Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wab. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2019

Kasztanowy ludzik

"Kasztanowy ludzik" zbiera tak skrajne recenzje, że aż oczy przecierałam ze zdziwienia. Od entuzjastycznych ochów i achów, z których wynika, że powieść ta na kryminalnego Nobla zasłużyła, aż po komentarze, wśród których gniot i szmira to delikatne określenia. Ciekawa byłam, co też takiego zawiera ta powieść, że budzi tak skrajne emocje. Nie było trudno po nią sięgnąć, bo medialny szum o tej książce był ogromy. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zewsząd patrzą na mnie kasztanowe ludziki i zapewniam Was, że nie spowodowała tego panująca dookoła jesień.
Sięgnęłam po powieść z przyjemnością. Starannie wydana książka, pomimo swojej objętości przyjemnie leżała w rękach, a "twardo - miękka" okładka uprzyjemniała czytanie. A zawartość?
Pewnego dnia dwunastoletnia córka szwedzkiej Pani minister, po zajęciach sportowych, nie wraca do domu. Pomimo postawienia Policji  na nogi,  nie odnaleziono ani dziewczynki, ani też jej ciała. Wprawdzie do zabójstwa przyznał się znany Policji psychopata (pamiętał nawet, co zrobił z ciałem) ale  jego zeznania jakoś nie przekonały Policji i rodziny dziewczynki. W tym samym czasie w Szwecji dochodzi do serii brutalnych morderstw. Seryjny zabójca potwornie okalecza zwłoki swoich ofiar, a na miejscu zbrodni pozostawia kasztanowe ludziki. Co łączy te dwie tragedie? Na to pytanie odpowiedź ma znaleźć dwójka bohaterów: Thulin - policjantka będąca na początku swej kariery i Hess, który właśnie znalazł się na zawodowym zakręcie i musi na chwilkę przycupnąć i przeczekać burzę, jaka rozpętała się wkoło jego osoby. Nie grają oni na tych samych falach, a ich spojrzenie na popełnianie zbrodnie jest diametralnie różne. Łączy ich jednak chęć rozwikłania zagadki.
"Kasztanowy ludzik" to kryminalny roller coaster. Czytelnik wpada w bieg wydarzeń i kiedy już wydaje mu się, że wiadomo kto zabił, ukazuje się przed nim kolejny zakręt i kolejna pochylnia, po której ponownie mknie ku mrzonce następnego rozwiązania. Tak jest kilka razy i przyznam się, że przy którejś z kolei "zmyłce" byłam już zmęczona. Nie ulega jednak wątpliwości, że warto było czekać, bo zakończenie jest wstrząsające. To właśnie zakończenie wywołuje w czytelniku uczucie obcowania z mistrzowsko napisanym kryminałem. Trzeba przeczytać powieść do ostatniej literki, aby docenić ścieżki, którymi autor doprowadził nas do finału. Naprawdę warto
Minusy widzę dwa - jeden subiektywny, drugi wręcz przeciwnie. Ten subiektywny dotyczy użytego w książce czasu. Nie lubię powieści pisanych w czasie teraźniejszym. Powoduje to we mnie uczucie ciągłego niedopracowania. Nierozłącznie towarzyszy mi przekonanie że coś ominęłam i nie doczytałam. Po prostu nie lubię i już. 
Drugi minus dotyczy języka, a raczej braku jego giętkości. Powieść miejscami jest drętwa, a dialogi nieżyciowe. Trudno powiedzieć, czy to wina autora, czy tłumacza, jednak pewne jest, że wyszło to nieciekawie. Na szczęście sama intryga i sposób rozwiązania zagadki wynagradza wszelkie niedoskonałości. 
Warto sięgnąć po "Kasztanowego Ludzika". Nie dajcie się zniechęcić tylko oceńcie sami, bo naprawdę warto.  

środa, 4 września 2019

Hotel Varsovie. Królewski szpieg

Zawsze staram się jakoś wprowadzić czytelnika do recenzji i do moich wrażeń z lektury, jednak przy "Królewskim szpiegu" nie będę kombinować. Jedyne co mi się nasuwa, to stwierdzenie:

Bardzo, bardzo mi się podobało. Rewelacja!

Najchętniej na tym stwierdzeniu bym skończyła, nie chcąc sprawiać wrażenia lizusa :-). Ale, że kilka słów należy skrobnąć to uczciwie przestrzegam, że jeżeli ktoś nie lubi czytać laurek, to niech pozostanie przy stwierdzeniu powyżej. 
"Królewski szpieg" to trzeci tom cyklu "Hotel Varsovie" Pierwszy tom mnie urzekł, drugi też był niezły, choć (z racji mnogości bohaterów), trochę nużący. Zwłaszcza lektura powieści w czytniku dała mi się we znaki, bo trudno na tym "ustrojstwie" cofać się i przypominać sobie, kto jest kim. Trzeci tom natomiast rzucił mnie na kolana. Rewelacyjna fabuła, mistrzowskie pióro, a przede wszystkim ogromna, wylewająca się z każdej strony miłość do Warszawy, która cudownie doprawia powieść ciepłem i cudowną atmosferą. Trudno opisać emocje, jakie towarzyszyły mi przy lekturze. To tak, jakby wsiąść do motorówki i mknąć po gładkiej tafli jeziora. Książka jest dość grubym tomiszczem, ale nie zrażajcie się. Pióro autorki jest tak zgrabne i tak bogate w słowa, że czytanie tej powieści jest czystą przyjemnością. 
Autorka rzuca nas raz po raz w różne epoki historyczne. Czytelnik znajdzie się w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego, aby po chwili obserwować uczucia Jana Sobieskiego do Marysieńki, a następnie, po kilkunastu stronach, ląduje w Polsce początku XX wieku i poznaje Polę Negri. Autorka ma dużą wiedzę historyczną i - co dużo ważniejsze - ogromną łatwość w przekazywaniu jej  czytelnikom. Towarzyszymy bohaterom w życiu codziennym, a w tle obserwujemy doniosłe chwile dla naszego kraju. Piłsudski dochodzi do władzy, obraduje Sejm czteroletni, a nasi bohaterowie pieką ciasto i szykują się do zabaw. Obserwujemy, jak powstają Łazienki Królewskie, rozpaczamy po wielkim pożarze Warszawy czy też z zaskoczeniem czytamy o wszechobecnej rozwiązłości seksualnej XIX - wiecznej stolicy. 
Powieść mnie niezmiernie zaskoczyła. Autorka tak barwnie przedstawia wydarzenia, że człowiek wręcz czuje smród rynsztoków, czy też zapach świeżo wypiekanego chleba. Poznajemy urok damskich strojów i przepych królewskich komnat, a z drugiej strony obserwujemy walkę z życiem i codziennością Warszawiaków. 
Bardzo żałowałam, że to ostatni tom. Autorka niby wszystko zamknęła, ale gdyby tylko chciała, mogłaby jeszcze jeden tom popełnić. Szkoda, że nie możemy odwiedzić powstańczej Warszawy, albo dowiedzieć się o dalszych losach Antoniego, czy też Antoniny. Może kiedyś....
Lekkość, z jaką autorka przenosi nas w różne epoki historyczne, jest po prostu zadziwiająca. To tak, jakby czytać wspaniałą baśń. Historia Hotelu Varsovie jest właściwie opowiadana przez autorkę. Niewiele tu dialogów ale - o dziwo - wcale mi to nie przeszkadzało. Czytałam z rozdziawioną paszczą, połykając stronę za stroną. Czułam się trochę tak, jakbym siedziała przed babcią czytającą mi bajkę przy kominku.
Polecam z  całego serca. I nie zrażajcie się, że to trzeci tom. To ani trochę nie przeszkadza, ponieważ opowieść stanowi całość i nie ma tu żadnych nawiązań do poprzednich tomów. Za to frajda z lektury - niebywała!

poniedziałek, 4 marca 2019

Tam gdzie jesteś

No i jest! Zaskoczenie aplauz i fajerwerki! Książka, której okładka nie wróżyła nic ponad czytadło zaprawione romansidłem, położyła mnie na obie łopatki. Miała być szybka, pobieżna lektura, a skończyło się na zarwaniu nocy. Myślałam, że fabuła będzie miałka i bez polotu, a tu totalne zdumienie ogarnęło moją duszę. Dobra - a teraz czas na okiełznanie emocji, bo inaczej nic rzetelnego nie napiszę. 
Jantar to nadmorska miejscowość, która - jak większość takich miasteczek - latem tętni życiem, a zimą zamiera. W okresie jesienno - zimowym na ulicach można spotkać tylko rybaków pędzących na swoje kutry i kilku mieszkańców przemykających do pobliskiego sklepu. Miejscowość, szarpana wiatrami, nie jest przyjazna dla ludzi. Okazuje się za to przyjazna dla bezdomnego Adama szukającego własnie takiego bezludzia. Mężczyzna postanawia spędzić okres zimowy w jednym z letniskowych domków, który wydaje się opuszczony. Włamuje się do środka i z ulgą zasypia na kanapie. Niestety jego sielanka trwa krótko. Ania - będąca właścicielką nieruchomości - postanawia uciec od problemów dnia codziennego właśnie do domku, który odziedziczyła po ojcu. Tęsknota za tatą i potrzeba spokoju wiedzie Anię do Jantaru. Nie spodziewa się nieproszonego gościa. Kiedy dochodzi do spotkania z bezdomnym, Anna jest przerażona. Szybko jednak przerażenie ustępuje miejsca współczuciu. Po krótkiej rozmowie Anna dochodzi do wniosku, że Adam po prostu potrzebuje pomocy. Pozwala mężczyźnie zostać w posiadłości i przeczekać zimę. Od chwili podjęcia tej jednej decyzji wszystko się zmienia, i to nie tylko w życiu Adama i Ani.
Szkoda, że powieść nie zasłużyła na bardziej wyrafinowaną okładkę. Ta, która jest, stanowczo wprowadza potencjalnego czytelnika w błąd. Ta całująca się para jest do bólu ckliwa i odstraszy każdego, kto szuka czegoś więcej, niż taniego romansu. A zapewniam Was, że "Tam gdzie jesteś" nie należy do grupy ckliwych romansideł.  To świetnie nakreślony portret czterech osób, których losy się splotły (lub też rozplotły). Anna zaplątana w małżeństwo z człowiekiem, który nie widzi nic, poza czubkiem swojego nosa. Adam - zagubiony w teraźniejszości i splątany ze swoją tragiczną przeszłością. Filip - syn Anny - szukający własnego "ja" w skomplikowanej siatce uczuć rodziców. Na koniec Eryk - mąż Anny, dla którego największą wartością są pieniądze. Te cztery główne postacie to filar powieści. Autor świetnie oddał ich rozterki i uczucia, umiejscawiając mózg czytelnika w samym środku wydarzeń. Urzekły mnie również szczegóły stanowiące tło powieści. Kulinarne opowieści Adama są po prostu zachwycające, a opisy nadbałtyckich plaż zimą poruszają wyobraźnię.
Powieść bardzo dobrze się czyta. Dawno nie przemknęłam tak lekko przez kilkaset stron. Lektura tej książki to wielka przyjemność.
I oczywiście wszyscy żyli długo i szczęśliwie :-)

piątek, 25 stycznia 2019

Ten jeden dzień

"Ten jeden dzień" to książka, która utwierdza mnie w przekonaniu, że nie należy czytać opisów umieszczonych na tylnej części okładki. Gdybym przeczytała opis wydawcy, zepsułabym sobie całą przyjemność wynikającą z budowy powieści. A tak? Długo siedziałam i zbierałam przysłowiową szczękę z podłogi. Zaskoczona byłam i zachwycona tym, co zaserwowała mi autorka. Czytanie tej powieści to jazda po górskich serpentynach - nigdy nie wiesz jaki widok przywita Cię za kolejnym zakrętem. 
Piękny, letni dzień to idealna pora, aby wybrać się na wycieczkę za miasto. Bogate małżeństwo zostawia dwójkę przeuroczych synków pod opieką niani i samotnie wyruszają do letniego domku nad jeziorem. Weekend we dwoje zapowiada się cudnie. Wprawdzie wyjechali trochę za późno i nie zdążą kupić rogalików na śniadanie ale to przecież drobiazg. Paul i Mia pragną spędzić romantyczny weekend tylko we dwoje. Paul zadbał o wszystko, ma nawet pewien plan w stosunku do małżonki. Tyle, że nie jestem pewna, czy te plany spodobają się Mii. 
Czytam, czytam i zastanawiam się, co jest nie tak. Niby wszystko gra, sielanka rodem z romantycznej powieści, a jednak pojawiają się pewne zgrzyty w narracji Paula. Tych zgrzytów jest coraz więcej i więcej i nagle czytelnik odkrywa że wszystko to, co na pozór jest różowe i romantyczne, w rzeczywistości zalewa fala czerni i zła. Moment, w którym odkryłam prawdę zaszokował mnie i wzbudził wielkie uznanie dla talentu autorki. Taka umiejętność pokierowania narracją to rzadkość. Powoli, acz systematycznie autorka zasiewała ziarenka wątpliwości aż całość wybuchła jak purchawka. 
Kiedy już zorientowałam się, że nic nie jest takie, jak się na pozór wydaje czułam, że powinna zacząć powieść od nowa. Byłam ciekawa ile drobiazgów przeoczyłam, ile wskazówek pominęłam. Ale ciekawość, jak się to wszystko skończy, zwyciężyła., 
Zakończenie to jak misternie zbudowany zamek z kart. Autorka zadbała o to, aby wszystko ze sobą współgrało. Pomimo tego, że tak naprawdę musiała pisać powieść w podwójnej rzeczywistości ani razu nie znalazłam w fabule nieścisłości. Świat widziany oczami Paula to zupełnie inny świat niż ten, w którym żyją pozostali członkowie jego rodziny. 
Świetna powieść - zaskakująca zwrotami akcji i umiejętnością naginania słów tak, aby tworzyły alternatywną rzeczywistość. 

piątek, 11 stycznia 2019

Papierowe duchy

Lubię takie książki. Klimatyczne, trochę straszne, w których nie ma miliarda bohaterów, a Ci którzy są, mają naprawdę sporo do powiedzenia. Pomiędzy stronami skrzy od emocji, od wydarzeń i od strachu. Czarno-białe zdjęcia dodają całej powieści pikanterii... No, jestem pod wrażeniem.  
Grace długo przygotowywała się do realizacji swojego zamierzenia. Przeanalizowała wszystkie scenariusze, które mogłyby ją spotkać. Przygotowała zapasy gotówki, farby do włosów na wypadek konieczności zmiany wyglądu, a nawet położenie hoteli i moteli wzdłuż planowanej trasy. Wszystko po to, aby całą sobą oddać się realizacji planu, jakim jest rozwikłanie zabójstwa swojej starszej siostry. Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono, a dla małej Grace z przeszłości cała sytuacja była wyjątkowo traumatyczna. Chcąc uporać się z przeszłością, Grace wyrusza w podroż z Carlem - domniemanym seryjnym mordercą - który na swoim sumieniu ma kilka młodych istnień. Niestety z Carlem dość trudno się dogadać, jako że cierpi na demencję. Do tego facet rozmawia z duchami i ma wrodzony szósty zmysł, dzięki któremu potrafi przewidywać wydarzenia. 
Carla - pomimo tego, że w powieści jest tym czarnym charakterem - uwielbiam. Przypomina mi Hannibala Lectera i szczerze mówiąc przez całą lekturę miał dla mnie twarz Antoniego Hopkinsa. Jego zachowanie, jego słowa i to, że był w stanie przygarnąć napotkane, bezdomne zwierzaki - to wszystko złożyło się na obraz człowieka, którego pokochałam. Ja wiem, że On miał być tym złym. I co z tego? To właśnie Carl Zdobył moje serce, a zakończenie umocniło mnie w poczuciu wielkości postaci. 
Powieść jest podróżą przez Stany. Podróżą w ciasnym samochodzie, z miejsca na miejsce, w ciągłej pogoni za prawdą. W miarę jak upływa asfalt szos, odkrywamy traumę związaną z zabójstwem siostry, szczegóły morderstw, o jakie posądzono Carla oraz to, że nie wszystko jest takie, jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje. Carl nie broni się przed zarzutami postawionymi mu przez społeczeństwo i wymiar sprawiedliwości. On odkrywa dla Grace swoje oblicze. To drugie oblicze schowane przed dziennikarzami i składem sędziowskim. 
Powieść jest niesamowita. Tajemnicza, pełna grozy z jednej strony, a jednocześnie zachowanie Carla często rozczula i zadziwia. Do tego jeszcze mamy duchy, które nieustannie towarzyszą Carlowi i grace w podróży  i drażnią kobietę niebotycznie. Nastrój książki godny Pulitzera. 
"Papierowe duchy" to podróż przez Stany, podróż przez życie Grace i podróż przez umysł Carla. Wszystkie te wyprawy są niesamowicie wciągające. Zapraszam Was w podróż. Warto.  

wtorek, 20 listopada 2018

Dwanaście życzeń

Okładka - wybitnie świąteczna. Śnieżek sypie, bagażnik pełen prezentów, na szczycie tej wieży - choinka. Wszystko utrzymane w cudownej, bożonarodzeniowej tonacji. Klimat okładki zachwycił mnie i był głównym powodem sięgnięcia po "Dwanaście życzeń". Tymczasem, po kilkunastu stronach, musiałam mocno skorygować moje oczekiwania co do tej powieści. Owszem, Święta Bożego Narodzenia są tłem dla rozgrywających się wydarzeń, ale nie mają tak naprawdę większego znaczenia. Jest przedświąteczna krzątanina, barszcz, prezenty, ale tak naprawdę te elementy są tylko tłem, a prawdziwym bohaterem jest człowiek i jego emocje. 
Pięć kobiet, pięć historii, pięć przemian. Każda z bohaterek ma coś za przysłowiowymi uszami i każda ma nadzieję, że nadchodzące święta Bożego Narodzenia będą momentem przełomowym. Bo przecież w święta ludzie się godzą, przebaczają, uszczęśliwiają... zdarza się również, że Święta to czas rozliczeń, i czas pożegnań. 
Rozbiegana i nieszczęśliwa w swej samotności Dagna szuka ucieczki w karierze prezenterki telewizyjnej. Jej siostra Bogusia stara się być głową rodziny, jednak nie przynosi Jej to ani odrobiny szczęścia. Siostry nie rozumieją się i nie potrafią zaakceptować inności. Pola - młoda, przesympatyczna dziewczyna - została porzucona przez narzeczonego kilka dni przed terminem ślubu. Nie potrafi poradzić sobie z samotnością i zastanawia się nad sposobem zakończenia swojego żywota. Nie zdaje sobie sprawy, że jej przyrodnia siostra, Basia, zazdrości jej miłości ich wspólnego ojca. Basia uważa, że przez całe życie była odrzucana i traktowana po macoszemu... 
Najcudowniejsza opowieść to historia Róży - nestorki rodu, która za czasów młodości zakochała się bez pamięci w swoim koledze. Miłości nie było dane rozkwitnąć, ale za to Róża nie poddała się. Chwytała życie garściami i z każdej garstki starała się wysupłać coś dobrego. Ta starsza Pani zdobyła moje serce radością życia i umiejętnością optymistycznego patrzenia w przyszłość. Pomimo podeszłego wieku, potrafiła cieszyć się z drobnostek i walczyć o szczęście. Może własnie dlatego szczęście nie ominęło jej bezmyślnie, tylko postanowiło pomóc. 
W całej tej gmatwaninie ludzkich uczuć i emocji, Święta są tylko nic nie znaczącym dodatkiem. Pewna granicą wytyczoną przez autorkę. Opisane wydarzenia mogłyby się równie dobrze wydarzyć latem i niewiele by to powieści ujęło uroku. Pewnie, że inny nastrój daje padający śnieg, a inny piękno lata w pełni, ale jak na książkę o tak świątecznej okładce - mało tych świąt, oj mało. 
Nie zmienia to faktu że losy pięciu dzielnych kobiet nie były mi obojętne i z ogromną ciekawością oczekiwałam na zakończenie. Każda z tych kobiet wzbudzała we mnie skrajne emocje - od złości na Bogusię o to, że nie umie walczyć o swoje szczęście, po ogromny niepokój o życie nieszczęśliwej Poli. Każda historia kończy się dobrze. Może nie tak, jak czytelnik spodziewałby się po książce ze świąteczną okładką, ale koniec końców - dobrze. Autorki świetnie wykreowały postacie i właściwie o każdej z tych Pań można by było napisać odrębną książkę. Troszkę więcej świątecznej magii, szczypta zimowego szaleństwa i voila!  
A Święta? Dobrze że są i zmuszają do refleksji nad swoim życiem. Niestety w książce pt. "Dwanaście życzeń" jest ich zbyt mało i trudno mówić o świątecznej atmosferze. Zamiast tego mamy kawał bardzo dobrej powieści obyczajowej, w której szczęście miesza się z rozczarowaniem, a miłość z nienawiścią. 
Polecam nie tylko w Święta. 

środa, 14 listopada 2018

Okruchy dobra

"Okruchy dobra" to powieść, która zbudowana jest według uwielbianego przeze mnie schematu. Najpierw poznajemy kilka osób, pozornie ze sobą niezwiązanych. Następnie drobne sprawy, przypadki i zbiegi okoliczności, lekkie muśnięcie i wymienione w biegu spojrzenie - to wszystko powoduje, że losy bohaterów zaczynają splatać się ze sobą. Początkowo delikatnie, niczym pajęczyna, snują się wspólne nitki, które wraz z rozwojem wydarzeń, przeradzają się w uczucie i przywiązanie. To jest schemat powieści, który przyciąga mnie jak magnes. Jeżeli dodamy do tego magię Świąt Bożego Narodzenia, otrzymamy książkę, która skradła moje serce. 
Siedmioro bohaterów (nie licząc ptaszka, kota i konia) pozornie niezwiązanych ze sobą. Jowita, Małgorzata, Szymon, Anka, Roman, Karolina i Ignacy - każdy wyjątkowy, każdy poharatany przez los, każdy oczekujący od świąt Bożego Narodzenia chwili wytchnienia. Jowita samotnie wychowująca córeczkę, musi uporać się z porzuceniem przez męża. Anna pragnie ciszy i spokoju po rozwodzie. Roman który stracił żonę, pragnie od syna (obwiniającego go o śmierć mamy) choć cienia uśmiechu, Szymon kocha ale jest inna i jeszcze coś.... Najbardziej ujął moje serce Ignacy - krakowski dorożkarz - samotnik, któremu do szczęścia potrzebne jest jedynie towarzystwo jego konia, pieszczotliwie zwanego Adasiem. Losy tych osób są najczęściej smutne i przejmujące, jednak autorki przeplatają je świątecznymi drobiazgami, tak zwykłymi dla tego magicznego okresu. Śledzie, pierogi, zakupy na ostatnią chwilę, wybieranie bombek, problemy z zaparkowaniem auta przed sklepem - to wszystko dodaje tym historiom szczypty magii i zapachu pierników z pomarańczami. 
Gdzieś tak w połowie powieści zaczynamy czuć, że coś się zmienia. Pozornie drobne gesty i sprawy, ta przemożna chęć niesienia pomocy innym w przedświąteczny czas powodują, że poszczególne osobny zaczynają się spotykać. Niby przypadkiem, niby niechcący - przecież to magiczny czas prawda? 
Zakończenie jest piękne. Ciepłe i wzruszające. Czytając wzruszyłam się nieziemsko. Przecież to z jednej strony takie prawdziwe, a z drugiej bajkowe i magiczne. 
To powieść z tych, które zostają w sercu na długo. Jest taka zwykła, a jednocześnie świątecznie magiczna. Tu nie ma przekoloryzowanych bohaterów rodem ze świątecznych reklam Coca - coli i Kawy Jacobs. Jest za to zwykłe życie - trudne i często okrutne - w które wkrada się iskierka nadziei przyniesiona przez Aniołka. Fabuła została osadzona w Krakowie, a w tym mieście prezenty przynosi dzieciom właśnie Aniołek, a nie Mikołaj. Kraków jest tym miastem, który do powieści świątecznych wyjątkowo pasuje. Sukiennice, Rynek obsypany śniegiem i dorożki. Dorożki to bardzo ważny element, bo dzięki nim mogłam poznać mistrza drugiego planu - konia Adasia. Adaś to najlepszy przyjaciel Ignacego. To On codziennie zmusza swojego właściciela do wstania z łóżka. Przecież trzeba konia nakarmić, trzeba zarobić na paszę, wyczyścić zwierzaka i szepnąć w uszko kilka ciepłych słówek. Jeżdżą więc wysłużoną bryczką po magicznym Krakowie i wożą zabieganych ludzi. Aż pewnego dnia do dorożki wsiada Małgorzata... 
Autorki stanęły na wysokości zadania tworząc świąteczną powieść o prozie życia. Każdy z bohaterów na pierwszy rzut oka wydaje się nieszczęśliwy, ale wystarczy mały gest, garstka czułości i magia świąt wygrywa. Bo to właśnie Święta Bożego narodzenia są tym czynnikiem, który w naszych bohaterach budzi chęć do przeżycia czegoś niesamowitego. Gotowi na przyjęcie Bożonarodzeniowego Aniołka chwytają życie garściami. Czego i Wam życzę. 

wtorek, 24 lipca 2018

Nowakowie

Trzy dni, to dużo, czy mało? Trzy dni to 72 godziny, to 4 320 minut... W rodzinie Nowaków TE trzy dni zmienią wszystko. Jednym runie cały świat, dla innych otworzą się nowe drzwi i powstaną nowe możliwości. Jedni będą płakać, a inni śmiać się ze szczęścia. Trudne to wszystko. 
Rodzina Nowaków, to taka przykładna, polska rodzina. Nie wiem, czy autorka z premedytacją nadała im takie nazwisko, ale - moim zdaniem - lepiej trafić nie mogła. Niepracująca mama, zupełnie zagubiona w dzisiejszym trudnym świecie, tata zarabiający fortunę i czwórka fajnych, choć trochę zagubionych dzieciaków.  Najstarszy syn jest pełnoletni, a najmłodszy to  raptem czterolatek. Wydaje się, że żyją szczęśliwie i dostatnio, ciesząc się z uroków codziennego życia. Niestety, kiedy przyjrzymy się bliżej okazuje się, że każdy z członków rodziny ma swoje tajemnice. Tatuś prowadzi podwójne życie i dwa domy. Mama przez cały czas usilnie próbuje utrzymać przy sobie męża, posuwając się do wyjątkowo podłych sposobów. A dzieci? Dzieci właśnie odkrywają podwójne życie ojca, przez co cały sielski obrazek kochającej się rodzinki pierzcha, jak piasek na wietrze. 
Książkę czyta się rewelacyjnie. Nie dajcie się zwieść pozorom. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to powieść, jakich wiele - zdradzona, żona, facet, który prowadzi podwójne życie i skrzywdzone dzieciaki. Nic bardziej mylnego. Autorka wręcz mistrzowsko skonstruowała głównych bohaterów, pochylając się nad ich kreacją wyjątkowo dokładnie. Każdy z nich jest sprawcą i pokrzywdzonym jednocześnie. Każdy ma swoje tajemnice i każdy czuje się winny. Tylko czteroletni brzdąc jest "prosty w budowie", ale trudno oczekiwać, że autorka z czterolatka zrobi bestię. 
Do kompletu mamy jeszcze rodziców tatusia, którzy nigdy w pełni nie zaakceptowali wyboru syna. Co ciekawe - przez całą książkę potępiałam Mamę, która poświęciła wszystko dla domu i rodziny. Pozwoliła sobie na zamknięcie się i odizolowanie od świata, przez co stała się zagubioną kurą domową. Dopiero pod koniec powieści autorka pokazuje czytelnikowi, że prawda leży gdzieś po środku i to, że kobieta pozwoliła sobie na izolację od świata, to nie tylko jej samodzielny wybór. Mieszkając z apodyktycznymi teściami i mężem uzależnionym od rodziców, musiała dostosować się do ich życia. Sama, ze straconymi złudzeniami i niespełnionymi marzeniami... nie wiem, która z nas podniosłaby się i z dumnie uniesioną głową szła przez życie. 
Należy mocno podkreślić, że tak naprawdę głównymi bohaterami tej powieści są dzieci. Początkowo przedstawione są jako rozpieszczone dzieciaki, które mają wszystko. Ich kieszonkowe liczone w tysiącach złotych uspokaja sumienie tatusia. Wydaje im się, że mając taką kasę, są właściwie dorośli i świat stoi przed nimi otworem. Kiedy misterny domek z kart zawala się i ich rodzina pęka w szwach, do głosu dochodzą pierwotne emocje. Nagle okazuje się, że to nadal dzieci, które potrzebują kochającego ojca i czułej matki. Serce mi płakało, kiedy czytałam o rozpaczy najstarszego - jakby nie patrzeć już dorosłego syna. 
Bardzo dobra powieść, która obnaża współczesne stereotypy rodziny. Pokazuje, że często obraz widziany z zewnątrz nie jest prawdziwy. Za frontową, bogato zdobioną ścianą, kryją się często brudne uczucia, kłamstwo i rozpacz. Musimy jednak pamiętać, że to od nas zależy, czy nasze życie to tylko pozory i czy żyjemy dla siebie, czy dla innych. Trudne pytania i trudne odpowiedzi...

piątek, 8 czerwca 2018

Hotel Varsovie. Bunt chimery

Są takie powieści które czyta się jak po przysłowiowym maśle. Oczy zapętlają się w literki i nijak nie idzie ich oderwać. Mózg pochłania akapit za akapitem, a czytelnicza jaźń wrzeszczy jak opętana: Jeszcze, jeszcze! Nie ma jak jeść, a konieczność picia spowodowała, że na części stron mam zniechęcającą "falkę" powstałą od wody, którą niechcący wylałam. Opasłe tomiszcze pochłonęłam w kilka dni sycąc swoją wyobraźnię przepięknymi opisami autorstwa p. Sylwii Zientek. 
"Hotel Varsovie. Bunt chimery" to drugi tom cyklu, którego akcja dzieje się wokół warszawskiego hotelu posadowionego przy ul. Długiej. Tym razem zasuwamy przez powieść trzema drogami. Pierwsza ścieżka (dla mnie chyba najmniej ciekawa) to współczesna Warszawa i Dana Spakowski, która marzy o odzyskaniu nieruchomości położonej w samym sercu stolicy. Jak wiadomo, w Warszawie nieruchomości to łakomy kąsek... Drugi wątek to XIX - wieczna Warszawa pełna ówczesnego przepychu, pruderii i megalomanii. Sylwia Zientek przepięknie odtworzyła tamte czasy, podziały społeczne i urok ówczesnego życia. Z jednej strony, piękna bogata Warszawa z Ogrodem Saskim, cotygodniowymi spotkaniami na herbatkach i bogatym życiem towarzyskim, z drugiej - bieda, brak środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb, wszechobecny hazard i brak szacunku do kobiet.  
Trzeci wątek to Warszawa mi obca - z czasów napoleońskich. Warszawa brudna, podupadła i pozbawiona złudzeń. Z drugiej strony to Warszawa pełna marzeń o wolności, wierząca w talent Napoleona i czekająca na wyzwolenie. Do takiego miasta przybywa Ludwik Żmijewski - piękny choć nieco niski młodzian, który pragnie podbić stolicę. W tym samym czasie do miasta przybywa madame de Gris - tajemnicza kobieta, o której mówi się, że jest szpiegiem Napoleona. Tajemnicze powiązania, wielkie uczucie i tragedia... tylko czy aby na pewno?
Kurczaki pieczone, naprawdę świetna powieść. Już pierwszy tom, o którym pisałam tu, mnie po prostu zachwycił. Trochę się bałam drugiego, bo często człowiek oczekuje od kontynuacji dużo więcej niż otrzymał w pierwszym tomie, ale tu nie zawiodłam się. Losy Żmijewskich i Szpakowskich misternie się przeplatają, a fabuła jest spójna i niezwykle wciągająca. To, w jaki sposób autorka tej powieści ujęła historię Warszawy jest naprawdę godne największych gratulacji. Widać, że Pani Zientek kocha swoje rodzinne miasto do granic możliwości. Zna każdą piędź ziemi, każdą ciekawszą historię i - co ważniejsze - potrafi się tymi historiami w przepiękny sposób podzielić. Czytałam tę powieść niczym najpiękniejszą bajkę. Długie opisy - których z zasady nienawidzę - tu przyciągają jak magnes. To nie są statyczne obrazy opisywane w przydługich akapitach. Te opisy żyją, budzą emocję i kartka po kartce pchają czytelnika dalej i dalej...
Zarówno "Klątwa Lutnisty" jak i "Bunt chimery" to piękne powieści. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to saga godna porównania z najlepszymi. Jeżeli Pani Sylwia Zientek w kolejnych tomach (oby jak najszybciej) utrzyma taki sam poziom to uważam, że "Hotel Varsovie" znajdzie swoje miejsce obok największych dzieł polskiej literatury. 

czwartek, 17 maja 2018

Rozrywacz

Podsumowanie powinno być na końcu, ale tym razem nie mogę się powstrzymać i napiszę już w pierwszym zdaniu: To wielka sztuka napisać trylogię tak, aby każdy kolejny tom był lepszy od poprzedniego! To wielka sztuka tak podzielić nurtujące głowę pomysły, aby ciekawostek i nowości wystarczyło na wszystkie trzy tomy. To wielka sztuka tak stworzyć fabułę powieści, aby czytelnik po każdym kolejnym tomie nie mógł się doczekać kolejnego. A już napięcie na końcówce trzeciego tomu... naprawdę, autorka dała radę! 
Oczywiście na wstępie trzeciego tomu - nowy bohater i to taki, który swoja tajemniczością i mrokiem duszy wywołuje ciarki na plecach. Jego losy i przygody wprowadzają nieco zamętu do fabuły, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości, a w ręcz przeciwnie - uatrakcyjnia powieść. Zresztą znani nam z poprzednich tomów bohaterowie przeżywają tyle przygód, że poszczególne tomy trylogii można by stworzyć tak, aby każdy tom opowiadał o perypetiach danego bohatera. Wprawdzie wtedy tomów byłoby około dziesięciu, a nie trzy, ale myślę że fani "Podróżniczki" byliby z tego faktu niepomiernie zadowoleni.
Głównym wątkiem "Rozrywacza" są klany poszukiwaczy. Poznajemy losy członków poszczególnych klanów, przyczyny niesnasek i konfliktów. Przedstawiona historia jest obłędna. Autorka świetnie połączyła wszystkie watki ciągnące się przez poprzednie dwa tomy w całość i zakończyła trylogię z przytupem. Czytelnik poznaje rozwiązania największych tajemnic. Poznajemy tożsamość Starszego Sędziego, dowiadujemy się kim jest Nott i zagłębiamy się w przeszłość, aby lepiej zrozumieć to, co wydarzyło się w teraźniejszości.
Wielki szacunek mam dla autorki za wyczucie chwili. Niektóre zagadki i tajemnice zostały rozwiązane w idealnym punkcie powieści. Ani za wcześnie, ani za późno - w sam raz, aby czytelnika zaskoczyć i wywołać w nim uczucie podziwu dla kunsztu pisarskiego.
Trudno pisać recenzję tej powieści. Każde zdanie, które przychodzi mi do głowy na temat fabuły, momentalnie zostanie uznane za spojler. Tu cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę, a każde zdarzenie wywołuje lawinę kolejnych perypetii.
Polecam zwłaszcza młodym miłośnikom fantastyki. Świeżość tej powieści zachwyci każdego.   

wtorek, 15 maja 2018

Podróżniczka

Dobra, młodzieżowa fantastyka jest w cenie. Rzadko można trafić na coś, co nie jest płytkie i nie zakrawa na bajeczkę dla grzecznych dzieci. Ostatnio mam dobrą rękę do takich książek. Była "Kaldera", byli "Zwiadowcy", teraz czas na "Podróżniczkę".
Pierwszy tom trylogii  pt. "Poszukiwaczka" recenzowałam jakiś czas temu. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie głównie ze względu na bardzo ciekawie wykreowany świat. Pomysł tchnie świeżością  i nietuzinkowością. Świetna fabuła, wyraziste postacie bohaterów - czegóż chcieć więcej?
Nie ukrywam, że po dobrym pierwszym tomie, trochę bałam się sięgnąć po drugi. Czy autorka pokona tak wysoko postawioną poprzeczkę? Czy drugi tom zachwyci mnie równie mocno, jak pierwszy?
Już na wstępie zaskoczyło mnie poczucie, że autorka potraktowała pierwszy tom, jako swoistego rodzaju prolog. Na początku drugiego tomu nie ma żadnego wstępu czy też przypomnienia. Czytelnik musi szybko przypomnieć sobie zdarzenia z pierwszego tomu. Od razu pojawiają się nowe imiona oraz - co ciekawsze - nowe magiczne przedmioty. Narracja również się wzbogaca. W drugim tomie swoje przygody opowiadają nam nie tylko dotychczasowi bohaterowie (Quin, Shinobu, John i Maud), ale również tajemniczy chłopiec o imieniu Nott oraz mama Johna - Catherine. Wzbogaca to niesamowicie fabułę powieści i powoduje, że czytelnik z niecierpliwością czeka na to, jak to wszystko się zakończy. Ciekawy jest również wątek Młodej Sędzi, który zaskoczył mnie niepomiernie. Przyznam się, że był taki moment podczas lektury, kiedy moja sympatia z Quin i Shinobu powędrowała w stronę Johna i Młodej Sędzi. Kibicowałam im i miałam nadzieję, że... się uda. Więcej nie powiem. 
Dzieje się dużo. Czytelnik - dzięki nowym postaciom - cofa się w czasie i pomału odkrywa dlaczego poszczególne klany poszukiwaczy są do siebie tak wrogo nastawione.  Okazuje się, że konflikt korzeniami sięga daleko w przeszłość, a jego powody są dość skomplikowane. Akcja toczy się wartko i czytelnik - pomimo wielu niedopowiedzeń - nie ma czasu zastanawiać się nad poszczególnymi fragmentami układanki. Kiedy poszczególne elementy wskakują na swoje miejsce odbiorca szeroko otwiera oczy ze zdziwienia i .... koniec. Trzeba sięgnąć do trzeciego tomu, albo pozostać w niewiedzy i niepewności. 
Świetna powieść, która proponuje czytelnikowi podróż rollercoasterem przez nieznaną krainę pełną niespodzianek, magicznych przedmiotów i zaskakujących zwrotów akcji. 
Warto. 

piątek, 5 stycznia 2018

Jak zawsze

Kiedy byłam mała.... ale to brzmi... :-)  Dobra. W czasach mojej młodości miałam ulubioną książkę pt. "Godzina pąsowej róży". Główna bohaterka, na co dzień żyjąca w 1960 r., przeniosła się w czasie do XIX wieku i tam próbowała dostosować się do warunków - że tak to określę - zastanych.  Niby rok 1960 od 1880 dzieli niespełna 80 lat, ale technologicznie kosmos. "Jak zawsze" to taka "Godzina pąsowej róży" dla dorosłych. Oczywiście w dużym uproszczeniu, ale przez całą lekturę, gdzieś z tyłu głowy kołatała mi myśl o podobieństwie między tymi powieściami. Tylko wydźwięk zupełnie inny. W "Godzinie pąsowej róży" postęp ludzkości zadziwiał i powalał na kolana, natomiast po lekturze "Jak zawsze" pozostał żal, że zmarnowaliśmy tyle okazji do lepszego życia. 
Powieść wciągająca i szalona, ale to u Pana Miłoszewskiego nie zaskakuje. Autor znany i nagradzany, jednak dotychczasowa twórczość mi znana, to głównie kryminały, a "Jak zawsze" do tego gatunku stanowczo nie należy. Bo jest to... na pewno książka obyczajowa... trochę melancholijna z jednej strony... niezwykle szalona z drugiej... a z trzeciej to po prostu analiza naszego społeczeństwa. Taka prześmiewcza, spontaniczna i żywiołowa, a jednocześnie... smutna. 
Staruszkowie, których poznajemy na początku powieści, są wyjątkową parą. Ona całe życie pracowała na etacie, bez większych przygód i uniesień. Dom praca dziecko - zwyczajnie, jak większość z nas. On całe życie był wziętym psychologiem i to własnie nauce poświęcił wszystko. Żona i syn byli niejako obok, choć zawsze kochani i szanowani. Kiedy poznajemy Grażynę i Ludwika szykują się Oni do obchodów pięćdziesiątej rocznicy swojego ślubu. Oboje robią rachunek zysków i strat, oboje dochodzą do wniosku, że mogli żyć lepiej i więcej. Nic więc dziwnego, że kiedy cofnęli się w czasie do połowy XX wieku, oboje zaczęli analizować, co można by zrobić inaczej. Warto przekonać się, co z tego wyniknie.   
Wyraźnie to powiem i podkreślę: losy naszej pary są w tej powieści drugorzędnym wątkiem. Na pierwszym planie jest bowiem nasz kraj (jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi) i jego ustrój polityczny. Polska, do której przenieśli się Ludwik i Grażyna, nie jest zdominowana przez Związek Radziecki. Naszym sojusznikiem i Wielkim Bratem jest Francja. Prezydentem Polski jest Eugeniusz Kwiatkowski, a Gierek i Jaruzelski  działają w opozycji. Świetnie się bawiłam czytając opisy codziennego życia Polaków i obserwując zmagania naszych bohaterów. Wszystko jest tam inne. Na środku Warszawy powstało miejsce, w którym - ku przestrodze potomnych - pozostawiono gruzy wojennej Warszawy. Stolicę odbudowano na wzór Paryża, a w sklepach i urzędach słychać język francuski. Zamiast Czechosłowacji wkraczamy do Algierii, a zamiast Unii Europejskiej mamy Unię Słowiańską, z Gomułką na czele. 
Trudno tu mówić o perypetiach bohaterów, bo to nie na nich skupia się uwaga czytelnika. Uważam,  że powieść można ująć w jednym banalnym zdaniu: staramy się jak możemy, a wychodzi jak zawsze. Autor pokazuje nam, że jako naród - choćbyśmy wygrali górę złota, odkryli złoża ropy, czy też wszyscy, jak jeden mąż, dostali okazję spełnienia swoich marzeń - nie mamy szans na powodzenie. Wyjdzie jak zawsze. Zmarnowane szanse i niewykorzystane możliwości to drugie imię Polski. 
Koniec narzekania, teraz trochę "fanu". Jest taki fragment, w którym Grażyna przyznaje się znajomemu, że przybyła z przyszłości. On żył w przekonaniu, że w XXI wieku na księżycu będą miasta, a w kosmosie będziemy poruszać się niczym tramwajami po ulicach. Mars skolonizowany, transport powietrzny niczym komunikacja miejska... nic bardziej błędnego! Grażyna uświadomiła go, (i przy okazji mnie) że rozwój poszedł w zupełnie inną stronę. To nie na kosmosie oparliśmy wynalazki a na miniaturyzacji właściwie wszystkiego. Kiedy opisywała przyjacielowi nowinki technologiczne otwierałam oczy ze zdziwienia że tego do tej pory nie zauważyłam. Przecież wszyscy wiemy, że komputer, tablet, czy komórka nie były wtedy znane, ale wyobraźcie sobie, że opowiadacie to osobie żyjącej w latach 60 XX wieku. Szał po prostu. Trudno pojąć, że do zdjęć nie potrzeba kliszy, że można drukować wszystko w zaciszu domowym czy też, że encyklopedie i słowniki nie bardzo mają racje bytu. Sieć, przechowywanie danych, sms-y - trudno to zrozumieć. 
Świetna powieść, której na pewno nie można czytać jednym tchem. Można się zatrzymać, przeanalizować i pokwękać o straconych szansach, ale można też podziwiać wyobraźnię autora i szaleństwo tak wykreowanego świata.  Na pewno do niej wrócę. Pierwsze czytanie miało na celu poznanie losów Grażyny i Ludwika. Drugie czytanie natomiast pozwoli na poznanie tamtejszej Polski. Czy lepszej? Patrząc na zakończenie to nie wiem... 

środa, 3 stycznia 2018

Fashion Victim

Rany gucio, co za książka! Rzadko kiedy, tak naprawdę i szczerze, zachwycam się powieścią. A to naczytam się ochów i achów i dla mnie już nie wystarcza, a to ktoś sprzeda za wiele fabuły i nie mam już tego dreszczyku emocji... często też po prostu nie podoba mi się i już. Ale tu mój zachwyt jest szczery, prawdziwy i od serca. "Fashion Victim" to nie jest literatura dla ambitnych czytelników szukających w książkach sensu życia, ale jeżeli macie ochotę zagłębić się w mroczny świat, splamiony krwią młodych dziewczyn i poszukać mordercy - to szczerze polecam. 
Londyński świat mody jest bardzo okrutny dla chcących tam zaistnieć modelek. Tu nie ma głaskania po głowie i dbania przez mamusię o poranne wypicie mleka. Jest za to krew, pot i łzy. Każda dziewczyna musi bardzo uważać na to co robi i mówi, gdyż jej słowa i czyny rozbierane są przez dziennikarzy na części pierwsze i to nie zawsze zgodnie z tym, co się naprawdę działo. W takim światku trudno o przytulność i poczucie bezpieczeństwa. W taki światek trafia młodziutka Rosjanka Natalia, pragnąca zrobić karierę. Uciekła z rodzinnego miasteczka przed biedą i brakiem marzeń, a trafiła do piekła. Jej radość ze spełnienia marzeń nie trwała długo. Natalia staje się bowiem ofiarą mordercy, który w bestialski sposób pozbawił ją życia. 
Sophie Kent jest nieszczęśliwa. Spotkała ją osobista tragedia i kiedy ją poznajemy, próbuje stanąć na nogi i wrócić do dziennikarskiego fachu. Pracując w redakcji jednej z większych londyńskich redakcji nie może pozwolić sobie na chwilę słabości. To jest trudne - nawet bardzo. Sophie łapie się różnych tematów niczym tonący brzytwy, lecz dopiero Natalia, ze swoim strachem i rozpaczą, stanowi dla niej prawdziwe wyzwanie. Dziennikarka, widząc rozpacz dziewczyny, próbuje jej pomóc - niestety nie zdąża. Po śmierci Natalii Sophie postanawia znaleźć mordercę. Nie przypuszcza jednak jak dużo będzie musiała poświęcić aby rozwikłać zagadkę. 
Powieść czyta się jednym tchem. Nie chciałam pisać tego zdania, bo ociera się już o banał i frazes, ale trudno jest ująć to inaczej. Naprawdę połknęłam powieść niczym zupę i żałowałam że nie ma drugiego dania. Podczas lektury czytelnik nie ma ani chwili wytchnienia. Rozdziały kończą się w taki sposób, że czytelnik niecierpliwie czeka co będzie dalej, a jak już zacznie kolejny rozdział no to jak nie skończyć... i tak czytałam w sklepie, na spacerze z psem, w samochodzie na światłach, przy myciu zębów. Kiedy skończyłam stwierdziłam, że zazdroszczę tym, którzy mają lekturę jeszcze przed sobą. 
Dużym plusem jest narracja prowadzona z punktu widzenia Sophie. Dzięki temu czytelnik zostaje wciągnięty w samo centrum zdarzeń i nie ma szans, aby się stamtąd wyrwać. Mam wrażenie, że autorka (która w życiu codziennym sama para się dziennikarstwem) ułatwiła sobie w ten sposób zadanie. Taki zabieg nadał głównej bohaterce cechy realności i dużej wiarygodności. Zachowuje się jak rasowa dziennikarka, a opisywane szczegóły związane z tą profesją są wyjątkowo naturalne, przez co powieść wydaje się wyjątkowo realistyczna. I teraz wyobraźcie sobie, że na takim "prawdziwym" tle, robiącym wrażenie widoku z okna, rozgrywają się brutalne morderstwa na niewinnych dziewczynach. Sophie robi wszystko aby rozwikłać zagadkę, ale sytuacja ją trochę przerasta. 
Powieść zachwyca lekkością pióra i dynamizmem akcji. Tu nie ma czasu nawet zastanowić się nad tym, co się własnie przeczytało, a już lecimy głową w dół ku kolejnym wydarzeniom. Autorka przemyślała powieść od początku do końca, dzięki czemu nie ma nieścisłości (a przynajmniej ja ich nie znalazłam, choć nie ukrywam, że lubię je wytykać).
Polecam, naprawdę polecam. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy mając nadzieję, że w niczym nie ustąpią "Fashion Victim".

czwartek, 9 listopada 2017

Obsesja

Podobało mi się i to bardzo. Po lekturze "Szeptuchy" trochę się bałam, czy autorka udźwignie powieść zupełnie od niej odmienną i umiejscowioną w innych realiach. Tu natura, kwiatki, czary, zabobony i wiejskie gusła, a tu medycyna, szpital, psychologia i szara codzienność lekarzy. Na szczęście udało się i to nawet całkiem zgrabnie. 
Kiedy poznajemy Joannę Skoczek, jest ona na zakręcie swojego życia. Zostawiła za sobą nieudane małżeństwo i przeniosła się, wraz z sierściuchem o imieniu Kołtun, do Warszawy. Joanna chce po prostu zapomnieć. Nie ma ochoty na nowy związek, a jedyne co może w tym momencie przyjąć od drugiego człowieka, to przyjaźń. Niestety Panowie wokół niej są odmiennego zdania. Koło Joanny namolnie kręci się Łukasz będący pracownikiem szpitalnej pralni oraz chirurg Tomek, znany z licznych podbojów kobiecych serc. Jakby tego było mało, Asia w swojej szafce znajduje listy od tajemniczego wielbiciela. Poczałkowo nieśmiałe, ale im dalej, tym gorzej... 
Żeby nie było zbyt obyczajowo, jest też wątek kryminalny. Pewnego dnia na terenie szpitala, pracownik odbierający odpady medyczne znajduje zwłoki. Policjant prowadzący sprawę podejrzewa, że seryjny morderca sprzed kilku lat na nowo rozpoczął swoją działalność. Jeśli tak rzeczywiście jest, to oznacza, że Policja w najbliższym czasie będzie miała masę roboty. Seryjny morderca sprzed kilku lat działał profesjonalnie i mistrzowsko zacierał za sobą ślady. Jego morderstwa łączyło jedynie to, że wszystkie ofiary miały czarne, kręcone włosy i wszystkie w chwili znalezienia były brutalnie okaleczone...
"Obsesję" przeczytałam z wyjątkową przyjemnością To powieść, która wsysa czytelnika i trudno potem przejść do życia codziennego. Należy podkreślić, że to nie fabuła mnie tak wciągnęła i nie świetnie skrojeni bohaterowie... ochów i achów na ten temat można znaleźć w sieci mnóstwo. Mnie urzekła atmosfera powieści. Kiedy Joanna szła przez piwniczne korytarze szpitala, ciarki miałam na plecach. Kiedy słyszała za sobą kroki, nie mogłam się powstrzymać, aby nie obejrzeć się i nie sprawdzić, co się dzieje za moimi plecami. Naprawdę, kreowanie klimatu i atmosfery grozy Pani Miszczuk ma w małym paluszku. 
Z drugiej strony były takie rozdziały, kiedy pokładałam się ze śmiechu. Dialogi Asi z Kołtunem są po prostu mistrzostwem świata. Podobnie lekko ironiczne rozmowy naszej bohaterki z Policjantem (którego imienia niestety nie pamiętam). Są lekkie, frywolne i poprawiają humor czytelnika. I nagle pac - kolejny rozdział znowu ciężki, mroczny i aż lepki od strachu. Tak właśnie Pani Miszczuk się ze mną zabawiała od pierwszej do ostatniej strony powieści. I powiem Wam, że mi się to podobało! 

czwartek, 2 listopada 2017

Czasami kłamię

Macie nieraz tak, że nie możecie oderwać się od książki? Czytacie wszędzie gdzie tylko można, co więcej - czytacie nawet tam, gdzie nie można. Ja tak mam - rzadko, ale zdarza mi się. "Czasami kłamię" doprowadziło mnie własnie do takiego stanu. Ciekawość, jak to wszystko się skończy, to jedno. Druga strona medalu to ciągłe otwieranie oczu ze zdziwienia. Właściwie po każdym rozdziale należało zmienić swój pogląd na sytuację. Każdy rozdział przynosił zaskoczenie i każdy powodował dreszczyk emocji. 
"Czasami kłamię" to powieść z dreszczykiem. Nie chodzi o to, że to horror. thriller czy coś w tym guście. Nie. Chodzi o to, że autorka wytworzyła taką atmosferę, że ciarki przechodzą po plecach. A przecież tłem są święta Bożego Narodzenia...
"Nazywam się Amber Reynolds . Powinniście wiedzieć o mnie trzy rzeczy:
1. Jestem w śpiączce.
2. Mój mąż już mnie nie kocha.
3. Czasami kłamię."
Cała powieść jest taka, jak ten cytat. Tajemnicza. Intrygująca. Ciemna. Zaczyna się dość niewinnie, bo oto poznajemy Amber, która jest prezenterką radiową. Można powiedzieć, że jest szczęśliwa, choć widoczne są pewne rysy, które pozwalają wątpić w pełnię szczęścia. I nagle spotykamy Amber w szpitalu. Dziewczyna jest w śpiączce, ale resztkami świadomości rejestruje wszystko to, co dookoła niej się dzieje.  Nie wiadomo, dlaczego znalazła się w szpitalu, nie wiadomo co było przyczyną jej stanu. Nie może sobie przypomnieć ostatnich dni, które doprowadziły ją do tego, że leży samotna i otępiała na szpitalnym łóżku.  Nie ulega jednak wątpliwości, że się boi. Emocje i strach budzą się podczas odwiedzin różnych osób - i tych dobrych... i tych złych...

Życie Amber to dla czytelnika trzy płaszczyzny: Teraz, Niedawno i Kiedyś. Teraz to szpital, choroba i gorączkowe próby przypomnienia sobie, co się właściwie wydarzyło. Niedawno to obiektywne (czy aby na pewno?) przedstawienie tego, co wydarzyło się na kilka dni przed wypadkiem, a kiedyś... no właśnie. Kiedyś to pamiętnik dziewczynki. Pamiętnik, który wiele gmatwa i wszystko wyjaśnia. I kiedy już czytelnik przeczyta i zrozumie, to szczęka mu opada i musi ją zbierać z chodnika. I nawet jak już pozbiera, to wytrzeszcz oczu ze zdziwienia pozostaje na długi czas. 
Bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta powieść. Cudownie się ją czyta, a wartka akcja nie pozwala się od niej oderwać. Niesamowita. 

wtorek, 11 lipca 2017

O tym, jak trudno rozstać się z bohaterami "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty"

Nie ulega wątpliwości, że Warszawa to stare miasto z bogatą historią. Miasto, które sporo wycierpiało, ale i wiele razy okryło się chwałą. Kilka razy niszczona do cna, zawsze miała siłę, aby podnieść się z popiołów i ze zdwojoną siła rozkwitnąć. Ja osobiście Warszawy nie lubię, choć to przecież stolica. Nie lubię Warszawy jako miasta i nie przepadam za Warszawiakami. Jednak po lekturze  "Hotelu Varsovie. Klątwa lutnisty" spoglądam na to miasto nieco przychylniejszym okiem. 
Pierwsza wzmianka o Warszawie pochodzi z 23 kwietnia 1313, kiedy to miejscowość pojawiła się w tytulaturze książęcej Siemowita. W 1339 Warszawa została wybrana na miejsce procesu polsko-krzyżackiego o Pomorze i Kujawy[wikipedia].
W powieści "Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty" Warszawa jest pniem, wokół którego oplatają się losy bohaterów. Właściwie to bardzo grubym i starym pniem, bo zasięg czasowy opowieści to prawie pół tysiąca lat. Rozpoczynamy na początku XVII wieku, kiedy drewniana zabudowa Warszawy zostaje strawiona przez ogromny pożar, a kończymy w XXI wieku zahaczając o aferę gruntową, o której słyszał chyba każdy. Ta właśnie Warszawa ze swoimi wzlotami i upadkami jest wspaniałym tłem dla historii dwóch rodów - Żmijewskich i Szpakowskich. Autorka porywa czytelnika od pierwszych stron powieści i od razu powoduje czytelniczy zawał serca. Zaczynamy od środka (w XIX wieku) i od razu znajdujemy trupa. Samobójstwo właściciela hotelu Varsovie jest bardzo brzemienne w skutkach i to nie tylko dla Jego rodziny. Łatwo się domyślić, że autorka własnie w XIX wieku postawiła stępkę dla powieści, chcąc cofnąć się w czasie i pokazać, jak doszło do tego nieszczęścia i jednocześnie wybiec naprzód, ukazując skutki niefortunnych poczynań nestora rodu. Wyjątkowo umiejętnie, zgrabnie i ciekawie podróżujemy w czasie poznając losy Eleonory Żmijewskiej, Kaliny Melcerówny i Laurentego Żmija. Wszyscy Oni są Warszawiakami silnie związanymi z miastem. Za każdym z nich ciągnie się klątwa lutnisty rzucona przez skrzywdzoną kobietę. Każdy z nich ma swoje mroczne tajemnice i każdy walczy z losem, jakim obdarował go świat. Oczywiście nie są to jedyni bohaterowie powieści. Przez karty książki przewija się cały korowód barwnych postaci zawracając czytelnikowi w głowie i powodując barwny oczopląs.
Warszawa Rynek. XIX wiek                    źródło - Wikipedia
Bardzo ważne jest to, że autorka bardzo konsekwentnie przeprowadza nas przez meandry historii, nie gubiąc ani oczka z tego, co już zostało wcześniej wydziergane. Wszystko wspaniale ze sobą współgra tworząc historię, która porywa i zachwyca.
Ogromną zaletą powieści jest bogactwo i różnorodność języka, jakim posługuje się autorka. Przepiękna polszczyzna powoduje, że opisy (których wcale nie jest mało) są bardzo plastyczne i realistyczne. Czytelnik po prostu widzi i czuje wszystko to, co autorka pragnie przedstawić. Każdy szczegół i drobiazg jest ważny. W trakcie lektury po prostu czuć smród rynsztoków i niemytych ciał czy też zapach mięsiwa i kwiatów sprzedawanych na rynku. Kiedy Warszawę nawiedza epidemia, czytelnik razem z Kaliną przeżywa grozę i po prostu słyszy ciszę wymarłego miasta. Nie potrafię napisać i oddać kunsztu pióra p. Ziętek, który spowodował, że całą sobą czułam zarówno ciężki fetor XVII - wiecznej warszawy  jak i delikatny nastrój bogatej XIX - wiecznej Stolicy z pięknymi damami i dżentelmenami przechadzającymi się po Ogrodzie Saskim. 
Piękna powieść. Wspaniała i zachwycająca. I nie ma tu nic z kokieterii - naprawdę warto się zaczytać i poddać nastrojowi książki. Ma jedną ogromną wadę - to jest pierwszy tom i nijak nie mogłam się pogodzić z zakończeniem, a właściwie jego brakiem. Żebym się nastawiła na to, że to dopiero początek - to jeszcze jakoś przełknęłabym gorzką pigułkę napisu "Koniec tomu pierwszego". A tak? Płakać mi się chciało, zwłaszcza że autorka podobnie jak zaczęła, tak i zakończyła mocnym przytupem... 
XVII - wieczna Warszawa       źródło: Wikipedia

poniedziałek, 15 maja 2017

Steczkowscy. Miłość wbrew regule.

Nie wiem jak napisać, żeby nikogo nie urazić i nikomu nie sprawić przykrości. Przecież za każdą taką książką stoi człowiek, a za tą nawet kilkanaście osób. Rodzina Steczkowskich jest dość liczna, bo oprócz Pani Danusi, będącej Mamą całej trzódki, w skład tej rodziny wchodzi jeszcze 9 osób. Od najstarszej Agaty po najmłodszą Marysię - wszyscy obdarzeni niesamowitym talentem muzycznym i specyficznym, radosnym podejściem do życia, które otrzymali chyba z mlekiem matki. Dla przeciętnego odbiorcy zawsze uśmiechnięci i zadowoleni. Ale przecież to tylko ludzie i na pewno za fasadą uśmiechów kryją niejedną tajemnicę. Ale od początku.
Piosenki Justyny Steczkowskiej uwielbiam. Właściwie od początku kariery kibicowałam Jej z całego serca. Przy pierwszych płytach bardzo - potem już trochę mniej, bo ze skromnej, sympatycznej Justynki stała się Gwiazdą z pierwszych stron gazet. Trochę inaczej wtedy odbierałam twórczość Justyny. Z płyt przebija większa pewność siebie, która mi akuratnie nie odpowiada. Ale mimo tego - wszystkie albumy uwielbiam. Kiedy więc na półkach ukazała się książka "Steczkowscy", nie mogłam sobie odmówić. Kiedy tylko do mnie dotarła zasiadłam w fotelu i wtopiłam się w piękny świat. 
Autorką książki jest najstarsza z trzódki - Agata Steczkowska. Książka wywołała w rodzinie
Rodzina Steczkowskich 
Steczkowskich sporo emocji ale Agata uparła się, że ją wyda. I wydała. Czy dobrze zrobiła - zdania są podzielone. Nie wątpię, że członkowie rodziny mogą nie być zachwyceni tym faktem. Ale dla mnie jako dla fanki Justyny i jej muzycznego talentu - książka jest wisienką na torcie. 
Agata bardzo konsekwentnie podeszła do tematu. Zaczęła od samego początku czyli właściwie sięgnęła aż do swoich pradziadków i czasów I wojny światowej. Opisuje losy dwóch rodów. Nie były to łatwe czasy więc i opowieść jest niewesoła. Wieś, gdzieś w południowo - wschodniej Polsce, w tamtych czasach do zbyt nowoczesnych nie należała. W zamian za to była bardzo katolicka. Kiedy jeden z członków rodziny wraca z niewoli niemieckiej opowiada swoim sąsiadom o tym, jak to Niemcy wyprzedzają Polaków pod kątem wiedzy i umiejętności. Z podziwem opisuje niemieckie gospodynie, które potrafią przechowywać mięso i inną żywność przez całą zimę w słoikach tak, aby się nie popsuła. Ta część książki, opisująca życie w przedwojennej Polsce najbardziej mnie urzekła. Agata bardzo konsekwentnie opisuje krok po kroku jak doszło do spotkania rodziców. Staszek Steczkowski - mądry przystojny młodzieniec, który pasjami zakładał chóry i którego kochali wszyscy - został księdzem. Danusia - przemiła, śliczna dziewczyna zakochała się w Staszku po uszy. Piękne sa opisy tego uczucia. Obserwujemy jak Danusia pała do Staszka wielką czysta miłością zdając sobie sprawę że jej uczucie nigdy nie zostanie odwzajemnione. Z poświęceniem przepisuje dla Staszka nuty i spełnia każde jego życzenie zanim jeszcze zostanie wypowiedziane. A Staszek? On też kocha Danusię, ale długo musi oswajać to uczucie. 
Agata Steczkowska
Obszerną część książki stanowi opis walki, jaką sam ze sobą stoczył Staszek zanim podjął decyzje o opuszczeniu kościoła. Jestem pełna podziwu i szacunku do takich ludzi. Poczuł odpowiedzialność za istotkę którą sprowadził na świat i postanowił trwać przy niej. Niewątpliwie potrzeba wielkiej odwagi aby sprzeciwić się kościołowi. I tu zaczyna się ta część książki która wzbudziła we mnie skrajne emocje. To jak bardzo kościół (jako instytucja) znienawidził Staszka, to jest po prostu niepojęte. Do końca życia Stanisława Steczkowskiego nie wybaczono mu tej decyzji. Z książki wynika, że nawet w dniu pogrzebu powiadomiono rodzinę, że nabożeństwo żałobne odbędzie się w kaplicy przycmentarnej a nie w kościele. Wzburzona rodzina zażądała wyjaśnień. 
...okazało się że (ksiądz) ma z góry przykazane, żeby pogrzeb odbył się bez rozgłosu. Na nieszczęście klechom na ostatnie pożegnanie maestro wybierało się mnóstwo ludzi i proboszcz, bojąc się wściekłego tłumu, chcąc nie chcąc zgodził się, aby uroczystość odbyła się w kościele 
Te rozmowy z Bogiem i kościołem są w dalszej części książki dość mocno obecne. Stanisław do końca liczył na wybaczenie i nigdy go nie otrzymał. Położyło się to cieniem na życiu całej rodziny. 
Cudowna książka pokazująca życie cudownych ludzi. Stanisław zakładał chóry szkolił je, szkolił się, a przy okazji całą dziewiątkę swoich dzieci. Na szczęście wszystkie były muzycznie uzdolnione więc bez problemu założył zespół, na czele którego stanęła najstarsza Agata. Wszystkie dzieci żyły zupełnie innym życiem niż ich rówieśnicy. Po części to rozumiem, bo sama mam dwójkę pociech w muzyku i to jest naprawdę zupełnie inny świat. A mieć w domu dziewiątkę takich dzieci. Bajka!
Książka jest bardzo ciepła. Z każdej strony emanuje miłość Mamy do Taty, Taty do Mamy, rodziców do każdego dziecka i tak dalej. Danuta Steczkowska dla każdej swojej pociechy znajdowała czas, każdej ofiarowała cząstkę swojego serca i żyła tak, aby każde jej dziecko czuło się wyjątkowe. Myślę że niejeden jedynak nie jest tak kochany jak wszystkie steczkowskie dzieci. Ta miłość wylewa się z kart książki i ogrzewa serce czytelnika. I co z tego, że to miłość wbrew regule? I cóż z tego, że Staszek na początku się pogubił? Nic. Najważniejsze, że wszyscy byli szczęśliwi, czego i Wam życzę. 

czwartek, 9 marca 2017

Noc Kupały

Lubicie słowiańskie klimaty? Wianki na głowie, taniec przy ognisku, strzygi, rusałki, Bóstwa o przedziwnych imionach, których brzmienie wskazuje na słowiańskie pochodzenie... ja lubię, nawet bardzo. Klimat takich książek jest niepowtarzalny, a mistrzami słowiańskich historii są rodzimi pisarze (trudno, żeby było inaczej). Podczas lektury "Nocy Kupały" pachniało mi "Starą baśnią", choć przecież akcja powieści toczy się w czasach współczesnych. Urzekł mnie ten klimat - nawet bardzo. 
Niestety zrobiłam błąd, ponieważ okazało się, że "Noc Kupały" jest drugą częścią cyklu pt. Kwiat paproci. Zorientowałam się dopiero wówczas, kiedy książka już stała u mnie na półeczce. Na szczęście można ją spokojnie przeczytać bez znajomości treści pierwszej części. Jako że historia nie należy do zbyt skomplikowanych, czytelnik dość szybko zorientuje się o co chodzi. Bez problemu pojęłam kto jest kim, choć zdumiało mnie pochodzenie i wiek niektórych bohaterów. 
Już na początku powieści czytelnik zostaje zaskoczony tempem wydarzeń. Poznajemy Gosławę, która jest z wykształcenia lekarką, ale szkoli się na szeptuchę. Pod okiem starej zielarki poznaje tajniki ziołolecznictwa i różnorakich medycznych guseł. Gosia jest szaleńczo zakochana w Mieszku, walczy o miłość i robi wszystko, aby jej nie stracić. Mieszko niestety jest dość specyficznym facetem, który ma problem z okazywaniem uczuć i ma ku temu powody. Do tego wszystkiego nad Gosią ciąży konieczność podjęcia decyzji, komu ma oddać kwiat paproci. Obiecała go wielu osobom i Bogom, jednak najchętniej oddałaby go własnie ukochanemu, co zwróciłoby mu "prawdziwe" życie. Plącze się Gosi jej życie i przecieka przez palce. Mieszko nagle gdzieś znika, a na nią spadają wszelkie "magiczno - słowiańskie" przeciwności losu. Była żona Mieszka Ote (właściwie to jest żywa, ale jakoby martwa) z zaciekłością poluje na naszą bohaterkę. Mamy również wyznawców pewnej Bogini, którzy zrobią wszystko, aby Gosię zabić. Na szczęście wszystko kończy się.... no własnie. Zakończenie książki zapiera dech w piersiach i wynagradza czytelnikowi wszystkie niedociągnięcia powieści. Czytałam z zapartym tchem, a po lekturze ostatniego słowa czułam niedosyt. Wielki. 
Powieść jest trochę banalna. Taka bajka dla dorosłych dziewczynek. Jedni lubią, inni nie... ja lubię. Przecież nie każda powieść musi nas wynosić na intelektualne wyżyny. Często chcemy przy lekturze po prostu odpocząć i dobrze się bawić. Niestety książka zawiera w sobie kilka błędów i niedociągnięć, które ten odpoczynek zakłócają. W trakcie wypadku samochodowego Gosia opisuje, że czuła, jak pasy bezpieczeństwa napinają się i trzymają ją w fotelu, po czym kilka stron dalej stwierdza, że latała po wnętrzu auta ponieważ nie miała zapiętych pasów. Takich niuansów jest kilka i nie ukrywam, że drażniły mnie one niepomiernie. W kilu miejscach drażniła mnie również sama Gosia, która co pewien czas jawi się jako głupiutka, zakochana panienka. Ale pomimo tych minusów, całość powieści jest godna przeczytania. Jako plus zaliczam niepowtarzalny, wręcz magiczny klimat powieści. Naprawdę można wsiąknąć w słowiańskie zwyczaje i gusła. Cudownie wręcz przekazuje wiarę w boginki, zjawy i rusałki, łącząc te zjawiska ze światem współczesnym. 
Autorka dość ciekawie pisze. Ma lekkie pióro, które z łatwością przekazuje kłębiące się w głowie autorki myśli. Przemknęłam przez powieść gładko i szybko, mając z czytania sporą frajdę. 
Największym jednak plusem książki jest zakończenie. Świetny pomysł na finał, który powoduje, że z niecierpliwością będę czekała na kolejny tom. 

środa, 10 czerwca 2015

Biegnij chłopcze, biegnij

Książki o tematyce wojennej mają to do siebie, że na długo zapadają w pamięć czytelnika. Jeżeli dodać do tego, że bohaterem jest dziecko - pamięć będzie dźwigać brzemię takiej książki bardzo, bardzo długo. Książki takie mają bowiem bardzo często tragiczne przesłanie i nieszczęśliwe zakończenie. Otóż "Biegnij chłopcze biegnij" jest inne... zupełnie inne. 
Bohaterem jest Srulik - mały żydowski chłopiec, którego poznajemy w getcie. Już na samym początku traci rodziców i zostaje sam jak palec. Udaje mu się uciec z getta, jednak każdy kolejny dzień to walka o przetrwanie. Wyjątkowość tej książki polega na tym, że ta walka o przetrwanie jest pokazana przez autora jako coś, co - jak na tamte czasy - jest zupełnie normalne. Autor tworzy swoistego rodzaju kronikę żydowskiego chłopca. Srulik żyje w lesie w zgodzie z przyrodą, biega na bosaka, żywi się darami natury, boi się, ucieka, głoduje, ryzykuje... wszystko opisane bez zbędnych emocji i tragicznych komentarzy. Tak los dał i już. Książka jest na tyle emocjonalnie dostępna, że w niektórych szkołach podstawowych jest lekturą dla klasy czwartej. Mały Srulik jest naprawdę prześladowany i nieszczęśliwy, ale język, którym autor operuje pozwala  młodym umysłom zerknąć na wszystko trochę "zza firanki". Do tego wszystkiego książka naprawdę wciąga i czytelnik mocno zaciska kciuki za przetrwanie tego chłopca. Należy dodać że Srulik ma naprawdę szczęście. Zbiegi okoliczności i dobrzy ludzie, których spotykał na swej drodze pozwolili mu przetrwać ten okrutny czas i ... przekazać tę historię pokoleniom. Bo Srulik to prawdziwa postać. Autor książki usłyszał w Izraelu wspomnienia Jorama Friedmana, którym stał się własnie powieściowy Srulik. Gazeta Wyborcza opublikowała bardzo ciekawy artykuł o Friedmanie, który można przeczytać tu

niedziela, 19 stycznia 2014

Baśniobór - Plaga cieni

Trzecia część "Baśnioboru" jest stanowczo najlepsza. Jeżeli tak będzie dalej to ostatni tom powinien mnie zachwycić. Na razie jednak muszę sobie zrobić przerwę. Jakby nie patrzeć jest to powieść skierowana do "młodszej młodzieży", a - jak powszechnie wiadomo- nadmiar czarodziejskich stworzeń w dorosłej głowie nie jest zjawiskiem zbyt dobrym.
Autor już od początku powieści wprowadza nas w wir wydarzeń. Nie ma rozkręcania akcji, wpadamy od razu głęboko po szyję w świat baśniowych stworów, mrocznych cieni, wróżek i elfów. Tajemnicza zaraza powoduje, że miłe i dobre stworzenia przemieniają się w ciemne, złośliwe stworzonka, które zamiast wspierać opiekunów Baśnioboru, próbują ich zwalczać i pokonać. Do tego wszystkiego sytuacja zmusza rodzeństwo do działania w pojedynkę. Chłopiec musi zostać z dziadkami w Baśnioborze i ratować rezerwat przed mrocznymi silami, a Kendra rusza w podróż w poszukiwaniu kolejnego artefaktu. Jeżeli dodamy do tego zdradę wśród wysoko postawionych opiekunów rezerwatów i podróże w czasie otrzymamy pasjonującą mieszkankę magii i przygód. 
W epoce "Harrego Pottera" i "Opowieści z Narni" wykreowanie czegoś nowego co nie trąciłoby plagiatem napewno nie było łatwe. Brandon Mull poradził sobie świetnie. Baśniobór jest jedyny w swoim rodzaju - pasjonujący i zachwycający orginalnymi postaciami i świetną akcją.