili próbuje wraz z Hurtlem odpowiedzieć sobie na pytanie czy można stworzyć dzieło doskonałe, dzieło wyrażające absolut. 

Wiwisekcję przeczytałam do ostatniej strony, ale nie będę ukrywać, że jej lektura była pracą, momentami ciężką, która wymagała cierpliwości i samozaparcia. To powieść z gatunku tych, które na długo zostaną w pamięci, które dają wielką satysfakcję i poczucie otarcia się o absolut. 

Moja ocena: 4,5/6

Patrick White, Wiwisekcja (The Vivisector), tł. Maria Skibniewska, 732 str., Państwowy Instytut Wydawniczy 1973.

poniedziałek, 20 września 2010

"Sorry, przepraszam" Gail Jones


Perdita to niechciane dziecko z przypadkowej ciąży. Jej rodzice to dwoje dziwaków - matka, popadająca w depresję fanatyczka Szekspira wciąż recytuje sonety i fragmenty dramatów, ojciec antropolog, zapatrzony w wojenne doniesienia i zagłębiony w książkach, żyje dla mrzonki napisania wiekopomnego dzieła o Aborygenach i stania się słynnym naukowcem. Perdita zupełnie nie pasuje do tej pary, która całą ciążę liczyła na śmierć dziecka. Niekochana dziewczynka nie zna czułości, dotyku, dobrego słowa. Wraz z głuchoniemym synem sąsiadów i aborygeńską dziewczyną tworzy nietypową relację. Łączy ich przyjaźń ale także umowne więzy rodzinne. To Mary staje się nauczycielką i erzacem matki dla Perdity. Życie ich jednak zmienia się w dniu, w którym zamordowany zostaje ojciec Perdity.

Książka Jones porusza wiele problemów i obejmuje wiele płaszczyzn. To nie tylko dociekanie kto zamordował ojca dziewczynki. Ważnym problemem jest kwestia traktowania rdzennych mieszkańców Australii. Jeszcze do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku odbierano rodzicom aborygeńskie dzieci i oddawano na wychowanie białym rodzinnom lub zakonnicom. Taki los spotkał Mary, która zamieszkała z Perditą i jej ojcem, gdy matka dziewczynki zachorowała. Krótki pogląd na tę kwestię daje notka dotycząca oficjalnych przeprosin, których od rządu australijskiego domagali się Aborygeni. W 1998 roku ustanowiono w Australii Narodowy Dzień Przeprosin.

Powieść Gail Jones to także powieść o słowie, mowie, książkach. Każda z osób w jakiś sposób uwikłana jest w słowach. Matka Perdity maniakalnie cytuje Szekspira. Jej ojciec kupuje książki, z których buduje chybotliwe konstrukcje w ich skromnym domku. Ponadto czyta namiętnie gazety, obwieszając wycinkami, dotyczącymi II wojny światowej, ściany domku. Perdita po śmierci ojca zaczyna się jąkać. Fizycznie odczuwa uwiązanie języka, ugrzęźnięcie mowy w gardle i ucieka w milczenie. Głuchoniemy chłopak z sąsiedztwa - Billy - odnajduje inne sposoby wyrażania uczuć, by w końcu nauczyć przyjaciółkę języka migowego. I wreszcie istotne jest słowo pisane zawarte w książkach - czytanie tej samej książki ma łączyć czytelników, powoduje powstawanie między nimi niewidocznej więzi. Taką teorię przedstawiła Perdicie Mary. Gdy więc Perdita otrzymuje książkę, która kiedyś należała do przyjaciółki, ceni ten dar jak rzeczywiste spotkanie.

Gail Jones prowadzi narrację niespiesznie, zmieniając perspektywę: wydarzenia relacjonuje obiektywny narrator oraz dorosła już Perdita. Wiele tu przemyśleń, refleksji, spostrzeżeń. Czasem zbyt wiele aczkolwiek dzięki nim książka zyskuje szerszy wymiar.

Mimo niezbyt wielkiej objętości powieść ta porusza wiele tematów, nie sprawiając jednak wrażenia przeładowanej. Cieszę się, że miałam możliwość ją przeczytać.

Moja ocena: 5/6

Gail Jones, Sorry, przepraszam, tł. Agnieszka Andrzejewska, 238 str., Muza.

niedziela, 17 stycznia 2010

"Złodziejka książek" Markus Zusak


Ośmioletnia Liesel podróżuje wraz z mamą i bratem pociągiem. Jadą do Monachium, gdzie dzieci mają zostać przekazane pod opiekę innej rodzinie. Chłopiec niestety podczas podróży umiera. Liesel przeżywa szok tracąc zarazem brata jak i matkę, którą widzi po raz ostatni. Dziewczynka trafia do miasteczka Molching, gdzie zamieszka z Rosą i Hansem Hubermannami. Nowi rodzice dziewczynki wydają się jej być na pierwszy rzut oka okropni. Po jakimś czasie Liesel odkrywa jednak, że Hans ma złote serce, a szorstka Rosa również na swój sposób kocha przybraną córkę. Liesel przyzwyczaja się stopniowo do nowego domu i szkoły oraz poznaje pierwszych przyjaciół. Tymczasem Niemcami rządzi Führer i zbliża się wojna.
Zusak przedstawia obraz małego niemieckiego miasteczka i jego mieszkańców wraz z ich nastawieniem do Hitlera i wojny - są osoby obojętne, są zagorzali naziści, a także osoby, które nie akceptują nowego porządku. Najprawdopodobniej dla wielu (nie niemieckich) czytelników zaskakującym będzie właśnie sposób ukazania społeczeństwa niemieckiego - niemożność stawiania otwartego oporu, przymus akceptacji nazistwoskich rządów, cierpienia związne z wojną.

Jeszcze bardziej zaskakuje jednak forma książki. Narratorem jest śmierć, która opowiadając historię Liesel, opisuje także swoją "pracę". Zusak nie prowadzi ciągłej narracji. Opowieść śmierci przerywana jest przez jej spostrzeżenia, wypunktowane opisy postaci i przedmiotów, wybiegające w przyszłość spostrzeżenia, streszczenia wydarzeń itp. Muszę przyznać, że taka forma książki jest innowacyjna ale czy dobra? Potrafię sobie wyobrazić, że może się ona podobać, na pewno przyspiesza tempo czytania, mnie jednak szalenie denerwowała. Brakowało mi płynności w stale przerywanej fabule, drażniło mnie protekcjonalne traktowanie czytelnika oraz wyżej wspomniane uprzedzanie faktów. Z początkiem książki działał jeszcze efekt nowości ale z każdą przewracaną stroną byłam coraz bardziej poirytowana zabiegami Zusaka. Podejrzewam, że to także jeden z powodów dlaczego książkę odkładałam często i w efekcie tak długo czytałam.

Podobał mi się za to język Zusaka - nietypowe metafory, zaskakujące porównania, personifikacja uczuć. Zachwycona jestem również tłumaczeniem - naprawdę świetnym. Głowę bym dała, że książkę napisał Niemiec. Przy okazji, ciekawa jestem, jak na polski przetłumaczone zostały określenia Liesel i Hansa używane przez Rosę?

Myślę, że książka spodoba się raczej młodzieży.

Moja ocena: 4/6

Markus Zusak, Die Bücherdiebin, tł. Alexandra Ernst, 588 str., blanvalet.

niedziela, 1 marca 2009

"Maskotka" Marek Kurzem


Zwlekałam z przeczytaniem "Maskotki". Nie wiem sama czemu? Przecież znałam już reportaż z DF i wiedziałam, że niezwykłe losy ojca autora poznać należy. To książka niesamowita, poruszająca do głębi, chwytająca za serce i bulwersująca. To powie ść, która zabiera oddech, która czyni człowieka niezdolnym do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa.
Mark Kurzem opowiada historię odkrywania przeszłości swojego ojca. Alex Kurzem milczał na temat swojego pochodzenia przez półwiecze, nigdy nie spuszczając oka z małej kasetki, zawierającej skrawki jego wspomnień. Garść fotografii i artykułów to wszystko, co mu zostało. Pewnego dnia opowiada swojemu najstarszemu synowi swoją historię - historię pieciolatka, który ucieka przed zagładą. Alex powoli rekonstruuje swoją przeszłość, świat widziany oczyma dziecka. Jego wspomnienia są niepełne i tak nieprawdopodobne, że budzą wątpliwości. Czy pięcioletnie dziecko mogło przeżyć coś takiego? Czy mogło przetrwać całą zimę same w lesie, aż do momentu wcielenia do oddziału łotewskich żołnierzy? Historie opowiadane przez Aleksa ukazują małego chłopca, który staje się żołnierzem, maskotką oddziału i świadkiem zagłady Żydów. Alex ciągle targany jest niepewnością - wola życia trzyma go wśród żołnierzy, choć czuje, że czynią oni rzeczy niegodziwe.
W drugiej częsci powieści autor opisuje próby rozwiązania zagadki dwóch słów, które zapamiętał jego ojciec, a które mogą wskazywać na jego prawdziwe pochodzenie. Zarówno ojciec jak i syn stawiają również wiele pytań o moralność, słuszność zachowania Aleksa, motywy działania jego opiekunków.
Mark opisuje swoje przeżycia, emocje, myśli a także relację ojca językiem bardzo prostym. I właśnie te proste słowa poruszają najgłębsze ludzkie odczucia. Muszę przyznać, że przy niektórych scenach brakowało mi tchu.
Dla mnie ta historia ma również ogromny aspekt poznawczy, zwłaszcza na temat roli Łotwy w II wojnie światowej. Temat warty zgłębienia. Zaskoczyły mnie również fakty, dotyczące zachowania Łotyszów i Żydów, na których podczas poszukiwań trafiają ojciec i syn.

Polecam!

Mark Kurzem, Maskotka, tł. Jan S. Zaus, 431 str., Replika.

środa, 26 listopada 2008

"Śniadanie z kangurami" Billa Brysona


Książkę Brysona czytałam długo. Zaczęłam jeszcze w Portugalii i właściwie męczyłam się z nią do wczoraj. Nie wiedzieć czemu. Brysona znam już dość dobrze. Tematyka szalenie dla mnie inetersująca, bo przepadam za relacjami z podróży, spostrzeżeniami, dotyczącymi innych krajów i subiektywnymi opisami tychże. Bryson robi o wyśmienicie. Podejrzewam, że skrupulatnie przygotowuje się do podróży. Z jego powieści wynika, iż czyta sporo książek, prowadzi rozmowy, odwiedza biblioteki. Podróżnikiem jest świadomym - obserwuje, sprawdza, pyta. Nie szczędzi czytelnikowi ciekawostek i informacji, które znane są tylko niewielkiej grupie osób. Szkicuje tło historyczne kraju, dorzuca wiadomości o geologii, faunie i florze. Do tego pisze wszystko z wielkim dystansem do siebie, z ogromną dozą ironii i sarkazmu.

W tej książce opisuje Australię - kontynent niespodzianek, gdzie jedno kuriozum goni kolejne. Bryson odwiedził niemal każdy zakątek Australii, przemierzył ją wzdłuż i wszerz i zajrzał do każdej "dziury". Gdy wreszcie kiedyś się do Australii wybierzemy, na pewno sięgnę jeszcze raz po tę książkę.
Czemu więc piszę, że się z nią męczyłam? Podejrzewam, że zmęczyła mnie maniera pisarska Brysona. Jego dowcipy i ironia mnie nie śmieszyły, co więcej często odbierałam je jako silenie się na bycie wyjątkowo błyskotliwym. Mimo to polecam tę książkę miłośnikom podróży.

Bill Bryson, Frühstück mit Kängurus, tł. Sigrid Ruschmeier, 412 str., Goldmann.