Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2019

Kraina Wiecznych Jezior

Powiedzcie mi, moi drodzy, dlaczego lekturę przeznaczoną dla młodzieży nasi rodzimi pisarze często traktują po macoszemu? Czy to, że odbiorcą książki jest młody czytelnik usprawiedliwia używanie słownictwa - delikatnie rzecz ujmując - potocznego? Czy młody czytelnik musi czytać o kupojadach i pijanych topielcach? Powieści tłumaczone z innych języków nie cierpią na taką bolączkę. Profesja tłumaczy nie dzieli się na tych, którzy tłumaczą powieści dla dzieci i tych dla dorosłych. Przekład powinien być estetyczny i ciekawy, więc osoby tłumaczące powieści starają się pisać po prostu ładnie. Tych książek nie boję się czytać. A już przekłady osób "starej daty" po prostu głaszczą moje ucho. Niestety moim zdaniem pisarze polscy uważają, że jak będą używali słów w stylu "frajerka" i nadużywać zwrotów "e tam", to czytelników młodego pokolenia urzekną swoją nowoczesną twórczością. Patrząc na reakcję mojej córki – nic bardziej mylnego. 
Blurb na tylnej stronie okładki powieści pt. Kraina Wiecznych Jezior” zaczyna się od słów "Pełna przygód opowieść w stylu Juliusza Verne'a". Kochani - nie dajcie się zwieść. Powieści Juliusza Verne'a to, w porównaniu z "Krainą...", mistrzowskie cacka. Wielowątkowe, pięknie napisane, z barwnymi postaciami i wartką akcją... kogoś stanowczo poniosła ułańska fantazja. 
Bohaterami powieści są Aniela i Dominik. Rodzeństwo jedzie z rodzicami na wakacje pod namiot. Dzieciaki bardzo obawiają się nudy i monotonii, bo przecież bez komputera i konsoli do gier, w dzisiejszych czasach nie ma życia. Namiot rozbity gdzieś w mazurskich lasach, nawet w pobliżu jeziora, nie jest żadną atrakcją. Kiedy rodzice postanawiają zażyć luksusu popołudniowej drzemki, dzieciaki trochę naginają zasady i bez zgody rodziców wypływają kajakiem na jezioro. Niestety na środku jeziora niespodziewanie zaskakuje ich burza, która przenosi ich do tajemniczej krainy. Tam spotykają wiekowego staruszka, który informuje ich, że mają do wypełnienia misję. Niedaleko, w zamku, mieszkają dwie siostry - Goplana i Helena. Jedna z nich została porwana przez - i tu uwaga, uwaga! pijanych topielców (sic!). Trzeba kobietę ratować i to właśnie nasi bohaterowie muszą tego dokonać. 
Powieść zupełnie nie przypadła mi do gustu. Prosta, jednowątkowa fabuła zupełnie mnie nie przekonała. Jeżeli autor chciał pijanymi topielcami zainteresować młodego odbiorcę, to nie tędy droga. Czytając powieść czułam się tak, jakbym miała się zaraz udusić. Autor stanowczo miał pomysł, ale jego realizacja zupełnie się nie powiodła. Przygodom przeżywanym przez dzieci brak skrzydeł. Fabuła jest taka, jakby uczeń szkoły podstawowej został wezwany do odpowiedzi i otrzymał zadanie streszczenia przeczytanej książki. Tylko w takim razie gdzie jest ta rzekoma powieść? Bo streszczenie zupełnie mnie nie przekonało. 
Drugi feler powieści to zastosowane słownictwo. Jeżu kolczasty ale się męczyłam! Nie jestem polonistą i nie potrafię powiedzieć językiem naukowym, co było nie tak. Wiem tylko, że raził mnie zalew potocznego słownictwa... wręcz takiego prostackiego. Autor wyszedł chyba z założenia, że dzisiejsza młodzież nie rozumie słów bardziej skomplikowanych, a najlepszym słowem do wyrażenia zastanowienia przez bohatera jest samogłoska "Eeeee", a strachu - „Aaaaaa”! 
A jak jeszcze przeczytałam wypowiedź: „Tępe kupojady” czy też "Rozwalmy tę budę" po czym dowiedziałam się, że głównych bohaterów atakują pijane topielce, które rzucają w nich butelkami... serce mi krwawi. 
Trudno mi napisać choć jedno słowo pozytywne o tej książce więc zakończę tę recenzje jednym stwierdzeniem: Panie Boże, chroń moje dzieci przed takimi powieściami!

wtorek, 4 grudnia 2018

Nie całkiem białe Boże Narodzenie

Ależ zaskoczyła mnie ta książka! Człowiek oczekuje ckliwej świątecznej powieści o bałwanku, saneczkach i Bożonarodzeniowych perypetiach bohaterów, a otrzymuje kryminał godny Agaty Christie... No może troszkę przesadziłam. Niewątpliwie jednak jest zbrodnia, jest zagadka i dwóch policjantów, którzy, krok po kroku, dochodzą do odpowiedzi na odwieczne pytanie:, „Kto zabił?" A święta? Są, ale w tle. Czujemy je w towarzyszących bohaterom kolędach i pastorałkach, w przygotowaniach do Wigilii i śniegu, co pewien czas padającym za oknem. 
Gdzieś w gęstych lasach, znajduje się samotny pensjonat o zagadkowej nazwie "Mścigniew". Do pensjonatu - kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia - zjeżdżają się goście. Kilka osób chcących odpocząć od codzienności, pragnących zatrzymać się i zastanowić nad swoim życiem. Oczekują kilku chwil spokoju i oddechu, a dostają morderstwo, a właściwie dwa. Jeden z gości tonie w wannie, co początkowo odbierane jest jako nieszczęśliwy wypadek, ale szybko okazuje się, że został on zamordowany. Nie trzeba długo czekać, aby pojawił się kolejny trup. Rozwiązania zagadki podejmują się specjaliści w tej dziedzinie - policjant i prywatny detektyw. Oboje przybywają do pensjonatu przedstawiając się jako para, która chce spędzić kilka dni w spokoju. Po kolei odkrywają, że każdy z gości ma swoje tajemnie i - nie chcąc, aby wyszły one na jaw - kłamią w żywe oczy. Trudno połapać się, kto mówi prawdę, a kto kłamie i nasi bohaterowie muszą się nieźle nagłowić, aby rozwiązać zagadkę. 
Powieść świetnie się czyta. Zakopanie się w zaśnieżonym pensjonacie, gdzie z radia płyną świąteczne piosenki, a z kuchni pachnie piernikami, jest czystą przyjemnością. Autorka nie szczędzi czytelnikowi śmiesznych sytuacji i nieporozumień, które często budzą śmiech i rozbawienie. Perypetie gości są bardzo statyczne - wszystko właściwie dzieje się w pensjonacie, lub w jego okolicach, ale zapewniam Was, że to ani trochę nie przeszkadza w delektowaniu się lekturą. Wręcz przeciwnie - powoduje to, że czytelnik czuje się jakby tam był i razem z policjantami z uwagą śledzi działania poszczególnych gości. 
Rozwiązanie zagadki zachwyca dopracowaniem szczegółów. Kiedy dowiedziałam się, kto zabił w mojej głowie pojawiło się odwieczne:, Czemu ja wcześniej na to nie wpadłam! Autorka trochę zakręciła fabułą, chcąc odwrócić uwagę czytelnika od prawdziwego mordercy i udało Jej się to wyjątkowo dobrze. Zapewniam Was, że rozwiązanie zagadki przedstawionej w tej książce to świetna zabawa. 

piątek, 30 listopada 2018

Klara. O dziewczynce, która śpiewała po francusku

"Klara. O dziewczynce, która śpiewała po francusku" przyciągnęła moją uwagę okładką. I wcale nie chodzi o akcenty wojenne, które od razu przenoszą czytelnika w czasy II wojny światowej. Moja uwagę zwróciły nutki, a raczej kawałek pięciolinii z rozmieszczonymi na niej nutami. Nie ukrywam, że wszystko, co związane z muzyką klasyczną rodzi ciepło w moim sercu. Jak więc nie przeczytać... 
Początkowo traktowałam książkę jak typową beletrystykę. Ot wymyślona opowieść o dziewczynce i jej rodzinie, żyjącej w ciekawych czasach. Wszyscy najbliżsi Klary mieli wspaniały słuch i dryg do muzykowania. Całymi dniami śpiewali wszystko, co im się "nawinęło na ucho" od piosenek ludowych zaczynając a na ariach ze Strasznego Dworu Moniuszki kończąc. Przepięknie opisano czasy przedwojenne, w których pomimo biedy i problemów związanych z dopiero co odradzającą się ojczyzną - rodzina Klary potrafiła odnaleźć szczęście. Przybyli do Polski z Francji - z kraju, w którym na pozór żyło się lepiej i łatwiej. I cóż z tego, skoro ojca Klary zżerała tęsknota? W Polsce początkowo trudno było znaleźć prace i kąt do spania, ale w końcu nadszedł taki dzień, gdy można było powiedzieć, że są szczęśliwi. I wówczas wybuchła wojna. 
Dla Klary to była podwójna tragedia. Oczywiście wojna sama w sobie była złem, ale dużo gorsza była nie możność chodzenia do szkoły. Ona pragnęła tylko jednego: kształcić się! Dużo czasu upłynęło zanim mogła spełnić swoje marzenia. 
Gdzieś w tym momencie lektury dowiedziałam się, że Klara to postać z życia wzięta. Jej pierwowzorem jest Klara Stankowska (1930–2013), absolwentka Wrocławskiej Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego. Klara żyła w burzliwych czasach. Kiedy wybuchła wojna miała 9 lat. Losy dziewczynki opisane w książce wskazują na wolę walki i hart ducha. Ta dziewczynka w wieku 10 lat pracowała ciężej, niż niejeden młody człowiek w dzisiejszych spokojnych czasach. Przeżyła skrajną biedę, wywózkę do Niemiec do pracy, oddzielenie od rodziców, poniżenie i wstyd. Za każdym razem jednak wstawała w z kolan, a jej pociechę stanowiły piosenka i muzyka. Często też - dzięki piosenkom śpiewanym właśnie po francusku - budziła podziw wśród okupantów. Często ułatwiało to wiele spraw i pomagało po prostu przeżyć kolejny dzień. 
Trzecia część książki to lata powojenne. Klara robiła wszystko, aby nadrobić pięć lat straconej edukacji. Autor opisuje to jak ciężko musiała pracować, aby zasłużyć na pochwałę. Klara przechodzi dużą przemianę i teraz Ona walczy z analfabetyzmem, uczy młodych ludzi śpiewu, zakłada chór i odnosi z nim spore sukcesy. Wkłada swoim uczniom do głowy, że wiedza to jedyna rzecz, której nikt im nie zabierze. I to wszystko w czasach tak potępianego komunizmu... 
Opowiadania o szkolnych perypetiach Klary i jej koleżanek były trochę przydługie, jednak całość powieści robi bardzo dobre wrażenie. Akcja powieści dzieje się szybko, a sprawne pióro autora nie pozwala na nudę. Aż trudno uwierzyć, że Klara przeżyła tak wiele i zachowała spokój i hart ducha. 
Historia Klary zaczarowała mnie i zauroczyła. Trudno używać takich słów do opisania wojennych przeżyć małej dziewczynki, ale - cóż - tak właśnie jest. Ta mała, uparta i mądra dziewczynka może stanowić wzór dla niejednego dzisiejszego nastolatka. Wiem, że czasy się zmieniły i od dzisiejszych dzieci wymaga się czegoś zupełnie innego, niż w tamtych czasach, ale może warto spróbować poznać się bliżej z Klarą i z jej przeżyciami. Choćby po to, żeby nie zapomnieć.

czwartek, 26 lipca 2018

Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną

Sprawa elbląska to wydarzenia, o których wielu mieszkańców tego miasta wolałoby zapomnieć. Kiedy w 1949 roku spłonęła hala produkcyjna zakładów mechanicznych Zamech, władza komunistyczna postanowiła wykorzystać tę tragedię. Po pożarze, pod zarzutem sabotażu Urząd Bezpieczeństwa aresztował ponad 100 osób. Część aresztowanych nie miała żadnych związków z tragedią. Aresztowania objęły głównie reemigrantów z Francji, którzy zostali oskarżeni o tworzenie siatki szpiegowskiej. Wiele osób zmarło podczas śledztwa lub krótko po nim. Był to najbardziej odczuwalny w Elblągu akt stalinowskiego terroru. W 1956 roku wszystkich skazanych uniewinniono. 
Tyle historii. Przerażające jest to, że gdyby w moje ręce nie trafiła książka pt. "Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną" nie miałabym pojęcia o tych wydarzeniach. Tylu ludzi i tyle nieszczęść odeszło w zapomnienie. Należy wydawać takie książki właśnie dla pamięci. Żeby nie zapomnieć. 
Bronek Basista niewiele wie o przeszłości swoich rodziców. Swojego ojca ledwie pamiętał, a matka nigdy nie chciała rozmawiać o wydarzeniach z młodości. Jednak, kiedy okazało się, że Bronek może starać się o odszkodowanie za krzywdy rodziców, których doznali za czasów komuny - zaczął przeglądać dokumenty i papierzyska pozostałe po rodzicach z tamtych czasów. Niewiele tego było, ale może jednak się uda. 
Mam wrażenie, że osoba Bronka jest w powieści jedynie przyczynkiem do ukazania losów Agaty i Michała. Bronek jest taki jak i cały wątek, którego jest bohaterem - trochę bez charakteru, taki niemrawy i bez uczuć. Może i nie jest to właściwe w sytuacji, gdy z innych wątków rzeką wylewają się emocje, ale niewątpliwe pozwala to odpocząć czytelnikowi od nadmiaru szczegółów i informacji, którymi zalewa nas autorka przedstawiając losy rodziców. 
Tak naprawdę fabuła książki prowadzona jest dwuwątkowo i opiera się na postaciach Agaty oraz generała Bolesława Nieczuja - Ostrowskiego. Matka Agaty przybyła do Francji przed wojną, w poszukiwaniu pracy. Los nie szczędził jej bólu i rozczarowań. Kiedy poznała Michała, zakochała się w nim bez pamięci. Nie przeszkadzało jej, że mężczyzna ma w Polsce żonę i dwójkę dzieci. Szybko związała się z Michałem, a owocem związku była właśnie Agata. Michał szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze i na samym początku wojny powrócił do Polski zostawiając we Francji Marię z dzieckiem. Agata szybko dorastała w silnym poczuciu bycia Polką. Żyła w ciągłej tęsknocie za ojczyzną podsycaną przez matkę. Niestety obraz Polski, jaki miała był w dużej mierze wykreowany przez stalinowską propagandę. Ani Ona ani matka nie wierzyły w zbrodnie katyńskie, choć w kronice filmowej widziały czaszki ze śladem po kuli. Propaganda była silniejsza i to pod jej wpływem kobiety postanowiły jednak wrócić do kraju. Jakież było zdziwienie, kiedy zamiast bogatego państwa zastały biedę i terror. 
Z powieści wyziera tragedia tamtych czasów i rozpacz pojedynczego człowieka, który nic nie może poradzić na panoszące się dookoła zło. Może tylko dzień po dniu walczyć o przetrwanie swoje i swojej rodziny i czekać na lepsze. Nie wiadomo, komu można zaufać nie wiadomo, kto przyjaciel, a kto wróg... Agata cierpi właściwie tylko dlatego, że urodziła się we Francji. To pozostawi w niej ranę na całe życie.... 
Powieść dobra, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że świetna, gdyby nie nadmierna szczegółowość autorki. Ja rozumiem, że pisała o tragicznej przeszłości swojego rodzinnego miasta i chciała w czytelniku pozostawić uczcie prawdziwości opisywanych zdarzeń. Zapewniam jednak, że gdyby użytych dat, faktów i dokumentów na ich potwierdzenie było o połowę mniej, powieść byłaby gładsza i przyjemniejsza w odbiorze. A tak podczas lektury musiałam bardzo uważać, aby nie zagubić fabuły. To psuło mi przyjemność czytania i powodowało, że lektura po prostu mnie nużyła. Nadmierna ilość szczegółów i nazwisk powodowała, że trudno było powiązać poszczególne osoby i wydarzenia, przez co nie mogłam w pełni przeżywać losów głównych bohaterów. Miejscami powieść zamieniała się w podręcznik do historii i to już drażniło mnie nieprzeciętnie. 
Pomimo tego zapewniam Was, że jeżeli powieść ta wpadnie w Wasze ręce - warto się nad nią pochylić. I niech Was nie zwiedzie słodka okładka. Treść książki wcale nie jest słodka. Jest przerażająca, ale należy ją przeczytać po to, aby pamiętać. Bo póki pamiętamy, zrobimy wszystko, aby ta historia nie powtórzyła się. 

sobota, 30 czerwca 2018

Ariel znaczy Lew czyli powieść, która szokuje

To niesamowita książka o niesamowitych ludziach. Dla niektórych pewnie nie do przyjęcia, dla niektórych bulwersująca, a dla jeszcze innych pokazująca to, że każdy człowiek zasługuje na szacunek. Nie ma znaczenia - biały czy czarny, katolik czy muzułmanin, homoseksualista czy heteroseksualista, Żyd, Polak, Niemiec.... 
Nie ukrywam, że sporo moich emocji podczas lektury wynikało z tego, że bohater powieści był skrzypkiem. Jak mój dziewięcioletni syn. Na szczęście Maro może w spokoju ćwiczyć i nie musi niemo grać, tylko przebierając paluszkami po gryfie i wyobrażając sobie dźwięki. Tak właśnie grał Ariel ukryty w szafie... Bo przecież, aby przeżyć, musiał siedzieć cicho, co wykluczało użycie smyczka... 
Powieść zaczyna się raczej bez emocji, ot tak - zwyczajnie. Oto młody człowiek, piszący prace naukową, postanowił podejść do problemu Holokaustu trochę inaczej niż wszyscy. Nie chce opisywać śmierci tysięcy ludzi pochodzenia żydowskiego, chce natomiast opisać losy ocalałych, ale bez zbędnego patosu - tak po ludzku. Codzienność takich rodzin, co czuli, gdzie byli i jak im się udało uratować. Pewnego dnia w bibliotece trafia na materiały o niejakim Arielu - Żydzie polskiego pochodzenia, który po prostu pragnie opowiedzieć swoją historię, ale nikt go nie chce wysłuchać. Każdy chce pisać o bohaterstwie i fartownym ocaleniu, a przecież historia Ariela jest zupełnie inna... 
W Krakowie podczas II wojny światowej trudno było Żydom normalnie żyć. Piętnastoletni Ariel, na swoje szczęście, był trochę oderwany od rzeczywistości. Jak każdy artysta nie do końca zdawał sobie sprawę, co się wokół niego dzieje. Pewnego dnia do mieszkania, w którym mieszkał z rodzicami i siostrą, zapukał oficer Wermachtu. Zwabiły go dźwięki skrzypiec, na których Ariel przepięknie grał. Młody chłopiec, czarujący wspaniałe melodie na tym arcytrudnym instrumencie, z miejsca zdobył serce niemieckiego oficera. Ale co to za miłość?! Piętnastoletni Żyd i trzydziestoletni oficer Wermachtu... Trudno szukać tu choćby cienia nadziei na szczęśliwe zakończenie. Panowie na razie cieszą się chwilami samotności i wzajemnym towarzystwem. Trudno im się rozstać, a jeszcze trudniej przyznać do tragizmu całej sytuacji. 
Powieść prowadzi nas przez całe życie Ariela. Dowiadujemy się jak przetrwał wojnę i co go spotkało w komunistycznej Polsce. Czy spotkał jeszcze swojego wojennego kochanka? Jak przetrwał? Co musiał znieść, aby przeżyć? Trudne pytania, ale odpowiedzi jeszcze trudniejsze... 
Zupełnie inną historią jest historia Roberta - studenta, który przeprowadza z Arielem wywiad. Czytelnik może obserwować jak młody człowiek zmienia podejście do sędziwego skrzypka. Od początkowej pobłażliwości, przez szacunek, aż do podziwu - wręcz miłości. On też się otwiera przed swoim rozmówcą i okazuje się, że niespodziewanie wiele ich łączy. 
Powieść zaskakuje - wręcz szokuje czytelnika. Wyobraźcie sobie, że sięgacie po powieść, nie czytając obwoluty (ja nie czytam tzw. polecajek, bo już nie raz zepsuły mi całą lekturę). Nagle okazuje się, że powieść traktuje o zakazanej w ówczesnych czasach miłości Żyda i Niemca. Co więcej - miłości osób tej samej płci! Nie jestem homofobem, nie należę do tzw. "polskich katolików", nie tępię uchodźców i popieram likwidację religii w szkołach, ale nawet ja byłam zaszokowana. Początkowo ubodło mnie lekkie podejście do tematu, ale potem stwierdziłam: hola hola! Dlaczego nie? Przecież życie jest bogate i nie raz mnie już zaskoczyło... Kiedy przełożyłam sobie w głowie, że to miłość jak każda inna tylko w trudnych czasach, zaczęłam smakować powieść niczym wytrawne wino. Nagle ukazało mi się całe jej piękno i delikatność poruszanego tematu. 
Polecam lekturę z całego serca przede wszystkim ludziom z otwarta głową i szerokimi horyzontami. Nie wątpię, że Was zachwyci. 

piątek, 29 czerwca 2018

Kraków czerwonych. Zamieszki krakowskie 1923, 1936

Książki historyczne często są po prostu nudne. Przebić się przez daty, fakty, opisy zdarzeń i analizę przyczyn i skutków, to dla zwykłego czytelnika nie lada wyzwanie. Takie książki można okrasić ilustracjami, tudzież zdjęciami, i wówczas nabierają one trochę bardziej ludzkiego charakteru. Można też powołać do życia kilku osobników i umieścić ich życie w opisywanej epoce. Wówczas - w zależności od intensywności opisów poczynań osobników - książka nabiera mniej lub więcej obyczajowego charakteru. W niedawno czytanym "Hotelu Varsovie", historia jest tłem dla perypetii głównych bohaterów. W powieści pt. "Kraków czerwonych…" jest odwrotnie. To historia jest główną damą powieści. Losy bohaterów zostają właściwie tylko muśnięte piórem. Miałam wrażenie, że tylko po to, aby czytelnika nie zabiła monotonność historycznych opisów. Co ważne - zabieg ten jest w pełni udany i w towarzystwie głównych bohaterów z ciekawością zanurzyłam się w historię międzywojennego Krakowa. 
Ot zwykła polska rodzina w niezwykłym, dopiero co odrodzonym na mapie Europy państwie. Tata - trener piłkarski, który właśnie oczekuje na bardzo ważny mecz swoich podopiecznych. Mama - kobietka wspierająca ojca na dobre i na złe i dbająca o syna. Syn - student, który z racji panoszących się wszędzie strajków uczestniczy w akcji przeciwdziałania fatalnym ich skutkom. Nasz młodzieniec trafił do ekipy, która zastępuje strajkujących pracowników poczty i roznosi po mieście przesyłki.
Opierając się o losy tych kilku osób, autor pokazuje nam historyczne wydarzenia widziane okiem przeciętnego obywatela. Trochę przez firankę, bo przecież wynik meczu jest na tę chwilę najważniejszy. Życie toczy się pomimo tego, że Naród Polski w okresie międzywojennym borykał się z trudną sytuacją ekonomiczną i wszech panującą drożyzną. Kraków położony na ziemiach należących do Galicji szczególnie mocno odczuwał te ekonomiczne zawirowania. Płace nie rosły, za to ceny żywności mknęły w górę niczym rakieta. Nic więc dziwnego że ludzie wyszli na ulice. Listopad 1923 roku i wiosna 1936 r. zapisały się w historii międzywojennego Krakowa dość krwawo. W 1923 r. w zamieszkach łącznie zginęło 15 robotników, 3 przypadkowych cywilów oraz 14 żołnierzy. Zginęło też 37 koni, które przewracały się i łamały nogi i łamały nogi na śliskim bruku. Ciężko czytać o wydarzeniach, do których popchnęła Krakowiaków zwykła ludzka bieda. 
Autor wyjątkowo zgrabnie prowadzi narrację tak, aby czytelnik nie znudził się historycznymi opisami. Owszem - jest trochę przemówień i opisów panującej sytuacji politycznej, ale to wszystko okraszono z jednej strony ciekawostkami z życia naszych bohaterów, a z drugiej - ciekawostkami historycznymi. Możemy np. dowiedzieć się, że policyjna blokada została złamana po akcji Wincentego Pietrzaka, który wjechał w nią wozem wyładowanym kapustą. To warzywo stanowiło - obok kamieni - świetną amunicję, którą zostali obrzuceni policjanci. Bardzo szybko zresztą funkcjonariuszów rozbrojono. 
Kiedy 13 lat później spotykamy ponownie naszych bohaterów, ich włosy przyprószyła siwizna, a nasz student zamienił się w pracownika. Jedno jednak nie uległo zmianie - Kraków nadal jest biedny, a jego mieszkańców nadal męczy drożyzna. Ludzie znowu wychodzą na ulicę. Tym razem jest groźniej, tłumniej - po prostu poważniej. Zrozpaczeni mieszkańcy stanęli naprzeciwko policjantów, którzy stwierdzili, że też są przecież mieszkańcami Krakowa i wcale nie mają zamiaru walczyć ze swoimi sąsiadami. Ten przejmujący moment pokazał, jak bardzo ludzi łączy bieda i frustracja. 
"Kraków czerwonych. Zamieszki krakowskie 1923, 1936" to książka o czasach, kiedy ludzie marzyli tylko o jednym - o świętym spokoju. Chcieli godnie żyć, mieć co jeść i w co się ubrać. Tymczasem okoliczności polityczne były wyjątkowo niesprzyjające. Stare chińskie przysłowie mówi: Obyś żył w ciekawych czasach. Pamiętajmy, że jest to forma przekleństwa, a nie życzenia powodzenia. Naszym bohaterom przyszło żyć w ciekawych czasach i słono za to zapłacili.

czwartek, 28 czerwca 2018

Tajemnice XI gimnazjum. Unia

Jako mała dziewczynka uwielbiałam powieść pt. "Godzina pąsowej róży". Bohaterka przenosi się w przeszłość i tam próbuje dostosować się do zaskakującej ówczesności. Z różnic kulturowych wynika wiele przezabawnych sytuacji, często niebezpiecznych dla bohaterki. Ania robi wszystko, aby wrócić do domu, przerażona pensją dla panien i ciasnymi niewygodnymi strojami Pokochałam tę książkę i dzięki niej rozpoczęłam poszukiwania pozycji o podobnej tematyce. Znalazłam jeszcze jedną, pt. "Małgosia contra Małgosia" i właściwie na tym musiałam poprzestać. Gdybym wtedy dorwała w swoje ręce "Tajemnice XI Gimnazjum" byłabym najszczęśliwszą nastolatką na świecie. Teraz pozostaje mi jedynie podsuwanie tej książki Starszej. :-) 
Ewa, Monika, Andrzej i Tomek są uczniami jednego z lubelskich gimnazjów. Łączy ich wspólnie wydawana gazetka szkolna i oczywiście przyjaźń. Pewnego dnia Andrzej zabiera przyjaciół w odwiedziny do swojej babci. Odwiedziny odwiedzinami, ale cel - oprócz pysznego jedzenia serwowanego przez babcię - jest zupełnie inny. Okazuje się, że w piwnicy babci znajdują się tajemnicze korytarze, które prowadza do... Właśnie. Kiedy nasi gimnazjaliści wychodzą z piwnic na powierzchnię zastają zupełnie inny świat. W bramie stoją strażnicy, ich ubrania są zupełnie inne niż te, do których są przyzwyczajeni, a za pazuchą kaftana każde z nich znajduje sakiewkę z monetami. Dzieciaki początkowo są zagubione i nie mogą dojść, co się wydarzyło. Szybko jednak okazuje się, że w niewiadomy sposób zostali przeniesieni do 1569 r. Ich ubiór wskazuje na to, że należą do bogatych i wpływowych rodzin. Szybko okazuje się, że są godnymi towarzyszami Pana Kochanowskiego, Klonowica czy też Reja. Spotykają również Imć Pana Twardowskiego, a kontakty z tym czarnoksiężnikiem sprowadzają na naszych bohaterów trochę kłopotów. Odwiedzają króla, uczestniczą w uczcie na zamku i podziwiają zwyczaje ówczesnego Lublina. 
To, co mnie urzekło to miłość autora do Lublina. Miasto przedstawione jest jako centrum handlu, polityki i ekonomii. To prawda, że dzieciaki przenoszą się w czasy, kiedy rozstrzygają się losy unii Polsko - Litewskiej jednak mam wrażenie, że więcej w tym wszystkim miłości autora do tego miasta niż rzeczywistej roli Lublina. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść świetnie oddaje urok i nastrój renesansowego miasta. Czyta się rewelacyjnie zwłaszcza, że powieść zawiera bardzo dużo historycznych faktów. Przecież pan Twardowski naprawdę istniał i był jednym z czarnoksiężników króla Zygmunta Augusta. Jan Twardowski zgodnie, z zapisami historycznymi, umiał wywołać ducha zmarłej Barbary Radziwiłłówny. Nasi gimnazjaliści mają możliwość biernego uczestnictwa zarówno w wywoływaniu ducha jak i w wielu innych wydarzeniach, które możemy poznać z podręczników do historii. 
Jedna rzecz mnie irytowała, a mianowicie brak celu. Dzieci przeniosły się do XVI wieku właściwie nie wiadomo po co. Oczekiwałam zadania, czegoś, co dzieci powinny zrobić, aby wrócić do domu. Tymczasem dzieci w nowym świecie zmuszone były działać trochę na oślep. Przy końcówce powieści okazało się, dlaczego tak było, ale nie zmienia to faktu, że przenosiny w czasie były trochę bezsensowne a powrót do domu do końca niewiadomy. 
Bardzo podobał mi się wątek więzienny. Nie wdając się w szczegóły, aby zbyt wiele nie zdradzić napiszę, że obok kolorowych straganów i rewelacyjnego lubelskiego targu, toczyło się inne życie. To świat więzienia, katów i niesłusznie oskarżanych ludzi. Mamy oskarżenie o czary i próby tortur... Nic więcej nie napiszę. 
Podsumowując - "Tajemnice XI Gimnazjum" to świetna książka godna polecenia starszym latoroślom. Przygoda goni przygodę, a umiejscowienie akcji w polskim mieście udowadnia, że nie trzeba żyć w świecie wampirów, aby ciekawie spędzić czas. Warto sięgnąć choćby po to, aby Unia Polsko - Lubelska przestała być suchym historycznym faktem, a stała się tłem do świetnych perypetii czwórki gimnazjalistów.

piątek, 18 maja 2018

Tajemnica zapomnianych podziemi

Ta niepozorna książeczka, licząca sobie raptem 140 stron, niesie w sobie wszystko to, co stanowi odzwierciedlenie marzeń dzisiejszych dzieci. W dobie komputerów, smartfonów i tabletów przygoda, jaką przeżyli bohaterowie "Tajemnicy..." jest czymś wyjątkowo cennym. Powieść przeczytałam w jeden ranek i zachwyciłam się. Czym? Prostotą przekazu, lekkim piórem i wspaniałą fabułą. 
Szymon i Jan są dwunastoletnimi kuzynami. Lubią wspólnie spędzać czas, choć często przeszkadza im siostra Jana - Milena. Pewnego dnia dzieci wraz z rodzicami wybierają się na wycieczkę rowerową zakończoną piknikiem. Kiedy rodzice siedzą na trawie z młodszym rodzeństwem, nasza trójka postanawia zbadać pobliski lasek. Jakież jest ich zdziwienie, kiedy w pobliżu łąki odkrywają wejście do tajemniczych tuneli. Postanawiają ukryć to w tajemnicy przed rodzicami. Następnego dnia organizują wyprawę mająca na celu eksplorację tuneli. Ich trochę nieodpowiedzialne działanie pociąga za sobą spore skutki. Pełna niebezpieczeństw wyprawa pokazuje młodemu czytelnikowi, jak ważne jest przewidywanie efektów swoich czynów. Brzmi może moralizatorsko, ale zapewniam Was, że na kartach powieści przekaz jest dużo łagodniejszy, choć bardzo wyraźny. 
Lektura budzi sporo emocji. Trochę strachu o losy naszym młodocianych odkrywców, trochę śmiechu, bo kiedy czytamy o wampirach i piciu krwi, to bez wyjątku - każdy się roześmieje. Dodam jeszcze, że w powieści istnieje drugi wątek, który mnie osobiście wzruszył. Miejscowy włóczęga i pijaczek okazuje się być zupełnie kimś innym, niż mieszkańcom wioski się wydaje. Przy rozwiązaniu zagadki gula w mym gardle nie chciała ustąpić. 
Cóż więcej napisać? Chyba tylko tyle, że rzadko można spotkać taką książkę. Szkoda, że okładka jest dość niepozorna przez co wielu rodziców szukających wartościowej lektury dla swoich pociech, po prostu "Tajemnicy zapomnianych podziemi" nie zauważy... 

wtorek, 8 maja 2018

Internat

Lubię takie książki. Mają w sobie coś magicznego. Trudno powiedzieć co, ale niewątpliwie emanuje z nich oryginalność i specyficzny nastrój. Niby zwykłe czytadło, niby nic ambitnego, a jednak fabuła "Internatu" pozostanie w mojej głowie na długi czas. To powieść niebanalna, choć przyjemnie prosta "w obsłudze". 
Już sama okładka przyciąga wzrok. Piękne, monumentalne gmaszysko kusi i przyzywa czytelnika. To własnie w tym budynku znajduje się tytułowy internat. Mieszkanki internatu są bohaterkami powieści, która zawojowała świat nastolatek. Współczesne dziewczyny są zafascynowane opisanym światem. Dyscyplina, posłuszeństwo, mundurki i przysłowiowy "ordnung" z niewiadomych przyczyn fascynują i przyciągają współczesną młodzież. Tej fascynacji przygląda się Wiktoria - młoda studentka socjologi, która postanawia napisać na ten temat pracę magisterską. Kiedy bierze  do ręki pierwsze wydanie "Internatu" wszystko zaczyna się zmieniać. Wiktoria przenosi się do książki, do ciała jednej z bohaterek, Anny Wolf. Dziewczyna nie jest zbyt lubiana, jednak nie ma to większego znaczenia. Nasza bohaterka zrobi wszystko, aby powrócić do swojego świata, ale czy to możliwe?
Wielką przyjemność sprawiła mi lektura opisów codziennego życia bohaterek - książkowego życia. To co dziewczyny robią, jedzą czy też mówią jest w dużej mierze uzależnione od tego, co autorka napisała w powieści. Nie muszą korzystać z toalety, bo nigdzie nie ma na ten temat wzmianki. Nie pocą się, nie kąpią... ale takie rozwiązanie ma też niewątpliwie wady. Np. posiłki są zupełnie bez smaku, co jest zrozumiałe zważywszy na fakt, że w powieści autorka w żadnym z rozdziałów nie skupiła się na opisie wspaniałości posiłków. 
Drugi wątek skupia się wkoło Adama - chłopaka Wiktorii. Kiedy Adam zauważa, że jego dziewczyna nie jest sobą, postanawia się z nią rozstać. Na szczęście szybko okazuje się, że Wiktoria to nie Wiktoria, a Adam... no nie mogę więcej napisać, bo zepsuję niespodziankę. Dodam tylko, że im dalej w lekturę tym bardziej robi się mroczno i straszno. Książka wciąga niczym magnes, a końcówki powieści nie należy czytać w mroku. Fascynujące opisy pogrążonego we mgle internatu i życia dziewczyn, uzależnionego od ludzi z zewnątrz, robią naprawdę niesamowite wrażenie. 
Trochę rozczarowało mnie zakończenie. Myślałam, że autorka wymyśli coś, co mnie zadziwi i będzie taką wisienką na torcie, a tu okazało się, że najprostsze sposoby są najbardziej skuteczne. Szkoda, bo miałam nadzieję na fajerwerki, a tu tylko pyknięcie. Nie ulega jednak wątpliwości, że powieść mnie oczarowała i przyjemnie zaskoczyła. Długo pozostanie w mej pamięci. 

środa, 31 stycznia 2018

Dotyk życia i śmierci

Czytam dużo i szybko. Najczęściej przemykam od książki do książki, poszczególne pozycje nie zostają zbyt długo w mojej głowie, a jeśli już zostają, to na krótko. Jest jednak taka niewielka grupa książek, która siedzi gdzieś w łepetynie z tyłu i od wielu, wielu lat towarzyszy mi w codziennym życiu. "Dom z papieru", "Przyślę Panu list i klucz", "Drużyna pierścienia"... te i kilka innych są moimi towarzyszami na dobre i na złe. Teraz ta lista powiększyła się o  "Dotyk życia i śmierci". 
Jeżu kolczasty, zupełnie nie rozumiem fenomenu tej niepozornej książeczki! Co ma takiego, że tak mnie zachwyciła. Kiedy zasiadałam do niej świadoma, że to debiut Pana Mateusza Kowalczyka, spodziewałam się mocnego średniaka. A tu taka niespodzianka. Książka inna niż wszystkie. Zachwycająca, porażająca i nietypowa. Tu nie ma fabuły w potocznym rozumieniu tego słowa. Tu mamy życie i śmierć przeplatające się nawzajem, muśnięcie dłoni, które przenosi nas z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera. Kiedy tak wędrowałam i obserwowałam losy poszczególnych osób zdałam sobie sprawę, jak ułudne i zwiewne jest to co - wydaje nam się - że mamy. Świat jest przebiegły i często widzi więcej niż my, co z iście szatańską przyjemnością wykorzystuje. 
Historie, które serwuje nam autor pozornie nie są ze sobą związane. Łączy je muśnięcie dłoni, ta iskra, która obraca nasz wzrok w stronę kolejnych bohaterów książki. Nastolatka przerażona niechcianą ciążą, wściekła żona, która odkryła, że mąż nadal ją zdradza, muzułmanin pragnący dostać się do raju, dwóch narkomanów po zażyciu prochów, dziewczynka siedząca na ławce z tabletem i chińczyk, którego do ratowania niewinnego życia popycha rozpacz po śmierci najbliższych. Wszystko niby oddzielne, niby autonomiczne, a jednak czytelnik mimochodem wyłapuje te cienkie nitki snujące się nad Warszawą, łączące naszych bohaterów. Jedne decyzje ważne inne błahe, jedne dotyczą pojedynczych osób, inne mają wpływ na tysiące istnień. I tylko ten ostatni dotyk, nieprzekazany...
Każdy bohater uchwycony został w tym ulotnym momencie, kiedy uwaga czytelnika przechodzi z jednej osoby na drugą. Autor stara się pokazać czytelnikowi motywy działania każdej osoby poprzez ukazanie pewnego epizodu z życia bohatera. Wydarzenie ważne i mające wpływ na całe jego życie często niestety jest brzemienne w skutkach dla wielu osób dookoła. Każdy bohater - w moim odczuciu dosłownie każdy - swoimi działaniami woła o pomoc, ale niestety często nie dostaje jej na czas, albo też krzyczy zbyt cicho i niezauważalnie.
Piękny język, lekkie pióro, szybkie zwroty i jedyny niepowtarzalny klimat powieści sprawiły, że dla mnie osobiście książka ta stanowi małe arcydzieło - zamknięte i skończone. Powieśc zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Pochłonęłam ja w jeden dzień, ale gdyby liczyła 1000 stron więcej, czytałabym z chęcią jeszcze i jeszcze i jeszcze... 
Panie Mateuszu, proszę o jeszcze! Jeżeli to jest Pana debiut, to niecierpliwie czekam, co Pan ma nam jeszcze do przekazania... O rety!
Książka genialna. 

czwartek, 19 lutego 2015

Strzeż mnie Aniele przed "Aniołem na ramieniu"

Jakoś ostatnio nie mam szczęścia do książek. Najpierw ta nieszczęsna Serenada, która wymęczyła mnie okrutnie, a teraz "Anioł na ramieniu". I to jeszcze przesłane przez wydawnictwo do recenzji... Trudno, nie mam zamiaru owijać w bawełnę.
Książka straszna. Miałka, bez wyrazu, przypomina trochę wypracowanie gimnazjalistki, która urzeczona seksem próbuje snuć jakieś erotyczne fantazje. Autorka ma chyba jakiś problem ze swoją tożsamością. No po prostu odjazd w ciapki.
Treść? Cóż - jest. Niestety bardzo mizerna. Spotykamy Adelinę - piękną kobietę nieszczęśliwą w swojej samotności. Jest na tyle atrakcyjna, że każdy mężczyzna patrzy na nią jak na łakomy kąsek. Po prostu nie może się od facetów opędzić. Pewnego dnia nasza bohaterka poznaje Jana będącego ekscentrycznym, bardzo przystojnym mężczyzną. Cóż poradzę, że "50 twarzy Greya" staje mi przed oczami i nijak nie chce stamtąd zniknąć ? Podobieństwo uderzające zwłaszcza, że nasz bohater również lubi być agresywny w okazywaniu uczuć. Co więcej, panienka Adelinka jest tak samo naiwna jak panienka z Greya. On jej mówi: "spadaj", a Ona dalej brnie w to uczucie. Kiedy On ją uderzył, Ona udaje, że się nic nie stało. Te opisy naiwności przechodzącej w głupotę tak mnie wściekały, że musiałam na parę minut porzucać książkę. Do tego strasznie mnie drażniły scenki erotyczne. Nie jestem osobą pruderyjną i nie chodzi o to, że byłam speszona, czy zakłopotana. O nie! Chodzi o to, że Pani Anna Daszuta próbowała stworzyć książkę erotyczną, a wyszło jak wyszło. Pan Grey przy "Aniele" jest mistrzostwem świata. Tymczasem autorka robi z siebie seksualnego wampa (sam adres strony www.seksualna.me mówi dość sporo) i próbuje za tym obrazem pociągnąć swoją powieść... Na tym skończę, bo mnie znowu poniesie.  
Jak powieść się kończy? Właściwie się nie kończy. Wyraźnie widać, że autorka pozostawiła sobie otwarte drzwi do drugiej części. Problem tylko taki, że to są na oścież rozwarte wrota. Książka po prostu się nie kończy. Obracałam ostatnią kartkę kilka razy zastanawiając się, czy to nie przypadkiem jakiś błąd w druku. Dopiero po wejściu na stronę autorki zrozumiałam, że szykuje nam Ona kolejne przygody z Adeliną.
Na marginesie dodam, że gdzieś w połowie książki ni stąd ni zowąd okazuje się, że bohaterka jest chora. Choroba (poważna) do treści nic nie wnosi oprócz uczucia litości dla bohaterki. Po co autorka to zrobiła nijak nie mogę pojąć. Na mnie zadziałało to jak płachta na byka. Gruba przesada.   
Oprócz marnej treści wyraźnie widać też brak dbałości o formę. Autorka nie przykłada specjalnej wagi do chronologii, jednak to jeszcze jestem w stanie przyjąć. Nie potrafię jednak czytać powieści w której wydarzenia są zawieszone w próżni. Czytelnik nie ma żadnego punktu odniesienia i dopiero po pewnym czasie   chaotycznego czytania orientuje się gdzie daną scenę na osi czasu zawiesić. Efekt jest taki, że przez połowę książki czułam się jej lekturą po prostu zmęczona. 
Jedynym usprawiedliwieniem dla tak marnej powieści  jest to co autorka napisała na swojej stronie. Pisanie tej powieści zajęło jej... trzy tygodnie. TRZY TYGODNIE. Szkoda. Może gdyby Pani Anna Daszuta poświęciła jej trochę więcej czasu to wykrzesałaby z niezłego pomysłu coś większego, a tak... szkoda gadać. 
Jaki z tego morał? Moja miłość do aniołów została wystawiona na bardzo ciężką próbę. Do niedawna wszystko, co kojarzyło mi się z aniołami brałam bez mrugnięcia okiem. No cóż, teraz sto razy się zastanowię. :-) 

czwartek, 28 lutego 2013

Bajka o odnalezionym Słoneczku


Piękną książeczkę wczoraj przeczytałam! Króciutkie opowiadanie, prześlicznie ilustrowane o ważnych sprawach i problemach - zarówno tych dziecięcych jak i tych dorosłych. 

Pewnego dnia Mama i Tatuś poszli na spacer, w trakcie którego spotkali kaczuszki. Dziwiły się one, że Rodzice nie mają swojego dziecka. "A wy tak sami spacerujecie? Gdzie Wasze Maleństwo?". Rodzice pomknęli na poszukiwania swojego słoneczka. Spotykają miłą Panią, która pomaga im przejść przez całą żmudną procedurę. Oczywiście rodzice spotykają swoje Słoneczko i wszystko kończy się bardzo szczęśliwe. 
Autorka delikatnie pokazuje małemu czytelnikowi, że droga do adopcji nie jest prosta. Opowiada o ośrodku adopcyjnym, o częstych wizytach w domu dziecka, o oswajaniu siebie nawzajem. Aż w końcu: "Dziecko uśmiechnęło się do przybyszów. Rodzice odwzajemnili gest. Uśmiechy spotkały się gdzieś pośrodku drogi i zaczarowały rodziców i Dziecko. Całej trójce zabiły mocno serduszka."    
Temat adopcji jest bardzo trudny zwłaszcza dla dzieci, nawet tych starszych. Wprowadza strach i zamieszanie w małej główce: Jak to jest, że niektórzy rodzice nie kochają swoich dzieci? Może ja też jestem adoptowany? Dlatego warto ten temat oswoić, pokazać maluchom, że adopcja jest czymś dobrym i może samotnym dzieciom odmienić całe życie. 
Bardzo prosty język i elementy magiczne (jak np. gadające kaczuszki) wprowadzają nastrój baśniowy. Dobrze, że tak jest, bo to powoduje, że łatwiej jest po lekturze porozmawiać z małym czytelnikiem i wyprostować pewne nieścisłości, których objęcie małym umysłem jest po prostu za trudne.
Książeczka jest prosta, a mimo to niebanalna. Moja Starsza dość mocno ją przeżyła. Bardzo długo wpatrywała się w obrazek przedstawiający dom dziecka, na którym wszystkie małe buzie są smutne. Jej reakcja była tak silna, że zastanawiałam się, czy nie pomknie za chwilę do pokoju pakować swoich ulubionych zabawek dla dzieci z domów dziecka.
Jeżeli macie ochotę porozmawiać ze swoimi pociechami na trudne tematy i potrzebujecie literackiej pomocy - książeczka ta jest w sam raz dla Was. Zresztą uważam, że takie książki przydadzą się w każdym domu. Nie wiadomo co naszym pociechom może strzelić do głowy i kiedy taka rozmowa będzie potrzebna...
"Czym jest adopcja? - zapyta kiedyś nasze Słoneczko. 
- Tym wszystkim o czym jest ta książeczka: tęsknotą, poszukiwaniem, spotkaniem, radością, miłością, stworzeniem nowej rodziny, w której od tej pory są razem i na zawsze: Dziecko tata i Mama." 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Twarda szkoła życia

Kiedy zobaczyłam okładkę książki pomyślałam, że to kolejna powieść ukazująca losy dzieciaczków w domach dziecka. Powieść chwytająca za serce i budząca wiele uczuć. Niestety nie. Losy bohaterki w domu dziecka to tylko wierzchołek góry lodowej, przyczynek do tego, kim się stała. Jej siła i mordercza pewność, że po każdym upadku należy się podnieść i iść dalej, jest ogromna i niezaprzeczalna. A książka? Książka powinna być poranną lekturą dla każdego, kto uważa, że jego życie jest nieudane. Może losy Oli pomogą mu zauważyć iskierkę nadziei....
Głowna bohaterka Ola - jak sama o sobie pisze - urodziła się bo nie miała innego wyjścia. Jej matka (autorka zawsze pisze o niej z małej litery podkreślając swój brak szacunku do niej)  początkowo chciała Ją sprzedać, jednak nie znalazła nabywcy. Nie zrzekając się praw rodzicielskich oddała ją do domu małego dziecka. Tu zaczyna się gehenna Oli, która trwa bardzo długo. Dziewczynka jako kilkuletnie dziecko bierze udział w wykopkach, szoruje podłogi, pieli grządki. Do tego ciągłym towarzyszem jest głód i brak miłości. Dzieci walczą o każdy ciepły gest. Kiedy trafia do domu dziecka do tego wszystkiego dochodzi jeszcze brutalna i wszechobecna przemoc. Niesamowite jest dla mnie to, że nawet w szkole sieroty uznawane były za gorszego człowieka, odmieńca. Co te dzieciaczki były winne? Kiedy jedna z koleżanek zaprosiła Olę do swojego domu Matka dziewczynki wyzwała ją i wyrzuciła za drzwi. Koszmar.
Nieszczęściem Oli była matka.Kiedy otrzymała większe mieszkanie wzięła Olę do siebie. Okazało się, że pobyt w domu dziecka to istny raj w porównaniu z piekłem jakie przygotowała jej ona. Tłukła ją czym popadło, ciągnęła po podłodze za włosy, poniżała, raniła i kaleczyła na całe życie. Wiele razy wyrzucała ją z domu. Dziewczyna żyła wtedy z kradzieży, spała po strychach i piwnicach. 
Autorka opisuje swoje losy właściwie do dnia dzisiejszego. Obecnie żyje w Berlinie z synem gdzie zajmuje się prowadzeniem domu kilku zamożnym rodzinom i prowadzi ogrody. Można powiedzieć, że jest szczęśliwa. Na swój sposób...
Książka jest pełna emocji. Już sam sposób jej napisania wskazuje, że autorka traktuje ją jako swoistego rodzaju oczyszczenie. Nie ma tu rozdziałów, myśli płyną nieukształtowane, prosto z serca. Pani Ola przeskakuje z tematu na temat starając się zachować chronologię. Kilka razy miałam ochotę przeskoczyć kilka stron ale przy lekturze tej powieści to nie jest możliwe. Każdy akapit zawiera tyle emocji i faktów że przeoczenie choćby pół strony gubi czytelnika. Autorka z otwartością i rozbrajającą szczerością opisuje swoją naiwność która z czasem przeistacza się w gruboskórność konieczną dla przetrwania. Nie ubiera swoich losów w barwy, ukazuje je brutalnie i prawdziwie, aż czytelnikowi burzy się krew z gniewu. Jak tak może być? Skąd tyle zła w stosunku do jednej osoby?  I dlaczego nikt nie pomógł. 
Książki nie czyta się łatwo; myślę, że głównie przez ten potok myśli zdarzeń i opisów. Niemniej jednak zapewniam, że warto. Rzadko kiedy człowiek spotyka się z taką wolą przetrwania....
"Twarda szkoła życia" to książka - spowiedź. To przestroga dla wszystkich i wołanie o miłość. Autorka pokazuje społeczeństwo zamknięte w swoich czterech ścianach, obojętne na losy zarówno małej dziewczynki jak i dorastającej kobiety. Właściwie na palcach jednej ręki można policzyć osoby życzliwe, które pomogły Pani Oli. Autorka ukazuje zło domu dziecka i systemu, który zmusza sieroty do walki o życie, o przetrwanie. 
Książkę polecam. Warto ją przeczytać choćby po to, aby dostrzec piękno własnego  życia i docenić wszystko to co się ma. Nawet okruszki dnia codziennego. 

niedziela, 17 lutego 2013

Anielska pomyłka

Bardzo, ale to bardzo lubię anioły. Towarzyszą mi od dawna, właściwie od narodzin mojej córki. W naszym domu jest ich pełno... wszędzie, w każdym kącie. Jeden wisi na ścianie w kuchni, inny pilnuje przedpokoju, jeszcze inne strzegą moich dzieci. Jakoś tak ostatnio się składa, że w czytanych książkach też jest anielsko. Zupełnie niedawno czytałam "Tam gdzie spadają anioły", (swoją drogą mocna książka) wcześniej "Zawsze przy mnie stój", a teraz "Anielska Pomyłka". Powiem jedno - żadna z tych książek mnie nie zawiodła. 
"Anielska pomyłka" to książka magiczna, świetna w swej diabelnie skomplikowanej prostocie. Jeżeli bowiem przyjąć, że Bóg istnieje (a co za tym idzie Anioły również) to cała ta historia jest prosta. Do bólu. Przyjmujemy ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jeżeli natomiast wiary brak... cóż, wówczas czytelnik ma problem. 
Nie wiem czy mam streszczać fabułę. Boję się, że zdradzę zbyt wiele i popsuję całą magię tej powieści. Krótko. Maja jest kobietą szczęśliwą. Ma wspaniałego męża Michała, cudownego syna, prześliczną córeczkę, pogodną matkę i niesamowicie miłych i wyrozumiałych teściów. Nikt by nie przypuszczał, że na jej życiu zalega cień. W młodości w katastrofie lotniczej ginie jej mąż i córeczka Laura. Maja długo nie może się podnieść z tej tragedii. Kiedy już się udaje i duchy przeszłości zostają zagnane do najdalszej czeluści serca, nagle odżywają na nowo i to w najbardziej niesamowity sposób. Obok losów Mai poznajemy losy wszystkich jej bliskich. Tych żyjących i tych nieżyjących... ale czy aby na pewno? Okazuje się, że wszystko jest względne. A w ogóle do czego to podobne, żeby anioł popełnił aż TAKĄ pomyłkę... i to tak brzemienną w skutkach ??? Chciałoby się napisać tak wiele....
Urzekł mnie talent autorki do budowania napięcia. Początkowo książka to opowieść o kobiecie jakich wiele. Po kilkunastu stronach czytelnik zaczyna szukać czegoś wyjątkowego, Niby nic nie daje ku temu powodów - a jednak. Autorka skacze pomiędzy postaciami co więcej - przeskakuje również w czasie, co powoduje, że szukamy, uparcie szukamy ... W połowie książki już wiedziałam - łatwo nie będzie. I kiedy wszystko się wyjaśniło, a anielski plan ukazał się w całej okazałości mnie ogarnęło... Zwątpienie? Przerażenie? Chyba mieszanka i jednego i drugiego. Bo jeżeli rzeczywiście jest gdzieś Ktoś, kto tak łatwo kieruje naszymi losami, Kto ma takie możliwości ingerencji w nasze życie, to nam nic innego nie pozostaje jak przejść przez nie i cieszyć się tym co mamy..
Książkę świetnie się czyta. Krótki rozdziały, lekkie pióro, ciągłe trzymanie czytelnika w napięciu, to wszystko składa się na czytanie na tzw jednym oddechu. Tak właśnie przeczytałam tę książkę. Pochłonęłam. Powiem więcej - na pewno przeczytam ją jeszcze raz, bo dopiero przy drugim czytaniu można delektować się szczegółami i niuansami, których przy pierwszym razie czytelnik nie dostrzega. One są widoczne dopiero wówczas kiedy poznamy efekt anielskiej pomyłki.
Każdemu kto lubi magiczne książki - polecam. 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Telegram Novae Res

Mam wiadomość dla wszystkich tych, którzy swoją twórczość trzymają w przysłowiowej szufladzie :-)
Wydawnictwo Novae Res organizuje konkurs pt. „Literacki Debiut Roku”, który inicjowany jest w celu promowania polskich debiutantów w zakresie literatury pięknej. Głównym celem konkursu jest wyłonienie w danym roku kalendarzowym najlepszej powieści, która nie była dotychczas nigdzie publikowana w wersji drukowanej.
Literacki Debiut Roku ma być inicjatywą, dzięki której odnajdziemy i wypromujemy utalentowanych rodzimych debiutantów, których twórczość ma za zadanie odświeżyć polski rynek literacki” – mówi Wojciech Gustowski, redaktor naczelny Wydawnictwa Novae Res.
Konkurs składać się będzie z trzech części. Pierwsza z nich obejmować będzie zbiórkę zgłoszeń konkursowych oraz ich wstępną weryfikację przez Komisję Opiniującą, która wyłoni pięć utworów nominowanych do nagrody. W drugiej części walory literackie nominowanych przez Komisję Opiniującą utworów oceniać będzie Kapituła Konkursu, w której skład wchodzą:
Prof. dr hab. Jolanta Maćkiewicz
Dr Anna Ryłko-Kurpiewska
Prof. dr hab. Michał Błażejewski
Red. nacz. mgr Wojciech Gustowski
Red. mgr Krzysztof Szymański

Trzeci etap konkursu stanowi wyłonienie przez Kapitułę Konkursu trzech laureatów, którzy zajmą kolejno I, II i III miejsce w konkursie. Na laureatów konkursu czekają bardzo atrakcyjne nagrody:
I miejsce – tytuł „Literacki Debiut Roku”, statuetka, laptop, eleganckie pióro, opublikowanie zwycięskiego utworu drukiem, jego dystrybucja oraz promocja przez Wydawnictwo Novae Res.
II miejsce – dyplom, elektroniczny czytnik książek, eleganckie pióro, zestaw 10 egzemplarzy książek.
III miejsce – dyplom, eleganckie pióro, zestaw 10 egzemplarzy książek.
Konkurs ma mieć charakter cykliczny i ustanawiany być co roku. Konkretne terminy będą podawane do publicznej wiadomości z odpowiednim wyprzedzeniem. Obecna edycja trwać będzie od 15 czerwca 2011 roku do 31 stycznia 2012 roku. Nadsyłanie zgłoszeń upływa dnia 31 października. W obliczu spadku czytelnictwa w Polsce, przy ogromnym potencjale, jaki drzemie w polskich autorach, postanowiliśmy dać im szansę zaistnienia na rynku literackim. Mamy nadzieje, że konkurs spełni swoje zadanie i zbierze jak największą liczbę zgłoszeń polskiej prozy współczesnej. Zachęcamy wszystkich, którzy wierzą w swój talent do przystąpienia do konkursu „Literacki Debiut Roku” – mówi Wojciech Gustowski.
Zgłoszenia do konkursu dokonuje autor powieści lub osoba przez niego upoważniona, przesyłając do dnia 31 października 2011 jej wersję elektroniczną (zapisaną w formacie doc lub rtf na płycie CD lub DVD), 
Oficjalna strona konkursu: www.literackidebiutroku.pl
Jakże chciałabym poznać zwycięzcę...