Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Obłęd serca, Chelsea Cain

Od jakiegoś czasu w mieście giną młode dziewczyny w podobnym wieku. Śledztwem zajmuje się Archie Sherdan, przełożony zespołu śledczego, który po niespełna dwoch latach przerwy wrócił do pracy w policji. Mogłoby się wydawać, że nie różni go nic szczególnego od pozostałych funkcjonariuszy prawa, a jednak on jako jedyny zdołał schwytać seryjną morderczynę, która przez 10 lat zabijała przypadkowe ofiary. Gretchen, wykazując niezwykle wysoki poziom inteligencji oraz typową dla psychopatów umiejętność zjednywania sobie ludzi, porwała policjanta i przez dziewięć kolejnych dni powoli go uśmiercała, urozmaicając mu czas wymyślnymi torturami. Z tajemnicznych jednak powodów nie pozwoliła Archiemu umrzeć, zadzwoniła po karetkę, tracąc przy tym wolność. Teraz w mieście ponownie pojawia się seryjny morderca, a policja ma coraz mniej czasu, gdyż życie kolejnej uczennicy wisi na włosku. Archie rozpoczyna dochodzenie, mając u swego boku ekscentryczną dziennikarkę Susan, której zadaniem jest napisanie serii odpowiednich artykułów. 

Ostatnimi czasy bardzo wzięło mnie na seryjnych morderców, szczególnie na nadwyraz inteligentnych psychopatów lub socjopatów, którzy z łatwością potrafią manipulować, omamiać i z zadziwiającą precyzją zabijać innych ludzi. Taką właśnie osobą okazała się być pozbawiona skrupułów Gretchen Lowell, która według opinii publicznej po raz pierwszy okazała łaskę swojej ofierze. „Obłęd serca” autorstwa Chelsea Cain rozpoczyna się sceną z porwania Sherdana i pierwszymi jego chwilami w zamknięciu z seryjną morderczynią. Kiedy już autorce udało się wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, a za sprawą odpowiednich opisów przyprawić go o dreszcze bólu, przeszła do przedstawienia przewodnich wydarzeń powieści, związanych ze sprawą porwań i morderstw młodych dziewczyn.

Opisana historia składa się z przeplatających się ze sobą rozdziałów, odpowiednio napisanych z punktu widzenia policjanta oraz różowowłosej dziennikarki. Dzięki temu odbiorca ma możliwość lepiej poznać te dwie przewodnie postacie, zrozumieć powody, dla których postępują one w taki, a nie inny sposób. Co jakiś czas pisarka decydowała się na uchylenie rąbka tajemnicy i zapoznawała czytelnika z wydarzeniami, które miały miejsce dwa lata temu. Ciekawość czytelnika była stopniowo rozbudzana przez pisarkę, dlatego aby poznać piekło przez jakie przeszedł Archie, jego destrukcyjny związek z psychopatką, należy zapoznać się tak na prawdę z całą książką. Pisarka na tyle sprawnie przeprowadziła akcję powieści, że czytelnik w gruncie rzeczy czyta dwie zgrane ze sobą historie, jednak cały magnetyzm tytułu tkwi właśnie w zarysowanej relacji między ofiarą a bezlitosnym katem.
"Zabiła go. Zamordowała mojego męża. [...] - spojrzała znacząco na Susan. - I wiem, kim stał się Archie po powrocie."*
Wykorzystany przez Chalsea Cain język jest lekki i prosty, a stopniowo rozkręcająca się akcja, urozmacona kolejnymi wątkami pobocznymi, zachęca czytelnika do kontynuowania lektury. W powieści każdy element: od kreacji postaci po zarysowanie świata przedstawionego idealnie ze sobą współgra, jest na tyle dopracowany, iż zapoznanie tej historii jest kwestią mile spędzonego czasu. Na największą uwagę zasługuje, jak łatwo się domyślić, osoba seryjnej morderczyni, która nie tylko fascynuje pozostałe postace, ale też czytelnika. Ma ona w sobie coś takiego, że mimo, iż jest czarnym charakterem, że odborca ma możliwość zapoznać się z jej metodą działania, to jednak nie ma względem niej negatywnych uczuć.

„Obłęd serca” to bardzo dobra powieść, która pochłonie czytelnika na kilka godzin. Umożliwia ona zapoznawanie się z historią w towarzystwie zrujnowanego psychicznie policjanta oraz dziennikarki, która skrywa własne demony przeszłości. Ich poczynania nie są tak łatwe do przewidzenia, jak mogłoby się wydawać, dlatego akcja powieści może kilkakrotnie zaskoczyć. Komu więc polecam powieść tej amerykańskiej pisarki? Przede wszystkim wszystkim fanom kryminałów z intrygującą kreacją psychopaty w tle.   
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 342
Data premiery: 20. 03. 2008r.
Ocena: 5/6
* 134str.
Dalsza część recenzji

sobota, 25 października 2014

Pustynna Włócznia I i II, Peter V. Brett

Krasja jest krajem sławnym przede wszystkim ze względu na swoich walecznych mieszkańców, którzy jako jedyni mają odwagę stanąć do walki z demonami, pojawiającymi się o zachodzie słońca. Częścią bogatej kultury tego miejsca jest wiara w Everama, a zgodnie ze świętą księgą Kajiego, wybrany przez Najwyższego poprowadzi lud, jednocząc go z niewiernymi i zniszczy on raz na zawsze potwory, wyłaniające się z Otchłani. To właśnie w Krasji przyszedł na świat Jardir, niegdyś przyjaciel Arlena, wojownik, okrzyknięty przez lud Wybawicielem. Problem jest tylko jeden, w zielonych krainach podobnym tytułem został okrzyknięty Naznaczony, który wraz z przyjaciółmi, Leeshą i Rojerem, stara się przygotować mieszkańców nie tylko do walki z demonami, ale przede wszystkim z Krasjanami, którzy rozpoczęli już swój najazd. 

„Pustynna Włócznia” stanowi drugi tom serii o Malowanym Człowieku i podobnie jak pierwsza część został on podzielony, z niezrozumiałego, a zarazem łatwego do odgadnięcia powodu, na dwie księgi. Jest to dość komiczne, ponieważ historia zostaje nagle przerwana w połowie i czytelnik musi sięgnąć po drugi tom, aby poznać dalszy przebieg urwanego wątku. Obie książki są do prawda dość obszerne, jednak gdyby nie fakt, że miałam następną część pod ręką, byłabym naprawdę bardzo zirytowana. Dlatego też zarówno pierwsza, jak i następna księga „Pustynnej Włóczni” jest traktowana przeze mnie jako całość, która nie powinna być dzielona przez polskiego wydawcę.

Drugi tom cyklu demonicznego trzyma, ku mojej uciesze, poziom, chociaż różni się w kilku aspektach od „Malowanego człowieka”. Przez większą część lektury czytelnik zapoznaje się bowiem z historią Jardira, kulturą i obyczajami, panującymi w Krasji. Tym samym cofa się w historii i spogląda na pewne kwestie z przeciwnej strony. Ma to swoje plusy, ponieważ odbiorca lepiej poznaje postać jednej z głównych postaci i jest w stanie zrozumieć podjęte przez nią decyzje. Nie każdemu spodoba się jednak taki sposób prowadzenia akcji, a zwłaszcza tym, którzy byli ciekawi dalszych losów Arlena i Leeshy. Do tego drugiego grona zaliczałam się także i ja.

 Początkowo czułam się zawiedziona, ponieważ została opisana historia innego, jeszcze niezbyt lubianego przeze mnie bohatera, a „Malowany człowiek” skończył się w takim momencie, że jak najszybciej chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Wkrótce potem historia z Krasji porwała mnie, nawet mimo tego, że była spokojniejsza i nie działo się w niej tak wiele jak w Wyzwolonych Miastach czy Zakątku. Kiedy na powrót pojawiły się rozdziały związane z Arlenem, Leeshą i Rojerem książka rozkręciła się i... odbiorca był zmuszony sięgnąć po „Pustynną Włócznię II”.

W drugim tomie „Malowanego człowieka” pojawia się kilkanaście nowych postaci, ale to w drugiej księdze dzieje się najwięcej, a akcja jest szybsza i bardziej wcągająca. Dochodzi również nowy wątek, historia Renny, przyrzeczonej za młodu Arlenowi. Rozdziały poświęcone tej historii są rozbite, przez co robią odbiorcy niemałą ochotę i zmuszają go do kontynuowania lektury.

„Pustynna Włócznia” trzyma dobry poziom, pozwala spojrzeć trochę z innej perspektywy na przedstawione wydarzenia oraz poznać czynniki, przez które Krasjanie postępują tak, a nie inaczej. Do mankamentów powieści mogę zaliczyć nie zachowanie przez autora chronologii i w dalszym ciągu za bardzo nie wiem, czemu miało to tak naprawdę służyć. Mimo tego, polecam, a osoby, które nie miały okazji zapoznać się jeszcze z "Malowanym człowiekiem", zachęcam do rozpoczęcia tej niezwykłej przygody w świecie, gdzie po zachodzie słońca prym wiodą łaknące krwi demony.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 515 + 657

Data premiery: 2010r.
Ocena: 5/6 
Dalsza część recenzji

wtorek, 21 października 2014

Wielki Marsz, Stephen King

Iść, ciągle iść... i nie jak w słowach piosenki „w stronę słońca”, ale prosto przed siebie, tak jak prowadzi droga. Bez względu na warunki pogodowe: w upalnym słońcu, deszczu czy gradzie – to jest ich zadanie, mają maszerować do utraty sił, dosłownie. Każdy z uczestników, który stanie, bądź będzie szedł z nieodpowiednią prędkością, musi liczyć się z otrzymaniem kulki w głowę. Stu zawodników i tylko jeden zwycięzca, a po bokach widzowie, napawający się widokiem wyczerpanych idących. Garraty jako jeden z uczestników Wielkiego Marszu wędruje dziesiątki i setki kilometrów przed siebie, będąc świadkiem wielu nieprzyjemnych scen. W tej dalekiej od wesołości scenerii nawiązuje przyjaźnie i coraz bardziej rozumie okrutną rzeczywistość, której stał się częścią. 


Wykorzystany przez Stephena Kinga język nie zachwyca, jest surowy i prosty, a wypowiedzi bohaterów opatrzone są sporą liczbą wulgaryzmów. Podobnie napisana przez niego historia nie robi wielkiego wrażenia, jednak „Wielki Marsz” ma w sobie to trudne do sprecyzowania „coś”, co zachęca czytelnika do czytania i przewracania kolejnych stron powieści. Być może zasługa leży w sprytnym dawkowaniu informacji? Odbiorca nie poznaje od razu wszystkich szczegółów związanych z organizowanym marszem albo też pobudek, dla których chłopcy postawili postawić na szali swoje życie. Niektóre kwestie wyjaśniają się dopiero pod koniec lektury, wprawiając czytelnika w zdumienie, a inne – w ogóle.

 Można więc powiedzieć, że odbiorca jedynie z czystej ciekawości może być popchnięty do dalszego zapoznawania się z losami uczestników Wielkiego Marszu. Każdy z nich jest bowiem inny, jedyny w swoim rodzaju, a jednak łączy ich jeden cel – wygrana. Stephen King nie przedstawił sylwetek wszystkich stu chłopaków, wybrał spomiędzy nich kilku istotniejszych, dlatego historia wydała się być bardziej rzeczywista, bo w końcu jest niemożliwością, aby Garraty wchodził w większe interakcje z taką liczbą osób. O śmierci każdego z uczestników zostajemy jednak poinformowani i momentami było to dla mnie kłopotliwe ze względu na problem z kojarzeniem przeze mnie imion wszystkich pojawiających się w lekturze postaci.
"Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia."*
 Czytelnik ma za sprawą powieści możliwość niejako uczestniczyć wraz z głównym bohaterem w tym wydarzeniu, a co za tym idzie: poznawać jego myśli, przysłuchiwać się rozmowom z pozostałymi i zaznajawać się z wykreowanym przez pisarza obrazem. W „Wielkim Marszu” zbyt wiele się tak naprawdę nie dzieje: chłopcy idą, rozmawiają, niektórzy z nich tracą siły, a potem też życie – i tak w kółko. Akcja jest jednostajna, autor nie śpieszył się z jej prowadzeniem, a to sprawia, że lektura „Wielkiego Marszu” jest zajęciem na dłuższy czas. Wydaje się, jakby było to celowym zamierzeniem pisarza, odbiorca wyraźniej odczuwał grozę i zmęczenie od tego dłużącego się marszu.


Wszyscy ci, którzy chociaż trochę znają twórczość Stephena Kinga wiedzą, że nie cacka się on ani z czytelnikiem, ani z wykreowanymi przez siebie postaciami. „Wielki Marsz” nie jest lekką lekturą ze względu na opisaną historię, bezuczuciowy sposób jej opowiedzenia oraz wszechobecny zapach potu, krwi i śmierci. Zmusza on również do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami i chociażby to sprawia, że jest pozycją większej uwagi.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 240
Data premiery: 1999r.
*str. 82
Dalsza część recenzji

niedziela, 5 października 2014

Miasto 44, Marcin Mastalerz

W tym roku, a dokładniej 19 września, na ekranach kin pojawił się film w reżyserii Jana Komasa, o którym zaczęło być głośno na długo przed jego premierą. Mowa oczywiście o „Mieście 44”, który jako jeden z nielicznych polskich produkcji porusza tematykę powstańczą. Nie lada zaskoczeniem okazała się być dla mnie informacja odnośnie powieści, napisanej na podstawie scenariusza filmu. Pełna wątpliwości zabrałam się więc za lekturę „Miasta 44”, aby praktycznie od razu zostać przeniesionym do miejsca, gdzie strach i niepewność są nieodłączną częścią codzienności.

Przedstawiona historia opisuje losy młodych ludzi, a przede wszystkim Stefana, który przez realia wojny musiał przejąć obowiązki ojca i wcielić się w rolę głowy rodziny. Momentem zwrotnym w dosyć spokojnej egzystencji głównego bohatera staje się otrzymanie przez jego przyjaciółkę, Kamilę, zadania – przekazania otrzymanego pistoletu konspiracyjnej organizacji. Od tej chwili nic już nie będzie takie  samo. Stefan traci stałą pracę w fabryce, a tym samym cenne papiery, uniemożliwiające wysłanie go do robót za granicę, w zamian za to, zostaje stopniowo wdrażany w działalność podziemia, gdzie zaprzyjaźnia się z jego zaangażowanymi członkami. 

„Miasto 44” jest książką nietypową chociażby ze względu na jej wygląd zewnętrzny. Ma ona zupełnie inny format: twardą oprawę, wysokiej jakości kartki grubego papieru, a przede wszystkim – zdjęcia, dużo zdjęć, przedstawiających sceny z filmu. Publikacja napisana przez Marcina Mastalerza prezentuje się naprawdę okazale i wyjątkowo, a obecność ostatniego elementu pozwala odbiorcom, którzy nie widzieli filmu, dokładnie wyobrazić sobie poszczególne postacie oraz lepiej zapoznać się z realiami opisanego okresu.

Wykorzystany przez autora język jest prosty i lekki, dzięki czemu lektura powieści powinna być jedynie kwestią czasu. Niestety, tak nie było. Po przewróceniu ostatniej kartki zaczęłam się zastanawiać, czego zabrakło, gdzie został popełniony błąd i jedynym wiarygodnym wytłumaczeniem było właśnie pióro Marcina Mastalerza. Historia została napisana głównie z perspektywy Stefana, ale pojawiające się postacie przedstawicielek płci żeńskiej, Kamili i Alicji, też miały od czasu do czasu swój głos, będący najczęściej powtórzeniem sytuacji, widzianej oczami głównego bohatera. Było to dość... dziwne rozwiązanie, podobnie jak brak opisów dotyczących na przykład wyglądu innych bohaterów czy miejsc, w których rozgrywała się akcja.

Sprawiło to, że „Miasto 44” wydało mi się niekompletne, jakby niedopracowane, albo po prostu odfajkowane. Rozumiem, że jest to publikacja napisana na podstawie scenariusza filmu, a sama obecność zdjęć powinna załatwić sprawę wyobrażenia sobie postaci, jednak jest to w mojej opinii zwykłe pójście na łatwiznę, co w przypadku książki jest nie do pomyślenia. Osobiście nie miałam okazji oglądać filmu, a po lekturze „Miasta 44” czuję niedosyt, który zapewne nie rozwieje się po nadrobieniu zaległości kinowych. Pewne wątki nie zostały rozwinięte i z tego co się dowiedziałam, to autor nie dał się ponieść wyobraźni, nie dodał niczego od siebie.

Powieść pt. „Miasto 44” ma wiele mankamentów, jednak z każdym spojrzeniem na recenzowany przeze mnie egzemplarz, nie mogę powstrzymać się od podziwiania jego wysokiej jakości wydania, a tym samym nie jestem w stanie wystawić złej noty. Autor przeniósł mnie do okresu wojennego, przedstawił wydarzenia z punktu widzenia młodych cywilów, a przede wszystkim – zainteresował ich losami. „Miasto 44”  jest z pewnością pozycją wartą większej uwagi, ale nie jestem przekonana, czy odbiorcy kinowej wersji tytułu znajdą w niej coś nowego, prócz krótkiego dodatku w postaci ogólnych informacji o filmie.
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron:342
Data premiery: 01.09.2014r.
Ocena: 3,5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa PWN, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

niedziela, 14 września 2014

Angelfall, Susan Ee

Zagłada ludzkości w wyniku uderzenia asteroidy, ataku kosmitów? A może zwrócenie się maszyn przeciwko swym stwórcom? Nic z tych rzeczy. W wizji stworzonej przez Susan Ee za śmierć ludzi odpowiadają ci, którym powierzana była część modlitw, których zadaniem było chronić dzieci boże od złego. Uskrzydlone istoty pojawiły się na niebie i zaczęły siać śmierć i zniszczenie, zmuszając ocalałych do zapomnienia o wcześniejszym życiu. Prawo przestało istnieć, pieniądze straciły jakąkolwiek wartość, a niebezpieczne gangi zaczęły polować dla własnej uciechy na ocalałych pobratymców. Tak, witajcie w świecie, w którym spotkanie z aniołem może stać się waszą przepustką do śmierci. Od tej reguły wyjątkiem stała się jednak siedemnastoletnia Penryn, dla której jedyną szansą na uratowanie porwanej siostry jest połączenie sił ze śmiertelnym wrogiem – aniołem pozbawionym skrzydeł. 

Kiedy rozpoczynałam lekturę „Angelfall” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Podejrzewałam, że będzie to kolejny romans paranormalny, skierowany przede wszystkim dla nastolatek, z motywem postapokaliptycznym w tle. Właśnie z powodu obecności tego drugiego elementu sięgnęłam po tę powieść i przez całą lekturę nie miałam nawet czasu na odetchnięcie z ulgą. Twór Susan Ee wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony, zmuszając go do kontynuowania lektury i przyglądania się staraniom głównej postaci z bliska. Jest to nie tylko zasługą prostego i lekkiego języka, ale także ciekawej historii, połączonej z dobrą kreacją świata przedstawionego.

Wizja świata po ataku aniołów została na tyle wyraziście przedstawiona, że odbiorca bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie zniszczone budynki, leżące zwłoki i szczątki dobytku zmarłych ludzi. Kłopotu nie powinno mu także sprawić poczucie atmosfery strachu i niebezpieczeństwa. Za sprawą Penryn ma okazję zapoznać się ze stworzoną rzeczywistością, zobaczyć do czego są zdolni ludzie, aby przeżyć. Niewątpliwym, jeśli nie największym, plusem "Angelfall" jest postać głównej bohaterki, która tak różni się od większości wykreowanych za sprawą pióra osób. W przeciwieństwie do nich, ma charakterek, ikrę i duże pokłady odwagi, przez co nie da się jej nie lubić. Penryn nie jest bowiem bezbronną kobietą, z miejsca wzdychającą do przystojnego anioła - to też sprawia, że ta historia nie jest tak banalna, jak mogłaby się z początku wydawać.

W książce można wyróżnić kilka wartych większej uwagi postaci, które swoją nietypowością zwracają uwagę odbiorcy, jednak znajdziemy też sporo takich, którzy robią jedynie za tło historii. Pisarce udało się stworzyć coś innego, na tyle innowacyjnego, że przyciąga do siebie czytelnika na dłuższy czas. Zasługa leży przede wszystkim w nakreślonej przez nią wizji rzeczywistości, a kreacja aniołów, tak odbiegająca od dobrze znanego nam obrazu tych istot, dodaje lekturze tego czegoś. Skrzydlaci posłańcy nie emanują dobrem i miłością do ludzi, są bezlitośni, a ich wrodzona siła robi z nich przeciwników nie do pokonania. Mimo tego, część ocalonych stara się za wszelką cenę odzyskać to, co utracili. 

 Jak łatwo się domyślić, „Angelfall” nie jest lekturą wysokich lotów, oprócz sporej dozy rozrywki i mile spędzonego czasu, nie będzie w stanie zapewnić odbiorcy niczego więcej. Powieść napisana przez Susan Ee jest jednak jedną z najlepszych lekkich pozycji, jakie miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Zaliczyć ją można do gatunku fantastyki postapokaliptycznej, ale zawiera w sobie elementy thrilleru i subtelnego romansu paranormalnego, który jednak nie razi czytelnika. Ten tytuł nazywany jest także dystopią, ale jak dla mnie, nie zawiera w sobie bazowych elementów, które powinny o tym świadczyć. Czy więc polecam? Jak najbardziej. Na łamach jej stron znajdziecie wartką akcję, przemyślaną i dość nieprzewidywalną fabułę oraz interesujących bohaterów, a czas poświęcony na lekturze „Angelfall” z pewnością nie będzie nazwany straconym.
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 303
Data premiery: 18.04.2013r.
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

sobota, 13 września 2014

Medytacja, Stephanie Clement

Medytacja jest skuteczną techniką wyciszenia, pracy nad sobą i próbą doskonalenia skupiania uwagi. Jej dobroczynne właściwości są powszechnie znane, a do najczęściej wymienianych należą chociażby: obniżenie ciśnienia krwi, uspokojenie i próba złagodzenia odczuwanego stresu. Nic więc dziwnego, że w dzisiejszych czasach ten sposób relaksacji stał się tak popularny, a szeroka gama ofert z warsztatów i kursów stale się powiększa. Słowo pisane, mam tu przede wszystkim na myśli książki, oferuje nam możliwość praktykowania medytacji bez konieczności uiszczania opłaty za każdą sesję. Na rynku wydawniczym powstało już sporo tego typu publikacji, a jedną z nich jest właśnie poradnik z serii „dla początkujących” wydawnictwa Illuminatio pod tytułem „Medytacja”.

Autorka tego dzieła, Stephanie Clement, posiada spory zasób wiedzy na temat medytacji, przez co ta pozycja wydaje się być wiarygodnym źródłem wiedzy i posiada swój specyficzny, momentami dość naukowy, klimat. Jak dowiadujemy się z zakładki „O autorce”, posiada ona dyplom magistra psychologii humanistycznej, a także doktorat z psychologii transpersonalnej. Nie będę więc ukrywać, że z tego powodu, już na samym początku, miałam spore oczekiwania względem tego tytułu i do jego lektury podeszłam ze sporym zainteresowaniem i niekryjącym entuzjazmem. Zamiast jednak od razu przejść do sedna, a więc ćwiczeń i technik medytacyjnych, czytelnik musi przebrnąć przez teorię, urozmaiconą łatwymi, momentami wręcz banalnymi, zadaniami do wykonania.

Rozwodzenie się nad pojęciem medytacji, przytaczanie i wytykanie nietrafności definicji z różnych wydań słowników – oto co zamieściła autorka na pierwszych stronach poradnika, jakby starając się zrobić z niego publikację naukową. Na szczęście, z każdym kolejnym rozdziałem, a więc poruszanym zagadnieniem, ten żargon zaczął  zmniejszać swoje natężenie, stając się coraz bardziej przystępniejszy dla odbiorcy. Wpływ na to ma na pewno fakt, iż przedstawione treści zaczęły być ciekawsze i o wiele bardziej interesujące. Rozdział, zawierający konkretne instrukcje odnośnie praktykowania medytacji, został przyjęty przeze mnie ze sporą ulgą, po ponad pięćdziesięciu stronach lektury pojawiła się w końcu możliwość ćwiczeń praktycznych - próba całkowitego wyciszenia.

Poradnik pt. „Medytacja dla początkujących” zawiera w sobie całą esencję wiedzy na temat tej sztuki, a nawet jeszcze więcej. Na łamach stron odbiorca znajdzie podstawowe informacje, mające pomóc mu przygotować się do medytacji, a więc na przykład te, dotyczące kwestii ubioru czy wyboru najwygodniejszej pozycji. Przy tym ostatnim, publikacja została wzbogacona o proste rysunki, przedstawiające opisany sposób siadu od pozycji lotosu, po seiza czy pozycję birmańską. Okazały się one niezwykle pomocne i można je uznać za niewątpliwy plus tej pozycji, tak samo jak wyrozumiałość Stephanie Clement, która starała się zachęcić czytelnika do nieustawania w próbach i rozwijała wszelkie, mogące się pojawić w trakcie ćwiczeń, wątpliwości.

Stephanie Clement rozwinęła w swojej książce wiele kwestii związanych z tematem medytacji lub jedynie o niego zahaczających. Czytelnik zapozna się więc z przykładami korzyści, płynących z praktykowania medytacji na co dzień, co da mu dodatkową motywację. Opisała też rolę medytacji, jej różne rodzaje, połączenia techniki wyciszenia z jogą i wiele więcej. Obszerność i ogrom tych wszystkich informacji zawiera się na dwustu pięćdziesięciu stronach, z czego wiele z nich składa się na opisane ćwiczenia. Poradnik pt. „Medytacja dla początkujących” mogę więc polecić każdemu, kto chce zacząć swoją przygodę z medytacją lub poszerzyć swoją wiedzę na jej temat.  
Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 252
Data premiery: 08.01.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!

Dalsza część recenzji

czwartek, 11 września 2014

Czy rzucono na ciebie klatwę?, Alexandra Chaudran

Kiedy los rzuca nam notorycznie kłody pod nogi i zdaje się, że nikt ani nic nam nie sprzyja, może najść nas wtedy myśl, że mamy pecha lub... zostaliśmy przeklęci. Środowisko, które nie ma kontaktu ze światem ezoterycznym, będzie zapewne sobie żartować z tej drugiej opcji i nie dowierzać. W końcu złe czarownice czy czarnoksiężnicy istnieją jedynie w bajkach, a gdy rzucają zły urok, mszczą się w ten sposób na pięknych księżniczkach i przystojnych młodzieńcach. Niestety, ale tak to nie działa. Sprawcą nieszczęść może być zupełnie niepozorna osoba, ale także i bezpośrednio poszkodowany, istnieje bowiem możliwość, że nieświadomie ściąga na siebie nieszczęście. Brzmi niewiarygodnie i przerażająco? Jeszcze jak, na szczęście do pomocy i zrozumienia tego zjawiska może przysłużyć się poradnik, którego tytuł zawiera w sobie pytanie „Czy rzucono na ciebie klątwę?”. 

Publikacja napisana przez Alexandrę Chaudran okazała się być swoistym kompendium wiedzy o urokach, ich rozpoznawaniu oraz zdejmowaniu. Już na początku lektury, ale także i w jej trakcie, autorka wspomina o innych możliwościach i powodach domniemanego pecha. Na stronach „Czy rzucono na ciebie klątwę?” znajdziemy więc wszelkie informacje pomocne przy stwierdzeniu, czy utrzymujące się niepowodzenie, aby na pewno jest skutkiem rzuconego uroku, czy na przykład rezultatem działania prawa przyciągania, a więc: negatywnych myśli i scenariuszy tworzonych przez umysł.

Jak wyjaśnia autorka, prawdziwe klątwy są niezwykle rzadkim zjawiskiem, chociaż w dalszym ciągu prawdopodobnym. W jednym z rozdziałów czytelnik ma okazję zapoznać się z innymi wyjaśnieniami doświadczania trudnych wydarzeń i chociaż my, ludzie, mamy skłonność do kojarzenia i szukania powiązań, pewnej analogii w spotykanym nas nieszczęściu, to nie zawsze jest ono równoznaczne z byciem przeklętym. Ale nie tylko o tym stara się nas przekonać Alexandra Chaudran; ma ona świadomość, iż taka sytuacja może mieć miejsce, w swojej publikacji zawarła na przykład informacje pomagające zweryfikować istnienie klątwy, możliwe sposoby jej zdjęcia czy uchronienia się przed złym urokiem w przyszłości.

W poradniku nie zabraknie także rozdziałów powiązanych lub jedynie zahaczających o ten temat. Na przykład tych, poświęconych medium czy wróżkom. Za sprawą zawartych w książce informacji na ich temat, odbiorca będzie w stanie skuteczniej rozpoznać oszusta, jedynie wyłudzającego od niego pieniądze. Lektura tej amerykańskiej pisarki obfituje w możliwe rytuały, modlitwy i medytacje, a krótkie rozwinięcie i przybliżenie tematu prawa przyciągania, oczyszczania aury czy innych bytów zwiększa wartość merytoryczną owego poradnika. Niewątpliwą zaletą tej pozycji jest to, że autorka nie napisała jej pod kątem konkretnej wiary, konkretnego wyznania, dlatego każdy znajdzie, zwłaszcza jeśli chodzi o modlitwy, coś dla siebie.

„Czy rzucono na ciebie klątwę?” to przystępnie napisany poradnik, w którym autorka użyła łatwego i prostego języka. Wdraża on czytelnika w lepsze zrozumienie kwestii klątw i uroków, dlatego w razie potrzeby, za jego sprawą, możliwe będzie udzielenie pomocy sobie lub osobom z bliskiego otoczenia. Na jego łamach znaleźć można wiele różnorodnych, choć powiązanych w pewien sposób, zagadnień, na przykład temat egzorcyzmów. Ja osobiście nie ryzykowałabym próby odprawienia tego typu oczyszczenia, preferowałabym zwrócenie się do osoby bardziej kompetentnej i doświadczonej, jednak nie zmienia to faktu, iż poradnik wydany przez wydawnictwo Illuminatio jest wiarygodnym źródłem informacji, a także pozycją godną większej uwagi.
Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 215
Data premiery: 21.01.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

piątek, 29 sierpnia 2014

Życie to nie bajka, Joanne Greenberg

Czasem los bywa szczególnie okrutny względem wybranych przez niego osób. Nie każdy wytrzymuje taką presję i nierzadko ratunku szuka w różnego rodzaju używkach, aktywnościach albo też we własnej głowie. Tę ostatną opcję wybrała Deborah – młoda dziewczyna, która wykreowała sobie swój niepowtarzalny świat, z własnym jęzkiem, bóstwami czy zwyczajami, jednak jej twór z czasem zaczął wymykać się spod kontroli. Zrozpaczeni rodzice postanowili pozostawić ją w ośrodku psychiatrycznym, gdzie pod swoje skrzydła wzięła ją znana i powszechnie szanowana lekarka – doktor Fried.  W miejscu odgrodzonym od świata zewnętrznego kratami, gdzie krzyki, ataki szału, czy odbiegające od normy zachowania są na porządku dziennym, nasza bohaterka będzie musiała zdecydować, życie w którym świecie wybierze. 

Akcja powieści od pierwszej strony wydawała się być spokojna i taka też była przez resztę lektury. Czytelnik miał okazję poznawać historię choroby Deborah za sprawą przeplatających się fragmentów, dotyczących zarówno jej życia w szpitalu i kontaktów z pozostałymi pacjentkami zakładu, jak i z wizyt u doktor Fried, czy też wędrówek i rozmów z bóstwami Ur. Te ostatnie były, w mojej ocenie, najmniej interesujące. Owszem, kreacja innej rzeczywistości była ciekawa, jednak - jak na twór chorej psychicznie osoby przystało – zbyt niezrozumiała. Podobnie było w przypadku życia głównej bohaterki w szpitalu. Co prawda, dzięki tym opisom przybliżone zostało czytelnikowi to miejsce, rządzące w nim reguły i zasady oraz pozostali pacjenci, jednak te fragmenty nie dostarczały mi wystarczającej pożywki czytelniczej.

Lektura „Życie to nie bajka” była po prostu... w porządku. Wykorzystany przez pisarkę język był prosty, jednak sama powieść nie porwała mnie w żaden sposób, a autorce nie udało się sprawić, abym zdołała zżyć się z główną postacią. Z tego powodu, losy Deborah jakoś szczególnie mnie nie przejmowały. Z zaciekawieniem przewracałam kolejne kartki, zaznajamiałam się z następnymi rozdziałami, aczkolwiek robiłam to, bo po prostu chciałam zakończyć tę powieść. Powód był jeszcze jeden, mianowicie – fragmenty dotyczące spotkań naszej bohaterki z doktor Fried. Za ich sprawą, czytelnik wspólnie z Deborah cofał się w przeszłość i poznawał wydarzenia, które zapoczątkowały jej ucieczkę do Ur, a tym samym, chorobę psychiczną. Skłaniały one do refleksji i uzmysławiały, jak różnego rodzaju sytuacje z dzieciństwa, sposoby zachowań innych ludzi itd., mogą dotkliwie odbić się na psychice danej osobie.

"Choroba Deborah jest teraz rozpaczliwą walką o zdrowie."*

Tytuł dzieła Joanne Greenberg zawiera w sobie całą kwintesencję życia i właśnie dlatego po niego sięgnęłam. Życie nie jest bowiem bajką, dlatego płacz i rozpacz na nic się tu nie zdadzą. Los się nad nami nie zlituje, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej da nam w kość. To do nas należy wybór – czy ze spuszczoną głową, będziemy się na wszystko zgadzać, a może zbuntujemy się, zrobimy wszystkim na złość i będziemy walczyć o własne szczęście? Powieść tej amerykańskiej pisarki uzmysławia nam, że wszystko jest możliwe, nawet walka z chorobą, dlatego polecam ją wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy przestali dostrzegać, co jest naprawdę ważne. Mimo wszystko, polecam!
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 319
Data premiery: 04.03.2014r.
Ocena: 4/6
*137str.
Dalsza część recenzji

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dawca, Lois Lowry

 Jonasz żyje w miejscu, gdzie nie istnieją podziały, rasizm, czy niesprawiedliwość, gdzie każdy żyje w takich samych warunkach jak reszta, a możliwość wyboru jest czymś nieprawdopodobnym. Życie każdego mieszkańca osiedla jest dokładnie zaplanowane, przejawem tego są chociażby coroczne ceremonie, w których udział biorą dzieci. Przełomową chwilą jest przede wszystkim uroczystość dwunastolatków, ponieważ właśnie wtedy dowiadują się oni, jakim torem przebiegać będzie ich dalsze życie w społeczności. Wszyscy zebrani dwunastolatkowie zostali przydzieleni do pełnienia poszczególnej funkcji na osiedlu i spośród nich wszystkich, to właśnie Jonasza obarczono niezwykle ciężkim brzemieniem odpowiedzialności odbiorcy pamięci. W trakcie swojego szkolenia zaczyna rozumieć coraz więcej, a co za tym idzie - dostrzegać wady pozornie idealnego systemu. 

 „Dawca” jest powieścią utopijną, subtelnie przeradzającą się w antyutopię, gdzie świat przedstawiony przypominał mi w kilku aspektach platońską wizję państwa. Mam tu na myśli chociażby fakt, iż każdy mieszkaniec miał pełnić daną funkcję za sprawą dokładnie określonych obowiązków, albo to, że osiedle gwarantowało wszystkim życie w poczuciu bezpieczeństwa, szczęścia i harmonii. Zasady i prawa, których przestrzegają mieszkańcy, panujący ład i porządek – właśnie z tym wszystkim stopniowo zapoznany zostaje czytelnik. Śledząc szkolenie Jonasza, wspólnie z nim poznaje wady systemu oraz szczegóły dotyczące składających się na niego elementów.

„Uzyskaliśmy kontrolę nad wieloma rzeczami. Ale niektóre musieliśmy utracić.”*

 Wykreowany przez autorkę świat wydawał się być mdły i nieciekawy, tak samo jak pojawiający się w „Dawcy” bohaterowie. Jak się z czasem okazało, nie był to efekt niezamierzony. Lois Lowry z premedytacją wprowadziła czytelnika do miejsca, gdzie w przeszłości postawiono na jednakowość, dlatego wszystko w nim wydawało się być tak samo mało interesujące. Starszyzna zrezygnowała z możliwości dokonywania wyborów, czy natykania się na trudności dnia codziennego - ludzkość wolała pójście na łatwiznę. Za sprawą szkolenia Jonasza, czytelnik ma możliwość zapoznania się z listą rzeczy, które zostały na zawsze usunięte z życia mieszkańców osiedla. Ich przedstawienie nie jest jednoznacznie potępione, ukazane zostały bowiem zarówno plusy, jak i minusy wprowadzonych zmian, dając odbiorcy z początku możliwość na samodzielne ich ocenienie.

 Akcja „Dawcy” była przez większą część lektury spokojna i mało zajmująca. Czytelnik miał okazję na dokładne zapoznanie się ze światem przedstawionym, rządzącymi prawami i sposobem funkcjonowania osiedla. Autorka nie skupiła się natomiast prawie w ogóle na zapoznaniu odbiorcy z bohaterami, dlatego wszystkie postacie wydawały się być jednym wielkim tłem. Owszem, na drodze Jonasza pojawiały się inne osoby, jednak nie pozostawały one w pamięci czytelnika na długo. Podobnie było w przypadku postaci nowego odborcy, wydaje się, że jego kreacja posłużyła pisarce jedynie do zapoznania nas z wykreowaną przez nią wizją i konsekwencjami dokonanych wyborów.

„- [...]Rzeczywiście, ludzi trzeba chronić przed niewłaściwymi wyborami.
-Tak jest bezpieczniej.
- Tak - zgodził się Jonasz. - Znacznie bezpieczniej."**

 „Dawca” jest z pewnością lekturą wartą polecenia, może nie tyle ze względu na jej techniczną stronę, to jest chociażby użyty język czy tempo akcji powieści, co z powodu niebanalnej wizji (nie)idealnego świata. Książka napisana przez Lois Lowry zmusza bowiem do refleksji. Życie składa się nie tylko z tych szczęśliwych momentów, w gruncie rzeczy, najczęściej wypełniają je trudności oraz problemy, mimo tego, czy bylibyśmy w stanie zrezygnować z indywidualności, możliwości wyboru, na rzecz z góry ułożonego i bezpiecznego życia? Jeśli chcielibyście chociaż przez chwilę znaleźć się w takim poukładanym miejscu, sięgnijcie po „Dawcę” i wraz z Jonaszem zwiedźcie wszystkie zakamarki osiedla. 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 206
Data premiery: 19.11.2003r.
Ocena: 4,5/6
*str. 113
**str.117
Dalsza część recenzji

środa, 13 sierpnia 2014

Pierwsza kawa o poranku, Diego Galdino

Kawa, a właściwie zawarta w niej kofeina, uzależnia. Oprócz tego poprawia nastrój, dobrze smakuje, a przede wszystkim - dodaje energii na stoczenie kolejnych bitew z szykującym niespodzianki losem. Pić i delektować się jej smakiem to jedno, ale czytać i rozkoszować się nią za sprawą aromatycznego zapachu, wytworzonego za sprawą samych słów? To już zupełnie inna para kaloszy, a właśnie tego może doświadczyć każdy, kto sięgnie po dzieło włoskiego pisarza Diego Galdino pod tytułem „Pierwsza kawa o poranku”. Nieprawdopodobne? I to jeszcze jak...

 Massimo Tiberi jest doskonałym baristą, a zarazem właścicielem dobrze prosperującego baru w rzymskiej miejscowości Zatybrze. Najpopularniejszym  i najbardziej lubianym napojem jest w nim właśnie kawa. Samotny, choć otoczony przez stałych klientów i wiernych przyjaciół, doświadcza po raz pierwszy w życiu tak potężnej karuzeli uczuć oraz nagłych zmian nastroju. Wszystkiemu winna jest tajemnicza  Francuzka, którą najwidoczniej łączy coś ze zmarłą panią Marią – schorowaną staruszką z którą przyjaźnił się nasz bohater. Pierwsze spotkanie Massima i zielonookiej piękności nie należało do najprzyjemniejszych, dlatego właściciel baru robi teraz wszystko, aby przekonać do siebie kobietę, która wywarła na nim tak duże wrażenie. 

„Pierwsza kawa o poranku” okazała się być nietuzinkową lekturą ze względu na użyty przez autora język, w szczególności zaś, przez interesujące metafory i porównania. Wystąpił jednak problem  z wyważeniem przez Diego Galdiano proporcji, i najzwyczajniej w świecie, przesadził on z pewnymi zabiegami. Na przykład z informacjami na temat ulubionych kaw poszczególnych bohaterów, odwiedzających bar. Przy pierwszym nazwisku było to coś nowego, przy drugim  i trzecim neutralnego, ale z każdą kolejną osobą robiło się to coraz bardziej męczące i irytujące. Czytelnik zamiast zapoznawać się z opisaną historią, musiał przebrnąć przez mało znaczące informacje, bo kogo obchodzi, czy Lino pije kawę z żeń-szeniem, a Gino kawę al vetro z kroplą pianki mlecznej? Na dodatek sposób ich zapisu nie ułatwiał lektury – wszystko mieściło się bowiem w nawiasach, a przy kilku imionach oddzielonych przecinkiem, powstawała niewyraźna papka liter i znaków interpunkcyjnych.

 Kolejnym mankamentem, który można wytknąć pisarzowi, są bohaterowie, a zwłaszcza główna postać – Massima. Tak jak klimat obecny na łamach stron powieści jest wprost magiczny ze względu na swój niepowtarzalny rzymski urok, tak dwójka najważniejszych w tej historii osób niespecjalnie zachwyca czytelnika. Właściciel baru zachowuje się początkowo gorzej niż nastolatka (owszem - nie nastolatek, ale nastolatka). Tak jak fakt, że traci głowę i zakochuje się bez pamięci w nieznajomej piękności można jeszcze przetrawić, w końcu to książka o miłości, tak jego ciągłe zmiany nastroju, durne i dziecinne zachowania są po prostu nie na miejscu. Wprowadza to do tej historii pewną śmieszność, która ma poważny wpływ na chęć w dalsze zagłębianie się w lekturę.

 Pisarzowi udało się za sprawą słowa pisanego przenieść czytelnika do zupełnie innego miejsca. Pełnego turystów, wścibskich i hałaśliwych Włochów, którzy w wolnych chwilach, nie mając nic lepszego do roboty, obsiadują bar Massima i piją swoją ulubioną kawę. Wąskie uliczki, wspaniałe zabytki – w wykreowanym przez autora obrazie łatwo się zakochać, dlatego ta pozycja może i mogłaby urzec potencjalnego czytelnika, jednak obecna w niej infantylność i mało przekonujące rozwinięcie znajomości tej dwójki bohaterów na to nie pozwalają. Nawet pojawiający się a kartach powieści humor, ani wątek stopniowo poznawanej przez Massima tajemnicy nie są w stanie uratować tej pozycji. Autor miał ciekawy pomysł, jednak jedyne co mu wyszło, to zauroczenie czytelnika Włochami i rozbudzenie w nim pragnienia, aby ujrzeć ten kraj na własne oczy.

 Owa powieść może więc przypaść do gustu jedynie osobom, które nie mają niczego lepszego do czytania, a chcą się zrelaksować przy aromacie pysznej kawy, towarzyszącej im przez większość czasu. "Pierwsza kawa o poranku" nie jest też pozycją, która mogłaby spodobać się mężczyznom, jest zbyt naiwna i przesycona mało realistycznym obrazem miłości. Dużą zaletą "Pierwszej kawy o poranku" jest natomiast wątek tajemnicy, który przekonująco zachęca odbiorcę do dalszego zagłębiania się w lekturę. Odbiorca ma możliwość wspólnie z Massimem poznawać zawiłą historię z przeszłości za sprawą dziennika, pozostawionego mu przez Geneviève.
Ocena: 2,5/6
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 270
Data premiery: 02.07.2014r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

piątek, 18 lipca 2014

Próby ognia, Dashner James

 Przeszli przez labirynt, stanęli oko w oko z bezlitosnymi maszynami, stworzonymi przez DRESZCZ i przeżyli – przynajmniej część z nich. Thomas wraz z resztą Strefowców miał nadzieję, że ten koszmar wreszcie się skończy i dany im będzie święty spokój, jednak nic bardziej mylnego. To, czego do tej pory doświadczyli, to nic w porównaniu z tym, co na nich czeka. Wystawieni są bowiem na nielada próbę – przed nimi długa przeprawa w palącym (dosłownie) słońcu przy nieprzewidywalnych zjawiskach atmosferycznych. Podróży nie ułatwiają im zarażeni na Pożogę ludzie, którzy popadają w coraz większy obłęd, tracąc przy tym ludzkie uczucia i sumienie. Jeszcze jakby tego było mało, kontakt z Teresą się urywa, a na jej miejscu pojawia się Aris, chłopak zesłany z innej grupy testowej. 

 Trochę ponad dwa lata minęły od momentu kiedy zapoznałam się z historią przedstawioną w „Więźniu labiryntu”, dlatego początkowa lektura drugiego tomu trylogii była dość problematyczna. Nie byłam w stanie sobie przypomneć, o czym była pierwsza część i jakie próby czekały na głównego bohatera, Thomasa, oraz jego przyjaciół. Jak się wkrótce okazało, znajomość poprzedniej książki nie była wymagana, aby orientować się w tej historii i nadążać za rozwojem akcji. Oczywiście co jakiś czas pojawiały się wzmianki odnośnie labiryntu i żyjących w nim istot, ale było ich na tyle mało, że przypomnienie sobie większej ilości informacji okazało się być dla mnie niemożliwe.

 Język wykorzystany przez autora jest prosty i łatwy w odbiorze, dlatego powieść czyta się stosunkowo łatwo. Kolejne trudności, na jakie natykają się bohaterowie, urozmaicają przedstawioną historię, jednak nie na tyle, aby całkowicie wciągnąć czytelnika pomiedzy wypełnione slowami strony. Co może być tego powodem? Wydaje mi się, że problem leży po stronie, występujących w „Próbach ognia”, postaci. Pisarz skupił się na osobie Thomasa, tym samym jedynie nakreślając postacie poboczne, bez których szkielet historii niechybnie by się rozpadł. Zapomniał jednak o niezwykle istotnym elemencie, w wielu przypadkach decydującym o sukcesie danego tytułu, a mianowicie – wyrazistej osobowości głównego bohatera.

  Thomas jest typowym przykładem wiecznego szczęściarza. Nie wyznacza się w gruncie rzeczy niczym wyjątkowym, został wraz z pozostałymi dziećmi wytypowany do wzięcia udziału w eksperymencie, więc niby jest taki jak wszyscy, ale nie do końca. Popełnia błędy, wszyscy wokół niego umierają, ale on nie - jemu dopisuje szczęście. Czysty przypadek sprawia, że ludzie mu zawierzają, słuchają go i starają pomagać. Nasz główny bohater jest jednak dość irytującą postacią, bo czy może być coś gorszego od zakochanego nastolatka, myślącego i ciągle nawołującego (mentalnie) swoją sympatię? Ano tak, na przykład dotknięci zarazą ludzie, lubujący się w wycinaniu innym nosów, czy innych części ciała. Autor nie powstrzymał się od pieczołowitego oddania sytuacji osób, dotkniętych Pożogą. I chociaż tego typu opisów nie jest dużo, to jednak są one na tyle wyraziście przedstawione, że wrażliwy czytelnik z pewnością nie zaliczy ich do swoich ulubionych, a przynajmniej do najprzyjemniejszych.

 „Próbom ognia” brakuje tego czegoś, iskry, która byłaby w stanie rozpalić ciekawość czytelnika, zachęcić go do kontynuowania lektury, a przede wszystkim swego rodzaju pomostu, łączącym odbiorcę z głównym bohaterem. Właśnie tego zabrakło mi w czasie lektury drugiego tomu serii  - możliwości wczucia się w Thomasa, kibicowania mu, przeżywania tragedii wraz z nim. James Dashner w wyrazisty i przekonujący sposób zabrał mnie w podróż po wyniszczonej Ziemii, zaznajomił z nękającą ludzi chorobą, jednak nie udało mu się sprawić, aby losy Thomasa i jego przyjaciół nie były mi obojętne. 
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Liczba stron: 414
Data premiery: 14.11.2012r.
Ocena: 3,5/6
Dalsza część recenzji

piątek, 9 maja 2014

Lśniące dziewczyny, Lauren Beukes

 Harper nie powinien przeżyć, a przynajmniej nie powinien pozostawać na wolności. Jego gwałtowny temperament i brutalne usposobienie robią z niego bardzo niebezpiecznego człowieka, ale ponieważ los bywa łagodny dla ciemnych charakterów, udało mu się uniknąć kary. Znalazł Dom, którego nie dotyczą prawa czasu, który oprócz bezpiecznej przystani pełni jeszcze wiele innych funkcji, między innymi: wyznacza mu dziewczyny, Lśniące Dziewczyny, które muszą zostać pozbawone przez niego życia. Jedną z nich jest Kirby, której cudem udało się przeżyć po brutalnej napaści, jakiej doświadczyła z jego rąk. Kierowana przeczuciem stara się odnaleźć swojego oprawcę, który nie spocznie dopóki nie dokończy swego dzieła. Sprawa mogłaby się wydawać zupełnie normalna, gdyby nie fakt, że każda z jego ofiar straciła życie w różnych czasach, a on sam odwiedził je w ich młodości... 

 Powieść napisana przez Lauren Beukes wprowadza czytelnika stopniowo w przedstawioną historię. Wykorzystany przez autorkę język jest prosty, ale został on także dopasowany do poszczególnych czasów, które odbiorca ma możliwość odwiedzić w towarzystwie psychopatycznego mordercy, Harpera. To właśnie ten element wyróżnia „Lśniące dziewczyy” od pozostałych thrillerów – motyw podróży w czasie. Jego obecność może wzbudzić niepewność oraz ostrożność wśród potencjalnych czytelników, zwłaszcza, że rynek książek dla młodzieży czy też samej fantastyki obfituje w historie oparte na podobnym motywie. Pomysł Lauren Beukes okazał się jednak strzałem w dziesiątkę, ponieważ przy opisanych podróżach nie zachodzi żaden zgrzyt, który zmniejszałby napięcie budowane w trakcie lektury.

 Za sprawą „Lśniących dziewczyn” czytelnik ma możliwość śledzić sprawę, która na pierwszy rzut oka wydaje się być nierozwiązywalna, a brak nowych poszlak sprawia, że policja stoi w martwym punkcie. Chronologia nie została przez autorkę celowo zachowana, a odbiorca rozpoczyna przyglądanie się tej historii od poznania Kirby po nieudanej próbie jej zamordowania. Cała akcja poświęcona jest śledzeniu ruchów głównej bohaterki, która, podejmując staż w gazecie, stara się rozwiązać tę tajemniczą sprawę. Przerywnikami jej poczynań są rozdziały opisujące: przygotowania i same akty okrucieństwa, zadawane z rąk Harpera, ostatnie godziny życia jego ofiar, a także odczuca oraz postępowanie Dana – byłego reportera kryminalnego. To wszystko sprawia, że czytelnik jest zmuszony niejako skakać po treści, która co prawda sprowadza się do tego samego, łączącego ją motywu, jednak momentami ten zabieg okazywał się bardzo męczący. Dlaczego? Chociażby dlatego, że zdarzało się, iż wciągający czy intrygujący w danym rozdziale motyw ulegał nagle zakończeniu, wzbudzając tym samym moją irytację.

„Lśniące dziewczyny” posiadają bardzo miłą dla oka oprawę graficzną okładki. Kolejną zaletą tej pozycji jest prosty, a zarazem niesamowicie lekki język, ułatwający czytelnikowi lekturę. Natomiast ciekawa historia wzbogacona o fantastyczne motywy zachęca do jej kontynuowania ze względu chociażby na to, iż pomysł Lauren Beukes oferuje czytelnikowi coś innego, całkiem nieprzewidywalnego. Takie połączenie tych elementów tworzy twór, z którym warto się zaznajomić ze względu na przykład na to, iż jego zakończenie zmusza czytelnika do chwili zastanowienia, zebrania wszystkich poznanych wcześniej elementów i przeanalizowania od początku całej tej historii. Nie skłamię, jeśli powiem, iż w pierwszym odruchu po przewróceniu ostatniej strony, miałam ochotę na ponowne przeczytanie „Lśniących dziewczyn”. Wszystko po to, aby zrozumieć, która z postawionych przeze mnie hipotez będzie bardziej bliska prawdy.

 Czy polecam? Jak najbardziej! Powolna z początku akcja nie przeszkadza ze względu na ilość ciekawych poczynań bohaterów i sposób prowadzenia akcji, dlatego po „Lśniące dziewczyny” sięgnąc mogą nawet ci, którym długie budowanie napięcia nie do końca odpowiada. Wszystko w gruncie rzeczy przemawia za tą pozycją, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do bliższego zapoznania się z dziełem Lauren Beukes. W końcu nic tak nie odpręża jak dobry i nietuzinkowy thriller z małym (zupełnie nieszkodliwym) wątkiem miłosnym w tle. 
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 414
Data premiery: 19.03.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziekuję!
Dalsza część recenzji

sobota, 29 marca 2014

Facet idealny, Matthew Hussey

Miłość jest znana z tego, że jest nieprzewidywalna, ponieważ lubi pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Jest niezaprzeczalnie pięknym uczuciem, ale aż za często okazuje się być obrzydliwie okrutna i bezlitosna. Wprowadza do życia szczęście i radość, a w momencie, gdy odchodzi, pozostawia po sobie śmiercionośny dół rozpaczy, który potem tak trudno zasypać. Mimo tego próbujemy dalej, ryzykujemy, stawiając na szali nasze uczucia i serce - szukamy osoby, która okaże się być tą jedyną, właściwą, a przede wszystkim - nam pisaną. Różnice między płciami nie ułatwiają znalezienia odpowiedniego partnera czy też partnerki, dlatego nic w tym dziwnego, że poradniki poświęcone tematyce związków i spraw sercowych cieszą się tak dużą popularnością. 

Matthew Hussey jest popularnym i szanowanym ekspertem w temacie związków i relacji damsko-męskich. Początkowo  prowadził seminaria i kursy skierowane jedynie dla mężczyzn, jednak - pomimo obawy związanej ze zdradą swojej płci - postanowił pomóc także kobietom, odkrywając przed nimi męską psychikę. „Facet idealny. Jak znaleźć, zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę” jest książką składającą się z trzech części, które są związane z wyróżnionymi w podtytule zagadnieniami. Każde z nich zostało odpowiednio rozwinięte i przybliżone, jednak autor skupił się w swoim dziele przede wszystkim na kobiecie. Kluczem do sukcesu jest bowiem poznanie własnej wartości i polubienie samej siebie. Właściwie nie jest to nic nowego czy zaskakującego, ale wiele z nas zapomina o tych podstawach, zaniża swoje wymagania, daje szansę, licząc na nagłą poprawę swego partnera.

Życie nie jest bajką, a miłość i związki przedstawione w książkach czy filmach nie mają przełożenia w rzeczywistości. Znalezienie odpowiedniego partnera okazuje się być tak trudnym zadaniem głównie z powodu braku jakiejkolwiek aktywności i statycznego stylu życia, jaki prowadzimy. Autor nie pominął elementarnej wiedzy, która jest w stanie zapewnić odbiorczyni sukces. Napisany przez Hussey'a poradnik ma wysoką wartość merytoryczną, ponieważ wszystkie zawarte w nim porady i zalecenia są aktualne, a przede wszystkim faktyczne mogą okazać się pomocne. Kolejną i chyba największą zaletą  tej pozycji jest fakt, iż została ona napisana przez mężczyznę, a co za tym idzie – z jego punktu widzenia. Dzięki temu sposób myślenia facetów, ich psychika, staje się bardziej przejrzysta, a sposób postępowania łatwiejszy do przewidzenia.

Matthew Hussey poświęcił kilka rozdziałów na najczęściej zadawane przez kobiety pytania, w tym także to, będące najczęściej zmorą większości kobiet, a mianowicie: „Dlaczego on nie zadzwonił?”. Jest to chyba też jedno z najczęściej wpisywanych zapytań w wyszukiwarce Google, a na  kobiecych forach ciągle poruszany jest ten problem. Podobnie ma się kwestia w przypadku zagadnienia utknięcia w przyjacielskiej sferze, przepisie na wymarzoną randkę czy odpowiedzi na pytania: „Jak stać się jego wymarzoną kobietą?” albo „Czy to TEN Jedyny?”.

Jak widać „Facet idealny” porusza wszystkie najbardziej frapujące i problematyczne zagadnienia. Napisany jest z punktu widzenia mężczyzny, dlatego jest praktyczny oraz godny zaufania. Zamieszczone na łamach stron treści niby zawierają dobrze nam znane informacje, a jednak nie bez powodu tak często dajemy się ponieść uczuciu, zostawiając rozsądek daleko za sobą. Matthew Hussey nie zachęca odbiorcy do rozpoczęcia "gierki" w bycie na przykład zołzą, proponuje w zamian za to skupienie się na swoim wnętrzu, wyjściu do ludzi oraz wykorzystaniu zamieszczonych w poradniku rad.

Czy polecam? Jak najbardziej! „Facet idealny” pozwala spojrzeć na wiele kwestii pod zupełnie innym kątem, a przy tym został napisany prostym i przejrzystym językiem, który zachęca do kontynuowania lektury. Jedynym mankamentem jest dość częste reklamowanie się samego autora oraz podawanie hasła do jego filmików na stronie internetowej. Nie uznałabym tego za wadę, gdyby nie fakt, iż wpisanie kodu jest niemożliwe, ponieważ zainteresowana osoba zostaje przekierowana na jedną z dwóch stron, na których można zakupić napisaną przez niego książkę. Mimo tego, polecam – i to nie tylko singielkom, ale także kobietom będącym w związkach.
Wydawnictwo: Burda
Data premiry: 06.02.2014r.
Liczba stron: 279
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

czwartek, 13 marca 2014

Justyna Kowalczyk. Królowa śniegu, Bogdan Chruścicki

 Tegoroczne Igrzyska Olimpijskie wzbudziły wiele emocji, zwłaszcza w naszym kraju. W Soczi udało się nam zdobyć sześć medali: brązowy, srebrny i cztery złote - w tym dwa należące do Justyny Kowalczyk. Nic więc dziwnego, że nasza biegaczka narciarska w ekspresowym tempie doczekała pojawienia się na rynku wydawniczym swojej własnej biografii, napisanej przez dziennikarza Bogdana Chruścickiego.

 Język zastosowany przez Bogdana Chruścickiego jest prosty, dlatego lektura nie sprawia czytelnikowi większych problemów. Od jego pióra, formuowanych zdań, ze snutych historii i przemyśleń bije sympatia względem Justyny Kowalczyk, z którą dziennikarz się nie kryje. Jest jej fanem i tymi pozytywnymi odczuciami stara się zarazić odbiorcę, a przynajmniej zapoznać w jak najlepszy sposób z jej osobą. Napisana przez niego "Królowa śniegu" nie jest jednak typową biografią. Na łamach zapisanych stron znajduje się dużo informacji, pomagających wprowadzić czytelnika w świat sportu, a zwłaszcza w dyscyplinę biegactwa narciarskiego. Taki sposób manewrowania treścią jest niezwykle cenny, przede wszystkim dla zupełnych laików, do których i ja mogę się zaliczyć. Wytłumaczenie zasad, sposobu oceniania zawodników, punktów ‘FIS’ itd. pomaga zrozumieć otoczenie w którym nasza mistrzyni się obraca, a przede wszystkim zajęcie, którym się zajmuje.

 Bogdan Chruścicki nie zapomniał o przedstawieniu istotnych dla Justyny Kowalczyk osób, a zwłaszcza Aleksandra Wierietielnego – jej trenera, mającego niemały wpływ na osiągane przez nia sukcesy. Biografia jest napisana w formie relacji, dobrze się ją czyta, dlatego nie będę ukrywać, że kiedy autor poruszył kwestię miłości, rodzącej się na przykład pomiędzy zawodnikami, miałam nadzieję na opis jakiś romantycznych perypetii polskiej mistrzyni. Nic jednak z tego, Justyna Kowalczyk – o czym wspomniał sam dziennikarz – za bardzo ceni sobe prywatność.


 Tak jak wcześniej wspomniałam, w biografii Polki poruszonych zostało wiele kwestii, związanych przede wszystkim ze sportem, chociaż nie tylko. Bogdan Chruścicki przedstawił na jej łamach historię i skutki afery dopingowej, w którą wmieszana została nasza biegaczka. Opisując to, nie krył zbulwersowania, podobnie miała się rzecz przy opisie konfliktu w czasie igrzysk olimpijskich w Albertville, w czasie których doszło do konfliku między Justyną i norweską zawodniczką. 

 Z takimi oraz jeszcze innymi informacjami czytelnik może się zapoznać za sprawą biografii Justyny Kowalczyk, a sposób wydania tej pozycji tym bardzej działa na jej korzyść. Biografia wydana przez wydawnictwo Otwarte zachęca do sięgnięcia po nią, czy też nawet do zakupu, przede wszystkim za sprawą wysokiego poziomu jej wykonania. Twarda okładka, papier dobrej jakości oraz jej solidność sprawiają, że odbiorca mimowolnie zwraca na nią swoją uwagę. Ma ona jeszcze jedną dość istotną zaletę, a mianowicie: dodatki w postaci chociażby kolorowych zdjęć naszej mistrzyni czy tabel, przedstawiających różnego rodzaju dane i statystyki dotyczące na przykład zdobytych medali, wyników, zwycięzców itd. Czy polecam? Jak najbardziej! 
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 264
Data premiery:
Dalsza część recenzji

czwartek, 16 stycznia 2014

Podróż po miłość. Emilia, Dorota Ponińska

Życie jest pasmem niespodzianek, o których decyduje przede wszystkim przeznaczenie. Przekonała się o tym Emilia – główna bohaterka powieści Doroty Ponińskiej – która wychowała się w klasztorze i własnie tam zamierzała pozostać do końca swoich dni. Los jednak lubi płatać figle. Po przybyciu tatarskiego przyjaciela jej ojca, Selima, dziewczyna opuszcza mury bezpiecznego klasztoru. Sytuacja tej dwójki komplikuje się jednak na tyle, że pod groźbą śmierci z rąk ludzi cara dziewczyna jest zmuszona skierować się do Turcji, gdzie liczy na odnalezienie oraz uratowanie swego ojca.  W trakcie tej podróży nie tylko nawiązuje nowe znajomości, ale trafia także w niewolę. Kiedy jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie, poznaje Zakira, który zaczyna stopniowo zmieniać jej sposób postrzegania świata. 

 „Podróż po miłość” jest serią książek, na których kartach wykreowane zostały historie miłosne poszczególnych bohaterek. W przypadku jednak tej publikacji mamy do czynienia z młodą i niewinną Emilią, która przez wiele lat żyła w odizolowaniu od świata zewnętrznego. Sprawiło to, iż jednymi z głównych cech charakteru naszej bohaterki jest naiwność oraz łatwowierność – właśnie one notorycznie wplątują ją w kłopoty. Młodka Polka nie ma również doświadczenia w sprawach sercowych, dlatego łatwo ulega urokowi lorda Williama Gainful’a. Skrywa on jednak przed nią swoje prawdziwe oblicze - zboczonego i bezwzględnego fetyszysty.

 Z jednej strony Dorota Ponińska przedstawiła czytelnikowi przewidywalną oraz dość schematyczną historię. Młoda, niewinna dziewczyna ucieka z kraju, walczy z przeciwnościami losu i odkrywa świat z całymi jego urokami, a przede wszystkim z uczuciem, jakim jest miłość. Nie byłoby w tym niczego interesującego, gdyby nie magiczne przedstawienie świata Bliskiego Wschodu, który z każdym kolejnym opisem, czy też kreacją literacką – fascynuje i uwodzi czytelnika z coraz większą siłą. Ciekawym zabiegiem, którym posłużyła się pisarka, było przeplecenie właściwej historii rozdziałami o losach sławnego perskiego poety – Rumiego. Nie tylko urozmaiciło to lekturę „Podróży po miłość”, ale także umożliwiło odbiorcy poszerzenie horyzontów i zapoznanie się z wątkami bibliograficznymi Dżalaloddin’iego, zwanego Rumimim lub Mewlaną.

 Pod względem merytorycznym powieść przedstawia się nieźle. Wykorzystany przez autorkę język jest prosty, a co za tym idzie – prosty w odbiorze. Pojawiające się w „Drodze po miłość” postacie są w gruncie rzeczy dobrymi kreacjami, chociaż bohaterom drugo- czy dalszoplanowym brakuje sporo do ideału. Cały czas miałam wrażenie, jakby byli oni jedynie tekturowym tłem na scenie teatru. Niby są, ale odbiorca nie jest w stanie wyobrazić sobie całkowicie ich osoby, opisać ich kilkoma cechami charakteru. Postać Emilii okazała się niestety niezbyt przyjemną towarzyszką podróży w ten fascynujący świat orientu. Jej naiwność, nieumiejętność postawienia się i wolne kojarzenie faktów irytowały mnie coraz bardziej. Zabrakło jej postaci tego czegoś, pewnego rodzaju iskry, werwy, przy która chociażby pomogła odbiorcy w darzeniu jej uczuciem sympatii, współczucia - czymkolwiek. Na szczęście na planie pojawiła się osoba Jacqueline, która, w moim odczuciu, miała duży potencjał i możliwości, których pisarka do końca jednak nie wykorzystała.

 „Podróż po miłość” jest niezobowiązującą pozycją, której jedynymi zaletami okazały się magia oraz urok w pokazywaniu czytelnikowi tajemnic Bliskiego Wschodu. To właśnie przedstawienie historii losów Rumiego, skierowanie akcji na trochę inny grunt, a mianowicie harem oraz zapoznanie odbiorcy z kulturą Bliskiego Wschodu zachęca do siegnięcia po tę pozycję. Powieść Doroty Ponińskiej jest typowym romansem, choć bardzo subtelnym. Na jej łamach czytelnik nie znajdzie wulgarnych scen czy opisów, jedynie opowieść o dojrzewaniu i odkrywaniu swojej kobiecości.
 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 361
Data premiery: 09.05.2013r.
Ocena: 3/6

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia, za pośrednictwem portalu literatura.juventum.pl


Dalsza część recenzji

środa, 18 grudnia 2013

Zabić twardziela, Hanna Samson

 Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem biologicznym, ale także psychicznym, co wiemy z wielu książek, poradników, a nawet filmów, które najczęściej upewniają nas w tym, że kobiety faktycznie pochodzą z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Tłumaczy to nam w dość trafny i przekonujący sposób, dlaczego często jest tak trudno dogadać się z przeciwną płcią. Tej teorii sprzeciwia się jednak Hanna Samson – autorka książki pt. „Zabić twardziela”, która jasno określa swoje stanowisko, podkreślając, że nie istnieją między nami – przedstawicielkami płci pięknej – a przedstawicielami płci brzydkiej, tak duża różnica. 

 „Zabić twardziela” to książka, której celem nie jest skrytykowanie i zniszczenie męskiej populacji, co z pewnością z radością przyjęłyby przede wszystkim feministki. Po jej lekturze czytelniczka nie będzie w stanie stłamsić i podporządkować sobie faceta, nie nauczy się też władać bronią, która pomogłaby jej w pozbyciu się trudnego, czy beznadziejnego przypadku. „Zabić twardziela” nie nauczy też odbiorcy ich języka, który oszczędziłby nerwów, straconych na sprzeczkach i kłótniach, wynikających z niezrozumienia. Pozycja napisana przez Hannę Samson jednak przybliża oraz wyjaśnia zachowania mężczyzn przy wykorzystaniu przykładów z życia codziennego, ale także z kultury, a więc z książek i popularnych filmów.

Jakież to było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Zabić twardziela” nie jest typową publikacją książkową, na którą składa się zwarty tekst napisany (bądź nie) z uwzględnieniem odbiorcy. Pozycja stworzona przez tę autorkę, a zarazem – psycholożkę, ma formę rozmowy jej z poszczególnymi osobami, kojarzącą mi się z wywiadami, publikowanymi na łamach kolorowych magazynów. Krótkie pytanie i dłuższa odpowiedź drugiej strony, która jako przykłady lub materiał interpretacyjno-pomocniczy wykorzystywała na przykład polski film „Mój rower”, czy też poszczególne pozycje książkowe jak „Zniknąć”, „Bogowie w każdym mężczyźnie” itd.

 Większość treści została poświęcona przez autorkę na zaprezentowanie i omówienie poszczególnych typów mężczyzn w kontekście greckich bogów. Pomysł takiego porównania okazał się bardzo ciekawy, chociażby ze względu na fakt, że korzystając z własnej wiedzy, a przede wszystkim z informacji zawartych na łamach tych rozdziałów, faktycznie było się w stanie dostrzec istniejące podobieństwo. Można by to uznać za duży walor merytoryczny, gdyby nie fakt, iż autorka bazowała na książce pt. „Bogowie w każdym mężczyźnie”, a więc przedstawiła wcześniej przeczytane informacje na ten temat tego zagadnienia i interpretowała konkretne zachowania przy wykorzystaniu tej pozycji.

 Publikacja napisana przez Hannę Samson nie jest zbyt odkrywcza, biorąc pod uwagę wykorzystanie treści zawartych już wcześniej w innej pozycji. Taki, a nie inny sposób jej napisania pozwala na przerwanie lektury w dowolnym momencie i powrót do niej bez obaw na utracenie wątku. Na jej łamach zostało omówionych wiele różnych kwestii i problemów, z którymi borykają się zarówno mężczyźni jak i kobiety w dzisiejszych czasach, ale dzięki wykorzystaniu wielu przykładów z życia wziętych ten tekst stał się o wiele przystępniejszy i łatwiejszy w odbiorze.

„Zabić twardziela” jest pozycją, która przybliża czytelnikowi trochę bliżej postać mężczyzny, umożliwiając tym samym lepsze zrozumienie jego skomplikowanej natury. Wyjaśnia z punktu psychologicznego różnice między tymi dwoma płciami, przedstawia  różnego rodzaju sytuacje i modele, które mają miejsce w ich życiu na przykład: problem uzależnień, kryzys wieku średniego, ale także zachowanie kobiet wynikające ze sposobu postępowania partnera czy też ojca. „Zabić twardziela” przywodziło mi jednak na myśl te wszystkie artykuły rozmów ze specjalistami, zawartymi w gazetach dla kobiet, które można z ciekawością przeczytać, ale w gruncie rzeczy zawierają one powielone i w większości wszystkim znane informacje. 
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Liczba stron: 264
Data premiery: 12.09.2013r.

Ocena: 3/6
Elektroniczną wersję książki otrzymałam od portalu TaniaKsiążka.pl, za co serdecznie dziękuję!

Dalsza część recenzji

niedziela, 17 listopada 2013

Motyl, Lisa Genova

Alice Howland jest naukowcem oraz wykładowczynią psychologii na jednej z renomowanych uczelni. Na swoim koncie ma sporo sukcesów zawodowych, a oprócz tego ma wszystko, o czym marzyłaby pięćdziesięcioletnia kobieta – kochającego męża, dobrze wychowane dzieci, stabilność finansową oraz pracę, która przynosi jej wiele satysfakcji. Można ją bez problemu nazwać kobietą sukcesu, jednak jej szczęśliwe życie kończy się w momencie, gdy słyszy diagnozę: pomimo stosunkowo młodego wieku choruje na Alzheimera. Każdy kolejny dzień staje się dla niej walką, walką ze swoją własną słabością - pamięcią. Alice ma świadomość, że w najbliższej przyszłości nie będzie pamiętała swoich bliskich, zapomni nawet, jak wykonywać podstawowe czynności. W tym celu stworzyła plan o nazwie „Motyl”, który ma uchronić jej bliskich przed ciężarem i kosztami finansowymi, które wiążą się z opieką nad osobą, chorującą na Alzheimera. 


 Powieść napisana przez tę amerykańską pisarkę porywa czytelnika od pierwszej strony i trzyma w swoich objęciach do samego końca, dodatkowo silnie oddziałując na jego uczucia. Historia Alice opowiedziana jest z punktu widzenia głównej bohaterki, dlatego czytelnik ma możliwość lepszego wczucia i zrozumienia sytuacji, w której się znalazła. W ten sposób dane jest mu obserwować wewnętrzne zmagania głównej bohaterki, która zmuszona jest pogodzić się ze swoją chorobą, a także powiadomić swoich najbliższych, znajomych z pracy oraz uczniów o diagnozie i losie, który na nią czeka.  

 Taki sposób prowadzenia akcji sprawia, że czytelnik ma możliwość obserwować rozgrywające się wydarzenia oraz pogarszający się stan Alice z lepszej perspektywy. Autorka, w celu uwiarygodnienia przedstawionych sytuacji, dodawała coraz więcej chaosu na łamy stron powieści. Czytelnik zauważa drobne, choć niezwykle istotne szczegóły, takie jak np., podawanie różnych odpowiedzi na zapisane pytania, coraz gorzej wykonywane polecenia lekarza, nieskładność wypowiedzi, a także gubienie wątków.

 Z każdym kolejnym rozdziałem choroba postępuje, zabierając Alice to, co najważniejsze- część jej samej. Czytelnik, czytając o losach tej szanowanej psycholożki, automatycznie staje się nie tylko obserwatorem jej zmagań z chorobą, ale także towarzyszem, kompanem, który z niepokojem dostrzega powolną, choć istotną zmianę w jej zachowaniu. Z całkowicie niezależnej i pewnej siebie kobiety zamieniła się bowiem w niepewną i zagubioną osobę, która bez pomocy innych nie da sobie rady. Zapominając coraz to nowszych rzeczy z uporem i niezwykłym trudem stara się normalnie funkcjonować i nie zadręczać swoją dolegliwością bliskich, ta wykonywana przez nią syzyfowa praca oddziałuje na emocjonalną część odbiorcy, który ze smutkiem obserwuje dalszy przebieg tej historii, przewidując jej zakończenie.

 Język, jakim posłużyła się Lisa Genova jest prosty oraz lekki, co ułatwia kontynuowanie lektury. Za sprawą niebanalnej i wzruszającej historii przykleja czytelnika do stron, nie pozwalając mu na zrobienie sobie przerwy. Wszystkie pojawiające się w powieści postacie są wyraziste i ich wyobrażenie nie powinno sprawić odbiorcy najmniejszego problemu, jednak to właśnie osoba Alice najbardziej zapada mu w pamięć. Po pewnym czasie nie tylko zaczyna darzyć główną bohaterkę sympatią, ale także odwraca kolejne strony z nadzieją, że choroba jednak się cofnie lub podawane lekarstwo okaże się skuteczne. Zakończenie tej historii może wydawać się przewidywane, jednak autorka w taki sposób manewrowała piórem, budując w odpowiedni sposób napięcie i prowadząc akcję, że czytelnik, tonąc we własnych łzach, nie będzie w stanie przez dłuższą chwilę się otrząsnąć.


 „Motyl” to wspaniała i niezwykle wzruszająca powieść, która za sprawą opisanej historii zapoznaje czytelnika z inną stroną Alzheimera, który kojarzy się przede wszystkim z chorobą, dotykającą osoby w podeszłym wieku. Pomimo tego, że losy Alice są jedynie fikcją literacką, to możliwość zachorowania na tę chorobę w młodszym wieku jest jak najbardziej możliwa. Lisa Genova za sprawą swojego dzieła była w stanie pokazać czytelnikowi jak wygląda życie z punktu widzenia osoby, która staje się coraz bardziej bezsilna w walce z Alzheimerem, a zarazem coraz mniej świadoma popełnianych przez siebie błędów. Czy polecam? Jak najbardziej! Powieść pt. „Moty” zasługuje na większą uwagę każdego czytelnika bez wyjątku, a fakt, iż jest to lektura wartościowa i skłaniająca do refleksji sprawia, że jej przeczytanie jest wręcz wskazane. Polecam!
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 365
Data premiery: 31.05.2011r.
Dalsza część recenzji

poniedziałek, 11 listopada 2013

Twórcza wizualizacja, Richard Webster

 Siła ludzkiego umysłu jest naprawdę ogromna i nieskończona. Świadomość tego mają nie tylko lekarze, ale także nieliczni ludzie, którzy poznali tajemnicę pozytywnego myślenia, osiągając przy jego pomocy sukces i zadowolenie, a przede wszystkim - uczucie spełnienia życiowego. Nasz naród słynie ze zgorzkniałości i pesymizmu, który jest wytłumaczalny zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie powiększającego się kryzysu. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby to zmienić. W końcu naszą największą siłą jest niemająca granic siła umysłu. Za jej sprawą ludzie są w stanie pokonywać trudności, spełniać swoje marzenia oraz osiągać wyznaczone przez siebie cele. Siła tkwi w każdym z nas, wystarczy to sobie jedynie uświadomić, a w tym celu niezastąpione mogą okazać się pozycje książkowe, a zwłaszcza jeden z poradników zatytułowany „Twórcza wizualizacja dla początkujących”.  


 Richard Webster w tym niewielkim objętościowo poradniku, bo liczącym niespełna dwieście stron, zawarł wszystkie najistotniejsze i najpotrzebniejsze informacje związane z tematem wizualizacji. Za sprawą „Twórczej wizualizacji dla początkujących” czytelnik pozna techniki odprężenia, będące niezbędnym elementem przy rozpoczęciu spełniania swoich pragnień oraz marzeń. Po przyswojeniu podstawowych oraz niezbędnych informacji, a także po wykonaniu zaproponowanych przez autora ćwiczeń wizualizacyjnych, odbiorca będzie miał możliwość przejść do właściwej części lektury, w której zaznajomi się z zamieszczonymi technikami polepszania swojego życia.

 Najnowszy poradnik napisany przez Richarda Webstera utrzymany jest w podobnej konwencji, jak to miało miejsce w przypadku jego wcześniejszych pozycji, takich jak „Odczytywanie aury” czy „Geomancja”. Wszystkie jak dotąd napisane przez niego poradniki z serii „dla początkujących” są podobne do siebie nie tylko ze względu na część wizualną, ale także na sposób rozmieszczenia poszczególnych rozdziałów. Autor wprowadza czytelnika w temat, wzbogacając swój twór w przeżycia i doświadczenia swoje oraz innych ludzi. Powoli przechodzi do właściwego zagadnienia, wzbogacając go dodatkowymi rozdziałami.  W tym przypadku na czytelnika czekały osobne strony, poświęcone tematowi afirmacji.

 Afirmacje, a więc powtarzane na głos lub w myślach pozytywne zdania, mają na celu przyzwyczajenie do pozytywnego myślenia. Są pierwszym krokiem, który jest w stanie zbliżyć człowieka do zmiany swojego myślenia, a przede wszystkim do zmiany swojego życia. Richard Webster poświęcił jeden rozdział swojej książki na omówienie tego zagadnienia, który jest pośrednio powiązany ze sztuką wizualizacji. Przedstawienie kluczowych informacji oraz podanie przykładów pozytywnych afirmacji w danej kwestii zajęło autorowi kilka stron, a tym samym umożliwiło odbiorcy zaznajomienie się z tym tematem lub przypomnienie posiadanej już wiedzy.

 „Twórcza wizualizacja” napisana przez Richarda Webstera jest dobrym poradnikiem, zawierającym wszystkie najistotniejsze i najbardziej pożądane przez zainteresowaną osobę informacje. Za sprawą tego tytułu czytelnik będzie mógł nie tylko poznać informacje dotyczące twórczej wizualizacji i wpływania na rzeczywistość, otrzyma także wyjaśnienie wpływu działania pozytywnego myślenia na życie każdego z nas oraz zapozna się z różnego rodzaju technikami medytacyjnymi, które przybliżą go do wykonania wyznaczonego przez siebie celu.
Wydawnictwo: Illuminatio
Data premiery: 04.11.2013r.
Liczba stron: 188
Moja ocena: 6/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

sobota, 2 listopada 2013

Siła trucizny, Maria V. Snyder

 Yelena spędziła ostatnie miesiące w lochach, czekając na swoją egzekucję. Za zabicie człowieka grozi bowiem w Iksji jedyna, a zarazem najwyższa kara – śmierć. Nie jest istotne, że zamordowanie syna jej opiekuna Brazella wynikało z samoobrony. Pewna zbliżającego się końca cierpienia ze spokojem i obojętnością znosiła kolejne baty oraz kopniaki, nie była jednak przygotowana na propozycję, którą otrzymała. W zamian za darowanie jej życia miała pełnić funkcję testerki żywności komendanta aż do czasu, gdy jedna z próbowanych potraw nie okaże się dla niej zabójcza. Yelena uczy się pod okiem Valek’a rozpoznawać poszczególne trucizny, jednak ryzyko otrucia nie jest tak duże jak w przypadku śmierci z rąk jednego z ludzi jej byłego opiekuna, a ojca zamordowanego Reyada, który za jej głowę wyznaczył sporą nagrodę. Każdy kolejny dzień jest więc dla niej jedną wielką niewiadomą, a fakt, że Yelena posiada w sobie również zdolności magiczne sprawia, że grozi jej jeszcze większe niebezpieczeństwo. W Iksji na magów czeka bowiem jedynie śmierć. 

 Język wykorzystany przez Marię V. Snyder jest prosty, dlatego książkę czyta się bardzo szybko. Wpływ na to tempo ma nie tylko pióro autorki, ale także wciągająca historia, na którą składa się spora liczba opisów walk i prób uniknięcia śmierci przez główną bohaterkę – Yelenę. Dobra kreacja pojawiających się w powieści postaci sprawia, że każdy czytelnik bez trudu jest w stanie śledzić akcję oraz ich losy. Są oni na też tyle wyraziści, że poszczególne osoby nie stają się dla odbiorcy obojętne, zwłaszcza Yelena oraz doradca komendanta, a zarazem główny skrytobójca – Valek. Perypetie tej dwójki oraz tworząca się pomiędzy nimi więź zachęcają do kontynuowania lektury i jeszcze szybszego przesuwania wzrokiem po zapisanych stronicach powieści.

 „Siła trucizny” jest początkowo jedną niewiadomą, ponieważ historia losów głównej bohaterki nie jest od razu czytelnikowi znana. Strzępy wspomnień, powód oskarżenia, a także okrutny sposób postępowania wobec uwięzionej Yeleny, dają nam informacje na temat trudności i okropieństw, jakich musiała doświadczyć przed schwytaniem. Z każdym kolejnym rozdziałem jej historia zaczyna nabierać logicznego i spójnego kształtu, który sprawia, że odczuwa się w stosunku do niej jeszcze większą sympatię, a wszystko to z powodu rodzącego się współczucia.

  Autorka w rzeczywisty sposób opisała perypetie Yeleny, która od początku pobytu na dworze musi radzić sobie z różnego rodzaju problemami, a przede wszystkim z nienawiścią pałającą do niej ze strony części służby. Największym mankamentem powieści jest, w mojej opinii, brak opisów dotyczących kreacji świata, rzeczywistości, w której przyszło żyć głównej postaci. Na temat praw, rządzących krajem Iksji, nie wiemy za wiele, ponieważ pisarka ograniczyła się do przedstawienia dwóch głównych zasad. Opis związany z historią ziem też jest stosunkowo ubogi, co dość poważnie utrudnia zbudowanie jego całkowitego obrazu.


 „Siła trucizny” wprowadza czytelnika do zupełnie innego świata, w którym nie brakuje intryg, ryzyka i niebezpieczeństwa. To wszystko osnute jest magicznym klimatem, zapewniającym kilka godzin dobrej i całkowicie pochłaniającej rozrywki. Przyśpieszająca, co jakiś czas, akcja nie pozwala uwolnić się spod wpływu lektury, zachęcając odbiorcę do dalszego czytania. W tym celu pisarka zamieściła w „Sile trucizny” różnego rodzaju urozmaicenia, od zwrotów akcji, opisów walki, po subtelnie wprowadzany i rozwijany wątek miłosny, pełniący jedynie rolę dodatku do właściwej części historii. Powieść napisana przez Marię V. Snyder jest niezobowiązującą lekturą w sam raz na chłodne wieczory, ponieważ zapoznanie się z interesującymi losami Yeleny jest jedynie kwestią czasu. 
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 380
Data premiery: 23.02.2012r.
Dalsza część recenzji
Blogger Template by Clairvo