Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niderlandy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niderlandy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2026

"Psychiatrzy i masażyści" Arnon Grunberg


Znany z wydanej w Polsce "Tirzy" Arnon Grunberg pokazuje się w tej książce od zupełnie innej strony. To nie fikcja literacka, a coś na kształt reportaży, w których jednak autor jest bardzo obecny. Grunberg jako reporter uważa, że musi namacalnie przeżyć sytuacje opisywanych osób i przyjąć ich rolę, by zrozumieć opisywany fenomen. 

Rozstrzał tematyczny tego zbioru jest ogromny, w pamięci nie utkwiły mi wszystkie rozdziały, skupię się więc na tych, które były dla mnie najbardziej interesujące. W pierwszych tekstach Grunberg wyjeżdża na przykład do Afganistanu czy Iraku, by towarzyszyć żołnierzom, opisuje ich codzienność, rusza z nimi do okolicznych wniosek, obserwuje, a w podtekście podaje w wątpliwość wszystkie te działania. 
Kolejne teksty podejmują tematy bardziej socjologiczne. Grunberg wyjeżdża z grupą Amerykanów do Ukrainy, celem wyjazdu jest znalezienie żony. Tam rozmawia z kobietami, spróbuje zrozumieć mechanizmy stojące za potrzebą szukania miłości na odległość i na innym kontynencie, z barierą językową. W innym tekście udaje się do Rumunii, by w jednym z kurortów pracować jako masażysta. Autor wielokrotnie wyjeżdża też do USA – odwiedza sekty, guru i przeróżnych cudotwórców, poruszając tematy choćby aborcji. Czyni to ze swoją ex-partnerką. Kobieta wciąż go kocha, on jednak ma już nową miłość, ponadto okazuje się, że była dziewczyna jest w ciąży. To bardzo trudna sytuacja i autor pozwala nam tu wejść w swój związek i pokazuje samego siebie z bynajmniej nie pozytywnej strony.
Ciekawe są teksty, w których Grunberg odwiedza szpitale psychiatryczne i inne miejsca dla osób w kryzysie, a także zamieszkuje z kobietą, która zgłosiła się do programu dla osób poszukujących dodatkowego ojca. 

Takie podejście do przeróżnych kwestii, jakie prezentuje Grunberg, ma swój urok, pozwala spojrzeć na nie od środka, z perspektywy osób zaangażowanych lub pokrzywdzonych, ale moim zdaniem bywa też wątpliwe etycznie. Trudno określić te teksty reportażami, bo wiele one mówią o samym autorze, które wcale nie jest sympatyczny czy empatyczny, a czasami wręcz odwracają uwagę od samych poszkodowanych na rzecz Arnona Grunberga Z drugiej strony dzięki takiemu zatopieniu się w życie bohaterów tekstu, mamy możliwość lepszego ich poznania, ale ponownie, bardzo subiektywnego.

Podsumowując – książka zdecydowanie uwodzi poruszanymi tematami, ale jednak odrzuca postacią autora, którego na mój gust było za dużo, nawet biorąc pod uwagę przyjętą przez niego konwencję.

Moja ocena: 4/6

Arnon Grunberg, Psychiatrzy i masażyści, tł. Małgorzata Diederen-Woźniak, 560 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

sobota, 13 grudnia 2025

"W dobrych rękach" Yael van der Wouden



Powieść "W dobrych rękach" przełożył Justyn Hunia, a ukazała się niedawno nakładem Wydawnictwa Znak, ja sięgnęłam po tłumaczenie na język niemiecki. 
Akcja rozgrywa się w 1961 roku w Niderlandach. Isabel mieszka sama w sporym domu otoczonym ogrodem. Jej bracia – Louis i Hendrik wyprowadzili się już jakiś czas temu, pozostawiając opiekę nad spuścizną po matce siostrze. Nie jest to jednak dom rodzinny, po śmierci ojca w latach 30. XX wieku, zakupu dokonał wujek Karel, tym sposobem umożliwiając siostrze i jej dzieciom bezpiecznie przetrwanie wojny, z dala od Amsterdamu, gdzie dotychczas mieszkali. Isbael obsesyjnie dba o ogród, skrupulatnie liczy i czyści ukochaną porcelanę matki i sztućce, prowadząc samotnicze życie. Bracia próbują namówić ekscentryczną siostrę do wyjść, ale bezskutecznie. Podczas jednego z comiesięcznych spotkań z nimi, Louis przedstawia swoją kolejną dziewczynę - Evę. Isabel i Hendrik podśmiechują się z tej wybranki, która zupełnie nie pasuje do rodziny. Szokiem dla Isabel jest jednak, gdy Louis prosi jej o przyjęcie do siebie Evy na czas jego delegacji zagranicę. Isabel zupełnie nie odpowiada ten plan. Ta konserwatywna i przyzwyczajona do swojego rytmu młoda kobieta nie wyobraża sobie dzielenia domu z kiczowatą i głośną Evą. W końcu jednak ulega bratu, szczególnie że według woli wujka to jemu przypadnie dom po założeniu rodziny. 

Eva wprowadza się na wieś i początkowo trafia na mur. Isabel jest małomówna, odstręczająca, zupełnie niekompatybilna ze współlokatorką. Ta sytuacja zacznie stopniowo ulegać zmianie, a końcowy plot twist totalnie mnie zaskoczył. Autorka nadała tej powieści na końcu zupełnie innego wymiaru – owszem, spodziewałam się jakiejś tajemnicy, ale zupełnie nie takiej! Po raz kolejny przekonałam się, jak dobrze nie czytać przed lekturą blurbów, streszczeń i wnikliwych recenzji!

Yael van der Wouden podjęła bardzo ciekawy wątek z historii Niderlandów – nie powiem jednak jaki, by i wam nie zepsuć zaskoczenia. Ważnym aspektem książki są też związki jednopłciowe – kwestia w latach 60. XX wieku niewyobrażalna, wstydliwa i ukrywana. Autorka świetnie opisuje rodzenie się pasji czy bliskość fizyczną i nawet jeśli jest tego w tej powieści naprawdę dużo, nie czułam znużenia. Fascynowała mnie natomiast giętkość językowa, świetny szkic charakterów, rozmowy, atmosfera tajemnicy.
Nie dostrzegłam wielkiej popularności tej powieści w Polsce, a to naprawdę bardzo dobra literatura i to na wszystkich płaszczyznach, bardzo polecam.

Moja ocena: 5/6

Yael van der Wouden, In ihrem Haus, tł. Stefanie Ochel, 299 str., Gutkind Verlag 2025.

poniedziałek, 17 lipca 2023

"Mój mały zwierzaku" Marieke Lucas Rijneveld


Niepokój przychodzi o zmierzchu mnie zachwycił, mimo że to niekomfortowa, czasem wręcz obrzydliwa proza. Mój mały zwierzaku, druga powieść Rijnevelda (aktualnie należy wobec tej osoby pisarskiej używać zaimków męskich, jak wyczytałam w Wikipedii) jest równie niekomfortowa i obrzydliwa, a nawet obrazoburcza. Osoba autorska wraca do podobnej scenerii - jest holenderska wioska, gospodarstwo, krowy i czternastoletnia dziewczyna. To dziewczyna u progu dojrzewania, niezwykle samotna. Ojciec niespecjalnie interesuje się nią i starszym bratem, odkąd odeszła (zniknęła?) matka i zginął młodszy brat. Natomiast interesuje się nią weterynarz. Czterdziestodziewięciolatek, ojciec dwóch synów, mąż i człowiek pełen traum z dzieciństwa. To on dostrzega dziewczynę i zakochuje się w niej. 

Mój mały zwierzaku to monolog weterynarza, jego wyznanie przed sądem, w którym opisuje swoją fascynację dziewczynką. To według jego słów miłość i wielkie uczucie, którego jednak nie widać, bo całe zakochanie zasadza się na cielesności. To właśnie młode i niedojrzałe ciało jest celem jego wzdychań i źródłem podniety. Rijneveld nie stawia tu na powściągliwość czy elegancję, lecz bezpośrednio opisuje chore fascynacje mężczyzny, próby zgwałcenia dziewczyny, jego podniecenie, bezpardonowe wykorzystywanie ufności i niewiedzy itd. Obiekt owego zakochania to straumatyzowane, pozostawione sobie dziecko, które jest zupełnie zagubione i przytłoczone procesem dojrzewania. Dziewczynka została opuszczona przez matkę, nie przepracowała śmierci brata, nie ma oparcia w ojcu i starszym bracie, snuje natomiast przeróżne wizje - rozmawia w myślach z Hitlerem i Freudem, obwinia się za ataki na WTC i marzy o lataniu. Dziecko o tak wrażliwej osobowości jest najepszym materiałem na ofiarę i weterynarz o tym dobrze wie.

Językowo natomiast to majstersztyk pełen odwołań i aluzji literackich. Jako pierwsza nasuwa się oczywiście Lolita i owszem, można tę powieść odczytywać jako współczesną parafrazę tego klasyka, ale Rijneveld utkał w swojej narracji o wiele więcej. Każda strona przepełniona jest wręcz nawiązaniami biblijnymi, do klasyki literatury, ale i popkulturowymi - mnóstwo tu fragmentów piosenek, odwołań, aluzji. Samo podążanie za tymi wątkami przewyższyło by czas poświęcony lekturze. Mimo tego bogactwa językowego (brawa dla tłumacza!) i intertekstualności, nie jestem w stanie docenić tej książki. Nie sądzę, by konieczne było tak dosadne pisanie o pedofilii, nie widzę potrzeby czytania opisów wymuszonych aktów seksualnych z dzieckiem w czasach, gdy setki, tysiące ofiar wstydzą się o swoich doświadczeniach mówić. Rozumiem, że osoba autorska zapewne chciała pokazać zamknięty, pruderyjny i religijny świat holenderskiej wioski, w którym molestowanie jest tajemnicą poliszynela i jest tolerowane nie tylko przez ojca dziecka, ale i nawet żonę sprawcy. Nie zgadzam się jednak na sposób, w jaki ten proces został przedstawiony. Nie muszę wchodzić w głowę sprawcy, by go potępić i nie muszę znać jego motywów i własnych traum, by go usprawiedliwić, bo takie postępowanie nie zasługuje na żadne usprawiedliwienie. 

Będę śledzić dalsze literackie poczynania Rijnevelda, bo to ogromny talent, ale z większą powściągliwością. 

Moja ocena: 3/6

Marieke Lucas Rijneveld, Mój mały zwierzaku, tł. Jerzy Koch, czyt. Andrzej Ferenc, 360 str., Wydawnictwo Literackie 2022.

piątek, 18 lutego 2022

"Piękna młoda żona" Tommy Wieringa


Krótka, ale intensywna powieść. Edward Landauer jest wirusologiem, profesorem, ma na koncie wiele sukcesów naukowych, ma wygodny dom i ułożone życie. Samotność nie wydaje mu się przeszkadzać, jednak gdy pewnego dnia dostrzega Ruth zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Ruth jest piękna, młoda, jeszcze studiuje i odwzajemnia uczucie Edwarda. To nie pierwsza i nie ostatnia para ze sporą, ale nie powalającą różnicą wieku. Edward w pewien sposób ją jednak odczuwa - gdy Ruth spotyka swoich znajomych, a także gdy okazuje się, że jej poglądy są odmienne. Kobieta należy w pewnym sensie do innej generacji - jest wegetarianką, lewaczką, nie podoba się jej fakt, że wielkie koncerny farmaceutyczne finansują badania uniwersyteckie. Te różnice zdań nie mają jednak większego wpływu na małżeństwo. Pewnego dnia Ruth proponuje posiadanie dziecka. Ten plan nie od razu wypala, ale po pewnych wysiłkach się udaje i do pary dołącza syn. Dziecko trudne, płaczliwe, niespokojne, które zabiera całą uwagę matki. Edward jeszcze przed narodzinami dziecka, mimo poczucia zadowolenia w związku równocześnie nawiązuje relację ze współpracowniczką. 

Historia, wydaje się, dość banalna, a jednak niosąca w sobie wiele niuansów. Poznajemy relację tylko z perspektywy Edwarda i to daje nam możliwość zagłębienia się w świecie męskim - w pewnym sensie w jego kryzysie. Edward - tak zdecydowany i pewny siebie w pracy, na gruncie prywatnym traci te cechy. Wydaje się być zagubiony i bardziej zaniepokojony różnicą wieku niż Ruth. 

Nie jest łatwo zidentyfikować, który czynnik zaważył na tym, że małżeństwo Edwarda obrało taki przebieg. Po pierwsze, bo nie znamy punktu widzenia Ruth, a po drugie tych aspektów jest wiele. Wieringa sporo z nich tylko sygnalizuje, jak na przykład dzieciństwo i dom rodzinny mężczyzny. Ciekawy jest też wątek brata Ruth, który samotnie wychowuje syna w warunkach dalekich od cieplarnianych. Ten kontrast dwóch modeli, o ile w ten sposób można je w ogóle nazwać, wychowania jest uderzający w kontekście stosunku dziecka do ojca. 

Lubię takie nieoczywiste książki, które pozostawiają szerokie pole do przemyśleń i interpretacji. 

Moja ocena: 5/6

Tommy Wieringa, Piękna młoda żona, tł. Alicja Oczko, 128 str., Wydawnictwo Pauza 2019.

czwartek, 28 października 2021

"Tirza" Arnon Grunberg

 


Przeciętna niby rodzina. Okazały dom z ogrodem przy najlepszej ulicy w Amsterdamie, stateczny ojciec Jörgen Hofmeester, który niekoniecznie dobrowolnie kończy wieloletnią karierę redaktora w wydawnictwie, matka artystka i dwie córki. Starsza Ibi wyprowadziła się już z domu, prowadzi pensjonat we Francji wraz z niekoniecznie dobrze przyjętym przez ojca partnerem. Młodsza Tirza właśnie świetnie zdała maturę i urządza przyjęcie pożegnalne zanim z chłopakiem wyjedzie na rok do Afryki. A matka? Matka wróciła właśnie do domu po tym, jak na kilka lat zniknęła. Nikt nie wie, co robiła, nikt się tym też specjalnie nie interesuje.
No więc małżonka wchodzi do domu i rozpoczynają się kuriozalne rozmowy z ojcem, czyli Jörgenem. Rozmowy męczące w swojej bezcelowości i mówieniu bez trafiania do odbiorcy. Rozmowy, by mówić, a nie by się komunikować. Małżonka epatuje swoją rozwiązłością, bezkompromisowością, Jörgen epatuje swoim konformizmem. 

Mimo że Tirza jest tytułową bohaterką, to narracja prowadzona jest z punktu widzenia Jörgena, któremu życie się wydarza. Studiował język niemiecki i kryminologię, której nie skończył. Dostał pracę w wydawnictwie i tam został, choć wszyscy sądzili, że sam zostanie wydawcą. Ożenił się z małżonką, choć chyba jej nie kochał. Zgodził się na dzieci, bo małżonka wyraziła taką chęć. Absolutnie na serio wziął rolę ojca, bo tego oczekiwało od niego otoczenie. Ma dom przy najlepszej ulicy, porządne ubranie, zadbany ogród i odgrywa rolę najlepszego ojca świata, bo sądzi, że tego oczekują od niego inni. Małżonka natomiast nie robi niczego z tego. Ona ma swoje życie i żadnych skrupułów, by nim żyć. Jörgen skrupułów mieć nie musi, bo nie wie, jak żyć i jak podejmować swoje własne decyzje. Jörgen to taki człowiek, który chce zadowolić wszystkich, a własne pragnienia, czy bestię, jak sam mówi, uspokaja włoskim gewürztraminerem. W wielkich ilościach. Jego życie toczy się od pierwszego do pierwszego, gdy pobiera czynsz od najemcy mieszkania na piętrze. Rytm wyznaczają wyprawy do Luksemburga, gdzie przechowuje kasowane na czarno pieniądze. Filarami jego dni są cztery idealnie naostrzone ołówki i kolejne rękopisy do sprawdzenia. Są nimi wywiadówki, wożenie Tirzy na lekcje wiolonczeli i pianina, gotowanie obiadów, dbanie o dom i ogród. Taki Jörgen jest przedstawicielem całej klasy średniej, przeźroczystym reprezentantem, wtapiającym się w tło jedermanem

Tirza to jego ukochana córka, oczko w głowie, dziecko, jak wciąż powtarza, wyjątkowo utalentowane, słoneczna królewna. Starsza córka pojawia się we wspomnieniach Jörgena tylko raz i to w okolicznościach niezbyt dla niego przyjemnych. Jörgen krąży wokół młodszej córki jak satelita. To ona jest spełnieniem wszystkiego, czego nie zrobił ze swoim życiem. Przytłoczona i zagarnięta przez ojca, opuszczona przez matkę. Tirza nie ma szans, by sprostać oczekiwaniom ojca.

Grunberg na ponad pięciuset stronach wpakował w tę książkę ogromną ilość scen, myśli, wydarzeń. To nie są przyjemne sceny, w większości są obrzydliwe, podejrzane, obleśne, na pozór pozytywne i serdeczne kryją w sobie zawsze drugie dno. Tak jak rozmowy. Dziwaczne, pełne podtekstów i podszyte zwyrodniałym seksualizmem. Ta powieść to szkic psychologiczny przedstawiciela pewnej klasy i pokolenia, którego czas się już kończy, którego ramy życiowe zostały zachwiane w posadach. 

Ta powieść zawiera w sobie wiele wątków pobocznych, wiele aspektów - to ogromne pole do dyskusji i interpretacji. Świetny portret psychologiczny, rzecz, która na długo zostanie w pamięci.

Moja ocena: 5/6

Arnon Grunberg, Tirza, tł. Małgorzata Woźniak-Diederen, 560 str., Wydawnictwo Pauza 2018.

niedziela, 20 czerwca 2021

"Niepokój przychodzi o zmierzchu" Marieke Lucas Rijneveld


Cóż to jest za książka! Mocna, niewygodna, trudna, bolesna, ale równocześnie taka, od której nie sposób się oderwać!

Narratorką jest Budrysówka, dziesięcioletnia dziewczynka, która wychowuje się w bardzo religijnej holenderskiej rodzinie. Głównym zajęciem w tym domu jest praca, należy przecież zajmować się wielkim gospodarstwem. Pomagają przy nim dzieci - dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Gdy tuż przed Bożym Narodzeniem podczas szusowania na łyżwach ginie najstarszy syn, życie w rodzinie zmienia się diametralnie. Dotąd niełatwe, staje się nieznośne. Pogrążeni w żałobie rodzicie całkowicie zaniedbują emocjonalnie pozostałe dzieci. Matka przestaje jeść, ojciec pogrąża się jeszcze bardziej w pracy. A dzieci, pozostawione same w sobie, kolekcjonują pytania na temat brata, świata, dojrzewania i śmierci. Każde z nich ma inny sposób na radzenie sobie z rozpaczą. Chłopiec wali głową w barierkę łóżka, a Budrysówka nie ściąga z siebie czerwonej kurtki. Nigdy. To jej pancerz, ochrona, bezpieczeństwo. Ukojenie daje jej podpatrywanie ropuch, które w przeciwieństwie do ludzi się przytulają i w przeciwieństwie do rodziców się parzą. Seks, przekleństwa to oprócz śmierci kolejne tematy, o których się w domu nie mówi. A wyobraźnia dzieci płata figle i pulsuje. 
Spragnione uczuć i dotyku dzieci, szukają go wśród siebie, przeprowadzając pierwsze eksperymenty seksualne, ale także uśmiercając zwierzęta. Całe życie dzieci to podświadome czekanie na śmierć kolejnego członka rodziny. 
Głębszego wymiaru nadaje powieści kwestia religii. Rodzice są wierzący, żyją według surowych reguł ich wiary, stale cytują Biblię, ojciec zresztą szuka pomocy w Biblii na każdy problem w domu, łącznie z zatwardzeniem. Bóg rodziców to jednak nie jest Bóg kochający i miłosierny, który pozwoliłby im pokazać dzieciom i sobie uczucia. Religia to jedynie nakazy i zakazy, brak kontaktu ze światem zewnętrznym, limitowana telewizja, brak Internetu i posłuszeństwo. 
Pierwszym odruchem jest niechęć do rodziców, wskazanie im ich błędów, ale ja odczuwałam głównie współczucie. Tak samo jak dzieci są zagubieni w żałobie i bezsensownych regułach ich religii, bez nadziei na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz. 

Mocną stroną tej powieści jest język, który balansuje między poetyckością a naturalizmem. Jak na dziesięcioletnie dziecko narratorka ma może zbyt wyrafinowany sposób wysławiania, ale nie będę się tego czepiać, bo zakładam, że autor/autorka zawarł/a w powieści wątki autobiograficzne. Zdecydowanie to, co przede wszystkim uderza jest naturalizm, tu nie ma ukrywania i owijania w bawełnę, ani wstydu. Czytelniczka czy czytelnik musi się nastawić na brutalne opisy, pozbawione pozłotki myśli i czyny dzieci. Mnie pasuje taki styl, ale mogę sobie wyobrazić, że znajdą się osoby, które będą zniesmaczone.
Pisząc o języku, nie mogę nie wspomnieć tłumacza, Jerzego Kocha, którego nota bene poznałam na studiach, przygotował naprawdę mistrzowski przekład!

Moja ocena: 6/6

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu, tł. Jerzy Koch, 272 str., Wydawnictwo Literackie 2021.

środa, 27 maja 2020

'Wszystkie dzieci Louisa" Kamil Bałuk


Louis chciał mieć dużo dzieci, chciał pozostawić po sobie ślad, chciał przekazać dalej nazwisko i historię rodziny, ale Louis nie ma żony, nie ma zbyt wielu przyjaciół, nie ma nawet ciekawego życia. Ma za to szczęście poznać pewnego doktora, który go potrzebuje, a właściwie nie jego, lecz jego spermy. Potrzebuje jej, by pomóc zdesperowanym ludziom, którzy bardzo pragną dziecka, ale z różnych przyczyn nie mogą go mieć. W latach 80. nie ma dokładnych regulacji na temat banków spermy. Lekarza, a zwłaszcza jeden z nich działają intuicyjnie i według własnego poczucia moralności.

Kobiet, które chcą zostać matkami jest wiele, także tych, które zapragnęły rodzeństwa dla swoich poczętych dzięki lekarzowi dzieci, a odpowiednich dawców jest niekoniecznie tyle, ile potrzeba. Więc Louis oddaje i oddaje tę spermę, która zapładnia kolejne kobiety. Gdy po jakimś czasie niektóre z poczętych w ten sposób dzieci zaczynają dowiadywać się o okolicznościach swojego powstania, sprawa zaczyna się komplikować. Najpierw zaskoczeni są brakiem danych na temat biologicznych ojców - lekarz te dane zmieniał wedle upodobań swoich i matki, kamuflował lub wymyślał, tak że nie sposób znaleźć danych dawcy.

Holandia to kraj reality shows - tam też ktoś wpada na program o dzieciach, którzy poszukują swoich ojców. Dzięki badaniom DNA stopniowo okazuje się, że wiele dzieci poczętych ze spermy z banku jest połowicznym rodzeństwem. Połówki, bo tak się nazywają, tworzą grupę, niekoniecznie jednolitą. Najpierw oczywiście szukają podobieństw, ale okazuje się, że nie wszyscy mają podobną motywację. Nie każdy z nich chce poznać biologicznego ojca, nie każdy za nim tęskni czy jest go ciekawe. 

Bałuk stopniowo rozwikłuję zagadkę Połówek. Przedstawia poszczególne osoby, ich motywację, życie, a przede wszystkim problemy, z jakimi się muszą mierzyć. Bycie dzieckiem, które mogło się począć dzięki bankowi spermy, nie jest dla jednych niczym szczególnych, ale dla innych, szczególnie tych, którzy wychowali się bez ojca lub bardzo fizycznie różnią się od rodziców urasta do sporej rangi. 

Niezwykły zbieg okoliczności w życiu Louisa i doktora pozwala na to ogromne oszustwo, do którego w zasadzie nikt nie chce się przyznać. Bałuk nie ocenia postępowania żadnej ze stron, raczej ukazuje szerokie spektrum problemów, z jakimi się wiąże chęć posiadania potomstwa przez osoby bezpłodne, przez kobiety samotne czy pary jednopłciowe. Przy okazji szkicuje historię Surinamu i nakreśla delikatnie obraz holenderskiego społeczeństwa.

Mimo że jest to stosunkowo długa książka, jak na poruszoną tematykę, nie mogłam się od niej oderwać. Być może ze względu na moje związki z Niderlandami, ale zapewne także ze względu na pióro Bałuka, strukturę reportażu, która nie pozwala czytelnikowi odwrócić uwagi, a na pewno z powodu ciekawego tematu. 

Moja ocena: 5/6

Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa, 304 str., Dowody na Istnienie 2017.

piątek, 27 września 2019

"Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata" Gaston Dorren


Od dawna szukałam takiej książki. Uwielbiam czytać o językach, analizować różnice, porównywać je  i wreszcie się ich uczyć. Autor opisał dwadzieścia największych języków świata, z których płynnie znam trzy, uczyłam się kolejnych dwóch, a delikatnie liznęłam jeszcze jeden. Co więcej wśród tej dwudziestki jest język, którego zamierzam się uczyć. Przy takich założeniach musiała to być świetna lektura. 

Dorren swoją książką trochę oszukuje. Każdy rozdział rozpoczyna się tak samo - metryczką języka, zawierającą informacje o użytkownikach, nazwie, gramatyce, fonetyce, ciekawostkach. Pierwszym opisywanym językiem jest wietnamski, którego autor się uczy(ł). Mnóstwo tu więc informacji o fonetyce, gramatyce, trudnościach, na jakie trafia uczeń, zwłaszcza ten wychodzący z zupełnie innego kontekstu językowego. Uwielbiam takie teksty, więc cieszyłam się na podobne podejście w kolejnych rozdziałach, a tu klapa! Dorren napisał bowiem o każdym języku z innego punktu widzenia. 

Jeśli jest to tamilski, to na tapetę wziął konflikt na Sri Lance w dużej części bazujący na kwestii językowej. Niemiecki ma opinię bycia niezwykle trudnym - autor rozprawia się więc z tą kwestią. Przeważająca większość użytkowników języka portugalskiego mieszka poza Portugalią, więc autor skoncentrował się na kolonializmie i porównaniu portugalskiego i niderlandzkiego. Oba z nich jako języki kolonizatorów miały szansę na tak ogromne rozprzestrzenienie się w świecie, ale udało się to tylko portugalskiemu. Na przykładzie jawajskiego dowiadujemy się jak wielką rolę w języku mogą odgrywać formy grzecznościowe. Języki takie jak japoński, hindi czy urdu to przyczynek to skoncentrowania się na różnych rodzajach pisma. Każdy rozdział to inna dawka informacji, nie tylko stricte językowych, ale także historycznych, socjologicznych czy politycznych. Takie podejście czyni książkę niezwykle różnorodną.

W tej książce nie ma chyba ani jednego lingwistycznego aspektu, który nie zostałby przez autora poruszony: od gramatyki, przez fonetykę na słowotwórstwie kończąc. Co ciekawe, żaden z rozdziałów nie jest ani nudny, ani naszpikowany lingwistyczną terminologią. Zapewne osoby z filologicznym tłem trochę inaczej odbiorą niektóre z opisywanych aspektów, ale także laik swobodnie przeczyta tę książkę. Dorren jest bowiem dowcipny, ma spory dystans do siebie i swojego języka ojczystego, którym jest niderlandzki. Co więcej, dla osób znających tych język, wiele z jego rozważań będzie jeszcze ciekawszych, ponieważ autor często bazuje lub odnosi się właśnie do niego.

Szczególnie chciałam jednak wspomnieć Annę Sak, która mistrzowsko przetłumaczyła tę książkę - nie myślę tu o zwrotach fachowych, ale o lekkości, kolokwializmach, wyczuciu stylu. Wielkie brawa dla niej. Podobnie jak dla Wydawnictwa Karakter za staranne wydanie i za polskiego kota (kreskowego) z tyłu okładki.

Babel to książka do wielokrotnego czytania, wracania do niektórych rozdziałów i zachęcająca do dalszych poszukiwań - między innymi dzięki bibliografii. Dociekliwi znajdą na stronie internetowej autora pliki z nagraniami, ilustrującymi na przykład różne tony w języku wietnamskim. Przyznam, że wysłuchałam, wielu różnic jednak nie słyszę.

Mam nadzieję, że Gaston Dorren zdecyduje się na opisanie kolejnych dwudziestu języków - jestem pewna, że nie tylko ja z chęcią bym taką książkę przeczytała.

Moja ocena: 6/6

Gaston Dorren, Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata, tł. Anna Sak, 429 str., Wydawnictwo Karakter 2019.

czwartek, 31 lipca 2014

"Odkrycie nieba" Harry Mulisch



Bardzo rzadko czytam książki dwa razy. Odkrycie nieba jest jednym z nielicznych wyjątków. Niedawno uświadomiłam sobie, że pierwszy raz czytałam tę powieść piętnaście lat temu i niestety wiele detali już mi umknęło. Wstawiłam ją więc na półkę z książkami do przeczytania i dość prędko została wylosowana mi w stosikowym losowaniu. Niestety nie miałam długo czasu na jej lekturę, dopiero niemal cały lipiec mogłam jej poświęcić. Odkrycie nieba to bowiem książka do niespiesznego czytania, do smakowania, to przede wszystkim intelektualne wyzwanie.

Powieść Mulischa jest wielopłaszczyznowa - można skoncentrować się tylko na akcji i śledzić losy niezwykłej przyjaźni między dwoma geniuszami. Onno Quist to jezykoznawca, odkrywca klucza do odczytania starożytnego pisma, bezkompromisowy i szczery, nie dba o swój wygląda i neguje swoje konserwatywne pochodzenie. Ów Onno opuszcza przyjęcie urodzinowe ojca i trafia na Maksa Deliusa. Zdolny astronom wraca właśnie z kolejnej z wielu seksualnych przygód, gdy spostrzega samotnie wędrującego Quista. Mężczyźni rozumieją się od pierwszego momentu, a ich głęboką więź potwierdza rzekoma identyczna godzina poczęcia. Max jest zupełnie różny od Quista - to donżuan, elegant i pedant. Obaj stanowią jedną pełnię, świetnie się uzupełniają, a ich dyskusje mogą ciągnąć się godzinami. Podczas jednej z wędrówek trafiają do antykwariatu, gdzie spotykają nieśmiałą wiolonczelistkę Adę. To ona połączy ich jeszcze bardziej. Akcja pędzi dość szybko i przede wszystkim zaskakuje nagromadzeniem nieszczęśliwych i niespotykanych wypadków w życiu obu mężczyzn. 

Ich wyjaśnienie stanowią rozmowy istot niebieskich (aniołów, bogów?), które sterują losami Maksa i Onna. Te zagadkowe dialogi uzupełniają się z rozważaniami i dywagacjami dwóch naukowców. Jeśli pozostawimy akcję na drugim planie, okaże się, że Odkrycie nieba to kopalnia myśli, przewrotnych idei i rozważań na temat ludzkości. Mulisch porusza niezwykle szeroką paletę tematów - holokaust, polityka, postęp nauki, sens życia to tylko niektóre z nich. Podczas lektury nie mogłam powstrzymać się od zakładania co raz to nowych stron, teraz moja książka pełna jest zielonych karteczek, a ja wracam do fragmentów, które najbardziej mnie poruszyły. 

Przyznam, że czasem trudno mi było podążać za Mulischem, musiałam zatrzymywać się, nabierać oddechu, wracać o kilka stron, przemyśleć jego słowa, by móc czytać dalej. Prawie miesiąc spędziłam z tą książką i nie żałuję. Wiele faktów pamiętałam bardzo dokładnie, ale cała końcówka powieści, moim zdaniem nieco słabsza od pierwszej części, wypadła mi z pamięci.

Polecam wam serdecznie to arcydzieło!

Moja ocena: 6/6

Harry Mulisch, Die Entdeckung des Himmels, tł. Martina den Hertog-Vogt, 867 str., Rowohlt 1999.


czwartek, 11 lutego 2010

"Zegar słoneczny" Maarten 't Hart


Leonie niespodziewanie otrzymuje duży spadek. Jej przyjaciółka, Róża, nagle, w dość tajemniczych okolicznościach, umiera i jedyną spadkobierczynią czyni właśnie Leonie. Po wizycie u notariusza okazuje się, że Leonie nie znała do końca swojej przyjaciółki. Krok po kroku, po zamieszkaniu w jej luksusowym apartamencie, odkrywa szczegóły jej życia, równocześnie starając się poznać okoliczności jej śmierci. Okazuje się bowiem, że nie tylko Leonie zaczyna podejrzewać, że przyczyna śmierci Róży nie była naturalna. Należy więc odkryć skąd Róża miała pieniądze na ekskluzywne życie i komu to przeszkadzało.

't Hart napisał powieść po części kryminalną, po części psychologiczną. Leonie wprawdzie stara się odszukać przyczynę śmierci czy też mordercę Róży, równocześnie jednak zaczyna zmieniać swoją osobowość. Coraz bardziej upodabnia się do przyjaciółki, przejmując jej styl ubierania się, uczesanie i sposób bycia. Jej psychika przechodzi spore zmiany, a niepozorna Leonie zamienia się w kobietę przebojową.
Autor wprowadza też kilka ciekawych postaci drugoplanowych - głównie nietypowych znajomych Róży. Mam jednak wrażenie, że naszkicowane są one pobieżnie, brakuje im dopracowania.

Powieść 't Harta ma potencjał, brakuje jej jednak ostatniego szlifu. Autor nakreśla wiele wątków ale nie powiązuje ich ostatecznie - na przykład nie wiadomo skąd zamiłowanie Leonie do biblijnych cytatów oraz jaka jest przyczyna bezdzietności Leonie. Czytelnik poniekąd dostaje Leonie podaną na tacy, musi ją przyjąć jaka jest, nie poznaje bagażu jej doświadczeń, nie zna przyczyn zachowania, może tylko śledzić jej dalszy rozwój.
Mimo to powieść jest sympatycznym czytadłem. Warto przenieść się na kilka godzin do pochmurnej Holandii.

Po raz drugi w ostatnim czasie trafiam na problem tłumaczenia imion. Dlaczego tłumaczka zmienia imię Róży ale pozostawia wszystkie inne w oryginale? Widać także, że tłumaczka nie miała koncepcji na tłumaczenie nazw ulic - niektóre z nich dostają polskie nazwy (zwłaszcza gdy ich znaczenie jest istotne). Nie cierpię takiego mętliku! Przekonana byłam, że aktualnie nie tłumaczy się już imion. I tak jak przy "Podróży Bena" ten fakt zepsuł mi poniekąd lekturę. Czy ktoś mnie może oświecić skąd taka praktyka?

Moja ocena: 3,5/6

Maarten 't Hart, Zegar słoneczny, tł. Maria Zaleska, 282 str., Wydawnictwo Dolnośląskie.

czwartek, 23 lipca 2009

"Drei auf dem Eis" Tim Krabbé


To właściwie krótka opowiastka ale jak różna od książki Nothomb. Szczupła książeczka potrafi w sobie zawrzeć tak wiele myśli, impulsów i treści a wszystko to napisane pięknymi, doszlifowanymi zdaniami.
Ojciec i syn spędzają urlop w Izraelu. Dowiadują się, że w Holandii zima jest siarczysta, kanały zamarzają i być może wreszcie uda się znów zorganizować Wyścig Jedenastu Miast. Dla Holendrów to sprawa wyjątkowa, wyczekiwana, która interesuje wszystkich. Ojciec jeździ na łyżwach chętnie i nie może doczekać się powrotu do ojczyzny. Zaraz po powrocie chwyta za łyżwy i późnym wieczorem wybiera się na przejażdżkę po zamarzniętym kanale, gdzie wcześniej odbył się wyścig. Nie ma nic piękniejszego niż samotna jazda po zagubionym wśród łąk idyllicznym kanale, gdy mróz szczypie w uszy, w oddali widać światełka w oknach domów, a myśli same pędzą w różnych kireunkach. W kolejnych dniach ojciec zabiera na łyżwy syna, który zupełnie nie radzi sobie z tym sportem. Przypadek jednak chce, że 8 stycznia mama kupuje mu na prośbę syna nowe łyżwy i przypadkiem wpadają do byłego męża. Dzień ten okazuje się być wyjątkowym...
Zachęcam do sięgnięcia po tę opowiastkę, miniaturkę właściwie. Przepięknie napisana rzecz:)

Tim Krabbé, Drei auf dem Eis, tł., Susanne George, 62 str., Reclam.